![]() | ![]() |
![]() |
| |||||||
| Sesje RPG -Autorskie Ścieżki wyobraźni są kręte. Sprawdź jak daleko wyobraźnia zaprowadziła wielu tych, którzy dali się jej ponieść. Zagraj w sesje oparte na systemach autorskich |
![]() |
| | Narzędzia wątku | Wygląd |
| | #161 |
![]() | - Dzięki Barbak, dzięki, dzięki! - Polecam się! Machinalnie stwierdził Ork, nakładając na cięciwę kolejny pocisk. Małe, powolne stworzonka, starające się w sposób nieudolny atakować jego przyjaciół może nie były wymarzonym celem ataku, zawsze jednak jakimś celem były. Barbak nie przepadał za tego typu strzałami. Pociski tak duże, jak te wystrzeliwane z Maleństwa, zawsze niosły ze sobą pewne ryzyko. Polegało ono na dużym prawdopodobieństwu odstrzelenia ramienia przyjaciela, razem z maszkarą siedzącą na nim. Z braku jednak innego wyjścia Maleństwo kilkukrotnie przemówiło głosem zwalnianej cięciwy. Drużyna w zorganizowanym pośpiechy opuszczała zagrożony teren. Byli bezpieczni. Nieziemsko ubłoceniu, upaprani i zabawnie do siebie podobni ale bezpieczni. No może jeszcze odrobinę zaczadzeni.. Ale bezpieczni, a to było w tej chwili najważniejsze. Ku nieopisanej uciesze Barbaka, bezpieczny był także jego karłowaty przyjaciel. Jak się okazało, Fungrimm nie tylko umiał pływać, ale przebierał nóżkami szybciej od elfa i Akrenthal’a. No cóż. Zachowanie Fungrimm’a było dość nietypowe, szczególnie jak na standardy Zabójców. Można by rzec że krasnolud pod pewnymi względami był wyjątkowy. Nie zawsze w pozytywnym tego słowa znaczeniu... jednak zdecydowanie wyjątkowy. W końcu przyjaciele w komplecie stanęli na kawałku suchego lądu. Wyglądali zabawnie, szczególnie z perspektywy orka. W jego życiu nie raz już przyszło mu paprać się w różnego rodzaju syfach, widok twarzy Kejsi upewnił go jednak, że Chimerka nie jest najszczęśliwsza. Nie zastanawiając się, Ork zdjął z siebie górną część odzienia. W tych warunkach była tylko i wyłącznie zawadą... i możliwym siedliskiem dla jakiegoś robactwa. Bandolier ze sztyletami spoczął na gołej piersi tak samo jak i medalion Palladine’a. Następnie ujął pewnie jeden ze sztyletów i swe spodnie skrócił do połowy ud. Cięgle niestety pobandażowanych. Poprawił opatrunki, naciągnął bandaże aby przepuszczały możliwie mało wszechobecnego syfy. Po tym na przytroczył kołczan, a w dłonie ujął Maleństwo. Jedna ze strzał od razu powędrowała na cięciwę, drugą natomiast Barbak ujął w usta. Tak przygotowany do dalszej wędrówki zachęcił przyjaciół machnięciem głowy do dalszego marszu, puścił oko do Kejsi wciąż poprawiającej swoje odzienie, zadając wzrokiem nieme pytanie. Czy może zamierza również pozbyć się zbędnego odzienia? Uśmiechnął się w duchu do siebie i do swej przyjaciółki. Po czym pewnym krokiem wędrowcy nie raz przemierzającego bagna i błota ruszył do przodu. Podejrzenia okazały się słuszne. Już po kilku krokach okazało się, że nie są sami. Są w towarzystwie istot zadziwiająco podobnych do nich samych. Podobnych po względem błota jakie w tej chwili każdy z nich miał na swym ciele. Na tym jednak różnice się kończyły. Napotkane istoty oprócz paskudnego wyglądu (rzeczy dość zrozumiałej biorąc pod uwagą miejsce ich przebywania) charakteryzowały się jeszcze dziwnym gadzim językiem, pazurami i zębiskami. Te ostatnie wyglądały zdecydowanie na ostre i gotowe do użycia. Nie atakowały. Jeszcze nie atakowały. Pytanie dlaczego, i pytanie na co czekały. Maleństwo ponownie przemówiło napinaną cięciwą. Ta jednak nie oparła się o twarz zielonego łucznika. Powód? Druga strzała w zębach. Barbak zresztą w tej konkretnej chwili nie potrzebował całego naciągu łuku. W chwili gdy przeciwnicy nie byli opancerzeni i nie byli daleko spokojnie wystarczała połowa naciągu, czyli bagatela jakieś 130 funtów. - YWAHA!!! Zabrzmiało dość zdecydowanie z ust orka. F KOŁO!!!Fungłim!!! No łusz szię i oszłaniaj!!! Szym? Masz przeciesz pod nogami jakiegoś badyla!!!![/i] Następnie Ork przemówił do stworzeń.[i]Jesztem ryczerzem Paładine’a! Nie chsze Wasz szkrzywzić. Nie szbliszajcie szię!!! [i] Panie! Wiem, sześ teras trochę szajęty, ale pszydała by mi szię Twa pomoc![/i |
| | |
| Reklama |
| |
| | #162 |
![]() | - No nie, no nie, no nie!!! Kejsi miała już dość bagien, bagiennego zapaszku i błota! - Nowa sukienka!!! – rozpaczała, otrzepując się z błota. Na domiar złego pojawiły się oślizgłe kreatury z bagna rodem. - Fuj!!! Kejsi nie miała broni, a była już zmęczona rzucaniem czarów. Na łuk Barbaka jak zwykle można było liczyć, dwarfa na pewno również da popalić bestiom. Niech ci faceci wezmą się wreszcie do roboty, na przykład ten wielki Ray`gi, mistrz tego i tamtego, ma broń, demoniczne łapsko, a nic nie robi! Kejsi była wściekła z powodu sukienki. Najlepszym sposobem uniknięcia oblechów była dla niej ucieczka. Z torebki wyjęła piórko Almanakh i wyciągnęła je przed siebie. - Mam piórko i nie zawaham się go użyć!!! Właściwie nie wiedziała jak się go używa, ale miała nadzieję ze samo Światło i moc Almanakh odstraszą potwory.
