![]() | ![]() |
![]() |
| |||||||
| Sesje RPG -Autorskie Ścieżki wyobraźni są kręte. Sprawdź jak daleko wyobraźnia zaprowadziła wielu tych, którzy dali się jej ponieść. Zagraj w sesje oparte na systemach autorskich |
![]() |
| | Narzędzia wątku | Wygląd |
| | #41 |
![]() | Na sam widok wściekłej miny majora James nastawił się duchowo, że zaraz spadnie na niego grad wyrzutów. Jakby nie było to właśnie jego zachowanie przyczyniło się do nieco irracjonalnego wybuchu podporucznika Wolfa. Co prawda to Kate zapoczątkowała awanturę, ale on sam zdecydowanie podgrzał atmosferę... Z nieco zaskoczoną miną James wpatrywał się w majora, który pod jego adresem nie powiedział ani jednego słowa... I nie obserwował min tych, na których skupił swą uwagę major. "No proszę... Cholerny skurczybyk miał nas na podglądzie" - pomyślał. - "Czyżby zrobił sobie mały teścik? Może właśnie w tym celu wypuścił nas spod swych opiekuńczych skrzydełek i pozwolił poszaleć? Zdaje się, ze parę osób dało plamę..." Nie dało się ukryć, że nikt nie wyszedł z testu bez skazy. Może prócz nowo mianowanego zastępcy, Scott'a. "Ciekawe co by major zrobił, gdybym na złotą kartę zafundował sobie panienkę..." Oczami wyobraźni ujrzał ubranych na czarno ludzi w kominiarkach, wyłamujących drzwi w najciekawszym momencie. "Byłby stres do końca życia" - przemknęła rozbawiona myśl. - "Wydałbym majątek na psychoanalityka. Ciekawe, czy można by armię obciążyć rachunkiem..." W tym momencie doszedł do wniosku, że tylko zbiorowy seks gwarantowałby wypełnienie polecenia majora dotyczące poruszania się co najmniej parami. Obrzucił spojrzeniem towarzyszy podróży. "Ciekawe, który z nich poszedłby na panienki..." O'hrurg dawno temu skończył mówić, a James, szybko zmieniając odzienie, ciągle rozmyślał. To, że major skierował swoje pretensje w stronę wojskowych wcale nie było pocieszające. Większość ludzi wolała winić innych za swoje porażki, a wojskowi nie należeli pod tym względem do wyjątków. Łatwo mogło się okazać, ze wszyscy - od odsuniętego od władzy Wolfa począwszy, na kierującym się poczuciem solidarności Scott'cie - zapiszą sobie w pamięci, kogo obarczyć winą. A wtedy zrobi się naprawdę ciekawie... Cień uśmiechu błysnął w oczach Jamesa. "To będzie interesująca wycieczka" - pomyślał. Był gotowy zanim minęło wyznaczone przez majora dziesięć minut. Wyszedł z budynku i skierował się w stronę stojącego na płycie lotniska Black Hawka. - Skończyły się przyjemności, zaczynają się schody - powiedział półgłosem. |
| | |
| Reklama |
| |
| | #42 |
![]() | - CZY WAS DO KURWY NĘDZY POJEBAŁO CAŁKOWICIE?! - głos O'hrurg'a sprawił, że Kate zesztywniała. Wszystko dotarło do niej jakby z opóźnieniem. Stary, szczwany lis. A tobie się wydawało złotko, że puścił nas samopas? Cały czas miał nas na widelcu - zmięła w ustach siarczyste przekleństwo. - A my daliśmy się podjeść jak banda przedszkolaków. Przez moment poczuło się odrobinę wolności, błogi wiatr w żaglach a tu nagle okazało się, że nasza wspólna łajba rozpieprzyła się na mieliźnie i nieodwracalnie idzie na dno. Przeklęła się za głupotę. Nie dlatego, że nie posłuchała rozkazu. Dyscyplina nigdy nie była jej najmocniejszą stroną a impulsywna natura dodatkowo wszystko komplikowała. Była na siebie wściekła, że dała się złapać za rękę na gorącym uczynku. Zupełnie jak dziecko myszkujące w środku nocy w matczynej spiżarni. No to się kurwa Kate doigrałaś. Stałaś już jedną nogą na B-120 i spierdoliłaś na całej linii. Wracaj do bazy w Kentucky bo nic tu po tobie. Wywalą cię na zbity pysk. A teraz trzymaj się mocno Dorotko bo Kansas właśnie spierdala ci sprzed oczu… - beształa się w duchu. O'hrurg kipiał gniewem. A potem zaczął szarpać Wolfa za koszulę. Nie była zaskoczona tym widokiem. No tak. Z każdego dowódcy prędzej czy później wyjdzie wredny skurwiel. Choć muszę przyznać ładnie się maskował na początku. Słodkie pierdolenie, „moi drodzy" i słoneczny uśmiech. A potem podwija się człowiekowi noga a taki ma już w ręku przygotowany