Spis Stron RPG Regulamin Artykuły POMOC Kalendarz Blogi
Wróć   lastinn > RPG - Play By forum > Sesje RPG -Autorskie > Archiwum sesji Autorskich
Zarejestruj się Użytkownicy Oznacz Fora Jako Przeczytane

Archiwum sesji Autorskich Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemach Autorskich (wraz z komentarzami)


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 02-26-2008, 19:21   #41
 
Krakov's Avatar
 
Reputacja: 3 Krakov wkrótce będzie znanyKrakov wkrótce będzie znany
$: 52 927
Wyszedłszy wraz z innymi przed karczmę dostrzegł natychmiast chłopca stajennego prowadzącego w ich kierunku okazałe rumaki. Altari powiedziała, że mogą je zatrzymać, z pewnością przydadzą im się później. Navarro nie mógł uwierzyć. Nie był przyzwyczajony do otrzymywania czegokolwiek za darmo. Właściwie przestał już wierzyć, że można coś dostać od drugiej osoby zupełnie bezinteresownie. A teraz... poczuł, że zaciąga pewien dług, który będzie musiał w przyszłości spłacić. W ten czy inny sposób.

Natychmiast rozpoznał przeznaczonego sobie wierzchowca. Szarobiała klacz prezentowała się idealnie w księżycowym świetle. Zbliżył się by przyjrzeć jej się z bliska. Była późna noc, a on nie uważał się za znawcę tematu, jednak mógłby przysiąc, że jest to koń wielkiej krwi, Sądząc po kształtach pochodził gdzieś ze wschodu, a powiadano, że nie ma przedniejszych wierzchowców nad te wschodnie. "Musiała kosztować majątek pomyślał gładząc ją po karku i grzywie. Była wspaniale utrzymana. Z całą pewnością ten, kto zajmował się tutaj końmi doskonale znał się na swoim fachu.

Patrząc na jasną barwę sierści bard przypomniał sobie pewne charakterystyczne słowa. Nie wiedział skąd pochodziły, kojarzyły mu się z jakąś prastarą księgą, którą miał w dłoniach najwyżej kilka razy. Było w tym coś dziwnego, jakaś tajemnica i moc. Nawet jeśli nie należało się w nich dopatrywać niczego takiego, bardzo mu się podobały:

"I ujrzałem jeźdźca
na trupio bladym koniu,
Imię jego: ŚMIERĆ
A Piekło szło za nim...
"

Nie ociągając się wskoczył na swego wierzchowca i ruszył za pozostałymi. Czuł, że może ich wyprzedzić w każdej chwili, może nawet dotrzeć na sam przód, do Altari prowadzącej ten szalony korowód. Wiedział, że w tej klaczy drzemie ogromy potencjał zanim jeszcze jej dosiadł. Nie widział jednak powodu by męczyć ja niepotrzebnie, jechał więc jako ostatni. Narzucone przez wampirzycę tempo było ogromne i przychodziło mu nawet do głowy by zostać zupełnie w tyle, wiedział jednak, że nie jest to dobry pomysł. Sprawa było o wiele zbyt poważna by pozwalać sobie na sentymenty. Wszyscy byli w niebezpieczeństwie, jednak czas był najmniej łaskawy dla ich przewodniczki. Jeśli nie zdążą dotrzeć do jej domostwa na czas... Nie chciał sobie tego nawet wyobrażać. Nachylił się tylko nad końską grzywą szepcąc coś niezrozumiale, najpewniej jakiś rodzaj przeprosin za to, że za chwilę uderzy ją piętami zmuszając by przyspieszyła.

Noc wydawała się piękna i spokojna. Siedmiu jeźdźców pędziło na złamanie karku nie oglądając sie za siebie. Nie odzywali się, a przynajmniej ze swojego miejsca nie słyszał żadnych rozmów. Nie było w tym z reszta nic dziwnego. Na początku każdy ruszył swoim tempem, wampirzyca wyraźnie wysunęła się na przód, a reszta próbowała ją dogonić, skutkiem czego przez dłuższy czas zachowywali miedzy sobą mniejsze lub większe odstępy. Dopiero po jakimś czasie udało im się zbliżyć i mniej więcej wyrównać. Navarro mógł teraz obserwować chociaż sylwetkę Altari. Starał się nie spuszczać jej z oczu, gdyż, sądząc po tym co do tej pory widział, doskonale wyczuwała wszelkie zagrożenie. Jeśli coś będzie się na nich czaić ona zauważy to pierwsza. Przez długi czas jednak nic się nie działo. Ciemność, gęsty las, tętent kopyt i szum wiatru. Księżyc prześwitujący przez gałęzie oświetlał im drogę, jednak światła nie było zbyt wiele. Bard kilkakrotnie złapał się na tym, że wyciągał dłoń w kierunku końskiego łba i czegoś tam szukał. Nie znajdywał jednak niczego (trudno coś znaleźć nie znając tak naprawdę obiektu poszukiwań). Był przekonany, że gdyby znalazł "to coś" udałoby mu się rozświetlić drogę przed sobą. Gdy nie udawało mu się tego osiągnąć zaczynał się wściekać zarówno na to, że szuka nie wiadomo czego jak i na to, że nie może tego znaleźć.

Po pewnym czasie, mimo iż w gęstwinie wciąż panowała ciemność, zaczął dostrzegać z wolna przejaśniające sie niebo między konarami. Świt zbliżał się wielkimi krokami. Altari wyraźnie zdenerwowana poganiała swego wierzchowca, mimo iż wiedziała, że nie stać go na szybszy bieg. Biorąc pod uwagę jej sytuację, nie należało sie chyba dziwić. Każda sekunda jest na wagę złota, jeśli bierze się udział w wyścigu, w którym stawką jest życie...

W końcu ich oczom ukazał się dobry znak. Był duży i zadbany, o białych ścianach i niebieskim dachu. Zdecydowanie wyróżniał się na tle otaczającej go zieleni, która z każdą chwilą stawała sie coraz jaśniejsza. Był już poranek, a wiec zdążyli w ostatniej chwili...
W ślad za znakiem dobrym przyszedł jednak zły, fatalny wręcz. Wampirzyca zamiast udać się wprost do swego domostwa zatrzymała się gwałtownie i poczęła nerwowo rozglądać. Pozostali poszli w jej ślady. Navarro zatrzymał się obok jadącego przed nim wojownika nieomal na niego wpadając. Również zaczął nerwowo kręcić głową, by w końcu dostrzec zagrożenie. "Dwóch, sześciu... dziesięciu?" liczył w myślach nie mogąc nadążyć wzrokiem za przemieszczającymi się wrogami. Chwycił za rękojeść miecza, nie zdążył go jednak wyciągnąć. Rzucili się na niego we dwóch: jeden szarpnął go z prawej strony, drugi uderzył z lewej, zwalając go z konia na ziemię. Po krótkim, niezbyt majestatycznym locie jego plecy spotkały się z twardym podłożem ubitej drogi. Jęknął cicho, zanim jednak zdążył cokolwiek zrobić został obezwładniony. Coś na nim usiadło i chwyciło za ramiona z taką siłą, jakby chciało je zmiażdżyć. Potężne szpony wbijały się w skórę, powodując nieznośny ból. Nad wszystkim unosił się smród tak ohydny, że chyba samo przebywanie w nim na dłuższą metę mogło okazać się zabójcze. Nagle dostrzegł wampirzą głowę i paskudne żółte kły zbliżające się do jego twarzy. Przez chwilę wydawało mu się, że to już koniec. Nieuchronnie opadał w ciemność i nic nie mógł z tym zrobić. "Na pewno? Nie możesz nic zrobić?" - zaświtało mu. Kierując się bardziej instynktem niż rozumem chwycił przeciwnika za ramiona. Gdy ten przybliżył do niego swą paskudną gębę, zamiast odsuwać się z obrzydzeniem uderzył go głową tak mocno, na ile pozwalała mu sytuacja. Wystarczyło. Wampir zwolnił uścisk i odruchowo cofnął się zakrywając dłonią zakrwawioną twarz. Bard miał swoją szansę. Postanowił jak najszybciej podnieść się na nogi, zanim jednak zdołał się wyprostować, drugi z adwersarzy rzucił mu się na plecy. Od upadku ocalił go kolejny, który zaatakował go z przodu. Tym razem sytuacja wyglądała o wiele gorzej niż poprzednio. Bestia stojąca za nim wykręciła mu ręce w potężnym uścisku. Poczuł jedna, lub dwie pary dłoni zaciskających się wokół jego nóg. No i ten przed nim, zdecydowany go uśmiercić. Ile mu to zajmie? Cztery sekundy? Dwie? Navarro szarpał się, ale nie dawało to żadnych efektów. "No to już wiesz jakie masz szanse w walce z czterema..." pomyślał gorzko zastanawiając się jednocześnie co robi reszta. Pewnie mieli nie mniej roboty z pozostałymi, wszak nie wiadomo ilu ich jeszcze było.

Gdy nie widział już żadnej nadziei dobiegł go dziwny dźwięk, przypominający łopot skrzydeł. Był już zbyt zdezorientowany by od razu spostrzec z której strony nadchodzi. Faktem jest jednak, że morderczy uścisk ustąpił, podobnie jak ręce krępujące mu kostki. Wampir stojący przed nim otrzymał od kogoś potężny cios w szczękę i upadając wrzasnął donośnie. Bard natomiast poczuł potężne szpony chwytające go za ubranie na plecach, nieco poniżej karku. Natychmiast oderwał się od ziemi i poczuł, że leci w kierunku dworku. Był zupełnie oszołomiony i nie miał pojęcia co sie z nim dzieje. Uszedł z życiem, czy jednak go dorwali? A może tak właśnie wygląda śmierć? Potężnymi pazurami wywleka z ciała twą duszę i niesie ją... "do domostwa Altari?" zdążył jeszcze pomyśleć przed uderzeniem w zimny marmur.