__________________ a takie tam |
| | |
| | #163 |
![]() | Błoto, wszędzie błoto! Levin wyprostował się i wypluł błoto, przetarł oczy. Mimo, że był niewidomy to i go piekły oczy od tego syfu. -Dzięki. Rzucił do Barbarka. Ork uratował mu w przeciągu 24 godzin życie dwa razy. "Oby tylko nie weszło mi to w krew." "Ciesz się, że mu to weszło w krew." "Lepiej zobacz co przed nami." Avadriel odleciał a Levin poszedł za resztą drużyny. Był przyzwyczajony do łażenia po lesie ale nie po bagnach. Po chwili poszedł przykładem orka i wyrzucił ciężką od błocka koszule i kamizelkę. Przynajmniej trochę lżej. Szli wszyscy w paskudnych humorach, najgorzej narzekała idąca obok Levina Kejsi. No cóż założenie nowej sukienki na taką wyprawę nie było rozsądnym pomysłem. Levin jako, ze miał wysoce rozwinięty instynkt samozachowawczy nie wspomniał o tym głośno. Zamiast tego próbował porozumieć się z Almanakh. "Pani czy Verion potrzebuje nadal naszej pomocy?" Wtedy Barabark zaczął komuś grozić i kazał ustawić im się w koło. O co chodzi? Avadriela jak zwykle nie ma gdy jest potrzebny. "Sam mi kazałeś." Druid wyjął brzytwę, broń, która dawała mu identyczną szanse wygrania jaką miał mrówka przeciwko słoniowi. Drugą rękę położył na ramieniu Kejsi, żeby wiedzieć gdzie inni idą. Chimerka niezrażona niebezpieczeństwem groziła wszystkim piórkiem. Levin postanowił na razie nie iść w jej ślady, jeżeli pióro dawało jakąś ochronę to da im wszystkim, jeżeli nie to i tak nie ma sensu go wyjmować.
__________________ Początek wojny - rekrutacja do CP, kontynuacja Problemów Dyskusja na temat ról w świecie CP Dyskusja na temat religii w CP |
| | |
| | #164 |
![]() | Wrzuta.pl - josh groban - remember me ![]() ... Chaos i Biel od czasów swego powstania sprawdzają, jakie są ich przeznaczenia. Oczywistym jest, że wielkie wojny to jeden, o ile nie jedyny powód istnienia i Bieli i Chaosu. Nie zawsze Chaos zaczynał wielkie wojny, oh my, nie...! ... ![]() ... Nie wynika to wcale z zapalczywości Bieli ani złośliwości Chaosu. To się po prostu dzieje. I biel i chaos wiedzą, kiedy nadchodzi ten moment. ... ![]() I`m here. I`m waiting. … … Make it so… http://i121.photobucket.com/albums/o...lofDeath-1.jpg ...Biel i Chaos nie wybierają swych obrońców. To obrońcy wybierają, za kogo chcą walczyć.... Jesteś gotowa zginąć za ideę? Pewnego dnia zrozumiesz... Nie, nie zrozumiem Słonko. Przekonam ciebie... ... Mother...? Shhhh. Quiet, child. http://i213.photobucket.com/albums/c...l_of_death.jpg * * * - Panie...! Trzasnął go w pysk, demon wyrzucony w powietrze rozbił się na iskierki energii i zniknął w fioletowych mgłach. Rion martwym wzrokiem wpatrywał się w nicość. - Verion... Mgłami szarpnął gwałtowny podmuch, zgasły, niczym rozwiany dym, przypadły do niewidzialnego gruntu. Rion odwrócił się nerwowo. Shhhh. Wycie ucichło, mgły uniosły się ponownie, wijąc się, szepcząc znów. Istniał tylko jeden powód, dla którego Shabranido mógł przerwać milczenie. Rion przyklęknął. * * * Phibrizo zamknął oczy. Sheera w martwym milczeniu ułożyły się u jego stóp. Ast i Aroth. Kto by pomyślał! * * * Kanzeliv milczał. - I told you to destroy him in Rasgan. - My apologies, My Lord. Valgaav… - Valgaav! Valgaav, fallen angel Thomas; you have thousand of excuses!!! - Forgive me My Lord. But… - zająknął się Kanzeliv. – She`s alone. Last Soulbreaker still has the sword and the ring. - The Eye of Light, she`s Almena`s sister, you idiot! Mistress will not kill her beloved creation! This war has no end! * * * Fromani fero anfrigna Kideno milu nanedur Lotde zefi sil dorna Lotde warnem devenur Verere neco Elamodeo... * * * - Odezwij się do mnie! - Jesteś cieniem, prawda? Zabiłeś sens swojego życia. Byłeś Taki Jak On? - Musiał umrzeć. Musiał...! Błagam, powiedz, że musiał! - To było nieuniknione. Wiedział o tym. - Błagam...! - Nie. Nie mogę zadać ci śmierci, na jaką zasługujesz. - Mistress również się mnie wyrzekła! - Oczywiście. Zostałeś tylko ty i Astaroth. - To nie jest jej wybór!!! - Wszystko jest jej wyborem. Należysz do niej. - Kim jestem? Do kogo mam się teraz zwrócić? Nie jestem już sam, nie ma mnie wcale, tak, czuję to! - Pewnych błędów nie powinno się naprawiać. Zwłaszcza cudzych. - Mogłem cię posłuchać... - Przecież wiedziałeś. Nie wierzyłeś, że ona będzie do tego zdolna? Że go kochała? - To wszystko przez Takich Jak Oni! Przez Ast i Arotha!!! Nie powinni mieszać się do