Spis Stron RPG Regulamin Artykuły POMOC Kalendarz Blogi
Wróć   lastinn > RPG - Play By forum > Sesje RPG -Autorskie
Zarejestruj się Użytkownicy Oznacz Fora Jako Przeczytane

Sesje RPG -Autorskie Ścieżki wyobraźni są kręte. Sprawdź jak daleko wyobraźnia zaprowadziła wielu tych, którzy dali się jej ponieść. Zagraj w sesje oparte na systemach autorskich


Odpowiedz
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 10-13-2008, 18:32   #211
Obsługa
 
Mira's Avatar
 
Reputacja: 8 Mira jest jak niezastąpione światło przewodnieMira jest jak niezastąpione światło przewodnieMira jest jak niezastąpione światło przewodnieMira jest jak niezastąpione światło przewodnieMira jest jak niezastąpione światło przewodnie
$: 226 286
„On już wraca do mojego ciała! Musisz mnie zabić!”

Słowa Sante dźwięczały w umyśle dziewczyny niczym wyrocznia. Co mogła zrobić? Jak oprzeć się losowi? Jak uniknąć tego, co nieuniknione? Nie znajdowała odpowiedzi. Póki co jedynie kolejny raz uniknęła pchnięcia rycerza. On na pewno chciał jej unicestwienia za każdym razem celując wprost w serce... a raczej chciał ją to zrobić ten, który zawładnął umysłem przyjaciela Sary.

Łzy potoczyły się po policzkach młodej alchemiczki, a dłoń z mieczem drżała. Co miała począć? Widziała kątem załzawionego oka, jak Andre również szykuje się do starcia. No tak, nie da się bezustannie unikać ciosów chłopaka... Potrzebny był jej plan.

„Myśl Saro, myśl...”

Kolejne cięcie zawadziło o bok jej koszuli, rozcinając błyskawicznie materiał. Na ustach Sante pojawił się drapieżny uśmiech. Widok nagiego fragmentu ciała tylko rozbudził w nim pragnienie krwi.

„Myśl, myśl...!”

- Andre, cokolwiek teraz widzisz... on jest moim przyjacielem...
– mówiła nie przerywając swego tańca ze śmiercią – Nie mogę go stracić... Ja... go zajmę... Proszę, spróbuj go obezwładnić, omdleć... cokolwiek, by nie zabijać... Błagam cię i zaklinam na dobre imię twej rodziny!

Czy obcokrajowiec był w stanie zrozumieć powagę jej słów? Czy można było mu zaufać?

„Tak wiele pytań i tak mało odpowiedzi... Andre, liczę na ciebie!”

Sara z całego serca chciała teraz wierzyć w tego człowieka, by widzieć w nim towarzysza, a nie byłego złoczyńcę... choć przecież nim właśnie był.
 
__________________
Czy wiesz że gdy pada śnieg
Moje oczy stają się większe
A światło którym lśnisz jest niewidoczne?
Mira jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Reklama
Stary 10-14-2008, 19:08   #212
Wasteland warrior
 
merill's Avatar
 
Reputacja: 8 merill jest jak niezastąpione światło przewodniemerill jest jak niezastąpione światło przewodniemerill jest jak niezastąpione światło przewodniemerill jest jak niezastąpione światło przewodniemerill jest jak niezastąpione światło przewodniemerill jest jak niezastąpione światło przewodnie
$: 117 697
Widok młodego rycerzyka, atakującego z furią nienawiści Sarę zmroził jego duszę. Dziewczyna ze łzami w oczach odpierała potężne ciosy opętanego knechta. "Opętanego" - to dobre słowo, pomyślał najemnik obserwując z rosnącym przerażeniem wykrzywiony grymas nienaturalnego szału. Coś lub ktoś mentalnie kontrolował tego człowieka, przydając mu determinacji,siły i zręczności. W jego dłoniach zalśniły szerokie sztylety,ale jednocześnie na ten widok w oczach alchemiczki stanęły kryształy łez.

- Andre, cokolwiek teraz widzisz... on jest moim przyjacielem... Nie mogę go stracić... Ja... go zajmę... Proszę, spróbuj go obezwładnić, omdleć... cokolwiek, by nie zabijać... Błagam cię i zaklinam na dobre imię twej rodziny!

Najemnik spojrzał na nią przez chwilę jak na obłąkaną, ale posłuchał jej błagalnej prośby, coś w jego sercu mówiło mu, że nie potrafiłby odmówić temu podlotkowi.

Rozejrzał się gorączkowo, czasu miał coraz mniej, Sara słabła. Zauważył ciężkie, rzeźbione w hebanie krzesło, stojące w narożniku namiotu. Porwał je i wykorzystując stojący stół wyskoczył w powietrze, roztrzaskując ciężki mebel adwersarzowi na głowie i plecach, lądując.
 
__________________
Rangers lead the way - 2 batalion Rangersów - 6 June 1944 - Omaha Beach
Tajemnice Czarnego Lądu - zapraszam do rekrutacji.
11844451 - moje gg.
Sobota: Wielkie odpisywanie!!!
merill jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 10-26-2008, 16:30   #213
 
kitsune's Avatar
 
Reputacja: 7 kitsune jest po prostu świetnykitsune jest po prostu świetnykitsune jest po prostu świetnykitsune jest po prostu świetny
$: 135 543
Archibald Roderyk de Valsoy h. Pęk Strzał

Rycerz bez słowa obserwował poczynania Hella. Ani nie skomentował jego uwag, ani nie zachowania młodego wojownika. Po prostu czekał. Hell wyszarpnął z ręki nieruchomego strzelca hakownicę i podjechał do hrabiego. Prymitywna broń wylądowała na ziemi przed kopytami hrabiowskiego wierzchowca:

- Co zatem robimy, panie hrabio?

Pytanie wojownika zaiste było na miejscu. Archibald raz jeszcze otaksował nieruchomych strzelców i zaklął wciąż zadziwiony. Niemożliwe, by człek, nawet i najlepiej wyszkolony, wytrzymał tyle w jednej pozycji! To czary jakoweś? A jeśli czary, to dlaczego nagle nieskuteczne? Podjechał tak, by zrównać się wierzchowcem z Hellem:

- Miłościwy panie, sprawa zaiste dziwna, a przy tym kompletnie niezrozumiała. Kto wie, może i okazja. Odebrać im broń, może nie całą, lecz hakownice, to byłoby coś! Nienawidzę tej broni, bom rycerz, dlatego wiem, co poczułyby sukinsyny z zakonu, którzy sprzeciwili się woli Waszej Miłości, widząc, iż naprzeciw siebie mają pełen pułk chwatów wyposażonych w te rury! Ale niestety niewielu nas, broni sami nie przewieziemy. Nie wiemy też, jak długo nieruchomi będą nasi adwersarze, czy mamy ryzykować, że się ockną i tym razem bez zbędnego wysiłku odbiorą nam życie? Jedźmy dalej, panie, czym prędzej do zamku. Zbierajmy oddziały, Wasza Miłość teraz najważniejszy! Jeśli wpadniesz w łapy buntowników lub co gorsza Geutrińczyków, wojna skończy się szybciej, niż się zaczęła! Poczekajmy na Sarę i pozostałych, a potem jedźmy dalej do Ville-de-Clee.

