![]() | ![]() |
![]() |
| |||||||
| Sesje RPG -Autorskie Ścieżki wyobraźni są kręte. Sprawdź jak daleko wyobraźnia zaprowadziła wielu tych, którzy dali się jej ponieść. Zagraj w sesje oparte na systemach autorskich |
![]() |
| | Narzędzia wątku | Wygląd |
| | #411 |
![]() | Morcruchus wyraził zdumienie tylko w pierwszej chwili wyrazem twarzy. Oczy rozszerzyły mu się tylko po to by chwilę później zwęcić się i posłać stojącemu przed nim jadowite spojrzenie. Wzrok opuścił w kierunku Kejsi i podniósł prawą brew. - Właśnie o tym mówiłem. - spojrzał głęboko w jej niebieskie oczy - Droga wolna. Ja Cię nie zatrzymam. Ale wiedz, że masz ostatnią szansę dokonania czegoś wielkiego - strzelił palcami obok swej głowy - Ja tego nie wymyśliłem - kompletnie ignorował mierzącego w niego jegomościa z nożem. Zbliżył swoją głowę do jej głowy niebezpiecznie blisko. " Verion zabił Almanakh. A ty go szukasz. Niektórzy myślą, że on też już nie żyje, ale ten podły gad jest za sprytny by od tak zejść ze sceny. Jedyna droga do uśmiercenia go raz na dobre to podróż ze mną. Przyłączenie się do mnie równa się z odrodzeniem tych, których tak kochasz, Lavandera i dobrej Pani Almanakh..." - szepnął. Ujął jej dłoń w obie ręce: - Błagam, za długo na to czekałem i zdaje mi się, że ty również... - popatrzył z dumą na stojącego - Kimkolwiek jesteś, ona nie należy do ciebie, traktujesz ją jak przedmiot draniu... |
| |
| Reklama |
| |
| | #412 |
![]() | Kejsi, uwolniona z więzów, poczuła się dużo lepiej, uśmiechnęła się i zastrzygła zabawnie kocimi uszkami. - Genghi prawdopodobnie już nie istnieje. - Jak to, jak to!? – przestraszyła się. – Przecież potrzebujemy go, kochamy go, potrzebujemy Wielkiego Inkwizytora, on musi być, musi! - Jesteś mi potrzebna Kejsi. Twój wybór, wróć do nich i pozostań mało znaczącą chimerą, albo wpisz się w karty historii jako ktoś...wielki. Kejsi obejrzała się na miasto, tam, gdzie została reszta. - Ale Gen...Mor...? Ale to samo było z Kissim, to samo!- zawołała z rozpaczą i błagalnie złapała Morcruchus za szaty. – Kissi był mi bardzo bliski, ale zawładnęła nim obsesja stania się kimś więcej niż był, kimś ponad tego, którego kochałam, nawet kimś ponad Światło! Aby spełnić swoja ambicje zostawił mnie i wyruszył w świat, sam! To go zmieniło, to go zniszczyło, Gen... Morcruchusie! – spojrzała mu smutnie w oczy. – I dlatego pójdę z tobą! Nie pozwolę ci iść tam samemu! Nie chcę stracić kolejnego przyjaciela, nie chcę! Pisnęła, gdy nagle na koniu pojawił się dziwny osobnik. Wyrwał Elfowi nóż! - A teraz oddaj mi to dziecko... - DZIECKO!? – jęknęła w oburzeniu czerwona na twarzy Kejsi. Owszem, była jeszcze młoda, ale bardzo nie lubiła kiedy ktoś tak o niej mówił! - Kimkolwiek jesteś, ona nie należy do ciebie, traktujesz ją jak przedmiot draniu... – warknął Elf. - Właśnie, a poza tym to mój przyjaciel! – dodała chimerka. – I pójdę z nim, ponieważ on nie może iść sam, nie może! To by go zniszczyło, a ja na to nie pozwolę! Będę go strzec, będę przypominać mu o Świetle, kiedy on zapomni, będę się za niego modlić, kiedy on nie będzie umiał już przypomnieć sobie słów modlitwy, będę z nim, kiedy wszystkich innych już zabraknie!