naszych spraw! - Skoro im na to pozwoliliśmy, widocznie mieli do tego pełne prawo. Jak myślisz, kto ich tu przywiódł? - Ta Wojna już jest przegrana! Jeśli Astaroth z amuletem Kaihi-ri stanie u boku Mistress...! Gdzie są armie smoków, gdzie zastępy niepokonanych elfów Almanakh?... – westchnął z rezygnacją. - Nie przyjdą. Nikt ich nie wezwie. Tym razem to sprawa osobista. - To jest wymiar Bieli, to niemożliwe, to jest...! - Odejdą stąd. Jest tu coś, czego potrzebują. Odejdą. - Potrzebuję jej. Muszę jej powiedzieć...! - Nic nie mów. Ona wie. - Nie! Muszę jej to powiedzieć, nie zaznam spokoju, póki...! - Póki go nie zabijesz. Póki jej nie powiesz, że go zabiłeś. Póki ona ciebie nie zabije. Dobre zamiary nie zawsze przynoszą dobre skutki. - Nie zrobi tego? – mruknął, zrezygnowany. - Wciąż widzi w tobie czarnego smoka, który walczył z nią przeciwko Shabranido. Wciąż wierzy w ciebie. Przepadnij z godnością. - Mam nadzieję, że mnie słyszy. - Słyszy, widzi, czuje twój ból. Nie zmażesz jej cierpienia własnym. - Musimy... przygotować się na wojnę... - Nie będzie nam dane walczyć. Liczę na ciebie. - Zrobię to dla niej. Chociaż wiem, że wróci. Wciąż ma do kogo wrócić. Prawda? * * * Barbak; Paladine milczy. Maleństwo wkracza do akcji. Strzały z głośnymi plaśnięciami wbijają się w torsy i łby bestii. We łby! A stwory nadal lezą ku wam! Kejsi; Wymachiwanie piórkiem przed bestiami z bagien na niewiele się zdaje. Pora wiać! Jedno z ohydztw podpełzło do ciebie, łaskotane piórkiem wcale nie zamierza się cofnąć! Levin; Chlasnąłeś brzytwą po łapsku potwora, który bulgocząc zaczepiał spanikowaną Kejsi próbująca odgonić go piórkiem. Zdaje się, ze cios nie zabolał specjalnie- stwory wyglądają na istoty z bagna, dosłownie z bagna, nie z krwi i kości! Pora się wycofać, wraz z Kejsi. Wszyscy; umykacie przez mokradła, utaplani, zziębnięci i mokrzy. Ściana ognia zbliżająca się szybko pochłonęła część pełznących powoli bestii, pozostałe wloką się uparcie za wami. Levin: Próbujesz skontaktować się z Almanakh, ponoć was słyszy. "Pani czy Verion potrzebuje nadal naszej pomocy?" „Verion nie żyje” – uzyskujesz odpowiedź. Czyj to głos...?! Męski, nie poznałeś go. Funghirmm; Niech to! Ubabrany, mokry...! Strzepujesz z siebie błotko... błotko, wraz z...?! Co jest?! Zerkasz na swą dłoń – cała w kłakach! Łysiejesz?! Macasz brodę – polowa brody została ci w ręce, przylepiona do błotka!!! Barbak; Gah! Twoje dłonie pokryły się gęstym futerkiem! Na zabawne, naprawdę...! Drapiesz się po szyi – tam też robisz się włochaty! O_o’ Wszyscy; Mokradła kończą się wreszcie, zaczyna się droga ostro pod górkę, po kamiorkach. ![]() Wspinacie się coraz wyżej i wyżej, pośród lasów świerkowych. Wkrótce, ponad granicą lasu, znajdujecie się wśród samych kał porośniętych małymi krzewinkami i porostami. Nadal jest ciemno, trzy księżyce zdają się wisieć w miejscu na rozgwieżdżonym niebie. Wiatr nie wieje, a wokół zalega idealna, ponura cisza. Na niebie pojawia się niesamowity świetlisty krąg, z którego, na kształt korony ciernistej, odchodzi jedenaście fioletowych błyskawic. Macie wrażenie, że krąg się obraca, a pioruny niczym włócznie wbijają się w ziemie, gdzieś daleko, na horyzoncie, długo pozostając widocznymi, łącząc ziemię z kręgiem na niebiosach. Potem znów robi się ciemno. Bestie z bagien chyba straciły zainteresowanie wami. Docieracie na skraj ogromnej przepaści. Znajdujecie most na drugą stronę. Most, będący skalnym chodnikiem o wątpliwej trwałości, i szerokości jednego metra. 30 metrów niezłego spaceru ponad przepaścią... W dole szumi rzeka. Daleko, daleeeko w dole. ![]() Nie ma innej drogi. Do góry – strome, nagie skały. W dół – samobójstwo. Zawracać nie ma sensu. - Zastanawialiście się kiedyś, co porabia wasz towarzysz Astaroth, kiedy znika wam z widoku? Odwracacie się, zdumieni. Waszym oczom ukazuje się Valgaav. O-oł. http://media.animegalleries.net/albu..._valgaav14.jpg Ma smocze ramiona pokryte czarną łuską, no i dwa ogromne, pierzaste, smocze skrzydła. Widać, że cierpi znów z powodu ich istnienia, ale jak zwykle, znosi to w milczeniu. - Możecie spytać go o to, jeśli sami nie potraficie na to wpaść – uśmiechnął się złośliwie. – Och, przepraszam. Znaczy: moglibyście go spytać... gdybyście nie zginęli pod lawiną! Uniósł rękę, czarny promień wystrzelił z jego dłoni prosto w skały ponad wami. Huk skalnej lawiny w mroku nie pozostawiał wątpliwości – w nogiiii!!!! O_O