bicz, żeby cię publicznie wybatożyć. I jeszcze takie upokorzenie przed cywilami. Pożałowania godna amatorszczyzna. Jeszcze tylko brakuje, żeby kazał nam rzucić się na glebę i pompować. Chociaż może to byłoby lepsze niż bezczynne słuchanie tej reprymendy. - Nie nadajesz się na mojego zastępcę i... zaczynam się zastanawiać czy ktokolwiek z was się nadaje. Anderson – to samo co Wolf – rzucanie stopniami wojskowymi i ogólna niesubordynacja. Widać degradacja niczego cię nie nauczyła dziewczyno. Radzę ci się jednak uspokoić, jeśli faktycznie masz ochotę brać udział w tej misji. Nie zapominaj, że gdyby nie dobra wola twego dowódcy, prawdopodobnie nie byłoby cię tutaj. Cztery nieskończenie długie zdania zarezerwowane tylko i wyłącznie dla niej. To już prawie materiał na artykuł w rubryce plotkarskiej. Czuję się kurwa wyróżniona. I jeszcze wywlekł brudy o mojej degradacji. Wręcz kurwa cudownie. A wszystko oczywiście przez Kenta. Gdyby nie próbował jej od samego początku prowokować Wolf by nie wybuchł i może sprawa nie zakończyła by się tak paskudnie. I jeszcze te pretensje wobec Lane'a. Chciał sobie chłop do domu zadzwonić, istotnie powód do wzniecania afery. Zasady wojskowe, zasadami a życie i tak weryfikuje wszystko w praktyce. Jak się nie ma kiedy z rodziną porozmawiać każda okazja wydaje się ku temu odpowiednia. Sama by pewnie też zadzwoniła, gdyby miała tylko do kogo. - Dość mam niańczenia was. – kontynuował O'hrurg – Już nie będę prosił, już nie będę tłumaczył. Jeśli chcecie żyć, macie wykonywać moje polecenia jak pierdolone roboty, zrozumiano? ZROZUMIANO, KURWA?! Wyprężyła się na baczność. Regulaminowo, bez żadnych uchybień. Minę miała grobową, bez cienia emocji. - Tak, sir! – krzyknęła gorliwie. Więc może nie wszystko się jeszcze zjebało? Skoro misja trwa to znaczy, że nie skreślił ich definitywnie. Wreszcie coś na pocieszenie. I marzą mu się roboty? Jednego kurwa będzie z pewnością miał. Przynajmniej dopóki nie poczuje pod stopami twardego gruntu B-120. I istotnie, kiedy Kate zasiadła na miejscu drugiego pilota zaczęła zachowywać się jak pieprzony cyborg. Swoje zadania wykonywała fachowo i z należytą starannością. Żadnych zbędnych komentarzy, kompletny brak mimiki twarzy. Nawet na Wolfa przestała zwracać uwagę. Słuchała co prawda uważnie jego poleceń i komentarzy ale wydawało się jakby nić porozumienia, którą niedawno nawiązali gdzieś się ulotniła. Jakby wszelkie funkcje życiowe zostały w niej wyłączone i ktoś przełączył ją na autopilota. Przeszłam taką indoktrynację, że potrafię z łatwością stać się robotem na zawołanie majorze. Więc proszę bardzo. Oto jestem. Pierdolony R2-D2. Tylko potem nie narzekaj, że ludzie są spięci i brak im wszelkiej zażyłości – to była ostatnia myśl jaka przeszła Kate przez głowę. Potem scenariusz biegł już tylko jednym, znajomym torem. Liczył się tylko lot. Stary dobry Black Hawk. Bezpieczna, znajoma przystań. Aż żal będzie wywlekać z niego swoją dupę. |
| | |
| | #43 |
![]() | Sierżant Christopher Lane Lane nieraz widywał wściekłych ludzi, często przy tym próbowali go zabić z rozmaitej broni. Przyzwyczaił się. Chociaż nie, kiedy Eleanor się na niego darła, to zawsze się przejmował. Wolał wtedy zmilczeć, przeczekać jej gniew. A tutaj? O’hrurg nie był jego żoną, więc bez emocji, z uwagą wpatrywał się w swego dowódcę, który robił z siebie idiotę przed frontem całego personelu tzw. specjalnej misji. Cóż, wyższe szarże rządzą się swoimi prawami, ale mimo wszystko major wywołał niesmak w Lane’ie. Szarpanie podwładnego, wydzieranie się niczym pensjonariusz w psychiatry ku. To nie wpływało na zawodowego żołnierza, jakim był Lane, pozytywne. Kiedy usłyszał do siebie skierowane pretensje, nie rzekł ani słowa. Pokiwał tylko lekko głową, akceptując argumentację majora. Faktycznie, to było złamanie zasad. I co z tego? Miał to w dupie. Z tej misji, jak z każdej innej mógł nie wrócić. Dlatego zawsze wcześniej dzwonił do swoich „dziewczyn”. A tym razem kilku cywilnych agentów niemal