![]() | ![]() |
![]() |
| |||||||
| Sesje RPG -Autorskie Ścieżki wyobraźni są kręte. Sprawdź jak daleko wyobraźnia zaprowadziła wielu tych, którzy dali się jej ponieść. Zagraj w sesje oparte na systemach autorskich |
![]() |
| | Narzędzia wątku | Wygląd |
| | #181 |
![]() | Vincent miał na sobie niebieskie jeansy, czarną koszulę i delikatny zapach Pumy Black, której ostatnio zaczął używać zamiast Pumy Blue. Wyglądał na jakieś 24 lata, nie miał zarostu - przed wyjściem dokładnie się ogolił. Nie był pewny, czy spotkanie, na które idzie, to będzie rozmowa kwalifikacyjna czy już został przyjęty. Wszedł na korytarz i zobaczył plakietkę z napisem „Inspektor Rook”, ale po chwili jego brązowe, bystre oczy zwróciły się w stronę dwóch kobiet rozmawiających przed drzwiami gabinetu. Jedna – blondynka, w białym, lekarskim kitlu, paląca malboro i trzymająca pod pachą kilka teczek, całkiem atrakcyjna. Gdy Vincent skupił się na drugiej, usłyszał szept Johna: *co za dziwadło… nie podchodź do niej, jeszcze się na ciebie przeżuci*. Vincent jednak nie zwracał na ten głos uwagi. Delikatnie przygniótł kosmyk swoich czarnych włosów do czoła, podszedł do kobiet i z nadzieją, że może one czekają na kogoś innego powiedział: - Ja do inspektora Rooka. - Nie ty jeden...Wygląda na to gołąbeczki, że później przyjdzie wam poznać serducho wydziału. – powiedziała blondynka, a Vincent podszedł do siedzenia. Nie zdążył jednak usiąść, bo ona kontynuowała - Chodźcie za mną, pójdziemy do por. Logan. Ona chyba zajęta nie jest. Przy okazji, jestem Laura Pavlicek. Ale dla początkujących tutaj, raczej: doktor Pavlicek. *Po cholerę to powiedziała ? Przecież nawet to nieprzytomne, zakolczykowane nieszczęście siedzące obok pewnie zauważyło, że jest doktorem* - szepnął John, który dziś był rozmowny bardziej niż zwykle. Chyba nie polubił tej brunetki, lecz Vin ponownie to zignorował. - Walter, panna. Funkcja i aktualny stopień na razie nie znany. Możemy spróbować i u pani porucznik. Najwyżej już pierwszego dnia podpadnę komu trzeba. –odpowiedziała druga dziewczyna. - Miło mi, Vincent Gray. – powiedział uprzejmie, czekając, aż Walter pójdzie za blondynką Ciekawe, czy zostałem przyjęty, czy Rook chciał tylko porozmawiać w sprawie mojego podania … i ciekawe, czy Logan w ogóle będzie wiedzieć, o co chodzi… zobaczymy - Możemy spróbować i u pani porucznik. Najwyżej już pierwszego dnia podpadnę komu trzeba. Czy jest tu jakiś bufet? Ehhh, dopiero minęło pół minuty, a już marudzi… ale chociaż zadała konkretne pytanie - Właśnie, gdzie jest bufet ? – powiedział przyglądając się, jak brunetka bezskutecznie próbuje jakoś ułożyć na sobie zbyt duży podkoszulek. Ostatnio edytowane przez Vincent : 06-10-2008 o 20:06. |
| | |
| Reklama |
| |
| | #182 |
![]() | czw. 11.X.2007 lotnisko LaGuardia 09. 45 a.m. Hasamichi Mikannosuke prezentował się nienagannie. Ponad trzydziestoletni mężczyzna trzymał się świetnie, jedynie wokół oczu pojawiły mu się leciutkie zmarszczki. Pracownik Hayabusa Motor Company nie trzymał tabliczki z nazwiskiem, jak wielu innych ludzi odbierających gości z lotniska. Mikannosuke nie był bowiem tylko pracownikiem firmy, odbierającym z lotniska gościa z innego jej oddziału. Hasamichi Mikannosuke był krewnym przybysza. Czego w skrytości ducha żałował. Pierwsze jego słowo zaskoczyło Yagami. "Uerukamu?" Obracający się w środowiskach, w których engrisz pojawiał się niezwykle rzadko przybysz dopiero po chwili zrozumiał, że został powitany. Nie zdołał jednak nawet zastanowić się chwilę nad powodami użycia takiego właśnie słowa, gdy jego krewny poważnie złożył mu kondolencje. Mikannosuke bardziej niż człowiekiem niechętnym temu, co mógł oznaczać przyjazd Yagami, bardziej niż człowiekiem zadowolonym ze swojego unormowanego życia, do którego krewniak przybywający tak nagle i w takich okolicznościach musiał wnieść zmiany, bardziej niż to wszystko był człowiekiem rodzinnym. Miał żonę, dwójkę dzieci oraz starą, schorowaną matkę, czego Yagami był zupełnie nieświadom. Dlatego kiedy wygłosił kondolencje, to wyświechtana formułka miała znaczenie, a Yagami odczuł ból, mając wrażenie, że na moment zatrzymał się świat. - Jak to się stało? - Niewiele słów. Przerzucenie konwersacji na drugiego mężczyznę. Cichy ton. Teraz należało skoncentrować się na zachowaniu pełnej kontroli. - Pożar...tyle, jeżeli chodzi o oficjalne wyjaśnienie.- odparł Mikannosuke. Pożar? Oficjalna wersja natychmiast wzbudziła wątpliwości, ale nim zdołał zadać kolejne pytanie, Hasamichi dodał: - Mam polecenie odwieźć cię do twego domu i przekazać ci iż Satomi–san spotka się z tobą na kolacji wieczorem. Nie masz chyba zbyt wielu bagaży? Yagami potrząsnął głową, po czym w milczeniu udał się za krewniakiem do stanowisk odbioru bagaży. Po drodze - słysząc o opóźnieniu w wydawaniu bagażu - Hirohito przeprosił na moment i udał się do toalety. Chwilę przepłukiwał twarz, czując wilgoć na policzku nim jeszcze dotknęła go woda. Kiedy miał pewność, że żadne niechciane łzy nie wyrwą się spod narzuconej sobie kontroli, odetchnął głęboko i spojrzał w lustro. Spoglądał przez chwilę, lustrując znajomą twarz. Młody, o mokrej twarzy Azjata o ciemnobrązowych oczach odwzajemniał się mu spojrzeniem. Miał starannie przystrzyżone ciemne włosy, jedynie z tyłu długie na tyle, by wiązać je białym rzemieniem w cienki, koński ogon. Można było powiedzieć, że jest nawet wysoki, o ile uwzględniło się przeciętny wzrost ludzi żółtej rasy. Spokojny, o stanowczych rysach twarzy, był poza tym przeciętnej budowy - dzięki temu nie rzucał się w oczy. Uważny obserwator nawet nie dostrzegłby, że spokojne rysy twarzy są noszoną od lat maską opanowania. A przynajmniej zazwyczaj by nie dostrzegł. Teraz bowiem maska bliska była rozpadowi. * * * śr. 05.IX.2007 Tokyo, Akihabara, osiedle mieszkaniowe nr 34 08. 