![]() | ![]() |
![]() |
| |||||||
| Sesje RPG -Autorskie Ścieżki wyobraźni są kręte. Sprawdź jak daleko wyobraźnia zaprowadziła wielu tych, którzy dali się jej ponieść. Zagraj w sesje oparte na systemach autorskich |
![]() |
| | Narzędzia wątku | Wygląd |
| | #151 |
![]() | Z kieszeni Lane'a coś wypadło a Kate kierowana jakąś dziecięcą ciekawością zerknęła zaintrygowana na podłogę. Zdjęcie. Musiało przedstawiać rodzinę sierżanta. - Śliczne dziewczyny – stwierdziła Anderson – jeśli chcesz je jeszcze kiedyś zobaczyć lepiej żebyś czarowanie odstawił na bok, Lane. Masz dla kogo wracać jak widzę i lepiej o tym nie zapominaj. Wystarczy, że Scott i Straffey cofnęli się w rozwoju. Niańczenie ich dwójki to już nie lada wyzwanie. Wolałabym ciebie mieć po swojej stronie barykady. Ku jej uldze dziwne hokus-pokus tutejszych dzieciaków sprowadziło Kenta z powrotem. Byli więc już prawie w komplecie. Jeszcze tylko Wolf i O'Hrurg. Ale tam gdzie są oni powinien przecież być też Tom. I może trafią tam szybciej niż jej się wstępnie wydawało, bo puste brzuchy chłopców zaczynały gnać ich w stronę domu. Grunt to zebrać wszystkich do kupy i wracać na plażę – pomyślała Kate – Długo na tej wyspie nie chcę zabawić. - Jak będziecie spadać, macie pomyśleć o stole... - rzucił kapitan dzieciaków i nim Kate zdążyła przemyśleć ten idiotyczny nakaz zaczęła niespodziewanie i prędko spadać. Podłoże przestało stawiać opór i zdezorientowana zobaczyła pod sobą wlot wulkanicznego komina, który rozpościerał się w dole niby paszcza jakiegoś potwora mającego zamiar ją połknąć. Opadała tak szybko, że po drodze nie spostrzegała niczego szczególnego. Ot, krater wulkaniczny. Szara zimna skała i rozszerzający się ku dołowi tunel. A końcem tej niezwykłej podróży okazało się... miękkie siedzenie. Jakież to niedorzeczne – pomyślała Kate – tylko w filmach dla dzieci bohaterowie spadają z kilkudziesięciu metrów, aby bezpiecznie opaść na krzesło i zabrać się, jak gdyby nigdy nic, za jedzenie kolacji. Wśród kłębowiska zasiadających przy stole dzieci wyłowiła twarz pierwszego pilota. - Wolf! - krzyknęła entuzjastycznie i podbiegła wprost do niego. W pierwszym odruchu chciała mu się nawet rzucić na szyję, ale powstrzymały ją lustrujące ją zewsząd ciekawskie spojrzenia. I nim zdążyła z Martim zamienić choć jedno zdanie, w słowo wszedł jej kapitan dzieciaków, których poznali na statku, oświadczając, że teraz muszą nauczyć się czarować jedzenie. - Co to to nie – prychnęła zirytowana Kate. I już miała dopowiedzieć znacznie więcej, kiedy okrzyknięto ją wszem i wobec dziewczyną Piotrusia Pana. A później, ta piegowata małoletnia lafirynda przy użyciu magii zmieniła jej strój we wstrętną atłasową sukienkę. - Bomba – pomyślała Kate – To jest już szczyt mojego upokorzenia. - po czym oblała się bordowym rumieńcem i zacisnęła ze złości pięści. Szepnęła Wolfowi do ucha: - W sumie powinnam się na ciebie wściec za tego smoka, ale cieszę się, że cie widzę. - posłała mu nieśmiały uśmiech - Pogadamy później, bo na razie jest tutaj za tłoczno. W każdym razie masz absolutny zakaz korzystania z magii, czy jak nazwać to, czym każdy tutaj bez problemów dysponuje. Nie chcę żebyś znów dziecinniał, zrozumiano? - choć w głębi duszy nie była pewna, czy nie za późno już na takie instrukcje. Niebawem się pewnie okaże, czy Wolfa zdominowała jego dorosła, czy dziecięca strona. Następnie wściekła zwróciła się do kapitana piratów. - Nie będę uczyć się czarować żarcia, smoków czy choćby wszy na twoich włosach, choć to ostatnie, muszę przyznać jest dość pociągającą perspektywą, ty mały pryszczaty wyrostku. Nie będę tykać się waszej śmierdzącej magii w żadnym wydaniu, bo ona wypłukuje z ludzi wszelki rozsądek. A ja raz już byłam dzieckiem i w zupełności mi to wystarczy. Nie zmusisz mnie, żebym stworzyła sobie kolację, słyszysz? Prędzej zdechnę z głodu. - opadła na jedno z krzeseł i buntowniczo położyła nogi na stole. - Aha, i nie jestem dziewczyną żadnego Piotrusia Pana, do cholery. - dodała - Jestem sierżantem Armii Stanów Zjednoczonych i wasz samozwańczy przywódca może mnie co najwyżej cmoknąć w dupę. A sukienka – wbiła groźnie palec w rudowłosą dziewczynkę – jest wyjątkowo obciachowa. Nie jestem pieprzoną laleczką żeby mnie ubierać w koronki i wstążeczki. - Znów kipiała gniewem. Chcąc dać mu ujście wstała i ostentacyjnie zdjęła sukienkę przez głowę, rzucając ją z odrazą na podłogę. Fakt Kate, jesteś płaska jak deska – pomyślała - a w tym wieku, jaki sobą reprezentujesz dziewczynki latają topless po plaży bez śladu skrępowania. Dlaczego więc mimo to policzki ci płoną jakby przypiekali cię żywym ogniem? Zawstydziła się trochę bo wszyscy, szczególnie chłopcy, gapili się na nią z otwartymi ustami. Schowała się za Wolfem i zaplotła ciasno ręce na piersiach, ukrywając swoje dziewczęce wdzięki. A w zasadzie ich kompletny brak. Stała jednak z nadal wysoko uniesioną brodą i buńczucznym wyrazem twarzy. Ubrana teraz jedynie w tenisówki i soczyście zielone majtki w aplikacje uśmiechniętych truskawek. - Hej – zwróciła się ponaglająco do chłopaków z grupy – któryś wyskoczy łaskawie z koszulki? Może bym coś jednak na siebie włożyła? Chyba, że wolicie abym przywitała mojego nowego „chłopaka” na golasa? Na pewno się kurewsko ucieszy. Kto wie, może od razu zaciągnie mnie za włosy do sypialni i będzie bałamucił? - i zaczęła się głupkowato śmiać. Na boga! Była przecież dorosłą kobietą! A ta cała sytuacja to jakiś istny absurd. Może faktycznie sobie to wszystko wymyśliła? Bo czy coś tak zwariowanego może dziać się w rzeczywistości? Nie przestając się śmiać zaczęła wodzić spojrzeniem po sali w poszukiwaniu Tommy'ego. Musiał gdzieś tu być. To przecież z jego powodu w ogóle wpakowała się w to całe bagno. |
| | |