De Valsoy żarliwie przemówił do swego władcy, a potem skłonił się pełen szacunku. Nie pozostało nic innego, jak czekać na decyzję władcy i liczyć na to, że nie zdecyduje się ryzykować całego Arish dla kilku setek hakownic. Rycerz denerwował się przy tym o losy młodej alchemiczki. Cholera wie, w jakie tarapaty wpaść mogła dziewka. Wszak pod tym względem przejawiała równie wrodzone zdolności, co Cycata Magda z Rudych Stągwi do zberezeństw! Eeeeech, wspomniał Archibald Magdę, przypomniał sobie cyce niczym donice. Magda pewnie babką już jest, wnuczętom baśnie prawi, ale co tam, swego czasu… Starzec potrząsnął głową, widać głupieje ze strachu, skoro mu w takich chwilach swawole do głowy przychodzą! Wyprostował się w siodle i przywołał do siebie Dedericha:

- Jedź zatraceńcu w las. Po naszych. Ino tak, by cię nikt nie usłyszał! Przyprowadź ich, być może trzeba będzie szybko stąd bieżać.

Dederich pokiwał głową, choć wyraz twarzy miał nietęgi. De Valsoy klepnął giermka w ramię:

- Nie bocz się, bezpiecznyś póki co. Ale uważaj, gdzie drugiego takiego łachmytę znajdę?

Przez chwilę milczał, apotem rzucił tak, by hrabia go usłyszał:

- Albo pojadę z tobą, o ile nasz miłościwy pan mi zezwoli.
 
__________________
Lisia Nora Pluton szturmowy "Wierny" (zakończony), W drodze do Babilonu


kitsune jest teraz online   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 10-26-2008, 22:23   #214
 
Angrod's Avatar
 
Reputacja: 4 Angrod jest jak klejnot wśród skałAngrod jest jak klejnot wśród skałAngrod jest jak klejnot wśród skał
$: 48 879
Hrabia Franciszek zawsze lubił krępującą ciszę, w dyplomatycznej rozmowie chętnie ją stosował, gdyż był to moment kiedy mógł odprężyć się i z satysfakcją patrzeć na hamowane nerwowe ruchy rozmówcy. Ten zazwyczaj pragnąc wyjść z niezręczności jeszcze bardziej się w nią pogrążał. Teraz gdy czuł delikatną mieszankę strachu i irytacji był bliski poznania tego mechanizmu na własnej skórze. Doświadczenie zawodowe było jednak zbyt duże by pozwolić sobie na tę niewinną przyjemność uczenia się na własnych błędach.

Archibald też z niejednego pieca chleb jadł i jego rady były całkiem słuszne. De Clee rozumował podobnie, dlatego tylko skinieniem głowy dawał do zrozumienia, że gotów jest postąpić jak to stary rycerz przedstawiał.

Najważniejsza rzeczą jaką Franciszek nauczył się o krępującej ciszy było to, że nie należało jej za wszelką cenę przerywać. Sara i Andre zdecydowali podjąć ryzyko dla wspólnego celu i bardzo nieroztropne byłoby zaprzepaszczenie ich wysiłku. Czekanie za wszelką cenę nie wchodziło więc w grę, a póki sytuacja wydawała się statyczna nie przynosiło rozwiązania. Sęk w tym, że ta nienaturalna statyczność niepokoiła hrabiego, dlatego pozwolił Archibaldowi i Hellowi na nieco śmielsze zagrania. Bez podjęcia ryzyka nie można było wybadać sytuacji, a jakby nie było jeszcze przed godziną całkiem im się spieszyło.

I faktycznie, wróg jakby podatny rozważaniom hrabiego dosłownie zastygł bez ruchu. Sytuacja dziwna i przez to niepokojąca, ale znów doświadczenie pomagało skupić się na realizacji celu, kiedy się go już osiągnie, ktoś inny zajmie się roztrząsaniem jak to się stało. Faktem było, że napastnicy znieruchomieli, nie spowodował tego żaden ze zbrojnych, ani nawet druidka, a już na pewno nie biskup. Wyjścia były dwa. Sara i Andre dzięki tajemniczemu zwierzęciu zyskali im w ten sposób czas na przedarcie się, albo robił to ostatni z uczestników wyprawy. Franciszek bacznie przyjrzał się chłopczykowi. Kimkolwiek był, stanowił widocznie ważną figurę w rozgrywających się wydarzeniach i warto było go mieć po swojej stronie.

- Nie mamy pewności że Dederich trafi za tym osobliwym lwem. Wolałbym Archibaldzie byś i ty pozostał ze mną. Jeśli tylko chłopiec jest gotów powinniśmy ruszać - rzekł z pełną powagą - Teraz mamy szansę. Jeśli Sara i Andre dali nam właśnie czas nie możemy się ociągać, będą musieli nas dogonić. Tu chodzi o Arish Spieszy nam się.
 
__________________
Coś fajnego odroczone chwilowo przez sprawy osobiste :|
. . . . . Zwierzątka . . . . .
Angrod jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 11-04-2008, 13:08   #215
 
Kutak's Avatar
 
Reputacja: 8 Kutak jest jak klejnot wśród skałKutak jest jak klejnot wśród skałKutak jest jak klejnot wśród skałKutak jest jak klejnot wśród skał
$: 218 805
Napięcie wśród rycerzy na trakcie było wprost nie do wytrzymania. Gdyby zaczęła się już jakaś walka, adrenalina zabiłaby wszelkie wątpliwości i wszelkie pytania – i nieważne, czy czekałaby ich śmierć, czy zwycięstwo, Franciszek, Hell i Archibald daliby się porwać w wir walki, jak na rycerzy przystało. A w tej chwili każda sekunda potęgowała tylko napięcie. Nieruchomi żołnierze w prawdzie nie stanowili zagrożenia, ale co za moc mogła tak podziałać na przynajmniej stu mężczyzn? Magia? Ale jak potężna? Przecież Franciszek doskonale pamiętał pokaz mocy szamanów z kopalni, którzy szukając diamentów i powiększając ich rozmiary dochodzili prędko do granic swych możliwości, by później regenerować swe siły przez wiele dni. A wszyscy z bohaterów byli pewni, iż unieruchomienie wojowników nie jest wcale najpotężniejszą mocą tego, który uczynił ten cud…

Jaki będzie ich los, gdy ta moc uderzy w nich?

