![]() | ![]() |
![]() |
| |||||||
| Sesje RPG -Autorskie Ścieżki wyobraźni są kręte. Sprawdź jak daleko wyobraźnia zaprowadziła wielu tych, którzy dali się jej ponieść. Zagraj w sesje oparte na systemach autorskich |
![]() |
| | Narzędzia wątku | Wygląd |
| | #81 |
![]() | James ze starannie ukrywanym uśmiechem spoglądał na Straffeya. Samo wspomnienie pośpiechu, z jakim Charles pędził do majora wywoływało wesołość. Chociaż z drugiej strony trudno się było dziwić podporucznikowi - za wszelką cenę cenę chciał się wykazać, a to była okazja. I nie można było dopuścić, by ktokolwiek ukradł zasługę... "Nie można powiedzieć, żeby się czymkolwiek przejmowały" - pomyślał, gdy do jego uszu dobiegł kolejny wybuch śmiechu. - "Na przykład o tym, że dzieci o tej porze powinny spać, a nie bawić się w nocne podchody..." Widocznie nikt się nimi nie zajmował... Zazwyczaj złośliwi dorośli nie pozwalali dzieciom na zabawy w środku nocy. Wiedział o tym. Z własnego doświadczenia... "Może czyjeś urodziny" - uśmiechnął się. - "A my się nie załapaliśmy..." Głosy rozbawionych dzieci, przeszkadzające niektórym w ucięciu sobie małej drzemki, ucichły dopiero rano. "Zakaz strzelania do dzieci" - kątem oka spojrzał na majora. - "Albo dowcip, albo skleroza..." Zdawało mu się, że jakimś dziwnym trafem nie mieli z czego strzelać. Chociaż, prawdę mówiąc, zrobienie czegoś takiego jak proca wymagało paru minut, wliczając w to znalezienie pocisków, zaś atlatla - z pół godziny... Z oszczepem byłoby trudniej... Trochę... Dawid zabił Goliata kamieniem z procy, ale James nie sądził, by któryś z jego towarzyszy zdołał oddać celny strzał z procy... On sam też dawno tego nie robił... Śniadanie było zimne... Chemia nie działała... Podobnie jak krzemienie, z których w żaden sposób nie dało się wykrzesać iskry. A na słońce było nieco zbyt wcześnie... "Jeśli indiańskie skrzypki nie zadziałają, to albo trzeba będzie czekać, aż niebiosa ześlą nam ogień, albo wybrać się do wnętrza wulkanu..." - Majorze... A co ze sprzętem? - miał nadzieję, że major nie przywiązał się zbytnio do stosów bezużytecznego w tym momencie ekwipunku... Skinął głową gdy okazało się, że O'hrurg nie ma duszy liczykrupy. Przeglądając swój ekwipunek przysłuchiwał się dalszej rozmowie... - Dziękuję - uśmiechnął się do Amandy, chowając do kieszeni bluzy wręczoną mu maskę. - Będziemy wyglądać jak klony Michaela Jacksona - zażartował. Amanda odpowiedziała uśmiechem i skierowała się do następnej osoby. James popatrzył przez chwilę na Murzynkę. Nie zazdrościł jej. Jakby nie było zostawała sama, bo Crowley - nie da się ukryć - nie był w tej chwili najlepszym towarzyszem podczas pobytu na tej tajemniczej wyspie... Obrzucił spojrzeniem parę drobiazgów, które nie miały zamiaru działać - latarka, granat, mapa elektroniczna, race... Targanie zbędnego sprzętu byłoby głupotą, nawet jeśli ów sprzęt ważył tyle, co nic... Za to pasek od latarki nadawał się idealnie... Że też nie pomyślał o tym wcześniej... Na szczęście nóż ciął jak należy i po paru minutach wszystko było gotowe. Jeszcze tylko odpowiedni kamień... Gdzie jak gdzie, ale na plaży kamieni było pod dostatkiem... Pocisk przeciął ze świtem powietrze, mijając odległy o ponad pięćdziesiąt metrów ledwie o parę centymetrów... "Jednak aż tak nie zardzewiałem" - uśmiechnął się James, chowając procę do kieszeni. - "Jeszcze tylko kilka ładnych okrąglaczków..." Skoro proca służyła ludziom przez tysiące lat, to mogła posłużyć również jemu... Przez parę dni... Przyczepił toporek do pasa i był gotowy. Parę chwil przed upływem owej umownej połowy godziny... Szkic nabazgrany na piasku przez majora był dostatecznie wyraźny. I zrozumiały. W dodatku powinni wrócić do obozu przed spodziewanym terminem, co zawsze było lepsze, niż powrót po czasie... Dżungla, jak zwykle, przywitała ich nadmierną ilością wilgoci w powietrzu i nadmierną ilością owadów w tymże powietrzu. Tak na jedno, jak i na drugie nie było w zasadzie lekarstwa. Chyba, że ktoś chciał pachnieć jak skrzyżowanie mięty z wanilią... "Nie ma to jak mieć złą krew" - pomyślał. Jego, dziwnym trafem, od dawna omijała większość owadów... Może nie lubiły smaku jego krwi... A może on sam przesiąkł lasem, zaś one atakowały tylko obcych... Po przejściu kilkudziesięciu metrów trafili na kępkę młodych, ale już dość wysokich bambusów. - Dar od niebios - uśmiechnął się James. Wystarczyło kilka machnięć toporkiem, by w jego rękach znalazła się niezła, dość elastyczna włócznia. Prowizorka i warto by ostrze zahartować w ogniu, ale... Na bezrybiu... - Ktoś jeszcze chętny? - spytał. Nie był egoistą, a bez wątpienia taka broń byłaby lepsza w starciu z jakimś większym zwierzakiem, niż zwykły nóż. A nikt nie mógł gwarantować, że na tej dziwacznej wyspie nie trafi się coś większego od królika... Od czasu do czasu rzucał okiem na Kate, która od chwili wkroczenia do lasu zachowywała się co najmniej ciekawie. To, że rozglądała się na wszystkie strony, to dziwne nie było. Tak robili wszyscy. Ale w wyrazie jej twarzy było coś... niepokojącego... Jakby widziała coś, czego w żaden sposób być tu nie powinno. "Fobia jakaś, czy ma zwidy" - zaczął się zastanawiać, po raz kolejny nie dostrzegając obiektu, który wywołał taką dziwną reakcję. - Kate...? - spytał w końcu - Co jest grane? - O co ci chodzi Kent? Wszystko jest w jak najlepszym porządku - odpowiedziała Kate ostrym tonem, jakby dając do zrozumienia, że to pytanie odebrała jako atak na jej własną osobę. Spojrzenie, jakim go przeszyła, było wyjątkowo podejrzliwe... Za moment jednak odwróciła wzrok. - A w zasadzie dlaczego pytasz? - dodała. Znacznie już łagodniej. Po jej ruchach można było jednak