| Reklama |
| |
| | #152 |
![]() | Wyglądało na to, że ani Peter, ani Wolf nie usłyszeli tego, co powiedział. Powitanie wygłoszone przez Jamesa zostały zagłuszone przez występ Kate, której, jak można było zauważyć, nie spodobała się rola dziewczyny Piotrusia Pana. I nie tylko. Bunt, wyrażony słowami i poparty czynem, był nad wyraz widowiskowy... Co prawda w tym wieku Kate niezbyt przypominała dziewczyny z okładek pisma spod znaku króliczka, ale efekt był zadowalający. Przynajmniej jeśli chodzi o reakcję widowni. Trudno jednak było ocenić, czy większe wrażenie wywołał, nieco nieprofesjonalny, striptease, bunt przeciwko panującym tu obyczajom, niechęć do zostania Wandą, czy też uśmiechnięte truskawki... Niestety ostateczny efekt został zepsuty przez samą Kate, która, z policzkami w rumieńcach, schowała się za Wolfa, zasłaniając rękami niektóre elementy swojej figury... Zgoła niepotrzebnie, bo, jak James zdołał zauważyć, pani sierżant niezbyt odbiegała budową od chłopców w jej aktualnym wieku... A może właśnie dlatego... Któż mógłby wiedzieć, czego naprawdę chcą kobiety... Chociaż akurat w tym momencie życzenia dziewczynki zostały nader jasno sprecyzowane. I nie były aż tak trudne do zrealizowania... James bez wahania sięgnął do plecaka i wyciągnął z niego granatowy T-shirt, ozdobiony trzema pionowymi paskami. Podszedł czym prędzej do Kate i, chcąc uatrakcyjnić całą scenę, przyklęknął przed nią i podał jej koszulkę. - O piękna pani - zaczął - zechciej... Nie dokończył. Kate wydarła mu T-shirt z dłoni i, zdecydowanie nie okazując wdzięczności, syknęła: - Nie wkurzaj mnie, Kent. Słowa były nieco przytłumione, jako że równocześnie Kate zakładała koszulkę, niezbyt zwracając uwagę na to, że nowy element garderoby nie jest idealnie dopasowany tak pod względem długości, jak i szerokości... James wstał i, na wszelki wypadek, odsunął się o krok. Okazywanie wdzięczności w wydaniu Kate mogło przybrać różne formy... |
| | |
| | #153 |
![]() | Charlie wrzał. Był wściekły. Okrutnie, okropnie, niemożliwie wściekły. Jak wtedy, kiedy w szkole założyli mu kubeł na głowę po tym, jak doniósł wychowawczyni, że Peter i Gabriel ze starszych klas palą w toaletach papierosy. Jak wtedy, kiedy szef wydziału awansował tego czarnego Sunde, zamiast jego... Bo poprawnie politycznie... Chwila, moment!, otrząsnął się nagle Straffey. Papierosy w podstawówce i awans w pracy, coś się nie zgadza... Wspomnienia z dwóch różnych etapów życia, a działają na niego tak samo - jakby jednocześnie był i dzieckiem, i dorosłym. To przecież nierealne, nie można być dwoma osobami na raz... A jednak. Musiał się czymś zająć, nie mógł o tym myśleć, to przecież nieprawda, jakieś złudzenie. Złamali regulamin, złamali reguły, zasady, powinien donieść, powiedzieć pani! Ale teraz nigdzie jej tu nie ma, a później może zapomnieć, w raporcie musi mieć wszystko spisane dokładnie. Zapisać. Musi to gdzieś zapisać! I nagle przypomniał mu się skórzany notes reporterski, w którym regularnie zapisywał coś jego ojciec - na każdym zebraniu, każdym posiedzeniu, nawet podczas rozmów z mamą. Ale przecież mama zmarła... Podczas rozmów z mamą też. Czarny, skórzany notes po chwili pojawił się w jego dłoni, w drugiej zaś trzymał pióro, ładne, błyszczące pióro. Zawsze chciał mieć w rękach ten notes, tata trzymał go ciągle przy sobie. W końcu dowie się, co tam jest napisane, w końcu pozna wszystkie jego sekrety! "Charles Straffey. W razie odnalezienia - dzwonić pod numer 505304134. Nagroda!" - napisane było na pierwszej stronie. Charles... To był przecież jego notes, nie ojca! Ale po co był mu notes? Przerzucał kolejne kartki. "Joseph Harper i Tonny Buckvile dzisiejszego dnia stawili się w pracy z dwudziestopięciominutowym opóźnieniem, nie zgłaszając tego u przełożonego." Tak, pamiętał to! Wparowali do wnętrza, rzucili to pełne pogardy "No co jest, Straffey?" i poszli dalej, chyba do automatu z kawą. Przecież to praca, praca dla dobra narodu, a nie jakieś popijanie kawki i spanie przy biurku! "Z organizacji przelotu i przejazdu do Pentagonu:", zatytułował kolejną stronę. "W samolocie nie podano obiecanej słodkiej przekąski po obiedzie, który zresztą składał się ze stanowczo zbyt długo pieczonego schabu i tłustych frytek. Na dodatek mój fotel skrzypiał, co uniemożliwiało mi spokojny sen podczas lotu. W pokoju hotelowym nie podano mi kolacji, tłumacząc się trzydziestodwuminutowym spóźnieniem, w wyniku czego kładłem spać się głodny. Mimo moich wyraźnych próśb, kierowca samochodu mającego mnie dowieźć do Pentagonu nie chciał przejechać obok białego domu. Przecież tak było! Nazywał się Charles, nie Charlie, Straffey, był podporucznikiem i jednym z najlepszych członków angielskiego wywiadu. Ale jak się tu znalazł...? Ostatnie, co pamiętał, to wędrówka po dżungli i ten atak ciastkami, zapewne z jakimiś wirusami... Czy to była broń biologiczna!? Nie, teraz nie mógł o tym mówić. Widział innych, zarażonych członków swojego oddziału, ale ci pozostali chłopcy mogli być agentami wrogiego wywiadu... Lepiej nie chwalić się swoim odkryciem... "Zjawiska dziwne, paranormalne" - zatytuował kolejną stronę w swoim notatniczku, a dokładnie w tym samym momencie rozległ się krzyk jednego z "obcych", który kazał... Myśleć o stole! - Zie cioooooooo? - zdążył się tylko spytać, by po chwili zacząć spadać w dół, myśląc na zmianę o stole i o swoim głosie, tak dla niego upokarzającym. Lot w dół był strasznie nieprzyjemny - czuł, jakby spadał do samych piekieł... A coś takiego się nie zdarza! To przecież nierea... ...lne, dokończył myśl, znajdując się już w jakimś pomieszczeniu. Spłoszony całą sytuacją, zasalutował tylko majorowi i usiadł na rogu stołu, gdzie zaczął uzupełniać starannie swoje notatki z tej podróży.