Zaliczenie kolejnego, twardego lądowania wcale mu się nie podobało. Niefortunnie uderzył tym razem głową w twardą posadzkę, czując impuls bólu silniejszy niż wszystko inne. Miał wrażenie, że jego czaszka pęka na pół. Chwycił ją oburącz i mocno ścisnął jakby chciał powstrzymać rozsuwanie się połówek czerepu. Dopiero po kilku chwilach zdał sobie sprawę, że wcale się nie rozdzielają a z wyimaginowanej szczeliny nie wypływa jego mózg. "Nie ma nawet krwi" - pomyślał i tylko nieustępliwy, przeszywający ból powstrzymał go od uśmiechu. Po chwili jednak, gdy powiódł ręką po włosach poczuł pod palcami coś lepkiego i jeszcze ciepłego, czym zlepione były jego włosy. Chyba był tym razem zbytnim optymistą.

Pozostawało dalej, tym razem zupełnie celowo, uciskać bolące miejsce. Przynajmniej dopóty, dopóki ból nieco ustąpi. Wiedział, że próba przekręcenia się na bok nie będzie przyjemna. Obrócił tylko głowę i przestał pojękiwać, gdy tylko uświadomił sobie, że to robi. Następnie przyłożył głowę do zimnego marmuru, co wywołało na jego twarzy delikatny uśmiech ulgi. Przekonywał się, że wystarczy chwila odpoczynku, kilka spokojnych oddechów i będzie mógł wstać o własnych siłach. Do jego uszy docierały jakieś dźwięki i głosy, jednak dopiero z wolna zaczął je rozróżniać i rozumieć. Nie było chyba tak źle. Tylko ten ból...

"To dobrze, że boli. To oznacza, że jeszcze żyjesz" - wciąż powtarzał głos wewnątrz jego obitego łba.
- Spierdalaj... niemal bezgłośnie odpowiedziały jego usta.
 
__________________
Nie zapytał jej o to, jednak (...) za każdym razem, gdy w jej ciemnobrązowych oczach zbierała się wilgoć, niepokoiło go to więcej niż trochę.

Wojownicy Nocy - Prolog, Lacrimae Dei
Krakov jest teraz online  
Reklama
Stary 02-26-2008, 19:52   #42
Marchosias
 
$: 0


Poziom Ostrzeżenia: (0%)
Jadąc na koniu, Belmont długo rozmyślał o słowach wampirzycy. Zastanawiało go, czy chciałby spotkać innych sługów Domeny. Czy tak jak on przyjęli inną formę cielesną? Pomimo iż mało wiedział, znał nazwy innych domen.
Domena Materii, Żywiołu oraz Życia. Mówił mu to jakiś wewnętrzny głos, jak wtedy, gdy słyszał... słyszał wołanie o zabicie Jej.

Dlaczego Altari współpracuje z nimi? Wydaje się, że ma jakieś prywatne powody, nie zaś przepowiednię, w którą powoli zaczynał powątpiewać. Jak jacyś bogowie, którzy nie wiadomo nawet czy istnieją, mogą chcieć coś przekazać?
Słowa przepowiedni zdawały się nie pochodzić od Domeny, nie była jakimś bogiem, ani częścią jakiejś wiary. Pomimo mistycyzmu otaczającego każdą z Domen, nie były bóstwami, raczej duchami czuwającymi nad Erionem, chcącymi wyplenić wszystkie anomalia. Anomalia jak wampiry.
Zastanawiał się, po co pytał, skoro sam zdaje się wiedzieć sporo jak na „niewiedzę”. Zupełnie jakby miał zaćmienie umysłu. Takie samo, jakie odczuwał podczas walki.

Po raz kolejny został wyprowadzony z zamyślenia, które zdarzało mu się notorycznie ostatnimi czasy. Tym razem to koń, na którego grzbiecie siedział i nie za bardzo potrafił nim kierować. Dodatkowo utrudniał fakt, że szkapa bała się wilczego człowieka, odbierając jego nieprzyjazną naturę znacznie intensywniej niż ludzką.
Gdyby młody porucznik nie poprowadził go na początku, raczej by nie dał rady teraz gnać z taką szybkością. Trevor zdecydowanie preferował podróżować o własnych siłach, zaś konia traktował jako pożywny zastrzyk energii, jednak wampirzyca wymagała, by się pośpieszyli. Sam nie dał by rady przegonić konia, więc był skazany na niego.

Wiedział, jak śmiesznie wygląda, gdy obejmuje konia za szyję, starając się nie spaść. Nic nie mógł na to poradzić, koń na szczęście biegł za porucznikiem, trzymając mu kroku. Gdyby nie to, pewnie zatoczyłby kilka kółek, po czym zszedł zrezygnowany, o ile nie przyspieszyłby tego koń.

Gdy biegli, coraz dalej od gospody, zapuszczając się w głąb lasu, rozglądał się po swoich towarzyszach. Starał się poukładać to, co dotychczas o nich wiedział.

Altari, tysiącletnia wampirzyca, zawezwana przez boską przepowiednię. Zdawało się, że chce zemsty za zniewolenie w ciele wampira, przez które cierpi i musi cierpienie zadawać innym. Dlaczego sama się nie zabiła, tylko żyła tysiąc lat? Najprawdopodobniej kierowała nią zwykła zemsta.

Nala, kocia nekromantka. Ciekawe, co tak naprawdę oznacza owa nekromancja? Słyszał o niej wiele, jednak informacje były i niewiarygodne i niekiedy sprzeczne z tym, co słyszał z innych źródeł. Zaś sama kocica? Wydawała mu się całkiem ładna, miła, roztrzepana i... puszysta? To chyba przez ten ogon...
Jednak miała w sobie coś jeszcze, jakby drugą naturę. Chciał zapytać, na czym polega jej rola, jako nekromantki, jednak jednocześnie wolał to przemilczeć.

Bard... To dopiero dziwna postać. Nie wygląda, jakby umiał coś oprócz grania, jednak coś w nim musi być. W końcu również został wybrany, musiał mieć coś, co sprawiało, że jest potrzebny.
Tylko co? To pozostawało na razie zagadką. Tak samo jak jego imię, którego jeszcze nie usłyszał.

Porucznik. Młody, niezbyt ogarnięty. Jest chyba najbardziej tajemniczą postacią, pomimo iż o nim zdążył dowiedzieć się więcej, niż o bardzie. Walczyć zdawał się umieć, o czym świadczyła broń, jednak brakowało mu ducha do stawienia czoła trudnościom. Potrafi też świetnie jeździć, chyba najlepiej spośród całej siódemki. Możliwe, że przewyższał tą umiejętnością nawet Altari.
Tylko jaka może być jego rola w walce ze złem? Słowo zło wydawało mu się tak samo absurdalne, jak fakt, że porucznik jest jednym z wybranych. Jednak został wybrany.
Przez chwilę przeszła mu po głowie myśl, że może jest przyszłym wojownikiem którejś z Domen, właśnie ciągnięty w jej objęcia przez słowa przepowiedni.
Szybko odrzucił tę myśl, nie widząc powiązania pomiędzy Domeną a przepowiednią. Nie wydawało mu się, że może to w jakiś sposób współgrać.

Revan Magret, skądś znał tego mężczyznę. Pamiętał jego imię, nie potrafił jednak określić, gdzie je zasłyszał. Może spotkał kiedyś Revana i o tym nie pamięta?
Mniejsza o imię, ważne są czyny, jak zawsze twierdził. Uzbrojony po zęby typ nie jest raczej codziennością w Erionie. Nie uzbrojony aż tak.
Można by z miejsca stwierdzić, dlaczego dane mu było się tutaj znaleźć. Wojownik najwyraźniej nietęgi, szkolony w zabijaniu. Zabijaniu, gdyż to było znacznie ważniejsze od zdolności fechtunku. Umieć machnąć mieczem to nie to samo, co umieć machnąć nim w kogoś, a Revan zdawał się znać obie te rzeczy.

Elf, który wcześniej zamienił się w wilka, również był ciekawą personą. Nieczęsto widywał elfy, dlatego ten wydawał mu się najbardziej obcy z całej grupy. Jeszcze ta istotka siedząca na jego ramieniu, chyba nie cieszyła się z zebranego towarzystwa.
Likantrop, czy kim by elf nie był, kolejna anonimowa osoba. Nie wydawało mu się, by przeoczył, jak się przedstawia, więc pewnie ma jeszcze szansę usłyszeć jego imię.
Sam nie był mniej nieznany dla reszty, dobrze o tym wiedział. Może wypadałoby powiedzieć, jak się zwie?

-Tre... - chciał wymówić własne imię, jednak szkapa mocno podrzuciła go do góry, tak, że o mało nie ugryzł się w język. Nikt nie zdawał się zwrócić uwagę na to, co prawie powiedział, więc stwierdził, że lepiej będzie z tym poczekać do końca wędrówki.
Myślał też, czy ktoś będzie miał obiekcje, jeśli zechce konia pożreć.

Nagle stało się coś, czego absolutnie się nie spodziewał. Zza drzew zaczęli wyskakiwać ludzie, w mgnieniu oka otaczając dwóch ostatnich w szeregu, barda oraz Revana.
„Wampiry”
Błyskawiczna myśl przeleciała Trevorowi po głowie, tylko oni mogli poruszać się tak szybko.
Zaraz będzie świt, z tego, co mówiła Altari, zginą spaleni słońcem. Dlaczego wystawiają się na takie zagrożenie? Zagrożenie? To była pewna śmierć.