39 AM W mieszkaniu jeszcze panował półmrok. Słońce nie doszło jeszcze do wychodzących na północ okien, zaś Yagami nie zapalił światła. Nie widział potrzeby, zaraz wychodził na uniwersytet, rozmowa miała trwać chwilę. Sygnał brzmiał i brzmiał, nikt nie odbierał. Jeszcze raz Japończyk zerknął na zegarek. W Tokyo była za dwadzieścia dziewiąta. Oznaczało to, że w Nowym Jorku, gdzie dzwonił, była za dwadzieścia ósma... tyle że wieczorem poprzedniego dnia. Kiedy Yagami był już przekonany, że będzie się nagrywał na sekretarkę, ktoś podniósł słuchawkę: - Słucham? - Watashi da. Za dwa tygodnie kończę staż, mogę przylecieć. - Yagami-aniki! - Głos Juna brzmiał serdecznie, wesoło - Świetna nowina! - Nie wpakuj się tylko w coś samemu. Zwłaszcza teraz musisz uważać. - Haai, poczekam na brata. * * * czw. 11.X.2007 lotnisko LaGuardia 10. 04 a.m. "Jun... Jun, Ty idioto, Ty cholerny idioto. Ty kłamco." Jeszcze raz przepłukawszy twarz Yagami dobył niewielkiej chustki z kieszeni czarnych, materiałowych spodni. Jego ruchy ponownie były opanowane i spokojne. Trąciwszy niewielki kolczyk-pentagram w prawym uchu, Yagami sprawdził czy ubiór dobrze leży, rozpuścił włosy i ponownie je związał. Wypraktykowana, codzienna rutyna przywróciła mu kontrolę nad twarzą, pewność, że nie rozpłacze się jak dziecko, niekontrolowanie i haniebnie. Trzasnęły drzwi do kabiny, ujawniając jakiegoś latynosa, który obrzucił Yagami ciekawskim, natrętnym spojrzeniem. Japończyk wykorzystał przecieranie rąk i twarzy by w naturalny sposób odwrócić się od natręta, dyskretnie, kątem oka spoglądając w lustro. Latynos jednak zainteresował się jedynie umyciem własnych rąk, po czym wyszedł. Yagami przyklęknął i powiódł wzrokiem wzdłuż podłogi. Nikogo nie było w pozostałych kabinach, chyba, że stał na klozecie. W dwu ruchach mężczyzna wyciągnął coś z kieszeni koszuli. Ułożywszy dłonie jak do modlitwy, Hirohito Yagami wyrecytował starannie: - Ryugan ga nozomu, ima, soko ni. Dare no nerai watashi desu? Po czym przesunął dłonie na czoło i tam je przytrzymał przez chwilę, by papierową figurkę schować do kieszeni na piersi. Ubrany w jasnoniebieską koszulę i czarne materiałowe spodnie, wyglądał jak jeden z 'white-collar workers' - zrelaksowany, pewny siebie. Brakowało jedynie okularów przeciwsłonecznych i aktówki. Stuk w okno przywrócił go rzeczywistości. Zobaczywszy gołębia, Yagami ruszył ku okienku i otworzył je. Spłoszony gołąb odleciał. Po chwili w ślad za nim w niebo wzbił się kruk. * * * Satomi Mina była atrakcyjną kobietą pod trzydziestkę. Krótkie, obcięte na pazia włosy okalały twarz la femme petite o piwnych oczach. Uroczy wygląd skrywał jednak osobę nader inteligentną, bardzo obowiązkową i skryta jak sam Yagami - a przynajmniej takie zdanie wyrobił sobie dotąd Japończyk. Yagami spotykał się z nią parę razy i pozostawał pod wrażeniem jej stanowczości i zdolności szybkiego podejmowania decyzji. Teraz jednak miał ochotę zmarszczyć brwi. Bał się prawdy zawartej w starym, rodzimym przysłowiu, że nieszczęścia chodzą trójkami. - Czy spotkanie z Satomi-san jest powiązane jakoś z tym, czym zajmował się mój brat, Mikannosuke Hasamichi-itoko? - zapytał spokojnie przybysz, obserwując reakcję kuzyna. Hasamichi nigdy jeszcze nie został przezeń nazwany kuzynem i Yagami nazywając go tak, badał grunt. Nim jednak zdołał się coś dowiedzieć, pojawiły się pierwsze walizki. Ta okazja do rozmowy została stracona. Dopiero wewnątrz toyoty Yagami mógł raz jeszcze zadać pytanie.
__________________ Dwanaście Masek - sesja w świecie Legendy Pięciu Kręgów, realia 1 edycji Strona z dodatkowymi materiałami do sesji. Ostatnio edytowane przez Tammo : 06-11-2008 o 07:48. |
| | |
| | #183 |
![]() | Jakiż przyjemny jest sen… Można zapomnieć o rzeczywistości, o problemach codzienności. A tych, od wczoraj było sporo. Chociaż może nie do końca codziennych. Z drugiej strony, co za dużo, to niezdrowo. – Myślała Nicole, w pośpiechu szykując się do pracy. W ogromnym pośpiechu. Jeszcze ani razu nie zdarzyło jej się tak zaspać, no, może oprócz paru takich przypadków w szkole. Kita spojrzała na nią zaciekawionym wzrokiem, gdy wybiegła z łazienki, w jednej ręce trzymając szczotkę, a drugą wycierając twarz ręcznikiem. Rzuciła go na łóżko i ubrana już pobiegła zjeść śniadanie. Dokładniej suchą kromkę chleba, przepijaną wodą mineralną. Po piętnastu minutach od pobudki, trzymając w ręce pendriva i papiery, wybiegła z mieszkania, błyskawicznie zamykając drzwi. Sąsiadka nawet nie zdążyła wyjść z mieszkania, kiedy Nicki już włączała silnik skutera. Po niedługim, związanym z ciut nadmierną prędkością czasie, była pod budynkiem 13 wydziału. Gdyby w porę się nie zorientowała, nie wzięłaby kluczyków ze stacyjki. Cicho przemknęła przez korytarz, mając nadzieję, że nikt nie zwróci na nią uwagi. Usiadła przy swoim biurku i zaczęła przeglądać przywiezione ze sobą dokumenty. Oby tylko nikt się nie zorientował o jej spóźnieniu… Miała lekkie "wory" pod oczami i nieprzytomne spojrzenie. Włosy zaczesała tylko, więc nie wyglądały tak dobrze, jak powinny. Brakło też codziennego, delikatnego makijażu. Po prostu nie zdążyła go zrobić.