__________________ Poczytaj u nas o KIBLU CHAOSU! xD Ostatnio edytowane przez Almena : 07-15-2008 o 20:02. |
| | |
| | #165 |
![]() | - Odeeejdź!!! – pisnęła, ale stwór wciąż się zbliżał, wymachiwanie piórkiem nie pomagało. – Światło najświętsze, Światło najczystsze, zabierz ode mnie te paskudyyy!!!Kejsi do końca wierzyła, ze bestie cofnął się przed świetlistym piórkiem, ale one wcale nie zamierzały ulegać! - Łah!!! – uskoczyła z piskiem. Szczęśliwie, Levin zjawił się ze swoją... brzytwą!? Było to jednak tylko tymczasowe rozwiązanie, bo bestie wcale nie były brudne od błota, one były błotem! - Fuj! Uciekajmy!!! – Kejsi chwyciła Levina za rękę i pociągnęła go za sobą. Uważała, żeby Levin nadążył i się nie przewrócił, ale jednocześnie chciała szybko uciec przed potworami. - One są z błota, z błota, ohyda! Brzytwa!? Skąd masz brzytwę, Levin!? Niewidomy mag walczący brzytwą!? - Tędy, tędy, tedy! – Kejsi prowadziła Levina po kępkach roślin przez mokradła. Barbak robił co mógł strzelając do bestii, ale te nadal szły ku nam, naszpikowane strzałami jak jeżyki! - Dzięki Barbak, dzięki! – zdyszana Kejsi dopadła do orka. – Dzięki, że zastrzeliłeś te obleśne coś z drzew i... teraz... i w ogóle... – sapała. – Idą tutaj, uciekajmy!!! Starała się prowadzić Levina po śladach czarnego warga, powinny być wciąż widoczne na błotku, a kocie oczy nieźle widza w ciemnościach. - Gdyby tu był Satchem, ognisty ptak, moglibyśmy lecieć na jego grzbiecie, i to by się w ogóle nie wydarzyło! – Kejsi ze smutkiem wspomniała swego towarzysza. – Satchem, gdzie jesteś, gdzie, gdzie!? Teraz dopiero doceniłam ten lot z Ditrojid na pustynię!- wysapała. – Zaraz!!! Wyhamowała na błotku, ale wpadła w poślizg i ujechała kawał drogi na tyłku, oczywiście bardziej babrając się błotkiem. - Gdzie mój pierścionek!? Gdzie Wiatr Lodu!? Astaroth nadal go ma!? – jęknęła z rozpaczą. – Astarooooth!!! Znowu go nie ma kiedy jest potrzebny!!! Uciekali dalej, przed ogniem, przed potworami. - Mam dość błota, dość, dość! – Kejsi rozpaczliwie otrzepywała się z breji podczas biegu. – Te potwory wciąż za nami idą!!! Zaczęła się wspinaczka pod górę. Kejsi była wyczerpana. Przystanęła, zdyszana. - Levin, jesteś cały!? Ray`gi!? Ray`gi, Akrenthal... jesteście magami!? Dlaczego nigdy nie używacie swojej magii!? Trzeba było rzucić w te potwory jakimś zaklęciem! Jestem taka zmęczona, nie mam już siły! Poczuła się jakaś taka... osamotniona. Bez Satchema, bez głosu Almanakh... Połowa drużyny, Estre, Akrenthal, Tev, milczeli. Westchnęła i ruszyła dalej. - Smok czeka – mruknęła. Wspinaczka była męcząca. Kejsi zwinnie skakała po skalach, ale czekała na Levina i szukała dla niego dobrej drogi. - Barbak...!? Ty... zapuszczasz... brodę na ... rękach!? Doszli do rozpadliny. - Potwory sobie poszły – odetchnęła. Podeszła do krawędzi i spojrzała w dół. - Wysoko, wysoko, brrrr! – zjeżyła się. Usiadła, odpoczywając. - Jak tu cicho! Brrr jak zimno! Co stało się z białą gwiazdą!? Tak bardzo chciałabym jej ciepła, jej promieni, bardzo, bardzo, bardo!!! Wiatru! Śpiewu ptaków! Znajomy głos! Kejsi poderwała się, przestraszona. - Valgaav!? ![]() - Jak możesz obwiniać Astarotha, kiedy sam tak podle katowałeś Veriona!? – jęknęła. – Wiesz, co zrobiłeś!? Szkoda, ze siebie nie widziałeś wtedy! Jak mogłeś!? Nie wiem co Astaroth ma z tym wspólnego, ale jego czyny nie przekreślają twojego bestialstwa! Miałam wrażenie, że bardzo cierpiałeś... – uspokoiła się nieco. – Wiem, ze... Verion na pewno zrobił coś... strasznego... ale...? Przecież umiesz przebaczać! Widziałam to w twoich oczach, kiedy tam klęczałeś przy nim! Chciałeś mu przebaczyć, ale... ale coś ci nie pozwalało, jakieś wspomnienia, nienawiść! To wina chaosu! Oczyść swe myśli, uwolnij się od chaosu który karmi cię gniewem i nienawiścią, żywi się twoim cierpieniem! Wysłuchaj woli Światła, woli Almanakh, Verion jest zdolny nawet do łez, jestem pewna, że jest zdolny również ci przebaczyć! Valgaav, musisz mnie wysłuchać, Almanakh, ja... chcemy ci pomóc, tobie, Verionowi , chcemy, aby...! Zamarła, kiedy czarny promień uderzył w skały. - Valgaaaav, dlaczegooo!? – jęknęła z rozpaczą. Jego zimne, złote oczy... - Levin, lawina, uciekajmy!!! – złapała Levina za rękę i pociągnęła go w stronę mostu nad rozpadliną. – Idź za mną i nie patrz w dół!!! To znaczy... idź za mną!!! Szybko, szybko, bardzo szybko, idź za mną!!!