- Co zatem robimy, panie hrabio? – spytał Hell, odwracając się na moment od przewróconych żołnierzy.

- W tej chwili najlepiej się poddajcie. – usłyszał za sobą głos, a jego serce podskoczyło do gardła. Nim zdołał się obrócić, poczuł zimną lufę hakownicy na swoim karku.

Franciszek rozbieganym spojrzeniem obdarzał to lewą, a to prawą stronę lasów otaczających trakt. Wszyscy, jeszcze przed chwilą nieruchomi, żołnierze sięgali po swą broń, powoli zaczynali się zbliżać. Cisza panująca w lesie została przerwana przez gwar ich rozmów, okrzyki pełne pogróżek i odgłosy ładowania broni…

***
Ciężkie krzesło uderzyło o głowę Sante, skutecznie pozbawiając go przytomności i powalając na ziemię.

***
I znów, zatrzymali się. Wszyscy – niektórzy w połowie kroku, co kończyło się komicznym upadkiem, inni stojąc, przez co znów wyglądali niczym posągi. Cokolwiek to miało oznaczać, musieli ruszać dalej. Okolica nie była bezpieczna, a kolejne nagłe przebudzenie mogłoby po prostu zmieść ich wszystkich z powierzchni ziemi. Mogło doprowadzić do zniszczenia całego Arish. Nikt z zebranych na trakcie nie miał bowiem żadnych wątpliwości, iż to oni byli ostatnią nadzieją hrabstwa…

Hrabia nie wyraził zgody na pomysł Archibalda, więc wszyscy musieli ruszać. Nawet chłopiec zdawał się robić to z chęcią, ulgą. Ten las, ci wszyscy ludzie… Napawali ich serca przerażeniem.

Hell także odczuwał ulgę. Spojrzał tylko przez chwilę na twarz de Valsoy’a, twarz przepełnioną strachem. I zrozumiał. Starzec wcale nie bał się o siebie. Myślał o młodej Sarze, która znajdowała się gdzieś daleko, w środku tego przeklętego lasu… Gdzie zaprowadziła ją ta magiczna bestia? Jakie przeciwności przyjdzie pokonać alchemiczce…?

Jeźdźcy popędzili ku kopalni…

***
Krew lała się z całkowicie zmiażdżonego podczas upadku nosa Sante, towarzyszyły zaś jej łzy, które wylewała z siebie Sara. Co się stało, co się stało z tym chłopcem, już raczej mężczyzną? Czy musiał trafić do tych ludzi? Był rycerzem, tak cudownym rycerzem, może nawet zbyt cudownym – pragnął spełniania ideałów opisanych w rycerskich pieśniach i powieściach, a przecież to nierealne w świecie pełnym polityki. Tym go uwiedli, tym porwali jego serce, tym zmusili go do przysięgi… Tym go zniszczyli…

Andre z niepokojem spoglądał na dziewczynę. Jej ruchy były dziwnie wolne, jej oczy były zbyt nieobecne, by uznać to za normalne. Niewiadomo, czy z własnej woli, czy pod wpływem jakichś obcych mocy, padła na kolana i objęła głowę nieprzytomnego rycerza.

A potem najemnik również padł na ziemię, oślepiony ogromnym wybuchem światła…

***
lastinn player
Na dłoń Sary spadały kolejne płatki śniegu. Ale nie był zimny. Nie zmieniał się w wodę. Dotykał jej dłoni, chwilę jeszcze mienił się na jej powierzchni, a potem znikał. Jakby chciał pokazać jej swoje piękno. Jakby chciał pokazać jej piękno całego tego świata…

Rozejrzała się wokół siebie. Błękitne niebo, takie, jakie dotychczas widywała tylko na najpiękniejszych obrazach, płytki strumień z wodą która zdawała się składać z milionów maleńkich diamentów i kilometry lasów i jezior… Pięknie. Tu było tak pięknie…

Ale jak tu się znalazła…?

- Nie obawiaj się, Wiosenne Ostrze. Jestem tu po to, by cię bronić. – usłyszała nagle za sobą męski głos.

- Archibald!?niemal zapiszczała.

- Nie. Niestety, nie. Nazywam się Północny Wilk i, chociaż zapewne już tego nie pamiętasz, spotkaliśmy się kilkukrotnie. – wielki barbarzyńca pokłonił się przed niewielką alchemiczką

Przez umysł Sary przemknęła chwila, gdy poczuła pod swymi palcami ciepłe, zwierzęce futro… Tak, wtedy, gdy de Valsoy torturował jednego z jeńców… Czy to był on? Czy naprawdę jest wilkiem…?

- Nie mamy wiele czasu, a wiele musisz zobaczyć. – rzekł po chwili milczenia mężczyznaChwyć moją dłoń i ruszajmy. Po drodze zdążysz zadać mi parę pytań…

- Co to za miejsce? – od razu wypaliła dziewczyna, już trochę ośmielona

- Twój wewnętrzny dom, Wiosenne Ostrze. Z tym, że w tej chwili połączony z pustynią, którą w umyśle twego przyjaciela stworzył Oberycum. I właśnie dlatego potrzebujesz mojej ochrony…

Szli długo. Naprawdę długo. W końcu, gdy nogi panny Aviante zaczęły odmawiać jej posłuszeństwa, Północny Wilk uniósł ją jednym, szybkim ruchem i posadził na swoim ogromnym ramieniu. Z tego miejsca Sara obserwowała cały ten fascynujący świat. Stada jeleni o złotych rogach wciąż biegały wokół nich, ogromne, czerwone orły lądowały co chwilę na ramieniu Wilka, szepcąc mu coś do ucha. Drzewa falowały mimo braku wiatru, jakby tańcząc, nad nimi zaś unosiły się trzy słońca, wszystkie świecące całą swą mocą. To był piękny świat…

- Zejdź. I przygotuj się. On cię nawiedzi. Będzie chciał cię skrzywdzić. I zrobi to. Musi, tak zostało zapisane, tak mówi księga. Nie lękaj się więc, Wiosenne Ostrze. W historii tego świata twoje miejsce jest zbyt ważne, byś mogła zginąć w jednym marzeniu… - delikatny uśmiech barbarzyńcy był ostatnim, co zapamiętała. A potem ruszyła przed siebie. Wiedziała, że musi.

Krajobraz wokół jej osoby zmieniał się z kroku na krok. W końcu stanęła w miejscu, o którym wiedziała, że musi tam stanąć. Na środku zamarzniętego jeziora. Zniknął już pogodny świat, zniknęły piękne zwierzęta i tańczące drzewa… Tak teraz chciałaby mieć obok siebie Północnego Wilka… Albo Archibalda

Wyszedł spomiędzy drzew, tak jak się spodziewała. Nie umiała określić jego kształtu. To były setki czarnych płomieni, które w chwilę później przeradzały się w miecze, by później stać się po prostu czarnymi kreskami… Mimo ciemnej nocy, jego czerń była zdecydowanie wyraźniejsza, była czernią absolutną, nieprzenikalną ludzkim wzorkiem, nieopisywalną ludzkimi słowami. Był złem. Kwintesencją zła.

