Spis Stron RPG Regulamin Artykuły POMOC Kalendarz Blogi
Wróć   lastinn > RPG - Play By forum > Sesje RPG -Autorskie
Zarejestruj się Użytkownicy Oznacz Fora Jako Przeczytane

Sesje RPG -Autorskie Ścieżki wyobraźni są kręte. Sprawdź jak daleko wyobraźnia zaprowadziła wielu tych, którzy dali się jej ponieść. Zagraj w sesje oparte na systemach autorskich


Odpowiedz
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 03-12-2008, 16:43   #31
 
Angrod's Avatar
 
Reputacja: 4 Angrod jest jak klejnot wśród skałAngrod jest jak klejnot wśród skałAngrod jest jak klejnot wśród skał
$: 48 879
"Jak pierdolony cyborg" Skomentował w myślach z rozbawieniem słowa naukowca. Nie zrozumiał z nich prawie nic. Może nie dlatego, że nie znał słów języka naukowego, ale raczej nie miewał styczności z takim ich nagromadzeniem w jednej "wiązance"

- Rozumiem, że pan Major musi dbać o reputację, ale nie spodziewałem się, że pan może być aż tak okrutny. Wypuścić kobietę w ogromnym centrum handlowym, ze złotą kartą bez limitu i zabronić cokolwiek kupić. Pan major nie ma serca. - Scott wybuchnął śmiechem. Oczywiście żadna z kobiet nie wyglądała na podpadającą pod stereotyp "kobiety kupującej" i może dlatego nie został zarzucony gradem fochów.

Jake zastanawiał się, czy ewentualnie wygrana gotówka w kasynie nie posłużyłyby za sposób na ominięcie blokady na karcie. Ale zarzucił analizę innych sposobów na kupno czegokolwiek, w końcu nie jest tu na wakacjach. Ale i tak zamierzał skorzystać z tego dobrodziejstwa jakim była złota karta.
Zastanawiał się, czy ma potrzebę wyjścia do fryzjera. Odrzucił tą możliwość. Lecz zaraz stwierdził, że mógłby sobie zrobić jakiś piekielnie drogi tatuaż. Jednak po drugim namyśle zrezygnował z tego pomysłu, gdyż pobyt w dżungli mógłby raczej negatywnie wpłynąć na jego strukturę. Poza tym już miał jeden. Po pierwszej misji tak się schlali z chłopakami, że następnego dnia okazało się że paru z nich w tym Scott postanowili po pijanemu ozdobić swoje ciało w pobliskim zakładzie. Jake dziękował Bogu, że jego wybór nie trafił na słodkiego motylka, jak to miało miejsce u Bena. W każdym razie od tamtej pory na prawej łopatce spoczywa czarny skorpion, a nad lewą kostką, (prawdopodobnie sam go sobie narysował,) abstrakcyjny wzór kilku niewielkich, symetrycznych kółeczek.

-I żadnego alkoholu. Po powrocie czekać na was będą alkomaty. - Marzenia młodszego chorążego o kosmicznych drinkach jakich nigdy w życiu nie próbował momentalnie legły w gruzach. Nie powiedział nic, a jedynie kwaśną miną zasugerował, że ten punkt wcale konieczny nie jest.

Właśnie robił sobie zdjęcie ze zgrabną kelnerką, więc nie przysłuchiwał się dokładnie ustaleniom stojącej obok grupy co do dalszych ich planów. Pięknie jej podziękował i widząc, że bez jego interwencji się nie obejdzie podszedł do wycieczki zupełnie niewojskowym krokiem z rękami w kieszeniach.

- Ja pierdziele, teraz nie ma sierżantów i kaprali. - Porozumiewawczo szturchnął barkiem Amandę. - Co najwyżej "panie przewodniku" Wiecie co? - Zwrócił się do wszystkich. - Ja mam ochotę odwiedzić zajebiście drogą restaurację w której spokojnie nażrę się przed wizytą w dżungli. Jeśli ceny dań są przynajmniej dziesięciokrotnie droższe niż wartość produktów mogę iść nawet do "Le quie" Ja tam lubię francuską kuchnię. Ostatnio jadłem takie coś... Jak to się nazywało? - Scott podrapał się po potylicy - Bodajże pierogi, całkiem niezłe. W każdym razie macie przynajmniej dwóch chętnych, więc osobno nie będziemy. Na bekon chyba też pójdzie więcej jak jedna osoba, więc ruszmy się bo już mi burczy w brzuchu.
 
__________________
Może dziś?
. . . . . Zwierzątka . . . . .
Angrod jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Reklama
Stary 03-13-2008, 13:49   #32
 
Kutak's Avatar
 
Reputacja: 8 Kutak jest jak klejnot wśród skałKutak jest jak klejnot wśród skałKutak jest jak klejnot wśród skałKutak jest jak klejnot wśród skał
$: 218 805
To po prostu musi być amerykańska armia. Charles nie myślał już o całkowicie nieprofesjonalnym planie dotarcia na miejsce- ale cywile wtrącający się w plany wojskowych, całkowite ograniczanie wolności żołnierzy poprzez wytyczne dotyczące możliwych sposobów wydawania pieniędzy (co zapewne miało być sposobem na upokorzenie ich), brak zaufania do ponoć najlepszych ludzi w danych dziedzinach... Zgroza, koszmar i beznadzieja. Czemu to akurat jego wybrało NSA!?

I oczywiście nie mogą wyjść z budynku. To po co dają im aparaty!? Przecież w całym mieście jest tak wiele pięknych miejsc, może nadrobiłby te zdjęcia z Waszyngtonu, ale oczywiście, nie! Siedźcie w budynku, każdy normalny turysta przylatuje do Miami żeby porobić zdjęcia kasyna i butików! Butików, w których rzecz jasna nic nie kupuje! Ale on o wszystkim napisze! O każdym uchybieniu! O wszystkim dowiedzą się w MI-6!