nie pobiło go przy aparacie. Lane w ostatnie chwili powstrzymał odruchy i nie dobył ukrytego noża. Dał się zatrzymać i spacyfikować. A teraz wpatrywał się w O’hrurga, z którego ust tryskały raz po raz drobinki śliny, gdy dowódca wrzeszczał na Wolfa czy pozostałych. Jedna z kropelek przeleciała całkiem długą drogę, lądując na nogawce dżinsów Lane’a. Snajper z niesmakiem starł ją. Kiedy major skończył wrzeszczeć odczekał zwyczajowe kilka minut, a potem wstał i uszył za pozostałymi w stronę śmigłowca. W pewnej chwili zrównał się z Krassovskym i, nie patrząc na fizyka, rzucił cicho od niechcenia: - Raz grzecznie powiedziałem ci, byś pilnował swych słów. Teraz powiem może bardziej zrozumiale. Odpierdol się ode mnie, a już na pewno moja żona nie jest osobą, o której powinieneś wspominać. Po prostu odpierdol się. *** Blackhawk, koń roboczy amerykańskiej armii. Podstawowy śmigłowiec pola walki. Wersja MH-60K przeznaczona do operacji specjalnych, z rozpraszaczem spalin HIRSS, kamerami FLIR, dwoma minigunami w gondolach po obu stronach kadłuba i kilkoma innymi cackami dla jednostek specjalnych. Lane spojrzał ciekawie na Anderson, która w 160ym Pułku SOAR z pewnością na takich latała. Swoją drogą Lane często współdziałał z kolegami Anderson a oddziału. Nic dziwnego, że dziewczyna z Nocnych Łowców znalazła się w ekipie, która musi po cichu dostać się na jaką pieprzoną wyspę, którą właśnie chłopaki z USAF równają z poziomem morza. |
| | |
| | #44 |
![]() | Podporucznik Marti Wolf Gdy tylko Marti usłyszał słowa majora z niezbyt sympatycznymi zwrotami, stanął na baczność, jakby mu ktoś wsadził w dupę kołek i przymocował do ziemi. Po posiłku i połówce cygara doszedł do wniosku, że ostatnio często go ponosiło. To nie było dobrym sygnałem dla Juniora. Nie w tym momencie. Nagle karcące myśli zostały przerwane agresją i mocnym chwyceniem koszuli pod szyję. Przez chwile Wolf nie mógł złapać powietrza i wysłuchiwał tylko… - TAKI KURWA Z CIEBIE ZASTĘPCA WOLF? TAKI ZASTEPCA, ŻE KIEDY MÓWIĘ „MISJA TAJNA, UDAJEMY TURYSTÓW” TY RZUCASZ STOPNIAMI WOJSKOWYMI NA PRAWO I LEWO?! No uderz skurwysynu… Uderz! – Myśli pilota były rozdarte. Z jednej strony czuł się winny tego co zrobił, a z drugiej chciał w tym momencie zgnieść dowódcę jak pierdolonego szkodnika. Jak robola … W ziemie… Puścił koszulę i odsunął się od Martiego. W głowie Wolfa szalał teraz tajfun dziwnych myśli. Nawet nie słuchał, tylko stał i patrzył na majora. Czekał aż ta żenada się skończy. Dopierdolił się i sam teraz pokazuje co potrafi. Cały ten cyrk powoli zaczynał mocno denerwować Martiego. Wypomniał Laneowi telefon jakby facet chciał zadzwonić i sprzedać informację na ten temat. Człowiek po prostu chciał zadzwonić do żony. To jednak był temat, na który Marti mógł mało powiedzieć. Przemilczał też komentarz Krasovsky’ego. - Wolf, pożegnaj się z funkcją zastępcy. Straffey... ty również się nie popisałeś tym samodzielnym wypadem, nie mogę ci zaufać. Właściwie jedyną osobą spośród wojskowych, która zachowała się odpowiednio, był chorąży Jacob Montgomery Scott. Tak więc, pomimo iż jest niższy stopniem od niektórych tutaj, to on zostaje zastępcą dowódcy. Po tych słowach Wolf zaczynał obawiać się, czy w ogóle wróci z tej misji. Po co w ogóle tam leci? Jest wielu doświadczonych pilotów. Tekst majora o limicie spierdolonych spraw zakończył przemówienie i Junior bez słowa zaczął się przebierać. Jego myśli tworzyły fontannę barw, które mogą wybuchnąć. * * * Czarne bydle stało na płycie lotniska gotowe do lotu. Obok niego O'hrurg. Już na sam widok jego ryja Marti się denerwował. Na szczęście nie należy do ludzi gwałtownych, tylko do spokojnych. Wolf przełączył się na tryb izolacji. Obchodziło go teraz podniesienie tej bestii w powietrze i jebana misja, na którą niepotrzebnie się zgodził… Kate zachowywała się jak robot. Para robotów – R2D2 i C3PO. Junior z poważną miną patrzył przed siebie, przygotowując się do startu i wybuchnął niepohamowanym śmiechem na myśl o robotach.
