Spis Stron RPG Regulamin Artykuły POMOC Kalendarz Blogi
Wróć   lastinn > RPG - Play By forum > Sesje RPG -Autorskie
Zarejestruj się Użytkownicy Oznacz Fora Jako Przeczytane

Sesje RPG -Autorskie Ścieżki wyobraźni są kręte. Sprawdź jak daleko wyobraźnia zaprowadziła wielu tych, którzy dali się jej ponieść. Zagraj w sesje oparte na systemach autorskich


Zamknięty Temat
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 04-15-2008, 19:34   #611
 
Vireless's Avatar
 
Reputacja: 2 Vireless jest na bardzo dobrej drodze
$: 37 371
Waldorff pozwolił uciec Kejsi. Nie chciał i nie mógł jej ograniczać. Sama musiała zwalczyć te uczucia, które nie wątpliwie teraz ją opanowały. Nim odbiegła zdołał zakrzyknąć.
-Pamiętaj że poczekamy tu na Ciebie. Jesteś częścią Drużyny!

Zobaczył jak Tev coś kreśli po piasku? Podszedł okazało się że nie kreślił ale wskazywał na prawidłową odpowiedź.
-Masz rację a tak można to narysować







Końcem młota narysował runy. Co możemy wiedzieć o podobnej symbolice niech się zastanowię


//prośba do MG jeżeli moja postać coś może dodać na ten temat to i owszem. Jeżeli nie to dwarf będzie długo myślał aż powie że nic nie wie//
 
Vireless jest offline  
Reklama
Stary 04-15-2008, 19:35   #612
 
Blacker's Avatar
 
Reputacja: 3 Blacker wkrótce będzie znany
$: 119 959
Większość demonów znajdowała radość w niszczeniu i zabijaniu, odszukując sens swojego istnienia w odbieraniu życia innym. Była to właśnie ta droga, którą wybrały demony w świecie z którego pochodził. Ciągłe walki wewnątrz fioletu, sianie nienawiści poza nim, robienie z każdego swojego wroga. Brak szacunku dla niższych rzędem, pogarda żywiona do tych wyżej. Każdy chciał stać się silniejszy, najlepiej kosztem innych co prowadziło do tego, że fiolet chwiał się i nie potrafił raz na zawsze pokonać bieli. Biel... W bieli panował ład i porządek, a dzięki współpracy i dyscyplinie udawało im się utrzymywać nawet na początku, gdy siły chaosu były w przewadze. Tamtejsze demony, wierne starym schematom nie rozumiały tego i wciąż walczyły starymi metodami, nie wiedząc że są skazane na porażkę

Chaos miał dwie drogi: tworzenia i niszczenia. W tamtym świecie tworzenie zostało zepchnięte na margines, a skoncentrowano się na destrukcji. To był właśnie ten błąd, błąd który w tym świecie miał być naprawiony. On sam, Astaroth współpracował z bielą już od dłuższego czasu. Nie tylko pozwalało mu to skuteczniej walczyć z chaotycznymi oponentami, jak również dawało mu możliwośc nauki. Uczył się drogi bieli, tego jaka siła płynie z jedności i współpracy. Wiedział to już dawno, na przykładzie legionu a przyglądając się uważnie białym nauczył się, jak zastosować to do fioletu

Pierwszy eksperyment, z dawaniem życia za pośrednictwem fioletu był pełnym sukcesem. Martwe, lub ledwo żywe chimery dzięki tchnieniu chaosu powstały do życia. Żywy dowód mocy sprawczej fioletu podróżował wraz z nim, pozostałe siały jego chaos w tamtym świecie zapewniając mu zaplecze, dzięki któremu nawet unicestwiony zdoła się odrodzić. Drugim krokiem na drodze do nowego chaosu był Azmaer. Demon, którego stworzył i którego obdażył swoją największą siłą: wolną wolą. Demon, którego darzył szacunkiem i przyjaźnią jak własnego syna odpowiedział tym samym. Tacy jak oni teoretycznie nie posiadali uczuć, jednak Astaroth udowodnił że to błąd. I trzeci, ostatni krok. Thomas. Anioł, który jako pierwszy z białej rasy wykazał się mądrością i dokonał słusznego wyboru. Widać jego racje i argumenty przemawiają nawet do istot stworzonych z czystej bieli, czyli teoretycznie odpornych na jego wpływ. On nie miał zamiaru pokonać bieli - jego plan sięgał dużo dalej i dużo głębiej. Co mu po świecie bez bieli? Biel i chaos muszą się nauczyć konkurować nie militarnie, ale walczyć ideami o serca i umysły istot żyjacych. Ci, którzy posiądą możliwość wolnego wyboru między bielą i fioletem będą prawdziwie wolni, a on miał być zamiar tym, który da im tę możliwość. Nowy porządek mógł nadejść, a na jego drodze stała ostatnia już przeszkoda - Rith, ten który go stworzył i ten, z którym przyjdzie mu się zmierzyć. To pragnienie jego śmierci doprowadziło go do stania się demonem, a w konsekwencji to wszystkiego, co dziś posiada. By być ze sobą szczerym musiał przyznać: Był mu za to wdzięczny, jednak nie zmieniało to faktu, że któryś z nich musiał umrzeć

Zabijanie... Nie sprawiało mu radości. Było jednak koniecznością, tak samo jak dla ludzi jedzenie lub oddychanie. Wybór był prosty: zabijać albo umrzeć. Do śmierci nie śpieszyło mu się zbytnio, więc wybrał zabijanie. Od tego momentu, gdy po raz pierwszy splamił ręce krwią musiał zabijać wręcz bez ustanku. Czy to strażnicy chcący wymierzyć mu sprawiedliwość, czy to łowcy chcący zgarnąć nagrodę za jego głowę. Czasami jednak sam bywał agresorem: zabijał kupców, gdy potrzebował pieniędzy lub przypadkowych ludzi, których mord został mu zlecony. Swoimi szablami wymierzał karę wszystkim tym, którzy stanęli mu na drodze. Chciałby, by raz na zawsze zakończyć ten łańcuch jednak był pewien, że to jest niemożliwe - nikt, kto choć raz w życiu zabił inną osobę już do końca swych dni był zmuszony walczyć o przeżycie. Krew ciągle wołała o więcej krwi, a pozbycie się uczuć było jedynym sposobem by zaspokoić jej zew. Mimo to, że nigdy nie zawachał się przed morderstwem nie sprawiało mu to przyjemności. Kissiemu wymierzył śmierć bolesną ale szybką, choć zasługiwał na dłuższe męczarnie. Zdawał sobie sprawę, że ta śmierć jest winą Ritha, jednak sam również miał zamiar ją wykorzystać. To, że Kissi umrze było pewne, a ukazanie części swoich mocy wykańczając go w spektakularny sposób mogło mu pozwolić na uniknięcie dalszych śmierci. Tak jak w przypadku elfa nekromanty, który miał coś wspólnego z gnomim inkwizytorem nie zawachał się przed ukaraniem go, choć był jego towarzyszem tak ta śmierć mogła powstrzymać innych, zwłaszcza mrocznego elfa który ostatnio się do nich przyplątał przed popełnieniem tego samego błędu. W przeciwieństwie do większości demonów starał się unikać niepotrzebnej śmierci gdzie tylko było to możliwe

Wraz z chimerą przeniósł się do dawnej świątyni przybycia, aktualnie świątyni abazigala i przybrał strój ubogiego pielgrzyma. Maskowanie się i oszukiwanie było jego najmocniejszą stroną, a w tak dziwnym świecie nikt nie zdziwił się ogromnym krukiem kroczącym za nim. Jednak, mimo dokładnego zwiedzenia świątyni nie znalazł żadnego znajomego miejsca. Wrócił więc do zamurowanego korytarza i dotknął ściany ręką. Nie, nie była to zwodnicza iluzja. Nieco zdegustowany wrócił na górę zastanawiając się, co dalej. W świątyni nie zauważył nic, co mogłoby być śladem przejścia go dalszych jej części, poza tym jednym korytarzem. Musiał więc sprawdzić, co znajduje się dalej. Teoretycznie mógł przeniknąć przez nią dzięki niematerialności, jednak wzbudzenie zamieszania pomogłoby mu zregenerować siły. Najlepszym więc sposobem będzie usunięcie tej ściany tak, jak usunął z drogi Kissiego
 
__________________
,,W czasach słabości pokazuj swoją siłę.
W chwili potęgi pokaż swoją słabość"
Sun Tzu, Sztuka Wojny
Blacker jest offline  
Stary 04-16-2008, 19:07   #613
 