__________________ a takie tam |
| |
| | #413 |
![]() | Thomas, Charlotte; Wielka Inkwizycja zadziałała w końcu, wystawiając was na pastwę wściekłej bandy wojowników Bieli! Potulne baranki przerodziły się natychmiast w bestie z mieczami, włóczniami i toporami, wy zaś nagle całkiem na poważnie zaczęliście traktować zwyczaj nabijania heretyków na pal. Szczęśliwie, Charlotte ze swym sukkubim [sukkubczym?] talentem aktorsko-otumaniającym roztacza wokół siebie wizję biednej, niesprawiedliwie pokrzywdzonej niewiasty, pół-sieroty, pragnącej jedynie ocalić swego chorego ojczulka. Nawet niezbyt fortunna wzmianka o opętańcach w bliskiej rodzinie nie robi na wojakach większego wrażenia i zdają się coraz pobłażliwiej odbierać całą sytuację. - Bracia! - krzyknął Thomas - Wojownicy w służbie Światła, Bieli... W służbie DOBRA! Pomóżcie! Przerzuca sobie „omdlałą” pannę w czarnej sukni przez bark i gorączkowo szuka świątyni. Dostaje oczywiście obstawę, jednak ogłasza, że bardzo mu się spieszy, uruchamia turbo-anielski dopalacz i naginając czasoprzestrzeń pospiesznie umyka tłumowi, udając, że udaje się do miejsca sacrum. Następnie... no właśnie, nie za bardzo wie co ze sobą począć. W mieście panuje bowiem wciąż panika i chaos po odwiedzinach zielonego, opasłego demona. Ranni wciąż wydobywani się spod gruzów siedmiu zawalonych kamienic i murów miasta. Każdy gdzieś pędzi, w sobie tylko znanym celu. Paradowanie z sukkubą w ramionach, na widoku, nie jest najlepszym pomysłem. Postanawiasz skorzystać z gościny u Barbaka aż sprawa ucichnie, podsłuchałeś bowiem, że zaprasza Sathema i Waldorffa do siebie. Genghi/Morcruchus; Koń, spłoszony niezapowiedzianą wizytą Archera na jego zadzie, zarżał, podskoczył parę razy i wierzgnął, przez co zgubiliście pechowego pasażera na gapę. Mężczyzna spojrzał na parkę. Uśmiechnął się. - Wybrałaś zatem... Przekaże twe słowa Thomasowi. Żegnam. - mruknął po czym się rozpłynął. Wydaje się, że Kejsi zabierze się z tobą w podróż w nieznane z własnej woli – co prawda, wykazuje niepokojące oznaki fanatyzmu wobec Światła, ale lepsza taka kompania niż żadna. Twoje niecne szyki jak zwykle krzyżuje... no kto? Astaroth zjawia się znikąd, porywa Kejsi i znika, nie wiadomo gdzieś. Zgrzytanie twoich zębów słychać na kilometr! Astaroth; Zasięgasz porady u Kejsi, porywając ją na chwilę. W pierwszej chwili Kejsi jest oburzona porwaniem i w panice nawołuje Sathema, Genghiego, Kissiego, a na twój widok stroszy sierść, po czym zwija się w kłębek na ziemi i śledzi każdy twój ruch wielkimi, przestraszonymi złotymi oczkami. Wypytujesz jak się można skontaktować z Almanakh. Kejsi niepewnie odpowiada, jąkając się: - Wojownicy Światła słyszą modlitwy płynące z głębi serca i duszy tych, którzy pragną być wysłuchani. Almanakh nigdy nie odezwała się do mnie, lecz jestem pewna, że słyszała moje myśli, słyszała! Podobno kiedy zdarzały się wielkie katastrofy, i wiele żyć było w niebezpieczeństwie, ośmiu stawało w okręgu, trzymając się za ręce, a dziewiąty stał wewnątrz kręgu, modląc się do Almanakh, aby przybyła i mocą Oka Światła odwróciła zły los! Pisma podawali, że gdy tak Dziewięć Dusz modliło się, Almanakh przybywała, przybywała, przyszła! Chcesz ją wezwać? Czy stało się coś złego, coś bardzo złego!? – przestraszyła się. Pytasz, gdzie można znaleźć silnych wojowników władających magią bieli? - W każdym mieście powinni znaleźć się tacy! W świątyni w Ditrojid na pewno był ktoś taki, na przykład ten kapłan, tylko... że on do nas nie przyszedł, chociaż wygraliśmy turniej, wygraliśmy! Nie wiem, dlaczego nie przyszedł! Może Orh go wtedy przestraszył!?... Zastanawiasz się, co daje siłę bieli - z czego biel czerpie swoją moc, co jest w niej pociągającego? - Jak to!? – obruszyła się Kejsi. – Światło pochodzi z Białej Gwiazdy! I innych Białych Gwiazd! Biel z niczego nie czerpie mocy, ono jest mocą! Stworzyło wszystko, jest wszędzie! Daje nam życie i opiekuje się nami po śmierci! Po małej pogawędce oddajesz Kejsi, nie mogąc dłużej słuchać jej cukierkowych wywodów na temat dobroci Bieli. Genghi/Morcruchus; Klniesz w niebogłosy, koń prycha i tupie, wtórując ci, kiedy pan demon w fioletowych szatach pojawia się znowu. Ha! Najwyraźniej jego chaotyczny umysł nie mógł przeboleć słodkości, różowości i dobroci, którą ociekają fanatyczne wywody Kejsi! Tak wiec Kejsi wraca do ciebie i razem galopujecie na koniu dalej, poprzez step, ku górom. ![]() Thomas; Archer próbował odbić Kejsi, jednak sama chimerka sprzeciwiła się temu! Koń zaczął histeryzować, i Archer spadł, zebrał się z trawy obolały, bidul. Thomas, Charlotte; Czekacie w niepozornym zaułku, aż Barbak i reszta wejdą do miasta, by do nich dołączyć. Barbak, Waldorff, Tev; Genghi niczym [o]błędny rycerz porwał Kejsi w ramiona i na rączym rumaku pognał na wchód, poprzez trawiaste