__________________ Kutak - to brzmi dumnie. |
| | |
| | #154 |
![]() | Pojawił się Kent. I bardzo dobrze, że tak się stało, bo już Jake miał się obrażać na nowych kolegów za lekceważenie ważnych spraw. Cały czas nie podobało mu się, że jak mu się wydawało stawiali się na wyższej pozycji od nich, bo dłużej tu są na wyspie i mogą sobie czarować na zawołanie, i w ogóle wiedzą o co chodzi. Scott już zapowiedział sobie, że jeszcze im pokaże, kto tutaj co naprawdę umie. A z resztą, po co mu wiedzieć o co w tym wszystkim chodzi? Dobrze się bawią i to się liczy. Jedna rzecz mu się wcale, ale to wcale nie podobała. Jego starzy koledzy (na pewno pod wpływem dziewczyny) tracili okresowo chęć do zabawy. W ogóle, Jake zaczął postrzegać Kate jako swojego rywala. Nie do końca jeszcze zdawał sobie sprawę z tego na jakiej płaszczyźnie rozegra się ich starcie osobowości i na takie przemyślenia nie miał czasu, bowiem wprost z latającego statku cała załoga została zrzucona wprost do wulkanicznego krateru. Co ciekawe wrzeszcząc w niebogłosy chłopak zaobserwował, że nie utonął w gorącej lawie, a zanurzył się w morzu pianek do pakowania paczek jakimi kiedyś dla żartu wypełnił biurko kolegi z klasy. Śmiesznie było patrzeć jak próbuje coś w nim znaleźć, a najlepsze było to... Jake'a owiał zimny wiatr (bo przy tej prędkości spadania nie było mowy o oblewaniu potem) No właśnie wtedy najlepsze, a teraz kiedy sam znalazł się niejako w położeniu kolegi, pożałował własnego pomysłu ukrycia w piance staromodnej pułapki na myszy. Tym bardziej, że w dole już widział jakiś prostokątny drewniany który pojawił się na końcowym etapie toru jego lotu w dół. AAAAAAAAA! Nie było trzasku, wrzasków i w ogóle niczego co wiązało się z wpadnięciem na pułapkę na myszy. Siedział w wygodnym krzesełku, które mimo, że było drewniane, to wydawało się mięciutkie jakby wykonano je z pluszu. Co więcej "łapka" okazała się sporej wielkości stołem. Pozwoliło to Scottowi szybko zapomnieć o strachu. -Ja chcę jeszcze raz! - zawołał radośnie, ale nie znalazł równie entuzjastycznego odzewu. Ale nie było źle. Znaleźli się jak było można się domyśleć Wolf i Peter, którzy wyglądali inaczej niż ich zapamiętał z ostatniego widzenia się. Sęk w tym, że mógł sobie przypomnieć jak ich zapamiętał. Oczywiście Kate zaczęła od psucia wszystkiego i powoli zaczynało robić się to nieznośnie nudne, ale Jake został szybko zmuszony do zweryfikowania swoich poglądów na ten temat. Dziewczyna umiała zwracać na siebie uwagę. Scott aż zapłonął rumieńcem, co zdarzało mu się naprawdę rzadko, wybałuszył oczy, a buzie otworzył szerzej niż robi się to u doktora gdy każe mówić "AAAA" Sam widok nie był może, aż tak imponujący jak odwaga, bo nie takie rzeczy młodszy chorąży widział, tylko nie bardzo mógł sobie dokładnie wytłumaczyć o co mu chodzi. W każdym razie trzeźwo myślący Kent pospieszył z pomocą. I znowu Jake miał takie uczucie, że przypomniał mu się kawał, ale jakoś nie potrafił zrozumieć o co w nim chodzi. W końcu otrząsnął się już z wrażenia po tym małym przedstawieniu i odezwał się, lecz nie tak śmiało jak zwykle. -Ja to bym tam się chętnie nauczył czarować jedzenie. Trochę mi burczy w brzuchu i w ogóle. - A burczenia takiego Jake wybitnie nie lubił. Poza tym czuł już przemożną, chęć zapoznania się z innymi dziećmi. |
| | |
| | #155 |
![]() | Chris Lane Nie zareagował na słowa Kate, nawet na nią nie spojrzał, tylko uporczywie wpatrywał się w powycierane na brzegach zdjęcia żony i córki... Chyba żona i córki... Tak naprawdę nie był już niczego pewien. Nagłe uczucie spadania oderwało go od zdjęcia. Rozejrzał się nieco spłoszony zaskoczony tym nagłym przeniesieniem. Latający statek zniknął, ustąpił purytańskiej, niemal sterylnej jadalni. Z poczuciem ulgi zauważył, że są tu wszyscy członkowie wyprawy. Z tych żywych. Czym prędzej schował zdjęcie za pazuchę, a potem zaczął rozglądać się wokół siebie. Przez tę chwilę znów był profesjonalistą z Sił Specjalnych. Szukał czegokolwiek, co wyjaśniłoby to, co się z nimi stało. Może byli w jadalni jakiegoś