Koń wystraszył się, gdy jeden z wampirów doskoczył do niego. Zawierzgał i zrzucił zaskoczonego Wilka. Nie upadł jednak bezwładnie na ziemię, zdążył się obrócić i spaść na nogach oraz rękach.
Bard stoi na środku, wojownik po jego lewej, dociskają się do siebie, nie dając się otoczyć przynajmniej z jednego boku. Pięciu z przodu, trzech z tyłu, siedmiu z lewej, kolejnych trzech z prawej, jeden obok niego, razem dziewiętnastu. Świst miecza, stukot kopyt, unoszący się pył nad ziemią, nic nie umknęło wzrokowi Trevora.
Wstawał, gdy zobaczył gębę wampira, zbliżającą się w jego stronę. Szybko, niemal jak wiatr. Zaczął się obracać, biorąc zamach, który sprawił, że ostrze na jego nadgarstku zatoczyło łuk, by po chwili zatrzasnąć się na pozycji pionowej.
Trafił idealnie, słyszał szczęk, gdy przecinał kręgi szyjne napastnika. Gdy już przeszedł na drugą stronę, głowa powoli odlatywała od ciała, zamieniając się w obłok popiołu.

Nie mógł czekać, chwycił miecz, po czym gwałtownie zaczął biec w kierunku otoczonych ludzi. Jeden już padł, ścięty przez zbrojmistrza. Miał przewagę, siedząc na koniu.
Gdy Trevor miał się już wbić w walczących, starając się rozrzucić na boki jak najwięcej wampirów, zobaczył nadlatującą maszkarę. Wydawała się kobietą, jednak nijak podobną do wcześniej już spotkanych.
Potraktował ją jak kolejny cel, który musi niezwłocznie wyeliminować. Ona jednak była szybsza, gdy Trevor wskoczył w walczących, zdążyła chwycić obu ludzi i odlecieć w stronę dworku.
Był blisko. Mógł zajrzeć jej w oczy.

„Altari?”

W całej okazałości, to musiała być ona. Palona budzącym się już słońcem, ratowała ludzi. Teraz nie były ważne jej intencje, istotniejsze było to, że stał niemal w samym środku grupy siedemnastu wampirów, które na szczęście zdezorientowane przez zaistniałą sytuację, nie wiedziały, co robić.
Cały czas czuł przypływającą siłę, która dawała mu wolę oraz zdolność do walki. Prosto z serca Domeny Ziemi.
Chciał dać czas dla wampirzycy, by się oddaliła, nie nękana przez wrogów. Dwóch już do niej doskakiwało, musiał działać szybko.
Wybił się w górę, następnie odbijając od jednego z wampirów. Wskoczył prosto na plecy jednego z nich, samemu dziwiąc się tym celnie wymierzonym skokiem. Stąd błyskawicznie uderzył w plecy drugiego, ściągając go na ziemię. Rozcięte plecy nie zdawały się robić wrażenia na wampirze, który szybko pozbierał się z ciosu, po czym zaszarżował na będącego jeszcze w powietrzu Belmonta.
Dobrze, że spora część napastników rozbiegła się, ruszając za innymi, gdyż nie widziało mu się wskakiwanie w armię nieumarlaków. Było ich „jedynie” sześciu, w tym jeden jeszcze na ziemi, powalony kopnięciem w plecy.

Cięcie, głowa, dłoń, bark, wymach, ręka, tors, jedna stopa dotyka ziemi. Trzecie cięcie, wbicie się w czaszkę, rozerwanie szczęki, uderzenie jednego, druga stopa na ziemi.
Jego głowa była teraz w pełni wypełniona aktualną walką, nie było tam miejsca na jakiekolwiek zbyteczne myśli.
Kolejne cięcie i jeszcze jedno, następna głowa pada na ziemi. Jeden wyskoczył od tyłu, szybko został nabity na ostrze na nadgarstku, inny zaś na ostrze miecza. Przebici na wylot, cieknący posoką. Unieruchomieni tak samo jak Trevor. Nie miało to jednak znaczenia, słońce wydobyło swe promienie zza koron drzew, niemiłosiernie paląc ciała wampirów.

Wszyscy się rozsypali, tworząc wielką chmurę pyłu.

Szedł teraz w kierunku dworku, czekając aż ktoś mu otworzy drzwi. Nie chciał wpuszczać światła do środka, by nie narażać Altari na jego niszczącą dla niej moc.
Powoli sączył wino, z trudem wybłagane od zdenerwowanego gospodarza, stąpając, raz lewą, raz prawą stopą. Lewą i prawą.

-Nie znoszę słabego wina...
 

Ostatnio edytowane przez Marchosias : 02-26-2008 o 20:10. Powód: Głupoty wypisywałem, jak szybka twarz i wierzgający wampir. Ponadto kilka błędów.
 
Stary 02-26-2008, 21:24   #43
 
Revan's Avatar
 
Reputacja: 2 Revan wkrótce będzie znany
$: 56 810


Wszystko działo się jakby w zwolnionym tempie. Gdy reszta sobie gadała, on osunął się na podłogę. Starał się odpocząć, choćby przez tą chwilkę, chociaż zaraz pewno będą uciekać. Głowa pulsowała bólem, utrudniała myślenie. Obserwował ich spode łba, jak wilk, który miał zaraz rzucić się do ataku. Miał wszakże drapieżną twarz, jednak nie zadowalało go to zbytnio. Sama jego kompania wydawała się być jednym wielkim zoo.

- Zatem ruszajmy. – odparła Altariel, prawdę mówiąc to był jedyne słowa, które uchwycił podczas całej rozmowy, i jedyne, na które czekał.

Wstał, opierając się o kawałki zniszczonego mebla. W głowie mu wirowało, ale czuł się trochę lepiej. Ale nie aż tak, by móc pozwolić sobie na przejażdżkę konną.

Ruszyli do stajni, gdzie czekała na niego oporządzona kara klacz, jego Meowin. Pogłaskał ją po czarnej grzywie, spojrzał jej w oczy. Ta od razu zrozumiała, i przysiadła lekko, umożliwiając łatwiejsze wejście Revanowi na grzbiet konia. W jukach wyłowił po kilku chwilach mały, metalowy flakonik. Odkręcił go, po czym jednym haustem wypił zawartość. Nie musiał czekać długo na rezultat, w głowie zakręciło mu się jeszcze bardziej, ale po chwili przestało. Splunął siarczyście w bok, nienawidził eliksirów na bazie gorzałki.

Odzyskał częściowo zmysły, ogarnął go dreszcz. Typowy efekt uboczny, chociaż widział przypadki, gdzie eliksir działał w drugą stronę tak, że jeden delikwent o mało co nie wypluł własnych nerek. Gnali przez las, smagani lodowatymi kuksańcami w twarz. Revan nie bardzo jednak czuł się na siłach, aby prowadzić konia, jednak mądra klacz gnała wraz z innymi. Odstawali jednak znacząco z tyłu, a obok siebie rozpoznał twarz barda.

Słońce powoli wchodziło na nieboskłon, rzucając swoje promienie świetlne. Zobaczył białe ściany domostwa Altari, jednak mimo tego wcale nie czuł się bezpieczniej. W końcu wjechali na dziedziniec, zahamowali ostro, roztrącając z impetem ziemiste podłoże. Kątem oka zobaczył, jak z lasu zaczynają wypadać ciemne sylwetki. Byli szybcy, piekielnie szybcy, jednak jednego zdążył przeorać półtorakiem, gdy leciał na niego. Drugi, który skoczył na niego z drugiej strony zwyczajnie zwalił go z konia. Uderzył go boleśnie w łeb głowicą miecza, poprawił z łokcia. Rozejrzał się dokoła, i przeklął, wcale głośno.
- Kurwa.
W tym momencie kolejny wampir, obszarpaniec, rzucił się na jego plecy i przyległ do jego szyi. Revan jednak niesamowicie szybko obrócił miecz w lewej ręce i zrobił cięcie do tyłu, samym nadgarstkiem. Cios był słaby, ale poskutkował, wampir puścił go. Obrócił się błyskawicznie, i trzepnął go w łeb swoim podkuwanym butem, z metalowym czubem.
Zobaczył, jak większość wampirów rzuca się na barda, no, przynajmniej znaczna część, gdyż inne krążyły wokół nich, jak sfora głodnych psów. Pognał mu z pomocą, rozpłatał kilku zajętych obleganiem barda, dopóki inne, krążące wokół nich nie rzuciły się na niego. Jednego przebił na wylot, drugiemu rozrąbał miednicę. Wiedział jednak, że ciosy w witalne miejsca nic nie dają, gdyż one są nieumarłymi istotami. Starł się walczyć tak, aby je unieruchomić.

Były jednak niezwykle szybkie, przynajmniej dla niego, chociaż gdyby był w pełni sił, zdołałby pewnie uchwycić ruchy przeciwników. Tym razem nie zdołał. Wściekły atak wampira, któremu kilka chwil wcześniej odrąbał nogę, rozorał Revanowi szyję, krew siknęla gęsto, i ochlapała obficie mordę wampira. Ten oblizał w okropnym grymasie usta, wyszczerzył kły. Revan padł na kolana, a wampir dopadł do niego, chyba z zamiarem urwania mu głowy. Zobaczył jego uśmieszek, jednak to było nic w porównaniu do tego, jak uśmiechnął się fechtmistrz. Wampir przystanął, złowił w jego spojrzeniu nutkę strachu. Nieśmiertelny przestraszył się człowieka… A może on nie był człowiekiem? W każdym razie uśmiechnął się najpodlej jak mógł, prezentując garnitur szaro białych zębów. To dało mu chwilę, aby sięgnąć po pistolet. Wymierzył go prosto w twarz przeciwnika, jednak nagle jego głowa potoczyła się gdzieś daleko, pod wpływem siły wilkołaka. Pistolet i tak był nie nabity. W ten dopadł do kolejny przeciwnik, obalił go na ziemię. W ostatniej chwili, zanim utrafił świadomość, zobaczył jak podrywa się z ziemi i leci ku ciemnemu otworowi w białej ścianie. Nie czuł bólu, eliksir, który wcześniej wypił działał jak narkotyk.
 
