![]() | ![]() |
![]() |
| |||||||
| Sesje RPG -Autorskie Ścieżki wyobraźni są kręte. Sprawdź jak daleko wyobraźnia zaprowadziła wielu tych, którzy dali się jej ponieść. Zagraj w sesje oparte na systemach autorskich |
![]() |
| | Narzędzia wątku | Wygląd |
| | #201 |
| Wasteland warrior ![]() | Sara patrzyła na niego smutnymi, wielkimi oczami. Andre spodziewał się co najmniej wybuchu złości dziewczyny, których był świadkiem już kilkakrotnie, gdy ktoś jej próbował pomóc. Teraz jej reakcja była zupełnie inna: - Chciałabym ci tego zabronić, Andre. Chciałabym zakazać ci iść za mną, bo nie wiem czy miejsce, do którego zmierzam, przeznaczone jest dla śmiertelników... Zbyt wiele jednak sama słyszałam takich zakazów „w trosce” o mnie. Czyń zatem to, co uważasz za słuszne. Nie mogę niestety zagwarantować ci bezpieczeństwa. Słowa dziewczyny zdziwiły go, nie zabraniała mu. Składała wybór w jego ręce... to znaczy, że bała się. Bała się w głębi duszy, ale nie chciała się do tego przyznać. Ruszyła w stronę ściany lasu, podążając za zwierzęciem. Andre schylił się po kuszę, którą wcześniej upuścił i nie oglądając się na towarzyszy, ruszył w ślad za Nią.
__________________ Rangers lead the way - 2 batalion Rangersów - 6 June 1944 - Omaha Beach Tajemnice Czarnego Lądu - zapraszam do rekrutacji. 11844451 - moje gg. Sobota: Wielkie odpisywanie!!! |
| | |
| Reklama |
| |
| | #202 |
![]() | To spotkanie było naprawdę dziwne. Archibald był przyzwyczajony do nagłych ataków w takich miejscach, a nawet jeżeli wojska jawnie oczekiwały na jakimś polu na wroga, to prędko pojawiały się delegacje. Poza tym, kto widział bitwę z kilkuosobową grupą smokobójczą!? A tymczasem ich wrogowie nawet nie chcieli się ruszać. Spoglądał z niepokojem na grupy żołnierzy stojących w lesie – już nawet się nie ukrywali, jednak nie szykowali się do ataku. Hakownice i muszkiety stały oparte o drzewa, miecze wciąż spoczywały w pochwach… Miał wrażenie, że mogliby po prostu ruszyć, ruszyć przed siebie. I pewnie zrobiliby to – przecież połowę drogi zdążyliby przejechać galopem, nim którykolwiek z przeciwników podniósłby swą broń. Jednak nagła „wycieczka” Sary zmusiła ich do pozostania w tym miejscu… Hell widział dziewczynę i najemnika znikających za kolejnymi drzewami. Gdzie chciał ich zaprowadzić lew? I co mogą osiągnąć? Czy ocalą orszak smokobójców? Czy ocalą Arish? *** Nikt nie zauważył potężnych bomb, które saperzy wrogiej armii – zapewne w ataku samobójczym – podłożyli pod bramy miasta. Ogromny wybuch zamienił te fortyfikacje w ogromne wyrwy w murach. I gdy niemal cały garnizon ruszył w kierunku wyrwy największej, znad wzgórza okolicznego wyłoniła się bestia ogromna. Bestia, której imię znał już w tym hrabstwie każdy… - SMOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOK! – zawyli wszyscy, bez najmniejszego wyjątku. I dla sporej części z nich był to ostatni krzyk. Po chwili bowiem bestia spadła na nich z całą siłą w swym ciele ukrytą, rażąc przy tym każdego swym oddechem ognistym. Część zmarła od razu, inni zaś, płonąc żywcem bądź piekąc się w swych pancerzach ciężkich, o śmierć błagała samego Powracającego. Po chwili zaś wojska Geutrin wyłoniły się z lasów okolicznych. - Zawsze chciałem oglądać jak serce Arish płonie… - westchnął książę Victor, z przerażającą fascynacją wpatrując się w płonący pałac hrabiego. *** Specjalnym dzwonkiem przywołał jednego ze strażników. - Wiesz, co robić miałeś w chwili takiej, młodzieńcze… - wyszeptał starzec - Tak, ale… - wahanie wypełniało głos rycerza. - To konieczne. A potem ruszajcie. Musicie odnaleźć hrabiego, że odkrycia dokonałem mu oznajmić. Natychmiast. – zdecydowanym głosem zgasił wszystkie wątpliwości rozmówcy. Po kilku minutach cichy huk rozległ się wśród wzgórz otaczających Ville-de-Clee. Mała lawina kamieni zasypała wejście do groty, zostawiając w niej tylko małe szczeliny. Lazus zaś odpalił kolejną świecę i umieścił ją na pulpicie, otwierając Księgę. Miał jeszcze sporo czasu na