Almena's Avatar
 
Reputacja: 5 Almena ma w sobie cośAlmena ma w sobie cośAlmena ma w sobie coś
$: 310 137
Co mogę o sobie rzec? Nadszedł dzień, w którym zjawił się Verion. Kihara Riona. Zabójca smoków. Zamordował moich rodziców. Wraz z nielicznymi, zdołałem zbiec.
Nadszedł czas Wielkiej Wojny z Shabranido. Jak wiesz, tylko nieliczne rasy i nieliczni jej przedstawiciele zdobyli się na odwagę i poświęcenie, by stoczyć za cały wymiar chaosu samobójczą walkę z Shabranido. Dlatego przegrywaliśmy. Świadomi, iż nasza porażka oznacza nadejście chaosu do świata materialnego, my, Starożytne Czarne Smoki, otworzyliśmy Bramę międzywymiarową i przekroczyliśmy ją, wyruszając w desperacji po pomoc. Gdzieś, gdzie nigdy nikomu nie odmówiono pomocy. Do Wymiaru Bieli. Almanakh natychmiast przybyła nam z odsieczą. Lavender pozostał, aby strzec Wymiaru Bieli.
Nie będę znów powtarzał całej historii, którą znasz. Wiedz jednak, jakie miało na konsekwencje dla mej rasy. Złote smoki, najdumniejsze, najdostojniejsze, imające się magii i obcujące śmiało z ludźmi, podczas Wojny nie chciały walczyć u naszego boku. Uważały, ż pokonamy Shabranido bez niczyjej pomocy. Nie chcieliśmy uznać ich argumentów, i te kłótnie poróżniły nas dalece, tak tysiące innych sporów wcześniej. Złote smoki uznały Starożytne Czarne Smoki za zdrajców. Nie wolno nam było bowiem otwierać Bramy, złamaliśmy odwieczny zakaz.
Prawdziwym pretekstem ku nienawiści skierowanej przeciwko nam była jednak duma złotych smoków. Uważały, ze Starożytne Czarne Smoki zrodziły się w mgłach chaosu, gdyż władaliśmy mroczną magią równie dobrze co białą. Pomimo łagodnego usposobienia mojej rasy, zostaliśmy skazani na zagładę jako „bracia Shabranido”. Pewnej nocy na mój klan napadło stado Złotych Smoków. Tak po prostu, bez ostrzeżenie, zaczęli mordować moich braci. Zanim zorientowaliśmy się, co się dzieje, było już za późno na zwycięstwo. Odniosłem w tej walce bardzo ciężkie rany, i podobnie jak paru niedobitków, uciekłem z pola walki. Uciekłem na pustynię, gdzie z braku sił runąłem na ziemię. Złote smoki krążyły nade mną jak sępy, pamiętam, a potem nagle zawróciły i znikły na horyzoncie. Złorzeczyłem im, drwiąc, iż pożałują, ze darowały mi życie. Wtedy pojąłem, dlaczego odleciały. Uciekły.
- Tuż przede mną zjawił się Gaav. Lord Demonów, skaziciel żywiołu ognia. Byłem półprzytomny z bólu, utraty krwi, i od jego otumaniającej demonicznej energii. Stał i patrzył na mnie. Dźwignąłem się, próbowałem go zaatakować. Nie sięgnąłem go nawet, z braku sił padłem na piach, konając.
- - Mógłbyś przeżyć, Valgaav, młody starożytny czarny smoku – rzekł do mnie z uśmiechem.
- Po co? – szepnąłem, zrezygnowany.
Moi bracia ginęli, moi przyjaciele, rodzina... nie miałem nikogo.
- Nic tak nie drażni tych, którzy chcą nas zniszczyć, jak fakt, iż istniejemy – odparł.
- W sumie masz rację... – uśmiechnąłem się krzywo.
- Powiedz, iż chcesz wstać, a podniosę cię.
- Nie mam zamiaru zadawać się z demonami -.
- Nie. Miałeś zamiar zabić je zabijać. Zwłaszcza jednego z nich. Miałeś zamiar zemścić się za krwawą rzeź na twych niewinnych pobratymcach. Sam nie dasz rady. Nie musisz być sam, Val.
- Nie chcę... – dławiłem się krwią.
- Stań u mego boku. Zniszczymy Veriona i jego potomstwo. Strącimy złote smoki z piedestału, na który bezprawnie wpełzły waszym kosztem. Chodź, Val. Jeśli chcesz pomóc swoim braciom,... Twoja pokorna śmierć, na jaką skazały cię złote smoki w niczym im nie pomoże.
- Jak... chcesz...?
- Opętam cię. Stworzę moim Kiharą. Będzie trochę bolało. Tylko przez chwilę – kiedy ruszył ku mnie, przeszył mnie potworny lęk.
- - Właściwie... to nie jest takie...złe... – wykrztusiłem. – Może...zdołam.... – wbił coś w moje serce, nie wiem jak, ale wiem, że to zrobił. Poczułem ból, a potem obezwładniający spokój i ciepło. – To wcale nie jest takie złe... – szepnąłem, umierając.
Ból przemiany nadszedł po chwili. Rzeczywiście, trwał krótko.
Jako półdemon, półsmok, stanąłem u boku Gaava, jako jego Kihara. Żyłem odtąd w planie mgieł chaosu. Materializacja mojej smoczej lub ludzko-podobnej powłoki w świecie materialnym przychodziła mi początkowo z wielkim trudem i w ciężkich cierpieniach.
Gaav był niezwykle... opiekuńczy jak na demona. Żywił do mnie przedziwną sympatię. Zachowywał się irracjonalni. Był mi jak ojciec, przyjaciel, brat. Nigdy mnie nie uderzył. Szanował mnie, liczył się z moim zdaniem. Nie nadużywałem jego zaufania. W duszy knułem przeciwko demonom. Wszystkim. Mimo to, sam oszalałem. Bywały chwile, kiedy nie wyobrażałem sobie, jak mógłbym skrzywdzić Gaava. Szczęśliwym trafem, Gaav był bardziej zainteresowany walką z Rionem, niż uprzykrzaniem życia istotom w planie materialnym. Mordowałem demony, demony Riona, stale polując , czając się na jego Kiharę. Veriona. Bywało, że krzyżowałem też szyki demonom samego Gaava! Moja praworządna smocza natura kazała mi bronić niewinne istoty planu materialnego przed.... moimi nowymi braćmi. Gaav, o dziwo, akceptował to z reguły. Udawał, ze niczego nie zauważył, że nic się nie stało. Mordowałem dzieci jego poprzedniego Kihary, a on zajęty był utarczkami z Rionem i Phibrizo. Te ostatnie skończyły się dla niego tragicznie. Gaav odkrył moc Bieli, i prowadził badania nad próbami zjednoczenia Bieli i Chaosu, stworzenia nowego ładu. Phibrizo był z tego powodu bardzo nie kontent. Gaav, uznany wkrótce za zdrajcę, zginął z ręki Phirbiza. Jako Kihara Gaava zostałem jedynym spadkobierca jego całego dorobku. Wszystkie Sheera należące do Gaava dostały po jego śmierci obłąkańczego szału. Podobnie jak ja. Zaczęła się masowa eliminacja wszystkiego, co było słabsze ode mnie. Wszystkiego, co się nawinęło, a co do niedawna należało do Gaava. Nienawidziłem demonów. Nie mogłem się powstrzymać. Nie byłem jednym z nich.
Nadszedł dzień, w którym Rion, Phibrizo i Kanzel uknuli intrygę przeciwko Almanakh. Nie zapomnieli, co wyrządziło im Oko Światła. Nadszedł dzień zemsty.
Otworzyli Bramę, wysłali swoich Kihara do Wymiaru Bieli, by zgładzili Almanakh. Zamierzałem im w tym przeszkodzić. Jako Starożytny Czarny Smok przysięgałem strzec Bramy.
Moim głównym celem był Verion. I doskonale o tym wiedział. Udało mu się przedrzeć, jemu jedynemu.
Zajmowałem się dalej własnymi sprawami. Starożytne Czarne smoki z czasem wyginęły. Patrzyłem na ich śmierć, przeciwdziałałem ich tragediom jak tylko mogłem. Wreszcie, postanowiłem odszukać ocalałych i zjednoczyć ich. Zacząłem poszukiwania. Trwały długo i były bezowocne. A potem spotkałem ciebie i twoich towarzyszów. Resztę już znasz.
* * *
- SZLAG BY SZLAG BY SZLAG!!!
Zachichotał.
- Nie zrobię tego!!!
Wzruszył ramionami.
- Ty szumoino...!
- Mówisz sam o sobie, i to sam do siebie?
- Posłu...
- To prawda, że przegrałeś w karty własną matkę?
- Possssss... – wywarczał Rith przez zaciśnięte zęby.
Pokiwał mu palcem i wskazał swoją stopę.
- Nigdy!!!
- Więc Ast i Aroth dopnie swego. Znasz przepowiednie. Nie powstrzymasz go, choćbyś stanął na głowie i wypierdział „Szła dziweczka do laseczki”... czy jakoś tak...
- Jeśli natychmiast nie...!!!
- To co mi zrobisz? Zabijesz? Chyba tym zgrzytaniem zębami. Zawsze miałeś krzywy zgryz. I wytrzeszcz. A Avalanche mógł oba te problemy naprawić jednym ciosem piąchy. Nie, nie, nie, mój drogi. Wiesz, ile przez ciebie przeszedłem? Bagno w butach. Wysłałeś mnie do tej zakichanej groty w dziurawym bucie! Do pomocy dałeś mi jakichś przygłupów, liniejącą panterę, narąbanego krasnala, pomarańczowookiego z wrzodami wątroby, dziewczynkę z kocukiem z toxoplazmozą – ten kot miał imię, na którym szło połamać język, dziąsła i zęby, a do tego kojarzące się z bobkiem! A teraz... przychodzi do mnie? Nie na kolanach?
- Nie nadużywaj...!
- Uważaj, bo beknę ze strachu – prychnął. – Nie pokonasz go. Takie jest twoje przeznaczenie. Moim jest... zabić go – wskazał znów swoją stopę.
- Jeśli ci się nie uda...!!!
- Raz się udało – uśmiechnął się złośliwie.
Rith sapiąc ze złości klęknął.
- Nie mogę uwierzyć że to robię!!!! – warknął.
- Niżej.
- ...
- Śmiało. Całuj. Byłbyś całkiem przyzwoitym stolikiem na kawę – mruknął i odstawił kufel na plecy Ritha.
* * *