podziemnego laboratorium i faktycznie całą ta kołomyja z Piotrusiem Panem i innymi pierdołami dla dzieciaków tak naprawdę miała swój początek w jakiejś technologii, która wymknęła się spod kontroli? Latające żaglowce, metamorfujące przedmioty, czy też wręcz pojawiające się z powietrza, dzieci czarujące pstryknięciem palcami... Pamiętał słowa któregoś ze starych pisarzy SF. Zaraz, który z nich to był? Anderson? Asimov? Clarke? Chyba Clarke! Zresztą nie ważne kto, lecz co powiedział. Otóż rzekł, iż futurystyczna technologia dla cywilizacji o niższym poziomie rozwoju niczym się nie będzie różnić od magii. Toteż Lane szukał wokół siebie czegokolwiek, co by mu zasugerowało obecność właśnie takiej niespotykanej technologii. Sukieneczka z koronkami i falbaneczkami dla Kate była wyrazem zniewolenia, toteż dziewczynka zdjęła ją energicznie. A teraz stała półnaga za kolegami, zasłaniając się rękoma i miotając błyskawice oczami. Dla Lane'a ten kawał szmatki był kolejnym śladem. Widząc, że Kent już podarował pilotce jakiś wysłużony podkoszulek, podszedł do porzuconej na ziemi sukienki i podniósł ją. Sprawdził dokładnie materiał, fakturę, rodzaj. Może to jakieś tworzywo sztuczne? Szukał również metek czy jakichkolwiek oznaczeń. Wreszcie przerzucił ciuszek przez oparcie jednego z krzeseł i rzucił od niechcenia: - No super, pobawiliśmy się w przedszkole ze Star Treka, a teraz może podacie swoje przydziały i specjalności. – zawiesił głos. – Z czasów, gdy jeszcze byliście dorosłymi. Chyba ktokolwiek z was coś pamięta z tego okresu, co? |
| | |
| | #156 |
| Wasteland warrior ![]() | Widok Kate wyrwał go z jakiejś dziwnej apatii. Dotychczasowe wydarzenia działy się tak szybko, że z trudem nadążał za biegiem wydarzeń. Całkiem oszołomiony zmieniającymi się jak w kalejdoskopie wydarzeniami, postaciami i scenografiami, że nie reagował odpowiednio na to co działo się wokół niego. Dopiero biegnąca ku niemu Kate, przywróciła mu świadomość sytuacji w jakiej się znaleźli. Rozpoznał pilot Anderson, pomimo jej dziewczęcej sukienki, i jednocześnie sobie uświadomił, że za chwilę czeka go niezła bura. Sam fakt dostania ochrzanu wzbudził w jego umyśle podejrzana wesołość. "Co się ze mną dzieje do cholery?" - przez dziwną euforię przebiło się chłodne powątpiewanie. - W sumie powinnam się na ciebie wściec za tego smoka, ale cieszę się, że Cię widzę. Pogadamy później, bo na razie jest tutaj za tłoczno. W każdym razie masz absolutny zakaz korzystania z magii, czy jak nazwać to, czym każdy tutaj bez problemów dysponuje. Nie chcę żebyś znów dziecinniał, zrozumiano? - Yes, sir! Yes! - wykrzyknął parodiując "Pełny Magazynek", a potem odwzajemnił jej uśmiech. Anderson pozbawiona odzieży wierzchniej czmychnęła, chowając się za jego sylwetką, nawet jemu samemu na samą myśl o gapieniu się na Kate teraz, rumieńce wstąpiły na twarz jak małemu chłopcu. "Ja jestem małym chłopcem do cholery!!!" - uświadomił sobie smutną prawdę. Nie zdążył odpowiedzieć na prośbę dziewczyny, bo kiedy już ściągał przez głowę swoją ulubioną koszulkę, uprzedził go Kent. Spec od survivalu raczej nie ucieszył się z reakcji Anderson. Nic dziwnego, Marti sam za nim nie przepadał. - No super, pobawiliśmy się w przedszkole ze Star Treka, a teraz może podacie swoje przydziały i specjalności. Z czasów, gdy jeszcze byliście dorosłymi. Chyba ktokolwiek z was coś pamięta z tego okresu, co? Słowa Lane`a nie były z gatunku "cackaniem się z małymi dziećmi", brzmiały raczej jak rozkaz wrednego sierżanta. Przed nimi wysłali tu odziały Marines, więc te dzieciaki to pewnie oni. On wiedział co się z nimi stało, zdziecinnieli do reszty, żeby wrócić do swoich jaźni potrzebowali czegoś co przypomni im o ich dorosłości. On sam był z piechoty morskiej, nic tak nie dawało Marinesowi w kość jak wredny sierżancina na unitarce. - Baczność słoikogłowi [jarhead - z angielskiego, chyba], zrozumieliście słowa pana Lane'a?!!! Lepiej żeby tak, bo jak nie to tak was przegna, że wam nogi z dupy powyrywa!!! "Semper Fi!!!" Pamiętacie jeszcze co to znaczy łajzy?!!!