swe badania… *** Po pewnym czasie nikt już nie miał wątpliwości – atak! Ale kto? Jedni mówili, że to hrabia Franciszek odbija swój gród, który potajemnie został przez wrogie siły przejęty, inni krzyczeli o Smoku samym, na co wskazywałyby płonące dachy budynków widoczne z cel, kolejni zaś jak najęci nawijali o hordach barbarzyńców potępionych. I gdy Jan, wyjątkowo podniecony, wyjątkowo zainteresowany, starał się stworzyć na ten temat własną teorię, na moment zapominając o baronowej de Marco, w całym więzieniu zapadła cisza. No, może nie absolutna, idealna, aż bolesna cisza – ale miast krzyczeć, wszyscy zaczęli szeptać. Po chwili ponad szepty wybiły się kroki. Doskonały słuch muzyka bez problemu pozwolił mu zauważyć, że jedna z osób musi uciekać w nieporadny sposób przed pozostałą czwórką. Na tę część korytarza wpadł Juras. Chociaż nie, słowo „wpadł” w stosunku do jego osoby było czymś nazbyt ekspresyjny. Z pewnością chciałby tu wbiec, przemierzyć korytarz z prędkością galopującego konia – niestety, jego noga, którą co krok niemal ciągnął po ziemi, nie pozwalała mu na to. Za jego plecami zaś rozlegały się śmiechy, śmiechy typowo nierycerskie, niepasujące również do tubalnego ryku chłopstwa i nerwowego chichotu typowego dla łotrzyków. To był śmiech arystokratów. - Teraz! – zawołał jeden z nich i dokładnie w tym momencie, idealnie przed celą Jana, do której krat ten powoli się zbliżał, głowa Jurasa zmieniła się w masę krwistych resztek, a jedyne, co powstrzymało grajka przed krzykiem był odgłos wystrzału. Tak, typowy szlachcic – nawet wcielony do wojska musiał ubrać się z szykiem, niczym muszkieter z wojsk Imperatora. Po jego uśmiechu – cwanym, pewnym siebie – Jan bez problemu poznał Geutrinczyka. Tak więc to oni zaatakowali. - O’Key z Nesskey? – spytał, jego wyraźny akcent tylko potwierdzał przypuszczenia więźnia – Sytuacja opanowana, zgodnie z umową przyszliśmy tu po pana. Książę Victor już nie może się doczekać pańskiej wizyty. Och, me maniery! – zawołał nagle – Markiz de Setteu, do usług, mości panie. - A co z resztą…? – odezwał się półgębkiem inny muszkieter. - Zgodnie z rozkazem, zostawić z gruzami pałacu. – odparł markiz, na chwilę pozbywając się uśmiechu z twarzy. „Ludwiku, Ludwiku! Cóżeś ty uczynił? W co mnie wmieszałeś!?”, wołał O’Key w myślach… *** Zwierz co jakiś czas się zatrzymywał, by zmęczeni podróżą bohaterowie mogli na chwilę odsapnąć, lecz po chwili znów wprowadzał ich w przesmyki, kazał skakać nad strumieniami i unikać powalonych niedawnymi wiatrami drzew. Sara co rusz przypominała sobie swoją ucieczkę przez okoliczne lasy, gdy przez przypadek dolała do miednicy z praniem starej gospodyni w karczmie barwniku fioletowego. No, a przynajmniej do dziś twierdzi, że to był przypadek… W pewnym momencie bestia zatrzymała się, wskazując łbem na niewyraźny jeszcze kształt, znajdujący się na szczycie jednego z otaczających trakt wzgórz. Kilka kroków w przód i Andre zrozumiał, gdzie zaprowadził ich lew. - To namiot, zapewne w nim siedzą przywódcy… Potrzeba nam broni… - mruknął ni to do siebie, ni to do dziewczyny, sięgając ku rękojeści jednego ze sztyletów. Jego dłoń zatrzymało skutecznie warknięcie ich „przyjaciela”. - Mamy udać się tam w pokoju? – spytała panienka Aviante, najładniej jak tylko umiała po tak długiej wędrówce – rozmawiała z bestią magiczną, a magia – jak powszechnie wiadomo – jest jeszcze starsza, niż Archibald. Skinięciem łba lew potwierdził. Chwilę jeszcze stał na granicy lasu, obserwując swymi lśniącymi, błękitnymi oczami ich drogę, a później odwrócił się i zniknął gdzieś w lesie. W chwilę później alchemiczka uchyliła zasłonkę, która przesłaniała wnętrze pięknego, szkarłatnego namiotu. A w chwilę potem jęknęła. - Sante! Jej przyjaciel z dzieciństwa pochylał się z wyraźnie strapioną miną nad mapą okolicy. Nie wiadomo co bardziej zaskoczyło dziewczynę – to, że go tu spotkała, czy to, że wyraz jego twarzy pierwszy raz od lat zdawał się przypominać ten zamyślony?