równiny stepu, ku górom! Za nim, niczym eee najprzedniejszy chart wyścigowy, ruszył żądny zemsty Sathem! Astaroth jak zwykle udał się gdzieś, w sobie tylko znanym celu. Ruszacie za świętującymi zwycięstwo wojakami przez most z białych kamieni, prowadzący do bram miasta Ditrojid. Kiedy wkraczacie do miasta, opanowanego nadal niewielkim chaosem po odwiedzinach demona, i idziecie ku karczmie wąskimi uliczkami, dołączają do was niepostrzeżenie Thomas i Charlotte. Barbak, Waldorff, Tev, Thomas, Charlotte; Budynek wygląda raczej niepozornie. Ot zwykła biała kamienica szeregowa. Na parterze okna pozasłaniane ciężkimi kotarami (nawet trochę światła nie przedostaje się na ulice). Przed drzwiami niewielka weranda, na której stoi persona odziana w szare, lekkie szaty. Chyba elf. Ponury jakiś. Barbak nie zamierza chyba wprowadzać was frontowym wejściem. Przechodzicie w pobliski zaułek. Brudek, smród i co tylko można sobie wyobrazić najgorszego w takim miejscu. Hm. Podejrzane w takim czystym, bielutkim mieście. Waszym oczom ukazuje się wejście boczne, solidnie wykonane dębowe drzwi. Barbak ma do nich klucz. Otwierając wyjaśnia, że przed frontowymi drzwiami z reguły stoją dwaj zbrojni, u których trzeba zostawić broń w depozycie. Dziś ich nie ma- może z powodu ataku demona? To co uderza wszystkich po wejściu do środka to przede wszystkim zaduch - klasyczne pomieszanie dymu tytoniowego, nie przewietrzonego lokalu oraz wielu spoconych ciał. Szynkwas, 6 okrągłych stolików, przy każdym 5 krzeseł, jedna długa ława. Karczmarza wywiało gdzieś akurat, nie ma też innych gości poza wami. Dobrze wykonane schody na piętro zajmuje kilka pannic (również różnych ras), których ubiór oraz zachowanie na widok nowoprzybyłych nie pozostawia wątpliwości... - Ymmm pierwszy raz tutaj? Jestem Eli... DA Bitch by ~janina on deviantART - A ja Niome the bitch by ~mutato-nomine on deviantART - Szukacie może jakiegoś ciepłego... kącika...? Mrrrrrau – Eli wyszczerzyła się do Teva, podziwiając jego eeeh tygrysią klatę. Frontowe drzwi otworzyły się z hukiem i przekroczył je urodziwy młodzian w czerwonych szatach, taszczący lagę z symbolem smoka. Dragon Flame by *ramy on deviantART - O nie, znów on – westchnęła Niome. Młodzian zamaszyście podszedł do niej i stuknął końcem lagi o drewnianą podłogę. - Znalazłaś?! – spytał niecierpliwie. - Mówię ostatni raz; nie mam tego! – warknęła wściekle. - Musi gdzieś tu być!!! – upierał się. - To nie mój problem, rozumiesz?! - Złodziejka!!! - Nie ukradłam tego twojego durnego klucza!!! - Miałem go na pewno zanim tu przyszedłem!!! - Na co mi on?! - Chciałaś mnie wkurzyć!!! Pogrążyć!!! Zniszczyć!!! – awanturował się. - Teraz przynajmniej wszyscy dowiedzą się, gdzie chadzasz! – zarechotała złośliwie Niome. – Sprowadź tu tatusia, niech pomoże ci szukać! - Oddawaj mi co moje, w tej chwili! – tupał rozpaczliwie. - Sam sobie weź chłopczyku! Młodzian chciał pognać na górę, na co kurtyzana zatrzymała go, wyciągając prosząco dłoń. - Trzysta sztuk złota. - COOOOoooooo!?!?!? – jęknął w histerii. - Nie płacisz, nie wchodzisz, prawda, Barbak? – zerknęły na ciebie jak na ochroniarza. - Nie mam już tyle pieniędzy!!! Chcę tam tylko wejść i poszukać mojego klucza!!! - Kto nie płaci, nie wchodzi tam – wzruszyły ramionami panie. - Spalę tą chatę, z popiołu klucz wygrzebię!!! – wściekł się mag, wymachując lagą. Morcruchus, Kejsi; Zbliżacie się do granicy pasma gór, za którym, jak wiecie, rozciąga się dalej pustynia. Koń zaczyna niespokojnie prychać. Zauważacie w trawie świeże ślady obozowiska, jednak wokół nie ma żywej duszy. Tylko pojedyncze krzewy i drzewa akacji [coś ala tzw. step parkowy] ![]() Sathem; Zziajany, gnasz za wierzchowcem Morcruchusem i Kejsi. Odkrywasz po chwili, że masz kompanów. Dołączyli do ciebie raczej w celach konsumpcyjnych aniżeli towarzyskich... ![]() Morcruchus, Kejsi; Rozglądając się, zauważacie w oddali Sathema, wokół którego snują się likaony. Astaroth; Hmmm Dziewięć Dusz, aby skontaktować się z Almanakh...? Ważny powód...? Powód jest, Dziewięciu też się by się znalazło... Teraz trzeba zadbać o sojuszników. Ostatnim razem nie udało ci się skontaktować z Lidraelem, ponieważ pewna demonica przechwyciła trop energii, który mu posłałeś. Teraz ona jest w rękach [a dokładniej w rękawicy!] Morcruchusa, zaś Lidreal, być może, jeszcze egzystuje gdzieś pośród mgieł chaosu. Próbujesz go przywabić, pamiętając, że biedak przeżył dawno temu zawód miłosny i zwariował, stał się odtąd bardzo... kochliwy. Przekonałeś go kiedyś, że to Rith zabił jego dawną miłość. Być może on nadal o tym pamięta. - Kochanie, to nie z nim cię widziałem, prawda? – usłyszałeś głos Lidraela. – Nie z nim, nie pójdziesz z innym, zostajesz tutaj, ze mną, tylko ze mną, nie dotkniesz ich...! Gdzie jesteś, mówiłaś, że zostaniesz ze mną!