- Oto i jesteś. – odezwał się głosem, który pamiętała tak dobrze – wtedy, na trakcie, te słowa w jej umyśle... – Twoje imię znalazło się już tysiące lat temu, w księgach, które samemu spisywałem, gdy jeszcze miałem ludzkie dłonie. Przepowiednia ma jednak do siebie to, że trzeba ją dokładnie poznać, by móc spełnić… Ty jej jeszcze nie znasz. I to jest twój błąd. I to będzie twoją śmiercią! – krzyknął, a by po chwili z jego dłoni wystrzeliły czarne ostrza. Setki czarnych ostrzy pędzących w kierunku serca Sary.

- NIE! – krzyknęła, a z jej dłoni trysnęło błękitne światło, które popędziło prosto w kierunku jej przeciwnika.

Dwie moce zderzyły się. I obie, po ogromnym wybuchu, przestały działać.

Jeżeli to jest Oberycum, ten, który potrafił zmienić w posągi setki żołnierzy, a ona potrafi odeprzeć jego atak to jaką mocą dysponuje…? Czym są te zdarzenia, które spotykały ją od tak dawna? Od momentu jej… śmierci?

Czy może go teraz zabić? Podoła? Jakie to będzie miało konsekwencje? Przecież Północny Wilk mówił… Przepowiednia, księga… Kim ona jest? Nie może teraz ocalić Sante, nie może pokonać Oberycuma… Zbyt wiele mogłaby stracić…

W demonstracyjnym geście rozłożyła ręce. Jej przeciwnik nie czekał długo. Wystrzelone z jego dłoni ostrze trafiło dokładnie w serce Sary, powalając ją na ziemię. W ostatnich swego życia chwilach widziała tę złowrogą postać odchodzącą gdzieś w dal… Nie powiedział już ani słowa, niczego nie sprawdził.

Czyżby nie był zadowolony ze swojego zwycięstwa?

***
Jan zeskoczył z konia, zostawiając go przed bramą Zakonu. W prawdzie mógłby wjechać do środka, ale nie był pewny, jak jego wierzchowiec zareaguje na ogień. Lepiej było nie ryzykować. Dobywając pewnym ruchem miecz, powolnymi krokami zaczął wkraczać do wnętrza jednego z najważniejszych budynków w całym mieście…

Na dziedzińcu płonęło wszystko. Stodoły, stajnie, dawna karczma, kilka bud będących dawniej noclegowniami dla nowicjuszy, składzik… Wszystko tworzyło rzekę ognia, nad którą jedynym pomostem była droga prowadząca do wejścia do środka warowni, w której osiedlili się rycerze. Tam też zmierzał bard, by w końcu odszukać swego brata. I niemalże wchodził do środka, gdy usłyszał psi skowyt. Ten psi skowyt!

- No popatrz się, taki duży piesek, a boi się ognia…

- Noo! A jaki mięsny, na tydzień rodzinie całej by starczył! A tatko…

- Oj, tatko to wesoły by był, oj wesoły! - wołało trzech chłopów, zebranych nad zapędzonym do kąta psem. Nie, to nie był zwykły pies. To Bruno był zapędzony do kąta i to właśnie do niego jeden z chłopów mierzył teraz widłami…

- Jeden jeszcze ruch, a rozpierdolę wasze łby na kawałki od piasku drobniejsze! – wrzasnął O’Key z Nesskey, biegnąc w kierunku oprawców psa, unosząc przy tym swą broń nad głowę.

Nie musiał powtarzać drugi raz. Nawet zjedzenie całego psa nie było tak wiele warte, by zaryzykować dla niego swą głowę. Trójka chłopów rozbiegła się w trzy różne kierunki, Bruno natomiast od razu poznał swego pana, który już po chwili skończył na plecach, przygnieciony do ziemi ciężarem swego zwierzaka.

***
- Ciii… Nie bój się. Wszystko już dobrze…
- Zrobiłaś dokładnie to, o co cię prosiliśmy… To dobrze. To świetnie, Wiosenne Ostrze.
- A teraz otwórz oczy…
Delikatny kobiecy głos. Dotyk palca tak delikatnego, jakby był z jedwabiu. Zapach kwiatów, ciepło słońca…
Sara otworzyła oczy.
- Gdzie… Gdzie ja jestem…? – spytała, rozglądają się wokół siebie, aż w końcu jej oczy trafiły na kobiecą postać – zapewne tę, która przed chwilą do niej przemawiała.

- Mówią o mnie Dobra Pani, a ty znajdujesz się właśnie w moim ogrodzie, po raz drugi zresztą. Tę wizytę jednak zapamiętasz. I zapamiętasz też to, co odkryłaś podczas spotkania ze Złym Panem. Twoje moce trochę osłabły, lecz ciągle je masz… Użyj ich, by poznać, a później spełnić przepowiednie. Musisz to zrobić.

- A jeżeli nie podołam…? - cichym głosem spytała dziewczyna

Łza spłynęła po policzku Pani, by po chwili uderzyć o kamienie stanowiące podłogę w altanie, w której przebudziła się Sara.

- W moim ogrodzie niebawem zapadnie jesień. Me herbaciane krzewy już usychają. Zima jednak zniszczy je wszystkie. Musisz to zrobić… A teraz przebudź się.

***
Andre wstał z ziemi dokładnie w tym samym momencie, w którym z podłogi zebrała się Sara. Nie byli pewni, ile czasu spędzili w tym stanie, nawet dziewczyna nie do końca rozumiała, co tu zaszło. Przed wyjściem z namiotu stały dwa białe konie.

Jednego byli pewni. Muszą jechać w kierunku kopalni…

***
Gdy czułe powitanie dobiegło końca, Jan wraz z psem poczęli przeczesywać każdy fragment warowni Rycerzy Dębu. Musiał znaleźć Ludwika nim zrobią to płomienie ogarniające każdy drewniany element budowli, bądź nim zrobią to ludzie księcia. Na pewno zabiliby wówczas jednego z braci, a bardzo prawdopodobne, że nawet obu…

Robiąc użytek ze swego ostrza, bard rozganiał pospólstwo szukające wartościowych przedmiotów w płonącej budowli. Komuś chyba nawet przyciął rękę, paru zdzielił płazem przez łeb. Nikogo nie zabił. Chyba. Działał w tak wielkim pośpiechu, że nie bardzo miał jak zwracać na to uwagę. Zresztą, sami w końcu pchają się do tak niebezpiecznych zajęć…

- Stój! – usłyszał w pewnym momencie za sobą. Obrócił się na pięcie i już mocniej chwycił broń, szykując się do odparcia ewentualnego ataku, gdy zobaczył za sobą kilku geutrińskich muszkieterów. Pokazał im rękojeść swego miecza, co uspokoiło nadgorliwych żołnierzy.