Barbak, Waldorff, Ray`gi, Tev;


Kejsi długo nie wraca. Dajecie jej trochę czasu na uporanie się z myślami, tym co zobaczyła, i usłyszała. Lub też niewiele was to interesuje, i korzystając z chwili wytchnienia odpoczywacie, knujecie.
Tev i Waldorff podają rozwiązanie zagadki z runami. Proste i przyjemne. Co dalej?

Kejsi nadal nie wraca.
Postanawiacie sprawdzić co się dzieje w jej lodowej studni-windzie. Lub też, jak drowy i inni tacy wolą – postanawiacie sprawdzić, skąd te runy, i co właściwie chodzi z tiznijami, jeziorem, piorunami. Wybieracie się znów na przechadzkę lodowym chodnikiem i wyprawę łódką. Dopływacie do brzegów lodowej studni. Zaglądacie w głąb. Pusto. Ciemno. Kejsi...?
Nie ma jej.

Schodzicie na dół.
Jakimś sposobem. Własnego pomysłu. [opisac]

Zimno, ciemno, coraz ciemniej. Ślis.....!!!! Łup – ha, ale zabawne, naprawdę. Potłuczony Waldorff zbiera się mozolnie z lodowej nawierzchni.
Jesteście na dnie. Zauważacie widoczne jeszcze, wyryte na zewnętrznej ścianie studni runy. Kejsi ani śladu. Tunel. Biegnie prostopadle od pionowej studni, równolegle do dna jeziora. Zmieścicie się w nim. No, Barbak zmieści się od biedy. Zgarbiony albo na czworakach.
Kejsi...?
Przez ciemną lodową ścianę zniekształcająca obraz po drugiej stronie widzicie niewyraźnie głębiny jezio...
.reature of the Depths by ~AngelofWolves13 on deviantART

Coś tam było.
Jest cicho. Wielka ryba. Idziecie dalej i dalej. Ziiimno.
Kap, kap.
Śli...!!! – tym razem łapy Teva rozjechały się na boki. Ray`gi pokręcił z politowaniem głową. Dostojny, zgrabny, elficki krok.
Ożesz...!!!
Underwater creature shot 1 by ~ssjjackass on deviantART

Ray`gi drgnął lekko, kiedy za lodową szybą, tuż przy nim, przemknęły niezbyt urodziwe ustrojstwa.
Kap, kap. Temperatura na dnie jeziora jest stanowczo zbyt wysoka dla lodu. Z zamglonego, zimnego błękitnego pejzażu za lodowymi ścianami wyłaniają się zarysy kolumn!

Echo Version 1 by ~lachiem on deviantART

Tunel biegnie pomiędzy parą dużych kolumn. Ciemno, cicho. Kap, kap.
Kejsi...?!
Echo Version 2 by ~lachiem on deviantART
Ściany. Docieracie do miejsca, gdzie lodowy tunel tworzy coś na kształt kopuły przylegającej do ściany podwodnej świątyni. Zamknięte drzwi. Nie ma ani śladu Kejsi!
Zaznaczacie symbole. Pierwszy, trzeci, piąty. Drzwi ze zgrzytem otwierają się do wewnątrz.

Basilica Cistern by *Heyula77 on deviantART

Rzędy pięknych kolumn, zanurzonych ponad 3 metry w przezroczystej wodzie. Jeśli przekroczycie próg, chlupniecie.
Plusk.
Kejsi...?
Z wody, zza kolumny, wyłaniają się cienki, niebieskawe, świecące... macki? Wodorosty? A potem rząd długich, lancetowatych płetw grzbietowych.

water by ~escoto on deviantART

Przedziwne, wężowate stworzenie leniwie wije się w poprzek sali, po czym zanurza się całkowicie i znika wam z oczu.

Na końcu sali, na wprost was, wisi duża kamienna tablica.

W pierwszą noc na nas spojrzała
Z jej nieba
Miała tyle ramion
Ile oczu miał Shabranido
Gdy spojrzał na Phibriza, Kanzeliva, Rashaarta, Gaava i Riona.
Czterema cięciami rozdzielona,
Na pięć części,
Złączona znów
Zajaśnieje symbolem Światła
I wpuści wytrwałych.

Poniżej widzicie drzwi, jakby z lśniącego, białego, połyskującego kamienia. Zamknięte oczywiście.

Astaroth; Ściana. Wyburzamy.
Odsuwasz się na korytarz, odpalasz. Huk, światynia zadrżała, zebrani w budynku w zdumieniu rozejrzeli się, zdezorientowani.
Kilku ga na dół. Czekasz.
- Ściana się zawaliła!
- Co?
- Sciana... po rpsotu wybuchła! Może nie wytrzymała ciężaru...?
- Przedziwne.
- Sufit trochę popękał. Zapadła się częśc podziemia.
- Chwała Abazigalowi, że podziemia danwej światyni zasypano piachem! – odecthnął ktoś. – Inaczej wszystko, o, odtąd dotąd, by się zapadło!
Że co? Dawną Światynię przybycia... zasypano piachem?!

Twoja chimera zaczęła głośno węszyć i warczeć.

- Legion. Odwróc się. Pokaż tę krzywą gębę.

Mage by ~AlucardDrol on deviantART

Wrzuta.pl - Nightwish - Nemo

- Fuj. Wstąpiłeś do zakonu? W sumie co ci pozostało, z tak ubogim... wyposażeniem? – uśmiechnął się złośliwie. – Pewnie Thomas też tu gdzieś jest, i czeka na ciebie w przytulnym, odludnym, dyskretnym konfesjonale. Zawsze mieliście się ku sobie. Teraz wiem skąd biorą się te pulchne kupidy o krzywych kolankach. Elementum pneumatori! Resurgere nebulae fortis!

Wszystko zasnuła gęsta mgła. Wśród bywalców świątyni zapanowała panika. Słyszysz ich krzyki i nawoływania. Olbrzymi, twardy wąż oplótł się błyskawicznie wokół ciebie, miażdżąc z chrupnięciem twoje śmiertelne ciało. Poczułeś krew w ustach, zupełny bezdech.
Kolce kościanego bluszczu zagłębiły się szczypiącym bólem w tkanki.
Twoja chimera z rykiem rzuciła się na wijące się pędy, przegryzając potężnym dziobem część z nich, wydobywasz na wolność jedną rękę i szablę.