__________________ a takie tam |
| | |
| | #166 |
![]() | Palladine miał raczej dużo na głowie. Na tyle dużo, żeby się do niego nie odezwać. Barbak nie mógł mieć mu tego za złe. Po pierwsze jako Bóg wcale nie musiał odpowiadać na jego prośby, po drugie miał zapewne teraz sporo do zrobienia gdzie indziej. Poza tym przeca nie zawsze zielony wojownik mógł zastawiać się wiarą i swoim bóstwem. No nic. Trzeba sobie radzić samemu. Brzdęk! Cięciwa zwolniona wypchnęła pierwszy z pocisków. Strzała pewnym lotem zmierzała ku celowi. Wbiła się w błotne cielsko i w nim pozostała. Brzdęk! Poprawka, tym razem w korpus, chędożony ciągle idzie. Brzdęk! Zaczyna już przypominać poduszeczkę na igły, ale skubaniec idzie. Brzdęk! Zbliżył się do Levina i Kejsi. Ślepiec potraktował go swą brzytwą, BRZYTWĄ?!?! Brzdęk! Cięcie brzytwą najwyraźniej nic nie dało. To błotne coś dalej zmierzało w ich kierunku. -Uciekamy. Jak przez mgłę dotarło do Barbaka. Kejsi dobrze wyczuła moment. Ork nie mógł nic dodać nic ująć. Chimerka złapała za kołnierz Levina i prowadziła go oddalając się szybko od zagrożenia. Reszta drużyny najwyraźniej również umykała. Brzdęk! Ork odczekał jeszcze chwilę, widział że gdzieś w jego pobliży znajduje się krasnolud. Miał jednak szczerą nadzieje że będzie znajdował się czymś więcej niż tylko duchem. Brzdęk! Odskoczył kilka kroków do tyłu utrzymując minimalny dystans jaki był potrzebny do oddania strzału. Napiął Maleństwo do granic możliwości, stanął w lekkim rozkroki i czekał. Gdy pierwszy z napastników był jakieś pół metra od niego zluzował cięciwę. Miał nadzieje że pęd pocisku nie tyle wbije strzałę w to coś, ale po prostu urwie temu czemuś głowę. Nie czekał jednak aby sprawdzić czy tak się faktycznie stało. Rzucił się biegiem za resztą drużyny. - Fungrimm! Dziękuję powiesz mi potem! Teraz bierz nogi za pas! Znaczy się może znajdziemy jeszcze jakieś lepsze miejsce na chwalebną zagładę. Śmierć z reki czegoś co można nazwać chodzącą kupą torfu nie jest chyba tym, co wymarzyć może sobie Zabójca. Wycofujemy się, znajdziemy dla Ciebie godniejszego przeciwnika. Gdy Barbak wykrzykiwał ostatnie słowa był już odwrócony plecami do przeciwników, a jego nogi wybijały już równy rytm. Kondycja orka była utrzymana na dość wysokim poziomie, nie skromnie mógłby rzec że na wyższym niż większości drużyny. Szczególnie gdy większość ta prowadziła ze sobą Levina. Druid niestety w sposób wyraźny spowalniał marsz. - Daruj, przyjacielu ale wydaje mi się że tak będzie po prostu sprawniej Ork, przełożył przez plecy Maleństwo po czym wyciągnął swe długie, zielone, włochate dłonie w kierunku Levina. Włochate??? Przemknęło przez orczą głowę... - Idą tutaj, uciekajmy!!! Krzyknęła Kesji. I starała się prowadzić Levina dalej po śladach. To nie było dobre rozwiązanie. Ork chwycił druida i przewiesił go sobie przez ramię. Następnie puścił się pędem do przodu. Miał nadzieje, że jego przyjaciel zrozumie, ze nie jest to działanie złośliwe lub w jakiś sposób uwłaczające mu. Teraz najważniejsze było aby drużyna w komplecie ewakuowała się z zagrożonego terenu. A tak było najszybciej. Ork puścił się biegiem. Druid ciążył trochę, jednak nie aż tak aby nie można było utrzymać sprawnego tępa. Poza tym było to niezawodny sposób na wyładowanie gniewu. Bo Ork był wściekły. Wściekły na to co się działo, na to że musieli dawać w długą zamiast zostać i radzić sobie z tym co tam zostało. Cholera wie gdzie to tałatajstwo teraz się rozpełznie. Zły na członków drużyny. Demony, Anioły, Wielcy Magowie. A jak przychodzi co do czego to mamy raptem Maleństwo, Piórko, brzytwę i Krasnoludzkie klątwy. Kejsi sprawnie wybierała drogę. Czyniła to na tyle dobrze, że Levin może i mógłby iść sam. Pytanie tylko czy wtedy te maszkary by ich nie dogoniły. Ork zdecydowany był tego nie sprawdzać. Nie puszczał przyjaciela i dalej w rytm własnych kroków i własnego serca podążał ku górze. Ścieżka zaczynała się wznosić i zanim Barbak zdążył się spostrzec byli już bardzo wysoko. Zdecydowanie za wysoko. Ścieżka nagle zakończyła się urwiskiem i skalnym mostkiem przerzuconym nad przepaścią. Odgłosy pościgu już do niech nie dochodziły. Był to zatem bardzo dobry moment na to aby złapać drugi oddech. Barbak odstawił delikatnie przyjaciela i powiódł wzrokiem po przyjaciołach. – W komplecie na szczęście! Levin, przepraszam. Mam nadzieje że nie będziesz miał mi za złe tej przejażdżki. Ork klepną po przyjacielsku druida. - Barbak...!? Ty... zapuszczasz... brodę na ... rękach!? Waldroff, łysiejesz!!! Może to bagno było jakieś skażone!? Kejsi jak zawsze zasypała ich milionem pytań i spostrzeżeń. Faktycznie zielone ciało zaczęło pokrywać się włosiem. Jak to? Przecież orki tak nie mają! Co to ja niedźwiedź czy jak? Barbak był wściekły. Przechadzał się tu i tam oglądając własne dłonie, trzymał się jednak zdecydowanie z dala od krawędzi i pod żadnym pozorem nie próbował spojrzeć jak wysoko się znaleźli. - Jak tu cicho! Brrr jak zimno! Co stało