__________________
gg: 3777067
Revan jest offline  
Stary 02-27-2008, 04:05   #44
 
Midnight's Avatar
 
Reputacja: 5 Midnight jest jak klejnot wśród skałMidnight jest jak klejnot wśród skałMidnight jest jak klejnot wśród skał
$: 148 425


Altari zalkala cicho widzac kubek i czujac jego zawartosc. Dlaczego ona jest az tak okrutna.

- Mhmm, cóż za pyszna krew...jaka szkoda, że zimna...

Co ja jej takiego uczynilam? Dlaczego... Ten bol, ten zapach.

- Nalu...

Wyszeptala blagalnie, lecz tak cicho ze ta pewnie tego nie uslyszala, a moze. Twardy brzeg kubka znalazl sie wreszcie na wysokosci jej ust. Z zachlannoscia czlowieka, ktory spedzil dlugie godziny na goracej pustyni zaczerpnela pierwszy lyk. Smakowala okropnie. Wszelka moc uleciala zostawiajac po sobie jedynie metaliczny smak, jednak ona potrzebowala czegokolwiek. Przemiana, spotkanie ze sloncem.. To wszystko kosztowalo ja nazbyt wiele. Kotka cos szeptala. Przed soba widziala jej cienki nadgarstek podtrzymujacy naczynie. Widziala cieniutkie nitki zyl pod delikatna skora. W tych zylach plynela ciepla, dajaca moc vitae. Tak blisko....

Mdle swiatlo rozjasnilo hol wejsciowy. Stalo sie to tak nagle, ze przez chwile nic nie bylo widac. Wreszcie dosc powoli jego obszar poczal sie zmniejszac i rozdzielac by na koncu przeobrazic sie w trzy kule krazace wokol glowy mezczyzny odzianego w biel. Dodatkowe swiatlo zdawalo sie dobywac ze srebnej laski zakonczonej blekitnym krysztalem.

- Altari....


Jego melodyjny glos rozbrzmial wokolo niby slodka muzyka. Pospiesznym krokiem podszedl do Nali trzymajacej kubek przy ustach nagiej wampirzycy.

- Pozwol, ze ja to zrobie...

Usmiech jakim obdarowal kotke moglby skruszyc skale gdyby byla taka potrzeba. Delikatnie przykleknal nie zwracajac uwagi na fakt, ze krew brudzi szkarlatem jego szty. Ostroznie uniosl glowe cierpiacej i przelozyl na wlasne kolana.

- Sariel...

Wyszeptala cicho usmiechajac sie do niego.

- Juz dobrze Piekna. Wszystko bedzie dobrze...

- Ale... Sarielu.. To..

- Ciii kochana... Pij...

Mowiac to podciagnal szeroki rekaw przykladajac nadgarstek do jej ust. Altari wlaczyla ze soba tylko chwile po czym zatopila kly w miekkiej skorze. Tak, to byla sila ktorej potrzebowala. Mezczyzna zdawal sie doskonale wiedziec co nalezy zrobic. Wolna dlonia gladzil miekkie wlosy koloru ciemnego brazu, ktore kaskada rozsypaly sie na jego kolanach. Jednoczesnie uwaznie wodzil po was wzrokiem, ktory dluzej zatrzymal na dwuch nieprzytomnych i trzecim zdajacym sie nazbyt oszolomionym aby wykonac jakikolwiek rozsadny ruch. Westchnal, a nastepnie przemowil.

- Calkiem ciekawa z was gromaga. Wybrani...

Zapewne chcial powiedziec wiecej lecz przeszkodzilo mu w tym pukanie do drzwi.

- Otworzcie mu. Ja zajme sie moja dziewczynka.

Co mowiac uniosl sie wprost z kleczek wraz z wciaz pijaca Altari.

- Zaraz do was wroce.

Rzucil, po czym mruczac czule, uspokajajace slowa oddalil sie w glab budynku zabierajac ze soba jedna z trzech kul.
Pozostale dwie wirowaly swobodnie pod sufitem dajac wystarczajaco swiatla byscie nie wpadali na meble i siebie nawzajem. Gdy drzwi zostaly otworzone ujzeliscie wilkoluda ostro pociagajacego z buklaka.

-Nie znoszę słabego wina...

Dalo sie slyszec z jego paszczy nim przekroczyl prog. Znow byliscie razem, mniej lub bardziej poobijani, fakt, lecz wreszcie bezpieczni.

- Zamierzacie czekac, az sie wykrwawi?

Ponownie pojawil sie znienacka. Tym jednak razem wyszedl z ciemnosci zupelnie jakby sam byl jej czescia. Bez kul, swiatla czy jakichkolwiek innych atrakcji. Jego szata nie byla juz nieskazitelnie biala. Szkarlat krwi znaczyl ja w kilku miejscach niczym skaza znaczy diament. Skinal glowa wilkoludowi, a nastepnie pochylil sie nad Stephenem biorac skaleczona reke w swe dlonie i zamknawszy oczy zaczal szeptac ciche slowa w dziwnym, spiewnym jezyku. Brzegi skaleczenia zaczely promieniec laczac sie ze soba tak iz po chwili nie bylo po nim nawet sladu. Mlodzieniec otworzyl oczy akurat aby ujzec usmiech pokrzepienia.

- Beda jeszcze z ciebie ludzie wojaku.

Zas odwracajac sie w strone pozostalych zapytal ze smiechem w glosie.

- To kto nastepny?



Nie minelo wiele czasu, a wszyscy zostali opatrzeni, uzdrowieni i obdarzeni jego uprzejmym lub tez powaznym usmiechem (Nala). Mezczyzna stal teraz oparty o sciane, zdecydowanie bledszy i jakby mniej materialny niz wczesniej.

- Czas najwyzszy byscie opowiedzieli mi wszystko, lecz wczesniej zdecydowanie powinnismy uszczuplic zapasy Altarani. Utrata odrobiny mleka...

Wzrok powedrowal w strone Nali i zdawac sie bylo czegos za nia,

- lub wina...

Spojzenie ku wilkoludowi i pozostalym.

- nie powinna zmartwic mojej ksiezniczki.

Co mowiac zaprowadzil was do obszernej kuchni. Pomieszczenie sprawialo przyjemne wrazenie ciepla i rodzinnej wspolnoty. Mila odmiana po wrazeniach nocy. Ogien zaplonal wesolo wzniecony niedbalym ruchem reki nieznajomego. Po chwil dolaczyla do was mloda kobieta, ktora jakby przyzwyczajona do jego niespodziewanych odwiedzin sklonila sie gleboko pozostajac nieco z boku i ciekawie przygladajac sie waszej grupie.

- Eli przynies nam troche wina i swierze mleko. Pani odpoczywa juz w swej komnacie. Gdy sie zbudzi z cala pewnoscia bedzie chciala zobaczyc malenstwo.


Dziewcze pokrasnialo i ponownie skloniwszy sie zniknela za drzwiami, ktorymi chwile wczesniej weszla.

- Eli to corka malzenstwa opiekujacego sie tym dworem pod nieobecnosc Atari. Mieszkaja na tylach w osobnej czesci przeznaczonej tylko dla nich. Matka dziewczyny przygotowuje najlepsze obiady jakie w zyciu jadlem. Wam tez przypadna do gustu szczegolnie, gdy zostaniecie tu dluzej co moge wam obiecac. Tylko raz w zyciu widzialem ja w takim stanie, a bylo to dawno temu. Wtedy wlasnie ja poznalem.

Dziewczyna wrocila dosc szybko niosac dzban mleka i karawke czerwonego wina. Odstawila to wszystko na duzy stol. Pytajace spojzenie powedrowalo ku mlodziencowi.

- Ach tak... Oczywiscie z cala pewnoscia zjemy sniadanie, lecz nie teraz. Dziekuje Eli.


Gdy ponowne zostaliscie sami nagle jakby zdal sobie sprawe, ze nie liczac cichego szeptu wampirzycy wy nadal nie wiecie z kim macie do czynienia.

- Sariel, mag i czasami aniol, do waszych uslug. Teraz mowcie coz to za szalenstwa wymyslili znow bogowie i dlaczego darzycie moja dziewczynke taka wrogoscia?

Twardym spojzeniem obdazyl kazdego z was dluzej przystajac na Nali.

- Nie zaszkodzi rowniez poznac wasze miana.

Dorzucil nalewajac mleka do kubka wyciagnetego z szafki i podajac go Nali.
 
__________________
Pragnienie mężczyzny zwraca się ku kobiecie, pragnienie zaś kobiety rzadko zwraca się ku czemuś innemu niż ku pragnieniu żywionemu przez mężczyznę.
Spodziewany dzien 0 : 20 Styczen 2009

Ostatnio edytowane przez Midnight : 02-27-2008 o 04:14.
Midnight jest offline  
Stary 02-27-2008, 17:46   #45
 
Nami's Avatar
 
Reputacja: 5 Nami wkrótce będzie znanyNami wkrótce będzie znany
$: 123 565


- Pozwól, że ja to zrobię... – rzekł przystojny mężczyzna o blond włosach i anielskim wyrazie twarzy. Jego głos brzmiał jak małe kryształki lustra. Diamentowy głos, chciałoby się rzec. Przypominał jej Floriana, byli prawie jak bracia. Różniła ich rasa i wygląd zewnętrzny, to jak się prezentowali. Uśmiechnął się do kotki nadzwyczaj słodko, jednak ona nie dała się na ten uroczy uśmiech. Oczywiście zrobiło jej się miło, ale znała już to. Nie działało na nią choć cały czas sprawiało, że stawała się kruchą, delikatną i uroczą istotą.
Taka właśnie była w tym momencie. Miła i urocza. Pomimo złośliwości do Altari, wybaczyła już jej. Nie czuła gniewu. Nawet zapomniała czego on był wynikiem.
Odsunęła się od wampirzycy odstępując Aniołowi, bo tak śmiała go nazywać. Nie widziała co mężczyzna robi, to też przestała się tym interesować.
Zaskoczyło ją pukanie do drzwi. Ostrożnie otworzyła je wpuszczając gościa do środka. Uśmiechnęła się serdecznie, po czym zamknęła szczelnie drzwi.