- Dziękuję bardzo, panie majorze!- uśmiechnął się przyjaźnie gdy wręczono mu kartę i aparat i ruszył ku wyjściu. Ten beznadziejny materiał z bluzy gryzł go w kark!

I jeszcze mówi o nie piciu alkoholu, jakby oni sami o tym nie wiedzieli! Czy tylko on był tu zawodowcem, czy po prostu amerykańska armia traktuje każdego jak szeregowca przed pierwszą wizytą na poligonie!?

Stojąc razem z resztą oddziału, Straffey co chwilę prychał, wzdychał i parskał. Czy to przedszkole? Nie mogą się na nic zdecydować, banda debili i niedorozwojów! Za jakie grzechy, za jakie grzechy jeden z najlepszych agentów w całej Wielkiej Brytanii ma z nimi pracować!?

Chrząknął, by ludzie uciszyli się na chwilę i dali mu przemówić- tak robiło wielu intelektualistów. Widać Charles nie był żadnym z nich, gdyż nic to nie dało.

- Szanowni państwo, proszę się nie wygłupiać! Pójdziemy do restauracji z daniami wprost z Europy, ale nikt nikomu nie każe tańczyć czy korzystać z szesnastu rodzajów widelców! Każdy zje to co chce tak jak chce!- dając tym samym świadectwo o sobie, dodał w myślach. Niestety, podniósł głos- a im głośniej mówił, tym wyżej. W tej chwili przypominało to skamlenie szczeniaczka, co jak zwykle bardzo zawstydziło agenta- To ja już idę. Zapraszam za mną...- wybąkał i ruszył.

Ciągle poprawiał tę bluzę, była obrzydliwa, niewygodna i cuchnęła, jakby ktoś zwinął ją w kulkę zaraz po praniu, bez suszenia- ten zapach obrzydzał Anglika, odbierał mu ochotę na wszystko. Czemu nie pozwolili mu wziąć jego garnituru!? Że coś by w nim przemycił!? Ciekawe co- szczyptę intelektu?!

"Le quie”
zawiodło podpułkownika. W Londynie mieli dużo ładniejsze restauracje! Owszem, ta była stylizowana na coś między Włochami a Francją, ale siedzący we wnętrzach turyści w koszulach hawajskich niszczyli cały klimat. Do tego niektóre stoły były plastikowe, lampy to zwyczajne żarówki w kloszach, grano tutaj hity muzyki amerykańskiej, a nie jak powinni- staroświeckie i urokliwe przeboje w stylu Beatlesów, a kilku kelnerów miało krzywo zawiązane krawaty. Gdyby Straffey miał napisać recenzję tego miejsca, z pewnością ocena nie byłaby za wysoka.

- Witamy serdecznie. Pan sam?- spytał starszy kelner, prowadząc Charlesa ku stolikom.

- Nie, idą za mną inni. Banda prostaków, z góry za nich przepraszam.- odpowiedział, uśmiechając się delikatnie.

Po chwili usiadł przy największym z dostępnych, ośmioosobowym stoliku (który zresztą wyglądał obrzydliwie- nadawałby się bardziej do jadłodajni niż do restauracji, tylko zarzucono na niego biały obrus, w dodatku było na nim kilka niespranych do końca plamek) i wertował kartę menu z kuchnią angielską.

- Paszteciki kornwalijskie, irlandzką wołowinę z piklami, małe shepards pie i pudding, oczywiście. A do tego kawę, cokolwiek tu macie najdroższego, i mleko. Szklankę mleka.- złożył zamówienie, ciągle wpatrując się w menu. Ile błędów, ile pomylonych składników...

Z zakodowaną nienawiścią do tutejszych kucharzy, zaczął rozglądać się za resztą oddziału.
 
__________________
Kutak - to brzmi dumnie.
Kutak jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 03-13-2008, 17:48   #33
 
kitsune's Avatar
 
Reputacja: 7 kitsune jest po prostu świetnykitsune jest po prostu świetnykitsune jest po prostu świetnykitsune jest po prostu świetny
$: 135 543
Sierżant Christopher Lane

- …jaką są choćby wspomniane przez kolegę wojskowego – borsuki, podważa zasadniczość tej czynności, wywołując niepożądany efekt perlokucyjny.

Krasovsky nadawał jak najęty, mimo iż niemal nikt go nie słuchał. Niemal. Lane westchnieniem zatrzasnął walizkę z Barrettem i spojrzał przeciągle na fizyka. Przez chwilę ważył słowa, niepotrzebne były konflikty w świeżej i niezgranej ekipie:


- Jestem zwykłym NCO, moje MOS to 18B, wcześniej 11B. Nie uprawnia mnie do operowania pana żargonem. Natomiast, kiedy przebędziemy wiatrakiem te kilkaset klików do AOO, wyrzucą nas w DZ, a następnie na rozkaz majora zgromadzimy się w AA, to myślę, że pana postawa ulegnie zmianie. Jak to mówimy, ASAP, w pana i naszym dobrze pojętym interesie. Crash Hawk odleci, HQ zostanie daleko za plecami, MEDEVACa pan nie uświadczy w razie, gdy w SITREPie któryś ze skautów stwierdzi, że Jawowie urządzili sobie zasadzkę. Co wtedy? Nie chce pan przecież stać się KIA. Moje umiejętności CQB, SBF, BA-1100-N lub Military Improvement of Rapid Assault, w skrócie MIRA, mogą okazać się dużo bardziej przydatne, by nas wyciągnąć z czegoś, co tacy jak ja, porucznik Wolf, sierżant Anderson czy Chorąży Scott nazywamy FUGAZI, SNAFU lub w krytycznych sytuacjach FUBB. Czy przed OPFOR będzie pan wtedy równie stereotypowym SWAG co teraz? Mam nadzieję, że nie. Nie mam na sobie mojego ACU czy ALICE, lecz cywilny strój, ale nadal jestem 18-Body Bag. Jesteśmy ekspertami w swoich dziedzinach, szanujmy się po prostu, bez okazywania takiego zadęcia. Mój żargon jest dla pana równie niezrozumiały, co pana dla mnie. Udowadnianie kto jest większym głupkiem, nie ma najmniejszego sensu.