__________________ Rangers lead the way - 2 batalion Rangersów - 6 June 1944 - Omaha Beach Tajemnice Czarnego Lądu - zapraszam do rekrutacji. 11844451 - moje gg. Sobota: Wielkie odpisywanie!!! |
| | |
| | #157 |
| Obsługa ![]() | Wszyscy To było dziwne. Nawet przebłyski dorosłości uczestników wyprawy tonęły w morzu dziecięcych głosów i same zdawały się być ich częścią. Nikt nie zwrócił za bardzo uwagi na okrzyk Wolfa czy stwierdzenie Lane’ego, wszystko to zdawało się być tylko elementem jakiejś zabawy, którą chłopcy sobie zorganizowali. Dzieci w sali przybywało, a gwar stawał się nieznośny. Jak wszyscy się mieścili? Szczególnie Jake’a, który ciekawie obserwował całe zamieszanie fascynował fakt, że ile by się nie pojawiło nowych osób, przy stole wciąż znajdowały miejsca, tak jakby mebel wraz z całym pomieszczeniem wydłużał się w zależności od potrzeb. Scott rozglądał się ciekawie na boki, próbując objąć wzrokiem rozbawioną gawiedź. Jakieś sto dwadzieścia... może nawet sto pięćdziesiąt osób! A nie, chwila, przecież on potrafił liczyć tylko do stu... „Są tu miliony...nie, tryliony milionów dzieci!!!” - Piotruś idzie! – nagle krzyknął chłopiec, który dotychczas bawił się przytwierdzoną do stołu wielka misa z woda. Jeśli to miała być woda do picia, to Kent poczuł, że grozi mu śmierć z pragnienia... w czasie akcji piło się różne świństwa, ale w żadnym z nich nie było radośnie taplających się smarkaczy z glutami u nosa! - Piotruuuuś! - Baczność! Słoikogłowi do krzeseł marsz! – krzyczał jakiś murzynek, naśladując mimikę Martiego... całkiem zresztą zręcznie – Słoikogłowi w tyłu zwrot! - Słoikogłowi słoiki z głów! – przyłączył się ktoś inny. - Słoiko... - Cześć Słoikogłowi! - nagle dobiegł głos znad stołu - starszy głos, lecz nie dorosły jeszcze, ot łamiący się nieco od mutacji. ![]() - Piotruś! - Cześć Piotrusiu! - Łaaaa witaj Mistrzu mocy! - Piotrek, grabulka! - Piotrusiu mamy nowych! - Piotrusiu Panie, Wanda...jest Wanda wreszcie! Jakaś dziewczynka wskazała zwisającemu z żyrandolu młodzieńcowi Kate. Ten spojrzał ciekawie na panią czy raczej panienkę sierżant i przekrzywił głowę, wyraźnie oceniając jej „wandowatość”. Gwar jednocześnie ucichł sprowadzając się do szepczącego szumu. To musiała być ważna chwila... - Nie jestem żadna Wanda! – Anderson nie wytrzymała i krzyknęła tak, że aż policzki jej się zaróżowiły – Nazywam się Kate Anderson, jestem II pilotem misji na Kochi-Tichi, mój stopień wojskowy to starszy sierżant, mam... mam lat... mam... „Trzynaście... nie, to nie prawda! Nie pamiętam... Nie pamiętam ile mam lat!” - Ty jesteś Wanda, kłamies teraz! – odkrzyknął do niej jakiś piegowaty chłopiec w stroju wiewiórki. - Spokojnie Wiewiór. Wanda ma prawo bawić się w co tylko ma ochotę. Tak jak ty bawisz się w wiewiórkę, ona może być sierżantem supertajnych służb specjalnych, rozumiesz? - No tak... Piotruś Pan nagle oderwał nogi od żyrandolu i wykonując fikołka w powietrzu zeskoczył dziarsko na stół. Przeszedł po jego blacie wprost do Kate i skłonił się przed nią. - My wiemy, że Wanda to Wanda, ale w Nibylandii każdy ma prawo wyobrażać sobie co tylko chce. Zresztą jest dowód, że ta Wanda, to prawdziwa Wanda. Tylko Wanda ma młodszego brata Tomi’ego. Mrugnąwszy konspiracyjnie okiem, młodzieniec tupnął zdecydowanie w blat stołu, zostawiając na nim ku zdziwieniu i radości Straffey’a odcisk buta. „Łaaaał tatuś nigdy nie pozwalał chodzić po stole. Muszę to zanotować...” Na sygnał Chłopca, Który Nigdy Nie Chciał Dorosnąć spod stołu, tuż obok Kate wyszedł na czworakach nieco młodszy, lecz bardzo podobny do niej chłopiec. Tak, to bez wątpienia był jej brat, choć przecież pamiętała, że dorósł, skończył szkołę, poszedł do wojska... Były to jednak jakieś nieuchwytne wspomnienia, tymczasem tu przed nią stał chłopiec z krwi i kości. - Tadaaaaam! Część hełmogłowa! – no tak, tylko on mógł tak powiedzieć, to on bowiem wymyślił to określenie na jej nową... nie, starą fryzurę. Chłopiec z radością przylgnął do zaszokowanej siostry, a na sali wybuchły gromkie oklaski. Tymczasem Piotruś zszedł ze stołu i zajął miejsce mniej więcej w środku tak, by wszyscy mogli go widzieć i słyszeć. Czekając aż brawa umilknął, sam zaczął leniwie rozchlapywać wodę z misy i stroić głupie miny do O’hrurga, sprawiając tym ogromną radochę berbeciowi. - No dobra! – odezwał się wreszcie Chłopiec, Który Nigdy Nie Chciał Dorosnąć – Mamy tu kilku nowych zagubionych, więc trzeba zrobić przemowę. Ale że przemowy są zwykle dla dorosłych i są bardzo długie i nudne, zrobimy przemowę na opak, o tak! Piotruś pstryknął palcami i nagle cały pokój obrócił się do góry nogami. Włoski dzieci zwisały, a kilka zabawek spadło... na sufit. Jednak na samych zainteresowanych grawitacja zdawała się nie działać. Wszyscy siedzieli bądź stali tak samo jak wcześniej. Jedynie teraz kilkoro dzieciaków zaczęło piszczeć radośnie i próbować wykonywać jakieś sztuczki powietrzne. - To będzie przemowa na opak: krótka i niepoważna. Znaleźliście się teraz na tajemniczej wyspie zwanej Nibylandią, gdzie można cały dzień jeść cukierki, bawić się, dłubać w nosie, wycierać smarki o rękaw i wcale nie trzeba się kłaść o dziesiątej... no, trzeba tylko uważać na duchy, które wyłażą o północy, ale jak ktoś jest sprytny, to