wyczytać, że nadal jest spięta. Niespokojnie obracała w palcach zawieszony na szyi nieśmiertelnik i lekko przygryzała przy tym wargę. - Wiesz... Miałem wrażenie... - Zawahał się. - Nie... Już nic... Przepraszam... - dodał, wyciągając rękę i dotykając jej ramienia. - Nie powinienem pytać... Widać było, że Kate jest nie w sosie, a on raczej nie należał do osób, przed którą jego towarzyszka miałaby ochotę się wywnętrzać... - Stop! - powiedział. - Na moment... Major, który właśnie przymierzał się do zmiany kierunku spojrzał na Jamesa mało ciepłym wzrokiem. - Coś tu błysnęło - wyjaśnił James, zabierając się za przeszukiwanie zarośli. - Może piraci zakopali tu swój skarb - skomentowała Kate. - Podziel się, jak znajdziesz - dodała z kpiną w głosie. James nie odpowiedział. Był pewien, że promień słońca, który przed chwilą wpadł mu w oko, odbił się od kawałka metalu. - Proszę! Jest! Wynurzył się z zarośli trzymając w ręku scyzoryk, najprawdopodobniej wędkarski. - Nasi tu byli - powiedział pół żartem. - I to nie wieki temu... Na scyzoryku nie było widać żadnych śladów rdzy, która w tym klimacie z wielką ochotą nadgryzała stal nie zwracając zwykle uwagi na taki drobiazg jak nierdzewność. - Georg Terry... - odczytał wygrawerowany napis. - To chyba właściciel, a nie firma... |
| | |
| Reklama |
| |
| | #82 |
![]() | Ktoś ją obudził. Poderwała się nerwowo i przetarła zmęczone oczy. Minęła chwila zanim powróciła do otaczającej ją rzeczywistości. Chociaż... Może jednak dalej śniła? Rozejrzała się z niedowierzaniem. Wydawało jej się, że słyszy rozradowane głosy bawiących się dzieci. A skąd niby one miałyby się tutaj wziąć? Może to efekt halucynacji? Ktoś podtruł ich gazem? A może coś było w jedzeniu? Ale później usłyszała raport Straffey'a i poczuła nieukrywaną ulgę. Przestań popadać w paranoje Kate. To tylko głosy. Ciesz się, że chociaż dla odmiany nie tylko ty je słyszysz. Przez resztę nocy przysypiała na siedząco. Nie widziała potrzeby czuwania, zresztą była faktycznie zmęczona. Postanowiła zafundować sobie jeszcze trochę nadprogramowego snu. Wszyscy nasłuchiwali w skupieniu jakby to stadko dzieci miało za chwilę wpaść do ich obozowiska z zamiarem wybicia ich w pień. Jak dziwna nie byłaby ta wyspa nie podejrzewała aby była zaludniona przez bandę zdegenerowanych smarkaczy ze skłonnościami psychopatycznymi. Wreszcie nad ranem major rozpoczął dyskusję. Najpierw mówił o sprawach oczywistych a potem kategorycznie zabronił im strzelać do dzieci. Chyba to otoczenie na ich dowódce także miało nie najlepszy wpływ. Jej kręgosłup moralny nie był może zupełnie pozbawiony skaz ale nawet w najbardziej kryzysowej sytuacji raczej nie oddałaby strzału do dziecka. Nie wspominając już o takim detalu, że na tej wyspie mogliby sobie postrzelać co najwyżej z palców. Ucieszyło ją chociaż, że major wykazał się rozsądkiem w kwestii pozostawienia zbędnego balastu w obozowisku. Wzięła ze sobą niewiele. Pistolet tylko dlatego, że otrzymali taki wyraźny rozkaz. Była święcie przekonana, że jedynie z noży mogą mieć obecnie jakiś pożytek. Dostali pół godziny na śniadanie i przyszykowanie się do drogi. Lecz właśnie wtedy dostrzegła kątem oka jakiś ruch. Doszła na skraj obozowiska i wpatrywała się w miejsce gdzie plaża łączyła się z gęstą ścianą roślinności. Ktoś tam stał. Tuż na skraju dżungli. Na zielonym tle odznaczał się wyraźny kontur dziecięcej sylwetki. Po chwili chłopiec skrył się w cieniu drzew i zniknął jej z oczu. Przeszedł ją dreszcz. O nie, tylko nie tutaj. Nie teraz. - pomyślała. A więc Bobby wrócił. Jej wymyślony przyjaciel z dzieciństwa, na ironię najlepszy przyjaciel jakiego kiedykolwiek miała. Zatopiła się w myślach próbując odtworzyć jak najdokładniej ostatni dzień kiedy go widziała. Miała wówczas jakieś 8 lat. * * * Matka jak co wieczór nawoływała córkę na posiłek. Wyszła na ganek przyciskająca do piersi niemowlę. - Kate Kolacja! Pospiesz się proszę! Nie karz ojcu czekać na siebie! Dwójka dzieci wbiegła do domu i od razu zasiadła do stołu. Kate nałożyła solidną porcję spaghetti i postawiła przed sobą a potem złapała kolejny talerz i podsunęła Bobby'emu pod nos. - Jedz Bobby bo ci wystygnie. - Doradziła i zabrała się za pochłanianie posiłku zerkając na Bobby'ego od czasu do czasu i wymierzając mu pod stołem lekkiego kopniaka. Ojciec zmierzył ją karcącym spojrzeniem. Ze złością odrzucił sztućce na talerz i wstał od stołu. - Przecież to istna paranoja! Jane przemów swojej córce do rozumu! - nachylił się nad Kate i spojrzał jej głęboko w oczy. - Nie zachowuj się nierozsądnie. Nie ma żadnego Bobby'ego, słyszysz? On nie istnieje. Wymyśliłaś go sobie. I najwyższy czas już skończyć z tymi bredniami. - David, ona jest jeszcze dzieckiem. - Matka próbowała złagodzić atmosferę. - Pozwól jej pobyć w jej świecie marzeń i fantazji, przecież to nic złego. - Ależ Bobby nie jest żadną fantazją! On siedzi tu z nami, popatrzcie sami, jak możecie go nie widzieć? - Kate zrobiła obrażoną minę jakby rodzice się z nią droczyli. - Dość Kate! Przestań natychmiast! - ojciec potrząsnął ją lekko za ramiona. Tego dnia Kate dostała porządne lanie więc kiedy Bobby jak zwykle wieczorem rzucał kamykami w jej okno aby wyszła się bawić do ogrodu ona na przekór nie dawała znaku życia. Była na niego zła. To przez niego tata się wściekł i patrzył na nią z dezaprobatą. To przez niego nadal bolała ją pupa. Kamyki stukały o okno coraz rzadziej aż całkiem przestały. Kate już więcej nie zobaczyła Bobby'ego. Choć bardzo później tęskniła i płakała on już jednak nie wrócił. * * * Odegnała od siebie natrętne wspomnienie. Odwróciła się na pęcie i przez chwilę wpatrywała się w twarze pozostałych. Szukała