- Janie… Co się z tobą dzieje? – spytał pod nosem samego siebie. Co zrobiło z nim więzienie i ta sytuacja, owszem, pełna stresu? Kim się stał? Pełnym szału barbarzyńcą? Żołnierzem myślącym tylko o walce? A gdzie radość, a gdzie pieśni? Gdzie dawne wartości?

- Kim jesteś!? - krzyk wyrwał go nagle z zamyślenia. To pytanie nie było skierowane do niego.

- O’Key z Nesskey… - w odpowiedzi na pytanie rozległ się schorowany, zmęczony głos.

Jan zajrzał do tej komnaty. Wspierając się o ścianę, stać usiłował tam Ludwik, a po jego obu stronach stało dwóch muszkieterów. Ludzie księcia znaleźli go wcześniej…

Więc co teraz?

***
U wrót kopalni ponownie spotkali się wszyscy. Nikt nie miał jednak sił na rozmowę. Sara tylko powitała zebranych, ale bez tak charakterystycznej dla niej wylewności. Cały czas myślała o Sante, chłopaku pozostawionym w namiocie, którego umysłem władał potężny przeciwnik. Franciszek myślał o wojskach, które tu czekają – wewnątrz i w dwóch okolicznych warowniach było łącznie pięć tysięcy żołnierzy, przeniesionych tutaj z innych fortów i zamków. Drugie tyle szło już tutaj z Devis. I chociaż nie było to mało, to walka zapowiadała się niezwykle ciężko… Jednak hrabia pocieszał się jeszcze jedną rzeczą, która miała tu już na niego czekać…

Hell wciąż obserwował chłopca. Od kiedy ruszyli z traktu, zachowywał się jakby popadł w jakiś rodzaj stagnacji. Nie śmiał się, nie mówił wiele, prawie się nie poruszał. Co tak strasznego mogło się tam stać? Archibald zaś obserwował podobne zmiany w postaci Sary… Przez tę jedną noc, którą spędziła w lesie… Wydoroślała? Kto wie, ale z pewnością się zmieniła, co mógł potwierdzić też Andre

- Witajcie w naszych skromnych progach… - powitał zebranych wyłaniający się z ciemności mężczyzna.

Franciszek momentalnie rozpoznał w nim Al-Azzathazala, zwanego po prostu Czarnym Niedźwiedziem, najważniejszego ze wszystkich tu zebranych szamanów. I trzeba przyznać, iż w sprawie specyficznego pożywienia owych barbarzyńskich magów, był on również najchętniejszy do kompromisów.

- Rad będę przyjąć was w tym przybytku, lecz wcześniej… Szmaragdowa Komnata jest już czynna.

***
Sara, Hell, Andre, Archibald oraz Franciszek stali po środku sporej komnaty będącej esencją przepychu i bogactwa. Wszelkie jej ściany, a także podłoga i sufit, wykonane były z oszlifowanych szmaragdów, wydobytych zresztą w tej kopalni. Nie służyła ona jednak tylko do celów ozdobnych. Wszystko to, jak tłumaczył Czarny Niedźwiedź razem z Franciszkiem, było tylko ołtarzem, służącym do rzucania pewnego potężnego zaklęcia. Zaklęcia, które pozwala znaleźć odpowiedź na każde pytanie…

Na środku pomieszczenia ustawiono palenisko, z którego buchał płomień – również zielony. Obok niego stanął Al-Azzathazal.

- Każdy z was po prostu musi wypowiedzieć pytanie. Każdy po jednym. Gdy je zadacie, ja odprawię odpowiednie rytuały, a waszym oczom ukaże się postać. Nie lękajcie się jej. Ona odpowie na wasze pytania. Nie możecie się o nic dopytywać. Nie możecie dyskutować. Najlepiej milczcie i słuchajcie jej słów…

Ogień w palenisku buchnął wyraźnie mocniej.

Czas na pytania…
 
__________________
Kutak - to brzmi dumnie.
Kutak jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 11-05-2008, 09:58   #216
 
Kerm's Avatar
 
Reputacja: 7 Kerm jest po prostu świetnyKerm jest po prostu świetnyKerm jest po prostu świetnyKerm jest po prostu świetnyKerm jest po prostu świetny
$: 190 472
Chłód lufy dotykającej karku nie nastrajał optymistycznie. I zdecydowanie nie zachęcał do stawiania oporu. Poza tym napastnik nie był sam. Pozostali ludzie również obudzili się ze swego tajemniczego snu i najwyraźniej zaczęli okazywać niezbyt przyjazne uczucia, szykując broń i wykrzykując słowa należące do tych, które kieruje się zwykle pod adresem wrogów.

Zanim jednak Hell zdążył zareagować na uprzejmą propozycję dotyk zelżał. A wrogowie znowu zamarli.

"Cholerne marionetki" - pomyślał Hell, powoli odsuwając się od wylotu hakownicy.

Obrócił się i spojrzał na stojącego za jego plecami żołnierza. Ten stał jak posąg, z uniesioną, gotową do strzału bronią. Niewidzącymi oczami wpatrywał się w jakiś punkt nad ramieniem Hella. A lufa nawet nie drgnęła.

Opanowawszy z pewnym wysiłkiem całkiem normalny odruch kopnięcia wroga prosto w szczękę ograniczył się do gwałtownego odepchnięcia hakownicy na bok. To wystarczyło, by żołnierz pochylił się i bezwładnie runął na ziemię. Lufa wbiła się w ziemię, a lont zgasł.

Hell odetchnął z ulgą. I doszedł do wniosku, że pora stąd uciekać. Jak najszybciej. I że hrabia mógłby wreszcie podjąć jakąś decyzję...


Wreszcie ruszyli. Galopem, w stronę kopalni.
Hell spojrzał na twarze swych towarzyszy. Wyglądało na to, że rozkaz hrabiego wszyscy przyjęli z ulgą. Może z wyjątkiem Archibalda. Na twarzy starego rycerza malowało się uczucie, które raczej nie gościło tam zbyt często. A może nigdy wcześniej. Z kierunku, w jakim parę razy spojrzał Archibald łatwo można było się domyślić, co trapi doświadczonego wojownika. Najwyraźniej rycerz nie był zachwycony tym, że muszą zostawić Sarę. I nie był pewien, czy towarzyszący dziewczynie najemnik zdoła ją ochronić...

