![]() | ![]() |
![]() |
| |||||||
| Sesje RPG -Autorskie Ścieżki wyobraźni są kręte. Sprawdź jak daleko wyobraźnia zaprowadziła wielu tych, którzy dali się jej ponieść. Zagraj w sesje oparte na systemach autorskich |
![]() |
| | Narzędzia wątku | Wygląd |
| | #111 |
![]() | Wolf był tak zachwycony faktem, że ktoś zajął się jego ręką, że James poczuł się jeszcze gorzej. Wdzięczność malująca się w oczach Martie'ego... z powodu paru listków... To było przerażające. I oznaczało, że Marti jest tylko chłopcem, podobnie jak Peter. James spojrzał na Kate. Lecz nim zdążył powiedzieć choćby słowo usłyszał, jak Wolf zwraca się do nich po imieniu... Zaskoczony obrócił się do pytającego. Przez moment czekał, aż Kate wyjaśni sytuację, ale ta milczała. A wypadało coś odpowiedzieć... "Diabli wiedzą" - chciał powiedzieć, ale w ostatniej chwili ugryzł się w język. Może ze względu na Petera, który wpatrywał się w nich niewinnymi, pełnymi ciekawości oczami ośmiolatka. - Nie wiem - powiedział w końcu. - Nie mam pojęcia, kto nam to zrobił... Cudowna broń terrorystów? Kosmici? Złośliwa wróżka? - Jakim cudem Peter nie pamięta nic, zaś Kate i ja wiemy, kim jesteśmy? A ty...? Sam nie wiem. Przed chwilą zachowywałeś się jak dziecko... Zdecydowanie marudny dzieciak. Może ci to wróci za chwilę. A może któreś z nas - wskazał na Kate i siebie - zapomni o tym, kim jest. - A jak to zostało zrobione? - wzruszył ramionami. - Podobają ci się te bajeranckie ciuszki? - spytał, wskazując na Kate. - Skąd się wzięły? Nie mam pojęcia. Albo to - poklepał swój plecak. - Połowa zawartości też się zmieniła. Pewnie jak wrócimy to Armia każe mi zapłacić za zniszczone mienie... - Tak samo nie wiem, czy to można jakoś odwrócić. Mam nadzieję, że jak dotrzemy na plażę to nadmuchamy nasze pontony i odpłyniemy... Może wtedy to COŚ przestanie działać... - Poza tym na plaży jest Amanda. I może Crowley doszedł już do siebie... Zostawilibyśmy Petera, żeby z nimi zaczął napełniać pontony, a my byśmy ruszyli szukać innych. Mam nadzieję, że nie zmienili się, tak jak Peter... Nie zdziecinnieli do końca... Określenie "zdziecinnieli" stosowane było raczej w innych okolicznościach, ale... Nie warto było zajmować się semantycznymi zawiłościami. - Chodźcie - powiedział, wskazując kierunek, w którym znajdowała się "ich" plaża. - Po drodze zabierzemy kawałek wojskowego mienia... - Tylko po cichu - powiedział do Petera - i ostrożnie, żeby wróg nas nie złapał... Ruszaj przodem. Mrugnął do Kate i podążył za Peterem. Nie miał zamiaru dzielić się z innymi najrozmaitszymi problemami. Nie było wiadomo, czy w ogóle zastaną Amandę i Crowley'a. Pontony mogły zniknąć albo przypominać sitko. Może trzeba będzie zbudować tratwę. Wiedział, jak to zrobić... Przynajmniej jego umysł wiedział, a ręce? Może jeszcze coś potrafią... Mogło się też okazać, że z wyspy nie da się odpłynąć. Jak w jednym filmie, którego tytułu nie potrafił sobie przypomnieć. Pewnie dlatego, że go nie oglądał... Ale i tak miał zamiar stąd się wydostać. Nawet gdyby miał zrównać z ziemią ten przeklęty wulkan. |
| | |
| Reklama |
| |
| | #112 |
![]() | Kate poczuła się jakoś nieswojo, jakby połknęła wielki kamień, który teraz ciążył w jej żołądku. Zaczynały doskwierać jej wyrzuty sumienia. Nakrzyczała na Wolfa a ten patrzył na nią zdezorientowany z miną zbitego psa. Po wyrazie jego twarzy wywnioskowała, że prawdopodobnie zaraz wybuchnie płaczem. Kate, ty bezduszna żmijo – skarciła się w duchu – nawrzeszczałaś na małe dziecko! Jesteś bez serca! I co, będziesz z siebie dumna jeśli teraz chłopak zaleje się łzami? Jeszcze przed chwilą to ty płakałaś mu na ramieniu i szukałaś u niego pocieszenia a teraz traktujesz go chłodno jakby był ci kompletnie obojętny. A przecież nie jest, prawda? - zapytała samą siebie i tylko westchnęła zrezygnowana. Na szczęście okazało się, że Kent zachował zdolność trzeźwego myślenia. To dobrze, nie będzie zmuszona w pojedynkę odgrywać roli niańki. Perspektywa trzymania w ryzach zgrai dzieciaków napawało ją nie lada przerażeniem. A tak, ciężar rozłoży się przynajmniej