__________________ I never cared before I met you ***Your Exel is my command! *** xD |
| |
| | #414 |
![]() | Zafascynowała go. Używając mrocznej magii, której tak nienawidziła porwał ją, potem brutalnie związał, ogłuszył jej przyjaciela, w końcu zaproponował jej dołączenie do niego, skłonny posłużyć się przemocą w razie odmowy, a ona... Przystała do niego, odtrąciła pomoc z rąk pomocnika Thomasa i nazwała go przyjacielem... Przecież nikt, nikt nigdy nie nazwał go przyjacielem, nie przyłączył się do niego by go chronić. Nikt jeszcze nie był nigdy dla niego dobry, nie okazał mu uczuć. Skrzywił się: " Pod tym względem nie za bardzo się różniliśmy inkwizytorze... " Po chwili spłoszony koń zaczął wierzgać i zrzucił wysłannika anioła na ziemię. - No to chyba pozbyliśmy się nieproszonego gościa - oznajmił ze śmiechem. Już miał kontynuować, gdy nagle pojawił się Astaroth, który zabrał Kejsi. Zawirowało mu przed oczyma z wściekłości. Jak on się nie naraził tylko po to, by ją pozyskać, och, zauważył wtedy własną głupotę. Miał zamiar potraktować ją jako element przetargowy, ale teraz dostrzegał wyraźne i o wiele dalej idące perspektywy dla chimery. Popatrzył się smutno na miejsce, w którym siedziała, ale było puste. Nienawidził demonów, dla których czas i miejsce celu nie grało roli, skąd i jak się dowiedział ? To było jasne. Ktoś niegdyś tytułujący się Wielkim Nekromantą, teraz stał się jedynie bystrym i przebiegłym prawie poślednim czarodziejem. Och...! Powinien być bardziej uważny... Jakie było jego zdziwienie, gdy nagle Kejsi pojawiła się z powrotem w miejscu, z którego zniknęła. Astaroth będzie tego żałował, będzie jeszcze się przeklinał, że mi ją oddał... Zaintrygowany spytał: - Czego chciała ta podstępna kreatura ? - niepewnie zwrócił się do siedzącej za nim Kejsi - Domyślam się, że to raczej nie była propozycja randki - zachichotał przyjaźnie - Nie miej do mnie żalu, wszystko Ci wyjaśnię, ale zakładam, że łatwiej to do Ciebie trafi, w jakiejś luźniejszej atmosferze, ot na przykład przy ognisku we dwoje BEZ żadnych nieproszonych gości... - przewrócił oczami i roześmiał się serdecznie. Zmęczony koń wdrapał się aż do przejścia górskiego. Dali mu trochę wytchnienia, przy najwyraźniej opuszczonym obozowisku, co nekromancie wbrew pozorom się podobało, gdyż podejrzewał kto je pozostawił. Zszedł i pomógł Kejsi zejść delikatnym ruchem, gdy kącikiem oka dostrzegł gnającego na łeb na oślep Sathema, ignorującego wygłodniałe hienopodobne stworzenia, które najwyraźniej chętnie widziałyby go na kolacji w charakterze dania głównego. Był na szczęście jeszcze daleko. Odwrócił się do Kejsi i smutnym wzrokiem zlustrował jej twarz, która najprawdopodobniej wyrażała zmieszanie. - Teraz zostaniesz poddana próbie Kejsi, wierzę w Ciebie - uśmiechnął się i położył prawą dłoń na jej ramieniu - Oth-Astar ! Bracia ! Przybyłem, aby wskrzesić naszego Waszego Pana i pomóc mu oczyścić cały plan jego z uzurpatorów i zakleszczonych tam nieprzyjaciół...! - krzyknął donośnie. W duchu zastrzegł sobie, że Kejsi będzie w tym miejscu miał zawsze przy sobie. Miał nadzieję, że nie zwątpi i pomoże mu dokonać tego do czego od zawsze dążył. W umyśle toczył mentalną bitwę z samym sobą, gdyż chciał jak najobiektywniej ocenić sytuację, w której się znalazł. Nagle lampka zapaliła się w jego głowie i przyszła myśl: " Morcruchusie, jesteś geniuszem ! " Ostatnio edytowane przez Mijikai : 02-21-2008 o 21:58. |
| |
| | #415 |
![]() | Tevonrel stał nie daleko Thomasa i Gnoma, którzy próbowali nakłonić Wojowników Światła do atakowania bądź nie atakowania Charlotte, a Tygrys naśladował każdego z nich, gdy zaczynał coś mówić, z tą różnicą, że gdy odzywał się Morcruchus, naśladował małego Gnoma. Po pewnym czasie znudził się i poszedł do Barbaka, Waldorffa i Sathema, ale ten zaraz odłączył się, ponieważ Gnom porwał Kejsi, zaś Tygrys przewrócił oczami. -Na pewno nie będę za nią latał. Nie znowu. Mam dosyć-warknął, idąc za pozostałymi. Barbak prowadził, a za chwilę dołączyła się Charlotte i Thomas. -To już nie idziemy wygnać Demona w świątyni?-zachichotał, patrząc na białą kamienicę, zaś przed wejściem stał Elf w szarych szatach, ale Ork poprowadził ich bocznymi uliczkami, w których było brudno, zaś odór uderzał w czuły nos Teva. ~Wyjdź stąd, bo się udusimy-warknął Ravist machając szczupłą dłonią przed Półelfim nosem. ~Mnie też tu potwornie śmierdzi, więc zamknij się-odwarknął Tev. ~No dobra, tylko już stąd idź-powiedział Półelf pojednawczo. Podczas rozmowy z Ravem, słuchał jak Ork wyjaśnia, że przed drzwiami frontowymi stoją zawsze wojownicy, którzy odbierają broń do depozytu. -Mają szczęście, że ich nie ma, bo by stracili głowy próbując odebrać moją broń-warknął Tygrys, wchodząc do środka, gdzie panował zaduch i zapach tytoniu. ~Mówiąc, żebyś zmienił miejsce pobytu miałem na myśli coś lepszego niż śmierdzące uliczki i duszne karczmy-narzekał Rav. ~Trzasnę cię!!!-wrzasnął Tev bardzo poirytowany. W tym samym czasie rozglądał się i zobaczył sześć okrągłych stolików, a przy każdym stało pięć krzeseł. Do tego w pomieszczeniu nie było nikogo oprócz kilku kobiet siedzących na schodach na piętro wyżej. -Ymmm pierwszy raz tutaj? Jestem Eli...