__________________ Kutak - to brzmi dumnie. |
| | |
| | #203 |
| Public Relations ![]() | "Co się dzieje, co się dzieje? To jakieś szaleństwo! Ludwik, jak cię gołymi rękoma uduszę!" - myśli kotłowały się w Janowej głowie. "Nie ma czasu, trzeba działać!" - powtarzał sobie bard, tępo wpatrując się w miejsce po głowie starego Jurasa, gdzie teraz sterczała połamana żuchwa, ociekając szkarłatnoszarą mazią mózgu, wymieszanego z krwią i mięsem. "I to szybko!" - zaklinał się w duchu przełykając ślinę. Wiedział, że musi podjąć tę niebezpieczną grę. W iście aktoskim stylu spojrzał na markiza i jakby ważąc słowa, przez chwilę nic nie mówił. Przestąpił z nogi na nogę z marsową miną, czując jakby każdy jego ruch był bacznie obserwowany przez Geutrian. "Tylko nie spanikuj!" - przymuszał się do zachowania spokoju. Czterech arystokratów, których wygląd zdumiewająco kontrastował z krajobrazem lochów, stało nad trupem Jurasa, obojętnie przyglądając się Janowi. ![]() - Markizie de Setteu, i wy zacni panowie... - Jan z nonszalancją ukłonił się przed wyperfumowanymi szlachcicami - Sir O'Key z Nesskey kłania się na wasze rozkazy! - powiedział poważnym tonem, na co markiz dygnął nieznacznie a wraz za nim trzej pozostali szlachcice. - No nareszcie! - wybuchnął gromkm śmiechem Jan, co miało rozładować w jego mniemaniu rosnące napięcie i położyć kres dworskiej kurtuazji. Markiz kącikiem ust uśmiechnął się nieznacznie, sięgając po klucze od celi. - Co tak długo to zajęło kochany markizie? - przywdziewając beztroski wyraz twarzy, trywialnym gestem wskazał otoczenie - Jeszcze kilka dni a wysłałbym do was specjalne zaproszenie, albo umarł z nudów! Strasznie powiadam, ale to strasznie nudno, powiadam wam panowie, mi sie tutaj mieszkało. - stwierdził z szelmowskim uśmiechem przesadnie akcentując słowa. - Widzę, że panowie równie strudzeni i znudzeni prostactwem Arish! - ciągnął pewnym siebie tonem, widząc cierpkie miny szlachców, którzy z nieukrywanym obrzydeniem oglądali oblizgłe mury lochów. Markiz zaśmiał się podkręcając wąsa i zapraszającym gestem ponaglił Jana. - A i zapewne spragnieni nie bardziej ode mnie! Spalić tę szopę jeszcze zdążymy! Wszystkim nam wprzódy solidna kąpiel by się przydała! Najlepiej w damskim towarzystwie! - mrugnął porozumiewawczo do szlachciców podchodząc bliżej, co oni skwitowali śmiechem, przyciszonym wprawdzie gestem markiza. - Nie wiem jak wy, ale ja muszę wszak się odpowiednio przygotować na spotkanie z miłościwie nam panującym księciem Viktorem IV - dodał pompatycznie, poważniejąc na chwilę i ostentacyjnie otrzepał się ze zgniłej słomy. Szlachcic de Setteu z pobłążaniem pokiwał głową i westchnął wydymając wargi. - Wieczorem będziemy ucztować, cieszyć się ze zwycięstwa, bo na pustym brzuchu zaiste grzech to będzie wyruszać w drogę! - zagadnął przekonywująco co markiz przez chwilę rozważał w myślach, więc Jan ciągnął dalej... - ...a i gospodarz ze mnie będzie do dupy, za przeproszeniem szanownych panów! -kłaniając się w pas, zakończył ze śmiechem, który jak żywo przypominał ten arystokratyczny. Następnie przechodząc przez otwarte już drzwi od celi i idąc korytarzem w ramię w ramię z markizem uprzejmie zagadnął. - Musisz mi drogi przyjacielu wszystko dokładnie opowiedzieć, ze szczegółami - palcem pogroził łagodnie - bo zaiste nie lada przygodę z tym Smokiem mamy, a mnie wszystko co najlepsze niestety ominęło - zaryzykował Jan wiedząc, że choć stąpa po cienkim lodzie, to musi jak najwięcej z tej sytuacji wykorzystać. "Jak znajdę Bruta, znajdę i Ludwika" - przeleciało bardowi przez głowę, kiedy zbliżali się do solidnych, drewnianych wrot. - "Co będzie z Arish?" ![]() W ciemnym korytarzu lochów, dzisiaj wyjątkowo oświetlonym pochodniami, echo podbitych geutriańskich obcasów, odprowadzało zastygłych w przerażeniu więźniów. Tylko ciche, nieludzkie jęki tych kilku obłąkanych, przypominało o milczącej obecności jego mieszkańców. Ostatnio edytowane przez Niles Elmwood : 09-21-2008 o 19:53. |
| | |
| | #204 |
![]() | Sytuacja była co najmniej dziwaczna. Wrogowie, zamiast zaatakować, stali i czekali nie wiadomo na co. "Mogli nas otoczyć" - pomyślał zaskoczony tym zachowaniem Hell. - "Albo chociaż w nas celować..." Choć trzymanie broni gotowej do strzału było nieco męczące, to jednak żołnierzy wroga było tylu, że ze spokojem mogli to robić na zmiany. Oczywiście Hell nie miał nic przeciwko temu, że tamci stali bezczynnie. Nigdy nie lubił, gdy ktoś mierzył do niego z hakownicy, ale takie zachowanie oczywistych wrogów było aż nazbyt nienaturalne. "Ciekawe, co by zrobili, gdybyśmy nagle odwrócili się, pokazali im końskie ogony i odjechali" - pomyślał. Oczywiście wypadało poczekać, aż Sara i Al'Thor wrócą, jeśli rzecz jasna to im się kiedyś uda, ale wszak wrogowie nie mogli wiedzieć, jak postąpi hrabia. Równie dobrze mógł kazać ruszać, nie czekając na tamtą dwójkę. - Jeszcze czegoś takiego nie widziałem - przerwał w końcu milczenie, zwracając się do Archibalda, spoglądającego na dość beztrosko zachowujące się tłumy wrogów - w końcu mogliby nas wdeptać w ziemię nawet nie sięgając po broń, samą swoją liczbą, a oni stoją, jakby nas tu nie było. - Może wysłali jakiś oddział na nasze tyły? Nie znam tych terenów i nie wiem, czy to możliwe... Potem odwrócił się w stronę Venti. - Czy drzewa albo ptaki potrafią coś powiedzieć o tym, co tam - wskazał głową kierunek, w którym udali się Sara i Andre - na nich czeka? Albo czy jacyś ludzie nie zachodzą nas od tyłu? Jakiekolwiek informacje byłyby lepsze od całkowitej niewiedzy. |