Charlotte;
- O tym rodzie, i o panience Angelique krąży wiele plotek. Powiadają, że Pani de la Voite była opętana. Zdarzało się, że idąc ulica zaczynała mówić w dziwnych językach, że obrywała paznokciami swych drobnych dłoni korę z drzew i ją zjadała, albo że kotki brukowe, na które nastąpiła, pękały na drobne kawałeczki. Nastały więc czasy, że pan dla laVoit ukrył żonę w progach swego dworu i nie pozwalał jej wychodzić na ulicę. Mawiano, że ją zabił, i jej ciało zakopał w ogrodzie. Ale pewnego dnia wszyscy ujrzeli małą dziewczynkę bawiącą się w tym właśnie ogrodzie. Mawiano więc, że pani dla jest bardzo chora, a mąż nie chce, aby ludzie widzieli ją w tym stanie. Ale żyła. ponoć. Panienka Charlotte była bardzo żywym dzieckiem. Ojciec dawał jej wszystko, kupował co tylko zapragnęła, a nawet więcej. zasypywał ją prezentami służba była na każde jej skinienie. Sam zaś mało miał czasu dla córki, stale wyjeżdżał w interesach, stale coś załatwiał. mawiano, że szuka leku dla ciężko chorej żony. Lata jednak mijały, panienka Angelique rosła, z kapryśnego dziecka w kapryśną damę, a pani de la voit nikt nie widział. Sprawą zainteresowali się w końcu wojownicy z Ditrojid, ojciec wysłał córkę na kilkudniową wycieczkę do akademii sztuk pięknych, teatru, czegoś tam, śpiewalni, opery czy jak to tam się nazywa.. Wojownicy zrewidowali dom, sprawa bardzo tajna była. Pan de voit wyjechał bardzo pilnie, i zniknął na kilka lat. Charlotte rządziła domem pod jego nieobecność. Cała okolica drżała. Nikt nie lubił pannica Angelique, ale trafiało się wielu zamożnych, młodych, naiwnych, oczarowanych jej niezwykłą urodą. Jeden z nich uciekł w nocy z dworu, krzycząc, że gdy przysnął w pokoju Angelique, zaatakował go ogromny nietoperz. Wrócił znienacka ojciec Angelique. Wydawało się, że wszystko w rodzinie się ułożyło. Lata mijały. A panienka Angelique wcale się nie starzała. Pewnego dnia jej ojciec w pośpiechu opuścił dwór. Nie zabrał nic, poza koniem i szatami, powiadają. Tego samego dnia ostatni raz widziano panienkę Angelique. A służba cała wyszła na ulicę, w przerażeniu, mówiąc, ż więcej do tego domu nie wrócą. Opowiadali dziwne historie. jak to nagle obrazy zaczęły lecieć ze ścian, jak to lustra wszystkie popękały tak ot, jak ptaki przelatujące nad dworem zdechły w locie i pospadały wszędzie wokół. ponoć wojownicy, którzy poszli zbadać dom, znaleźli w nim malutkie, krwawe ślady stóp. Powiadają, że panienka Angelique zmarła przy porodzie, a jej dziecko było demonem. Ponoć nie znaleźli ciała matki ani dziecka, a duch Charlotte nawiedza dom, poszukując nadal swojego maleństwa.
Podobno niektórzy ze służby słyszą w nocy dziwny śpiew, złośliwy chichot. Widza nietoperze, ogromne, czarne koty, i węże wypełzające z szuflad. Boją się zaglądać do pokoju Angelique. podobno stoi od lat zamknięty, taki, jakim zostawiła go Charlotte. Nie wiem, ile z tego jest prawdą. Legendy krążą od wielu lat, chyba z 500.
 
__________________
I never cared before I met you

***Your Exel is my command! *** xD

Ostatnio edytowane przez Almena : 04-16-2008 o 20:34.
Almena jest offline  
Stary 04-16-2008, 20:41   #614
 
Blacker's Avatar
 
Reputacja: 3 Blacker wkrótce będzie znany
$: 119 959
Nagła eksplozja w podziemiach zaowocowała zadrżeniem świątyni w posadach co spowodowało wybuch zamieszania. Kilku ludzi, by sprawdzić co też się na dole dzieje zbiegło. Uśmiech zadowolenia pojawił się na twarzy Astarotha. Zbliżał się do zwycięstwa, stawiał milowe kroki w jego kierunku. Cel zdawał się być o krok, o wyciągnięcie ręki... Jeszcze dwa imiona i nadejdzie upragniona chwila, fałszywy świat zniknie a on dostanie szansę zniszczenia Ritha raz na zawsze. Zrobi to, osiągnie więcej niż którykolwiek z istniejących demonów i obejmie dziedzictwo ojca ich rasy, rubinookiego. Naprawi jego błędy i doprowadzi chaos do wielkości przechodzącej wszystkie wyobrażenia. Lub umrze, próbując tego dokonać.

Niestety, chwilę później przybyła potworna wiadomość. Wysadzenie ściany w powietrze nie doprowadziło do zniszczenia świątyni tylko i wyłącznie dlatego, że podziemia zostały zasypane piaskiem. Była to ogromna komplikacja, której obejście zajmie mu dużo czasu. Stanowczo zbyt dużo czasu, którego i tak miał już mało. Konieczny był mu pośpiech, gdyż czas pracował na korzyść przeciwnika. Jedyną nadzieją pozostawały umiejętności pozostałych członków drużyny, które być może mogły usunąć lub zmienić strukturę tego piachu. Rozwiązaniem mogłoby być stanie się niematerialnym i przeniknięcie przez niego, jednak nie mógł przewidzieć jak daleko to jest oraz czy nie czychają tam na niego jakieś pułapki. Rozmyślania nad problemem i metodami jego rozwiązania przerwał znajomy mu głos, nazywający go po imieniu, chwilę przed tym jak kościany bluszcz oplótł jego ciało. Taaa... Tylko jedna osoba używa tego czaru i zna jego imię - morderca, który jako jedyny prawdziwie go pokonał. Ostatnio miał tendencję do znikania i pojawiania się wtedy, gdy nie był potrzebny

Po ułamku sekundy złość za przerwanie mu rozmyślania zniknęła z jego umysłu gdy zrozumiał całokształt sytuacji. Sądząc po bluszczu oplatającym jego ciało i próbującym zdusić w nim życie, nekromanta pragnął jego śmierci. Więc nadszedł ten moment, którego przybycia nie spodziewał się. Wolał się nie zastanawiać, jak ten chuderlawiec przeżył ponad sześć wieków w oczekiwaniu na niego oraz jakimi sztuczkami obszedł to, że Astaroth był zawsze o krok do przodu. Wiedział już tylko jedno - chaos wysłuchał jego próśb i dał mu tego, który jako jedyny go pokonał. Rozumiał. To był znak od chaosu, że jeśli chce stać się panem mgieł musi być niepokonany a ten osobnik był tym, po którego śmierci takim się stanie. Gdzieś jednak, w głębinach jestestwa rodziły się dwa inne uczucia: wdzięczność za to, że to właśnie on wyzwolił go z ciała oraz niepewność, gdyż w końcu już raz przegrał. Wszystko to zostało jednak zepchnięte na margines. Vriess, nekromanta którego imię w końcu udało mu się zapamiętać pokonał LEGIONA. Wtedy, w grocie życia gdy nadeszła godzina ostatecznego starcia, zamknięci od świata ścianą płomieni stoczyli ostatnią walkę. Jej obrazy wróciły w pełnej mocy

Dzięki wparciu jaszczurów, które dzięki swojej znajomości ich kultury i obyczajów przekonał by podjęli próbę zabicia drużyny pracującej dla Ritha dostał się do groty życia wcześniej od nich. Wiedząc, że za wszelką cenę nie może dopuścić ich do centrum, gdzie spoczywały kryształy umieścił w szczelinach skalnych ładunki wybuchowe, które połączył następnie ze sobą tak, by jednym dotknięciem płonącej szabli wysadzić je wszystkie. Na przeciwnika nie musiał długo czekać - jako pierwszy do groty dotarł właśnie Vriess, miłośnik umarłych. Dzięki wsparciu Asgharvila pozostali byli odcięci na zewnątrz, a on miał stoczyć pojedynek z pierwszym z nich. Wiedział, że przeciwko magii jego szable na niewiele się zdadzą więc jedyną szansą była szybkość. Niestety, mimo że rzucił się do ataku najszybciej jak się tylko dało nekromanta uderzył w niego potężnym zaklęciem - jak się później dowiedział, był to młot gniewu doskonały na demony. Tym jednym ciosem został wręcz zdmuchnięty, skończył z połamanymi żebrami niezdolny do dalszej walki. Nie chcąc umierać samemu postanowił, że zginą razem i odpalił ładunki, jednak nieszczęśliwie nekromanta przeżył. Wygrał, po prostu wygrał triumfalnie wypruwając z niego żywcem szkielet.