Czy jego przemowa przyniosła jakiś rezultat? Lane’a nie bardzo to obchodziło. Co ma być, to będzie.


***


Wylądowali na dachu wysokościowca tak lekko i delikatnie, że sierżant dopiero po wyłączeniu silnika otworzył oczy. Nalatał się już śmigłowcami, zazwyczaj z walącym sercem i napiętymi mięśniami ze zbielałym palcem na spuście M21 lub M4. Tym razem był to lot rekreacyjny, nie zamierzał się wysilać więcej niż trzeba. Spokojnie i w milczeniu wysłuchał kolejnej przemowy majora, a potem utarczek słownych reszty personelu. Wreszcie wziął kartę kredytową i niewielki aparat fotograficzny i podszedł do porucznika:


- Panie poruczniku, idziemy do tej francuskiej knajpy? – Zaczął z powątpiewaniem snajper. – Nie można czegoś, hmmm, mniej szykownego?
Lane podrapał się po szerokim karku.


- Człowiek ani tam piwa się nie napije, ani „kurwą” nie rzuci, by ludzie przy innych stolikach nie zmierzyli go, jak… - Spojrzał przelotnie na Krasovsky’ego. – Zresztą pewnie pan wie jak. Eeech, jak się nie da, to niech będzie ta „Le Ke” czy jak jej tam. I tak napić się nie można.

Lane miał jeszcze jedno do zrobienia. Musiał zadzwonić do domu. Usłyszeć ich głosy. W tej chwili zobaczył, że Straffey się odłączył. Spojrzał zaskoczony na Wolfa, sprawdzając, czy ich dowódca widział jawne złamanie rozkazów majora.
 
__________________
Lisia Nora Pluton szturmowy "Wierny" (zakończony), W drodze do Babilonu


kitsune jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 03-13-2008, 20:24   #34
 
DrHyde's Avatar
 
Reputacja: 2 DrHyde ma w sobie cośDrHyde ma w sobie coś
$: 47 723
Podporucznik Marti Wolf

Marti przyglądał się napiętej konwersacji między Kate i Kentem. Spojrzał na Scotta, który wtrącił coś o restauracji i na Lane’a, który od początku wykazywał pełen profesjonalizm.

- Do kurwy nędzy! Ludzie, czy wy nie potraficie się zdecydować. A ty dokąd… Straffey! Straffey!


Brytyjczyk bez reakcji oddalił się samotnie. Marti był niczym czynny wulkan. Wezbrała w nim złość.

- Nie chorąży Scott. Nie pójdziemy do restauracji. Nie potraficie się do kurwy nędzy zdecydować to idziecie tam, gdzie idzie dowódca. Czyli do tamtej budy! – Wolf wskazał na lokal, o którym wcześniej mówiła Kate. - Zjemy tam jak prości ludzie. Bo jestem prostym Amerykaninem ze stanu Alabama i będę jadł właśnie kurwa tam! Komuś się to nie podoba? To może wykonać akt niesubordynacji, tak jak to zaprezentował bezmyślny Straffey. Jak się wam wydaje, że jesteście na wakacjach, to się kurwa mylicie! – Spojrzał na Kenta. – A ty uważaj na słowa. Dla ciebie Porucznik Wolf cywilu.

Zrobił kilka błędnych kroków w zamyśleniu.

- Jest 12:00. Czas operacyjny na posiłek to 30 minut. Później całą grupą idziemy po kolei w miejsca, w które chcecie. O 1:30 mamy być tu i będziemy. A Straffey odpowie za swoje postępowanie przed majorem.

Wolf ruszył w kierunku lokalu z jedzeniem i kawą, której teraz potrzebował…i tabletek na ból głowy. Zawsze go miał, kiedy się denerwował.
 
__________________
Zapracowany - będą opóźnienia w postach. :(

Ostatnio edytowane przez DrHyde : 03-25-2008 o 18:20.
DrHyde jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 03-13-2008, 21:07   #35
 
Angrod's Avatar
 
Reputacja: 4 Angrod jest jak klejnot wśród skałAngrod jest jak klejnot wśród skałAngrod jest jak klejnot wśród skał
$: 48 879
Tak się jakoś składa, że właśnie jesteśmy na wakacjach jako beztroscy turyści. - Nie wypowiedział, ale starał się wyrazić miną Jake. Miewał już nie raz i nie dziesięć do czynienia z takim tonem i znacznie bardziej irracjonalnymi rozkazami. Tyle, że jeśli już to na wojskowym poligonie. Wolf chyba zapomina, że te zajebiste ciuszki wdziali nie po to by dalej się ale podobno są tu inco-kurwa-gnito a mało brakowało a dowódca wykrzyczałby na głos imię nazwisko, adres, pesel i szarżę. Ach racja, to ostatnie już zrobił. - Pomyślał Scott - Jednak karnie podporządkował się rozkazom, wiedział, że to najlepsza metoda.

Sytuacja w której część grupy chce iść do jednej knajpy a reszta drugiej chyba nie jest zbyt skomplikowana. Oczywiście, że odpowiedzialność za grupę obciąża psychicznie i można stracić panowanie, ale kiedy jest się porucznikiem armii Amerykańskiej... Scott zaczął się obawiać, że dowódca podczas sytuacji stresowych może nagle odpierdolić. Bał się takich ludzi. Na ten moment wolał jednak zgonić to na wojskowy sposób myślenia niż na panikę, wskutek utraty kontroli.