__________________ Ponieważ drugi etap olimpiady informatycznej mam dopiero 19 stycznia, na razie powinnam odpisywać w miarę regularnie Ostatnio edytowane przez Odyseja : 06-13-2008 o 20:29. |
| | |
| | #184 |
![]() | Mike kopnął drzwi. Oto dom poety stał przed nim otworem. Młody policjant czuł się jak bohater filmowy. Nie cierpiał tego uczucia. Wiedział, że w razie gdyby się coś stało to, nie będzie miał na sobie barwnika z rodanku żelaza, tak często stosowanego w filmach. Żałował, że jego partnerka pojechała na badania. Był sam, zdany na siebie i swojego glocka. Rozglądał się bardzo dokładnie wszędzie gdzie mógł. Nagle jego uwagę przyciągnął hałas z pobliskiego pokoju. Ruszył tam bez zastanowienia. Kolejnym kopniakiem otworzył drzwi. Ból w prawej stopie przypomniał Michaelowi, że to nie film. Przecież jest coś takiego jak klamki. Tym bardziej, że policjant buszował po cudzym domu bez nakazu. W dodatku z pistoletem w dłoni. Odruchowo skierował broń w stronę dochodzącego dźwięku. Włączony telewizor wyświetlał sceny dobrze znane McMurremu. Ale jakoś tak z innego ujęcia. ~~Zabezpieczyć kasety Mike, to dowód~~ Krótka myśl przebiegła w ułamku sekundy przez głowę policjanta. Nie miał czasu zatrzymać spojrzenia dłużej na telewizorze, musiał szybko ocenić sytuację. Szybki obrót o dziewięćdziesiąt stopni zaowocował błyskawicznym rozpoznaniem topografii pomieszczenia. Mistrzostwo feng-shui to to nie było, jednak nadawało się do mieszkania. Najciekawszą ozdobą był szamoczący się, wiszący pod sufitem poeta. Mike zaczął działać szybciej niż myśleć. Zabezpieczenie pistoletu, schowanie go do kabury zajęło mu dokładnie tyle czasu ile zrobienie dwóch kroków w stronę najbliższego fotela. Policjant obiema wolnymi rękami przesunął mebel i zręcznie na niego wskoczył. Lewą ręką objął chłopaka, podnosząc jego ciało w górę. Na szczęście dla Mike'a wśród gothów nie panowała moda na objadanie się hamburgerami przed komputerem. Dlatego mimo tego, że McMurry niewątpliwie do grona kulturystów nie należał, to jednak nie sprawiło mu wielkiego problemu przytrzymanie chłopaka i zmniejszenie naciągu liny. Prawa ręka policjanta już zaciskała się na nożu sprężynowym wyjętym z kieszeni kurtki. Szybkie cięcie w poprzek sznura zaowocowało bezwładnym opadnięciem poety w ręce policjanta. McMurry kolejnym dużo wolniejszym i dokładniejszym cięciem pozbył się sznura zaciskającego się na szyi chłopaka. Zaraz po tym zeskoczył z fotela i schował nóż do kieszeni. Sprawdził stan poety. Oddech i tętno, tak jak uczyli go na szkoleniach. Miał nadzieję, że udzielanie pierwszej pomocy nie będzie konieczne, gdyż strasznie nie lubił świadomości tego, że czyjeś życie zależy tylko i wyłącznie od jego sprawności manualnej. Gdy stan poety okazał się stabilny Mike zadzwonił pod ostatni wybierany numer. - Centrala? Tu McMurry Potrzebuje karetkę do domu Pirsona. Mam tu próbę samobójczą. Dokładny adres to ulica Rosengarden 108 - w czasie rozmowy z centralą Mike zwrócił uwagę na narkotyki rozrzucone po ławie. - Przyślijcie też kogoś od prochów, bo koleś prawdopodobnie się zaćpał zanim chciał się powiesić. Mam tutaj koło czterech, pięciu gramów amfetaminy albo innego gówna. Dzięki. Po rozmowie Mike już nawet na chwile nie odchodził od poety cały czas go pilnując. ~~Tylko mi nie zdychaj zanim nie dasz mi podpisu pod zeznaniami!!~~ - Rozumiesz mnie? Słyszysz? Kiwnij głową. Co to za kaseta? Aż do przyjazdu karetki McMurry starał się wydobyć strzępki informacji. Wiedział, że podejrzany jest pod wpływem środków rozbudzających, więc z jednej strony spodziewał się, że usłyszy tak zwany słowotok. Nie koniecznie związany z tematem, ale zawsze mogła się pojawić jakaś cenna informacja. Postanowił nawet wspomnieć o wampirach, ale tylko jeśli rozmowa pójdzie we właściwym kierunku. Z drugiej strony poeta nie doszedł do siebie po nieudanej próbie samobójstwa. Sukcesem będzie jeśli się w ogóle odezwie. Mike mógł tylko czekać. Ostatnio edytowane przez Mi Raaz : 06-14-2008 o 18:52. Powód: drobna korekta błędu składni |
| | |
| | #185 |
![]() | śr. 10 X 2007; Mieszkanie Piersona 03:20 p.m. McMurry sprawdził stan poety. Oddech i tętno, tak jak uczyli go na szkoleniach. Według dostępnej jemu wiedzy medycznej, jeszcze żył... Oczywiście tętno było przyspieszone, a oddech płytki...Ale wyraźnie wszystko zmierzało do unormowania. Niemniej przytomności Pierson nie odzyskiwał. Ponieważ stan poety wydawała się być stabilny Mike zadzwonił pod ostatni wybierany numer. - Centrala? Tu McMurry Potrzebuje karetkę do domu Piersona. Mam tu próbę samobójczą. Dokładny adres to ulica Rosengarden 108 - w czasie rozmowy z centralą Mike zwrócił uwagę na narkotyki rozrzucone po ławie. - Przyślijcie też kogoś od prochów, bo koleś prawdopodobnie się zaćpał zanim chciał się powiesić. Mam tutaj koło czterech, pięciu gramów amfetaminy albo innego gówna. Dzięki.- Karetka już w drodze. - usłyszał w odpowiedzi. - Rozumiesz mnie? Słyszysz? Kiwnij głową. Co to za kaseta?- Mike próbował ocucić Piersona, i wydobyć zeznania zdając sobie sprawę, że później będzie miał do niego dostęp o ile lekarz pozwoli. - Oczy... wpatrujące się we mnie, uśmiech pożerający mnie, słowa...brzmiące jak lina...sztylety, wszędzie sztylety...Nie! To kły! One się zbliżają, zaciskają... Jad sączący do uszu...- wychrypiał przez zduszone gardło Jack Pierson.- ...Nie słuchaj ich...Te słowa, to śmierć!- Choć zareagował na głos Mike’a, to jednak słów które wypowiedział raczej nie można było traktować jako odpowiedzi. Pierson z trudem bełkotał coś bez sensu. Tymczasem do pokoju wkroczyli sanitariusze i zabrali do stojącej obok karetki. ![]() Gdy Pierson znalazł się już w karetce, lekarz zaczął sprawdzać jego stan. - Jak się czuje ? Kiedy można będzie go przesłuchać?- spytał Mike. -Ciężko powiedzieć... Najwcześniej jutro popołudniu.- rzekł doktor, podając Mike’owi wizytówkę z dresem szpitala. North Central Bronx Hospital 3424 Kossuth Avenue, Bronx, NY 10467 Po czym spojrzał na McMurrego.- Nie wyglądasz za dobrze...Na pewno nic panu nie jest ? -Nie. To tylko zmęczenie. Nic więcej.- rzekł odpowiedzi Mike. Nadużywanie mocy, ciągła praca ...dawały w kość ciału McMurrego. Dobrze , że chociaż zjadł coś porządnego. - To na pana miejscu bym znalazł czas na małą drzemkę. Pracoholizm też zabija.- odparł lekarz. - Zrobię tak.- odparł Mike i ruszył w kierunku domu, gdzie policyjna ekipa, robiła wizję lokalną i przeszukiwała dom. McMurry chciał się upewnić ze kaseta którą oglądał Pierson trafi do niego, a nie spocznie w jakimś foliowym woreczku w nieprzebytych otchłaniach magazynu dowodów rzeczowych. W samą porę wyrwał kasetę z łap grubego gliny w kurtce z napisem POLICE LAB. - Hej ! -krzyknął tamten. - Potrzebuję tego w moim śledztwie.- powiedział Mike i spytał.