-No to jesteśmy już wszyscy – mruknęła radośnie i uśmiechnęła się. Kobieta stoi a faceci leżą obolali...pięknie – skwitowała w myślach kręcąc głowę.

Nala widząc pobojowisko w postaci leżących z wielkim bólem mężczyzn postanowiła komuś z nich pomóc. Najbardziej pomocy potrzebował ten, który oddał swoją krew. Podskoczyła do niego przy pomocy swych czterech kończyn jednak gdy była już blisko nagle z cienia wyłonił się Anioł. Kotka zaskoczona, jego pojawieniem się zachwiała się na łapkach i upadła na tyłek, rękami podpierając się z przodu. Pozbierała się prędziutko i podskoczyła do Barda

- Chodź, pomogę Ci. – powiedziała miło i starała się pomóc mu wstać. Zarzuciła sobie jego ramię przez kark. Był ciężki, jak dla niej zbyt ciężki. Gdy jakoś podniosła go do pozycji klęczącej stwierdziła, że póki sam nie wykaże chęci, nie będzie w stanie bardziej mu pomóc.

- Boli Cię głowa? – spytała stając przed nim. Położyła swą chłodną dłoń na jego czole i spojrzała swoimi wielkimi oczami. Uśmiechnęła się szeroko mrużąc oczy.

- Tak lepiej? – spytała radośnie. Miała nadzieje, że mężczyzna nie upadnie na nią przygniatając ją swoim ciałem, bądź też walnie czołem o jej czoło. Wolałaby raczej, żeby już wstał o własnych siłą, z małą pomocą kotki. Małą, bo tylko taką mogła mu zaoferować.

* * *

Anioł zaprowadził ich do kuchni. Nala nie narzekała na niedostatek mleka, ale była szczęśliwa, że może choć trochę dostanie go za darmo. Mleeekooo – melodia w jej uszach jak hipnoza, rozchodziła się równomiernie z niezwykłą żodzą w jej czekoladowych oczkach.

- Sariel, mag i czasami aniol, do waszych uslug. Teraz mowcie coz to za szalenstwa wymyslili znow bogowie i dlaczego darzycie moja dziewczynke taka wrogoscia?

Twardym spojzeniem obdazyl kazdego dluzej przystajac na Nali. Nie zniechęcił jej ten wzrok. Ukradkiem spojrzała na Floriana.

~ Nie martw się Nalu. Nie będzie zły, jak mu wszystko wytłumaczysz. Nie masz złych zamiarów, a w ostateczności byłaś dobra. – rzekł Florian a Nala kiwnęła znacząco głową z poważną miną. Wskoczyła zgrabnie na wysoki, za wysoki jak na nią, taboret i trzymając dłonie na krawędzi blatu machała radośnie ogonkiem szczerząc się przy tym radośnie.

- Nie zaszkodzi rowniez poznac wasze miana. - dorzucil nalewajac mleka do kubka wyciagnetego z szafki i podajac go Nali. Dziewczyna z pełną radości gębą spojrzała na mleko. Cieszyła się zupełnie jak dziecko.

- Ja nazywam się Nala i jestem Nekromantką! Wcale się tego nie wstydzę, bo to ludzie nie wiedzą na czym polega moja profesja. Wystarczy mi to co ja wiem, choć nie ukrywam, że jest mi przykro, gdy inni mają mnie za coś najgorszego. – zaczęła zwracając się do wszystkich a następnie spojrzała z dołu na Sariela.

- Byłam niemiła, ale już nie jestem. Jej złe zachowanie i złośliwe uwagi nie były godne zaufania. Nie mogę ufać wszystkim, bo stanę się tym nad czym panuję. Gdy słyszałam, jak jej dusza krzyczy, zrobiło mi się trochę przykro za to, co zrobiłam. Ale mam kocią naturę. Jednak w ostateczności pomogłam jej i naznaczyłam policzek moim szacunkiem. Postanowiłam obdarzyć ją drugim zaufaniem, dać kolejną szansę. Mam nadzieje, że tego nie pożałuję Sarielu.... – rzekła poważnie po czym dodała z szerokim uśmiechem - I dziękuję za mleko! – powiedziała szczerząc kiełki i mrużąc radośnie oczka.
 
__________________
WYJECHAŁAM!! NIE WIEM KIEDY WRÓCĘ xd ;<
Nami jest offline  
Stary 02-27-2008, 18:04   #46
 
Kelly's Avatar
 
Reputacja: 7 Kelly jest jak niezastąpione światło przewodnieKelly jest jak niezastąpione światło przewodnieKelly jest jak niezastąpione światło przewodnieKelly jest jak niezastąpione światło przewodnieKelly jest jak niezastąpione światło przewodnieKelly jest jak niezastąpione światło przewodnie
$: 215 168


Mógłby otrzymać nazwisko „Sariel Król Dandysów”. Nosił się z niewymuszoną swobodą, elegancją, która zawracała głowę dziewczętom, a czyniła go natychmiast wrogiem wszystkich mężczyzn. Każde jego słowo, każdy ruch wręcz ociekało luzem i elegancją. Wygląd, dowcip, charyzma. Co jeszcze może mieć człowiek posiadający tyle walorów? Człowiek? Niezupełnie, raczej anioł.
- „Nic dziwnego, ze Altari się w nim zakochała” – pomyślał ze smutkiem. Sam się zdziwił dlaczego zrobiło mu się smutno? Co on miał do miłostek wampirzycy. Tej nieumarłej kobiety, która potrafiła mieć paskudne skrzydła i potężne szpony, a parapet rozwalała od niechcenia jednym uściskiem dłoni. Ale pamiętał także, dlaczego to uczyniła. Pamiętał i ta jedna rzecz czyniła go ważną w jego oczach. Człowiek, który nie jest lojalny względem swojego towarzysza jest wart mniej od psa, nie obrażając kundli. Wampir także. Tego nauczyły siły zbrojne, których był częścią. Wojacy szli chętniej w bój i lepiej walczyli, kiedy wiedzieli, że ktoś ich będzie ratował, jeżeli znajdą się w opałach sporych. Tak było w jego plutonie i wielu innych. Teraz wiedział, ze jeżeli tak nie będzie w tej drużynie, to skończą swoje wojowanie na najmniejszej grupie współdziałających ze sobą wampirów, które wyłuskają jednego po drugim. Może było to idealistyczne podejście? Jednak taki Stephen był i nie chciał się zmienić. Lojalność więc wampirzycy, to była kolejna rzecz i ważniejsza niż piękne ciało, uroda, niekłamany seksapil, która przekonywała porucznika do niej. Wprawdzie była martwiakiem, ale nic dziwnego, ze będąc tak wyjątkowa pod względem osobowości i urody wzbudziła zainteresowanie Króla Elegancji, który w dodatku był aniołem. Sariel zaś, no cóż, także pasował do niej – I co z tego? – Coś ostrego zbuntowało się w duszy Stephena. - Jest kimkolwiek jest i nie będę sflaczałą, płaczącą żabą.

Ponoć bohaterem nie jest ten, kto nie płacze nigdy w duchu, kto lekceważy niebezpieczeństwo, ale ten, kto mając wątpliwości szybciej pokonuje je niż inni ludzie. Chociaż z drugiej strony mówią, że bohater to ten, kto był za durny, żeby na czas uciekać i jakimś sposobem udało mu się przeżyć. Jakkolwiek by nie patrzeć, Stephen nie pasował do tego schematu. Żaba nie żaba, ale jeżeli został wybrany, to ktoś miał dziwny gust jeżeli chodzi o dobór bohaterów.

Warto było coś zjeść. Talerze, karafka z winem. Wziął żeby sobie nalać. UCH! Ręka mu drgnęła. Szlak. Kiedy przenosił karafkę obok Sariela. Prawie, prawie by go oblał. Mag niewątpliwie zauwazył, ale nie dał po sobie poznać
- „Ale obciach!” – Powiedział cichutko do siebie porucznik siadając z głową spuszczoną w dół.
- Chciałem panu podziękować za uratowanie mnie. Szczerze powiedziawszy, czuję się znacznie lepiej tu przy stole, niż leżąc na podłodze. Bo kanapę to chyba zawdzięczam pannie Nali? – Lekko skłonił się w jej kierunku. – Przepraszam, tak mi się właśnie wydawało, ale trochę wtedy słabo kontaktowałem. I przepraszam za ten ogon wcześniej – dorzucił trochę się zacinając. – Jeden taki atakował mnie. Uskoczyłem tak nieszczęśliwie, ze wpadłem na panią. No, stało się wtedy. Jeszcze raz ... no, znaczy, naprawdę mi przykro. Jestem przekonany, ze to najpiękniejszy ogon, jaki kiedykolwiek widziałem. Bardzo pasujący do właścicielki. Mam nadzieję, ze nie boli bardzo - przypuszczał, że wygląda nieco głupio, ale chciał przeprosić znacznie wcześniej tylko bał się, ze będzie to odczytane za jakąś kpinę. – Jeszcze tyle, że nie przeszkadza mi pani, jako nekromatka, czymkolwiek to to jest. Znaczy, trochę słyszałem, pewnie jak wszyscy, jednak nie spotkałem dotąd nikogo parającego się tą odmianą magicznych czarów. No, pewnie pani wie, jakie opinie krążą o nekromatach, ale obiecuję, że ja powstrzymam się z wydawaniem wszelkich osadów i będę patrzył wyłącznie na pani czyny, panno Nalo, nie profesję.