No, ale i tak chuj go strzelał, kiedy kiedy pomyślał, że zamiast wymuskanej pieczeni z dzika będzie zmuszony wpieprzać genetycznie modyfikowany bekon i popijać kawę ze starego ekspresu, zamiast świeżo mielonej z najlepszych gatunków ziaren. Na dodatek za wszystko zapłaci złotą kartą. Ssanie w żołądku podpowiadało mu jednak, że chyba i tak później pójdzie odwiedzić jakąś ekskluzywną jadłodajnie, w końcu przez następne dni będzie eksplorował jakąś nieznaną cywilizowanemu światu wyspę.

-Koedukację mamy już chyba za sobą. - Szepnął do Amandy dla rozluźnienia napięcia.
 
__________________
Może dziś?
. . . . . Zwierzątka . . . . .
Angrod jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 03-13-2008, 21:33   #36
 
Kerm's Avatar
 
Reputacja: 7 Kerm jest po prostu świetnyKerm jest po prostu świetnyKerm jest po prostu świetnyKerm jest po prostu świetnyKerm jest po prostu świetny
$: 190 963
James z zaskoczeniem spojrzał na Kate. Taka rezolutna i przebojowa dziewczyna chowa się za plecami starszego stopniem. Nie komentując tego zachowania czekał cierpliwie na słowa Wolfa. Którego wybuch nieco go zaskoczył.
- Naprawdę? - spytał nad wyraz uprzejmie.
Tym samym nader uprzejmym tonem kontynuował:
- Najwyraźniej ktoś zapomniał, co powiedział major... A brzmiało to dokładnie tak:

- Jeśli ktoś nie ma do kogo się dołączyć, wyznaczam porucznika Martiego Wolfa...

- Tylko w takim przypadku. A zdaje się, że parę osób wybiera się tam, gdzie Staffey - uprzejmość aż kapała z jego głosu. - Niektórzy chcą się poczuć jak turyści, których mamy udawać. I proszę się tak nie wydzierać... Po co cała okolica ma słyszeć. Poza tym, skoro mamy być formalistami, to pan Kent, poruczniku.
Z trudem się pohamował, żeby nie powiedzieć "podporuczniku".
" Zawsze uważałem, że armia stara się pozbyć tępych zupaków, którzy uważają, że im głośniej będą wrzeszczeć, tym będą ważniejsi." - pomyślał. Nie ulegało wątpliwości, że gdyby to powiedział, Wolf by eksplodował.
- Smacznego, poruczniku...
"Tylko nie zapomnij na nas naskarżyć" - dodał. Również w myślach. Nie chciał dostarczać podporucznikowi dodatkowych stresów.

Spojrzał na Kate. Z jego oczu wyraźnie można było odczytać: "Tchórz".
- Przykro mi, że nasze sam na sam nie dojdzie do skutku. Może kiedy indziej...
Skłonił się bardzo uprzejmie, po czym ruszył za Staffeyem.
 
Kerm jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 03-14-2008, 15:28   #37
 
liliel's Avatar
 
Reputacja: 6 liliel jest jak niezastąpione światło przewodnieliliel jest jak niezastąpione światło przewodnieliliel jest jak niezastąpione światło przewodnieliliel jest jak niezastąpione światło przewodnieliliel jest jak niezastąpione światło przewodnieliliel jest jak niezastąpione światło przewodnie
$: 78 851
- Nie potraficie się do kurwy nędzy zdecydować to idziecie tam, gdzie idzie dowódca. Czyli do tamtej budy! - wydany rozkaz przyjęła z ulgą. Widać Wolf się nie pierdolił. I dobrze. Przynajmniej wybawiło ją to z opresji przyszykowanych przez Kenta. Ten obrzucił ją za moment spojrzeniem pełnym wyrzutów i zakończył:
- Przykro mi, że nasze sam na sam nie dojdzie do skutku. Może kiedy indziej...
Nagle zrobiło jej się wstyd. Kent wydawał się miłym facetem i nie miał przecież złych zamiarów ale wszystko potoczyło się jakimś nieodpowiednim torem i koniec końców Wolf solidnie się po nim przejechał. A skoro mają wszyscy dłużej zabawić we wspólnym gronie to nie ułatwią Kentowi życia sprzeczki z zastępcą dowódcy. Straffey i Kent już zniknęli jej z pola widzenia. Krasovsky przez chwilę się zastanawiał ale w rezultacie ruszył w stronę francuskiej restauracji.


Kate lekkim krokiem weszła tam, gdzie wcześniej zamierzała. Knajpa była mocno wypełniona ludźmi, przyjemny zapach świeżej kawy uderzył ją od progu. Dostrzegła zaledwie kilka wolnych stolików, ale jak na życzenie była wśród nich obszerna loża, która mogła z łatwością pomieścić ich grupę. Zamówiła jajecznice na bekonie, która od rana chodziła jej po głowie i filiżankę czarnej, gorzkiej kawy. Kelnerka uwijała się wkoło stolika niosąc po kilka talerzy naraz i Kate zagapiła się podziwiając wprawność i gibkość jej ruchów. Podchodziło to już niemal pod cyrkowe ewolucje.


Postanowiła przerwać ciszę. Uśmiechnęła się przyjemnie i zagadnęła:
- To co panowie, zdaje się mamy przed sobą ostatni kulturalny posiłek. Na następny przyjdzie nam trochę poczekać ale mam nadzieję, że znajdziemy się po powrocie w nienaruszonym składzie i powtórzymy wspólny obiad. Albo jeszcze lepiej, po godzinach pracy pobawimy się w jakiejś miłej spelunce do białego rana. I mam nadzieję, że będziemy wreszcie jednomyślni w wyborze lokalu.
Jadła z apetytem. Jakby chciała zmusić wszystkie kubki smakowe do docenienia, co im się trafiły za rarytasy. Pieprzone wojskowe racje już niedługo wyjdą im bokiem. A odmiany nie będzie, chyba że Kent coś upoluje. Ta myśl ją rozbawiła, a o dziwo Kent zyskał w jej oczach jako potencjalne pogotowie żywnościowe.