czegoś co sprowadziłoby ją z powrotem do rzeczywistości. Chciała z kimś pogadać. Z Kimś trzeźwo myślącym. Pragmatycznym i rozsądnym. Nie miała wątpliwości kto może dać jej swym towarzystwem choć nikłe poczucie realizmu. Dosiadła się do siedzącego na piasku Lane'a. Uśmiechnęła się do niego niepewnie i rozpakowała baton proteinowy powoli go przeżuwając. Chciała poruszyć jakiś przystępny i niekonfliktowy temat. Coś życiowego, normalnego. Coś o czym miała jakieś pojęcie. - Masz dzieci Lane? - zaczęła wyraźnie speszona że tak bezceremonialnie porusza prywatne tematy. - Z doświadczenia wiem że żołnierze nie mają najlepszego podejścia do dzieci. Szczególnie do własnych. Mój ojciec mawiał, że żołnierzem jest się 24 godziny na dobę. Przekraczając próg domu możesz zrzucić mundur ale nie możesz zmienić sposobu myślenia. Ale może mam spaczony pogląd na te sprawy i nie potrafię być obiektywna. Przed wymarszem wzięła jeszcze od Amandy maskę i ruszyła ze swoim zespołem. W dżungli sprawy przybrały dramatyczny obrót. Nastąpiło swoiste apogeum jej przewidzeń. Czuła się zaszczuta jak szczur w kanałach. Co chwile rozglądała się gorączkowo. Chłopiec wyraźnie ją śledził. Pojawiał się znienacka w przypadkowych miejscach. Raz dojrzała go kiedy wyglądał zza szerokiego pnia drzewa i uśmiechał się do niej wesoło. Innym razem siedział na gałęzi wysoko nad ich głowami kiedy podążali wyznaczonym szlakiem. Przetarła spocone czoło. Sytuacja zaczynała ją przerastać. Co prawda od kilku tygodni znów zaczęła widywać Bobby'ego. Czasem stał w milczeniu po przeciwnej stronie ulicy albo mignął jej w zaciemnionym zaułku. Kiedyś dostrzegła go siedzącego na tylnym siedzeniu samochodu, który mijał ją właśnie na stanowej szosie. Mimo wszystko były to zdarzenia sporadyczne i zdawkowe. Na drugi dzień zrzucała wszystko na karb zmęczenia i niewinnych złudzeń. Ot, natknęła się na kogoś wyjątkowo podobnego do niego. Tutaj jednak intensywność omamów i manifestowanie przez niego swojej obecności zaczynała wprawiać ją w przerażenie. Zastanawiała się czy reszta zauważa jej dziwne zachowanie. Rozbiegane spojrzenie i ogólne napięcie. Spójrz prawdzie w twarz Kate. Nie masz się co dłużej oszukiwać. Masz urojenia, zaczynasz wariować. Tom już wcześniej chciał cię nakłonić abyś odwiedziła psychiatrę. Wykopią cię z armii. Możesz się pożegnać z karierą wojskową. Twój ojciec tego nie przeżyje. Skończysz u czubków złotko. Kaftan i miękkie ściany z gąbki. Zacznij oswajać się z tą myślą. Dokładnie w momencie kiedy jej głowę nawiedził ten czarny scenariusz jakby na potwierdzenie jej obaw zza kępy zarośli wyszedł chłopiec. Była tym bardziej zaskoczona, że zamiast ujrzeć Bobby'ego zdała sobie sprawę, że to cały czas był Tom. Zwiódł ją jego dziecięcy wygląd. Prezentował się jak wtedy, gdy był chudym dwunastolatkiem z potarganą fryzurą. Stał dosłownie kilka metrów od niej. Pomachał do niej ręką i pokazał język. Kate najpierw zesztywniała a później instynktownie zrobiła kilka kroków w tył, wpadając przy tym na stojącego tuż za nią Kenta. Kiedy ponownie odwróciła się w stronę Toma nie było już po nim śladu. Kent zerknął na nią podejrzliwie i zapytał co się dzieje. Warknęła na niego rozdrażniona. Nie miała ochoty zdradzać się ze swoją psychozą i poddawać w wątpliwość własnej poczytalności. Szczególnie w obecności majora. Kent przestał dalej ją cisnąć i przeprosił za nietakt. Westchnęła już spokojniej. Na szczęście nie będzie musiała niczego tłumaczyć. Przynajmniej na razie. Szli w milczeniu. Kent zatrzymał się i dał znak, że coś przykuło jego uwagę. Po chwili poszukiwań wyciągnął z zarośli scyzoryk. Odczytał widniejący na nim napis. - Georg Terry... Zerknęła z ukosa na Wolfa. Od razu skojarzyła to nazwisko. Nosił je pilot, który był częściowym powodem udziału Martiego w tej misji. Najwyraźniej ta wyspa była wyjątkowa jeszcze pod innym względem. Tutaj przeszłość zaczyna się o człowieka upominać. I najwidoczniej zaczynała doganiać nie tylko ją... Chciała wyratować Wolfa z opresji utkwionych w niego wyczekujących spojrzeń. W końcu nie miał obowiązku składać nikomu wyjaśnień. Chyba, że sam tak postanowi. - Nie róbcie afery z odnalezienia scyzoryka. Nic w tym niezwykłego. Może jedynie dowodzi to, że ktoś oprócz nas może przebywać na wyspie. Chociaż nie wiadomo nawet czy właściciel nadal żyje – skwitowała. |
| | |
| | #83 |
![]() | A Scott właśnie zasnął i to całkiem szybko. Dzieci, nie dzieci, wróg też człowiek (, mimo, że nikt tak nie lubi o nim myśleć) i zdolny do rozrodu jest. Scott miał w pamięci sytuację kiedy podczas tajnej misji na Bliskim Wschodzie do ich ściśle strzeżonej bazy o której istnieniu nikt nie miał wiedzieć zakradły się dzieci prosząc o czekoladki. Wyszło tak, że najadły się więcej strachu niż czekoladek, ale w końcu zostały puszczone wolno. Dzieci jeśli chcą się z kimś bawić zapytają wprost. A dorośli? Oni już chyba z tego wyrośli. Żołnierz musi korzystać ze sposobności snu. Rano Amanda rozdając maski przeciw pyłowe, na osobności zwróciła się jeszcze raz do Jake'a. - Nie ma obaw jeśli będziesz to nosił nie powinieneś złapać nawet kaszlu. W dżungli na pewno powietrze będzie czystsze niż tutaj. Pamiętasz mówiłam ci wczoraj, jeśli... - Pamiętam, wszystko w porządku dzięki. - przerwał jej młodszy chorąży starając się ukryć zakłopotanie. Jedna, wczorajsza rozmowa zupełnie zaspokajała jego ciekawość. Nie lubił kiedy tłumaczono mu po kilka razy, a pani doktor zachowywała się jak mama, która przy kolegach pytała się czy wciąż boli go zdarte kolano, które już dawno przestało szczypać, albo raczej jak jakaś nadopiekuńcza ciocia. Z jednej strony to bardzo miłe, a z drugiej... Może to