- A ten proszek, to co? - Kokaina. Dobrej jakości. Dopiero w laboratorium, ustalę skąd.- rzekł grubas. czw. 11.X.2007 droga z lotniska LaGuardia 10.00 a.m. Ptak unosił się w powietrzu pozornie będąc tylko kolejnym opierzonym zwierzakiem nad Nowym Yorkiem. Wprawny ornitolog jednak rozpoznałby, że owo stworzenie jest niezwykłe. Owym ptakiem był Corvus macrorhynchos japonensis - kruk wschodni, nie występujący w stanie Nowym York. Niemniej nie było nikogo kto mógłby to zauważyć. Ptak unosił się w powietrzu spoglądając na jadącą toyotę yaris i starannie skrywającego swe zamiary, śledzącego ją motocyklistę. Bystre oko ptaka nie mogło jednak nie owego „ogona” samochodu. Tymczasem... - Czy spotkanie z Satomi-san jest powiązane jakoś z tym, czym zajmował się mój brat, Mikannosuke Hasamichi-itoko? - zapytał spokojnie przybysz, obserwując reakcję kuzyna. Hasamichi mimowolnie wzdrygnął się na słowo "itoko". Przybył do Ameryki by odciąć się od nadnaturalnego dziedzictwa swej rodziny. Tylko dlatego w spokoju znosił irytującą, codzienną wszechobecność gaijinów. Niestety, od więzów rodzinnych i nie tylko...Nie można uciec. Nie, żeby nie lubił Yagamiego (Choć po prawdzie, ciężko go było lubić). Hasamichi nienawidził sztuki jaką parali się członkowie jego rodziny. Sztuki, która doprowadziła ich ród na skraj upadku. Wraz z nienawiścią do sztuki, nienawidził wszystko co było nadnaturalne. Jeśli nie lubił Yagamiego, to nie za to kim był, a co reprezentował. Niemniej, przede wszystkim, był dobrze wychowanym japończykiem. - Nic mi o tym nie wiadomo Hirohito Yagami-san. Jednak Hirohito Yun-san nigdy nie zjawił się w siedzibie firmy. - rzekł Hasamichi. - Czy wiesz coś więcej o pobycie Juna w Nowym Yorku ? - spytał Yagami. - Nie...nie kontaktował się ze mną. Dopiero, gdy zadzwoniono do mnie, jako do najbliżej przebywającego członka rodziny... W celu zidentyfikowania zwłok.- rzekł Hasamichi.- Właściwie, raczej dla formalności. Ciało Juna zwęglone na plecach, ale twarz się zachowała. Dopiero wtedy dowiedziałem się, że przebywa w Nowym Yorku, i że zajął się pracą w policji. czw. 11 X 2007; Mieszkanie Christophera Ambersa; 6:55 a.m. Ambers wspomniał wczorajszy pechowy dzień...Pamiętał jak rzekł do żony. - Witaj kochanie, mam nadzieję, że się nie spóźniłem? – - Nie, skar...-to były jej ostatnie mile słowa wczoraj. Zauważyła bowiem wgniecenia karoserii Peugeota. I zaczęło się...Violet zaczęła głośno wypominać mężowi ostrą jazdę, rugać za brak odpowiedzialności i zły przykład jaki daje dzieciom. - Nie możesz ciągle szpanować ostrą jazdą...Znowu podskoczy nam rata za ubezpieczenie samochodu.- marudziła. Potem było zebranie, kolacja z pochmurną żoną i dziećmi które jak najszybciej chciały się wyrwać od stołu. Noc minęła spokojnie. Poczuł usta swej żony na policzku i usłyszał.- Już się nie gniewam, ale nie szarżuj z jazdą samochodem. Jesteś gliną, do diabła...Powinieneś wiedzieć, jak łatwo zginąć w wypadku. Violet założyła szlafrok i udała się do łazienki, a Ambers spojrzał na zegarek. 6:55. Czas wstawać, zaczyna się nowy dzień. czw. 11.X.2007; Kuria arcybiskupstwa Nowego Yorku; 9:30 a.m. - Na prawdę miło mi ojca poznać, jak dotąd nie miałem okazji spotkać żadnego duchownego pracującego na wydziale. Z pewnością będę miał sporo pytań odnośnie egzorcyzmów jak i na temat samej policji. Przyznaję, że szczególnie w tej drugiej materii nadal czuję się mało pewnie. Czy są jeszcze jacyś księża pracujący w XIII-stce? - Jak już Christoper zauważył, cała sprawa z wydziałem w kurii jest traktowana bardzo poufnie. Dawkins również spojrzał dyskretnie na duży zegar stojący z boku. Niezbyt dużo miał czasu, musiał jeszcze dojechać na komisariat, gdzie pewnie czekała go jeszcze rozmowa z komendantem. -Ten, tego...eee...Jeśli chodzi o egzorcyzmy, to nie jestem biegły w te klocki...Ja duchy...eksterminuję.- rzekł nieco speszonym głosem O’Doom, po czym pewniejszym głosem dodał.- Natomiast co do reszty. To oprócz ciebie, w tej robocie jest jeszcze dwóch księży katolickich. Ojciec Pedro Rodrigez oraz brat Damian Frost od jezuitów. Ale my mówimy na niego DJ Frosty. No i jest jeszcze grupka księży wspomagających policję w sprawach...- O’Doom przerwał na chwilę. Z wewnętrznej wyjął staromodny zegarek na łańcuszku. ![]() - O diable mowa...Pardon wasza ekscelencjo.- dodał patrząc na zegarek. -Na resztę pytań odpowiem ci podczas jazdy moim wozikiem. Musimy ruszać na trzynastkę...mamy tam sprawę do załatwienia. -Ale...mój samochód.- rzekł Dawkins. - Spoko wodza.- dodał tubalnym głosem ojciec Cornelius.- Przywiozę cię z powrotem tutaj, jak tylko załatwimy sprawy na posterunku. Oficjalnie masz przydział od jutra. Dziś tylko sprawy organizacyjne. Ojciec Cornelius O'Doom wstał energicznie i ruszył w kierunku wyjścia z pokoju, mówiąc.- Za mną chłopie. czw. 11.X.2007; Kuria arcybiskupstwa Nowego Yorku; 9:37 a.m. - Oto moje cudeńko...wygrane w karty od jednego szejków Kuwejtu. Jak on miał na imię?- rzekł O’Doom wskazując czarnego Deloreana. - A tak, Irfan Bin Anani...To była noc. Bóg sprzyjał mi wtedy. Wygrałem samochód, darmowy transport samochodu do USA i dwieście galonów paliwa. ![]() Wpakowawszy do samochodu, O’Doom wcisnął do magnetofonu chałupniczo nagraną kasetę zatytułowaną Kiepura Best Hits. A gdy Christopher zajął miejsce, ruszył, puścił piosenki z kasety i rzekł.- Doszkalam się w kulturze moich owieczek. No więc, jakie jeszcze masz pytania chłopie? Aaaa i omal byłbym zapomniał, jest jeszcze benedyktyński mnich, Zachary. Ale on nie działa czynnie, a zajmuje się zbieraniem i katalogowaniem wiedzy o ciemności po drugiej stronie...Wiesz, taka kopalnia plotek. No i jest jeszcze Wiliam Skawice...Podobno był świetny w swoim czasie. Ale ja go nie znam. Gdy kończył pracę w XIII-ce, ja byłem w Zatoce Perskiej. czw. 11.X.2007; Wydział 13; 8:10 a.m. - Walter, panna. Funkcja i aktualny stopień na razie nie znany. Możemy spróbować i u pani porucznik. Najwyżej już pierwszego dnia podpadnę komu trzeba. –odpowiedziała druga dziewczyna. - Miło mi, Vincent Gray. – powiedział uprzejmie mężczyzna, czekając, aż Walter pójdzie za blondynką - Możemy spróbować i u pani porucznik. Najwyżej już pierwszego dnia podpadnę komu trzeba. Czy jest tu jakiś bufet?-spytała Amy Walter. - Właśnie, gdzie jest bufet ? – dodał Vincent przyglądając się, jak brunetka bezskutecznie próbuje jakoś ułożyć na sobie zbyt duży podkoszulek. - Bufet, niech pomyślę...Czy my mamy bufet?- zastanawiała się na głos ze złowieszczym błyskiem w oku doktor Pavlicek. Po chwili energicznie krzyknęła.