__________________ Zapracowany - będą opóźnienia w postach. :( |
| | |
| | #45 |
![]() | Crowley pokiwał lekko głową i podrapał się w grdykę. O'hrurg masakrował tuż obok swoich podwładnych i Szkot przez chwilę pomyślał, że to już nie ten sam major jak kiedyś. Edward westchnął cicho, zastanawiając się, jaki właściwie Peter O'hrurg był 'kiedyś', ale uświadomił sobie, że chyba za słabo go zna. 'Musiał dostać ostatnio niezły wycisk', zadumał się Crowley, 'jeśli teraz jest taki nerwowy'. Za dużo papierkowej roboty, za mało snu i zbyt tępi podwładni w połączeniu z wyjątkowo niebezpieczną misją na którą zaraz wyruszy nie mogło wyjść mu na zdrowie. Spec od zjawisk paranormalnych obrzucił wzrokiem twarze współpracowników i skrzywił się. Wszyscy siedzieli, naburmuszeni i obrażeni jak banda uczniaków, zbyt dumnych, przy przeprosić, albo zniżyć się do poziomu dyskusji z tym popaprańcem, jakim był teraz w ich oczach major, który to sam też prędzej połknie swoje pagony razem z gwiazdkami niż przeprosi Kochaną Wycieczkę za swój wybuch. Krasovsky i Straffey, dwaj złośliwi intelektualiści, wcale nie pomagali w rozluźnieniu atmosfery - wręcz przeciwnie, działając wszystkim na nerwy zagęszczali ją jeszcze bardziej. I Aleister siedzący z dupą pośrodku tego wszystkiego, cichy, obserwujący, można powiedzieć, że... zobojętniały. Pośród młodych, gniewnych zarozumialców i ich starego, nerwowego przywódcy czuł się tylko odrobinę nieswojo. To więcej niż oczywiste, że w przypadkowej grupie żołnierzy i cywilów z różnych środowisk, która poznała się ze sobą i swoim majorem raptem kilka godzin temu, dojdzie prędzej - i tylko prędzej - do spięć. Po raz kolejny udowadnia się teza, że drużyna złożona z ludzi, którym dobrze znani są przywódcy i towarzysze, jest efektywniejsza niż... niż to. Nie zaprzątając tym sobie więcej głowy, Crowley zaczął się przebierać. * Bojowy śmigłowiec czekał już na nich na lądowisku. Uzbrojony po zęby BlackHawk robił wrażenie - Edward poczuł się jak za dawnych czasów, kiedy w zeszłym tygodniu pogrywał sobie w Black Hawk Down na swoim piecu. Stare czasy... dobre czasy. W pełnym przedszkolnego uporu milczeniu, jak 'pieprzone roboty', załoga rozsiadła się tak wygodnie jak umiała i starając się wyglądać odpowiednio naburmuszenie, przygotowała się do lotu. Piloci zajęli swoje miejsca i z mechaniczną dokładnością - oraz równie mechaniczną finezją - poderwali Sokoła w górę, w górę, aż do gwiazd... Buczeniu wirnika towarzyszył niepohamowany śmiech Wolfa. Edward zbladł, wyobrażając sobie, jak pilot puszcza ster, by złapać się pod boki rechocząc, a pozbawiony 'kierowcy' śmigłowiec pięknym łukiem przebywa odległość dzielącą go do płyty lotniska...
__________________ Kutak 19:17:34 wiesz co, karty mam naprawde bardzo ladne, wiec i jest swietnie, bo reszte "poziomu swietnosci" dopelnia moja wyczepista osoba :D |
| | |
| | #46 |
![]() | Jake na tyle na ile się to da był przygotowany psychicznie na nieuniknioną reakcję O'hrurga. Kiedy stał na baczność, żołądek jak zwykle delikatnie informował, że w takich warunkach to on trawić nie będzie. Jednak taka sytuacja to przecież dla komandosa nie pierwszyzna. Sam z resztą podzielał obawy przełożonego o powodzeniu misji w nieznanej dżungli, na niezbadanej wyspie, kiedy klapą okazała się wizyta w centrum handlowym. Cywile zapewne tego nie zrozumieli, ale major w porównaniu do tego co mógł zrobić obszedł się z nimi łagodnie. Zresztą chyba nikt nie oczekiwał, że powie "No trudno zrobiliście tamto i siamto źle, ale nie gniewam się tylko nie róbcie tego więcej." No chyba, że naprawdę nie zdawali sobie z tego sprawy. W zasadzie opierdolenie "wycieczki" było pewnego rodzaju formalnością tyle, że dającą pewne pole do indywidualnego popisu dopełniającemu jej. Starał się zrozumieć obie strony. Oczywiście problemy były wynikiem niezgrania grupy. Tylko tak można było wytłumaczyć potknięcia licznych specjalistów w swoich branżach. Nie wyobrażał sobie by doszło do czegoś podobnego w oddziale, który się po prostu zna. Swoją drogą młodszego chorążego zastanowiło dlaczego nie odbyli wspólnego, choćby parodniowego przeszkolenia, typowego dla takich nietypowych misji. To na poligonie powinni stawiać pierwsze, nieporadne kroki, by teraz zachowywać się jak na profesjonalistów przystało. Scott zamierzał później wyjaśnić tę kwestię z majorem. Tak czy inaczej, czy tego chcieli czy nie, zaczęła wytwarzać się pomiędzy nimi jakaś więź, zapewne inna niż to sobie co poniektórzy mogli wyobrażać, ale tak to już bywa z konfrontacją wyobrażeń z rzeczywistością. - Właściwie jedyną osobą spośród wojskowych, która zachowała się odpowiednio, był chorąży Jacob Montgomery Scott. Tak więc, pomimo iż jest niższy stopniem od niektórych tutaj, to on zostaje zastępcą dowódcy. 