Poszła później do łazienki, oblała twarz zimną wodą i wpatrywała się krytycznie w lustro. Była przemęczona i jakaś stłamszona. Jej twarz straciła gdzieś blask. A może nigdy go tam nie było?
Kiedy wracała z łazienki spostrzegła Wolfa stojącego samotnie w kącie sali, gdzie wydzielono obszar dla palących. Właśnie wypuszczał z ust chmurę siwego dymu gdy ich oczy się spotkały. Podeszła do niego i rzuciła:
- Więc mówi pan, że jest z Alabamy, Wolf? - uśmiechnęła się promiennie i przeczesała mokrymi jeszcze palcami długie, ciemne włosy - Mogę zapytać co takiego pchnęło małego, miłego chłopca z Alabamy, że postanowił zostać zawodowym żołnierzem? Bo chyba nie marzyło się panu od dziecka latanie śmigłowcami i zabawy z karabinem w "kto zabije pierwszy - ten wygrywa"? - jej głos brzmiał słodko, prawie zalotnie.
Boże czy ty z nim flirtujesz Kate? – zbeształa się w myślach – Od tych cywilnych ciuchów zupełnie ci się w dupie poprzewracało? Przypominam ci Anderson, że nadal jesteś na służbie. Po jaką cholerę w ogóle do niego podeszłaś? - rozmyślania przerwał jej Wolf.
- Tak się składa Kate, że od dziecka chciałem. Bawiąc się na rozległych polach plantacji kukurydzy udawałem, że jestem w Wietnamie i zabijam wroga...- przybrał ironiczny ton lecz zaraz spoważniał - To Ojciec chciał... Nieważne. Później jakoś się życie potoczyło. A ty? Kobieta w armii?
- Cóż, najwyraźniej jedno nas łączy, Wolf. - westchnęła z rezygnacją - Mamy podobne obciążenie genetyczne.
Czy wszyscy ojcowie są tacy okrutni? Wcześniej sądziła, że chyba tylko jej. - strapiła się.
- Mój ojciec jest pułkownikiem i od dziecka zatruwał mi życie marzeniami o jednej wielkiej, szczęśliwej, pierdolonej, wojskowej rodzinie. I chyba dopiął swego, jak widać - uśmiechnęła się gorzko.
- Mój nie jest wojskowym. Ale jak byłem mały często zaglądał do nas pewien chłopak, pilot w armii US. Według mojego ojca wzór do naśladowania. Nazywał się Georg Terry. Zaginął w trójkącie gdy wracał z misji w Afganistanie...Od dziecka chciałem mu dorównać...Być kimś w oczach ojca...I tak ostatecznie stałem się żołnierzem i rozpoczęła się moja pasja.
Sprostanie oczekiwaniom własnego rodziciela nie było rzeczą prostą, sama doskonale znała to z autopsji. Jakkolwiek dobra by nie była, ile wysiłku by w coś nie włożyła to zawsze było zbyt mało. Ojcowska pazerność na posiadanie doskonałych dzieci powinna być surowo karana. I jeszcze ten Terry. A więc Wolf też nie przypadkowo tutaj trafił? - rozmyślała.
Przez chwilę jakby się wahała ale w końcu wyciągnęła z wewnętrznej kieszeni spodni niewielkie, sfatygowane zdjęcie. Przedstawiało ono uśmiechniętą Kate w ciasnym uścisku wraz z młodym mężczyzną w mundurze. Wyglądała na szczęśliwą i beztroską. Szkoda, że obecna Kate zupełnie nie przypominała tamtej z fotografii.
- Wygląda na to, że kolejna rzecz nas łączy Wolf... Sporo tych zbiegów okoliczności.
Dziwne...Oboje więc chcą kogoś odnaleźć na tej przeklętej wyspie. I oboje mieli gówniane dzieciństwo. Poczuła niespodziewanie dziwną więź z Wolfem. Jakby znalazła kogoś kto mógł ją choć trochę zrozumieć.
- Może to nie zbieg okoliczności? - zapytał a ona przez chwilę zastanawiała się co ma na myśli, czy było w tym pytaniu ukryte jakieś podwójne dno? A może chodziło mu o to, że było pisane im się poznać? Podała Wolfowi zdjęcie.
- Mój brat, Tom. Był członkiem oddziału Marines, który zaginął na B-120 przed kilkoma miesiącami. Mam nadzieję natrafić na jakiś jego ślad. - zaskoczyła ją szczerość z jaką podzieliła się z nim swoimi planami.
- To podobnie jak ja. Chcę podziękować Terremu za..- zrobił pauzę jakby szukał właściwych słów - za zniszczone dzieciństwo... - odpłynął na moment myślami a potem dodał - Współczuje ci straty brata.


„Strata brata”. Zabrzmiało to przerażająco. Dotarła do niej nagle powaga tego stwierdzenia. Już wcześniej zakładała najgorsze, że Tom zapewne nie żyje, ale teraz gdy padło to z ust postronnej osoby pozbawiło ją to zupełnie resztek nadziei, które podświadomie ukrywała gdzieś w sercu.
- Lepiej wracajmy do pozostałych – powiedziała i zerknęła na grupę. Wszyscy właśnie kończyli jeść – zanim zaczną się zastanawiać nad czym się rozwodzimy. I jeszcze jedno. Może lepiej nie wspominać majorowi, że mieliśmy drobne problemy z integracją grupy?
 