na ich dwoje. - Miło słyszeć, że z tobą wszystko w porządku Kent - Uśmiechnęła się do niego życzliwie i uścisnęła go lekko. Zdecydowała się na ten przyjacielski gest aby podkreślić, jak bardzo liczy teraz na jego wsparcie. - I nie waż się dziecinnieć. Nie pozwolę ci abyś zostawił mnie w tym wszystkim samą. Kent radził sobie z całą sytuacją bardzo sprawnie. Zaprowadził porządek szybciej niżby Kate go o to podejrzewała. Zajął O'Hrurga naprędce wymyśloną misją „wielkiej wagi” a Wolfowi okazał należyte zainteresowanie, co sprawiło, że ten wreszcie się uciszył i uspokoił. - Masz niezłe podejście do dzieci – rzuciła obserwując całe zajście – Powinieneś sobie sprawić własną gromadkę jak już wrócimy z tej pieprzonej wyspy. Mijasz się z powołaniem. - uśmiechnęła się ukazując rząd drobnych białych zębów. Po chwili James znów się odezwał: - Proponowałbym zaprowadzić dzieci na plażę, a potem poszukać innych... - Absolutnie cię popieram – odparła zdecydowanie i zerknęła na pozostałą dwójkę – Zajmij się O'Hrurgiem, ja przypilnuję Wolfa. Obaj kończyli właśnie zabawę w lekarza i pacjenta. Mały Marti w niczym nie przypominał Wolfa, z którym ruszała na tą misję – stanowczego charakternego Marine. Teraz stał przed nią mały zagubiony chłopczyk i coś usilnie w niej krzyczało, że powinna się nim zaopiekować. Przecież towarzysze broni powinni dbać o siebie nawzajem. A poza tym naturalnie się z Wolfem polubili, chociaż może nie do końca o to w ich relacjach chodziło. Mimo to jest to Wolfowi winna. W końcu złamał rozkaz by znaleźć ją w tej przeklętej mgle. Zbliżyła się do Martiego i przykucnęła przed nim w momencie gdy coś na jego twarzy zaczęło się zmieniać. Spojrzał jakoś bardziej przytomnie i wykrztusił z siebie głosem, który miał co prawda dziecięce brzmienie, ale ton wydawał się jakby bardziej poważny: - Kate? James? … Co… co się dzieje… Zaniemówiła. Kent jako pierwszy pospieszył Wolfowi z wyjaśnieniami. A ona po prostu wpatrywała się w Martiego i czuła wdzięczność, za to, że jego stan uległ poprawie. Ale czuła coś jeszcze. Teraz kiedy wiedziała, że to dziecięce ciało ukrywa w sobie umysł dorosłego Wolfa, przyszedł czas na to, aby się zawstydzić. Spuściła wzrok i oblała się soczystym rumieńcem. Jeśli wrócił do siebie, to zapewne przypomniał sobie ostatnią scenę kiedy jeszcze byli w pełni dorosłymi ludźmi. Kiedy to Kate zapłakana garnęła się do niego a on ochoczo ją pocieszał. Przecież gdyby nie powaliła ich ta dziwna senność nie wiadomo jakby się ta scena zakończyła. Coś się między nimi działo, wiedziała to z całą pewnością. A teraz Marti także sobie to przypomniał. Ich rozmowa urwała się wówczas w połowie ponieważ pogrążyli się we śnie. Czy będzie chciał kontynuować ten temat? I jak rozmawiać o dojrzałych sprawach z kimś o aparycji dwunastolatka? - Witaj z powrotem Wolf – wyszeptała entuzjastycznie dopiero kiedy Kent zakończył monolog. Ciasno objęła go ramionami za szyję jakby przez dłuższy czas się nie widzieli. Kent ponaglał do drogi. Przytaknęła tylko i ruszyła za nim biorąc pod rękę Wolfa. Konspiracyjnie szepnęła mu jeszcze do ucha: - Przepraszam, że na ciebie nakrzyczałam Marti. Chciałam tylko abyś doszedł wreszcie do siebie. I dziękuję, że za mną wtedy pobiegłeś i... za to co powiedziałeś. Ostatnio edytowane przez liliel : 07-13-2008 o 12:51. |
| | |
| | #113 |
![]() | Bańki!!! - wrzasnął Charles, gdy tylko przestał panicznie się bać smoka. I za nic mając zdziwione spojrzenia swoich kolegów (chociaż kto wie - śmiali się z niego, a prawdziwi koledzy nigdy się z siebie nie śmieją, nie w tak wredny sposób... Tak przynajmniej mówił tato. Może dlatego Charlie nigdy nie miał kolegów?), puścił się biegiem i zaczął, skacząc, przebijać kolejne bańki mydlane, które jeszcze parę sekund temu napawały go ogromnym przerażeniem (głos rozsądku podpowiadał bowiem - "A jak są z kwasu? Terroryści często robią takie rzeczy...") - Hej, chłopaki, cemu się nie bawicie!? - zawołał z radosnym wyrazem twarzy, by po chwili usłyszeć wykład Lane'a. Strasznie nudny wykład... Przeklinał, mówił o jakichś głupotach, co z nim się działo? Przecież mogli się chwilę pobawić, jeszcze chwileczkę... Ale nie. Wracać do swoich, ciężko pracować... A tam będzie przecież major. A jak pan O'Hrug ich okrzyczy? Jak zabroni im się bawić? On przecież będzie nadal dorosły... Straffey powoli przestawał już myśleć jak dawniej... - Łódź? Po co płynąć łodzią? Moźna pzeciez fajniej!