Teraz nadszedł czas na kolejne wspólne starcie. Zazwyczaj walczył korzystając ze swoich zdolności oszczędnie, starając się wygrywać najprostszymi sposobami jednocześnie nie tracąc zbyt wiele energii. Tym razem miał od razu, na rozpoczęcie miał zamiar użyć pełni arsenału jakim dysponował. Korzystając z niematerialności wyswobodził się z bluszczu i stanął twarzą w twarz z przeciwnikiem. Odrzucił obydwie szable i wyciągnął zza pleców długi łańcuch, zdobyty jeszcze w porcie Rasganu. To był początek końca, a jedynym pytaniem pozostawało czyjego - jego, czy Ritha?
 
__________________
,,W czasach słabości pokazuj swoją siłę.
W chwili potęgi pokaż swoją słabość"
Sun Tzu, Sztuka Wojny
Blacker jest offline  
Stary 04-17-2008, 14:21   #615
 
hollyorc's Avatar
 
Reputacja: 1 hollyorc wkrótce będzie znany
$: 55 723
Ork dopadł do niej tak szybko jak tylko mógł. I w samą porę. Złapał ją w chwili gdy właśnie jej nogi odmówiły jej posłuszeństwa i zaczynała się przewracać. Złapał ją najdelikatniej jak tylko umiał i starał się wesprzeć ramieniem. Starał się dać jej oparcie. Chyba trafił, bo Kejsi przywarła do niego i zaczęła zanosić się płaczem. Waldorff zaraz potem dobiegł do chimery i zaczęli ją pocieszać wespół. Cios zdawał się być dla niej nie do zniesienia. Krasnolud dwoił się i troił w pocieszaniu i zdawać by się mogło jego wysiłki zaczęły przynosić jakiś skutek. Wtedy odezwał się Drow. Jak zawsze nieproszony, jak zawsze niedelikatny, jak zawsze zimy i odrażająco dosłowny. Efektem była ucieczka małej chimery.


Ork zacisnął mocno pięści i zmierzył wzrokiem towarzysz.... tfuuu poprawił się myślach. Jaki on mój towarzysz. Zmierzył tę istotę wzrokiem, uosobienie wszystkiego co w świece orka było złe. I w tym właśnie momencie Barbak zaczął się zastanawiać dlaczego taka kreatura chodzi jeszcze po tym świecie.. tym i w zasadzie każdym innym świecie. Dlaczego ktoś kto jest pod pewnym i względami jeszcze gorszy od demona może tak po prostu egzystować.


Palladine, dlaczego pozwalasz na takie akty okrucieństwa, dlaczego nie ma Cię gdy jesteś tak bardzo potrzebny. Zwarz że jestem jedynie prostym i nie obytym z takimi sprawami orkiem. Zwarz że me serce mimo, że czyste nie potrafi poradzić sobie z taką ilością zła i okrucieństwa jakie zebrało się w jednym miejscu. Wspomóż mnie błagam, daj siłę abym mógł być wsparciem dla przyjaciół, abym mógł być wsparciem dla Kejsi.


Stwierdził Barbak i sam zdziwił się swoim słowom. Dziwnym było ale jego towarzysze stali się dla niego ważni, a wśród nich mała i wiecznie wesoła chimerka. Tak ona był dla orka ważna. Może dlatego słowa Drowa tak bardzo ugodziły nie tylko małą kosmatą istotkę, ale również i jego. Może faktycznie Kissi popełnił błąd. Może faktycznie był sobie sam winien. Ale choć odrobina zrozumienia i choć odrobina taktu mogła pojawić się ze strony [b[Lembasa[/b]. Ale czego on w sumie oczekiwał. Ork bił się z myślami.


Niewiele mógł zrobić. Podszedł zatem do Waldorfa i Tev’a i przyglądał się jak malowali na piasku symbole. Nie był dobry w takich zagadkach ale to nie był powód dla którego nie warto było przysłuchać się i czegoś nie spróbować wykoncypować. A nóż widelec się uda.


Rozumowanie przyjaciół było poprawne. Faktycznie symbole mogły być w jakiś sposób związane z bielą i faktycznie w jakiś sposób mogły się do niej odnosić.. tylko co z tego. Fajne znaczki na piasku nie wyjaśnią im powodów zabójstwa Ilundila, całego zamieszania w a jakim biorą teraz udział nie zwróci życia Kissiemu... i nie pocieszy Kejsi. Ork ponownie się zasępił.



Chimera długo nie wracała. Cios musiał być dla niej szokiem, ale samotność była dobra tylko na krótką metę. Większa jej dawka mogła prowadzić do załamania, lub wręcz depresji. Ork nie był specjalistą w tych sprawach, bardziej czuł niż wiedział że należy odnaleźć Kejsi i nie pozwolić jej na samotność. Oczywistym stał się fakt, iż trzeba było po nią iść. To z kolei wiązało się z kolejną wycieczką na środek jeziora. Na całe szczęście tym razem Barbak nie musiał wytężać się fizyczne dla dobra drużyny, ale wraz z nią przespacerować się do miejsca, w którym mała Chimera zrobiła przejście. Przejście dość skromnych rozmiarów jak na potrzeby co większych członków drużyny... głównie jego samego. Ork cieszył się że w przeszłości spędził trochę czasu na dalekiej północy. Dzięki temu miał okazję obcować trochę ze śniegami... i lodem. Dla Waldorffa na przykład przemieszczenie się po lodowisku sprawiało pewne trudności. Barbak natomiast może nie perfekcyjnie, ale był w stanie zachować względną równowagą. Był bardzo z siebie zadowolony. Korytarz jaki stworzyła Kejsi był wygodny dla niej gdy bawiła się stanami skupienia wody... teraz jednak gdy już wody nie było stanowił prawie pionową dziurę, której końcem było dno jeziora. Ork zastanowił się przez chwil parę, po czym dobył z pochew sztylety. Ujął broń mocno i jej ostrza skierował do dołu. Następnie uśmiechnął się szeroko do Krasnoluda...


- Do zobaczenia na dole. Stwierdził i wskoczył do dziury.


Dzięki temu że Kejsi była malutka zadanie było ułatwione. Ork zaparł się kończynami o przeciwne ściany tunelu i zaczął szaleńczy zjazd. Sztylety w jego dłoniach pełnić natomiast miały rolę hamulca gdy ten już będzie potrzebny. Gdy przebył około połowy drogi, a prędkość zaczynała robić się coraz większa, Barbak obrócił dłonie i zaczął haratać lód ostrzami broni. Pomysł był dobry, jednak już po chwili zielonoskóry pojął, że hamuje zdecydowanie za wolno. No cóż nikt nie jest doskonały pomyślał i z tą myślą wylądował na dnie jeziora. Lądowanie nie było aż tak twarde jak zdawać by się mogło. Ot jedynie przygięło go do dna, a kolana zaprotestowały z głośnym trzaśnięciem. Podniósł się otrzepał i po sekundzie był już gotów do dalszej drogi. Drogi, którą prowadził kolejny, poziomy tym razem korytarz.


Nie udał się w nią jednak z dwóch powodów. Po pierwsze był na razie sam, po drugie przodem powinien pójść, ktoś kto będzie mógł się w miarę swobodnie poruszać. Barbak stwierdził z żalem, że najprawdopodobniej dalszą drogę będzie musiał przebyć na klęczkach.


Gdy zastanawiał się kolejnych chwil parę obok niego pojawiła się kompania. Waldorff wyraźnie chwiał się przez cały czas. To spowodowało, iż w umyśle orka pojawił się pewien koncept.


Gdy sługa Moradina wymijał go aby dostać się do dalszej części tunelu Barbak wystawił delikatnie stopę. Na efekty nie musiał czekać wcale. Korytarz wypełniło najpierw głośne BRZĘĘĘĘĘĘĘK, a zaraz potem głośne przekleństwa.


Zielonoskóry natomiast w tej chwili delektował się fantastycznymi widokami jakie oferowała im przechadzka. Różnego rodzaju zwierzęta mijały ich, ukazując im to czego przeciętny zjadacz chleba nie widzi. Ork zaczął wesoło, jak gdyby nigdy nic pogwizdywać.

http://www.youtube.com/watch?v=CGszd...eature=related


Gdy Waldorff się podniósł ork odpowiedział na nieme pytanie wzruszeniem rąk i głupią miną. Bardzo delikatnie i konspiracyjnie jednak wskazał kciukiem prawej dłoni w kierunku Drow’a.