Hell myślał nie tylko o Sarze. Jego uwagę przyciągał przede wszystkim chłopiec. Jego zachowanie zmieniło się. Zdecydowanie na gorsze. Całkiem jakby zdarzenia w lesie odebrały mu wszystkie siły nie ruszał się, nie mówił nic... I przez tę obojętność nie można było się przebić.

Droga do kopalni przebiegała bez przeszkód.
Wojownicy w lesie ciągle stali pogrążeni w letargu. I pies z kulawą nogą nie stanął na drodze nielicznej grupki pędzącej przez las.
W pobliżu kopalni kłębiły się tłumy. Widać było, że właśnie tu zbierają się siły, których zadaniem będzie obrona Arish.
Jednak nie było czasu na przyglądanie się zebranym, nie było nawet czasu na rozmowę z Sarą, która Hellowi wydała się dziwnie małomówna, jakby przygaszona... I jakby pozbawiona dziecinnego entuzjazmu, którym zawsze tryskała.
Ktoś zaopiekował się Venti i chłopcem, ktoś inny ściągnął z konia d'Agrynna, ale Hell dostrzegł to niejako mimochodem, więcej uwagi zwracając na człowieka, który wynurzył z wnętrza kopalni i zaprosił hrabiego i jego towarzyszy do środka.
Hell odpowiedział na powitanie, które raczej zdawało się być tylko formalnością, a potem podążył wraz z resztą w stronę pomieszczenia, które ów mężczyzna nazwał Szmaragdową Komnatą.

Bez wątpienia owe pomieszczenie zasługiwało na taką nazwę. I stanowiłoby ozdobę każdego pałacu. Widać jednak było, że nie dla celów reprezentacyjnych zostało wybudowane.

"Ciekawe, kto lub co się pojawi, by odpowiedzieć na pytania" - pomyślał, gdy szaman skończył mówić. - "I raczej warto dobrze się zastanowić nad tym, o co pytać..."

Pytań można było zadawać wiele. I z pewnością nie należało do nich "kim jesteś?".
Hell uśmiechnął się mimo woli. Chociaż wiedział, o co spytać, to wolał poczekać, aż wypowiedzą się inni. Hrabia, Sara, Archibald... Wiedzieli więcej niż on o potrzebach Arish...
 
Kerm jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 11-06-2008, 21:31   #217
Obsługa
 
Mira's Avatar
 
Reputacja: 8 Mira jest jak niezastąpione światło przewodnieMira jest jak niezastąpione światło przewodnieMira jest jak niezastąpione światło przewodnieMira jest jak niezastąpione światło przewodnieMira jest jak niezastąpione światło przewodnie
$: 226 286
Umarłam...
Drugi raz już...
To chyba...
Niedobrze.”

Sara powoli, jakby delektując się każdą drobinką, wciągnęła powietrze przez nos, wypełniając nim płuca. Oddycha. Wciąż żyje.
Jednak choć miała ledwie szesnaście wiosen za sobą, wiedziała, że w tym świecie nie ma nic za darmo. Coś w niej umarło, coś odeszło bezpowrotnie, by ustąpić miejsca... czemuś potężniejszemu.

Poświęciła Santego, by wypełnić wolę Północnego Wilka, oto co się dokonało. Czy tak miało być? Czy nie powinna bardziej walczyć o przyjaciela z dzieciństwa Dawna Sara by na to nie pozwoliła, przestawiłaby góry, by uratować jedynego przyjaciela... Dawna Sara jednak odeszła.

Ta, którą nazwano Wiosennym Ostrzem stała wyprostowana wśród swych towarzyszy. Wiedziała, że jej się przyglądają, wyczuwała naturę ich spojrzeń... ciekawość, troskę, czasem nawet lęk.
Chciała ich uspokoić, chciała uśmiechnąć się do hrabiego Franciszka, rzucić głupim żartem w kierunku Archibalda, lecz... nie mogła. A już szczególnie nie mogła spojrzeć w oczy Andre, wiedziała bowiem, że on zauważy... i zrozumie skąd wzięła się moc w jej oczach.



Nawet pojawienie się Czarnego Niedźwiedzia ani jego magia nie podniosły z ziemi jej wejrzenia . Stała sztywno, wpatrując się w skałę u swych stóp. Teraz już bowiem wiedziała. Jest sama. To jej walka i nikt nie jest w stanie jej pojąć. Jeśli przed kimś się otworzy - sprowadzi nań nieszczęście. Jest sama... bo tak jest najlepiej.

Dopiero na dźwięk głosu Al-Azzathazala pięści Sary zacisnęły się. Zaciskały się coraz mocniej i mocniej aż pobielały jej kostki, a nadgarstki roztrząsały się niby liście osiki.

„Czy to jakieś kpiny? Jedno pytanie... jak po tym wszystkim mogę zadać jedno pytanie... Toż to tortura a nie wybawienie! Dureń... wszyscy jesteście durniami!”

- Chce wiedzieć! – odezwała się, lecz umilkła przestraszona twardym brzmieniem własnego głosu. Jej pytanie było jednak zbyt ważne, musiała wyjść z własnego cienia...
- Chcę wiedzieć jakie jest przeznaczenie... Wiosennego Ostrza?

„Chcę wiedzieć kim się stałam, do diabła!”
 
__________________
Czy wiesz że gdy pada śnieg
Moje oczy stają się większe
A światło którym lśnisz jest niewidoczne?
Mira jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 11-09-2008, 23:24   #218
Public Relations
 
Niles Elmwood's Avatar
 
Reputacja: 4 Niles Elmwood ma w sobie cośNiles Elmwood ma w sobie cośNiles Elmwood ma w sobie coś
$: 40 820
Jan w pierwszej chwili zaniemówił na widok rodzonego brata w towarzystwie muszkieterów.

- No właśnie! - przemówił jako pierwszy przerywająć chwilę ciszy, przeplatanej krzyżującymi się spojrzeniami obecnych w klasztornej celi. Pojawienie się w progu potężnego bernardyna dopełniło dziwaczności sytuacji.

- Z rozkazu Księcia mam zająć się rycerzem O'key z Nesskey! - ciągnął pewnym głosem podchodząc krok bliżej. Wyciągnął zdobione ostrze i pokazując muszkieterom rękojeść powiedział -

- Nie stójcie tak... Pomóżcie ubrać się rycerzowi Ludwikowi, ma spotkanie z Jaśnie Panującym!

Na te słowa Geutrinianie, odrywając wzrok od symbolicznej broni, spojrzeli po sobie i wzruszając ramionami wyszli na korytarz.

- Sam Pan pomóż mu się ubrać. Choroby jakiej złapać nie chcemy. Zresztą nie takie mamy rozkazy.

Jan z udanym zniecierpliwieniem gestem ręki odprawił żołnierzy, co ci skitowali pogardliwym spojrzeniem i zniknęli w tłumie biegających ludzi.