- zawołał Charlie i z uśmiechem podbiegł do leżącego nieopodal ogromnego głazu. Dawniej pewnie by na niego wskoczył, w końcu był do tego profesjonalnie przygotowany, ale teraz tylko się do niego przytulił, zamknął oczy i zaczął krzyczeć: To jest właśnie mój kamycek Pada nań słońca plomycek I tak gzeje, gzeje, gzeje Az poklywkę wiatl rozwieje A w ślodeczku się ulodzi Glyf! Paccie, jus wychodzi! Odskakując od kamienia, chłopak poczuł, że nagle zerwał się mocny wiatr, a z głazu zaczęły odlatywać coraz to większe kamyczki. Po chwili cały głaz zakrył się pyłem, a gdy wiatr ustał, a piach opadł, ich oczom ukazało się naprawdę dziwne stworzenie... ![]() - Ooo ja Cieeeee! Glyf! Glyf jak w Halym Poteze!- zawrzeszczał Straffey i już chciał dopaść do istoty, gdy przypomniał sobie co pisano o tych stworzeniach... Przecież one gniewały się na ludzi, nie były dobre, oj nie były... Kopały, dziobały, gryzły, warczały... To niebezpieczne zwierzęta! - Ale Halemu się udało...- myślał na głos chłopiec - Jak go ućył Haglid, jak to było... Pochylić głowę i podejść, ukłonić się powoli... I być gziećnim, i byś spokojnym, to glyf nas polubi i psestanie walceć i kopać...- jak mówił ta robił, a po chwili stał już obok gryfa - A telaz spokojnie Panie Glyfie, chciałbym wejść na pana gzbiet...- wymruczał Charlie, a gryf jakby posłuchał - mrugnął jednym okiem i delikatnie się schylił. A gdy Straffey siedział już bezpiecznie, zapomniał o całej ostrożności... - Leeeciiiiiiimy!- krzyknął Anglik, a jego towarzysze pierwszy raz podczas tej wyprawy widzieli na jego twarzy szczerą radość - Tam, na ten śtatek! Chwilę jeszcze poczekał, by zobaczyć, czy chłopcy polecą z nim i, niezależnie od tego, wzbił się na grzbiecie swojego nowego, najlepszego przyjaciela daleko, w niebiosa. Prosto w kierunku lecącej łodzi...
__________________ Kutak - to brzmi dumnie. Ostatnio edytowane przez Kutak : 07-13-2008 o 14:00. |
| | |
| | #114 |
![]() | Podporucznik Marti Wolf Marti Wolf był w szoku... Ciężkim szoku. Mało interesowało go to, co Kent ma w tej chwili do powiedzenia. Wiedział, że to z całą pewnością jest diabelnie ważne. Ważniejsze od tego było jednak coś, co obudziło Wolfa ze stanu psychicznego, którego nie potrafił określić. Zaczął szybko analizować sytuację. Przecież jeszcze przed chwilą był dzieckiem. Teraz dotarły do niego te niedorzeczne zjawiska jakie miały miejsce, gdy strzelał z procy w motylki i... i jaka Mucha do diabła... Szybko odgenał to od siebie, kiedy zorientował się co sprowadziło go na ziemię. Miał ten obraz przed oczami. Poczuł sie teraz jakby ktoś dał mu w pysk i skopał jak jakiegoś lumpa żebrającego na najtańszą whisky. "I nie waż się dziecinnieć. Nie pozwolę ci abyś zostawił mnie w tym wszystkim samą." - ...Że co?! ... - I jeszcze go przytuliła... Jak mogła! Szlag... Wolf co się z tobą dzieje... Ty... Jesteś zazdrosny. W dodatku gadasz sam do siebie. Kurwa mać. Ta sytuacja naprawdę go zirytowała. Miał ochotę teraz skopać dupę tego... tego... tego zasranego cywila! Nawet nie potrafił skupić myśli, żeby uczciwie go zwyzywać! Dał mu skończyć monolog. Spokojnie spoglądając na Kate... Czuł jak coś się w nim roztapia. I wiedział, że to nie przez jej kobiecą urodę, ponieważ teraz była dzieckiem z krwi i kości. Miał jednak świadomość tego, że psychicznie była kobietą. To go uświadomiło, że coś miedzy nimi zaiskrzyło. Gdy spuściła wzrok i oblała się rumieńcem, był już pewny. Wiedział, że musi coś zrobić. Jakoś zareagować. Z pewnością pamięta co stało się zanim dopadł ich sen. Była wtedy taka słodka. Ciekawe jak mogło się to zakończyć. Na myśl o tym jedynie się uśmiechnął...i jednocześnie był przerażony. Wiedział, że jesli wrócą z tej misji, jego życie