Następnie ruszyli dalej korytarzem. Dalej było ślisko i dalej cała drużyna, no może poza Lembasem miała problemy z utrzymaniem równowagi. Na ziemi wylądował Tev, a i orkowi kilka razy niewiele brakowało.


Ku jego zdziwieniu korytarz zakończył się drzwiami. Zdawało by się ostatnią rzeczą jakiej należy oczekiwać na dnie jeziora. Gdy jednak przyjrzeć się dokładniej lodowym ścianą (które zaczynały się topić) zauważało się że drzwi są częścią większego konstruktu. Barbak podejrzewał że to jakaś starożytna świątynia. Co jednak robiła na dnie jeziora... nie miał czasu się zastanawiać.


Przed wejściem umieszczone były różne symbole. Część z nich wyglądała, wypisz wymaluj dokładnie tak jak te które kreślił Waldorff z Tev’em na powierzchni. Ktoś wcisnął kilka, drzwi się otworzyły.


Oczom orka ukazał się piękny widok. Prawdziwie przepiękna sala, prawdziwie starego budynku. Szkoda tylko że zalana wodą, no ale w końcu nie można mieć wszystkiego...

Spokój i panującą ciszę zmąciło chlupnięcie wody.


Coś przedziwnego ni to przepełzło, ni to przeszło przed ich oczami a chwile potem rząd groźnie wyglądających płetw, przemknął przed oczami.


- EEE... stwierdził niepewnie Barbak. No dobra. Podsumujmy może nasze położenie. Jesteśmy właśnie w topiącym się lodowym korytarzu, na dnie jeziora. Jeśli ma ograniczona w swych możliwościach logika podpowiada mi dobrze raczej nie powinniśmy to zostać. Przed nami natomiast zatopiona do połowy komnata, w której pływa coś przypominającego pomieszanie sardynki, ślimaka i mojej niedoszłej teściowej. Ma ktoś może jakiś pomysł?


Na wszelki wypadek w jego dłoniach pojawiły się sztylety, a on postanowił mieć oczy dookoła głowy.
 
hollyorc jest offline  
Stary 04-17-2008, 18:00   #616
 
Mijikai's Avatar
 
Reputacja: 2 Mijikai ma wyłączoną reputację
$: 58 714
Chimera najprawdopodobniej miała Ray'giemu za złe jego zachowanie. Nie był tym zaskoczony - wręcz przeciwnie, tego oczekiwał. Lata zajęło mu studiowanie psychologii istot powierzchni, w szczególności ras humanoidalnych i stwierdził, że są to stworzenia o psychologii bardzo prostej - bez zawiłości, silne uczucie rzadko było podszyte jakimś innym. Tu uczucie żywione przez Kejsi do Kissi'ego było bardzo zauważalne i nie było mowy o spokojnym zniesieniu jego odejścia. Tak nagłego.

Otwór, który zrobiła Kejsi, tunel z lodu w środku jeziora był głęboki. O wiele za głęboki by można było tam po prostu wskoczyć. A ten zamiar miała reszta nędznych kreatur, które towarzyszyły mu w poszukiwaniach Kejsi. Ork skoczył, topornie, z bronią w rękach i wykonywał interesujące manewry, aby się nie zabić spadając. Oczywiście takie rozwiązania Ray'gi miał w pogardzie. Można było delikatniej znaleźć się na dole, bez konieczności wyrywania i haratania lodu w i tak już topniejącym tunelu.

Skoczył następny, a obie nogi oparł po obu stronach lodowego korytarza, był wąski, co tylko ułatwiało sprawę. Zaczął zjeżdżać kontrolując prędkość, nie za szybko, nie za wolno, ot w sam raz. Jak zwykle. Musiał uważać na pozostawione przez Barbaka luki w ścianach, co przyszło mu z łatwością, po wcześniejszej penetracji korytarza myślami.

Oderwał nogi i zgrabnie wylądował na ziemi przyklękając. Spojrzał na podnoszącego się orka i odsunął się od miejsca, w którym miała wylądować reszta. Złapał jego wzrok, a zimne spojrzenie mrocznego elfa mówiło jasno:
" Zejdź mi z drogi póki jeszcze możesz orku. Przyłączenie się do krasnoluda nic Ci nie da. Dałem Ci to do zrozumienia subtelnie i poprzez inne źródła niż agresja, że nie cieszysz się moimi łaskami. Nie pokrzyżujesz moich planów. " Odwrócił się i wszedł w tunel, a jego stopy prawie przywierały do lodu - nie było mowy o żadnych poślizgnięciach. Gdy zdał sobie sprawę, że reszta była już na dole ruszył przodem.

Wiele razy musiał się zatrzymywać, czekając na innych, gdyż nie radzili sobie tak dobrze jak on. Za każdym razem również, uwypuklał swoją frustrację, zabijając każdego z osobna wzrokiem. Na około widać było rozmazane kształty pływających istot, ale drow je kompletnie ignorował - obmyślał plan - modyfikację poprzedniego. Kryształ milczał co do jego zamysłów, więc uznał, że milczenie znaczy akceptację. Nie zamierzał się uzależnić od Morcruchusa, widać było doskonale jak on skończył, jedynie pragnął by ten potwierdził jego obawy co do kilku czynników składowych. Drgnął, gdy jakieś monstrum wyrwało go z zamyślenia, przepływając za ścianą zrobioną z lodu. Byli u celu.

Fauna i flora w pomieszczeniu były ubogie - tej drugiej w ogóle nie było, a jedyni przedstawiciele tej pierwszej krążyli leniwie w wodzie, która zatapiała, jak się zorientował - świątynię. Widać było po drugiej stronie drzwi. Najprawdopodobniej zamknięte. Wiedział, że akurat w tym miejscu mógł z łatwością zmieść je z powierzchni ziemi, ale teraz zamierzał zejść ze sceny. Zaczynała się kwestia jego towarzyszy. Musieli pokazać na co ich stać, by publika zapamiętała duet orka i haszakkina jako bohaterów, po ich śmierci. Rychłej śmierci.
 

Ostatnio edytowane przez Mijikai : 04-17-2008 o 18:06.
Mijikai jest offline  
Stary 04-17-2008, 18:18   #617
 
Vireless's Avatar
 
Reputacja: 2 Vireless jest na bardzo dobrej drodze
$: 37 371
Waldorff pokiwał głową, gdy Tev skończył mówić. Delikatny podmuch wiatru poruszył piasek na plaży. Runy, które pisali straciły swoją ostrość.

-Tev z całym szacunkiem. Jest Ateistą nie będę, zatem opowiadał Ci o symbolach światła i manifestacji mocy bogów. Jestem realistą i doceniam twoją postawę. Mogę tylko przypomnieć fakty, wobec, których stoimy tu wszyscy. Ktoś nas tu skierował i to nie przypadkowo sądząc po błyskawicach i całym tym zamieszaniu. Te tiżnije pokazały nam drogę do świątyni. Te znaki jak jeden są połączone ze sobą. Masz rację to trójkąt. Znak bieli i dobra. Wydaje mi się, że odpowiedź na nasze dalsze pytania kryją się pod wodą w tym lodowym tunelu. Co więcej oznaczać to będzie kwestię ostatecznego rozwiązania. Co by nie było musimy przywołać Almakh. Jestem pewien, że tam znajdziemy wskazówki jak to dokładnie zrobić


Kejsi nadal nie wracała. Co więcej im też było po drodze w tę stronę. Waldorff nigdy nie ukrywał, że nie czuł się pewnie w wodzie lub pod nią. Teraz kwestia wejścia do lodowego tunelu przyprawiła go aż o gęsią skórkę. Nie miał wyboru, nie mógł stawać na drodze swego przeznaczenia. Jeżeli Moradine zaplanował jego koniec tu w tym jeziorku to tak się stanie. Zarzucił młot na ramię i pogwizdując wesoło ruszył przed siebie. Melodia znana była od wieków w jego klanie i w zależności od nastroju i ilości wypitej gorzałki mogła mówić lub o ciężkiej pracy w sztolni lub o cudownych broniach i niesamowitych herosach z zamierzchłych czasów. Nie zależnie od formatu dość często przewijały się tam słowa: złoto, gorzałka, drow(zwłaszcza martwy), gorzałka, złoto, goblin lub ork(zwłaszcza martwy) i naturalnie gorzałka. Co by się nie działo musiał trzymać fason! Po mniej więcej trzech krokach(a raczej mniej woda sięgała już do pasa) i dlatego zaczął płynąć wzbudzając niesamowicie duże fale i bryzgając wszędzie wokół.