-powiedziała jedna. -A ja Niome-przedstawiła się druga. ~Daj mi z nimi porozmawiać, ale w postaci Półelfa, co?-zaproponował Ravist. ~Jeżeli chcesz mnie zirytować to ci się udało, więc z łaski swojej... ZAMKNIJ PÓŁELFI PYSK!!!-wydarł się. -Szukacie może jakiegoś ciepłego... kącika...? Mrrrrrau-powiedziała Eli wyszczerzając się do niego, a Tev zaczął dygotać na całym ciele. Z furii. Niestety wiedziała to tylko drużyna oprócz Barbaka, a kobieta mogła to odczytać nieco inaczej. ~Trzymaj mnie, bo jak ją gwizdnę w czapę to przywita się z własnymi stopami!!!-mówił drżącym, podniesionym głosem Tev. ~Daj spokój. Może być fajnie. Ja się tym zajmę-uśmiechnął się tajemniczo Ravist. Tygrys nagle przestał dygotać, a na jego pysku wykwitł tajemniczy uśmieszek. Szybkim ruchem wykonał Stielonem/Ilonthem kilka młynków nad głową i zdecydowanym ruchem położył broń na jednym ze stolików. Powoli, majestatycznym krokiem zaczął zbliżać się do Eli z kuszącą miną, a kiedy znalazł się przy niej, objął ją w pasie i przystawił pysk do jej ucha, żeby coś powiedzieć. ~GWIZDNĘ CIĘ W PYSK TAK, ŻE TO TY PRZYWITASZ SIĘ Z WŁASNĄ DU...!!!-darł się Tev. ~Spokojnie, poczekaj aż dojdę. Sam proces chodzenia musi uwodzić, wyraz twarzy. Cały ty. Rozumiesz?-mówił Rav, a Tygrys jeszcze bardziej zaczął się trząść ze złości. Groziło to gwałtownym wybuchem. Niestety Ravist nie wiedział o tym i nie próbował nawet tego zatrzymać. ~PRZEGINASZ GNOJU!!!-wydarł się Tev, kiedy ciało pod kontrolą Ravista objęło Eli. ~Ja dopiero zaczynam-zaśmiał się Półelf, odgarniając czarne włosy. ~TEGO NIE POWIESZ PAJACU, IMBECYLU, KRETYNIE!!!-wrzasnął, a drżenie przeszło w telepanie takie, jakby oganiał się od roju os. ~Powiem. Będzie fajnie! Doświadczysz nowej rzeczy-zaśmiał się, ale nagle Tev ryknął z całą wściekłością, przejmując kontrolę. Tygrys łagodnie opuścił łapy na biodra kobiety, ale nagle oderwał je i zamiast szeptu, z jego pyska wyrwał się potężny wrzask. -ZBLIŻ SIĘ DO MNIE JESZCZE RAZ TO CIĘ WYPATROSZĘ, WYPRUJĘ FLAKI I ZJEM NA KOLACJĘ WYDMUSZKO!!! WYTARGAM CIĘ ZA KŁAKI I UTOPIĘ, ZMIAŻDŻĘ ŁEB I ZROBIĘ W POTRAWCE, A Z ŁAP UGOTUJĘ GULASZ!!!-wydarł się na całe gardło do ucha kobiety, po czym odskoczył do swojej broni, chwytając ją pożądliwie. -Moja dobra broń... Taka śliczna, cudowna, ostra, magiczna. Jaka wspaniała. Już nigdy nie odłoży cię ten przebrzydły Półelf-głaskał czule swoją broń-Ilontha. -I ty też jesteś wspaniały... Wyjątkowy i niepowtarzalny-tu czule dotknął Asetha. -Co się tak gapicie?-warknął już bez drgawek. ~Coś ty narobił?!-powiedział Ravist. ~Uratowałem mnie przed zdurnieniem. A skoro uratowałem mnie, uratowałem też ciebie, kretynie. Powinieneś mi dziękować. Ktoś wszedł-warknął Tev. ~Nie wiesz co czynisz, a to, że ktoś wszedł nie wiele mnie obchodzi-powiedział obrażony Półelf siadając przy biurku, po czym otworzył księgę, zagłębiając się w niej. Nagle drzwi otworzyły się i wszedł jegomość w czerwieni z laską zwieńczoną Smokiem. Wdał się w kłótnię z jedną z kobiet, tą, która przedstawiła się jako Niome. Zaczął się awanturować o jakiś klucz. -O jakiż klucz ci chodzi pajacu w czerwieni?-chciał rozpocząć dyplomatycznie, tak jak zacząłby Ravist, ale chyba nie wiedział, że nie powinien dodawać dwóch ostatnich słów. |
| |
| | #416 |
![]() | Kejsi miała pecha, porywacze chyba upatrzyli ją sobie jako ofiarę! Na szczęście Astaroth postanowił oddać chimerkę tam skąd ją porwał, i Kejsi ruszyła w dalszą konną podróż z Morcruchusem. - Czego chciała ta podstępna kreatura ? - Pytał o dziwne rzeczy, dziwne, dziwne! – przyznała, wciąż w szoku. – Pytał jak skontaktować się z Almanakh! Choć jej dusza jest w zaświatach, Almanakh nadal nas słyszy, słyszy, na pewno, ale dlaczego Astaroth, skoro jest demonem, chciałby z nią rozmawiać!? Przecież ona by go zniszczyła, pokonała, zgładziłaby chaos! Jechali dalej, aż przystanęli przy starym obozowisku, a Kejsi zauważyła, że Sathem biegnie ich śladem! Niezmiernie ucieszyła się na jego widok i aż się zarumieniła, ale nagle zobaczyła jak wilczka okrążają dzikie psy! Wpadła w panikę i machając łapkami wołała do likaonów; - Przyjaciele, zostawcie go, to nasz towarzysz, to wojownik i mag ognia! Nie będzie łatwym łupem, nie będzie nawet smaczny, to wojownik w służbie naszego wspólnego Światła, pozwólcie mu przejść!!! Miała nadzieję, że pomimo utraty zdolności związanych z żywiołem wody, nie stała się połowicznie niema i zachowała zdolność Mowa Zwierząt! Morcruchus tymczasem zaczął wygadywać przedziwne rzeczy. - Teraz zostaniesz poddana próbie Kejsi, wierzę w Ciebie - uśmiechnął się i położył prawą dłoń na jej ramieniu - Oth-Astar ! Bracia ! Przybyłem, aby wskrzesić naszego Waszego Pana i pomóc mu oczyścić cały plan jego z uzurpatorów i zakleszczonych tam nieprzyjaciół...! Kejsi spanikowała trochę, ale nie uciekła. Zdumiona, kiwała zabawnie końcówką kociego ogona i rozglądała się w zagubieniu. - Morcruchusie, jaka to próba!? – spytała. – Nie wiem co mam robić, co robić!?