Ostatnio edytowane przez liliel : 03-14-2008 o 15:34.
liliel jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 03-15-2008, 20:24   #38
 
K.D.'s Avatar
 
Reputacja: 2 K.D. wkrótce będzie znany
$: 19 194
Crowley ziewnął ostentacyjnie I schował złotą kartę do kieszeni przydziałowych, obszarpanych dżinsów. Teraz, kiedy będą pozbawieni rozjemcy w postaci majora, na dwieście procent Edward będzie świadkiem wielkiej bitwy indywiduów, z jakich składały się ‘Krwiożercze Borsuku’ vel ‘Kochana Wycieczka’. Nie będą się hamować – nie teraz, kiedy naprawdę mogą powiedzieć, co o sobie myślą.

Spec od zjawisk paranormalnych przygładził czarny t-shirt, który trochę za bardzo opinał się na klatce piersiowej jego skromnym zdaniem, i obrzucił krytycznym wzrokiem swoje czerwone trampki. Była pewna granica, której nigdy nie przekraczał jako osoba pełnoletnia – było nią noszenie trampek, niemodnych już dobre piętnaście lat, które musiały komicznie prezentować na nienastoletnim już byłym sierżancie. Crowley musiał wyglądać jak trzydziestoletni, farbowany punk. Taki, kurwa, wstyd… Marti i Kate wyglądali przy nim jak jego dzieci.

Tymczasem Kochana Wycieczka z nawiązką spełniła jego oczekiwania.

Konflikt interesów przerodził się w prawdziwe pandemonium, ten zafajdany cywil począł czynić grubiańskie awanse do sierżant Anderson, a Wolf zwyczajnie stracił nad sobą panowanie i zaczął wrzeszczeć, rzucając kurwami jak na poligonie. Na domiar złego Straffey po, hehe, angielsku opuścił Kochaną Wycieczkę i udał się przodem do le Quie, czy jakoś tak.
Robiło się coraz ciekawiej.

-Idę z wami, młodzieży- Westchnął ciężko Crowley i podążył za tymczasowym dowódcą wycieczki do obskurnego, hamerykańskiego fastfoodu.

Gdy usiedli, zamówił kawę i hamburgera, po czym siadł w milczeniu, by obserwować. O tak, obserwacja. Zbieranie informacji. O sojuszniku, o siłach neutralnych, o wrogu. O otoczeniu. Chłonął gesty i słowa towarzyszy jak gąbka, choć sam się zbytnio nie udzielał. Innym to chyba nie przeszkadzało, bo sami nie wyglądali na palących się do konwersacji z biednym, samotnym Edwardem

Po jakimś czasie sierżant Kate wyszła do łazienki, a Wolf wyraził chęć na papierosa. Crowley zaofiarował się, że pójdzie z nim i kopcili sobie w milczeniu, słuchając dudniącej muzyki pop z płynącej barowych głośników.

Po chwili z łazienki wyszła pani sierżant i nie zauważając chyba Crowleya, podeszła do Martiego. Edward po cichu wycofał się i wrócił do stolika, gdzie czekał na niego ledwo napoczęty hamburger. Nie będzie im przeszkadzał. Patrzeć na nich, to tak, jak patrzeć na nastolatków – młodych, zawstydzonych swymi uczuciami, niedoświadczonych. On sam nie pamiętał, kiedy ostatnio w ten sposób podchodził do drugiej osoby, ale w jego wieku, jeśli nie było się w stałym związku, można było liczyć tylko na jednonocne przygody z pijanymi studentkami.

Szkot nie słyszał, o czym rozmawiają, ale po ich minach widać było, że to jakieś smutne wynurzenia o trudnym dzieciństwie, tudzież coś w ten deseń. Zabawne, że żołnierze, którzy niemal dopiero co się poznali, są gotowi prowadzić konwersacje na tak osobiste tematy(jeśli oczywiście Crowley nie mylił się co do ich natury).

Para najwyraźniej skończyła konwersację, i wróciła do stolików. Crowley odsunął do siebie pusty talerz i znad kubka kawy obserwował dwójkę wymownym spojrzeniem, jakim obdarza się dwójkę przedszkolaków którzy przejęci wrócili z randki…
 
__________________
Kutak 19:17:34
wiesz co, karty mam naprawde bardzo ladne, wiec i jest swietnie, bo reszte "poziomu swietnosci" dopelnia moja wyczepista osoba :D
K.D. jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 03-16-2008, 15:09   #39
 
Kerm's Avatar
 
Reputacja: 7 Kerm jest po prostu świetnyKerm jest po prostu świetnyKerm jest po prostu świetnyKerm jest po prostu świetnyKerm jest po prostu świetny
$: 190 963
Droga do windy nie trwała długo, a już w połowie tej drogi James usłyszał za sobą jakieś kroki. Obejrzał się, nieco zdziwiony faktem, że ktoś jeszcze nie posłuchał wywrzaskiwanego rozkazu Wolfa.
- Jak widzę, doktorze wybiera się pan również do "Le quie" - powiedział.
Doktor Krasovsky skinął jedynie lekko głową. Nic nie powiedział, ale na jego twarzy widać było wyraźnie, co myśli o armii w ogóle, a o podporuczniku Wolfie w szczególności. Równocześnie łatwo było zauważyć, że nie uważa niejakiego Jamesa R. Kenta za dość godnego, by podzielić się z nim tymi przemyśleniami.