Wypił łyk wina zwilżając nieco zaschnięte gardło:
- Jestem Stephen Twinkle, lordzie Sarielu. Jeszcze niedawno zwyczajny porucznik oddziałku tropiącego bandy zbójeckie. Nie darzę pańskiej – zaciął się na chwilę – małżonki wrogością – spojrzał na niego pytająco nie wiedząc, czy dobrze ją nazwał. Ale mówił dalej – Wszakże proszę się nie dziwić, że jestem zaskoczony i wręcz trudno mi to zrozumieć, dlaczego ja? Nie wymiguję się od tego, żeby było jasne. Jestem prostym wojakiem. Dostałem rozkaz, więc go wypełnię, jak mogę najlepiej. Jednak chciałbym wiedzieć, co jest grane. Bowiem wtedy można być skuteczniejszym. Przypuszczam, ze podobne myśli nurtują także pannę Nalę oraz pozostałych panów. Jednakże teraz bardziej interesuje mnie, czy pani Altari – urwał. – Czy jej rany? Wie pan, lordzie. Widziałem, jak rzuciła się innym na pomoc ryzykując oraz płacąc za to. Wiem jakie to uczucie, wiem, bo widziałem wcześniej ludzi, którzy ranni umierali na moich rękach, kiedy zostawali trafieni broniąc swojego towarzysza, kolegę, brata ze swojego oddziału. Mam nadzieję, znaczy, bardzo bym nie chciał, żeby jej się coś stało. Jest ... – chciał powiedzieć „wyjątkowa”, ale ugryzł się w język. Nie wiedział, czy może tak mówić przed Sarielem, czy nie poczuje się dotknięty, że ktoś inny tak określa Altari. Wydawało mu się jednak, ze ten wyczuł, co porucznik próbował powiedzieć i nie wiedzieć czemu, wydawał się być rozbawiony.
 

Ostatnio edytowane przez Kelly : 02-27-2008 o 18:07.
Kelly jest offline  
Stary 02-27-2008, 20:05   #47
 
Krakov's Avatar
 
Reputacja: 3 Krakov wkrótce będzie znanyKrakov wkrótce będzie znany
$: 52 927


Spekulacje barda okazały się całkiem słuszne i po kilku chwilach ból zaczął nieznacznie ustępować. Jego stan ciężko jeszcze było nazwać normalnym, jednak było o tyle lepiej, że mógł podnieść głowę by zobaczyć co jest źródłem rozświetlającego pomieszczenie światła. "Anioł?" - pomyślał spoglądając na swoją dłoń, naznaczona szeroką pręgą czerwonej krwi. W głowie wciąż odczuwał nieznośny, pulsujący ból. "Żyję, czyli nie umarłem, czyli nie anioł." Poczuł pewną dumę, że jest w stanie przeprowadzić tak wnikliwe i konstruktywne rozumowanie.

- Chodź, pomogę Ci.

Głos zabrzmiał gdzieś obok, ale dotarł do jego świadomości dopiero chwilę później gdy poczuł na swojej ręce jakieś drobne dłonie, usiłujące pomóc mu wstać. Odwrócił głowę w kierunku ich właścicielki, z zamiarem powiedzenia "Sam wstanę, tylko sobie trochę poleżę. Co najwyżej przynieś mi aspirynę, albo dwie... albo osiem" jednak zrezygnował z tych słów, gdy zobaczył kto usiłuje mu pomóc. To była Nala. Ta drobna istotka szarpała się z nim, próbując postawić go na nogi. Poczuł się bardzo niezręcznie zdając sobie sprawę ile wysiłku kosztuje ją walka z jego ciężarem. Zebrał się w sobie i z jej pomocą przeszedł do pozycji klęczącej. Czuł, że się chwieje i z całych sił starał się nad tym zapanować. "Twardy. Musisz być twardy jak... metal" powtarzał sobie w myślach niczym prastarą formułę.

- Boli Cię głowa?

Opóźnienie, z jakim docierały do niego słowa kobiety było z każdą chwilach coraz mniejsze, najprawdopodobniej jednak nadal zauważalne. W efekcie wyglądało to tak, jakby pytanie zostało zadane w innym języku, który w dodatku znał tylko pobieżnie i potrzebował paru sekund by słowo po słowie je przetłumaczyć.

- Tylko trochę, dziękuję. - uśmiechnął się kłamiąc przy tym najlepiej jak umiał. Bolało coraz mniej, ale nadal było to dokuczliwe. Nie zamierzał się z tym jednak zanadto obnosić. Jeśli nawet nie byłby wybranym, nadal był mężczyzną, a to zmuszało go do trzymania się pewnych niepisanych norm. Jęczenie, słabość i wrażliwość na własny ból nie wchodziły w grę. Ponadto należało pokazać jak jest się silnym i, bez względu na wszystko, wstać o własnych siłach.

Próbował się cofnąć i uniknąć jej dotyku, jednak nie zdążył. Jakkolwiek ta reakcja mogła wydawać sie dziwna, dla niego była zupełnie właściwa. Co ciekawe, jedynym o czym wtedy myślał było to, że Nala dotykając jego głowy ubrudzi się jego krwią. Nie udało mu się jednak przeciwdziałać. W odpowiedzi na jej słowa uśmiechnął się tylko, mając cichą nadzieję, że zrozumiała jego intencje. W chwilę później postanowił przejść do czynów i w końcu się podnieść. Kotka po odczytaniu jego zamiarów natychmiast wyciągnęła ręce w jego kierunku jednak spojrzał na nią znacząco dając do zrozumienia, że sam sobie poradzi. Cofnęła się niechętnie patrząc jak mu idzie. Szło mu zaś całkiem nieźle, nawet się nie chwiał zanadto, pomimo tego, że zaczęło mu się trochę kręcić w głowie. W końcu dopiął jednak swego i, wyprostowany, nieznacznie się uśmiechnął. Z jednej strony był z siebie dumny, z drugiej nie mógł się oprzeć wrażeniu, że w pozycji leżącej było mu o wiele wygodniej.

Po chwili stanął przed nim ten sam nie-anioł którego widział już wcześniej. On również zamierzał dotknąć jego głowy, jednak tym razem Navarro nie protestował w żaden sposób. Coś mu mówiło, że tak będzie najwłaściwiej. I w rzeczy samej, delikatny dotyk mężczyzny w bieli i szeptana przez niego inkantacja działały jak balsam na jego obolałą głowę. Nie mógł tego widzieć, był jednak pewien, że czuje jak rozcięcie na czubku czaszki znika, nie pozostawiając po sobie żadnych śladów. Ból szybko ustępował, a świat przestawał się kręcić.

- Dziękuję - rzekł odwzajemniając uśmiech mężczyzny. Nie licząc odrobiny zmęczenia czuł się jak młody bóg. Mógł w końcu rozejrzeć się wokół lustrując sytuację i stan towarzyszy. Wszyscy wyglądali całkiem dobrze, najprawdopodobniej dzięki pomocy tego samego człowieka, który uzdrowił i jego. Brakowało jedynie wampirzycy. Kątem oka widział, jak tamten ją gdzieś zabiera. "Ciekawe co z nią... nie wyglądała najlepiej"
Rzucił jeszcze okiem na pomieszczenie, w którym przebywali. Wszystkie okna i szczeliny, przez którą światło mogłoby dostać się do środka, z oczywistych względów zasłonięte. Było ciemno. Wnętrze oświetlała jedynie lampa i unoszące się w powietrzu świetliste kule. W głębi dostrzegał stylowy okrągły stolik o ozdobnych nogach i ciemnym blacie. "Mahoń?" zastanawiał się. Wokół niego ustawione były cztery krzesła o podobnej ornamentyce i lazurowych obiciach. Wszystko ładne i gustowne.

Propozycja napicia się wina była niezwykle kusząca. Bez słowa udał się za gospodarzem zastanawiając się jednocześnie nad tym co miał na myśli nazywając Altari "księżniczką". Kim dla niej był? Przyjacielem? Kochankiem? Tak czy inaczej niewątpliwie kimś bardzo bliskim. Gdy przeszli do kuchni jego uwagę przykuło słowo "maleństwo". "Dziecko wampirzycy?" Coś mu się tutaj zdecydowanie nie zgadzało, był jednak przekonany, że jego wątpliwości odnośnie jej osobistych spraw nie są w tej chwili w ogóle istotne. Może wkrótce pozna odpowiedzi na rodzące się w jego umyśle pytania, może nie usłyszy ich nigdy. Tak czy inaczej należało się skupić na tym co najważniejsze, co ich czeka i z czym trzeba się zmierzyć.

- Sariel, mag i czasami aniol, do waszych uslug. Teraz mowcie coz to za szalenstwa wymyslili znow bogowie i dlaczego darzycie moja dziewczynke taka wrogoscia?
Nie zaszkodzi rowniez poznac wasze miana.

- Ja nazywam się Nala i jestem Nekromantką!(...)
- Jestem Stephen Twinkle, lordzie Sarielu. Jeszcze niedawno zwyczajny porucznik oddziałku tropiącego bandy zbójeckie.(...)

Podczas gdy pierwsze osoby zaczęły się przedstawiać, bard sięgnął po karafkę i obserwując wirujący strumień aromatycznego, ciemnoczerwonego trunku napełnił szklankę do połowy objętości. Skosztowawszy pokiwał głową z uznaniem doceniając głęboki smak mocnego, półwytrawnego wina i odezwał się tymi słowy.