się z białą gwiazdą!? Tak bardzo chciałabym jej ciepła, jej promieni, bardzo, bardzo, bardo!!! Wiatru! Śpiewu ptaków! - Jak bym chciał wiedzieć dlaczego Palladine mi nie odpowiada. Coś się stało! Nie jest to nic dobrego! Musimy jak najszybciej dostać się do białego smoka! Jest tylko jeden problem. Nie namówicie mnie żebym przeszedł po tym moście! Nie było czasu na wyjaśnienia. Pojawił się bowiem Valgaav! Czarny smok, jak zawsze majestatycznie, jak zawsze niezwykle charyzmatycznie do nich przemówił. W jego słowach jednak nie odnalazł pomocy, wręcz przeciwnie. Przez smoka przemawiała wściekłość i złośliwość. Kejsi próbowała przemawiać do Valgaava, nie odniosło to jednak żadnego skutku. Ork obawiał się że w obecnej sytuacji mało co może przemówić smokowi do rozumu. Smok naraz wywołał lawinę. Coraz to większe kawałki skał sypały im się na głowy. - Levin, lawina, uciekajmy!!! Uciekajcie! Pomyślał Ork i jeszcze raz niepewnie spojrzał na mostek. Nie, tam jest za wysoko. Nie ma szans. Zamiast rzucać się do przodu Ork na sekundę przykląkł, czy może raczej przykucnął uważając na co większe odłamki skalne. Panie to chyba koniec mojej wędrówki. Ostatni przystanek. I ostatnie zadanie jakie stawiam sam przed sobą. Bądź proszę ze mną i pozwól mi ocalić przyjaciół Ork zacisnął pięści oczekując na pojawienie się w nich, starej dobrej i nie używanej od bardzo dawna broni. Oczekiwał na dwa ostrza swej wiary, na dwa na poły eteryczne sztylety jakimi rozporządzał dzięki łasce Palladine’a. Jeśli broń się nie pojawi dobędzie dwóch zwykłych sztyletów, a następnie z pełną prędkością żuci się przed siebie. Nie jednak w kierunku mostu a w kierunku smoka! - PALLADINE!!!! Dopomórz. |
| | |
| | #167 |
![]() | Cały ubabrany w błocie i wyziębiony miał wybitnie zły humor. Od dłuższego czasu taplał się bagnie i oganiał przed jakimiś stworkami. -Niech to elfia dupa, co ja goblin jestem by się tu tatłać? Niech ja tylko go dopadnę Dwarf marudząc( a jakże!) już gotował się do straszliwej zemsty. Na kim sam nie wiedział ale to nie stanowiło zbytnio problemu. Po kilku krokach znów padł plackiem na twarz. Towarzyszyło temu głośne „PLASK” a potem coś jakby. -du szwaiste gobline lembasy. Niesz ja siakiego znajdę. Tfuu co tu tak szmierdzi. Brodacz na początku nawet nie zauważył stworków. Zresztą gdy je zobaczył też nie wiele sobie z nich zrobił. Wszakże był przeznaczony do innych celów. A te tu stworki nie były ani potężne a nie piękne. Gdy wokół zaczęły latać drzewka Fungrihmm już wiedział że to zielony nie wytrzymał i musi trochę po szczelać. Jemu samemu nie wpadło na myśl coś podobnego. Do czasu..... czasu gdy nie zobaczył że ma już tylko pół brody. -Oooo WYYYY, którzy nas tu skierowaliście macie przesrane! Chwycił w dłonie swój oręż. Dwie dość solidnie siekiery do rąbania drew. Nie wytrzymały by na pewno rąbania jakiegoś metalu czy skał ale takiego czegóś jak tu??? Machnąl na odlew najbliższego. Poprawił drugą ręką ruszył przed siebie. Był zły.. -To nie to że was nie lubię! Obydwie siekiery uderzyły prawie jednocześnie w osobnika przed nim. W tle Barbak nawoływał do szybszego ruchu. On jednak chciał się jeszcze nasycić. Według niektórych był biały ale na chwil parę pozwolił sobie upuścić trochę fioletu do środka. -Nie no nie uciekajcie tak szybko tam jeszcze ich dużo zostało. Stójcie nie w tę stronę, Barbak, Levin Kejsi. Spostrzegł że w końcu sam tu został tylko On i Oni(lub One ale jak to rozpoznać). Ściał jeszcze jednego stwora. -Ale z drugiej strony sam tu nie będę tak siedział. Poczekajcie na mnie!!! Ruszył biegiem. Dogonił ich trochę później. Może dyszał trochę. -Nie patrzcie na mnie że tak dysze to przez to że targam na sobie pół bagna. Całkiem jak jakiś goblin czy Ork. Uchh nie ma tu jakiejś wody się ochlapać? Z biegiem drogi znalazł w końcu jakąś sadzawkę z krystaliczną wodą i ochlapał się. Zdecydowanie ta woda nie nadawała się już wiecej do użytku a On prychając i pomstując na wszystkie Diabły tego i innych światów postarał się zrobic porządek z brodą. Cała prawa strona wylazła razem z cebulkami. Nie było z niej już pożytku i teraz należało tylko zadbać by nic tam nie odrastało. Lewą stronę zaplótł w trzy warkocze. Korzystając z Barbakowego sztyletu przedziurawił ucho w trzech miejscach. Zdezynfekował a potem wczepił tam kawałki stalowych drutów. -Niech się zarośnie... Powiedział wyraźnie usatysfakcjonowany. Warkocze tymczasowo zaplótł wokół szyi. -Tak by na razie nie przeszkadzały. Błyskawice i pioruny już dawno przestały go dziwić. Tym razem nawet nie zareagował gdy przed nimi rozgrywał się cały popis. Przyjął to splunięciem i krótkim komentarzem. -I tak was w końcu zaciukam. Poczekajcie tylko na mnie... Valgaav dla niego osobiście był obojętny. Może nie do końca bo w kóncu był smokiem a takie coś należy w pewnej perspektywie zabić. W końcu każdy krasnolud wie że gdzie smoki tam i złoto, diamenty, szmaragdy, rubiny ewentualnie dziewice. Choć co do tego są różne teorie.... Zniknięcie Astha i widmo zbliżającej się lawiny podziałały dość stymulująco na Zabójcę. Możliwa też wizja skarbów i / lub dziewic.... Ruszył z kopyta i to szybko! |