| | |
| | #205 |
| Obsługa ![]() | Dziewczyna stała oniemiała wpatrując się w przyjaciela z dzieciństwa... Lecz czy to naprawdę był Sante? Ten odrobinę gapowaty chłopak z sąsiedztwa, który wszelkie braki intelektu nadrabiał złotym sercem? Sara wciąż pamiętała, jak wykorzystując swoją wiedzę alchemiczną, zdobyła dla chłopca wymarzony miecz rycerski. Mimo iż była to rzecz najbardziej przezeń upragniona, Sante odmówił wtedy przyjęcia prezentu, jako że został nabyty nie do końca legalnym sposobem. A teraz stał tutaj pochylony nad mapa z zamyśloną miną i... „Spiskuje? Niemożliwe aby on był głosem z mej głowy, jednak... kiedy widziałam go w mieście... stał po stronie biskupa. Dlatego nie mogę mu już ufać... nie mogę poprosić, by zmienił obóz... Dorośliśmy. To wszystko utrudnia.” Posyłając Andre znaczące spojrzenie, by ten baczył na otoczenie namiotu, sama wślizgnęła się głębiej, zakradając cicho niby mysz. Choć ręka nieco jej drżała, dziewczyna pewnie ujęła sztylet i stając tuż za Santem, wyciągnęła ostrze w stronę jego szyi. - Miło cię widzieć, przyjacielu. Nie odwracaj się! – mówiła syczącym szeptem, czując się jak najbardziej plugawy zabójca na świecie – Ręce na widoku...a teraz powiesz Nam co tu robisz... tylko bez sztuczek. Celowo dała nacisk na słowo „nam” by chłopak wiedział, że nie jest sama i obezwładnienie Sary nic mu w efekcie nie da. Czekając na odpowiedź, przełknęła ślinę, to jednak nie rozluźniło uścisku w gardle.
__________________ Czy wiesz że gdy pada śnieg Moje oczy stają się większe A światło którym lśnisz jest niewidoczne? |
| | |
| | #206 |
![]() | Archibald Roderyk de Valsoy h. Pęk Strzał Spośród kilku rzeczy, których Archibald w szczególności nie cierpiał, czekanie zajmowało zaszczytne trzecie miejsce. Zaraz za ciepłym piwem oraz hemoroidami. Ale czekał, uważnie obserwując otaczający go las. Chren z lasem, on nie zamierzał go zastrzelić. Gorzej z tymi bydlakami, którzy mierzyli do niego z hakownic i kusz. Rycerz pokręcił głową nad upadkiem obyczajów. Dawniej to chłop z chłopem potykał się na ubitej ziemi, a teraz byle łapserdak z gołą rzycią mógł odstrzelić łeb sławetnemu wojowi. Wojna nie jest sztuką, nie jest już nawet rzemiosłem, to partanina. Odprowadził wzrokiem Sarę wraz z kociakiem oraz idącego za nimi Andre. A potem nachylił się w stronę hrabiego: - Nie atakują, Wasza Miłość. Dziwne. Nawet nie tyle dziwne, co cholernie dziwne. Nad czym się zastanawiają? Naprawdę tak im jest potrzebny Dorian? Jeśli tak, to powinniśmy to wykorzystać i wydostać się stąd. Otaczający ich żołnierze opuścili broń, przestali mierzyć z hakownic. Stary rycerz wyraźnie zaskoczony zwrócił na to uwagę władcy Arish: - Nie rozumiem Wasza Miłość, co tu się dzieje. Może im tylko zależy, by nas zatrzymać, byś nie dotarł na czas do Vill-de-Clee? Panie, ja wciąż uważam, że mamy szanse odskoczyć od nich. Zróbmy to, jak tylko Sara i Andre wrócą! A na razie spróbuję się coś więcej dowiedzieć. Odjechał nieco od hrabiego i rzucił w stronę strzelców: - Hej, wojacy, a skądżeście są? |
| | |
| | #207 |
| Wasteland warrior ![]() | Andre podążał za Sarą, prowadzoną pewnie przez to dziwne stworzenie. Lew niepostrzeżenie przeprowadził ich między oddziałami otaczającymi ich pozycję. Widać las nie stanowił dla stwora żadnej tajemnicy, a pod potężnymi łapami zwierzęcia nie złamała się najdelikatniejsza gałązka. Najemnik nie odzywał się, lustrował bystrym wzrokiem otaczające ich zarośla, wolał nie zostać zaskoczony przez wroga, tylko w towarzystwie Sary. Jednak coś w jego głowie podpowiadało mu, że z ich przewodnikiem nie musieli się obawiać ataku. Lśniący haftami, herbami namiot, wyglądał iście malowniczo na środku leśnej polany. "Piknik se kurwa urządzili" - parsknął pod nosem cicho. Już po chwili dotarło do niego co lub raczej kto mógł być w namiocie. Szeroki sztylet delikatnie wysuwał się ze zdobionej pochwy. Oto dostał szansę załatwienia całej tej śmierdzącej knowaniem i podstępem na mile sprawy, jednym lub dwoma ciosami sztyletu. Nie mógł zmarnować takiej szansy, tym bardziej, że wokół nie widział żadnego strażnika, czy wojaka. Jednak Sara ubiegła go, wślizgując się do wnętrza namiotu, karząc mu zostać na straży. Andre zaklął szpetnie pod nosem, nie zdążywszy zareagować, dziewczyna była już w środku, słyszał przez cienką ścianę głosy. Zacisnął ręce mocniej na sztylecie i warknął bezsilnie: "Cholerne baby".