Pierwszą przeszkodą z prawdziwego zdarzenia było dotarcie na dno jeziora przez szyb. Gdy spojrzał w dół aż mu podskoczył serce z wrażenia. Bynajmniej nie, dlatego że było głęboko czy ciasno. Do tego się przyzwyczaił mieszkając lata w sztolniach i grotach. Ten tutaj szyb różnił się tylko materiałem, z jakiego był wykonany. Krasnolud starał się o tym nie pamiętać. Niestety w pobliżu nie było żadnej windy czy liny. Było tylko jedno rozwiązanie. Waldorff nie wiele myśląc po prostu wskoczył do środka. Gdy podróżował w dół zaparł się plecami o jedną ścianę a młotem o drugą. Miał nadzieje, że to coś pomorze.


Drużyna, która już zdołała pokonać szyb usłyszała głośne PPPLLLAAASSSSKKKK. Zaraz potem zobaczyli starego nosiciela młota jak się gramoli z posadzki. Najpierw roztarł sobie kości i pośladki. Potem aż podskoczył w miejscu. Nie potwory go nie przeraziły, choć mogły.

-Aaaaa, ale to na pewno wytrzyma?!

Dwarf rzucił się na kolana i obejrzał miejsce lądowania. Na szczęście nie wyglądało to najgorzej. Ruszył w stronę. Przed nimi były drzwi do świątyni. Nie doszedł do nich do końca, gdy prawie, że wylądował na posadzce z nosem w lodzie. Po prawdzie to bardzo nie wiele zabrakło. Gdy mijał resztę członków drużyny potknął się. Gdy odzyskał równowagę już miał zamiar machnąć się na orka. Wydawało mu się, że to właśnie on był zamachowcem. Brak miejsca i ciasnota nie stanowiły dla niego problemu. To właśnie w takich warunkach stoczył najwięcej bitew. Z dziennikarskiego obowiązku należy dodać, że to było jeszcze w czasach, gdy ta drużyna jeszcze się nie pojawiła na świecie. Rodzice ich też.


-Orzesz ty ja cię nauczę! Niech ja Cię dopadnę w swoje ręce! Ni jeden kawałek z nie zostanie. Żartów się zachciewa- ryknął i już zamachnął się, gdy zobaczył orka. Właśnie podziwiał, w jaki genialny sposób zostało zbudowane to pomieszczenie. Za nic miał najwidoczniej jego gniew! Gdy spostrzegł się, że to w jego stronę zerka krasnolud delikatnie acz sugestywnie nakierował go na nowy cel. Na drowa!


Waldorff’a aż zatkało ze złości. Nie, dlatego że bynajmniej bał się tamtego. O nie. Raczej, dlatego że śmiał zrobić coś takiego. I to, komu jemu. Toż jemu życie już nie miłe

-Ja cię nauczę robić psikusy... Zaciął się w sobie, po czym śląc „takich je macie” na lewo i prawo a zwłaszcza na drowa ruszył w stronę drzwi.


-Tev tobie się należy otwarcie tych. Wszakże to ty pierwszy rozwiązałeś tę zagadkę! Czyż to nie znamienne? Gdy ten otworzył drzwi ruszył przed siebie. Co by się nie działo, nigdzie nie widzieli Kejsi

-Kejsi! Gdzie jesteś? Proszę nie chowaj się przed nami. Jesteśmy już coraz bliżej rozwiązania tego problemu.


W środku świątyni zauważyli strażnika. Przynajmniej tak uważał Dwarf. Bez dwóch zdań zaniepokoił go trochę jego widok.

-Co by nie mówić to my wtargnęliśmy do jego świata. Nie powinniśmy się dziwić jemu. To nie grzeczne, gdy goście obrażają domowników. Za chwilę niebieskie stworzenie skryło się pod wodą. Oni tym czasem doszli pod drzwi. Waldorff podszedł pod ścianę i przeczytał inskrypcję.

//Następnie obejrzał drzwi. Czy jest jakiś zamek, klamka, szczelina drzwi. Czy są dodatkowe inskrypcje miejsca do wciskania lub wyjmowania czegokolwiek. Ewentualnie dziury lub występy.//
 
Vireless jest offline  
Stary 04-17-2008, 21:58   #618
 
Alaron Elessedil's Avatar
 
Reputacja: 4 Alaron Elessedil wkrótce będzie znanyAlaron Elessedil wkrótce będzie znany
$: 182 599
-Tev z całym szacunkiem. Jest Ateistą nie będę, zatem opowiadał Ci o symbolach światła i manifestacji mocy bogów. Jestem realistą i doceniam twoją postawę. Mogę tylko przypomnieć fakty, wobec, których stoimy tu wszyscy. Ktoś nas tu skierował i to nie przypadkowo sądząc po błyskawicach i całym tym zamieszaniu. Te tiżnije pokazały nam drogę do świątyni. Te znaki jak jeden są połączone ze sobą. Masz rację to trójkąt. Znak bieli i dobra. Wydaje mi się, że odpowiedź na nasze dalsze pytania kryją się pod wodą w tym lodowym tunelu. Co więcej oznaczać to będzie kwestię ostatecznego rozwiązania. Co by nie było musimy przywołać Almanakh. Jestem pewien, że tam znajdziemy wskazówki jak to dokładnie zrobić-rzekł w odpowiedzi Waldorff.
-Może się nawrócę-zaśmiał się Tev. Zarówno Ravist, Tev jak i Waldorff wiedzieli, że jest to nie możliwe i niewykonalne.
-Waldorffie, jest coś, czego nauczył mnie bardzo mądry Półelf. Moc umysłu jest bardzo potężną bronią, jednakże jest coś potężniejszego i silniejszego. Jest to dużo mocniejsze niż umysł. Tym czymś jest wiedza. Wiedza i informacje. To jest broń najpotężniejsza.
W innym świecie jest Pan Zła oraz Pan Dobra, który miał syna, a ten był jednym z Panem Dobra.
Wielu tam uważa, że najskuteczniejszą sztuczką Pana Zła było przekonanie, że go nie ma. To prawda i tutaj objawia się potęga umysłu, ale kiedy chciał skusić Pana Dobra. Używał wiedzy oraz informacji, bo to było najważniejsze, ale Pan Dobra nie dał się. Dlaczego? Bo posiadał większą wiedzę. Tym właśnie jest wiedza niezależnie w jakim świecie. Dlatego też nie dziw się, że również chcę ją zdobyć. Nie mam pojęcia o Bieli tego świata, a nie wiele więcej mam o Chaosie. Będę miał do ciebie jeszcze kilka pytań, ale nie tutaj i nie teraz. Znajdę odpowiedni czas i miejsce. Właściwie to miejsce już mam. Pozostał już tylko sposób i czas
-wyszeptał Tev tak, by nikt więcej tego nie usłyszał. Tygrys nie wiedział czy powiedział to Ravist czy on, ale nie miało to znaczenia, gdyż byli jednym. Podczas ostatniego zdania oczy zabłysły mu dziko.
-Zatem skoro tak radzisz, Krasnoludzie, to idźmy-wyszczerzył zęby w uśmiechu.
Cała drużyna ruszyła lodowym chodnikiem, a następnie łódką do studni. Barbak wskoczył do środka, od pewnego czasu hamując ostrzami, Krasnolud również postanowił skorzystać ze ścian, zaś Mroczny Elf wykorzystał podobny sposób.
Tev tymczasem postanowił skorzystać z czegoś innego i o wiele prostszego. Oczywiście mógłby również wskoczyć, ale nie hamować w ogóle, gdyż pozwalały mu na to jego ruchy. Mógłby wskoczyć, a przy lądowaniu wykonać przewrót, jednakże nie wiedział jak wygląda wszystko na dole.
Mógłby również zjechać tak jak Barbak, ale bał się rozciąć ściany tunelu, ponieważ potem woda mogła zalać wszytko pod wodą.
Kolejna opcja polegała na wykorzystaniu technik Waldorffa lub Ray'giego. Cóż... on jednak miał najmniej męczącą metodę.
Tev spojrzał w dół, wzruszył ramionami i wskoczył. Stało się jednak coś dziwnego. Zamiast opaść jak kamień, bardziej przypominało to nieco szybszy lot piórka. Po chwili stał stabilnie w środku.
W środku było ciemno, nie mniej jednak Tev widział wszystko idealnie. Nie przez takie ciemności przebijał się wzrokiem.
Nagle Waldorff przewrócił się. Ślisko. Szedł ostrożnie, przyglądając się stworzeniom po drugiej stronie lodu. Do tego dziwne runy. Trzeba było zapytać o nie Waldorffa.
Nagle stracił grunt pod nogami i najzwyczajniej w świecie wywrócił się. Poślizgnął się, upadając. Wstał wściekły, gdzie czekał na niego wzrok Ray'giego, ale momentalnie kontrolę przeją Ravist gotowy na taką sytuację. Przewidział więcej niż komukolwiek mogło się wydawać i od początku akcji, jaką wprowadził, liczył się z wieloma zagrożeniami, zaś największym z nich był sam Tev. Dlatego też tą część opracował perfekcyjnie.
Stalowymi, bezwyrazowymi oczami oraz twarzą bez emocji, wytrzymał bez najmniejszego problemu wzrok Mrocznego Elfa. Do tego był w pełni świadomy, iż Ray'gi posiada mentalne zdolności.
Patrzył mu prosto w oczy, aż tamten odwrócił wzrok. Wcześniej nie odpuścił. Dopiero po tym kontrolę ponownie przejął, uspokojony już, Tev.
Nagle coś obok przepłynęło, a Tygrys wyobraził sobie jaki to ma smak. Niestety nie musiał on być dobry.
W końcu za jakiś czas dotarli do tunelu prowadzącego między kolumnami oraz drzwi wraz z takimi samymi symbolami, jakie widzieli na brzegu.
-Tev tobie się należy otwarcie tych. Wszakże to ty pierwszy rozwiązałeś tę zagadkę! Czyż to nie znamienne?-rzekł Krasnolud.
-Wcale nie uważam to za żaden znak, ale skoro nalegasz-wzruszył ramionami, po czym wcisnął odpowiednie trzy symbole.
Drzwi otworzyły się do wewnątrz, a to co Tev zobaczył, zdziwiło go trochę, ale nie dał tego po sobie poznać.
Tak, zdecydowanie się zmienił i to głównie pod wpływem Ravista, ale na jak długo są te zmiany? Na stałe? Na miesiąc? Na rok? A może na kilka dni? To było niewiadomą, jednakże czas pokaże.
Sala w środku wypełniona była wodą, zaś w niej zanurzone na około trzy metry, stały kolumny. Coś na dodatek w tej wodzie pływało i Tev podejrzewał, że zadaniem tego stworzenia nie jest ułatwić przybyszom życie.
Na końcu ponad zamkniętymi drzwiami wisiała tablica z czymś na kształt zagadki.
-EEE... No dobra. Podsumujmy może nasze położenie. Jesteśmy właśnie w topiącym się lodowym korytarzu, na dnie jeziora. Jeśli ma ograniczona w swych możliwościach logika podpowiada mi dobrze raczej nie powinniśmy to zostać. Przed nami natomiast zatopiona do połowy komnata, w której pływa coś przypominającego pomieszanie sardynki, ślimaka i mojej niedoszłej teściowej. Ma ktoś może jakiś pomysł?-stwierdził Barbak, przygotowując się na ewentualny atak potwora. Tev był gotowy do uniku od początku.
Waldorff zaczął przypatrywać się drzwiom, a Mroczny Elf postanowił się nie mieszać. Rakszasa chętnie również by tak zrobił, ale skoro Barbak nie miał pomysłu, to Tygrys czuł się w obowiązku pomóc Krasnoludowi.
-Być może i mam. Ja przyjrzałbym się bardziej tej tablicy oraz samemu stworzeniu. Wydaje mi się, że to są klucze do otworzenia drzwi. Mogę się mylić, ale tablica na pewno ma jakiś związek. Co do stworzenia tej pewności nie mam-powiedział Ravist, zastanawiając się.
-Odpowiedzią dla tablicy może być ALMANAKH!-ostatnie słowo wypowiedział głośniej, oczekując tego, co się wydarzy. Jeżeli nic się nie stanie, spyta Waldorffa o boginie Bieli tego świata.
 