| | |
| | #168 |
![]() | Astaroth dostojnym krokiem wszedł do lokalu swojego twora. Już pierwszy rzut oka na wnętrze wystarczył by stwierdzić, że stało się tutaj coś złego. Ochroniarze układali poprzewracane sprzęty, ściany były osmalone niedawnym pożarem a z piwnicy dobiegał wyraźny swąd spalenizny. Najwyraźniej obecne w środku osoby zrozumiały kim jest, gdyż ochroniarze przerwali pracę przyklękając a karczmarz ukłonił mu się z lękiem w oczach. Choć nie miał zamiaru robić im krzywdy ta demonstracja upewniła go, że Azmaer dba o interesy chaosu. Demon postawił jedno z krzeseł i usiadł na nie, wpatrując się przenikliwie w ochroniarzy, aż jeden z nich, wyższy i nieco łysawy opowiedział mu co się wydarzyło. Najwyraźniej dwójka jego przyjaciół ignorując wszelkie prawa gościnności wpadła do jego lokalu i nic sobie nie robiąc z zasad dobrego zachowania raźno zabrała się do niszczenia cudzej własności. Gdyby nie byli to jego towarzysze skróciłby takich gagatków o głowę, jednak nie mógł tak postąpić z tymi, którym obiecał sojusz. I choć to oni pierwsi złamali współpracę to on sam wykaże się cierpliwością i zapyta ich o powody takiego postępowania. Nie miał już tutaj czego szukać - wiadomym było, że pomimo przejściowych trudności burdel prosperuje dobrze. Astaroth wyszedł na zewnątrz gdy zauważył że dzieje się coś dziwnego Chociaż o tej porze słońce powinno znajdować się w najwyższym punkcie nieboskłonu, to zamiast niego na fioletowym niebie widać było dwa księżyce. Również wszelkie odgłosy, jakimi zapełnione było miasto ucichły pozostawiając dzwoniącą w uszach ciszę. Powietrze przeciął ogromny kształt smoka, zmierzającego w stronę gór. Gdy tylko jego sylwetkę zasłoniły odległe szczyty w powietrzu przebrzmiał głos oznajmiający, że wojna została wypowiedziana. Astaroth zmrużył oczy przybierając wściekły grymas. Wojna? Czy to wielkie latające bydle miało na myśli wojnę bieli z chaosem? Jeżeli tak to osobiście zatknie głowę smoka na ratuszu miejskim pokazując jak kończą ci, którzy chcą niszczyć jego porządek. Jeżeli miał na myśli wojnę zwolenników starego i nowego porządku, to choć było na to trochę zbyt wcześnie, dostanie ją. Ludzie na ulicach rozpoczęli panikować i lamentować, demon zaś kroczył pomiędzy nimi kierując się na obrzeża miasta. Od razu gdy otoczyła go bezludna przestrzeń poczuł się lepiej. Więc wszyscy już wiedzieli, że wojna nadciąga wielkimi krokami. Problemem jednak mogło być to, by siły dążące do zachowania starego ładu nie podjęły inicjatywy zbyt energicznie, gdyż wyprzedzenie jego zamiarów mogłoby utrudnić realizację planów. Musiał zachować ostrożność, gdyż również nierozwaga mogła rozbić jego plany. Zagłębiał się coraz bardziej w rozmyślaniach, gdy dotarło do niego nieprzyjemne przeczucie. Coś kazało mu wrócić do swoich towarzyszy. Mając zamiar przy okazji wypytać zielonoskórego i brodacza o zajścia w burdelu przeniósł się do drużyny - Już jestem! Tęskniliście? Ja... - zaczął, jednak szybko zorientował się w sytuacji. Valgaav w postaci bojowej i lawina opadająca na drużynę. Nie musiał zbyt długo dochodzić nad tym co się tutaj dzieje Najwyraźniej ten głupiec atakował jego towarzyszy! Astaroth rzucił się w jego stronę wyszarpując w biegu szable i krzycząc - Jak śmiesz! Nie przeszkadzałem ci w mordowaniu Veriona więc i ty mi nie przeszkadzaj!
__________________ ,,W czasach słabości pokazuj swoją siłę. W chwili potęgi pokaż swoją słabość" Sun Tzu, Sztuka Wojny |
| | |
| | #169 |
![]() | Potwory z bagien były uparte i za nic miały sobie brzytwę Levina czy piórko Kejsi. Oboje musieli uciekać. Podczas ucieczki Kejsi wyraziła zdumienia brzytwą ślepca. -No tak, zwykła ostra brzytwa do golenia i mam ją w tym celu. Verion umarł, przynajmniej tak mówił jakiś obcy demon, może czarny smok? Cały plan Levina wziął w łeb, do tego ślepiec zdążył polubi bakłażana. Druid w myślach oddał kolejny punkt do listy "dlaczego nie lubi czarnego smoka o dziwnym imieniu na V". Cała lista nie była długa i przedstawiała się tak: -Próbował mnie zabić -Próbował zabić moich przyjaciół -Katował Veriona przez co musiałem zabić -Zabił Veriona niwecząc mój plan Wiedział, że jakoś się odwdzięczy smokowi. Ucieczka zakończyła sie sukcesem jednak bez pomocy Kejsi ślepiec zostałby gdzieś na bagnach. -Dzięki, życie mi uratowałaś. Stali i gwałtownie łapali oddech gdzieś w górach. Avadriel przyleciał meldując, że nic nie znalazł. I wtedy pojawił się czarny smok, kruk pokazał mu całą scenę. -Nie obchodzi mnie co Astaroth robi. Zabiłeś Veriona a teraz chcesz nas napuścić na Astarotha? Kto będzie następny? Almena? Almankh? I wtedy smok spuścił na nich lawinę. "Uciekaj!" W tym samym czasie, w którym Levin kazał uciekać krukowi, Kejsi powiedziała to na głos. Druid pognał za chimerą robiąc użytek ze swoich długich nóg.
