Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - DnD
Zarejestruj się Użytkownicy

Sesje RPG - DnD Wybierz się w podróż poprzez Multiwersum, gdzie krzyżują się różne światy i plany istnienia. Stań się jednym z podróżników przemierzającym ścieżki magii, lochów i smoków. Wejdź w bogaty świat D&D i zapomnij o rzeczywistości...


Odpowiedz
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 18-02-2019, 08:23   #1
 
Zormar's Avatar
 
Reputacja: 20272 Zormar ma wspaniałą reputacjęZormar ma wspaniałą reputacjęZormar ma wspaniałą reputacjęZormar ma wspaniałą reputacjęZormar ma wspaniałą reputacjęZormar ma wspaniałą reputacjęZormar ma wspaniałą reputacjęZormar ma wspaniałą reputacjęZormar ma wspaniałą reputacjęZormar ma wspaniałą reputacjęZormar ma wspaniałą reputację
[D&D 5/Zapomniane Krainy] Szlachetny Gniew: Zbiory [18+]


omiędzy wozami niewielkie ognisko strzelało iskrami, a dwa męskie głosy prowadziły swą dysputę. Należały one do pary kupców w średnim wieku. Pierwszy brodaty i odziany raczej bogato, kiedy drugi skromniejszy nieco i głową bez włosa jednego. Pociągnęli z kuflów i nalali sobie jeszcze z niedawno otwartej beczułki.
Zaraza z tym wszystkim - rzekł łysy dorzucając drwa do ognia.
Ano biesy się na nas uparły, tutaj macie rację – zgodził się z nim kolega handlarz. – Najpierw lordowie podatki podnoszą, przedtem jeszcze zaraza koło Wrót Baldura, a teraz jeszcze mgła cholerna.
A towar się marnuje. Już tydzień cały tutaj czekam i czekam, a problem jak nie rozwiązany, tak się unosi nad nami, że tak rzeknę.
Tydzień? Nie lepiej wam było poszukać innej drogi? – Kupiec bogatszy w owłosienie postanowił pociągnąć temat oraz z kufla.
Myślicie, że nie szukam? Wysłałem nawet syna i paru ludzi z naszej eskorty, by się za czymś rozejrzeli, ale coś mi mówi, że jedyną alternatywą będą te parszywe wrzosowiska na wschód od Mglistego Lasu. Niektórzy już się na tamtą drogę zdecydowali, ale ja chyba jeszcze poczekam.
Boicie się, co?
Głupi bym był jakbym się nie obawiał – obruszył się ten o mniejszym majątku. – Nalejcie no jeszcze.
Z beczułki znów ubyło złocistego trunku.
Brodacz zamilkł, zabębnił palcami o kufel. Jego kompan dostrzegł bruzdy rysujące się mu się na czole, niechybnie mówiące o zafrasowaniu i głębokim namyśle.
Nad czym to tak głęboko dumacie, hmm?
Ahh… – Westchnął brodacz i wzrokiem powiódł w bok ku pasącym się koniom oraz najemnikom żrącym za jego ciężko zarobiony grosz. – O tej całej eskapadzie, która się nam tutaj szykuje. Zastanawiam się, czy nie warto by było w nią zainwestować. Niezła zbieranina, ciekawe co ich tutaj przygnało, bo w czysto szlachetne intencje nie wierzę.
Z tego co słyszałem to ta ruda z tym wilkiem pochodzi z tej osady właśnie. W jej przypadku to niewątpliwie sprawa osobista, ale co do reszty to zasadniczo zgodzić się muszę.
Zapadła chwila ciszy zakłócana jedynie odgłosami ogniska i żrących najemników.
Zamierzacie więc wesprzeć ich wyprawę? – zapytał łysy.
Sami powiedzieliście, że przeprawa przez wrzosowisko to niemal samobójstwo, więc co mi szkodzi? Może wreszcie coś się opłaci i trakt znów będzie przejezdny? Sam powiedziałeś, że nie wyglądają na głupich.
Zasadniczo rację macie, tylko…
Co znowu?
Eh... – Łysy splunął w ognień, aż zaskwierczało. – Ten z rogami mi się nie podoba.
Brodacz skinął głową. Czarcie dziecko, syn piekielny.
Też mnie on niepokoi, ale…
Ale? – Kupiec spojrzał na swego kompana bystro, nawet jakby odrobinę zaskoczony.
Może tam, gdzie człowiek nie mógł to diabli syn podoła?
Spojrzenie łysego stało się najpierw niedowierzające, lecz szybko pojawiła się w nim iskierka. Wstał, pociągnął raz a porządnie z kufla i wytarł rękawem usta.
Idziemy zatem.
Gdzie? – Brodacz był odrobinę skołowany.
Jak to gdzie? Do tej zbieraniny. Pora zainwestować.