__________________
Hołd najlepszemu człowiekowi naszych czasów.
_______________________________________________
Nie zabieraj go... Proszę...
Alaron Elessedil jest offline  
Stary 04-18-2008, 15:20   #619
 
hollyorc's Avatar
 
Reputacja: 1 hollyorc wkrótce będzie znany
$: 55 723
- Panowie! Cicho, acz stanowczo ork zwrócił na siebie uwagę. A może by tak w jakiś sposób spróbować osuszyć to miejsce? Rozwiązało by to problem tych sardynek i pływającego ślimaka. Jeśli woda jest ich naturalnym środowiskiem, to może jeśli jej zabraknie łatwiej je będzie załatwić. Albo po prostu nie będą stanowić żadnego zagrożenia. Poza tym będziemy mogli zobaczyć całą tę komnatę przed nami, a nie jedynie jej część. Może też mechanizm tego zamka (ruchem głowy wskazał drzwi) jest teraz zatopiony... to taka wolna myśl. Ork szeroko się uśmiechnął.

Na wcześniejszą zaczepkę Drow’a, Barbak nie zareagował. Lembas chciał go chyba przestraszyć i zmrozić wzrokiem niczym bazyliszek. Po krótkim namyśle zielonoskóry stwierdził, że może faktycznie p. Porucznik ma coś wspólnego z bazyliszkiem. Ciekawe czy jego mięso po usmażeniu jest tak samo dobre.

Ork uśmiechnął się do własnych myśli, zaczął pod nosem nucić:

http://www.youtube.com/watch?v=S4rrCGI2cYQ i czekał na reakcję towarzyszy.
 
hollyorc jest offline  
Stary 04-18-2008, 15:33   #620
 
Nami's Avatar
 
Reputacja: 5 Nami wkrótce będzie znanyNami wkrótce będzie znany
$: 123 565
Charlotte zamyśliła się na chwilę.

On twierdzi, że JA mam dziecko? No to już jest śmieszne...ja rozumiem, plotki plotkami, ale nie przesadzajmy już! Nigdy w ciąży nie byłam i nie zamierzam. Jestem Sukkubem a nie jakimś reproduktorem...Wpuścić chamstwo na salony, a te już jakieś bzdury wymyśla! I po co to wszystko, na po co?! Chyba naprawdę będę musiała jednak wrócić do rezydencji i sprawdzić ten pokój...

- No co Pan powiada?! To niesłychana historia! A Pan się nie boi, w okolicach tego domu kręcić? Ten pokój pewnie gdzieś na parterze jest, bardzo blisko wyjścia, albo ma okno na miasto! - powiedziała dziewczyna udając zaskoczenie. Swoimi manipulacyjnymi zdolnościami chciała dowiedzieć się gdzie mniej /lub/ więcej znajduje się ten pokój.

- No nic, to ja już pójdę. Niech Pan na syna uważa i dziękuję za medalion! - powiedziała odchodząc. Charlotte pokierowała się z powrotem w stronę rezydencji. Gdy wieśniak zniknął już w czeluściach swojego domostwa (a raczej wiejskiej chaty) Sukuba zmieniła się w nietoperza i pomknęła do swojego celu

Phi, nietoperze! Też mi coś...przecież to bardzo przyjazne i kochane żyjątka... - przeszło jej przez myśl.

Gdy bez problemów dotarła do rezydencji ruszyła na poszukiwanie pokoju tej złej Charlotte, która to rzekomo była w ciąży.

- Dobre sobie... - prychnęła Sukuba i zaśmiała się pod nosem kręcąc głową.
 
__________________
WYJECHAŁAM!! NIE WIEM KIEDY WRÓCĘ xd ;<
Nami jest offline  
Reklama
Zamknięty Temat


Użytkownicy aktualnie czytający ten wątek: 1 (0 użytkownik i 1 gości)
 
Narzędzia wątku
Wygląd

Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wł.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.

Podobne wątki
Wątek Autor wątku Forum Odpowiedzi Ostatni Post / Autor
[komentarze] Tacy jak ty 2 Almena Archiwum sesji Autorskich 563 11-14-2007 11:52
Tacy jak ty 2 Almena Archiwum sesji Autorskich 1012 11-14-2007 11:49
[autorska] Tacy jak ty 2! Almena Archiwum rekrutacji 66 03-26-2007 11:07
[komentarze] Tacy jak ty Almena Archiwum sesji Autorskich 70 03-23-2007 21:03
Tacy jak ty Almena Archiwum sesji Autorskich 550 03-23-2007 20:59


Czasy w strefie GMT. Teraz jest 16:11.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2008, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110