__________________ Początek wojny - rekrutacja do CP, kontynuacja Problemów Dyskusja na temat ról w świecie CP Dyskusja na temat religii w CP |
| | |
| | #170 |
![]() | ...all falling down... - To nie był pokaz, to było zaproszenie. - Tacy Jak Oni nie potrafią nawet odczytać tego zaproszenia! - Nie dziw się im. Nie jest skierowane do nich. - Może powinienem... - Nie. Zostań tam gdzie jesteś. * * * Barbak; Valgaav obserwował cię ze swym krzywym psycho-uśmieszkiem na twarzy. - PALLADINE!!!! Dopomóż! - You must be joking... – prychnął smok. W jego oczach ujrzałeś jednak... ujrzałeś... wahanie? Szacunek...? Rzuciłeś się ku niemu. Złość, adrenalina wzburzona hukiem walących się skał, dodały ci sił. Nie pamiętasz nawet momentu, kiedy dopadłeś do Valgaava i dźgnąłeś go w pierś jarzącym się zielenią sztyletem. Pamiętasz tylko, że nie dźgnąłeś raz, nie dwa razy... - Może ci pomóc? – Valgaav chwycił twoje ramię. Wrzasnąłeś z bólu, miałeś wrażenie, że kości popękały, a krew trysnęła wokół z rozduszonych żył niczym wino z rozgniecionego bukłaka. Miałeś wrażenie, że Valgaav zaraz urwie ci rękę, ale on jedynie gwałtownie szarpnął ją ku sobie, wbijając twój sztylet w swą pierś, aż cały zniknął. Mruknął pogardliwie, odchrząknął i splunął ci krwią w twarz. - Tego chciałeś? Odepchnął cię, odrzucił, niedbale, jak dziecko porzuca zepsutą zabawkę. Poturlałeś się po ziemi. Wstałeś, oceniając ze zdumieniem, że twoja ręka jest całkiem sprawna, poza tym, że cholernie boli. - Jak śmiesz! Nie przeszkadzałem ci w mordowaniu Veriona więc i ty mi nie przeszkadzaj! Astaroth! Kiedy rzuciłeś się do ataku, zdumiała cię jedna rzecz, jaką twoje demoniczne zmysły zdążyły zarejestrować. Walczyłeś już z Valgaavem, pamiętasz doskonale wyraz jego twarzy, błysk w oku, warczenie, temperaturę jego manifestacji, rytm oddechu, bicia serca, wewnętrzne szmery cielesnej powłoki, szepty jego aury, których śmiertelni nie słyszą. Teraz było zupełnie inaczej. Valgaav zatracił swój szał, swą wieczną agresję, nigdy jeszcze nie był tak... spokojny i... nostalgiczny...? Jego spojrzenie – przedziwne – nie wrogie, nie aroganckie, niby ostrzegawcze, niby łagodne, wręcz znudzone, ponure, zmęczone, nie upominające, nie przyjacielskie. Zimne, bezduszne, nieobecne. Zmarszczona w gniewie twarz, wyszczerzone smocze kły, spięty w pozycji bojowej, ale wewnątrz, wewnątrz był zimny, cichy, spokojny, czułeś to. Cofnął się o krok – cofnął się!!! Zniknął, nim zdążyłeś jeszcze ku niemu doskoczyć i unieść szable. Przystanąłeś. On nie chce z wami walczyć. Nie chce. Kto jak kto, ale Valgaav nie był kimś kto zwykł uciekać z pola walki. Odwaga, czy szaleństwo – był gotów walczyć z Mistress, z Shabranido, z Tobą. Zrezygnował. Dlaczego? Barbak; Rozglądasz się; Valgaav zniknął! Ogromny głaz rozbija się tuż przed tobą! Otrzeźwiony, zrywasz się do ucieczki. Twoje nogi same cię niosą, w mroku widzisz tylko zasłonę pyłu, mniejsze kamienie sypiące z góry bombardują cię. Zatrzymujesz się przed skalnym mostem. Cholernie wysoko!!! - Zabiłeś Veriona a teraz chcesz nas napuścić na Astarotha?- drze się Levin. - Kto będzie następny? Almena? Almankh? Kejsi pognała mostem. Zwinna i szybka, nie ma problemu z poruszaniem się po skalnym chodniku. Pociągnęła za sobą Levina. Funghrimm wszedł na most ostatni, rozpaczliwie łapiąc równowagę i klnąc w niebogłosy. Barbak i Astaroth, opóźnieni atakiem, zostali przed mostem. Wszyscy; Pierwsza fala lawiny z hukiem rozbiła się o skały, zasypując drogę, którą przybyliście. Niebo nad wami ciemnieje gwałtownie, gwiazdy giną w mroku, a wokół rozlega się gromki ryk, który zatrząsł ziemią. Pośród fioletowych kłębów, nad górami łopocze ogromnymi skrzydłami czarny smok! Summon Eclipse by =silverbobcat on deviantART Każdy z was jest wielkości jego jednego pazura! Wiatr zrodzony z uderzeń jego skrzydeł szarpie waszymi włosami, szatami... Czarny smok wśród pulsujących fioletem mgieł krążył ponad skalnym mostem. Potężny ryk przewalał się pod niebiosami i w głębi przepaści niczym wrzask setek demonów. Zaraz jednak echo zgasło jak mgły zdmuchnięte przez wichurę zrodzoną z uderzeń ogromnych skrzydeł. Na drugą stronę mostu! Uciekajmy! Zatrzymaliście się w jednej trzeciej drogi, gdyż widok czarnego smoka lądującego naprzeciw was, na drugiej stronie rozpadliny, całkiem was sparaliżował. Ponad skalnym urwiskiem, odwrócony ku wam, stał Valgaav, ze skrzydłami wciąż na wpół rozłożonymi, spoglądając na was oczyma lśniącymi zimnym złotem. Cień mgieł wokół niego rozwinął się na podobieństwo drugiej pary skrzydeł. Lewa łapa smocza, zbrojna w potężne pazury, uniosła się, rozbrzmiał świst i trzask smoczego ogona o skały, z nozdrzy buchnął ogień. - Thou shall not pass!!! – zaryczał smok. Zapadła grobowa cisza. - I am the Kihara of Demon Lord Gaav, guardian of His Fiolet Fire! Thou shall not pass! Go back to your graves, mortals! Thou shall not pass!!! Nie odpowiedzieliście; zdało się, że wiara i odwaga w was przygasa, a ciemność wokół potężnieje. Lawina skalna zatrzęsła mostem, pękanie skał i spadające odłamki pchały was do przodu, ku smoczej paszczy oczekującej po drugiej stronie. Powoli postąpiliście na przód, a znienacka ogień ze smoczej paszczy wystrzelił w górę, jego skrzydła zaś rozpostarły się, zasłaniając, jak się wam zdało, całe niebo. Jednakże wy, mali teraz i samotni, dalej staliście w mroku, niczym źdźbła trawy gnące się na chwilę przed atakiem nawałnicy. Z jądra mroku zamigotał fioletowy blask i biel kłów smoka. Rozległ się straszliwy ryk i zalśnił fioletowy ogień w rozwartej smoczej paszczy. Most drżał, pękał. Zachwialiście się odrobinę, cofnęliście o krok i znowu znieruchomieliście. - Thou shall not pass!!!
__________________ Poczytaj u nas o KIBLU CHAOSU! xD |
| | |
| Reklama |
| |
![]() |
| Użytkownicy aktualnie czytający ten wątek: 1 (0 użytkownik i 1 gości) | |
| Narzędzia wątku | |
| Wygląd | |
| |