dziwne skojarzenie. Plan rozpoznania był dosyć prosty, wręcz standardowy. Scott był w głębi ducha zadowolony z przydzielonego mu stanowiska i grupy chyba też. Być może błędnie, ale wydawało mu się, że jemu łatwiej przyszłoby zapanować nad swoimi ludźmi niż Majorowi nad swoimi w wypadku... No właśnie w jakim? Co może się stać w dżungli dziecięcych śmiechów, w centrum Trójkąta Bermudzkiego? Czy żołnierze wysmarowani bezwonną maścią przeciw owadom, posileni zimnym śniadaniem, z pistoletami naładowanymi zepsutą amunicją, ssąc miętówki MG’s Gift pod maskami pyłowymi będą gotowi na to co ich czeka. Jake nie spodziewał się blondynki czytającej bajkę kwiatkowi, co nie znaczy, że nie był gotowy. Może i nie miał nigdy na poligonie sytuacji choć zbliżonej do tej w której sie znalazł, ale w końcu nikt go nie wysłał tutaj reprezentacyjnie. W zasadzie nie myślał co robi ten berbeć w obszarze nie znanym nowoczesnym topografom. Po prostu działał. Jasne, że szok był, ale na tym to polega nie? - Hej! Stój, nie zrobimy ci krzywdy! - Zawołał za małą. - Za nią, ale ostrożnie, lekkie rozproszenie, nie traćmy kontaktu wzrokowego, spodziewajcie się pułapki! - Wydał cicho, lecz stanowczo parę krótkich rozkazów i zaraz sam przystąpił do ich realizacji. Na pewno biegał szybciej od jakiegoś dzieciaka. Głowę zaprzątały mu bardzo pragmatyczne czynności, jak skupienie się na koordynacji ruchowej, czy rozpoznawanie terenu, jednak jedna myśl wkradła się w jakiś spokojniejszy rejon jego mózgu i zawisła tam z niewiadomej przyczyny. Przecież ja wcale nie wyglądam jak Kapitan Hak. |
| | |
| | #84 |
![]() | Sierżant Christopher Lane Lane nie obudził się może wypoczęty, ale przynajmniej zregenerował część sił. Uważnie wysłuchał słów majora podczas porannej odprawy, a potem zapakował do lekkiego plecaka pistolet, amunicję do niego oraz tłumik, kilka innych niezbędnych szpargałów. Posiadane noże przytroczył do pasa, przedramienia oraz łydki, a potem zameldował się przed Scottem: - Sir, sierżant Lane gotów do drogi. Scott przyjął meldunek i chwilę później cała trójka wyruszyła. Dżungla otaczała ich zewsząd. Gęste i parne powietrze czyniło nawet oddychanie nieznośnym. Zwarta ściana lasu deszczowego wydawała się nie do przebycia. Lane na sam widok zaczął tęsknić za suchym powietrzem Afganistanu. Wkroczyli pomiędzy stare, porośnięte mchem drzewa. Krzewy sięgały niemal ramion. Splątane, poprzecinane porostami i lianami zdawały się przeszkodą nie do przebycia. Ponad krzewami dostęp do nieba zamykała powała z liści i gałęzi wielkich drzew. Gdzieś spomiędzy tej gęstwiny ich uszu dobiegał dźwięki wydawane przez jakiś cholerne małe ssaki. Tropikalne wiewiórki, czy inne paskudztwo. Zresztą cała dżungla żyła. Roiło się od insektów czy innych niekoniecznie miłych zwierzątek. Na lianach igrały małpy, a gdzieś w oddali zabrzmiał ryk czegoś większego. Mimo ciężkich warunków dawali sobie radę, co jakiś czas zmieniając szyk, by ci którzy przerąbywali przejście przez dżunglę mogli dać odpocząć obolałym rękom. Co jakiś czas zatrzymywali się, nasłuchując. Jako doświadczeni operatorzy jednostek specjalnych (no może poza Straffeyem) wiedzieli, jak można zostać łatwo zaskoczonym w takich warunkach. I w sumie dali się zaskoczyć. Mała siedziała sobie spokojnie, czytając książkę. Zszokowany Lane aż zmrużył oczy. Dziewczynka była naprawdę śliczna i ubrana, jakby dopiero co wyszła z przedszkola. Czerwona sukienusia, niebieska bluzeczka i śmieszne butki z misami na noskach. Cholera jasna, na taliba nie wyglądała! Dziecko nagle przerwało czytanie i rzuciło coś o kapitanie Haku, nie reagując na krzyk Scotta. Chorąży ściszył głos i rzucił komendę: - Za nią, ale ostrożnie, lekkie rozproszenie, nie traćmy kontaktu wzrokowego, spodziewajcie się pułapki! Lane skwapliwie przytaknął. Faktycznie lepiej podążyć za małą, niż łapać ją od razu. Tam pewnie jest więcej dzieci. Nie myślał teraz o Haku, a raczej o tym, by zaopiekować się maluchami. Może przeżyły z jakiejś lotniczej lub morskiej katastrofy? Ale dziewczynka wyglądała raczej na zadbaną. Te myśli przelatywały przez głowę snajpera, gdy skulony biegł cicho za Scottem, starając się nie zgubić z oczu dziewczynki. Wiedział jedno, małej nie może stać się krzywda. |
| | |
| | #85 |
![]() | Droga przez dżunglę była męką. I chociaż Charles w duchu dziękował O'hrugowi za podzielenie oddziału na dwie drużyny (dostał tego kluchowatego i młodzika-wodza, to naprawdę niezły skład - nie ma tu ani przemądrzałych cywilów, ani zakompleksionych kobiet w czapeczkach pilotów), to miał już kompletnie dosyć tej Amerykańskiej Armii. Maczety naprawdę były tępe, a trasę przemarszu chyba naprawdę wybrano jako tę najtrudniejszą. Na dodatek kompletne nieprzygotowanie na wypadek uszkodzeń podzespołów, czego przykładem było chociażby rysowanie tajnych planów patykiem po piasku... Gdyby chociaż zezwolili ma na notes! Ale nie, nie można, bo tajemnica, bo znajdą, bo odkryją plany... Bzdury! Nikt jeszcze nigdy nie złapał Straffey'a! Nagle pojawiła się ta dziewczynka. A za nią durne rozkazy, debilne komentarze i pełne niezrozumienia miny. O tak, doświadczeni żołnierze w USA! Strzelają się świetnie, doskonale domagają się o renty i zasiłki, ale jak przyjdzie co do czego - plotą bzdury i tylko oczekują na swych inteligentniejszych "braci" z Wielkiej Brytanii. Swoją drogą, dla Charlesa fakt, iż spora część mieszkańców Ameryki pochodzi z Anglii był wielce szokujący - jak tak cudowny naród mógł pozwolić zaistnieć takiej hołocie? Wszystko wina mieszania się z Francuzami. Tak, to na pewno to... - Za nią. A potem to ja z nią pogadam. Mnie nie weźmie za czarny charakter z bajek Disney'a...