1:21. Za dziesięć minut widzę was w śmigłowcu ubranych w mundury i gotowych do podjęcia się misji wojskowej! Scott, ty jesteś odpowiedzialny, by tym razem nie było żadnych wpadek. Limit spierdolonych spraw został wyczerpany. Jake także nic nie powiedział, nie chcąc wyjść na jakiegoś bufona, skinął tylko lekko głową w bok, dając reszcie znak, że już można przystąpić do wykonania rozkazu. Czuł w sobie jakąś dziwną mieszankę dumy z dobrze spełnionego zadania, a za razem solidarności z resztą grupy. Podobnie mieszane uczucia żywił w stosunku do sprawowania zwierzchności nad starszymi od siebie stopniem, a także wiekiem, niepewność, chęć sprawdzenia się. W każdym razie konflikty wewnętrzne te wielkie, ale i te małe nie są raczej dla człowieka przyjemne dlatego też Scott starał się nie roztrząsać wszystkiego w głowie, a przekonać się jak to wyjdzie w praktyce. Młodszy chorąży podzielał cichą chęć grupy niepodpadania dowódcy, szczególnie że został obdarzony przez niego pewnym zaufaniem. Z radością przyjął, że nikt nie starał się potwierdzić słów O'hrurga o miernym zaangażowaniu i może nie w najlepszych humorach, ale szybko i sprawnie wszyscy wkrótce znaleźli się w Blackhawku. Pozostało tylko czekać, aż czas poprawi nastroje i przystąpić wreszcie do tej misji. Scott jednak nie czuł wcale przygnębienia jak część "wycieczki" a jedyne w swoim rodzaju podniecenie. Leciał przecież właśnie podczas niebezpiecznej misji, na tajemniczą wyspę, z dość ciekawymi ludźmi, co niektórych mogłoby tylko odstraszyć. Młodszy chorąży jednak czuł, że przeciera nowe szlaki, przeżywa oszałamiającą przygodę, robi coś o czym nie śni się zwykłym ludziom zabijającym nudę siedząc przy komputerze, oglądając teleturnieje, czy śledząc życie sław. Wysoko nad ziemią czuł, że to właśnie dla niego zrobiony jest świat. Po pewnym czasie nie mógł już patrzeć na te ponure twarze i zapragnął rozruszać personel rozmową. Za swój cel wybrał osobnika który wydał mu się najbardziej tego wymagający. - Jak pan myśli, poruczniku Straffey, co, a może kto nas czeka na wyspie? Ma pan jakieś domysły? |
| | |
| | #47 |
![]() | Śmieć! Śmieć, dureń, idiota, gnojek, buc, cham... Jak on śmiał, jakim prawem ośmielił się wydrzeć też na niego!? Co on zrobił, no co!? Poszedł tam, gdzie mieli iść, na dodatek nie sam- jadł z tym durnym survivalowcem, przez którego na dodatek teraz odbijał mu się pudding! Czego oczekiwał major? Robił przecież co mógł! To jak ojciec... Tato zawsze krzyczał, on tyle krzyczał- mocniej, szybciej, bardziej, lepiej! Wyżej, podciągaj się wyżej na tym drążku! Uważniej, patrz jak celujesz! Co to ma być? Charles, czy Ty ze mnie kpisz!? Ja w twoim wieku.. I potem. Co!? Jaka astma!? Ty nie jesteś moim synem! Wynoś się, wynoś się stąd, natychmiast! Nie śmiej patrzeć mi się w oczy! Bierz tę twarz, bierz ją, mogę ci w nią najwyżej splunąć! I co, płaczesz?! Płaczesz, Charles!? Płacz, tylko swoich łez jesteś wart! I pas, i trzask, i krzyk, i ból. I morderczy ból. Łza ściekła po jego policzku. Och, jak dobrze, że nikt jej nie zauważył... Jeszcze O’hrurg zrozumie swój błąd. Jeszcze każdy z tych gnojów z jego oddziału zrozumie wyższość Straffey'a nad nimi. Jeszcze ojciec będzie z niego dumny... *** Nadchodziła chwila rozpoczęcia ich misji. Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, niedługo wylądują na wyspie i będą szykować się do dalszych kroków. Rozpocznie się niejedno starcie i każdy członek załogi będzie miał okazje pokazać jak wiele jest wart. Wielu okaże się bezwartościowymi śmieciami, to pewne. Ale on, on im wszystkim zaimponuje... W końcu jest najlepszy. Był najlepszy w MI-6, dlatego tu poleciał. Wyższość nad nimi nie będzie dla niego problemem... - Jak pan myśli, poruczniku Straffey, co, a może kto nas czeka na wyspie? Ma pan jakieś domysły?- spytał w końcu Scott, gdy helikopter uniósł nad ziemię zamyślonego podporucznika i resztę oddziału. - Cóż, zdaję się na wywiad Armii Stanów Zjednoczonych. Podejrzewają, że siedzą tam terroryści i to całkiem podobne. Pewnie czekają nas najcięższe dni naszego życia, ale kogo to przejmuje? Mamy cel, naszym celem jest walka o wolność nie tylko USA, ale także całego świata. I chyba nie mamy innego wyjścia, niż tę walkę wygrać...- mówił Charles wyuczoną formułkę, patrząc się na ocean. Te delikatne fale zawsze koiły jego serce...