może ulec zmianie dzięki niej. Był na to gotowy? Pewnie będzie teraz się tym głowić. Czy zagadam? Czy jestem świadomy? Cholera. Zdecydowanie powinienem, ale jak do diabła gadać o poważnych sprawach z dziewczynką... Nagle cisza została przerwana. Jej słowa padły niczym grom z jasnego nieba. Chciał coś powiedzieć, ale czuł się jakby ktoś wsadził mu korek w gardło i zatkał tam wszelkie kluczowe dla tej sytuacji słowa. Objęła go za szyję...mocno i z uczuciem. - W...w...witaj Kate... - zająkał się. - Brawo Marti. Tylko nie zagadaj jej na śmierć! Kurwa... - zaczął się karcić w myślach. Kent zaczął gadać cos o plaży. Marti dopiero teraz zauważył małego O'Hrurga, który uświadomił mu jego zachowanie z przed kilku minut. To był istny cyrk. Szybki pogląd na sytuację przerwała Kate, która biorąc go pod rękę ruszyła do przodu i zaczęła kontynuować rozmowę. - Przepraszam, że na ciebie nakrzyczałam Marti. Chciałam tylko abyś doszedł wreszcie do siebie. I dziękuję, że za mną wtedy pobiegłeś i... za to co powiedziałeś. - Nic się nie stało Kate. Ja... ja... Ehh... Po prostu byłem wtedy szczery i chciałbym żebyś wiedziała... że... że... o Kurwa! - Te słowa wyrażały więcej niż Raffaello, zmotywowane cieniem "czegoś" co dostrzegł na niebie - czegoś dużego...
__________________ Zapracowany - będą opóźnienia w postach. :( |
| | |
| | #115 |
![]() | Patrząc na pikującego smoka Jake czuł się zupełnie jak na rollercoasterze, kiedy razem z Georgem podwędzili bilety kasjerce. Darł się w identyczny sposób. Smok, atakował ich prawdziwy kurwa smok! Jeszcze nie zdążył przyzwyczaić się do dziecięcej wersji siebie i swoich kompanów, nawet nie wyszedł z szoku, czy może uroku po wyczarowaniu aniołka-wróżki, kiedy pikował na niego zębaty potwór. Rollercoaster też mu się zajebiście podobał. Bańki! Było to dla niego czymś w rodzaju oglądania sztuczki magicznej. Twoja głowa wie że cylinder powinien być pusty, ale tak naprawdę czekasz tylko kiedy wyfruną z niego gołębie. Bańki są świetne, Scott całe dnie potrafił spędzić na wydmuchiwaniu przez słomkę płynu do mycia naczyń mamy, aż bolała go głowa. Smok to niezły jajcarz - pomyślał, a jakby na potwierdzenie jego słów ten biorąc zakręt mrugnął do niego. Wiedział, że powinien czuć strach, z powodu tej całej pokręconej sytuacji, ale jakoś zupełnie mu to nie przeszkadzało. Uśmiechnął się bezwiednie do sympatycznej bestii. Jego uwagę zaraz przykuły bańki upatrzył odpowiednią rozmiarowo i zawołał swoich podkomendnych. - Chłopaki patrzcie na to! - Wprawnym ruchem kłapnął szczęką pochłaniając bańkę niczym Zły Wilk połykający Bezbronną Owieczkę. Dumny uśmiech zagościł na twarzy chłopca. Nie przestając się uśmiechać pogładził się po brzuchu i beknął soczyście... wielkim płomieniem. ![]() -Lubię pikantną kuchnię - powiedział z zawadiackim grymasem. Już miał powiedzieć coś w stylu dobra żołnierze koniec zabawy, bo w końcu stwierdził, że pamięta gdzie i po co jest, a przez chwilę można się przecież powygłupiać, ale właśnie w tym momencie ten irygu... irymu... czasem wkurzający Charlie wyczarował gryfa. Wooooaaaaał - Skomentował tylko Scott. To było coś, bestyjka naprawdę nieczęsto spotykana, ale jak wierzył Jake, żyjąca gdzieś w górach daleko od ludzi z powodu swojej nieśmiałości i jakiejś dumy. Anglik może bywał irytujący, ale widocznie bawić też się umiał - Nie ma co czekać chłopaki wsiadamy! Ostatnio edytowane przez Angrod : 07-13-2008 o 23:03. |
| | |
| | #116 |
| Obsługa ![]() | Kate, Marti, James Przyglądając się swoim żołnierzom O’hrurg nawet nie zwrócił uwagę, że z jego nosa zaczął zwisać pokaźnych rozmiarów glut. Zauważyli to natomiast pozostali, szykując się do wędrówki z powrotem na plażę, gdzie rozbili obóz. - Peter, smark ci wisi! – nie wytrzymał wreszcie Kent i zwrócił uwagę dowódcy. W końcu jako cywil mógł dać sobie spokój z tymi stopniami wojskowymi. Zresztą major bynajmniej się nie oburzył, a jedynie rękawkiem bluzki, obtarł nos rozmazując sobie gluta na twarzy. - Fuuuuuj! Zgorszyła się szczerze Kate, jednak szybko się opanowała. Była przecież dorosła! Z