potrafi im uciekać... - Bibek sprytny nie jest, wisiał w sieci do rana i płakał jak bobas, hehehe! - Bo się zaczaiły! I wcale nie płakałem. - Akurat, akurat... Bibek-płaczek, Bibek-płaczek. - Szeregowy Rumcajs i szeregowy Bibek-płaczek zamknąć się, bo będziecie zbierać wszystkie szyszki z lasu! Proszę mówić generale Piotrusiu. - Dziękuję kapitanie Misiek – młodzieniec poczochrał włosy siedzącego obok chłopca w stroju moro, oczywiście adekwatnym do jego rozmiarów... James zawsze marzył o takim, gdy był mały – A wracając do niepoważnej przemowy, teraz jesteśmy we wnętrzu Góry Wyobraźni, która jest naszym domem. Po kolacji pokaże wam wasze pokoje i wytłumaczę działanie fontann, póki co jednak wiem, że pewnie sami macie masę pytań. Odpowiem na nie... jeśli mi zapłacicie czarodziejskiego centa... Chłopiec, Który Nigdy Nie Chciał Dorosnąć wyrzucił dłoń do góry i przed każdym z nowoprzybyłych dzieci pojawiła się miedziana moneta. ![]() - Nibylandia to tajemnicza wyspa, więc nie możemy wiedzieć o niej wszystkiego. Jednak każdy pieniążek daje prawo swojemu właścicielowi do zadania mi pytania o Nibylandię. Jeden pieniążek, to jedno pytanie, na które muszę odpowiedzieć, jeśli tylko znam odpowiedź. Rozumiecie? Oczywiście możecie wymienić te pieniążki na odpowiedzi teraz, możecie z nimi zaczekać, a możecie... wrzucić je do fontanny. To przynosi szczęście. - Możecie też o nie grać! – odezwał się z drugiego końca sali chłopiec w binoklach i berecie przywodzącym na myśl angielskiego lorda. - Właśnie, tak. – zgodził się Piotruś Pan – Sir Lancelot zadał mi w ten sposób aż trzy pytania. - Ale to było nudne, pozostałe dwadzieścia sześć monet wrzuciłem do fontanny. Dzięki temu wiem, że już nigdy nie opuszczę Nibylandii! - O, to już miałeś tfacieścia dziewienć monet? Myślałam, że tfacieścia osiem. – odezwała się słodkim głosikiem dziewczynka o blond włoskach i uroczej krągłej buzi... to ją widział Christopher i jego drużyna wcześniej w lesie. - Ha! Wygrałem w bierki od Pustaka. - Faaaajnie! - No dobra, to koniec przemowy. – powrócił do wątku Chłopiec, Który Nigdy Nie Chciał Dorosnąć – Bo już się zrobiła nudna. Teraz... Jemy! A wy pomyślcie czy chcecie wymienić pieniążki! No to... - CZARY-MARY! ABRACADABRA! STOLICZKU NAKRYJ SIĘ!!! – krzyknęły dzieci i blat stołu aż zachrzęścił od jadła, które na nim się pojawiło. Tylko przed nowymi dziećmi stały puste talerze... - Jak to się robi? Jak się czaruje? – dopytywał się podekscytowany Scott. - Musisz wyobrazić sobie kartę menu. Taką jak w restauracji... – zaczął tłumaczyć siedzący obok chłopiec, przed którym stały francuskie specjały - No i zamawiasz sobie, co chcesz z niej. - E tam. – odezwał się inny – Ja zawsze wyobrażam sobie znaczek Mc’Donalda, o. - No, ale ty zawsze zamawiasz Happy Meala! - Hahaha! Faktycznie, wystarczyło trochę wytężyć głowę, by przed dziećmi pojawiły się wymarzone przez nich przysmaki. W powietrzu roznosił się zapach frytek, kurczaka, warzyw z patelni, pizzy, pierogów, świeżego szczypiorku... Każda kolacja była wielką ucztą, po której każdy powinien być syty. Te więc dzieci, które nie potrafiły lub nie chciały wyczarować swojego jedzenia, zostały w nie zaopatrzone przez życzliwych sąsiadów. O dziwo... wyglądało ono, pachniało, a przede wszystkim smakowało bardzo prawdziwie! ![]()
__________________ Czy wiesz że gdy pada śnieg Moje oczy stają się większe A światło którym lśnisz jest niewidoczne? Ostatnio edytowane przez Mira : 10-09-2008 o 13:09. Powód: literówki |
| | |
| | #158 |
![]() | Dzieciaków przybywało i przybywało... A ich zachowania pozostawiały bardzo dużo do czynienia. Przynajmniej niektórych z nich. Kąpiel w stojącej na środku stołu misce... Jamesem nieco wstrząsnęło na samą myśl, że miałby się napić wody, w której taplał się zagąglowiony smarkacz. Nagle poczuł, że nie tylko nie odczuwa pragnienia, ale w zasadzie nawet nie jest głodny... Akcja przedrzeźniania Wolfa była całkiem udana, ale jakoś nie potrafiła rozbawić Jamesa. Najwyraźniej dzieci były zdziecinniałe od tak dawna, że żadne z nich nie zareagowało tak, jak to Wolf miał nadzieję. A może, po prostu, większość z nich była prawdziwymi dziećmi, które na tej wyspie miały lepiej, niż w domu. I za nic w świecie do owego domu by nie wróciły... Efektowne wejście Piotrusia Pana nie zrobiło na Jamesie takiego wrażenia, jak powinno. Jeśli się rozmawiało ze smokiem to młodzian zwisający z lampy nie był czymś nadzwyczajnym. Wrażenia za to wywarły słowa związane z Kate. A może trzeba było już myśleć o niej jako o Wandzie... A dowodem 'wandowatości' Kate miał być jej odnaleziony braciszek. Smarkacz, który nie miał żadnych kłopotów z rozpoznaniem swej starszej siostry. "Hełmogłowa" - James spojrzał na Kate. Ulizana fryzurka przypominała nieco hełm. Jeśli ktoś miał bardzo dużo wyobraźni... Najgorsze było to, że mały Tomi raczej dobrze czuł się w tym towarzystwie, w związku z tym dość trudno będzie go przekonać do opuszczenia wysepki. A James nie bardzo sobie wyobrażał, że Kate zdzieli swego ukochanego, świeżo odzyskanego braciszka w łeb, wsadzi do worka i wyniesie na plecach... Obrócenie sali do góry nogami było elementem, który zdecydowanie zmienił nastrój. I wystrój... Woda z misy chlusnęła na sufit. W ślad za nią powędrowało