- Nic nie mów! - rozkazał pomagając wstać bratu. Jednak Ludwik był w gorszym stanie niż wyglądał. Patrzył na Jana półprzytomnie i zaczynał majaczyć. Bruto z radością i zatroskaniem lizał znajomą twarz chorego.

Jan ostrożnie ulożył go na posłaniu, zamknął drzwi od celi i zastanowił się przez chwilę, rozglądając się po izbie.
Przebrany w szaty rycerskie i Ludwikową koszulkę kolczą, przez moment wahał się, czy zabrać ze sobą rodowy miecz. Tylko przez moment, bo później zdecydowanie przewiesił go na plecach. Ludwika otulił w płaszcz i nakrywając mu rozgorączkowaną głowę kapturem, ujął chorego pod ramię i wyprowadził z celi. Nie żałując łokci, uderzeń klingi miecza i solidnych płazów po tyłkach szabrującej zakon gawiedzi, przedzierał się do wyjścia.

Na dziedzińcu czekał zniecierpliwiony ogier.
Bard wsparł brata obok konia. Oplótł jego ramionami szyję i wędzidła wierzchowca, a sam w pośpiechu zapiął popręg znalezionego w dymiącej stajni siodła. Mądre zwierzę wyczuwając cierpienie człowieka stało w miejscu posłusznie, cierpliwie znosząc ciężar uczepionego do munsztuka, niemal bezwładnego ciała.

Wkrótce czarny rumak z dwoma jeźdzcami na grzbiecie, rączym galopem wyjechał wschodnią bramą miasta w kierunku lasów.
Po godzinnej jeździe po airishowskiej kniei Jan zwolnił do stępa, dając zwierzęciu chwilę wytchnienia. Bardzo rad ze zmiany tempa był Bruto, który z wywalonym ozorem ciężko stąpał obok konia. Bard wiedział, że jest już niedaleko i rozglądał się po okolicy szukając znajomych leśnych znaków. Wkrótce znalazł suche drzewo w krztałcie krzyża, więc zboczył z traktu w jego kierunku. Po kilku minutach widząc potężny, cały pokryty mchem, okrągły głaz upewnił się, że jest na dobrej drodze. Jadąc w górę leśnego strumyka zastanawiał się, czy Bruto nie wypije całej z niego wody i czy nie jest za późno na uratowanie brata. Rozważał też w myślach ostatnie wydarzenia Arish, w które resztka jego rodziny zaplątała się po uszy. Wtedy przypomniał sobie o siostrze.

"Jak mogłem o niej zapomnieć?!'' - pomyślał przerażony.

- Będziemy mieli do pogadania, baraciszku... - mruknął do leżącego bezwładnie na szyji ogiera Ludwika.

Zatrzymał konia u stóp jaskini i zaczął śpierwać półgłosem starą zbereźną piosnkę Arish, której był anonimowym autorem.
Nim skończył kilkunastą z kolei strofę i zaczynał rubaszny refren, z czarnych czeluści jaskini wychynęła zgarbiona postać.

- Jan z Arish! - przemówiła stara kobieta.

- Witaj Yurope! - ucieszył się bard z kilku faktów.

Po pierwsze zastał starą znachorkę żywą, po drugie nareszcie od dłuższego czasu nie był brany za kogoś innego, a po trzecie najważniejsze, była nadzieja.
Stara wiedźma zechciała ich przyjąć.

- Czekałam na ciebie! - zaskrzeczała starucha wsparta kosturem. - Zanieś brata do groty i czekaj!

Jan spełnił polecenie bez pytań.
Konia uwiązał do konaru na zielonej polance, a sam rozpalając małe ognisko, przysiadł przy nim razem z wykończonym Brutem, który swój ciężki łez położył na kolanach pana. Bard długo czekał wsparty na lutni wpatrując się w zachodzące leniwie między drzwami słońce, po czym przymknął oczy i zaczął śpiewać.

lastinn player

Po skończonej pieśni jakby natchniony wstał, sięgnął po zdobione ostrze i uważnie mu się kolejny raz przyglądając cisnął nim z rozmachem przed siebie. Miecz leciał obracając się wolno jak potężny sztylet i głęboko wbił się w konar wiekowego, rozłożystego dębu. Pochwa upięta do pięknego pasa, zaraz potem wbiła się pomiędzy wystającymi z ziemi, grubymi korzeniami drzewa.
 
__________________
THE TRUTH IS OUT THERE
I want to believe...

Ostatnio edytowane przez Niles Elmwood : 11-09-2008 o 23:27.
Niles Elmwood jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 11-10-2008, 22:12   #219
Wasteland warrior
 
merill's Avatar
 
Reputacja: 8 merill jest jak niezastąpione światło przewodniemerill jest jak niezastąpione światło przewodniemerill jest jak niezastąpione światło przewodniemerill jest jak niezastąpione światło przewodniemerill jest jak niezastąpione światło przewodniemerill jest jak niezastąpione światło przewodnie
$: 117 697
Andre z satysfakcją poczuł, że krzesło trafiło adwersarza i rozpadło się na drzazgi.Młody rycerz zwalił się głucho na ziemię, tuż u jego stóp. Najemnik pochylił się nad nim, musiał sprawdzić czy oddycha, w końcu uderzenie było silne i mógł mu złamać kark tak potężnym ciosem.

Sara widząc leżącego przyjaciela rzuciła się ku bezwładnemu ciału Sante. Objęła jego głowę rękami i zaczęła przeraźliwie szlochać. Al`Thor odszedł nieco na ubocze namiotu, nie chciał przerywać jej tej chwili... a nie bardzo lubił kobiecy płacz.

Nagle silne uderzenie zwaliło go z nóg, a świat zabłysł w jednej chwili jaskrawo białym światłem. Osunął się w nicość...

*****

Świadomość przywrócił mu straszny ból głowy,wstał z trudem, ściskając dłońmi czaszkę,macając ręką w poszukiwaniu rany po uderzeniu, ale nic takiego nie znalazł.

Podniósł ziemi Sarę...młoda dziewczyna wydawała się jakaś nieobecna, co Andre złożył na karb zmęczenia. Ruszyli czym prędzej ku kopalniom królewskim. Najemnik spoglądał do czasu do czasu na towarzyszkę, ale widział ją nieco przygaszoną i zdezorientowaną. Nie pytał jej o nic, widział, że ostatnie wydarzenia dość mocno ją doceniły.

Przed bramą Kopalni i jej głównego bastionu, oczekiwał na nich komitet powitalny składający ze 3 z zbrojnych. Andre cierpliwie czekał aż wszystkie powitania i grzeczności się skończą. Lustrował postać starego kapłana, zdając sobie sprawę, że szaman jego pokroju musi dysponować potężną władzom nad żywiołami.