- Ja zaś jestem bardem. Zwą mnie Navarro - ukłonił się uprzejmie.- Altari jest chyba ostatnią osobą, do której mogę czuć jakikolwiek żal lub wrogość, szczególnie po tym, co wydarzyło się zaledwie przed chwilą. W końcu zawdzięczam jej życie.

Znów nasuwało mu się na myśl słowo "dług". W żaden sposób nie mógł przed nim uciec ani go zignorować. Zobowiązanie było zbyt oczywiste i stanowczo za duże by mógł to uczynić. Nie, nie było duże. Było ogromne i nie wyobrażał sobie by mogło być jeszcze większe. Jakkolwiek potoczą się ich dalsze losy, będzie musiał wyrównać ten rachunek, bez względu na koszty...
 
__________________
Nie zapytał jej o to, jednak (...) za każdym razem, gdy w jej ciemnobrązowych oczach zbierała się wilgoć, niepokoiło go to więcej niż trochę.

Wojownicy Nocy - Prolog, Lacrimae Dei
Krakov jest teraz online  
Stary 02-28-2008, 19:03   #48
 
Revan's Avatar
 
Reputacja: 2 Revan wkrótce będzie znany
$: 56 810


Revan zbudził się. Czuł się jak po dobrej imprezie, chociaż nie przypomniał sobie, aby cokolwiek świętował. Pomacał odruchowo swoją szyję. Była cała, po ranie nie było nawet śladu. Ujrzał przed sobą wielkiego blondyna w bieli. Zupełnie jak w wariatkowie, pomyślał. Mężczyzna obdarzył go szczerym uśmiechem. Domyślił się, że to on mu pomógł. Kim on do cholery jest? To ma być misja ratowania świata, z tymi dziwakami, zwierzętami, i stworzeniami światła i mroku? – potrząsnął nerwowo głową. Zwariowałeś, Magret, weź się w garść. Ten czubek przed tobą jako jedyny wydaje się być rozsądnym facetem. Pewnie skończył doktorat. Jego ostatnie myśli jeszcze bardziej zbiły go z tropu. Widać, jego druga nawiedzona połówka robiła sobie z niego teraz jaja.

Wstał, niezbyt wydawał się być zainteresowany tym, co mówią inni. Zresztą, nie było to nic ważnego. W głowie próbował sobie poukładać sprawy, które niedawno się wydarzyły. Tak więc zanim dojechali do domostwa wampirzycy, zostali zaatakowani przed bandę samobójców. Liczyli, ze uda im się ich capnąć, tuż przed wschodem słońca. Błąd, gdyż pierwsze promienie już obróciły ich w proch. Potem został dotkliwie ranny, a potem coś na wzór wielkiego ptaka uratowało go z tej plątaniny. Lub nietoperza. Rozejrzał się dookoła, jednak nigdzie nie mógł dostrzec Altari. Tak jak przypuszczał, to ona uratowała ich z opresji, przybierając formę potwora, a przy okazji zaryzykowała swoim własnym życiem. Poświęciła się… dla nich. Może w tej przepowiedni faktycznie coś było? Jeszcze nigdy, kompletnie obca mu osoba nie pomogła mu w walce. W świecie, który znał, nie spotkał się nigdy z bezinteresowną pomocą. Dlatego znalazł na to remedium, został najemnikiem. Jak każdy najemnik, wykonywał najbardziej niewdzięczne roboty, jakimi można było obarczyć ludzi. Revan może to określić jednym słowem, było cholernie gorąco, i piekielnie zimno. Paradoks, prawda?

Przeszli do kuchni, gdzie zajął miejsce niedaleko wyjścia, odpinając uprzednio pochwę z pleców, i półtoraka od pasa. Bronie oparł o ścianę. O dziwo, czuł się tutaj bezpiecznie. Sariel rozkazał jakiejś dziewczynie przynieść kilka rzeczy. Przyglądał jej się spod pól przymkniętych powiek. Ożywił się nagle, gdy padło pewne słowo. Słowo to oznaczało najlepszego przyjaciela każdego człowieka, a nawet każdej istoty. A było nim wino. Ta jednak krążyła pomiędzy nimi, niczym pudełko tabakiery. Gdy bard nalał sobie trochę wina, wziął od niego karafkę i podszedł do stołu, biorąc swój kieliszek. Nie żałował sobie, potrzebował czegoś mocniejszego, niż woda. Dość szybko opróżnił swój kieliszek. Czuł, jak przez jego gardło przepływa czerwona ciecz, lekko drażniąc jego gardło. Po chwili poczuł stopniowy przypływ ciepła, co rozweseliło go. Mimowolnie na jego twarzy pojawił się uśmiech, a przynajmniej jego zarys.

- Sariel, mag i czasami anioł, do waszych usług. Teraz mówcie cóż to za szaleństwa wymyślili znów bogowie i dlaczego darzycie moja dziewczynkę taka wrogością?

Nie spieszył się z odpowiedzią. Kiedy inni przedstawiali się z miana i profesji, jakiej wykonywali, Revan nalewał sobie już drugi kieliszek. Odstawił go w połowie, gdy spostrzegł, że po przemowie Navarro oczy wszystkich w sali zwróciły się na niego. Przeklnął w duchu swoje złe nawyki. Z pewnością głupio by to wyglądało, jakby wypił całe wino, i nawet się nie przedstawił. Odstawił naczynie, i odchrząknął.

- Revan Magret – odparł swoim zachrypniętym, basowym głosem. – Jestem najemnikiem, a moją drogę wyznacza zimna klinga miecza. – dobrze, by w końcu wiedzieli, kim jest.
- Na tym świecie jest niewiele istot, które darze nienawiścią. Jest jeszcze mniej tych, których darzę innym uczuciem niżeli obojętność. Poza samym faktem, kim jest, oraz w co nas wplątała „twoja dziewczynka”, kompletnie nic do niej nie mam. Przykro mi.. – jako jedyny, nie silił się na udawanie emocji, może z ostatnim zdaniem przesadził. Tak przynajmniej wypadali w jego mniemaniu inni. Może wcale nie udawali, tylko rzeczywiście byli tak naiwni, aby uwierzyć pierwszej lepszej wampirzycy, istocie zerującej na rodzaju ludzkim, i jeszcze tak nieźle się trzymającej. Nie przepadał za nieumarłymi, prawdę mówiąc, nienawidził ich, dlatego taki nacisk położył na słowo „istot”.

Nie czuł się jednak za dobrze między tymi ludźmi. W dodatku doktorek wyglądał tak, jakby miał go zamiar zjeść wzrokiem.
- Doceniam jej poświęcenie, być może gdyby nie ona, to byśmy tego nie przeżyli. Może inaczej, byśmy nie musieli się teraz starać przeżyć. Naprawdę mi przykro, alenic na to nie poradzę.
 
__________________
gg: 3777067
Revan jest offline  
Stary 02-29-2008, 02:16   #49
 
Midnight's Avatar
 
Reputacja: 5 Midnight jest jak klejnot wśród skałMidnight jest jak klejnot wśród skałMidnight jest jak klejnot wśród skał
$: 148 425


Pierwsza odezwala sie Nala. W miare jak slowa plynely z jej ust, cien na twarzy Sariela poglebial sie coraz bardziej. Gdy zamilkla rzekl cicho, ze smutkiem w glosie.

- Nie uwazam Nekromantow, Bialych Nekromantow za cos gorszego. Czynicie dobro odsylajac dusze tam gdzie czeka je swiatlosc. Jednak twoje slowa.... Dusza Altari to kruchy twor. W przeciwienstwie to swych braci ona czuje gdy zabija. Zapewne nie widzi dusz jak ty Nalu, lecz zdecydowanie wychwytuje ich cierpienie... To ja rani bardziej niz gotowa jest sie przyznac.

Nagle rozesmial sie.

- Dobrze, ze mnie teraz nie sluszy. Doprawdy mialbym za swoje.

- Mam nadzieje, że tego nie pożałuję Sarielu.... I dziękuję za mleko!

Wciaz utrzymujac ow radosny usmiech dotknal lekko policzka kotki spogladajac jej gleboko w czekoladowe oczeta.

- Dla ciebie zawsze, Chéri.

Po ostatnim slowie wypowiedzianym miekkim glosem w pomieszczeniu nastala cisza, ktora przerwal glos Stephena. Mezczyzna przeniosl wzrok na jego postac przerywajac tym samym czar jakim wiezil kotoludke. Lekko sklonil glowa slyszac imie mlodzienca oraz tytul jaki mu przydzielono. Widac porucznik trafil w sedno, chociaz on najwyraniej nie zamierzal tego dodatkowo potwierdzac slowami. Widzac, iz zapowiada sie na dluzsza przemowe wyciagnal dlon po karawke by nalac wina do krysztalowego kielich, ktory niewiadomo skad pojawil sie nagle przed nim. Byl wlasnie w polowie owego gestu gdy z ust mlodzienca wydobylo sie slowo, ktore sprawilo iz klasycznie piekna dlon zamarla. Malzenstwo? Jakby niedowierzajac swym uszom, Sariel z wiekszym nasileniem zaczal wpatrywac sie w twarz wojaka. Cisza z jego strony trwala i zdawac sie moglo, ze nigdy jej koniec nie nastanie. Gdy inni zaczeli przemawiac zdradzajac wszystkim swe miana, on nalal sobie wina i rozsiadlwszy sie wygodniej zatopil wzrok w rubinie owego plynu. Jakie mysli krazyly w jego glowie? Ktoz by zgadl. Mine mial powazna, wrecz surowa. Nic nie pozostalo z mezczyzny jaki chwile wczesniej otwarcie kokietowal slodka Nale. Wreszcie gdy cisza nazbyt przedluzac sie zdala podniosl wzrok obdarzajac Navarro, Revana, Trevora oraz Adama krotkim skinieniem glowy.