__________________ Kutak - to brzmi dumnie. |
| | |
| | #86 |
| Obsługa ![]() | Amanda podkuliła nogi, podciągając kolana pod brodę. Spojrzała smutno w stronę Crowley’a. Co jeszcze mogła zrobić? Wszystkie czynności życiowe mężczyzny przebiegały bez problemów. Teoretycznie nic mu nie było, praktycznie jednak wciąż pozostawał w śpiączce, a to budziło największy niepokój lekarki. „Czyżby w trakcie wypadku jego mózg doznał obrażeń i dopiero na łodzi to się ujawniło? Nawet jeśli, nie mam żadnego sprzętu, żeby to zbadać... Nic tu nie mam! Jestem tylko czarną kobietą, która nijak nie pasuje do tej wojskowej ekspedycji. jestem taka słaba...” Kobieta wtuliła głowę w kolana i zaczęła pochlipywać. Nagromadzone przez ostatnie dni emocje wreszcie znalazły ujście. - Głupia... głupia krowa... – szeptała do siebie. - Ej! Nie płacz. Dorośli nie płaczą. To głupie! Chłopięcy głos sprawił, że podniosła głowę zaalarmowana. Nikogo nie było na plaży, jednak... tak, dostrzegła czyjś cień padający na nią z góry, ze skały, za którą się urządzili bazę. ![]() - Orzeszku!!! – krzyknął ten na górze. Ku swemu zdziwieniu, Mc’Roilly zauważyła, że owym tobołkiem był mały chłopiec, który teraz wylądował przed nią i trzymając się za łokieć zaczął płakać rozdzierająco. - ŁEEEEEEEEEEEEEEEEEE!!!!!!!!!!!!! Lekarka odruchowo sięgnęła po apteczkę i nie bacząc już na nic, przysunęła się do chłopca. - Daj, zobaczyć skarbie. Mamusia zaraz sprawi, ze przestanie boleć. – powiedziała odruchowo. O dziwo, chłopiec zamiast protestować, że obca pani wcale nie jest jego mamą, odsłonił otarty łokieć, kwiląc cichutko, a ogromne groch łez spływały po jego umalowanych brązową farba policzkach. „Pewnie przez ten makijaż nazywają o Orzeszkiem.” – pomyślała z czułością Amanda. - A teraz zapiecze chwileczkę... - Buuuu... - Wyobraź sobie, że tak cie poobcierały krzaki, przez które przedzierasz się jako dzielny Indiana Jones. Jeszcze tylko chwila i zaraz dotrzesz do wielkiego skarbu. Wytrzymasz, prawda kochanie? - Taaak! Będę miał skarb... Uśmiechnąwszy się ciepło, kobieta dokończyła dzieła zakładając chłopcu nieduży opatrunek. Widząc, jaki jest z siebie dumny, nie mogła się powstrzymać i pochyliła, by ustami cmoknąć zranione miejsce. - No! Teraz to już na pewno przestanie boleć. - Uuuu! – odpowiedział na to z podziwem kilka głosów. Dopiero teraz Amanda zauważyła między skałami kilka innych postaci, wszystkie z pewnością dziecięce. Największy spośród nich zeskoczył obok kobiety, lądując z gracją na piasku, mimo wysokości kilku metrów. Zachęcone tym pozostałe dzieci, również zaczęły schodzić na dół. Było ich może sześcioro... - Piotruś Pan, do usług. – przedstawił się najwyższy chłopiec, który faktycznie ubrany był jak bohater bajki o Nibylandii. – A temu co jest? Piotruś wskazał nieprzytomnego Edwarda. - Nie mam pojęcia. – wyznała szczerze lekarka, nie bardzo wiedząc, co ma zrobić – Zasłabł po wypadku. - Zaraz po tym, jak wysiadły wam silniki? – chłopak pochylił się nad nieprzytomnym i bezceremonialnie odchylił jego powieki, aby spojrzeć w oczy. - Chyba.... tak. Na pewno tak. - A to nie trzeba się martwić. Czasami to się zdarza. Po wybuchu się obudzi. - Po wybuchu? - No, po wybuchu wulkanu oczywiście. Zaraz powinni go włączyć. Chłopiec zachichotał radośnie, spoglądając w stronę góry, gdzie faktycznie coraz bardziej kłębiły się chmury. ![]() - Pani... – cichutki głos Orzeszka wyrwał Amandę z zamyślenia – Będziesz moją mamusią? - I moją... - Moją też! - Mamusia! - No nie, dajcie spokój! – Piotruś złapał się za głowę, gdy dzieci zaczęły notorycznie lgnąć do murzynki i tulić się do niej – Przecież ja się wami opiekuję... - Ale ty nie jesteś mamusią! Mamusia musi być dorosła. – odpowiedział mu Orzeszek, pokazując język. - Phi, też mi coś... Piotruś odwrócił się plecami obrażony, tymczasem dzieci coraz bardziej łasiły się do Amandy. Ta zaś zupełnie rozbrojona przez ich pyzate buźki i słodkie uśmiechy, głaskała kolejno rozczochrane włoski. - Jeśli chcecie, mogę być waszą mamą teraz. - A umiesz opowiadać bajki...? - Umiem. - A jakie znasz? Nagle ogromny huk wstrząsnął wyspą, a z wulkanu buchnął kłąb gęstego, białego dymu. - Oho, zaczyna się. – rzekł Piotruś Pan i spojrzał na kobietę – Naprawdę chcesz być ich mamą? - No, ja... tak. Jeśli nie mają prawdziwych mam... - No dobra, niech będzie. Połknij to. – chłopak podsunął lekarce pod nos jakieś fioletowe ziarenko. - Ale... Kolejny wybuch. - Jak chcesz być mama to musisz to teraz połknąć, bo po wybuchu będzie za późno. - Połknij... połknij... – prosiły dzieci. Amanda przymknęła na moment oczy, po czym tworzyła usta. Piotruś położył jej na języku ziarenko. Zamknęła usta. Przełknęła. Teraz należała już tylko do nich... GRUPA I - AAAAA KAPITAN HAK MNIE GONI! AAAAAAA!!! – mimo, że dziewuszka darła się na całe gardło, to pomykała miedzy zaroślami nadzwyczaj zwinnie, biorąc pod uwagę jej krótkie nóżki. Mężczyźni z trudem dotrzymywali jej kroku, choć bynajmniej nie było mowy o tym, żeby mieli ją stracić z oczu. O nie, już sam Charles pilnował, by być najbliżej małej z całej trójki. Biegnący niedaleko Lane nagle zwolnił. „Czy to?!” Przez chwilę wydawało mu się, że mała dziewczynka, to jego córeczka. Były pewnie w podobnym wieku. Wraz z tym skojarzeniem przyszło ojcowskie