- Za mną ! I zaprowadziła dwoje nowych do dużego pomieszczenia, będącego... świetlicą. Kilka dużych stołów, krzesła. Autoamt z batonami, a obok automat z napojami w puszkach. -Tu możecie pałaszować kanapeczki i takie tam, nieopodal jest niewielka kuchnia. W razie gdybyście gotowali i automat telefoniczny na kartę...A i obok wywieszka z telefonami do pizzerii i chińskich knajpek z daniami na wynos...Swoją droga nie wiedziałam, że świeża krew będzie taka żarłoczna.- rzekła doktor Pavlicek prezentując pomieszczenie.- Tłoku tu nie napotkacie...Większość ludzi, wcina drugie śniadanie w pobliskich barach...No, koniec prezentacji. Idziemy dalej. czw. 11.X.2007; Wydział 13; 8:13 a.m. Gdy De Luca wszedł Daria Logan kończyła właśnie rozmowę. Po chwili odłożyła słuchawkę, i miała coś rzec...Ale De Luca ją wyprzedził. - Pani porucznik, mam do pani dużą prośbę. Chcę dostać sprawę "Napiera" i tego całego złego oka ... - popatrzył w twarz kobiety i uśmiechnął się lekko. - Za nim podejmie pani decyzje, chciałem tylko prosić o rozważenie moich argumentów. Po pierwsze to my razem z Nicole zaczęliśmy zajmować się tą sprawą, sporo już wiemy i nie będzie trzeba wprowadzać nikogo trzeciego w arkana tej sprawy. Po drugie może i moja partnerka jest żółtodziobem, ale ja uważam się za doświadczonego gliniarza, może to co robimy tutaj jest czymś nowym, ale pracowałem w wydziale zabójstw i w wydziale do walki z przestępczością zorganizowaną. Umiem posługiwać się bronią i jestem jednym z lepszych detektywów ... - wziął głęboki oddech -Poza tym chcę złapać tego skurwysyna, który jest odpowiedzialny za te morderstwa. Jestem cholernie zdeterminowany do wykonania tego zadania i chyba po to zostałem też tu przeniesiony ... - popatrzył prosto w oczy pani porucznik mając nadzieję, że się powiodło ... - Ustalmy coś, panie De Luca.- rzekła por. Logan.- Żadnych samotnych szarży...Tak, tak. Wiem z czego pan słynął w poprzednim wydziale. Tutaj jednak zagrożenie jest nieporównywalnie większe. Widać Daria Logan słyszała o brawurowych akcjach które Chris przeprowadzał...I z których wychodził jedynie z lekkimi ranami postrzałowymi. Problem tkwił jednak w tym, że partnerzy nie zawsze mieli tyle szczęścia co on. - Dostanie pan tę sprawę, jak tylko Laura się tu zjawi. Nie widział jej pan?- rzekła. - Myślałem, że przyszła tu pierwsza.- zdziwił się Christopher. - Nie przyszła...- westchnęła Daria.- Pewnie znowu flirtuje na korytarzu z jakimś przystojniakiem. - Och, ranisz moje serce...tymi słowami- rzekła z przesadną dramaturgią Pavlicek wchodząc do pokoju wraz młodym mężczyzną i dziewczyną z ostrym makijażem.- A ja ci tu zbłąkane duszyczki przyprowadzam... - A tak pamiętam Vincent Grey i Amanda Walter. To jest detektyw Christopher De Luca, którego partnerka...właśnie...Nie widziałam jej dzisiaj. Czy nie za mocno ją eksploatuje ją pan detektywie?- rzekła por. Logan. - Tyle wigoru? Nie wiedziałam, nie wiedziałam...Będę musiała się bardziej tobą zainteresować.- zażartowała Laura kładąc papiery na stole Darii. - Laura!- zgromiła ją Logan, następnie zwróciła się do De Luci. - Może pan wziąć już dokumentację dotyczącą pańskiej sprawy. Obróciwszy się do pozostałej dwójki rzekła. - Detektywi Grey i Walter. Wy zostaniecie przydzieleni do toczącego się już śledztwa. Jedno jako partner detektywa Christophera Ambersa, drugie jako partner Micheala McMurry’ego...Jak ich znajdę to was przydzielę. Póki co, macie tu...- po tych słowach wyjęła grubą teczkę.- Materiały do przejrzenia. McMurry i Ambers prowadzą wspólne śledztwo. Więc was wtajemniczą. Wiecie, gdzie jest świetlica? Przyjdę tam z nimi. czw. 11.X.2007; Wydział 13; 9:46 a.m. Nicky próbowała przemknąć cicho obok biura Darii Logan, która właśnie przeglądała jakieś papiery. Ta jednak była czujna niczym jastrząb. - Panna Merth. Zakładam, że spóźnienia nie są pani nawykiem z lat szkolnych.- rzekła porucznik. - Nie.- nerwowo odparła Nicole Merth. - Na pani szczęście...dzisiaj jest spore zamieszanie w wydziale.- rzekła Daria.- Więc pani wpadka przejdzie niezauważona...Ale nie zawsze tak będzie. - Oj, chyba nie dręczysz tej biednej dzieciny co skarbeńku?- Nicole usłyszała za sobą tubalny głos. Odwróciła się i zobaczyła grubego księdza przypominającego skarlałego giganta, oraz towarzyszące mu, znacznie bardziej szczupłego mężczyznę. Który przy grubasie wyglądał...niepozornie. - Ojciec O’Doom...spóźnił się ksiądz.- rzekła Daria. - Sprawy kurii...Wie pani jak to jest.- rzekł O’Doom. - A ten obok, to...?-spytała por. Logan. - Christopher Dawkins.- przedstawił się towarzysz ojca O’Dooma.- Ksiądz dla ścisłości.
__________________ "Nieważne jak człowiek wygląda, ważne co ma w czaszce"-cytat z ilithidzkich ksiąg mądrości. Ostatnio edytowane przez abishai : 06-16-2008 o 09:39. |
| | |
| | #186 |
![]() | W sumie ten lekarz miał rację. Mike miał ciężki dzień. Najbardziej irytowało go to, że nie ma swojego partnera. Czekało go napisanie raportu z miejsca zdarzenia. W sumie niby to ta przyjemniejsza część niż interwencje z bronią, za to o wiele nudniejsza. Mike z kasetą VHS zapakowaną w szczelny plastikowy worek podszedł do policjanta kierującego zabezpieczaniem terenu. - Witam, jestem detektyw McMurry, to ja znalazłem młodego wiszącego na żyrandolu. Mam do pana ogromną prośbę. Może pańscy ludzie zechcieliby popytać sąsiadów o jakieś dziwne towarzystwo kręcące się w okolicy naszego ptaszka? Pewnie i tak nic się nie dowiedzą, ale może wpadniecie na pomysł skąd miał koke. Ja tym czasem jadę złożyć raport i obejrzeć dokładnie to co jest na tej kasecie. Pewnie nie wyjdę z biura aż do rana. - Mike miał nadzieje wzbudzić nieco współczucia w swoim rozmówcy. Chciał mieć informacje co do tego kto ostatnio zadawał się z niedoszłym samobójcą. Jednak nic nie mógłby zrobić, gdyby usłyszał w odpowiedzi: "Stary, to nie moja działka, sam skocz popytaj tutejsze rodzinki, ale pewnie nie będą zadowoleni, bo to już popołudnie, a kto lubi wracać z pracy i gadać z glinami??" Mike już odruchowo włożył rękę w kieszeni i zacisnął ją na notesie czekając na odpowiedź szefa ekipy która interweniowała. Po załatwieniu spraw na Rosengarden Mike wsiadł do swojego samochodu i pojechał na posterunek. Tu przeszedł do formalności. Spisał raport z miejsca zdarzenia. W końcu ktoś zażyczył sobie, żeby każda interwencja była dokumentowana. Detektyw nie uległ pokusie, żeby pomóc sobie swoim darem w starciu z komputerem. Mógł w prawdzie ułożyć sobie w myślach cały raport, a jednak wolał spisać go stukając regularnie w klawiaturę. Nie chciał nadużyć swoich mocy. Nigdy nie wiadomo kiedy mogą być bardziej potrzebne. Spisanie całości raportu zajęło mu ponad dziesięć minut. Dawno już nie używał palców do stukania w klawiaturę. Raport wydrukował i posłał na biurko kogo trzeba. Wszystko wskazywało na to, że ma teraz wolne. Na komisariacie było jednak szumnie odnośnie śmierci Yuna. McMurry był w szoku. Poznał tego człowieka tego ranka, a on już teraz nie żył. Czyżby