- Doprawdy dziwne sa wybory bogow tego, jak i pozostalych swiatow. Wybaczcie mi brak reakcji na wasze slowa, lecz....

Jego blekitne oczy powedrowaly w strone Stephena mierzac go ponownie przez dluzsza chwile.

- Byc moze slowa jakie wypowiedzialem do niej, jak i o niej kazaly ci przyjac iz jest ona ma zona. Wiedz zatem, zes w bledzie wojaku. Altari nigdy nie byla i zapewne nigdy tez nie zostanie zona jakiegokolwiek mezczyzny. Nasz zwiazek jest dosc.. skaplikowany.


Melancholijny usmiech zagoscil na jego twarzy gdy wzrokiem powrocil do swego kielicha.

- Altari to niezwykla kobieta. Przekleta istota o ciele bogini. Wampir, ktory daje schronienie niemej dziewczynie z dzieckiem, ktora wygnano bo powila je nie wiedzac kto ojcem. Przecudna mieszanka zla i dobra. Gdy ja poznalem byla w podobnym stanie jak teraz z tym, ze wtedy ratowala kompletnie nieznanego jej czlowieka... Mnie. Zostalem z nia jako przyjaciel i powiernk, z czasem kochanek. To bylo takie naturalne. Wampir i Aniol. Karmilem ja swa krwia dajac sile do walki z mieszkajacym w niej potworem. Ona... Ona sprawiala, ze mimio zeslania na ziemie czulem jakbym nigdy nie opuszczal nieba. Gdy zyje sie tak dlugo jak my pewne sprawy przestaja miec znaczenie, inne natomiast nabieraja wagi. Obdarowala mnie wszystkim, o czym moglbym marzyc..... Wszystkim o czym moglby marzyc kazdy mezczyzna, poza......

Mowiac zdawal sie nie dostrzegac waszej obecnosci. Jego dlon delikatnie gladzila krysztal kielicha i wzor na nim wyryty.
Nagle naczynie peklo na tysiac kawalkow sprawiajac iz cala zawartosc natychmiast znalazla sie na stole, a nastepnie na jego szacie. Zdziwiony uniosl dlon po ktorej splywaly szkarlatne krople.

- Altari...?

Wyszeptal zrywajac sie na rowne nogi. Swiat za oknem pociemnial. Gdzies niedaleko rozbrzmial odglos gromu.

- Niech go pieklo pochlonie.

Slowa skierowane zostaly gdzies w burzowe chmury widoczne zza okna.

- Musimy sie stad wynosic. Ten dom moze powstrzymac szeregowe wampiry ale nie tego, ktory ja stworzyl. On...


Jego dalsze slowa zagluszyl kolejny grzmot polacozny z oslepiajacym blyskiem za oknem.

- Idziemy!!


Krzyknal w wasza strone i nie czekajac na reakcje biegiem wypadl z pomieszczenia na korytarz. Kroki swe kierowal wprost do poteznych drzwi, ktore z hukiem ustapily pod jego dotykiem. Ci, ktorzy za nim podazyli znalezli sie nagle w ciemnej komnacie rozjasnionej jedynie chybotliwym blaskiem ognia w kominku. Glownym meblem bylo tu szerokie loze, na ktorym przykryta jedynie ciekim materialem przescieradla, lezala Altari. Na tyle, na ile dalo sie dostrzec widac bylo, iz wiekszosc ran zdazyla sie zagoic. Jednak kobieta nie otworzyla swych oczu ani na chwile pomino niewatpliwego halasu jaki zapanowal w miejscu jej spoczynku. Wygladala na martwa, co w istocie niewiele przeciez roznilo sie od rzeczywistosci.
Sariel natychmiast znalazl sie przy niej i uchwyciwszy jej dlon wyszeptal cos do ucha. Jej wargi rozchylily sie lekko wypowiadajac ciche:

- Zapraszam.

Mezczyzna usmiechnal sie czule obdarzajac jej usta delikatnym pocalunkiem, zas odwracajac sie w wasza strone zapytal z diabolicznym blyskiem w oczach.

- Gotowi na wycieczke?

Blysk swiatla. Cichy szum. Przyjemne cieplo i nagly wstrzas, ktory sprawil, ze z hukiem uderzyliscie o kamienna podloge.
Komnata byla znacznie wieksza, niz ta w ktorej byliscie jeszcze chwile temu. Bogate gobeliny zdobily jej sciany nadajac przytulnego wygladu. Jedynymi znajomymi rzeczami byl wesolo plonacy ogien w kominku oraz mezczyzna w bieli ostroznie ukladajacy spiaca Altari na ozdobnym lozu. Odwracajac twarz w wasza strone rzucil lekko rozbawionym tonem.

- Witajcie w Srebnym Lesie.
 
__________________
Pragnienie mężczyzny zwraca się ku kobiecie, pragnienie zaś kobiety rzadko zwraca się ku czemuś innemu niż ku pragnieniu żywionemu przez mężczyznę.
Spodziewany dzien 0 : 20 Styczen 2009
Midnight jest offline  
Stary 02-29-2008, 13:51   #50
 
Kelly's Avatar
 
Reputacja: 7 Kelly jest jak niezastąpione światło przewodnieKelly jest jak niezastąpione światło przewodnieKelly jest jak niezastąpione światło przewodnieKelly jest jak niezastąpione światło przewodnieKelly jest jak niezastąpione światło przewodnieKelly jest jak niezastąpione światło przewodnie
$: 215 168


Stephen był przybity i uradowany jednocześnie. Przybity, bo szlak go trafiał, kiedy anioł opowiadał o swoim związku z wampirzycą. Był zdołowały oraz wściekły jednocześnie, ale przy tym trochę uradowany, że jednak jego przypuszczenie na temat małżeństwa, okazało się błędne. Tylko co z tego, skoro widać było, ze patrzyli na siebie z taką czułością? Siedział, wsłuchiwał się w słowa Sariela coraz bardziej zaciskając rękę na grejpfrucie. Miał go zjeść, ale słuchając zapomniał o głodzie i nie myśląc zaciskał rękę. Silniej, silniej, silniej ... Łup!



W ręku zostały mu tylko kawałki owocu. Reszta albo spadła na podłogę, albo roztrysnęła się ciapciając dłoń, ubranie ... Szczęśliwie akurat wtedy trzasnął grom i zaczęła się akcja.

Szybko! Szybko! Szybko! Wszyscy pędzili. Pokój, gdzie leżała Altari był ciemny, oświetlany tylko przez żółtoczerwony płomień z niewielkiego kominka. Odpoczywała na łożu jedynie przykryta cienką, jedwabistą materią prześcieradła. Rany praktycznie miała zaleczone, przynajmniej większość, ale na pewno była bardzo słaba.

- Biedna – Powiedział cicho Stephen dzielna ... i piękna – końcowe słowo rzekł już tak cicho, że, jak był przekonany, nikt nie ma prawa tego usłyszeć. Ale ona naprawdę była piękna i taka cudownie kobieca, władająca potężna mocą, a jednocześnie bezbronna. Leżała, cieniutki materiał nie był w stanie ukryć jej posągowych kształtów, uwidaczniając kuszące wypukłości piersi: idealnie krągłych, białych niczym najświetniejszy marmur za wyjątkiem ciemniejszych plamek na środku.

Przyglądać się jednak nie miał czasu. Sariel porwał ją na ręce. Ucałował – uuu! – Nagle wszystko zniknęło.

Srebrny Las! Tak to nazwał. Ale co to było? Pokój, komnata, drugi koniec wszechświata. Bo lasu to tu nie widział.

- Wybacz, lordzie Sarielu. Cieszę się, że pani ... panna ... – nie wiedział co powiedzieć, wreszcie wybrnął – lady Altari lepiej się czuje i że no, że wygląda już tak dobrze .
- „Co za głupoty plotę
” – pomyślał rozpaczliwie szybko przechodząc na kwestie wojskowe.
- Ale czy mógłbyś powiedzieć nam, co się stało? Ten, który ją stworzył, powiedziałeś, ale co to znaczy. Pewnie skoro jest po stronie naszych przeciwników nie zawadzi wiedzieć o nim więcej, bowiem przypuszczam, że będzie on naszym celem, a my jego. Lepiej wiec wiedzieć więcej. Ponadto, jak rozumiem, póki lady Altari jest jeszcze – spojrzał z czułością na leżącą dziewczynę – jest nieco niedysponowana, pan sprawuje tu dowództwo? Czy mógłbym wobec tego dowiedzieć się, jaka są plany, możliwości, propozycje. Bowiem do tej pory wiem tylko tyle, ze mamy się bić z dywizją wampirów prowadzonych przez super silna istotę zła. No i jeszcze jedno, co z owa służącą oraz dzieckiem?.
 
Kelly jest offline  
Reklama
 


Użytkownicy aktualnie czytający ten wątek: 1 (0 użytkownik i 1 gości)
 
Narzędzia wątku
Wygląd

Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wł.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.

Podobne wątki
Wątek Autor wątku Forum Odpowiedzi Ostatni Post / Autor
[Komentarze] Dolina Ciszy (part 1) Midnight Archiwum sesji Autorskich 26 05-06-2008 12:33
[Autorski] Dolina Ciszy Midnight Archiwum rekrutacji 47 02-19-2008 01:27
Noc Opowieści part 2 - 15-16.03.08, Bydgoszcz Lhianann Konwenty oraz forumowe zloty 0 02-17-2008 09:37
[Warhammer 2 ed.] Dolina Śmierci Yaneks Archiwum rekrutacji 8 07-02-2007 15:37
D6 - Dolina Eredu Ryach Autorskie systemy RPG 2 03-12-2005 15:02


Czasy w strefie GMT. Teraz jest 16:51.