__________________ Rangers lead the way - 2 batalion Rangersów - 6 June 1944 - Omaha Beach Tajemnice Czarnego Lądu - zapraszam do rekrutacji. 11844451 - moje gg. Sobota: Wielkie odpisywanie!!! |
| | |
| | #208 |
![]() | Sara zastanawiała się, kto w tej chwili boi się bardziej – ona czy Sante. Przyciskając nóż do gardła chłopaka czuła chłód bijący z rękojeści broni – chłód coraz mocniejszy, jakby trzymała w dłoni sopel lodu. A z każdym dreszczem wracały kolejne wspomnienia. Godzin nad rzeką, treningów z tym fajtłapą, planów na przyszłość i licznych obietnic... Czy tak to musi wyglądać? Czy jeden Smok pojawiający się w hrabstwie może niszczyć tyle żywotów ludzkich!? Tymczasem Sante nawet nie drgnął. - Co tu się dzieje! Gadaj! Natychmiast! – powiedziała po chwili dziewczyna głosem już zdecydowanie mniej pewnym siebie. Dlaczego on się nie odzywał, nie ruszał? Przecież to nie jest normalne… Trzymając w pogotowiu swój sztylet, Andre powolnymi krokami zaczął obchodzić namiot, wykorzystując wszystkie swe zmysły, wyjątkowo zresztą wyczulone, by uniknąć potencjalnych zagrożeń. Krok za krokiem, każdy był przemyślany, każdy mógł być też ostatnim. Wystarczy, że poza namiotem stoi ktoś z hakownicą i, obserwując ruch cienia Al'Thora, strzeli najemnikowi prosto w głowę. Chwila nieuwagi, drobny pech… - Sante! – krzyknęła panna Aviante, poprawiając przy tym nóż. Ręka jednak odmówiła posłuszeństwa i ostrze upadło na ziemię. Gdy alchemiczka już chciała chwycić swój oręż i odskoczyć na kilka metrów w tył, usłyszała głos Andre. - On się nie rusza. Jak posąg. Popatrz, nawet nie oddycha… I to była prawda. Chłopak wyglądał w tej chwili dokładnie tak, jak żołnierze w lesie. Stał bez ruchu, pochylony nad mapą, z twarzą pełną skupienia. Jakby ktoś po wykonaniu zadania po prostu go wyłączył. Nie był cięższy, nie był nieruchomy – po mocniejszym pchnięciu prawie się przewrócił. Nie wydawał się też specjalnie blady – mimo, że nie oddychał już od jakiegoś czasu, wciąż jego twarz była rumiana, nigdzie nie widać było oznak braku powietrza. Po prostu stał. *** - Co do zdarzeń zaś ostatnich, ja tu jeno przewodzę grupką, która stara się porąbać na drobne kawałeczki wroga każdego, władza ma znikoma w świecie szerokiej polityki, toteż się nią nie interesuję. – rzekł markiz, odpowiadając na pytanie Jana, ewidentnie go przy tym zbywając – Wiem jedynie tyle, że od kiedy pojawiły się wieści o Smoku, co zgrało się w czasie z twym aresztowaniem, przyjacielu, od tego czasu ciągle trwaliśmy w gotowości. Tydzień blisko spędziłem w forcie granicznym, razem z księciem. A potem Victora odwiedził niejaki Oberycum, twarzy jego nie widziałem, panem czego on jest nie wiem – w starej zbroi jeździł, z mieczem wiekowym, sam zupełnie do fortu zajechał. Paktowali noc całą, a następnego dnia o poranku trąby się rozległy, że na Arish ruszamy. - A tu, w Arish? Jak rycerstwo pobiliście? – spytał głodny wiedzy bard. - Ciągle się z nimi szarpiemy. Umowę zawartą mieliśmy z biskupem A’Grynnem, ale hrabia Franciszek we własnej osobie nam go pojmał, wraz z orszakiem swoim. Sam wyruszył w ukryciu na wyprawę, ujawnił się dopiero wtedy, gdy jego sobowtóra w Ville-de-Clee zabiliśmy. Zakon Rycerzy Dębu gdzieś też nam się wymknął, podejrzewamy, że odwet za atak na miasto szykują, albo czekają, aż de Clee nimi pokieruje. Poza tym, jak pewnie wiesz, ten wasz zakon założony przez Gatiusza upadł, was przejął pod swe rozkazy Oberycum. Kto to jest, to ja nie wiem, ale ja przy księciu pozostać wolę- mówią, że to magik… No, ale oto i wyjście! – przerwał markiz, wskazując na klapę w suficie i prowadzącą do niej drabinę. - Książę Victor nakazał oddać wam, rycerzom za sprawę słuszną uwięzionych, honory wszelkie. W