doświadczenie. Dzieci lubiły krzyczeć. Krzyczały nie tylko ze strachu, ale też w zabawie. Mała blondyneczka jakoś nie wydawała się specjalnie przestraszona, a raczej była przestraszona na pokaz. Christopher już miał ostrzec pozostałych, gdy nagle mała zatrzymała się. - Mam ją! – zawołał triumfalnie Straffey. - Nie, to my cię mamy! – odpowiedziały mu dziecięce głosy z pobliskich drzew. Scott, który spodziewał się ataku z konarów, odruchowo padł na ziemię i tylko dzięki temu uniknął gradobicia... szarlotek. ![]() Tymczasem dwaj pozostali żołnierze, bardzo szybko stali się kolorowi od nadzienia i ciasta. Lane oblizał odruchowo usta. „Mmm truskawkowa polewa...” W brzuchu odezwało się znajome burczenie. Wykorzystując moment zaskoczenia żołnierzy, na drzewach zaszeleściło. Ktokolwiek ich zaatakował, zaczął się pospiesznie oddalać przeskakując z gałęzi na gałąź. Zniknęła także mała dziewczynka. GRUPA II - Georg Terry... to ktoś, kto był bardzo mi bliski. – wreszcie odezwał się ze ściśniętym gardłem Wolf – On, on zaginął kilka lat temu w Trójkącie... Na to wyznanie wszyscy mniej więcej pomyśleli o tym samym. A ich rozmyślania wyraził na głos O'hrurg. - Widać więc, że ofiary Trójkąta wcale nie umierały. Przynajmniej nie od razu. Kto wie, może kilka z nich wciąż żyło na tej wyspie? To by wyjaśniało nocne głosy... Musimy zająć się tą sprawą. „Tylko co do tego miały dzieci, do cholery?” Kent raz jeszcze przyjrzał się swemu znalezisku, po czym popatrzył na twarze towarzyszy. Mimo że to oni byli tutaj osobami o wojskowym przeszkoleniu, wydawało się, że to cywil-survivalowiec miał największą kontrole w tej chwili nad nerwami. Zastanawiając się, co robić spojrzał do góry i...znieruchomiał. Wulkan ponad doliną dymił o wiele bardziej niż jeszcze godzinę temu. Na dodatek z góry zaczął ku nim spadać ledwo widzialny, drobny pyłek, który mógł być zapowiedzią... najgorszego. Góra mogła wybuchnąć w każdej chwili! Nagle spomiędzy drzew usłyszeli dziecięcy śmiech, a zaraz potem głos chłopca: Przez tropiki, przez pustynię Toczył zając wielką dynię. Toczył, toczył dynie w dół, Pękła dynia mu na pół! Pestki z niej się wysypały, Więc je zbierał przez dzień cały. Raz, dwa, trzy! Ile pestek zbierzesz Ty!? Kate zachłysnęła się powietrzem. Przecież to była ulubiona wyliczanka jej brata. Sam ją wymyślił! Czyżby więc dziecko, które widziała przez moment w zaroślach, to był jej... WSZYSCY Wtem ziemia pod ich stopami zadrżała, a wyspą wstrząsnął straszliwy huk, dobywający się z wnętrza wulkanu. Gęste chmury dymu zasłoniły niebo, opadając coraz niżej. Z sekundy na sekundę było coraz ciemniej. Biały smog ograniczał pole widzenia do kilkudziesięciu centymetrów. ![]()
__________________ Czy wiesz że gdy pada śnieg Moje oczy stają się większe A światło którym lśnisz jest niewidoczne? Ostatnio edytowane przez Mira : 05-15-2008 o 13:20. |
| | |
| | #87 |
![]() | Kate czuła, że otacza ją aura obłędu. Ile z tego co widziała było prawdą a ile sobie wymyśliła? Wciąż miała przed oczami obraz Tommy'ego. Jego dziecięcą buzię i drobną chłopięcą sylwetkę. Przed momentem wydawał jej się taki realny, prawie namacalny. Ale to przecież zupełnie nieprawdopodobne. Można to wytłumaczyć tylko w jeden prosty sposób. A więc dokonało się. To czego obawiałam się tak rozpaczliwie przez wszystkie te lata stało się faktem. - pomyślała. Złapała się rękami za skronie i próbowała zmusić się żeby głęboko oddychać. - Jestem szalona. Chora psychicznie tak samo jak moja biedna matka. A teraz skończę zupełnie jak ona. Zamknięta w pokoju bez klamek. Odurzane prochami, bezmyślne, śliniąca się ludzkie mięso. Nagle przez te tumany fatalnych myśli przedarł się dziecięcy śmiech i wbił się w jej umysł niczym pocisk. Śmiech, który rozpoznałaby choćby na końcu świata. Na ironię jaki zakątek świata jeśli nie ta wyspa zasługiwać mógł na to miano? Wesoły chichot jej brata, który później przemienił się w radosny trel dochodzący gdzieś spomiędzy drzew. Spojrzała po twarzach pozostałych jakby chciała się upewnić czy oni również go słyszą. Wyraz zdziwienia w ich oczach i rozbiegane spojrzenia sugerowały, że także wypatrują źródła tych dźwięków. Przez chwilę walczyła ze sobą ale w końcu uśmiechnęła się tylko i zaczęła cicho nucić wtórując głosowi z oddali. Toczył, toczył dynie w dół, Pękła dynia mu na pół... Zerknęła jeszcze na twarze towarzyszy. Wiedziała, że nie powinna oddalać się od grupy, że znów wpędzi się w kłopoty wykazując jawne niezdyscyplinowanie. Ale po prostu musiała się przekonać czy jej brat był złudą czy istotą z krwi i kości. Pestki z niej się wysypały, Więc je zbierał przez dzień cały. Raz, dwa, trzy! Ile pestek zbierzesz Ty!? Ostatnie wersy zaśpiewała już głośniej a po wyliczance spięła się do biegu i ile miała sił w płucach pognała w stronę drzew. Miała nadzieję, że pozostali nie zdążą zareagować i jej powstrzymać. Przed oczami rysowały jej się tylko potężne korony drzew a ona biegła jakby od szybkiego pokonania tego dystansu zależało całe jej życie. Nawet jeśli ktoś krzyczał za nią, groził i wydawał rozkaz by zawróciła ona nic nie słyszała. W jej głowie dudniła tylko melodia dziecięcej wyliczanki. I wtedy ziemia zadrżała i z sekundy na sekundę robiło się ciemniej. Biały gęsty dym spowił wszystko wokół. Potknęła się o jakiś konar i upadła na twarz. Uderzyła chyba o kamień bo łuk brwiowy szczypał nieznośnie. Zaklęła siarczyście i dźwignęła się na klęczki gdy w nozdrza uderzył ją duszący dym. Kaszlnęła kilkakrotnie i w pierwszym odruchu machnęła przed nosem rękoma jakby zwyczajnie chciała odgonić natrętnego owada. Szybko sięgnęła jednak po maskę, którą wcześniej przezornie wręczyła im Amanda. Założyła ją na twarz i podniosła się do pionu. Szła ostrożnie stawiając przed sobą stopy. Widoczność była praktycznie zerowa ale wciąż uparcie brnęła w kierunku, z którego dochodziła piosenka. - Tommy?! - krzyknęła głośno zsuwając na moment maskę z ust i nosa – Tommy, to ja Kate! Wyjdź proszę! Pokaż się! Ostatnio edytowane przez liliel : 05-18-2008 o 11:39. |