__________________ Kutak - to brzmi dumnie. |
| | |
| | #48 |
| Obsługa ![]() | No i skończyła się sielanka. Nikt nie rozmawiał, nikt nie żartował. Każdy siedział w swoim kącie. Od czasu do czasu tylko piloci rzucali sobie zdawkowe uwagi dotyczące kursu. Na szczęście jednak czas, który mijał, przynosił rozluźnienie. Lecieli już od dobrej godziny. Stały ląd zniknął za horyzontem. Przed nimi, za nimi, oraz pod nimi rozciągał się ogromny ocean. ![]() Pogoda była naprawdę wymarzona. Słońce odbijało się mnogością złocistych refleksów od spokojnej powierzchni wody, mąconej jedynie przez leniwe fale. Dla Straffeya był to widok zaiście terapeutyczny. - Patrzcie! – w pewnym momencie milczenie przerwała Amanda – Tam, tam.... czy to nie delfiny? Faktycznie przez małe szybki z lewej strony helikoptera, mogli dostrzec jakieś kształty raz po raz wyskakujące ponad powierzchnie wody. Jeśli nawet nie były to delfiny, musiały to być spore stworzenia. - Niesamowite. – Krasovsky podniósł oczy znad laptopa, w którego od początku podróży wpatrywał się namiętnie. Kent, który siedział z boku, widział, że naukowiec co jakiś czas przełączał tylko okienka miedzy różnymi wykresami. Bardzo więc możliwe, że robił to tylko po to, by drażnić pozostałych, którzy nie dostali komputerów. - Delfiny w wodzie... zaiste niesamowite. – rzekł zgryźliwie fizyk, na co Amanda zaczerwieniła się i odsunęła od okienka. Zakłopotana, skierowała wzrok w drugą stronę, aby tu napotkać spojrzenie spokojnego i opanowanego sierżanta Lane. Jego fizjonomia dawała poczucie bezpieczeństwa, zapewne to w nim ceniła jego żona. Murzynka uśmiechnęła się delikatnie. - Ja pana rozumiem... z tym telefonem. Ja też miałam córeczkę i była dla mnie całym światem. Nie mogłam jej zostawić na godzinkę, żeby nie czuć tego ścisku w gardle, tego niepokoju. Starałam się cały czas jej pilnować... niestety, nie dałam rady. Kobieta wyraźnie posmutniała. - Jesteśmy w kwadracie TT14 mapy 0-1-2. – zagrzmiał głos O’hrurga, który właśnie spoglądał na mapę elektroniczną – Schodzimy na wysokość 12 metrów ponad powierzchnią wody, wykonać! - Tak, sir! – odpowiedzieli jednocześnie Kate i Marti, stosując się do poleceń. Black Hawk zanurkował łagodnie, płynnie zniżając swój lot. Pod nimi zaczęły tworzyć się spiętrzone oka fal. Ogromne masy powietrza przetwarzane przez śmigła, tworzyły na tafli oceanicznej wzory przypominające te, które powstają po „kaczkach” rzucanych przez dzieciaki. Tylko te były większe i bardziej urozmaicone. „Takie dla dorosłych...” – przyszło na myśl Scottowi. Lot śmigłowca wyrównał się. Kate odwróciła się na siedzeniu drugiego pilota. - Melduję, że wysokość 12 metrów osiągnięta. - Dobrze. Kiedy dotrzemy na wyspę? – zapytał major. Tym razem odpowiedział mu podporucznik Wolf. - W tym tempie powinniśmy dotrzeć na B-120 za kwadrans. - W porządku, tak trzymać. Pozostali, przygotować się do lądowania. Zająć miejsca, zapiąć pasy... Schować laptopa i wszelkie inne sprzęty. - TAK, SIR! Gdy wszyscy przycupnęli na swych pseudo-fotelach. Wyraźnie było widać teraz, że niektórym trzęsą się nogi lub ręce. Inni siedzieli sztywno, pełni napięcia. - Wiecie już czego się spodziewają wojskowi a wyspie. – zagadnął O’hrurg dużo milszym niż w ciągu ostatnich godzin tonem – Chodzi oczywiście o Al-Kaidę... Powinniśmy jednak zdawać sobie sprawy również z innych ewentualności. Edwardzie, czy coś byś sugerował w tej kwestii? *** Od miejsca lądowania dzieliło ich już ledwo 5 km, na rozkaz majora śmigłowiec został sprowadzony jeszcze bliżej powierzchni wody tak, że słyszeli szum fal w kabinie. Teraz wszyscy już mogli zobaczyć nieduży archipelag przed nimi. Trzy małe, skaliste wysepki, prawie całkiem pozbawione roślinności oraz dalej jedna duża – Kochi-Tichi. Faktycznie nawet z tak bliskiej odległości nie dało się dostrzec centrum wyspy, skrywanego w objęciach ogromnego pasma górskiego. Od góry bowiem przysłaniał wyspę dziwny, trochę nienaturalny w kształcie kapelusz z dymu, dobywającego się z wulkanu. Nagle maszyną zatrzęsło! Na chwilę jakby silnik zgasł, po czym odpalił z wielkim szarpnięciem. I znów to samo! Tym razem na dłużej, przez co szarpniecie było mocniejsze. Gdyby nie pasy, niektórych wyrwałoby z siedzeń zapewne. - Meldować! – krzyknął major. - Jakieś dziwne zaniki mocy, sir! – odwrzasnął Wolf – Momentami wszystkie kontrolki gasną, jakby maszyna nie miała żadnego źródła zasilania. Jakby zamiast silnika armia wrzuciła nam stertę wiór! I znów wstrząsnęło. Wszystkie światełka i kontrolki zamarły lub wskazały „zero”. ![]() W takich momentach śmigłowiec wyraźnie tracił na wysokości. Pilot musiał wytężyć wszystkie siły, by podnieść go na odpowiednią wysokość przed kolejnym takim wahnięciem. Kate wychyliła się w swym fotelu nieco do przodu i aż zachłysnęła się powietrzem. - Od strony wyspy skierowany w nas jest jakiś promień czy prąd powietrza sir! Ledwo to widać, ale jak się przyjrzeć dokładnie, to da się zobaczyć, że powietrze faluje w tym strumieniu. Ah! Kolejny wstrząs, przez który sierżant Anderson omal nie uderzyła głową w kokpit. - To fascynujące! – Tom Krasovsky wręcz piszczał z podekscytowania, rozpinając swój pas – Muszę to zobaczyć! To jakieś pole magnetyczne... - Siadać Krasovsky!!! – wrzasnął major, gdy tamten podniósł się ze swego miejsca i podszedł do siedzeń pilotów, by wyjrzeć przez przednią szybę. - SIADAĆ!!!