historie odnośnie trzynastki były prawdziwe? "Zginiesz tam, albo skończysz w psychiatryku" usłyszał na odchodne od kolegi z poprzedniego wydziału. Mike nie bardzo wiedział jak się teraz zachować w stosunku do Ambersa. Postanowił napisać krótką notatkę: Bardzo mi przykro z powodu Yuna, Sorry za moje zachowanie dziś rano, Rozmawiałem z Węgrem, on nic nie wie. MacGregor za to ukrywa się od kilkunastu tygodni nie mogłem go namierzyć Poeta chciał się dziś powiesić Był zaćpany i bełkotał, jak prawdziwy poeta jutro go przesłucham. Mam nadzieję, że pogadamy o tym czego Ty się dowiedziałeś McMurry Mike położył notatkę na klawiaturze Ambersa. Po namyśle jednak podłożył ją pod klawiaturę, tak żeby wyraźnie wystawała. Zabrał swoje rzeczy i ruszył w stronę wyjścia. Spojrzał na zegar zawieszony nad drzwiami, żeby upewnić się, że może sobie pozwolić na zmycie się z pracy o tej porze. - Na razie wszystkim, do zobaczenia jutro. - rzucił do kilku osób, które tak jak on przed chwilą stukały w klawiaturę. Jadąc do domu myślał o dwóch rzeczach. O bełkocie zaćpanego wisielca i o tym, czy ma w domu jeszcze stare video. Mike powtarzał sobie tekst o kłach, jednak nie widział w nim nic poza tym czym był w istocie. Bełkotem ćpuna. Sprawa video była w tej chwili bardziej drażliwa. O ile pamiętał było wciśnięte gdzieś w szafce pod butami. Miał głęboką nadzieje, że nie wyrzucił go po zakupie zestawu kina domowego z DVD. Dojechał w końcu do mieszkania. Wjechał windą na swoje dwunaste piętro i wszedł do mieszkania. Zdjął kurtkę i odwiesił na wieszaku. Odłożył torbę z laptopem na stole w kuchni i zajrzał do lodówki. Szpetne przekleństwo wyrwało się z jego ust rozrywając ciszę jaka panowała w całym mieszkaniu. Zapomniał zrobić zakupów. Śmierć głodowa mu nie groziła, ale pół słoika dżemu i dwa plasterki pomidora nie mogły raczej posłużyć jako materiał na pożywną kolację. Mike był jednak zbyt zmęczony, albo raczej zbyt leniwy, żeby jechać zrobić zakupy. Podniósł słuchawkę i wybrał numer do pizzerii. Złożył zamówienie na dużą szesnastocalową meksykańską. Czas między zamówieniem a dowozem detektyw poświęcił na przegrzebanie szafy. Udało mu się znaleźć video, jednak było ono całkowicie niekompatybilne z nowoczesnym telewizorem plazmowym. Mike pomruczał pod nosem coś odnośnie japońskiej technologii i tajwańskich części zamiennych. Bynajmniej nie była to reklama sprzętu, a raczej klątwa zapowiadająca rychłe bankructwo firmy Sony. W końcu Mike podłączył video do swojego peceta i zdecydował się przegrać całą zawartość na DVD. Kopia pozostała na dysku twardym, natomiast czas potrzebny na nagranie płyty detektyw postanowił wykorzystać na wykonanie telefonu: - Lou? To ja Mike, twój nowy partner. Ale się porobiło, poeciak chciał się powiesić gdy zajechałem go przesłuchać. Na szczęście w porę go odciąłem, ale był zbyt zaćpany żeby z niego cokolwiek sensownego wycisnąć. No i stało się coś strasznie niemiłego. Partner Ambersa, Yun zginał dzisiaj w pożarze. - chwila ciszy po obu stronach słuchawki - A co z tobą? Jak badania? Widzimy się chyba dopiero jutro w pracy, bo z wieczorku zapoznawczego raczej nici. Wątpię, żeby ktoś chciał dziś iść na imprezę, podczas gdy Yun leży w kostnicy. Chwilę po zakończonej rozmowie dzwonek do drzwi oznajmił przybycie posiłku, a wysuwająca się z napędu świeżo nagrana płyta zapowiadała rozrywkę na resztę wieczoru. Mike oglądał nagranie praktycznie od 19:30. Przewijał je po kilka razy. Pauzował. Starał się za wszelką cenę wyłapać coś znaczącego. Gdy na zegarze była już godzina 23:00 stwierdził, ze dalsze starania nie mają sensu, nic więcej już i tak nie znajdzie. Musiało mu starczyć to co znalazł do tej pory. Szybki prysznic był odpowiednim zakończeniem tego jakże męczącego pierwszego dnia w pracy. Z łóżka jeszcze zadzwonił do narzeczonej. przeprosił za prawie całodzienne milczenie. I tak rozmawiali nie całe pięć minut. Mike zasnął natychmiast. Budzik zadzwonił, a jego dźwięk niemal rozdarł głowę młodego detektywa na strzępy. Mike szybko przygotował sobie termos z kawą i odgrzał w mikrofalówce trzy kawałki pizzy pozostałe z zeszłego wieczora. ~~Niech cię szlag Mike z tą twoją "zdrową dietą"~~ Kilka chwil przed lustrem na umycie zębów i ocenę zaledwie jednodniowego zarostu. McMurry nie golił się częściej niż co cztery dni, i drugi dzień w trzynastce nie był powodem, żeby rezygnować z tego przyzwyczajenia. Spakował cały swój osprzęt do kurtki. Poprawił kaburę, naciągnął pasek przy torbie od laptopa, dokręcił termos. Droga mijała mu spokojnie, aż do czasu. Autem coś zarzuciło. Mike ledwo dał radę odzyskać panowanie panowanie nad swoim wozem. Dobił do krawężnika i zatrzymał samochód. Wysiadł, żeby ocenić straty. Nic wielkiego jak się okazało, po prostu przebił przednią oponę od strony pasażera. Szybki telefon na wydział trzynasty z informacją co się stało i dlaczego się spóźni. McMurry natychmiast przystąpił do wymiany koła. Jednak gdy dotarł na komisariat był już nieźle spóźniony. |
| | |
| | #187 |
![]() | -Ten, tego...eee...Jeśli chodzi o egzorcyzmy, to nie jestem biegły w te klocki...Ja duchy...eksterminuję.- rzekł nieco speszonym głosem O’Doom, po czym pewniejszym głosem dodał.- Natomiast co do reszty. To oprócz ciebie, w tej robocie jest jeszcze dwóch księży katolickich. Ojciec Pedro Rodrigez oraz brat Damian Frost od jezuitów. Ale my mówimy na niego DJ Frosty. No i jest jeszcze grupka księży wspomagających policję w sprawach...- O’Doom przerwał na chwilę. Z wewnętrznej wyjął staromodny zegarek na łańcuszku. Młody ksiądz już chciał zadać pytanie, lecz O'Doom nagle przerwał konwersacje w najwyraźniej swoim stylu. - O diable mowa...Pardon wasza ekscelencjo.- dodał patrząc na zegarek. Dawkins ukradkiem zerknął na kardynała Egana, który nadal wydawał się być zażenowany -Na resztę pytań odpowiem ci podczas jazdy moim wozikiem. Musimy ruszać na trzynastkę... Mamy tam sprawę do załatwienia. -Ale...mój samochód...- Dawkins nie zdołał skończyć. - Spoko wodza.- dodał tubalnym głosem ojciec Cornelius.- Przywiozę cię z powrotem tutaj, jak tylko załatwimy sprawy na posterunku. Oficjalnie masz przydział od jutra. Dziś tylko sprawy organizacyjne. A więc jednak dzisiaj tylko sprawy organizacyjne. Poczuł niejaka ulgę, gdyż nadal niezbyt odpowiadała mu perspektywa pracy w policji jako... No właśnie tutaj Chris nie był pewny kim właściwie miał być, co dodatkowo psuło mu humor. Ojciec Cornelius O'Doom wstał energicznie i ruszył w kierunku wyjścia z pokoju, mówiąc.- Za mną chłopie. Chris spojrzał jeszcze niepewnie na kardynała i skłonił lekko głowę. -Ekscelencjo- i to powiedziawszy udał się za Corneliusem. Znów starszy ksiądz go zaskoczył, gdy doszli do sportowego samochodu. - Oto moje cudeńko...wygrane w karty od jednego szejków Kuwejtu. Jak on miał na imię? A tak, Irfan Bin Anani...To była noc. Bóg sprzyjał mi wtedy. Wygrałem samochód, darmowy transport samochodu do USA i dwieście galonów paliwa.