- Stolik dla panów? - szef sali z ukłonem zmaterializował się w wejściu.
- W zasadzie szukamy kogoś... - odpowiedział James rozglądając się po sali. Zauważenie Staffey'a, siedzącego z kwaśną miną przy największym stoliku, nie było trudne. Choć wyraz twarzy podporucznika zdecydowanie zniechęcał do zajęcia miejsca przy tym samym stole... - I chyba znaleźliśmy... - dodał. Z tonu dość jasno wynikało, że wolałby, by poszukiwana osoba znaleziona nie została...
Ruszył w stronę stołu. Po drodze przyglądał się Staffey'owi. Wyglądało na to, że Anglikowi nie podobało się nic - od wystroju sali począwszy, przez muzykę, towarzystwo, aż na kolorze obrusów skończywszy.
Skinąwszy głową Staffey'owi usiadł przy stole i wziął, podobnie jak doktor Krasovsky, podane im przez kelnera menu.
Doktor przez chwilę przeglądał kartę potem powiedział:
- Kwaśną zupę, gulasz z sarniny, knedliki, na deser stryk ze śliwkami... Albo nie... Lepiej vanilkove rohlicky...
James z zaciekawieniem wysłuchał zamówienia. Niektóre nazwy wydały mu się dość egzotyczne. Ale wolał nie wypytywać. gdyby czasem popisał się ignorancją, pewnie obdarzony by został pogardliwym spojrzeniem i zmuszony do wysłuchania długiego wykładu na temat różnic między kuchnią rosyjską, czeską, polską i diabli wiedzą jaką jeszcze...
Przeniósł wzrok na kelnera.
- Dla mnie zupa z kałamarnic, potem macki ośmiornicy pieczone na grillu, z przyprawami, parę chrupiących croissantów, żabnicę... nie... - zmienił zamówienie przypominając sobie, ile wina wlewanego jest do tej potrawy; alkomat mógłby dostać szału - ...piotrosz z langustynami, a na koniec crème brûlée.
Z pewnym żalem rzucił okiem na długą listę win....
- I jeszcze tonik z cytryną...

Na szczęście oczekiwanie na potrawy nie trwało długo. Rozkoszując się smakowitymi ośmiorniczkami James zastanawiał się przez moment, jak smakują hamburgery, zaserwowane tamtej grupie przez Wolfa. Nie sądził, by jakością dorównywały smakołykom, którymi ich trójka delektowała się w "Le quie". Chociaż... Miał wrażenie, że potrawom, które dostał Staffey, jakby czegoś brakowało...

Tuż przed uiszczeniem rachunku poczuł się nieco nieswojo, wiedząc, że nie będzie mógł wręczyć kelnerowi tradycyjnego napiwku... Zauważył jednak, że napiwek został wliczony do rachunku. Widać właściciel, idąc z duchem czasu, uwzględnił fakt, ze nie każdy gość przychodzi do "Le quie" z workiem pieniędzy w garści.

Rzucił okiem na zegarek. 12.40. Pozostało jeszcze trochę czasu na małą wycieczkę do kasyna. I, być może, spotkanie się tam z resztą grupy.
- Może tak, panie doktorze - powiedział - wybralibyśmy się do jaskini hazardu i sprawdzili, jak się zachowa rachunek prawdopodobieństwa mając do czynienia z kartą bez limitu?
Zwrócił się do Staffey'a.
- Zechciałby nam pan towarzyszyć? - spytał. - Fakt, że amerykańskie kasyna nie dorównują klasą europejskim, ale bez wątpienia byłoby to jakieś urozmaicenie przed penetrowaniem głębin...
Gdyby Staffey się zgodził, byłoby to faktycznie miłe urozmaicenie. Gdyby nie... W zasadzie, w myśl rozkazu majora, nie powinni zostawiać nikogo samego... Zatem zostali skazani na towarzystwo kręcącego na wszystko nosem podporucznika... czyli wizyta w kasynie przemknęłaby im koło nosa...
 
Kerm jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 03-18-2008, 10:54   #40
Obsługa
 
Mira's Avatar
 
Reputacja: 8 Mira jest jak niezastąpione światło przewodnieMira jest jak niezastąpione światło przewodnieMira jest jak niezastąpione światło przewodnieMira jest jak niezastąpione światło przewodnieMira jest jak niezastąpione światło przewodnie
$: 226 421
Poniedziałek, 1:12pm
MIAMI



Wszyscy stawili się punktualnie na płycie lotniska. No może wszyscy z wyjątkiem Amandy Mc’Roilly, która straciła rachubę czasu, przesiadując w kąciku dla dzieci.

***

Początkowo tylko stała i patrzyła jak maluchy dokazują w „Miasteczku Gier i Zabaw” w czasie, gdy ich rodzice robili zakupy. Na jej ustach błądził delikatny, smutny nieco uśmiech. W pewnym momencie wpadł jej do głowy pomysł... Spojrzała na kartę płatniczą, którą dostała od NSA.

„A gdyby tak...?”

Amanda z bijącym sercem pobiegła w stronę sklepu ze słodyczami, tam zakupiła dużą paczkę słodyczy oraz pudło soczków i udała się do dziecięcego kącika. Po krótkiej konsultacji z opiekunką i zapewnieniu, że nie ma zamiaru żadnej pciechy porywać, rozdała ku uciesze maluchów łakocie. Nawet pobiegła dokupić jeszcze...

Dziecięcy śmiech dźwięczał w jej uszach, gdy o 1:10 stawiła się na dachu wieżowca. Miała świadomość swej niesubordynacji, ale... – gdy wspomniała radosne buzie - warto było!


***

Po złożeniu otrzymanych kart i aparatów oraz rewizji (nadzwyczaj dokładnej!) "wybrańcy" Ameryki zostali skierowani do niedużego pomieszczenia. Tu czekały na nich mundury oraz kombinezony – przygotowane przez Deltę już do właściwej części misji.
Skończył się sen turysty, o czym mieli się przekonać w bardzo nieprzyjemny sposób. W szatni bowiem czekał na nich ktoś jeszcze... rozwścieczony O’hrurg.

- CZY WAS DO KURWY NĘDZY POJEBAŁO CAŁKOWICIE?! - przywitał wszystkich.