| | |
| | #88 |
![]() | Wbrew temu, co powiedział major, obecność scyzoryka wcale nie oznaczała, że Georg Terry dotarł na tę wyspę. Rzecz jasna scyzoryk nie spadł tu z chmur, ale równie dobrze przynieść go mógł kto inny. Poza tym mister Terry chyba nie był małym chłopcem... A tylko głosy dzieci było słychać w nocy... Zanim James zdołał wyrazić swoje wątpliwości z nieba zaczął sypać drobniutki pył... W znakomity sposób odwracając uwagę od kwestii dorosłości "tubylców". - Majorze - powiedział - może by tak taktyczny odwrót? Nie bardzo chciałbym, by za ileś tam lat odkopywali nas jak w Pompejach... Taki drobny pył nie mógł im zbytnio zaszkodzić, ale to, co mogło nastąpić później... James rozejrzał się dokoła. Nigdzie nie było żadnych śladów po poprzednich wybuchach - pył, bomby wulkaniczne, kawałki pumeksu... Nic takiego nie leżało na ziemi, ale mogło to tylko świadczyć o tym, że dotychczas ta okolica miała szczęście, a tak nie musiało wcale pozostać... Major spojrzał w niebo. - Jak zacznie padać trochę gęstszy, to załóżcie te maseczki od doktor Mc’Roilly. Nie chcę, żeby ktoś oskarżył potem armię, że dostał pylicę wykonując tajne zadanie. Nikt nie docenił wysiłków O'hrurga, mających na celu rozładowanie napięcia i nikt się nie roześmiał. Być może major chciał jeszcze coś dodać, jako że otworzył usta, ale zanim zdołał zrealizować swój zamysł rozległ się dziecięcy śmiech, a potem chłopięcy głosik wyrecytował wierszyk-wyliczankę. Kate w najlepsze dołączyła się do tej wyliczanki... By potem rzucić się w stronę, z której dolatywał głos... - Anderson! Wracaj! - zawołał O'hrurg, ale Kate nie słuchała i biegła dalej. Lawirując między drzewami błyskawicznie zniknęła wszystkim z oczu. Major gestem powstrzymał Kenta, który chciał ruszyć za Kate. - Cho... Straszliwy huk zagłuszył słowa majora. Cała trójka odruchowo spojrzała w stronę wulkanu. Na widok kłębów dymu wydobywających się z krateru major sięgnął do kieszeni munduru. - Załóżcie te maski - powiedział, dając przy okazji dobry przykład. Nie da się ukryć, że widok towarzyszy w białych maskach nie wydał się Jamesowi tak wesoły, jak sądził poprzednio... - Jakieś pomysły, panie Kent? - spytał O'hrurg, ledwo widoczny w smogu bijącym na głowę londyńską mgłę. Głos majora, przytłumiony maską, również nie był zbyt wyraźny... James nie miał nad czym się zastanawiać... Gdyby był sam, bez wątpienia ruszyłby za Kate, chociaż znalezienie jej było równie prawdopodobne, jak odszukanie igły w stogu siana... Nieco większym od standardowego... Ale nie był sam... - Nie mamy szans, by ją odnaleźć. Nawet pies-tropiciel nie dałby rady w tym mleku. Śladów też nie będzie, bo popiół wszystko zatrze. - Mogą nas udusić popioły, załatwić bomby wulkaniczne, zatruć wyziewy... Gorąca kąpiel - wskazał na okazały gejzer, przy którym legendarny Waimangu wyglądałby jak fontanna w ogródku - też nam na zdrowie nie wyjdzie... - Tyle na temat racjonalnych przesłanek... - Mamy dwa wyjścia - głos Jamesa był ciągle rzeczowy. - Albo wszyscy wracamy do Amandy... Doktor Mc’Roilly - poprawił się - albo wróci tylko jedna osoba, by jej pomóc i zdać relację reszcie ekipy, a pozostała dwójka zafunduje sobie parasole i zanurzy się w tej zupie... |
| | |
| | #89 |
![]() | Gdy tylko rozpoczął się atak, Charles odruchowo wyszarpnął z kabury pistolet i, zupełnie zapominając o jego usterce, wymierzył w kierunku, z którego dochodziły głosy i wystrzelił... Czy raczej wystrzeliłby, gdyby nie fakt, iż broń nadal nie miała zamiaru działać. Kilka panicznych kliknięć dalej Straffey zrozumiał absurdalność swoich działań - nie dość, że strzelał z niedziałającej broni, to jeszcze do przeciwników, obrzucających ich ciastami... I były to najpewniej dzieci! A co gorsza, te tępe Amerykańce to zauważyły... - Wybaczcie, odruch. - mruknął tonem zawodowca- Nie zlizujcie tych ciast, mogą mieć w sobie wirusy - kto wie, być może to całkiem nowy styl ataków... Bo kto spodziewałby się śmierci po zjedzeniu szarlotki...?- przerwał nagle Anglik. Czy to z powodu zauważenia absolutnego braku sensu w swej wypowiedzi, czy może dlatego, iż za jego plecami rozległ się huk, a chwilę potem musiał się chwycić pobliskiego drzewa, by nie wywrócić się na śliskiej od szarlotek ziemi... - Niech to szlag...- warknął cicho, gdy cały "pokaz" dobiegł końca - Wulkan... To raczej nie erupcja, ale może oni coś kombinują? Tyle pary... Sami ją produkują? Tworzą sobie nową osłonę? Ruszajmy dalej, ale bądźmy ostrożni... I znajdźmy tych małych zamachowców, to przecież oczywisty trop!