- Chris patrzył się przez chwile na samochód, słuchając z nijakim szokiem jego historii. Coraz bardziej zdawał sobie sprawę, co miał na myśli kardynał mówiąc o dyscyplinie duchowej kapłana. Wgramolił sie do "cudeńka" a z głośników znów poszła muzyka o dziwnym, jak się okazało polskim akcencie. Nawet gdyby wiedział jak, nie chciał komentować ekscentryczny sposób życia ojca Corneliusa. - Doszkalam się w kulturze moich owieczek. No więc, jakie jeszcze masz pytania chłopie? Aaaa i omal byłbym zapomniał, jest jeszcze benedyktyński mnich, Zachary. Ale on nie działa czynnie, a zajmuje się zbieraniem i katalogowaniem wiedzy o ciemności po drugiej stronie...Wiesz, taka kopalnia plotek. No i jest jeszcze Wiliam Skawice...Podobno był świetny w swoim czasie. Ale ja go nie znam. Gdy kończył pracę w XIII-ce, ja byłem w Zatoce Perskiej. Dopiero teraz Dawkins niejako już przyjmując zachowanie księdza, i czując już do niego coraz większa sympatię, słysząc imię swojego znajomego, zdołał odpowiedzieć z szczerym uśmiechem: -Ojciec William? Poznałem go. Kardynał dał mi na niego namiary, tuż po tym jak zostałem relegowany do XIII-stki. Niezwykła kopalnia informacji o demonach i egzorcyzmach, bardzo dobrze się słucha jego opowiadań z pracy na wydziale, muszę przyznać, choć nie do końca jestem przekonany co do prawdziwości co po niektórych.- Chris nadal niezbyt wierzył w cała tą paranormalną rzeczywistość, którą tylko raz doświadczył na własnej skórze i do tego nie do końca wiedział co tak naprawdę go spotkało. I nie był pewien czy na pewno chce dokładnie wiedzieć. Może właśnie dlatego praca w wydziale wydawała mu się tak traumatyczna. bał się spotkania z demonami, bał się walki z ucieleśnionym złem. Nie do takiej walki był przygotowywany w seminarium. A co gorsza wiedział, że ten strach może być dla niego niebezpieczny. Wzdrygnął się na myśl o jego nowym powołaniu. Zdał sobie jednak sprawę, ze nastała niezręczna chwila ciszy zakłócana jedynie wesołą piosenką o nieznanej treści. wziął głębszy oddech by się nie co uspokoić, i czując, że stosownie jest zamknąć myśl dodał lakonicznie- Mieszka obecnie u sióstr Norbertanek. Znów milczenie po czym Chris przypomniał sobie jedno z pytań, które nasunęły mu się w gabinecie kardynała. - Mówiłeś ojcze Corneliusie, że "eksterminujesz" duchy. Na czym to polega? - Samej wiedzy teoretycznej Dawkins jakoś nigdy się nie bał, obawy wzbudzała u niego dopiero praktyka. Gdy usłyszał odpowiedź, nasunęło mu się kolejne pytanie, na które jak dotąd w trakcie szkolenia nie zdołał znaleźć odpowiedzi, a wypadało by to wiedzieć... - Na czym właściwie ma polegać moja praca w wydziale? Będę jednym z detektywów? Właściwie tylko to zdołał się dowiedzieć, gdyż w końcu znaleźli się pod wydziałem. Tak naprawdę był tu tylko raz, by zobaczyć gdzie się dokładnie znajduje pamiętny gmach XIII-stki. Szkolenie odbywało się bowiem w zupełnie innym miejscu i było to standardowe kursy dla policjantów. Udał się za O'Doomem do środka. Przeszli po schodach, następnie przez jakieś korytarze, w końcu znaleźli się w dużej sali wypełnionej biurkami. Przy niektórych kręcili się ludzie, niemal na każdym natomiast znajdywały się sterty papierów. Niemal tak samo jak w filmach o glinach... Cudowne miejsce do pracy... Starszy ksiądz pewnie kroczył przez wydział, Chris nieco z tyłu przyglądając się dyskretnie pracownikom, Jego uwagę jednak szybko zwróciła głośniejsza rozmowa przy jednym z stanowisk. - ...dzisiaj jest spore zamieszanie w wydziale.- mówiła kobieta siedząca przy biurko, wyraźnie służbistka- Więc pani wpadka przejdzie niezauważona...Ale nie zawsze tak będzie. - Oj, chyba nie dręczysz tej biednej dzieciny co skarbeńku?- Cornelius przerwał wykład pani porucznik, z pewnym rozbawieniem. Chris jednak zachował należyty spokój zrównując się z nim - Ojciec O’Doom...spóźnił się ksiądz.- rzekła Daria. - Sprawy kurii...Wie pani jak to jest.- rzekł O’Doom. - A ten obok, to...?-spytała por. Logan. - Christopher Dawkins.- przedstawił się Chris. czuł jednak, że powinien coś nie coś doprecyzować. Nic bowiem nie wskazywało na to, że jest księdzem. Dla kompletnego laika i ignoranta jakimiś wskazówkami mogła być elegancka marynarka, i czarna koszula bez krawatu, a także różaniec na palcu. Może komuś przyszło by to na myśl, patrząc na jego spokojne rysy twarzy i niepozorną sylwetkę, osoby, której wydawać by się mogło, można spokojnie zaufać. Tak naprawdę, jednak mógł być równie dobrze po prostu, młodym mężczyzną, rozpoczynającym pracę na wydziale. włosy miał krótkie, nieco rozczochrane, nosił okulary, dodające mu nieco powagi, których od biedy nie musiał używać. Wszytko to mogło go wręcz czynić atrakcyjnym dla kobiet. Spróbował żartem, by przy okazji nieco rozładować pewne napięcie- Ksiądz dla ścisłości.- choć zdał sobie sprawę, że mu to nie wyszło., niezrażony jednak tym dodał - Od jutra, zaczynam tutaj pracę
__________________ "Żona myśli że jestem u kochanki, kochanka, że u żony, a ja tym czasem hyc, hyc i na rybki" Zapraszm do rekrutacji: http://lastinn.info/rekrutacje-do-se...tml#post171381 |
| | |
| | #188 |
![]() | czw. 11.X.2007; Wydział 13; 8:10 a.m. Niezwykłą jest niewieścia energia koncentrowana wokół dbałości o linię, to też między słowami "pałaszować kanapeczki", a "automat telefoniczny" wypowiedzianymi przez panią doktor Amy stała się dumną posiadaczką dwóch mocno czekoladowych bomb kalorycznych w postaci batoników z orzeszkami i innymi bakaliami. Oczywiście pierwszy z nich zaczął znikać pochłaniany przez pannę Walter w dość konwencjonalny, choć pospieszny sposób. - Problemy z cukrem. Muszę dbać o stały poziom. - Wymruczała niemal niesłyszalnie w ramach niby usprawiedliwienia podążając dalej za doktor Pavlicek w głąb czeluści Wydziału. czw. 11.X.2007; Wydział 13; 8:13 a.m. - A tak pamiętam Vincent Grey i Amanda Walter. - Amy chyba niekoniecznie oczekiwała takiego przyjęcia. "Jakieś drobne "witamy na pokładzie", "cieszę sie z państwa przybycia" albo chociaż "Witamy w Wydziale trzynastym". A nie jakieś "A tak pamiętam." Uch..." Nie można było nazwać panującej tu atmosfery przyjazną dla nowych pracowników. Jedyną osobą zdradzającą zainteresowanie nowym narybkiem była doktor Pavlicek, ale i to nie podbudowywało. Cały problem kończył się i zaczynał na słowie "doktor". Takich ludzi należało unikać i nie dać im okazji do zaproponowania niczym nie zobowiązującej sekcji tak by sprawdzić co i dlaczego w Amy tyka. - Detektywi Grey i Walter. Wy zostaniecie przydzieleni do toczącego się już śledztwa. Jedno jako partner detektywa Christophera Ambersa, drugie jako partner Micheala McMurry’ego...Jak ich znajdę to was przydzielę. - To akurat było jedyną, jak na razie, optymistyczną wiadomością. Obawiałą się, że zostanie sparowana z panem Grey'em i obydwoje będą musieli dźwigać ciężar poznawania i prowadzenia śledztwa. Osobiście nic do niego nie miała, ale nagłe zostanie posiadającym odpowiedzialność i obowiązki pełnoetatowym detektywem było co najmniej onieśmielające.A tak będą mieli nad sobą wiedzących co robią zawodowców do tego wdrożonych w śledztwo, czyli przy odrobinie ostrożnej manipulacji być może uda się ustawić jako bujające w obłokach popychadło. Tu przecież nic nie wybuchnie jeśli nie będzie uważała, prawda? |