kilka zabawek... Uczucie jakby się siedziało do góry nogami jednak nie nadeszło. Chociaż włosy zdecydowanie chciały podążyć śladem zabawek, to reszta organizmu ciągle uważała, że ziemia znajduje się tam, gdzie są stopy. "Nawet grawitacja głupieje" - pomyślał James z pewną goryczą. Bo jak można sobie poradzić z wyspą, na której dzieją się takie rzeczy... I z panem tej wyspy, które takie numery potrafi wyczyniać strzeliwszy tylko palcami. Zatonąwszy w ponurych rozważaniach w zasadzie nie słyszał nic z pierwszych zdań przemowy Piotrusia Pana. Dopiero kłótnia dzieci sprowadziła jego myśli na powrót do tej sali. Szeregowy, kapitan, generał... Widocznie niektóre z dzieci lubiły bawić się w wojsko. Nawet wdzianka nosiły całkiem niezłe, jak to szyte na miarę moro, zdecydowanie bardziej dopasowane, niż strój Jamesa... Być może byli wśród nich uczestnicy wypraw, niektórzy z owych Marines, o których opowiadał O'hrurg za czasów swej dorosłości. Nie wyglądało jednak na to, żeby któryś marzył o powrocie do armii. Żaden jakoś nie zareagował wcześniej na wojskowe komendy wywrzeszczane przez Wolfa. Któremu najwyraźniej minęły okazywane ostatnio już dąsy i fochy i który, przynajmniej częściowo, starał się być dorosłym. Ciekawe tylko, na jak długo... Pewnie znowu się obrazi z jakiegoś byle powodu... Z całą pewnością zaletą tego małego światka były krótkie przemowy. I trudno się dziwić. Jak świat światem dzieci nie lubiły przynudzania, a sądząc po ilości stołowników, niektóre z nich musiały tu być od kilkunastu lat i słuchać tego typu wyjaśnień wielokrotnie. "A może one po prostu tracą pamięć?" - pomyślał James. - "Nie mają pojęcia, ile dni, tygodni, lat siedzą już w tym miejscu? Pamiętają twarze, ale nie liczbę dni... Konkretne wydarzenia, ale nie dzielące je odstępy czasowe..." Co zatem zrobić, żeby nie stać się takim, jak one? Prowadzić kajecik jak Charles? I za chwilę zapomnieć, że się umie pisać i czytać, które to umiejętności raczej nie są tu potrzebne... Wybrać sobie jakieś ładne drzewko i zaznaczać karby? Na wzór Robinsona? Pisaczkiem zaznaczać dni na mapie, która jakimś cudem znalazła się w plecaku? Zresztą i tak chyba nie miał pisaka... Spojrzał na monetę, która niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki pojawiła się przed nim. Pieniążek, za który można było kupić kawałek wiedzy o Nibylandii. Istny skarb, ale, jak widać, nie dla wszystkich miał on dużą wartość, skoro pozbywali się go bez problemów. Na przykład wrzucając do fontanny. "Ciekawe, czy leżą tam te stosy monet, czy też wracają do obiegu" - przemknęło mu przez głowę. Czarodziejski cent... Ta nazwa coś mu mówiła, ale nie potrafił sobie przypomnieć, z jakiej to się wzięło książki. "Czyżby już zaczęła działać przeklęta magia tej wyspy? Zaczynam mieć sklerozę?" Przymknął oczy i zaczął sobie przypominać rodzinny dom. I swój pokój, w którym na półkach stało, w mniej czy bardziej równych rządkach, ładnych parę książek. W końcu wszystkie je czytał. Na pamięć mógłby wymieniać, która gdzie stoi. I sięgać po nie po ciemku... Czemu zatem nie wie, co było z tym nieszczęsnym centem... I nagle tytuł stanął mu przed oczami. Jasne. Tyle tylko, że cent nie był czarodziejski, a niebiański. I dlatego nie potrafił od razu skojarzyć... Schował monetę do kieszeni. Wiedział już, jak ją wykorzysta, ale najpierw warto było porozmawiać na ten temat z Kate. I może z Wolfem, który też miewał przebłyski dorosłości. Bo O'hrurg był najwyraźniej stracony... Może jedno pytanie nie wystarczy, by wydostać się z Wyspy Dzieci. Bo jakiś sposób musiał istnieć. Jak inaczej J. M. Barrie napisałby swoją książkę? Skąd wiedziałby o Piotrusiu i Nibylandii? Albo tu był i wrócił do realnego świata, albo ktoś stąd mu opowiedział o tej wyspie... - Czary-Mary... Stoliczku nakryj się... - rozległo się po całej sali. James spojrzał na stojący przed nim, pusty talerz. - Jak to się robi? - dobiegł go głos. Scotta, jeśli dobrze słyszał. Kolejny, zafascynowany wyspą... - Musisz sobie wyobrazić... To faktycznie było proste. Wystarczyło uruchomić wyobraźnię i już można było wyprawić ucztę godną króla. Czy nawet cesarza. A jedzenie było jak najbardziej realne. I smaczne. Wystarczyło tylko chcieć... Jego talerz stał ciągle pusty. Jeśli ktoś nie chciał, to nie miał. A on po prostu nie miał zamiaru używać tej całej 'magii' tak długo, jak długo się da. "Korzonki i robaczki" - dość ponura wizja głodowania przemknęła mu przez głowę. - Nie udało się? - usłyszał i poczuł, jak czyjaś ręka pocieszająco poklepuje go po plecach. - Mi też za pierwszym razem się nie udało. Ale nie przejmuj się. Nim James zdążył cokolwiek rzec siedzący obok niego chłopak, na oko młodszy o jakieś trzy lata, podrzucił mu na talerz pokaźnego hamburgera. - U nas nikt jeszcze nie umarł z głodu - dodała dziewczynka siedząca po jego drugiej stronie. Porcja na talerzu powiększyła się o solidną porcję frutti di mare. Jedzenie nie tylko wyglądało i pachniało odpowiednio. Smakowało tak samo wspaniale. |
| | |
| | #159 |