__________________ Czy wiesz że gdy pada śnieg Moje oczy stają się większe A światło którym lśnisz jest niewidoczne? |
| | |
| | #49 |
![]() | James usiłował wygodnie usiąść na nędznej imitacji fotela. Nie bardzo mu się to udawało - sadysta, który projektował to "siedzisko" zakładał pewnie, że skoro wysyła się żołnierzy na śmierć, to nie trzeba zapewniać im wygody. Bo i tak nie przyjdą z reklamacjami. Dodatkowo humor psuły mu złociste refleksy, odbijające się od lekko tylko pofalowanej powierzchni wody. "Piękne słońce, wspaniała woda, a my tłuczemy się zamknięci w metalowej puszce" - pomyślał nieco zgryźliwie. - "Jachtem byłoby przyjemniej..." Przymknął oczy, wyobrażając sobie cichy śpiew napiętych sztagów i want, delikatne kołysanie jachtu... Uśmiechnął się, gdy Amanda zwróciła uwagę na delfiny. Radość pani doktor, która ucieszyła się jak dziecko, była zaraźliwa. Co prawda nie dla wszystkich. "Chamowaty głupek" - rzucił w stronę Krasowsky'ego potępiające spojrzenie. Czego pan doktor, znów wsadziwszy nos w ekran laptopa, nie zauważył. James poniechał komentarza słownego. Nie miał zamiaru wywoływać kolejnej awantury i niepotrzebnie denerwować majora. Zastanawiał się jedynie przez chwilę, co powiedziałby O'hrurg, gdyby jego specjalista od pól magnetycznych dostał nagle kopa w zadek... Pewnie nie byłby zachwycony... Opanowując lekką pokusę słownego lub fizycznego sponiewierania jednego z członków ekipy oderwał wzrok od doktora. Obserwowanie zarozumiałego oblicza Krasowsky'ego było równie nudnym zajęciem, jak patrzenie na pojawiające się na ekranie laptopa wykresiki. Które pan doktor przewijał tam i z powrotem, jakby nie mogąc się zdecydować, na którym zatrzymać wzrok. "Albo szpanuje laptopem" - pomyślał James - "albo nie wie, jak wyjść z programu." Zaproponowanie pomocy byłoby z pewnością miłym akcentem, ale James miał wrażenie, że gest nie zostałby należycie doceniony... Ponownie zmienił pozycję. Przymknął oczy, usiłując odciąć się od wszystkich napływających dźwięków. Niezbyt mu się to udało, bo głos majora nad wyraz głośno zabrzmiał w jego uszach. James skrzywił się. I postanowił na drugi raz siadać w nieco większej odległości od dowódcy... Podwójne "Tak jest!" zabrzmiało w powietrzu. Śmigłowiec obniżył lot, a płynące spod łopat strugi powietrza tworzyły na wodzie ogromne kręgi. "Szkoda, że to woda. W zbożu to by był efekt" - pomyślał rozbawiony James. - "Od razu by się zlecieli ufolodzy..." Od strony foteli pilotów płynęły kolejne, spokojne meldunki. Widać było, ze lot nie sprawia żadnych problemów. "Jeszcze kwadrans i staniemy na terra incognita" - przemknęło mu przez głowę. Rzucił okiem na zegarek, mocniej dociągnął pasy i sprawdził, czy stojący obok plecak jest dobrze przypięty. Z kpiącym uśmiechem obserwował, jak Krasowsky ostentacyjnie zamyka laptop, powoli chowa go do pokrowca i wreszcie całość z namaszczeniem wkłada do plecaka... James pokręcił głową, a potem spojrzał na Crowley'a ciekaw, jakiej odpowiedzi na pytanie majora udzieli konsultant od spraw paranormalnych. |
| | |
| | #50 |
![]() | Czas mijał i Kate wyraźnie się rozluźniła. Złość zaczęła już z niej odpływać. Zerknęła przelotnie na Wolfa i przygryzła lekko wargę. Wyglądał na przejętego niedawnym incydentem zdecydowanie bardziej niż ona i Lane. Nic dziwnego, O'hrurg zogniskował swój gniew właśnie na nim. Chciała mu powiedzieć, żeby nie przejmował się zbytnio wybuchem majora ale jakoś nie miała odwagi rzucić tego tak bezceremonialnie. W końcu O'hrurg siedział nieopodal a i reszta mogłaby jej zwykłą koleżeńską sugestię opacznie odebrać, jakoby podporucznik wpadł jej w oko. Bo i istotnie tak było, ale czas i miejsce nie sprzyjały swawolnym, szczeniackim umizgom. Może po powrocie spotkają się gdzieś niezobowiązująco. Upiją solidnie i wylądują w motelu a rano Kate jak zwykle ulotni się zanim Wolf zdąży się obudzić. Ta perspektywa wydała się pociągająca ale z drugiej strony nie byłoby to fair wobec kolegi po fachu. W końcu po tej misji przestanie być przygodnym nieznajomym, a jej właśnie z takimi najłatwiej wychodziło. Kiedy cię z facetem nie łączy nic prócz wypitych wcześniej kilku drinków nietrudno wyrzucić go za drzwi. Z Wolfem nie byłoby to już chyba takie proste. - Patrzcie! – z zachwytem oznajmiła Amanda – Tam, tam.... czy to nie delfiny? Mc'Roilly wyraziła nadmierny jak na jej gust entuzjazm na widok wodnych ssaków a Krasovsky skwitował to typowo dla siebie, czyli zgryźliwie. Nie była pewna kto z tej dwójki bardziej ją irytował. Przejawiali oboje skrajne nastawienie do świata a Kate nie lubiła radykalizmu w żadnym wydaniu. Panią doktor