kieszeni wyciągnęła chusteczkę higieniczną i podała ją O'hrurgowi. - Proszę. – widząc jednak nieumiejętne poczynania ośmiolatka, nie wytrzymała – Daj, wytrę cię. Tymczasem Wolf nie zwracając uwagi na otoczenie wciąż wpatrywał się w rosnący punkt na niebie. "Co to może być? Samolot? Nie... to raczej coś żywego, coś jak...?!" - To... to... – Marti nie mógł uwierzyć własnym oczom – To smoook!!! - Taa jasne... – powiedział na to z przekąsem James, lecz i on stanął jak wryty, gdy spojrzał w niebo. To samo stało się z pozostałą dwójką, choć mały O’hrurg ze strachu szybko czmychnął za plecy sierżant Anderson. Bestia zaś zatoczyła krąg wysoko nad ich głowami, by zaraz po tym majestatycznie zacząć opadać w dół. Wiatr wytwarzany przez jej skrzydła był tak silny, że nie tylko rozwiewał ubrania dzieci, ale wręcz łamał gałęzie drzew i krzewów. Przy czym te, które przetrwały, i tak nie oparły się ciężarowi kilkunastometrowej bestii, kiedy ta wylądowała tuż przed czwórką obcych. ![]() Co teraz? Co robić? Przecież nie uciekną, nie zdążą! Zostaną spaleni żywcem, albo... albo... - Witajcie dzieciaczki, nazywam się Baltazar. – przemówiło ludzkim głosem smoczysko, kłaniając się lekko – Mam za zadanie powitać was w Nibylandii i jednocześnie przeprosić za wszelkie niedogodności. Chcąc to wynagrodzić jakoś, Piotruś Pan zaprasza was do swojego zamku na wielkiej górze, gdzie czeka na was już pyszna kolacja, pokoje z ciepłymi łóżeczkami, a także... kraina zabawek! Z wielką przyjemnością zaniosę was na grzbiecie do jego posiadłości, gdzie zabawa nigdy się nie kończy... - HURRRRAAA!!! – wykrzyknął na to radośnie O’hrurg, którego oczy świeciły się z radości niczym latareczki, gdy biegł w kierunku smoka - I będziemy teraz latać? - Oczywiście, Peter. Po to właśnie mam skrzydła, żeby latać.– odpowiedział ze spokojem Baltazar, pomagając się wgramolić małemu ośmiolatkowi, po chwili spojrzał na pozostałą trójkę – A ty dziewczynko masz na imię Kate, prawda? Twój brat nie może się już doczekać, kiedy cię zobaczy. Bestia wyszczerzyła lekko zęby, co prawdopodobnie miało być uśmiechem. Christopher, Charles, Jake - Hahahahahahaha!!! Radosny śmiech i wiwaty raz po raz wyrywały się z gardeł trzech chłopców, szybujących w przestworzach na grzbiecie potężnego gryfa. Ten, wyraźnie chcąc sprawić jeszcze większą radość swym jeźdźcom, wykonywał przeróżne akrobacje, dbając jednak o to, by żaden z podróżujących nie spadł. Nagle – jak na komendę – wszyscy uspokoili się i umilkli, oto bowiem przed nimi spomiędzy chmur wyłonił się najprawdziwszy w świecie statek piracki... I to latający statek piracki! ![]() - Baaaajer! – wymruczał z podziwem Scott. - Panie Glyfie, lądujemy tam. – wyseplenił na to Straffey, który wyraźnie czuł się łącznikiem drużyny z legendarnym stworzeniem. Gryf posłusznie zatoczył krąg w powietrzu, po czym łagodnie opadł na pokład. Zaciekawieni znaleziskiem chłopcy zeskoczyli z jego grzbietu i rozpierzchli się po statku. Jedynie mały Anglik przypominając sobie sceny z Harry'ego Pottera, odwrócił się do gryfa, a następnie ukłonił, co uczyniło również zwierzę. Wydawszy z siebie krótki, pożegnalny krzyk, gryf wzbił się w powietrze, niedługo potem znikając między chmurami. - Dziękuuuujeeeemyyyy!!! – krzyczał za nim Charles, machając żywo rękami. W tym czasie Scott i Lane przeprowadzili wstępny rekonesans. Wszystko wskazywało na to, że byli sami na podniebnym statku, który wisiał teraz nieruchomo na niebie. - Pewnie piraci wykonywali abro... aborado, abordaż i jeszcze ni wrócili albo umarli... – mówił do siebie Christopher przeszukując statek. Właśnie udało mu się otworzyć wielką, drewnianą skrzynie stojącą przy maszcie, na widok której zawartości, chłopak aż gwizdnął – O kurcze... To jest prawdziwy, najprawdziwszy hak kapitana Haka! ![]() Z czcią uniósł znalezisko do góry, jednak stojący niedaleko Jake tylko rzucił nań przelotnie wzrokiem. Wszak to, co przyciągało jego spojrzenie w tej chwili, to puściutki mostek kapitański wraz z potężnym kołem sterowym. Chłopak uśmiechnął się łobuzersko. „A gdyby tak...?”