Rozjuszony niczym byk wobec czerwonej płachty, major podszedł ciężkim krokiem do Wolfa i schwycił go za koszulkę, przyciągając do siebie. W tym momencie podporucznik zdał sobie sprawę, jak wielka musiała być siła człowieka, który przed nim stał. Gdyby zechciał, mógłby unieść podwładnego do góry, trzymając tylko za poły koszuli.

- TAKI KURWA Z CIEBIE ZASTĘPCA WOLF? TAKI ZASTEPCA, ŻE KIEDY MÓWIĘ „MISJA TAJNA, UDAJEMY TURYSTÓW” TY RZUCASZ STOPNIAMI WOJSKOWYMI NA PRAWO I LEWO?!

Przez chwilę major wyglądał tak, jakby zaraz miał uderzyć Martiego ‘Juniora’. Pomiarkował się jednak. Puścił koszulę podporucznika i odstąpił do tyłu parę kroków, dysząc ciężko.

- Zawiodłem się na tobie Wolf. – rzekł już spokojniej – Nie nadajesz się na mojego zastępcę i... zaczynam się zastanawiać czy ktokolwiek z was się nadaje. Anderson – to samo co Wolf – rzucanie stopniami wojskowymi i ogólna niesubordynacja. Widać degradacja niczego cię nie nauczyła dziewczyno. Radzę ci się jednak uspokoić, jeśli faktycznie masz ochotę brać udział w tej misji. Nie zapominaj, że gdyby nie dobra wola twego dowódcy, prawdopodobnie nie byłoby cię tutaj.

O’hrurg uśmiechnął się wrednie. Z sympatycznego majora, który przywitał ich w Pentagonie naprawdę w tej chwili nie wiele pozostało. Czy można jednak dziwić się człowiekowi, który miał przeprowadzić jedna z najbardziej nietypowych misji wyspiarskich i to w dodatku w zespole, który nigdy wcześniej nie współpracował ze sobą?

- Lane! Taki stary koń, a nie wie, że w trakcie misji nie wolno kontaktować się z rodziną... szczególnie misji specjalnych. Myślałem, że ty w tej gromadce będziesz miał więcej rozumu. Gdyby nie to, że cały czas śledziłem was na monitorach i zdążyłem wysłać ochroniarzy, by uniemożliwili ci ten telefon, pewnie zamiast lecieć na akcję, skończyłbyś przed sądem wojskowym...

- ... i pewnie by się żonka już nie radowała.
– dokończył Krasovsky, lecz widząc pełne gniewu, świdrujące spojrzenie majora na sobie, umilkł, zaciskając wąskie wargi.

- Do tego wszystkiego dodajmy spóźnienie pani doktor i zignorowanie przez część z was mojej prośby o trzymanie się w grupach...

- Ja...bardzo przepraszam majorze.
– odezwała się zmieszana Amanda.

- Taa... Ja też was przepraszam, przepraszam, ale przy takim zaangażowaniu szanownych wycieczkowiczów, nie widzę dla was wielkich szans na przeżycie!

Po tych słowach Petera O’hrurga zapadła cisza. Ktoś przełknął głośno ślinę, ktoś zaszurał butem. Czas mijał... czyżby w ogóle Armia zrezygnowała z misji z powodu ich zachowania?

- Dość mam niańczenia was. – wycedził przez zęby major – Już nie będę prosił, już nie będę tłumaczył. Jeśli chcecie żyć, macie wykonywać moje polecenia jak pierdolone roboty, zrozumiano? ZROZUMIANO, KURWA?!

- Tak, sir!

- Wolf, pożegnaj się z funkcją zastępcy. Straffey... ty również się nie popisałeś tym samodzielnym wypadem, nie mogę ci zaufać. Właściwie jedyną osobą spośród wojskowych, która zachowała się odpowiednio, był chorąży Jacob Montgomery Scott. Tak więc, pomimo iż jest niższy stopniem od niektórych tutaj, to on zostaje zastępcą dowódcy.

Major spojrzał na zegarek, który miał na ręku.

- 1:21. Za dziesięć minut widzę was w śmigłowcu ubranych w mundury i gotowych do podjęcia się misji wojskowej! Scott, ty jesteś odpowiedzialny, by tym razem nie było żadnych wpadek. Limit spierdolonych spraw został wyczerpany.

To rzekłszy mężczyzna wyszedł z pomieszczenia, trzaskając za sobą drzwiami.

***

O’hrurg przyglądał się w zamyśleniu maszynie, którą mieli lecieć. UH-60A Black Hawk został pozbawiony „turystycznych” dodatków i teraz stał dumnie a płycie lotniska.


Ten śmigłowiec był wielokrotnie już testowany, przez co miał renomę niezawodnego. Dodatkowo NSA wyposażyła jego wnętrze w kilka cacuszek najnowszej generacji.
Na sprzęt nie było co narzekać, ale ludzie?

„Skoro Marines nie podołali zagadce Kochi, to może ta banda da radę... a jeśli nie?”

Przed oczami majora śmignęły F-16, które raz po raz wystrzeliwały rakiety w stronę rajskiej wyspy, by ta... stała się piekłem. Zamrugał oczami.

„Lepiej nie myśleć.”
 
__________________
Czy wiesz że gdy pada śnieg
Moje oczy stają się większe
A światło którym lśnisz jest niewidoczne?
Mira jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Reklama
Odpowiedz


Użytkownicy aktualnie czytający ten wątek: 1 (0 użytkownik i 1 gości)
 
Narzędzia wątku
Wygląd

Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wł.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.

Podobne wątki
Wątek Autor wątku Forum Odpowiedzi Ostatni Post / Autor
[komentarze] Fontanna Młodości Mira Komentarze do sesji RPG - w systemach autorskich 215 Dzisiaj 11:00
[Autorski] Fontanna Młodości Mira Archiwum rekrutacji 40 02-24-2008 21:15


Czasy w strefie GMT. Teraz jest 17:45.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2008, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110