__________________ Kutak - to brzmi dumnie. |
| | |
| | #90 |
![]() | Podporucznik Marti Wolf Sweet home Alabama, Where the skies are so blue, Sweet home Alabama Lord, I'm coming home to you. Sweet home… Słońce świeciło tak mocno, że mały Marti nie siedział na werandzie, co miał w zwyczaju, tylko pod starym drzewem niedaleko plantacji. Tego dnia ojciec mocno zaszedł mu za skórę. Dzieciak miał pomagać przy pracach na plantacji kukurydzy, czego nienawidził, ale uciekł z samego rana, żeby utonąć w krainie wyobraźni. Nie obchodziło go w tym momencie nic poza arkuszem papieru i ołówkiem. Popatrzył w czyste niebieskie niebo i postanowił pobawić się w skojarzenia. Słoń… Nie to koń… Może pies… „Co byś zrobił Marti gdyby okazało się, że masz magiczną gumkę i ołówek i możesz zmienić świat?” Słowa jego mamy zawsze przypominały mu się, gdy popadał w zadumę. - Namalował bym go na nowo… - powiedział sam do siebie. – Pierw wymazał bym gumką plantacje i krzyki taty… Tak… - Marti! Junior! Jak Cię znajdę to wysmagam Ci tyłek pasem! No i zaczęło się. Najpewniej nie obeszło by się wtedy bez lania, gdyby nie Georg, który przybył na ratunek. Ojciec Juniora wpadł na polanę i zaczął tak krzyczeć, że aż się słońce schowało. - Jak będziesz się tak zachowywał, to wyrośniesz na takiego chuligana jak bracia O’Donnell! Ty i tak już się do niczego nie nadajesz. Gdyby to Georg był moim synem, przynajmniej nie musiał bym się za niego wstydzić. - To sobie go weź! Nie potrzebuje Cię już! – wykrzyczał Marti ze łzami w oczach. - Ja ci dam gówniarzu pyskować do ojca! Nagle niczym Piotruś Pan wyskoczył Georg w mundurze. Wyglądał jak ołowiany żołnierzyk, których Marti w kolekcji miał sporo. - Spokojnie Daron… - powiedział do ojca Martiego. – Zostaw siły na naprawę werandy, bo znowu zarwały się deski w podłodze. – puścił ukradkiem oczko do Martiego. „Co byś zrobił Marti gdyby okazało się, że masz magiczną gumkę i ołówek i możesz zmienić świat?” * * * Georg Terry… Wolf myślał tak intensywnie, że przestał zwracać uwagę na otoczenie. Szedł zamyślony i nagle zaczął przypominać sobie sceny dzieciństwa. To było silniejsze od niego. To nie możliwe, że przeżył… Może ofiary tego przeklętego trójkąta jednak przeżyły, ale nie miały kontaktu ze światem i zaczęli życie od nowa jako pierwsi osadnicy… Może nie byli pierwsi… Może to ich dzieci… To wyjaśniało by głosy w nocy. Za dużo przypuszczeń. Za dużo błędnych myśli. Nagle potknął się w zadumie o jakiś korzeń. Dobrze, że nikt nie zauważył. I tak już dał plamę przed odlotem. Szlag by to… Chyba sobie nie daruje do końca wyprawy takiej gafy. Teraz jednak pojawił się inny problem. Wulkan zaczął się uaktywniać. Marti nie znał się na tym ani trochę, ale wiedział, że sytuacja jest kurewsko zagmatwana. Wszystko zaczyna się komplikować. Niemalże w tym samym momencie między drzewami dało się słyszeć głosy dzieci. Głos chłopca nucił wierszyk-wyliczankę… Paranoja… Może wróg chce doprowadzić nas do obłędu. Chcą nas ogłupić i zaskoczyć… Sam w to nie wierzył, ale teraz ciężko było wierzyć w cokolwiek. Kate… Gdzie jest Kate… Major wydał rozkaz powrotu. Kobieta wbiegła w las – pierwsza od długiego czasu, przy której Marti poczuł szybsze bicie serca. Zaniepokoiło go jej dziwne zachowanie, które wyraźnie okazała. Może zaczęła wariować jak Crowley? Szybko odrzucił ta myśl. Nie było czasu do namysłu. Kentzaczął tłumaczyć, że pościg za Kate nie ma sensu, ale Martiego nie wiele to interesowało. Wysłuchał uważnie jego profesjonalnej opinii i klasycznie go olał. - Nie pierdol głupot Kent! Pierdolony tchórzu! Zerwał się do biegu i nie zwracał uwagi na słowa Majora. Pewnie będzie tego żałował i za to odpowie, ale teraz miał to w dupie. Tu chodziło o życie... Życie Kate... Biegł za nią ile sił w nogach. Gałęzie uderzały w jego twarz, a nogi zaczepiały się o jakieś dzikie pnącza, przez co kilkakrotnie zaliczył ciężki upadek o ziemię. W pędzie założył maskę tlenową, bo sytuacja nie rysowała się kolorowo, raczej „biało” dookoła. Wyciągnął latarkę … Nie działa… - Kurwa mać! – zaklął głośno i rzucił nią o drzewo z nerwów. – Kate! Zatrzymaj się do cholery!
__________________ Zapracowany - będą opóźnienia w postach. :( Ostatnio edytowane przez DrHyde : 05-22-2008 o 11:12. |
| | |
| Reklama |
| |
![]() |
| Użytkownicy aktualnie czytający ten wątek: 1 (0 użytkownik i 1 gości) | |
| Narzędzia wątku | |
| Wygląd | |
| |
Podobne wątki | ||||
| Wątek | Autor wątku | Forum | Odpowiedzi | Ostatni Post / Autor |
| [komentarze] Fontanna Młodości | Mira | Komentarze do sesji RPG - w systemach autorskich | 215 | Dzisiaj 11:00 |
| [Autorski] Fontanna Młodości | Mira | Archiwum rekrutacji | 40 | 02-24-2008 21:15 |