__________________ Czy wiesz że gdy pada śnieg Moje oczy stają się większe A światło którym lśnisz jest niewidoczne? Ostatnio edytowane przez Mira : 07-14-2008 o 21:41. |
| | |
| | #117 |
![]() | - Peter! Smark ci wisi! - powiedział James. I natychmiast pożałował tych słów ujrzawszy reakcję O'hrurga. Na szczęście Kate zachowała się jak przystało na przykładną dziewczynkę. "Ja bym najwyżej zerwał kolejny liść" - pomyślał James z ukrywanym uśmiechem, gdy Kate z zapałem godnym lepszym sprawy wytarła zasmarkanego Petera. Chociaż musiał przyznać, że po tym zabiegu mały major wyglądał dużo lepiej... - To. to... To smoook! - rozległ się drżący głos Wolfa. - Taaa... Jasne... - w głosie Jamesa nie było nic poza skoncentrowanym brakiem wiary. Smoków nie było i wiedział o tym każdy. Występowały tylko w książkach i filmach... Ale widocznie nie wiedziała o tym wielka bestia, które najspokojniej w świecie szybowała w ich stronę. Zanim szok spowodowany widokiem smoka minął, nie było już czasu na wykonanie taktycznego manewru zwanego przez niektórych "wycofaniem się na z góry ustalone pozycje". Osłaniając oczy przed tumanami kurzu wzniesionymi przez lądującego i machającego ogromnymi skrzydłami smoka James cofnął się o parę kroków. Żałował trochę, że nie może postąpić tak, jak Peter, czyli schować się za kimś z pozostałych. "Zeżre nas, czy spali?" - zdążył pomyśleć widząc, jak smok otwiera wielką paszczę, w której (tak przynajmniej mu sie zdawało) on sam zmieściłby się bez problemów. Czarny scenariusz nie spełnił sie, ale słowa smoka wcale się Jamesowi nie spodobały. "Nibylandia? I nieszczęsny Piotruś Pan..." - pomyślał. Jak sięgał pamięcią nie znosił tej książki. I nigdy nie ciągnęło go do tej cudownej krainy, w której dzieci mogły latać... Sam nawet nie wiedział, dlaczego... Z zaproszenia też nie bardzo chciał skorzystać... Wolałby iść na plażę i wrócić do normalnego świata. Bycie dzieckiem nie podobało mu się ani trochę. Raz już przeżył dzieciństwo i ten jeden raz wystarczył mu w zupełności. Peter, nie mający żadnych wątpliwości i, jak każde normalne dziecko palący się do nowych, ekscytujących wrażeń popędził w stronę smoka i natychmiast zaczął się wdrapywać na grzbiet bestii. - Peter! - powiedział James z naciskiem. - Może tego smoka przysłał kapitan Hak? Peter nawet nie raczył odpowiedzieć. Mina Kate wskazywała na to, że ma zamiar iść w ślady chłopca. A James nie chciał... Tylko jak powiedzieć takiej bestii, że ma się wypchać i spadać? "Ale przecież smoków nie ma..." - zdrowy rozsądek raczył otrząsnąć się z szoku i budzić szare komórki. James przymknął oczy. "Smoka nie ma... Nie ma... NIE MAAAA..." - przekonywał sam siebie. Wrzask Petera sprawił, że James otworzył rozluźnił zaciśnięte nie wiadomo kiedy pięści i otworzył oczy. Peter siedział na ziemi z wyrazem niebotycznego zdziwienia na twarzy i pocierał bolący tyłek. Smok zniknął. Ostatnio edytowane przez Kerm : 07-14-2008 o 20:33. |
| | |
| | #118 |
![]() | Widok obleczonego w łuski cielska tak ją oszołomił, że stanęła ja wryta i tylo gapiła się tępo w potężną paszczę potwora. To nie możliwe – pomyślała – Smok? Musiałam jednak zwariować. Mały O' Hrurg schował się za plecami Kate a ona w pierwszym odruchu chwyciła go za rękę i zasłoniła własnym ciałem. Miała głęboko zakorzenione poczucie odpowiedzialności za młodsze rodzeństwo. Kiedyś opiekowała się bratem a teraz O'Hrurg trochę jej go przypominał. - Nie bój się Peter – po raz pierwszy zwróciła się do „dowódcy” po imieniu. To dość nieprofesjonalne ale sądziła, że O'Hrurg nie powinien jej mieć tego za złe w obecnej sytuacji. A wtedy bestia odezwała się ludzkim głosem i się przedstawiła. Jak na smoka był zdaję się wyjątkowo dobrze wychowany. Próbowała wyłapać coś z jego paplaniny. Piotruś Pan, ciepłe łóżeczka i kraina zabawek. Wydawało jej się to trochę podejrzane, jak kuszenie Chrystusa na pustyni. Zbyt dużo złożonych obietnic, a Kate stanowczonie ufała obietnicom bez porycia. Może na miejscu czeka na nich jakiś psychopata, który będzie chciał ich poszatkować i