__________________ a takie tam |
| |
| | #417 |
![]() | - O nie, znów on - westchnęła Niome. Młodzian zamaszyście podszedł do niej i stuknął końcem lagi o drewnianą podłogę. - Znalazłaś?! - spytał niecierpliwie. - Mówię ostatni raz; nie mam tego! - warknęła wściekle. - Musi gdzieś tu być!!! - upierał się. - To nie mój problem, rozumiesz?! - Złodziejka!!! - Nie ukradłam tego twojego durnego klucza!!! - Miałem go na pewno zanim tu przyszedłem!!! - Na co mi on?! - Chciałaś mnie wkurzyć!!! Pogrążyć!!! Zniszczyć!!! - awanturował się. - Teraz przynajmniej wszyscy dowiedzą się, gdzie chadzasz! - zarechotała złośliwie Niome. - Sprowadź tu tatusia, niech pomoże ci szukać! - Oddawaj mi co moje, w tej chwili! - tupał rozpaczliwie. - Sam sobie weź chłopczyku! Młodzian chciał pognać na górę, na co kurtyzana zatrzymała go, wyciągając prosząco dłoń. - Trzysta sztuk złota. - COOOOoooooo!?!?!? - jęknął w histerii. - Nie płacisz, nie wchodzisz, prawda, Barbak? - zerknęły na ciebie jak na ochroniarza. - Nie mam już tyle pieniędzy!!! Chcę tam tylko wejść i poszukać mojego klucza!!! - Kto nie płaci, nie wchodzi tam - wzruszyły ramionami panie. Ork przysłuchiwał się wymianie zdań. Chcąc, czy nie chcąc bardzo szybko poczucie obowiązku wzięło w nim górę nad tym co chciał w tej chwili zrobić... A chciał się napić. Dobra. Pomyślał. Załatwmy to szybko. Ork stanął za młodzikiem i znacząco zaplótł ręce na piersi, mrugnął porozumiewawczo do Niome. - To prawda, co rzecze ta niewiasta. Nie płacisz, nie wchodzisz. Zastanów się zatem co zamierzasz zrobić wypierdku. Mag dość podejrzanie zaczął przebierać rękoma i mamrotać coś pod nosem Barbak szybkim ruchem złapał młodzika za ręce. Uścisk był mocny i pewny. Laska uderzyła o podłogę. - Masz następujące możliwości gnojku: Po pierwsze możesz próbować dostać się na górę... możesz, ale nie sądzę aby Ci się to Udało. Możesz próbować rzucać zaklęcia ale w obecnej chwili zanim to uczynisz będziesz miał połamane obie ręce oraz wybite wszystkie zęby. Możesz też przeprosić tę miłą Panią, zapłacić pieniądze i cieszyć się jej towarzystwem, lub nie zapłacić i grzecznie oddalić się z tego przybytku...... - Spalę tą chatę, z popiołu klucz wygrzebię!!! - wściekł się mag, wymachując lagą. - Twój wybór. Zielone łapy zacisnęły się na delikatnych dłoniach maga. W karczmie zdało się słyszeć ostry i charakterystyczny dla łamanych kości trzask. Ułamek sekundy potem karczmę wypełnił krzyk. Ten został zdławiony gdy Barbak uderzył czołem w facjatę kogoś kto mienił się być mężczyzną. Mag chwilowo nie mógł wydobyć z siebie krzyku. Jego usta wypełniły się szybko posoką i powybijanymi zębami. Ork nie czekał ani chwili dłużej. Dębowe drzwi, przez które przed chwilą weszła drużyna otwarły ponownie swe podwoje.... a chwilę potem w gnojówce zaułka wylądował piękny (jeszcze przed kilkoma chwilami) mag. Ork powrócił po chwili do Sali główne. - Niome, tego Pana nie stać było na Twe towarzystwo. Postaraj się lepiej dobierać klientów. A jeśli faktycznie zabrałaś mu ten klucz, bądź tak dobra i mi go przynieś. Ork uśmiechnął się charakterystycznie dla swej zielonej rasy. Tygrys nagle przestał dygotać, a na jego pysku wykwitł tajemniczy uśmieszek. Szybkim ruchem wykonał Stielonem/Ilonthem kilka młynków nad głową i zdecydowanym ruchem położył broń na jednym ze stolików. Powoli, majestatycznym krokiem zaczął zbliżać się do Eli z kuszącą miną, a kiedy znalazł się przy niej, objął ją w pasie i przystawił pysk do jej ucha, żeby coś powiedzieć. - Dziewczyny, ten jegomość jest ze mną. Zdaje się że od dłuższego czasu nie miał kobiety. Przynajmniej trzęsie tak jakby nie miał. Bądźcie dla niego miłe. Ork uśmiechnął się ponownie. - Waldorfie. Jak mniemam, nie odmówisz łyczka krasnoludzkiej gorzałki. Na całe szczęście ten bar jest wyposażony na tyle dobrze, że można tu jeść i pić przez dobry tydzień... a ja można by rzec mam tu otwarty kredyt. Barbak stanął za barem i zaczął napełniać naczynia. - Przyjaciele dziś z tego świata przepędziliśmy Demona, wszyscy mieliśmy w tym jakiś udział... choć co poniektórzy mieli trochę mniejszy (Barbak znacząco spojrzał na Dwarfa). Jednak powinien być to dzień radości i święta. Możecie zatem uważać bar za otwarty. Zapraszam. |