tej chwili jednak dać jestem ci w stanie esencję rycerstwa tylko, samo ponowne pasowanie przeprowadzone zostanie zapewne w namiocie książęcym. Oto i Ostrze Geutrin, miecz książęcych faworytów, ze stali najlepszej wykonany, przez kardynała błogosławiony. Dzierż go z dumą, stając się dumą księstwa! – de Setteu wygłosił słowa podniosłym tonem, a następnie wręczył ostrze. Naprawdę imponująco wyglądające ostrze. - A teraz racz nam wybaczyć, panie, na nas czas, jeszcze wielu twych braci odnaleźć w tych podziemiach musimy. – rzekł markiz, kłaniając się przy tym nisko – Wychodząc na powierzchnię i kierując się na północ po godzinie niepełnej marszu w lesie trafisz do naszego obozowiska, wcześniej już na wojska zaprzyjaźnione trafisz. Gdy miecz ten im okażesz, z pewnością z ich rąk krzywda cię nie spotka. A teraz żegnaj i niechaj Powracający czuwa nad tobą! Po ostatnich słowach muszkietera dla Jana w końcu znalazła się chwila spokoju. Został sam, z pochodnią, w tajemniczym tunelu pod miastem. Co począć dalej? Grać i udawać Ludwika? Tylko kiedy przestać? I jakie będą tego konsekwencje…? *** Żołnierze jednak stali jak słupy – nie ruszając się, nie mówiąc nic, jak figury szachowe przed ruchem pierwszym. Przyglądając się tym postaciom dokładniej, mógłby przysiądz Roderyk, iż nawet nie oddychają, z nogi na nogę nie przestępują, nie mrugają! Żaden nerwowo nie poleruje broni, nie sypie prochu do środka, nie wkłada i wyciąga miecza, nie klnie, nie pije ukradkiem, fajki tytoniem nie nabija… - No, wasza mać, chociaż słowo rzeknijcie! – ryknął rycerz. Bez skutku. W tym samym czasie Venti i Hell z zainteresowaniem patrzyli się na zachowanie chłopca. Nigdy nie był specjalnie ruchliwym dzieckiem, ale zaraz po zejściu z konia odszedł on na parę metrów od koni i usiadł na ziemi. I siedział już od dobrych dziesięciu minut, a mina jego wskazywała na pełne skupienie. Co robił? Walczył z żołnierzami? Szukał odpowiedzi? A może po prostu się wygłupiał? To było naprawdę dziwne dziecko… *** W tym samym momencie głośny, nagły oddech i krótkie krztuszenie się rozległy się w namiocie, odrywając od poszukiwać wskazówek co do dziwnego stanu Sante Sarę. Chłopak właśnie wstawał z ziemi. Chociaż przed chwilą był martwym posągiem, teraz z niemałym wysiłkiem wstawał. Żył. Co do tego nikt nie mógł mieć wątpliwości. Zniknął również wyraz twarzy zamyślony, wrócił ten odrobinę tępawy. Prawdziwy Sante! - Sara! – zakrzyknął, a uśmiech wypełnił jego twarz – Słuchaj tego, co ci teraz powiem, bo mamy mało czasu. Zakon Gatiusza się rozpadł, wszyscy złożyliśmy przysięgę przed Oberycumem, emisariusz biskupa porównywał go do Powracającego czy czegoś takiego… - analizowanie faktów nigdy nie było mocną stroną rycerza – Myśleliśmy, że to tylko tanie cyrki, chcieliśmy dalej służyć. Ale nie. Ci wszyscy ludzie, wszyscy w lesie, niemal każdy z Rycerzy Pana Poranku… On nas kontroluje! Nie wiem jakim cudem teraz mogę z tobą rozmawiać, on musi być zainteresowany czymś innym, ktoś musi powstrzymywać jego moc… - wzrok Sary odruchowo przeniósł się na chwilę na lwa – On zaczarował w ten sposób setki, tysiące ludzi! Ale nie trzeba pozbywać się każdego. On wciela się w jedną osobę i za pośrednictwem jej ciała i umysłu kontroluje resztę. To armia żywych posągów, to armia ciał bez umysłów, cierpiących i krwawiących dusz… Saro… Wiesz, co musisz zrobić… - Nie… - wyszeptała dziewczyna, tym razem głosem pełnym emocji - On już wraca do mojego ciała! Musisz mnie zabić! – krzyknął, a następnie padł na ziemię. Gdy po chwili podniósł się, wyglądał tak samo. Poza jednym szczegółem. Jego oczy… Jego oczy były takie nieobecne… - Albo ja zabiję ciebie! – krzyknął rycerz, wyrywając z pochwy swój miecz. Lew zniknął.