| | |
| | #189 |
![]() | czw. 11.X.2007; Wydział 13; 8:10 a.m. Detektyw Grey pozwolił się oprowadzić pannie Pavlicek po świetlicy i wysłuchał komentarza na temat „żarłoczności świeżej krwi”, jak się wyraziła -Taak… - powiedział lekko uśmiechając się i obserwując, jak Amy wcina batonik. - Czasami dobrze jest coś przegryźć, pogadać. - dodał po chwili. -Tłoku tu nie napotkacie...Większość ludzi, wcina drugie śniadanie w pobliskich barach... -Aha... no, ale w sumie żeby przeżyć pierwsze dni wystarczy te parę automatów i kilka ulotek z numerami telefonów - dopowiedział, po czym poczekał, aż pani doktor dokończy prezentację pomieszczenia i ruszył za nią w stronę gabinetu Darii Logan. czw. 11.X.2007; Wydział 13; 8:13 a.m. Całkiem zabawnie wyglądają, jak się „gryzą”– pomyślał Vin przysłuchując się konwersacji Laury i por. Logan. - Detektywi Grey i Walter. Wy zostaniecie przydzieleni do toczącego się już śledztwa. Jedno jako partner detektywa Christophera Ambersa, drugie jako partner Micheala McMurry’ego...Jak ich znajdę to was przydzielę. Póki co, macie tu materiały do przejrzenia. McMurry i Ambers prowadzą wspólne śledztwo. Więc was wtajemniczą. Wiecie, gdzie jest świetlica? Przyjdę tam z nimi. – powiedziała Logan To chyba znaczy, że moje podanie zostało rozpatrzone pozytywnie... Dobrze, że dostaniemy doświadczonych partnerów. W sumie nie mogło być inaczej, ktoś musi nas przeszkolić, a kto zrobi to lepiej, niż przyszły partner, z którym będziesz pracować? pomyślał Vincent, a na głos powiedział: - Tak, wiemy gdzie. Chodźmy – ostatnie słowo rzucił w stronę Amy, biorąc grube teczki do ręki i otwierając pierwszą z nich. Była to notatka o „wampirach emocjonalnych - EMOwampirach”. Vin przyjrzał się bacznie detektyw Walter. Niee… chyba nie... to byłoby strasznie głupie, chyba nie są na tyle stuknięci, żeby dawać mi akta o EMOwampirach i kazać poczekać w świetlicy z jednym z nich… i obserwować, kiedy się skapnę… a może to jakiś firmowy żarcik wydziału XIII, na rozpoczęcie współpracy, a EMOwampiry nie istnieją ?? O trzynastce słyszy się różne rzeczy…normalne wampiry – jestem pewny, że istnieją, a EMO ?... W końcu wyrwał się z tych rozmyślań . Pierwsze zdanie notki, którą otrzymał od Logan brzmiało „jest to rodzaj obdarzonego”. To wszystko tłumaczy… Z taką wiedzą można od razu iść i na nie polować - pomyślał Vin z ironią. Nie patyczkują się z nami, od razu na głęboką wodę. Gdy dochodzili do bufetu, Vincent przejrzał już prawie połowę teczki z informacjami o EMOwampirach – chciał skończyć szybko, żeby dać ją pannie Walter, jeśli poprosi. Wyłonił z tekstu najistotniejsze informacje, jak to, że takie istoty mogą wywoływać w ludziach konkretne emocje, a nawet nimi manipulować. Ostatnio edytowane przez Vincent : 06-15-2008 o 22:38. |
| | |
| | #190 |
![]() | Wkroczywszy po raz wtóry do świetlicy Amy ruszyła do środkowego stolika. Odsunęła krzesło i poklepawszy siedzenie dała znać Vincentowi, że to on ma tu siedzieć. Sama zajęła krzesło po przeciwnej stronie. Gdy tylko przymusiła towarzysza do zalogowania się na wybranym mu miejscu rozpoczęła studiowanie przyniesionych przez niego materiałów. Do góry nogami. - E M O wam pi ry. - Rozwlokła nagłówek powracając do początku akt. - Nie sądzisz, że podejrzani na fotkach nie wyglądają ani na EMO ani na wampiry.Więc jeśli chodzi jedynie o jakiś myk z emocjami to po co wprowadzać pokraczne terminy krzywdzące określone subkultury? to całkowicie niedemokratyczne, nie sądzisz? I to jeszcze w miejscu, którego statutowym powodem istnienia jest obrona praw obywatelskich! - Przez chwilę bawiła się językiem z wewnętrznym mocowaniem srebrnego ćwieka przekłuwającego dolną wagę zmuszając jego zewnętrzną część do zataczania okręgów. [i]- tak swoją drogą co to jest "obdarzony"? Pewnie kolejny sposób na obrażanie ludzi tak by nie kapnęli się, że tak zwany wymiar sprawiedliwości kpi z nich w najlepsze... -[i] Ciężko było się w słowach panny Walter doszukać miłosci do obecnych pracodawców. - Zmarnowałam tyle lat w Akademii tylko po to by zrobili ze mnie niskobudżetową karmę dla brukowców, Buffy sprzątającą ulice z biedaków utożsamiających się z postaciami z komiksów Marvela. Zauważyłeś, że ta dokumentacja nie trzyma się kupy? Nawet jak na żart.- Świszczący wdech nie zapowiadał kolejny słowotok. - Nie ma opisu żadnej zbrodni. Ani obecnej ani z poprzednich spraw. A o co tak właściwie podejrzewają tych ludzi? O nieświadome wywoływanie u innych dyskomfortu emocjonalnego. Czy naprwdę można kogoś za coś takiego wsadzić? - Zwinęła gwałtownie pobatonikowy papierek, świadczący, że już druga porcja kalorii została w międzyczasie pożarta i cisnęła nim w stronę kosza. Nie doleciał. Złorzecząc wstała by poprawić niesympatycznemu, bo pustemu, kawałkowi celofanu, farby drukarskiej i pobożnych życzeń w postaci szansy na cenne nagrody w losowaniu za pięć kodów. - Nawet jeśli założymy, że ktoś potrafi zamienić innego człowieka w warzywko to przecież nic nam to nie daje. To, że ktoś ma nóż nie znaczy, że od razu jest krwiożerczym psychopatą dźgającym ludzi na chodniku. Jedyne co można to udokumentować przestępstwo lub chęć jego popełnienia. to głupie. - Naburmuszyła się widocznie walcząc przez chwilę z myślami. - Pozostaje mieć nadzieję, że nasi nowi partnerzy będą wiedzieć o co biega w tym cyrku. Zamawiamy chińszczyznę? - W sposób niemal magicznie odmieniony w ciągu mgnienia cała postawa Amy pytała właśnie Vinca zza girlandy przymilnego uśmiechu i błyszczącego spojrzenia czy życzy sobie kubełek duży, czy powiększony... |
| | |
| Reklama |
| |
![]() |
| Użytkownicy aktualnie czytający ten wątek: 2 (1 użytkownik i 1 gości) | |
| enneid |
| Narzędzia wątku | |
| Wygląd | |
| |
Podobne wątki | ||||
| Wątek | Autor wątku | Forum | Odpowiedzi | Ostatni Post / Autor |
| [komentarze]13 wydział NYPD | abishai | Komentarze do sesji RPG - w systemach autorskich | 373 | 11-17-2008 16:45 |
| [autorski] XIII wydział NYPD | Umbriel | Toplista sesji | 1 | 07-02-2008 18:05 |
| Wydział XIII do spraw nadnaturalnych | abishai | Archiwum rekrutacji | 56 | 11-02-2007 16:36 |