| |
| | #418 |
![]() | Uliczka miała kształt, wygląd i z pewnością zapach typowej uliczki, w której nie powinien znaleźć się zagubiony podróżnik. Waldorff przyjął to na chłodno i dał się poprowadzić Barbakowi. Jakoś przez czas podróży oraz walkę nabrał do niego pewnego rodzaju sympatii. Wyglądało na to, że w drużynie zawitał kolejny po ich stronie. Sam karzeł bił się z myślami i nie wiedział jak dalej pokierować swoją drogą. Byli tu w tym świecie daleko od swojego domu. Jego Bóstwo już dawno nie odzywało się wprost do niego aczkolwiek czuł jego obecność. Przygoda w labiryntach dała mu wiele do myślenia. Zawsze starał się być rozsądnym krasnoludem. -Uśmiechnął się pod nosem na to złożenie. Potem zagadnął idącego obok Rakaszę. czy słyszałeś kiedyś o rozsądnym krasnoludzie. nie był pewien czy on to dosłyszał. Potem dodał sobie w myślach, „Kogo ja pytam o zdrowy rozsądek".. Opadły go kolejne fale zwątpienia. Na szczęście dość szybko rozbiły się o tylne drzwi karczmy, do której zaprowadził ich Barbak. W swoim życiu widział już wiele lokali, ten sytuował się gdzieś wśród tych, które kwitował słowem „byłem tam" a potem dodawał „wyszedłem o własnych siłach" Karczmarza nie było, gości zresztą też, dlatego Waldorff poszedł do szynkwasu w celu rozejrzenia się. Ostatnio działo się dość dużo. Nie licząc demona wraże¨˝ było aż nadto. Miał zamiar przepłukać gardło wyposażyć się w gąsior spirytu i to takiego krasnoludzkiego. To, co zdarzyło się później zmroziło go. Przyzwyczajony był, że demonica potrafiła skrzywdzić kogoś tylko, dlatego że miał inny kolor grzywki. Thomas wpatrzony w siły mroku też miał to i owo za uszami, ale Zielony przebił ich wszystkich razem wziętych. Tam przed schodami była mała sprzeczka. Podobnych sprzeczek było w całym uniwersum multum. Ale zawsze panowała zasada. Nie wtrącaj się do kłótni dziwek z ich klientami. To zawsze prowokowało kłopoty. Zwłaszcza, gdy klient miał Magowskie szaty. Efektem sprzeczki była magia wyrzucona w błoto. Krasnolud, który cale zamieszanie obserwował nie wtrącając się dopiero po podszedł do Orka. Rozumiem, że to twój lokal, ale to nie było feeer zagranie. Pokręcił z politowaniem głową. nie wiem, kim był ten dzieciak i u kogo terminował. Ale jeżeli nie chcesz kłopotów to znajdźmy, co on zgubił a potem oddajmy mu to. Może to pozwoli uniknąć Ci w pełni całej kary Raz jeszcze pokręcił głową i zwrócił się do dziwek. W którym pokoju był ten dzieciak. Nie próbujcie mnie powstrzymywać. Chwycił za rękę tę, która wcześniej zagadywała syna Zerrathula i ruszył na górę. Miejmy nadzieję że uda nam się to załagodzić na czas.. |
| |
| | #419 |
![]() | - Brodaty Dziadku- Barbak odezwał się do Krasnoluda, gdy ten był w połowie schodów. - Zatrzymaj się proszę, zejdź tu do mnie i wysłuchaj mnie. A jeśli będę się mylił popraw mnie. Proszę. Jeśli ten klucz faktycznie był w pokoju, wierzę że go dostane. Pracuję tu już od jakiegoś czasu i nie zawiodłem się na tych dziewczynach nigdy. Wierzaj mi albo nie ale kur....tyzany też mają swój honor. A wracając do mego występku. Powiedz mi na jakiej podstawie mnie osądzasz. Dlaczego uważasz że czyn mój był zły, czym że w ogóle jest zło w obecnej sytuacji... czymże także jest dobro. Ork uśmiechnął się smutno. - W mym mniemaniu zło i dobro, biel i fiolet to tylko ramy, w których zamykają się pewne działania. Wiara w nie lub ich przestrzeganie jest oczywiście prawe, ale czymże jest prawość w świecie przepełnionym sqrwysyństwem? Czy wiara w Bogów pozwoli ci napełnić talerz strawą, czy pozwoli ci kupić sobie gorzałkę, lub czy za wiarę kupisz sobie po prostu buty? Nie! Wiara jest wiarą, a dzień codzienny dniem codziennym. I to jest prawdziwie smutne. Co byś powiedział