__________________ Kutak - to brzmi dumnie. |
| | |
| | #209 |
| Public Relations ![]() | - Pięknie - jęknął Jan przyglądając się ostrzu, nie bardzo wiedząc co ma począć dalej. - Kurwa, pięknie... Zatknął pochodnię na ściennym uchwycie i spojrzał do góry, skąd dobiegały stłumione odgłosy. Przez chwilę stał rozważając dalsze postępowanie, następnie ze zwinnością godną pozazdroszczenia cyrkowca, wydostał się przez właz ku wolności. Okazało się, że klapa z lochów prowadziła na miejski zaułek, niedaleko placu rynkowego. Przyzwyczajony do ciszy i spokoju więzienia, bard wpadł ze skrajności w skrajność, a tym samym jak z deszczu pod rynnę. Miasto pogrążone było w chaosie. Wszędzie dookoła biegały grupy, to wrzeszczących, to lamentujących mieszczan. Zgiełk i tumult potęgowało przerażenie zwierząt, które w popłochu galopowały ulicami, tratując wszystko na swej drodze. Spora część miasta, od wschodu zajęta płomieniami, leniwie pożerała żywiołem coraz większe obszary zabudowań. Tutaj również, gdzieniegdzie wzniecały się nowe ogniska płomieni, podkładanych przez galopujących z pochodniami jeźdźców. Jan w obdartych łachmanach, jakie otrzymał w lochach z Jurasowego przydziału, nie rzucał się w oczy wśród brudnych, okopconych i często krwawiących mieszkańców miasta. Ba, wielu mieszczan wybiegających z przyrynkowego brothelu, skakało na jednej nodze w kalesonach, w bezskutecznej próbie naciągnięcia obuwia, lub po prostu biegało świecąc gołym tyłkiem. Obnażone niewiasty lekkich obyczajów, wyrwane z pracy, falowały po rynku dobrodziejstwami natury w rączych podskokach, to wrzeszcząc, to rwąc sobie głosy z głowy, na widok pierwszych płomieni, które zaczęły zajmować ognistymi jęzorami dach ich przybytku. Jan wybiegł z zaułka, w jednej ręce ściskając darowaną broń, a w drugiej lutnię. W pośpiechu zapiął u boku markizowe ostrze, które szło w parze z pięknym pasem u pochwy, a ukochany instrument przerzucił przez plecy. W kilku susach doskoczył do pięknego ogiera, który musiał spłoszyć się z pałacowych stajni i wraz z resztą spanikowanych stworzeń, przemierzał galopem wąskie uliczki Ville-de-Clee. Biedne zwierzę osaczone było gromadką miejskich obdartusów, którzy składali się, jak wskazywało ich niewyszukane odzienie, z dwóch starych żebraków, pijanego wieśniaka i grubego mieszczana. Wszyscy oni wydzierali się i z podniesionymi rękoma usiłowali pochwycić przerażone zwierzę, które skutecznie trzymało oprawców na dystans. ![]() Hebanowy rumak, tańcząc na zadzie, dziko przebierał przednimi kopytami w powietrzu. Jan nie zastanawiając się, doskoczył do grupki i zdzielił pierwszego z brzegu żebraka łokciem w ucho, tak mocno, że tamten zatoczył się i upadając pociągnął razem za sobą na ziemię, wprost pod nogi biegnącego środkiem ulicy tłumu, drugiego, wychudzonego kompana po fachu. Odwracający się w stronę barda grubas, kopnięty przez ogiera w potylicę, przewrócił oczami ze zdziwioną miną i chwiejąc się na krótkich nóżkach, runął na plecy z wielkim hukiem. Pijany napastnik zdawał się nie zauważać całego zamieszania i dalej klnął pod nosem i to przykucając, to podskakując machał ramionami przed ogierem, zataczając się przy tym na boki. Jan posłał wieśniakowi siarczystego kopniaka prosto w wypięty tyłek, co poderwało nieszczęśnika do góry i zakończyło się miękkim lądowaniem, z twarzą w dużej, końskiej kupie odchodów, które w miecie sprzątano, tylko przy większych świętach, gdzie już pozostał znieruchomiały. Zaraz za pijakiem pofrunął Janowy więzienny kamasz, który choć skórzany i solidnie wykonany, miał jedną wadę - był niestety o kilka numerów za duży. Po uporaniu się z brakującą częścią garderoby, ostrożnie podszedł do karego konia. Tamten nadal prychał i rżał ostrzegawczo, zaciekle tańcząc wśród dymu na kamienistym bruku. Bard podjął z cicha gwizdać ledwie słyszalną melodię, patrząc zwierzęciu prosto w oczy. Kiedy rumak postawił wreszcie uszy na sztorc na dobry początek i uspokoił się nieco, Jan delikatnie wyciągnął rękę. Spokojnym ruchem od karku, przez szyję do łba, z wolna gładził konia, nie przestając gwizdać. Niemal dotykając twarzą do chrap ogiera, poczekał na raźne parsknięcie. Wtedy jadąc lewą otwartą dłonią do grzywy, uczepil sie grzbietu i zwinnym podskokiem z lewej nogi przerzucił się prawą na oklep konia, który