- Każdy z was po prostu musi wypowiedzieć pytanie. Każdy po jednym. Gdy je zadacie, ja odprawię odpowiednie rytuały, a waszym oczom ukaże się postać. Nie lękajcie się jej. Ona odpowie na wasze pytania. Nie możecie się o nic dopytywać. Nie możecie dyskutować. Najlepiej milczcie i słuchajcie jej słów…


Andre przez chwilę zastanawiał się, co powiedzieć.W końcu odezwał się:

- Ja chciałbym wiedzieć, kto stoi za tymi wszystkimi draństwami? Smok to pikuś, kto steruje rebeliantami, dzikimi plemionami i gentruińskimi zdrajcami, bo wątpię by to była ta żałosna małpa Dorian.
 
__________________
Rangers lead the way - 2 batalion Rangersów - 6 June 1944 - Omaha Beach
Tajemnice Czarnego Lądu - zapraszam do rekrutacji.
11844451 - moje gg.
Sobota: Wielkie odpisywanie!!!

Ostatnio edytowane przez merill : 11-11-2008 o 15:02.
merill jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 11-14-2008, 18:07   #220
 
kitsune's Avatar
 
Reputacja: 7 kitsune jest po prostu świetnykitsune jest po prostu świetnykitsune jest po prostu świetnykitsune jest po prostu świetny
$: 135 543
Archibald Roderyk de Valsoy h. Pęk Strzał

Rozkaz to rozkaz, a że boli, to może i lepiej, przynajmniej człek wie, że żyje, co w przypadku Archibalda było szczególnie ważne. W zasadzie ostatnio tylko rankiem i wieczorem wiedział, że żyje. Ranem, bowiem wtedy znów czuł, co go boli, co swędzi, a co jest we względnym porządku. I niestety tego ostatniego wciąż ubywało. O zmierzchu zaś, bo wtedy z kolei docierał doń, co go w ciągu dnia rozbolało. A to że rzyć pali żywym ogniem od konnej jazdy, a grzbiet pęka ze zmęczenia. Prawica naparza, bo mieczem zanadto machał, a oczy pieką od wypatrywania szlaku. Tym razem wyjątkowo czuł, ze żyje, bo bolało go serce. Starał się ukryć targające nim uczucia, widać niezbyt skutecznie, skoro ujrzał na obliczu przyglądającego się mu Hella coś na kształt troski.

Rozkaz to rozkaz. Sarę zostawili za sobą wraz z Andrem oraz Dederichem i rzucili się w stronę kopalni. Podróż upłynęła bez zbędnych rozmów, przestojów, ale i bez przeszkód. Kłusem wjechali pomiędzy granie otaczające kopalnię. Każdą wolną przestrzeń zajmowały namioty, niektóre ogromne, że i pomieściłyby kilka dziesiątek pikinierów, inne ledwie trzyosobowe. Stary rycerz milczał wzruszony. Przecież zawodowa armia Arish to ledwie kilkanaście setek piechoty i jazdy z niewielkim kontyngentem strzelców. Widać jednak lud hrabstwa umiłował sobie wolność, skoro bez mała trzydzieści setek obozowało, czekając na przybycie swego władcy, kolejne dwadzieścia obsadziło pobliskie fortece, a jak się wkrótce hrabia miał dowiedzieć, kolejne pięć tysięcy wojska maszerowało do strony Devis.

A potem Archibald ujrzał Sarę, Andre i starego, wiernego Dedericha. Z trudem opanowując emocje, skierował rumaka w ich stronę. Zszedł powoli z konia, stanął przed dziewczyną i bez słowa ją przygarnął do siebie:

- Na Powracającego, tak się bałem… - wyszeptał pobladłymi ustami. Potem odsunął się na pełen zasięg silnych, żylastych rąk i spojrzał w oblicze dziewczyny. Niewyobrażalny smutek wypełniał oczy alchemiczki po brzegi łzami. A za ich czystym kryształem kryła się ogromna moc. Archibald chciał rzucić krótkim: „Wydoroślałaś, niebogo”, lecz słowa te nagle wydały mu się całkiem niedorzeczne. Pokręcił tylko głową i puścił Sarę.

***

Szmaragdowa Komnata. De Valsoy w tego rodzaju miejscach czuł się równie potrzebny jak Geutrińczykowi honor. Przepych raczej go odrzucał niźli uwodził. Tak było i teraz. Niespokojnie przestępował z nogi na nogę, jedną ręką trzymając wielki hełm, drugą pierwej oparłszy na głowicy miecza. Al-Azzathazal odczyniał jakiś rytuał, napełniając komnatę egzotyczną wonią, wreszcie usłyszeli jego głos. Chwilę trwało nim sens słów szamana dotarł do starego rycerza. Jedno pytanie. Tylko jedno, lecz odpowiedź miała być pełna i ostateczna. Mógł zapytać o cokolwiek: „Czy będę sławny po śmierci?”, „Jak długo będę jeszcze żył?” Ba! Przez chwilę nawet bardzo ważne pytanie: „Jaki jest lek na hemoroidy?” ustąpiły innemu: „Jak mógłbym odzyskać wigor w łożu?” Archibald prawie jęknął. Jedno pytanie. Tylko jedno!

- Chcę wiedzieć jakie jest przeznaczenie... Wiosennego Ostrza?– w desperacji rzuciła Sara.

- Ja chciałbym wiedzieć, kto stoi za tymi wszystkimi draństwami? Smok to pikuś, kto steruje rebeliantami, dzikimi plemionami i geutrińskimi zdrajcami, bo wątpię by to była ta żałosna małpa Dorian. – z namysłem zapytał Andre.

Czas na Archibalda. Wigor? Hemoroidy? Sława? A może zapytać zgoła o to, gdzie jest skarb smoka, którego mieli ubić?:

- Jaki jest dokładny skład armii naszego wroga z podziałem na regimenty i formacje taktyczne podobnej rangi?

Kurwa! A mógł zapytać o ten środek na potencję!
 
__________________
Lisia Nora Pluton szturmowy "Wierny" (zakończony), W drodze do Babilonu



Ostatnio edytowane przez kitsune : 11-16-2008 o 10:05.
kitsune jest teraz online   Odpowiedź z Cytowaniem
Reklama
Odpowiedz


Użytkownicy aktualnie czytający ten wątek: 1 (0 użytkownik i 1 gości)
 
Narzędzia wątku
Wygląd

Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wł.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.

Podobne wątki
Wątek Autor wątku Forum Odpowiedzi Ostatni Post / Autor
[komentarze] Rycerska Rzecz Kutak Komentarze do sesji RPG - w systemach autorskich 146 11-13-2008 12:54
[rekrutacja dodatkowa]Rycerska Rzecz Kutak Archiwum rekrutacji 9 12-24-2007 14:33
Rycerska Rzecz Kutak Archiwum rekrutacji 48 06-24-2007 23:00


Czasy w strefie GMT. Teraz jest 08:53.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2008, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110