Brodaty Dziadku , gdyby ten mający jeszcze mleko pod nosem smark faktycznie spełnił swoje groźby? Czy jeśli zaczął by sypać na prawo i lewo kulami ognia i czy gdy podpaliłby Ci Twą świętą żyć wtedy fiolet i biel nabrały by dla Ciebie nowych odcieni? Na twarzy orka zaczynało pojawiać się zdenerwowanie. - Jestem tylko prostym Orkiem. Kimś kto stara się godnie żyć i godnie wypełniać powierzone mu obowiązki. Widziałeś kiedyś orka palladyna? Nie? A jak myślisz dlaczego. Każdy z nas zamknięty jest w pewnych ramach i podporządkowany pewnym standardom. Więc ja tępy i zielony osiłek pracuję tu jako wykidajło. Narażam co dzień swoje zielone dupsko w tym podrzędnym zamtuzie... a wiesz dlaczego? Dlatego że tutejsza bajzelmama mi zaufała. Dlatego, że dała mi prace i nie powiedziała mi na dzień dobry "Śmierdzi orkiem", dlatego, że postanowiła zajrzeć pod tę skórę i zobaczyć kim tak naprawdę jestem. I za to będę jej wdzięczny. I za to będę bronił tego miejsca bo jak mniemam jest to właśnie dobre..... Ork duszkiem wychylił nalany przed chwilą kufel piwa. - A czymże według Ciebie, szlachetny i prawy synu Moradina jest dobro? Tym biedakiem się nie przejmuj. Jeśli faktycznie posiada potężnego protektora to ten na pewno poskłada mu ręce, i wstawi nowe zęby, a potem równo opi.....doli za to że szlaja się po takich miejscach jak to. Rzekł smutno Barbak. A jeśli przyjdzie tu mnie zabić... cóż każdy kiedyś zginie. |
| |
| | #420 |
![]() | - Dobra walka Sachemie . Przyznam, miałem pewne obiekcje co do Twych umiejętności, gdy podążyłeś w pierwszym szeregu bez broni. Jednak teraz widzę, żeś wojownik prawy i znający wojenne rzemiosło. - Jestem Sathem, przyjacielu, Sathem. - powiedział Wilkołak z uśmiechem - Niektórzy bardzo ciepło poczuli te "t" na swoim ciele, lecz Tobie, kolego - tu klepnął orka przyjacielsko - podaruję. - Może by tak uczcić wygraną? - Pociągnął zacnie z naczynia, a następnie rzucił je Sathemowi. - Tylko ostrożnie. Ten spirytus wyprodukowali ziomkowie naszego kapłana. Jest równie dobry do czyszczenia broni, dezynfekcji ran jak topienia smutków. Wilk zręcznie chwycił bukłak, po czym poważył go trochę w dłoni. Nie lubił alkoholu. Widział co się dzieje z tymi, co go nadużyją. Ale z drugiej strony, wiązałoby to się z nietaktem wobec Barbaka, więc powiedział: - Może i nie lubię trunków, ale z drugiej strony... - zawiesił głos, otwierając naczynie - nie można walczyć z tym, czego się nie zna, prawda? - zakończył, po czym podniósł naczynie do ust. Wziął małego łyczka, a następnie odrzucił naczynie orkowi. *** Kiedy w pogoni za Kejsi i Moherem (czy tam Morcruchusem XD) Sathem ujrzał likaony, przystanął na chwilkę i podparł się o własne kolana, aby złapać oddech. ~Żebym tylko mógł z nimi pogadać jak zwierzę ze zwierzęciem~~ pomyślał Wilkołak ~~Może by się przyłączyły... No ale cóż~~ Wilkzakończył swoje rozmyślania i przyjął bojową postawę, czyli lewa noga wysunięta przed siebie, prawa pod sobą ugięta, lewa ręka wyciągnięta również przed siebie, a prawa - trzymająca sztylet - uniesiona nad głową. W tej pozycji Sathem był gotowy do walki - czekał, aż zwierzyna wykona pierwszy ruch.
__________________ Nie będzie mnie przez parę miesięcy... Trzymajcie się ciepło i do zobaczenia w lipcu! Wiecie że w człowieku ukryte jest zło?? cZŁOwiek... |
| |
| Reklama |
| |
![]() |
| Użytkownicy aktualnie czytający ten wątek: 1 (0 użytkownik i 1 gości) | |
| Narzędzia wątku | |
| Wygląd | |
| |
Podobne wątki | ||||
| Wątek | Autor wątku | Forum | Odpowiedzi | Ostatni Post / Autor |
| [komentarze] Tacy jak ty 2 | Almena | Archiwum sesji Autorskich | 563 | 11-14-2007 11:52 |
| Tacy jak ty 2 | Almena | Archiwum sesji Autorskich | 1012 | 11-14-2007 11:49 |
| [autorska] Tacy jak ty 2! | Almena | Archiwum rekrutacji | 66 | 03-26-2007 11:07 |
| [komentarze] Tacy jak ty | Almena | Archiwum sesji Autorskich | 70 | 03-23-2007 21:03 |
| Tacy jak ty | Almena | Archiwum sesji Autorskich | 550 | 03-23-2007 20:59 |