w tym czasie stał potulny jak baranek, obserwując młodszego panicza O'key z Nesskey kątek oka. Jan zadowolony z siebie i wspaniałego zrządzenia losu, wypychnął lekko biodra i uciskając boki łydkami i cmokając zarazem, podjął konia do biegu. - Do Ludwika - krzyknął ni to do siebie, ni to do konia, który odpowiedział dzikim rżeniem. Wstawający żebracy kolejny raz opadli na bruk, rozgonieni na boki przyśpieszającym kłusem rumaka. Po chwili Jan przechodząc w galop, zwinnie lawirował pomiędzy powywracanymi wozami, torując sobie drogę sylabiczną artykulacją gromkiego okrzyku: - WY-PIER-DA-LAĆ !!! - wymuszał pierwszeństwo wśród biegających ludzi. Zbliżając się do miejsca przeznaczenia, ulice były niemal opustoszałe. Tłumy zmieniły się pojedyncze postacie, głównie Geutrinskich żołnierzy, a płomienie ogarniały już większość zabudowań dzielnicy. Jan poklepując uspokajająco rączego wierzchowca, który jakby wyczuwając pośpiech nowego właściciela, przeszedł z dość kontrolowanego galopu w szalony cwał i sypał groźnie iskrami spod podkutych kopyt po miejskim bruku. Brak siodła i uprzęży znacznie utrudniał jeźdzcowi kontrolę nad koniem, toteż kurczowo uczepiony końskiego grzbietu, zachwycony dyspozycją czworonożnego towarzysza, obserwował mijane ulice i place, w nadzieji pragnąc ujrzeć wiernego psa Bruta. Biedny Jan, w naprędce porzucił rozmyślania o heroicznym uratowaniu baronowej de Marco, a zaczął mimowolnie, acz usilnie zastanawiać się nad bezpiecznym sposobem zatrzymania ogiera, gdyż z oddali jego oczom zaczęła wyłaniać się wśrod kłębów dymu, znajoma sylwetka okazałego budynku siedziby głównej Zakonu Rycerzy Dębu. ![]() Ostatnio edytowane przez Niles Elmwood : 10-08-2008 o 05:32. |
| | |
| | #210 |
![]() | Na zadane przez Archibalda pytanie nie padła żadna odpowiedź. Nikt też nic nie powiedział, gdy rycerz wypowiedział, tym razem już głośniej, kolejne zdanie. To było co najmniej dziwne, bo nawet śmiertelni wrogowie odzywali się do siebie przed walką. A nawet podczas starcia, chociaż wówczas wypowiadane słowa nie należały do gatunku parlamentarnych. Hell przeniósł wzrok ze stojących między drzewami na Archibalda. - Może zasnęli - skomentował z lekką kpiną w głosie zachowanie wrogich żołnierzy. "A może" - pomyślał - "ma to coś wspólnego z naszym Przebudzonym?" Chłopak zachowywał się odrobinę nietypowo. Usiadł na ziemi, wbił wzrok w otaczający ich las, zaś jego twarz wyrażała ogromne skupienie. Hell uderzył wierzchowca piętami i wysforował się przed Archibalda. Ruszył w stronę stojącego pod drzewem wojaka. Ten najmniejszym gestem nie zareagował na zbliżanie się rycerza. Widoczne spod okapu hełmu oczy były dziwnie szkliste i nieruchome. Można by się nawet założyć, że żołnierz wcale nie oddychał... Hell chwycił trzymaną przez wojaka hakownicę i lekko pociągnął. To wystarczyło, by żołnierz zachwiał się i padł na ziemię. Zrobił to całkiem bezwładnie. Nie jak żywy człowiek, któremu nagle zabrakło podpory, ale jak kukiełka, której nagle ktoś odciął wszystkie sznurki. - Co tu się dzieje? - Hell zadał retoryczne pytanie. Rzucił hakownicę i ruszył w stronę reszty. - Zaczarowano ich, czy co? Wszak by można tę całą armię wyciąć teraz w pień - kończył dojeżdżając do Archibalda - i pewnie ani jeden nie kiwnąłby nawet palcem, gdyby mu podrzynano gardło... Był najwyraźniej wstrząśnięty. Sama myśl o kimś, kto do takiego stanu doprowadził setkę czy więcej ludzi była przerażająca. Wszak to samo ten ktoś mógłby zrobić z nimi. I czy było to dzieło ich Oberycuma, czy też tego drugiego... - Co zatem robimy, panie hrabio? - spytał. Wizja pozabierania wrogom broni była oszałamiająca. Pytanie tylko, czy takie niezbyt honorowe zachowanie byłoby na miejscu. Noblesse oblige... Czy też 'a la guerre comme a la guerre...' |
| | |
| Reklama |
| |
![]() |
| Użytkownicy aktualnie czytający ten wątek: 1 (0 użytkownik i 1 gości) | |
| Narzędzia wątku | |
| Wygląd | |
| |
Podobne wątki | ||||
| Wątek | Autor wątku | Forum | Odpowiedzi | Ostatni Post / Autor |
| [komentarze] Rycerska Rzecz | Kutak | Komentarze do sesji RPG - w systemach autorskich | 146 | 11-13-2008 12:54 |
| [rekrutacja dodatkowa]Rycerska Rzecz | Kutak | Archiwum rekrutacji | 9 | 12-24-2007 14:33 |
| Rycerska Rzecz | Kutak | Archiwum rekrutacji | 48 | 06-24-2007 23:00 |