zakopać w zbiorowej mogile? Dlaczego u diabła miałaby ufać kilkutonowej bestii, na dodatek takiej, która w bajkach i legendach zazwyczaj spala wioski i zjada ludzkie mięso? Może właśnie tak to sobie obmyślili. Smok kusi potencjalne ofiary wizją pysznej zabawy, zwodzi i mydli dzieciakom oczy, żeby później padły ofiarą psychopaty o pseudonimie Piotruś Pan. Nie wiadomo co dzieje się na tej cholernej wyspie, jakimi prawami się rządzi. Czy jeżeli byliby bohaterami filmu to cała ta opowieść kwalifikowałaby się na film familijny czy raczej kino grozy? Baltazar pomógł małemu O'Hrurgowi wgramolić się na swój grzbiet po czym zwrócił się bezpośrednio do niej: – A ty dziewczynko masz na imię Kate, prawda? Twój brat nie może się już doczekać, kiedy cię zobaczy. Jeśli wcześniej miała jakieś wątpliwości to rozwiały się nagle jak poranna mgła. Musi przecież odnaleźć brata. Musi dotrzeć do niego za wszelką cenę a ta bestia oferowała jej darmowy transport. Nawet jeśli coś knuje nie może sobie pozwolić na odrzucenie takiej propozycji. - Tommy? - rzuciła entuzjastycznie i uczyniła kilka kroków w stronę smoka z zamiarem wgramolenia się na jego grzbiet kiedy ten nagle... zniknął. Mały O'Hrurg z trzaskiem wylądował na ziemi. Wyglądał na równie oszołomionego jak ona sama. Jeszcze raz przetarła oczy przekonana, że wzrok ją jednak zawodzi. To z pewnością nie on za tym stoi – pomyślała patrząc na zaskoczenie wymalowane na twarzy Petera – i nie ja. Kto w takim razie zawinił? Ze złością odwróciła się na pięcie by stanąć twarzą w twarz z pozostałą dwójką chłopców. - Który z was mi to zrobił? - krzyknęła wściekle i przenosiła spojrzenie z Kenta na Wolfa i z powrotem – Ten... smok – sama nie wierzyła, że to mówi, że poddała się temu zbiorowemu szaleństwu – miał mnie zabrać do brata. Możecie mi wyjaśnić dlaczego u diabła zniknął? Albo lepiej nic nie wyjaśniajcie, nie obchodzi mnie to! - demonstracyjnie zaczęła tupać nogami – Po prostu sprowadźcie go z powrotem! |
| | |
| | #119 |
![]() | liliel & Kerm Zdziwienie Jamesa było chyba równe temu, jakie malowało się na twarzy Petera. Smoka nie było. I świadczyły o tym nie tylko łzy w oczach Petera, ale również pełne wściekłości słowa Kate. Widocznie dziewczynka uwierzyła w możliwość spotkania ze swoim bratem... - Jak ty sobie wyobrażasz, że ktoś z nas mógłby "zniknąć" tego smoka? - spytał z nieukrywanym zdziwieniem. Sam nie wierzył, że to się mogło udać, mimo tego co widział przed sobą. A raczej - czego nie widział. - Przecież to była wielka bestia... Ogromny potwór. Spojrzenie Kate nie wróżyło nic dobrego. Dziewczynka wyglądała tak, jakby miała zamiar obedrzeć kogoś ze skóry. O on zdecydowanie był do swojej przywiązany... Poza tym... Czy to z pewnością to była jego sprawka? Może smok zniknął sam z siebie... - Tak samo, jak ktoś mógł zamienić motyle w fajerwerki i wyczarować tę przeklętą muchę! - krzyknęła Kate za złością. - Wolf, przyznaj, że to ty? - zwróciła się wreszcie w stronę Martiego. - Masz już pewne doświadczenie z "magią wyspy" - zakpiła i wlepiła teraz w Wolfa pełen wyrzutów wzrok - Ja was chyba... - chciała coś zrobić, ale tylko obróciła się wokół własnej osi i zrezygnowana usiadła na ziemi. James przełknął ślinę. Co prawda cieszył się, że to nie na niego naskoczyła Kate, ale z drugiej strony nie bardzo chciał, by Wolf stał się kozłem ofiarnym. Poza tym... Czy na pewno któryś z nich był winny? Podszedł do siedzącej na ziemi dziewczynki i przykucnął przy niej. - Słuchaj... Może to jednak nie Wolf? Może te przedmioty... te wyczarowane... znikają same z siebie... - powiedział nieco niepewnie. - Mówiłaś coś o fajerwerkach i muszce... A jak przyszedłem, to niczego takiego nie było. Rozpłynęły się w powietrzu... Może ten smok też przestał istnieć, bo skończył się jego czas... - Wygadujesz bzdury Kent - Kate wstała, a jej wskazujący palec wystrzelił oskarżycielsko w jego kierunku. - A może mówisz tak ponieważ to twoja sprawka. Ha! - uśmiechnęła się jakby wszystko w jej głowie zaczęło się układać w logiczną całość. - Zresztą to nieważne. Nie