![]() | Dzieciństwo z perspektywy dorosłego ma w sobie jakąś magię, na przykład czasy przedszkola, gdzie przenosiło się w zabawach w inne światy nie wychodząc z pomieszczenia. Samemu ustanawiało się zasady, a jeśli nie pasowały zawsze elastycznie można było je naciągnąć, albo całkiem zmienić. Takie dziecko, przecież nie musi opłacić rachunków za dom, użerać się z upierdliwym szefem, pamiętać o wizycie u lekarza. Sam fakt, że dzieci nie myślą cały dzień o seksie sprawia, że dzieciństwo wydaje się jakby nie realne. A to wszystko gówno prawda. Kiedy Scott czuł jak by ktoś ciągnął za sznurek przeciągnięty przez środek głowy, żeby za chwilę zorientować się, że siedzi na suficie. To była dopiero prawdziwa magia. Jake poczuł dreszcz na myśl, że i on by mógł coś takiego zrobić. Koniecznie chciał nauczyć się jak działa ta tajemnicza moc, pragnął jej bardziej niż najsuperowszego prezentu na gwiazdkę. Jeszcze nie wiedział jak to zrobi, ale już postanowił sobie wytrenować ją do stopnia mistrzowskiego. A kolacja jak głośno podpowiadał mu brzuch to zawsze dobry początek poznawania swoich nowych możliwości. Na tyle uważnie na ile pozwalało otoczenie rozbrykanych dzieci wysłuchał słów Piotrusia i przez cały ten czas cieszył się jak głupi do sera. Przecież, to wszystko co się działo wokół niego, to taka jedna wielka wspaniała zabawa, że nie sposób było tego wyrazić słowami. Pomyśleć, że najlepsze miało się dopiero zacząć. Chłopak chwycił rzucony do niego cent. Na tę chwilę nie przychodziło mu na myśl żadne pytanie. W zasadzie miał ich pełno, ale jakoś nie mógł żadnego sformułować. Piotruś intrygował Jake'a. To on był tutaj niekwestionowanym liderem, a przy tym sprawiał wrażenie całkiem sympatycznego. Skoro za pytania do niego trzeba było płacić magicznymi pieniążkami pewnie nieźle orientował się w tej całej Nibylandii. Scott był jednak cwany i skonsternował, że pytania do innych dzieci są za darmo, pieniążek zatem, póki co wyląduje u niego w kieszeni. Na sygnał do jedzenia wszystkie dzieci poza "nowymi" wyczarowały sobie fantazyjne kolacje. Jake podszedł do tego z wielkim entuzjazmem, skoro robią to wszyscy czarowanie nie musi być takie trudne. I faktycznie tak wynikało z odpowiedzi sąsiada na postawione przez niego pytanie. Chwilkę zastanawiał się co by zjadł i wymamrotał: - Czary-mary, abrakadabra, alakazum! Stoliczku nakryj się! Ku jego wielkiemu zadowoleniu Jake'a przed nim pojawił się talerz gorącego, pachnącego spaghetti bolognese. O dziwo zamiast tradycyjnych sztućców, których obsługi Scott z resztą nie opanował w stopniu należytym, pojawiło się coś co wyglądało jak skrzyżowanie elektrycznej szczoteczki do zębów i łyżki do lodów. Przyrząd wyglądał skomplikowanie, lecz w obsłudze okazał się niezwykle prosty. Podczas gdy Jake zajęty był rozpracowywaniem swojego sztućca nie zauważył, że jego posiłek nieznacznie uniósł kilka nitek makaronu. Zaraz zorientował się jednak co jest grane. Spojrzał wyzywająco na swoją kolację, odpalił sztuciec i rzucił się do jedzenia. |
| | |
| | #160 |
| Wasteland warrior ![]() | - Więc to jest twój brat? - wskazał na malucha, który właśnie tulił się do Kate. Chłopczyk wyglądał na około dziewięć, może dziesięć lat, ubrany był podobnie jak wiele z dzieci, w stroje dziwnie kojarzące się z mundurami żołnierzy. - Nie pytam skąd masz przezwisko, hełmogłowa? - na jego twarzy zagościł uśmiech, który znikł natychmiast kiedy uświadomił sobie, że znów nachodzą go "dziecięce" myśli. - Odnalazłaś go... teraz trzeba tylko znaleźć sposób,by wyrwać się z tego miejsca, choć wątpię czy od tych dzieciaków dowiemy się czegoś przydatnego. - podrzucił monetę otrzymaną od Piotrusia do góry i zręcznie złapał ją, chowając w kieszeni. - Zostawię ją na później, na razie proponuję Kate, byśmy poszukali informacji na własną rękę, bo jak znam życie to to "Domowe przedszkole" udzieli nam odpowiedzi w zamian za monetę w stu procentach taką, że można by ją o kant dupy potłuc. Rozejrzał się wokół, wszystkie dzieciaki rozsiadły się za stołami, by zajadać się "wyczarowanymi" smakołykami. Głośnie burczenie w brzuchu Wolfa nie zwiastowało nic przyjemnego, nie miał nic w ustach od kilkunastu godzin, więc jego reakcja fizjologiczna była najzupełniej normalna. Jakiś brzdąc widząc ich grupę stojącą na uboczu, podbiegł do nich wciskając im w dłonie kawałki mięsiwa. Mati poczuł przyjemny zapach kurczaka, spojrzał pytająco na Lane`a i Kate. Głód był silniejszy, podniósł mięsko do ust, z rezygnacją gryząc kawałek chrupiącego udka. Smakowało naprawdę nieźle. - Mamy przerąbane, mówię wam..., SNAFU* normalnie, jak szybko czegoś nie wymyślimy, to zdziecinniejemy na tej cholernej wyspie. Musimy wyciągnąć nas i te dzieciaki z tych oparów absurdu, oni muszą wrócić do dorosłego życia, łącznie z tym cwaniaczkiem w kapelusiku, zwisającym z żyrandola. *SNAFU - Situation normal, all fucked up.
__________________ Rangers lead the way - 2 batalion Rangersów - 6 June 1944 - Omaha Beach Tajemnice Czarnego Lądu - zapraszam do rekrutacji. 11844451 - moje gg. Sobota: Wielkie odpisywanie!!! |
| | |
| Reklama |
| |
![]() |
| Użytkownicy aktualnie czytający ten wątek: 1 (0 użytkownik i 1 gości) | |
| Narzędzia wątku | |
| Wygląd | |
| |
Podobne wątki | ||||
| Wątek | Autor wątku | Forum | Odpowiedzi | Ostatni Post / Autor |
| [komentarze] Fontanna Młodości | Mira | Komentarze do sesji RPG - w systemach autorskich | 215 | Dzisiaj 11:00 |
| [Autorski] Fontanna Młodości | Mira | Archiwum rekrutacji | 40 | 02-24-2008 21:15 |