cechowała prawie dziecięca naiwność, której nie potrafiła zaakceptować u kobiety w jej wieku. Natomiast powalający sceptycyzm i zarozumialstwo fizyka wprawiało ją zwyczajnie w bojowy nastrój. Jakby sam prosił się o manto. Te jego drażniące komentarze, Boże zlituj! Lepiej dla jego dobra aby oszczędził sobie kazań na mój temat bo mogłoby ponieść mnie szybciej niżbym sobie tego życzyła. I oczywiście skutki okażą się opłakane głównie dla mnie samej. Najlepiej w ogóle nie zwracać uwagi na jego płytkie docinki. Ignorowanie istnienia osobników jego pokroju nie powinno być trudne - rozmyślała. I wtedy Amandzie zebrało się na zwierzenia. Zwróciła się do Lane'a: - Ja pana rozumiem... z tym telefonem. Ja też miałam córeczkę i była dla mnie całym światem. Nie mogłam jej zostawić na godzinkę, żeby nie czuć tego ścisku w gardle, tego niepokoju. Starałam się cały czas jej pilnować... niestety, nie dałam rady. Trochę ją zaskoczyła bezpretensjonalność pani doktor. W zasadzie to kompletnie ją zatkało. Po jaką cholerę wywnętrzać się tak dalece w towarzystwie obcych ludzi? Mimo to nie mogła jej potępić za tą otwartość, przecież nie dalej jak kilka godzin temu sama wykazała się przy Wolfie niczym nie wytłumaczalnym nadmiarem szczerości. W zasadzie nie było to najmądrzejsze z jej strony. Dzielić się prywatnymi zamiarami z człowiekiem, którego praktycznie nie znała ale wywiązało się między nimi... coś. A może tylko jej się zdawało? Zresztą, nieważne. Po namyśle stwierdziła, że mimo wszystko postawa McRoily jej zaimponowała. Przeżyła niepojętą tragedię i nadal potrafiła zachować przy tym pogodę ducha. Nawet jeśli to tylko pozory to i tak zasługuje na uznanie. Przy tej kobiecie jej własne problemy wydawały się jedynie ich błahą namiastką a mimo to ona nie potrafiła sobie z nimi poradzić, pewnych rzeczy zaakceptować i przejść do porządku dziennego. Nie starała się nawet wyobrażać sobie jak straszna musiała być dla niej strata dziecka. Traumatyczne do granic wytrzymałości. Och Kate, ty wredna zdziro! Chyba czas zjechać odrobinę z tonu i odnaleźć w sobie krztynę zrozumienia i dobrej woli. Chyba zbyt pochopnie ją oceniłaś. Może Mc'Roilly nie będzie aż takim złym towarzyszem. W rankingu antypatycznych osób Krasovsky zdecydowanie więc awansuje na pierwszą pozycję – przeszło jej przez myśl. – Schodzimy na wysokość 12 metrów ponad powierzchnią wody, wykonać! - z ust majora padło kolejne polecenie. Śmigłowiec zniżył lot aż gładka tafla wody zmąciła się i pokryła ruchomymi kręgami. Podobało jej się to. Przywoływało miłe, znajome skojarzenia. Ona w „sto sześćdziesiątce” latała głównie na niskim pułapie i na długich dystansach. Co prawda loty odbywały się zwykle nocą, z wykorzystaniem gogli noktowizyjnych. Była w końcu z Night Stalkers, ciemność była jej sojusznikiem. A to rażące słońce wydawało się jej jakoś nie na miejscu. Wybitnie ją irytowało, wybijało z wewnętrznego rytmu. Lot przebiegał bezproblemowo aż do momentu kiedy maszyną zaczęło szarpać i rzucać na wszystkie strony. Kontrolki szalały, wyłączały i włączały się na przemian. Nigdy wcześniej nie spotkała się z takimi dziwnymi zanikami mocy. A potem dostrzegła wir powietrza, strumień falującej energii skierowany wprost na nich. Co to u diabła może być? Nowa broń terrorystów? A może powód dlaczego leci z nami ekspert od zjawisk paranormalnych? Cokolwiek to jest na razie trzeba się skupić na priorytetach, czyli bezpiecznym lądowaniu, ewentualnie wodowaniu, ale na razie wolałabym tej ewentualności nie brać pod uwagę. Wciąż jako tako dawało się panować nad maszyną. Nie pozostawało więc nic innego jak wycisnąć z konia roboczego siódme poty, zamęczyć silniki i zmusić do intensywnej pracy. Doleć na miejsce maleństwo. No dalej, zrób to dla mnie – w myślach przemawiała do maszyny łagodnie, pieszczotliwie. Czasem łatwiej dogadywała się z nimi niźli z ludźmi - W najgorszym wypadku posadzimy cię względnie miękko na wodzie. Chociaż oczywiście wolałabym abyś dotarł do suchego lądu skarbie. Twoja strata mogłaby okazać się dla nas tragiczna. – Podświadomie jednak spodziewała się najgorszego. Zresztą, jak zawsze. Ostatnio edytowane przez liliel : 04-04-2008 o 11:22. |
| | |
| Reklama |
| |
![]() |
| Użytkownicy aktualnie czytający ten wątek: 1 (0 użytkownik i 1 gości) | |
| Narzędzia wątku | |
| Wygląd | |
| |
Podobne wątki | ||||
| Wątek | Autor wątku | Forum | Odpowiedzi | Ostatni Post / Autor |
| [komentarze] Fontanna Młodości | Mira | Komentarze do sesji RPG - w systemach autorskich | 215 | Dzisiaj 11:00 |
| [Autorski] Fontanna Młodości | Mira | Archiwum rekrutacji | 40 | 02-24-2008 21:15 |