chcecie iść? Ja nie mam bynajmniej zamiaru was zmuszać. Skoro wy możecie sobie bezkarnie czarować to pewnie i mnie wolno! - chodziła między nimi naburmuszona jak osa. - Chcę tego cholernego smoka! Ma wrócić! - krzyknęła zaciskając oczy. - Ale ja nie wierzę w te całe czary - powiedział James, ale do Kate to nie docierało. - Ma wrócić, wrócić, wrócić - powtarzała jak mantrę. Potworny huk rozdarł powietrze, a kłęby dymu przesłoniły okolicę. Gdy opadły, James ujrzał przed sobą wykrzywiony w uśmiechu, wielki czerwony pysk. ![]() Smok wrócił. Kate nie oglądając się na nikogo pobiegła w stronę smoka i wdrapała się na jego grzbiet. - Lecicie ze mną czy będziecie tak stali? - spytała. James, z miną człowieka wędrującego na szafot, ruszył w jej kierunku. |
| | |
| | #120 |
![]() | Chris Lane - Charlie! Chaaaarlieeee! – przekrzykiwał szum powietrza, trzymając się kurczowo sierści gryfa. – Ale fajowa przejażdżkaaaa! Mały Anglik coś odkrzyknął zaaferowany. Pęd powietrza wyrwał mu słowa z ust i pognał je poza horyzont. Chris niczego nie usłyszał, ale zobaczył, co pokazuje Charlie. Gigantyczny, fruwający okręt piracki! - O mamciu! – krzyknął na widok ogromnego galeonu, który przebijał się właśnie przez chmury. Gryf z gracją wylądował na pokładzie okrętu, pozwolił chłopcom zejść a potem odleciał żegnany okrzykiem Charliego. - Superancko Charlie– Chris klepnął kumpla w ramię. – To prawdziwy statek piratów. Chłopaki, ale jazda!! Rzucił, podobnie jak pozostali do przeszukiwania okrętu, który okazał się być kompletnie pozbawiony załogi. Dopadł stojącej obok wejścia do nadbudówki rufowej wielkiej, drewnianej skrzyni i dwoma rękoma zaczął podnosić wieko. Zawiasy zaskrzypiały, Chris stęknął, lecz zawartość kufra stanęła wreszcie przed nim otworem. Dzieciak zajrzał zaciekawiony do środka: - O rany! To statek kapitana Haka! – I rozejrzał się nieco zaniepokojony, jakby obawiając się, że okrutny korsarz wyskoczy nagle spod pokładu wraz ze swą niesławną bandą łupieżców morskich. Ale na pokładzie poza chłopcami nikogo nie było. Wydobył więc zawartość kufra. – Popatrzcie! Hak kapitana Haka! Promienie słoneczne odbijały się w obejmie i zakrzywionym ostrzu. Chris dojrzał jednak coś innego, co go zaciekawiło. Wielkie koło sterowe, do którego już podchodził Scott. - Scottie! Poczekaj! Poczekaj! Ja też chcę!! – i pognał jak na złamanie karku po chybotliwym pokładzie. Gdzieś w Polowie drogi potknął się o drewniane wiaderko i potoczył się po pokładzie do wtóru wszystkich „auciów”, „ajów” i „ochów”. Zatrzymał się dopiero plecami na schodach prowadzących do kola sterowego. Na ich szczycie stał Scottie, który właśnie pękał ze śmiechu. Chris wstał na równe nogi, ręką potarł obolałe plecy i jęknął raz jeszcze: - Fajny z ciebie kolega… Szkoda gadać… W tej chwili zabrakło mu trochę mamy. Mama by podeszła i pogłaskała go po głowie, a potem pocałowała bolące miejsce. A tak… Chris przypomniał sobie twarz mamy, długie blond włosy, uśmiechnięta buzia. Mama ma na imię Eleanor i sama się nimi zajmuje. Nim i młodszą siostrzyczką Fioną… Zaraz! Chrisa aż zmroziło. Eleanor była jego żoną, a Fiona ukochaną córką. Ale przecież ma tylko 10 lat, nie może mieć żony! Zamknął oczy, gdy nagle przypomniał sobie, kim jest. - Sierżant sztabowy Christopher Lane, 1st Special Operational Detachment – Delta (Airborne). To tajna misja rządu Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej… - wyrecytował machinalnie. Nagle przerwał, otworzył oczy, widząc, ze Scottie kręci kołem sterowym: - … i to jest super zabawa… Jestem komandziochem, szczelam do retorystów i jestem jak Kapitan Ameryka! |
| | |
| Reklama |
| |
![]() |
| Użytkownicy aktualnie czytający ten wątek: 1 (0 użytkownik i 1 gości) | |
| Narzędzia wątku | |
| Wygląd | |
| |
Podobne wątki | ||||
| Wątek | Autor wątku | Forum | Odpowiedzi | Ostatni Post / Autor |
| [komentarze] Fontanna Młodości | Mira | Komentarze do sesji RPG - w systemach autorskich | 215 | Dzisiaj 11:00 |
| [Autorski] Fontanna Młodości | Mira | Archiwum rekrutacji | 40 | 02-24-2008 21:15 |