stine nie spodziewała się, że kupców oraz podróżnych będzie tak wielu. Myślała o maksymalnie kilku karawanach, lecz widok, który zastała był wręcz odrobinę nierealny. Oto bowiem przed sobą miała wioskę namiotów, wozów i karawan. Ze wszystkich stron można było usłyszeć rżenie koni, czy odgłosy wszelkich innych zwierząt pociągowych. Było również kilka psów, które w mgnieniu oka zwęszyły Lunę i zaczęły ujadać. Na całe szczęście ich właściciele zdołali opanować sytuację, z resztą przy jej niewielkiej pomocy, bowiem tygodnie spędzone na tresurze wilczycy sprawiły, że potrafiła już o wiele lepiej radzić sobie ze zwierzętami. Jej mistrz, ten któremu teraz zmierza na spotkanie, nauczył ją polować, lecz sam nie darzył zwierząt więzią. Ona natomiast odnalazła ją w sobie. Miało to miejsce stosunkowo niedawno podczas jej przygody z koboldami i niziołkami. Na wspomnienie owych wydarzeń pogładziła rzeźbioną głowę jednorożca na główni sztyletu, który jej podarowano w ramach podzięki. Żywiła nadzieję, że jej niedawni towarzysze nie mają jej za złe, iż przedłożyła osobistą sprawę ponad ich. Czuła w głębi serca, że nie miała wyboru. Musiała sprawdzić co się dzieje. Niestety jej przeczucia ziściły się. Tajemnicze zło zawładnęło Złotym Łanem, jej domem. Beształa się w myślach za to, że traciła czas na tresurę Luny miast się śpieszyć, lecz z drugiej strony nie miała innego wyjścia. W innym wypadku narażałaby siebie, a przede wszystkim innych, na niepotrzebne ryzyko. Nie miała wyboru. Po raz kolejny zastana sytuacja nie dawał jej wyboru.


Astine

Niemniej towarzystwo wilczycy podnosiło jej morale, dodawało nadziei i otuchy. Sięgnęła do tobołków i wyjęła zeń małą deseczkę, której jedną stronę pokrywał prosty obrazek. Wpatrywała się w niego przez chwilę, w międzyczasie zwiększając siłę z jaką ją trzymała. Westchnęła, schowała podarek, czy może raczej obietnicę, do plecaka. Wymieniła z Luną spojrzenia, po czym raźno ruszyły w głąb obozowiska, z podniesioną głową i determinacją w oczach. Tutaj nie chodziło tylko o jej osobisty strach.



upieckie obozowiska było rozległe i przypominało w części festiwal, podczas którego nabyć można było wszelkie towary z różnych zakątków świata. Od wczesnych płodów rolnych i zwierząt hodowlanych, przez egzotyczne sukna, dzieła metalurgiczne, po księgi pełne wiedzy, a gdzieniegdzie niektórzy nie kryli się nawet z tym, że dysponują magicznymi cackami. Nie było to rzecz jasna nic o niewyobrażalnej wartości, co to to nie. Tego typu artefakty były zarezerwowane dla sławnych na cały Faerun herosów, królów, czy skarbców wielkich świątyń, albo legendarnych magów. Tutaj nabyć można było najwyżej wątpliwej prawdziwości wywary, czy ledwo tkniętą Sztuką biżuterię. Kupców w swej osobie de facto nie było tutaj nie wiadomo jak wielu, co to to nie. Największą siłą odznaczali się wszelkiego rodzaju członkowie zbrojnych eskort, czy pracownicy najemni, którzy to za marny grosz godzili się pomagać przy transporcie. Do tego wszystkiego byli oczywiście i różnej maści włóczykije, czy podróżni. Można też się byłoby pewnie pokusić o wytypowanie kogoś szlachetnego stanu, lecz ci, jeżeli już mieliby oczekiwać na otworzenie traktu, zatrzymali się zapewne w Mglistym Zakątku, aniżeli w szczerym polu.

Z czasem zawitały do tej osady postacie mniej typowe. Takich jak oni zwano awanturnikami, bądź poszukiwaczami przygód, chociaż zdarzały się również mniej pochlebne określenia jak parszywe moczymordy, wykolejeńcy, czy kurwie syny, którym się od magii we łbach poprzewracało. Jakby ich jednak nie zwano pojawiali się zazwyczaj tam, gdzie mogli zarobić, bądź spełnić sobie tylko wiadome sprawunki. A były to miejsca gdzie na dobrych ludzi spadało nieszczęście. Co niezwykłe zazwyczaj potrafili sobie nawet poradzić z zaistniałym problemem i nie narobić przy okazji większych szkód. Zazwyczaj.

Wszyscy oni zaoferowali się, że wyruszą w mgłę i postarają się dotrzeć do prawdy cóż się tam dzieje, a potem być może znaleźć sposób na powstrzymanie zła, czy czegokolwiek, bądź kogokolwiek, ponoszącego za ową sytuację odpowiedzialność. Na miejscu przywitano ich z mieszaniną entuzjazmu, ale i strachu, bowiem z jednej strony pojawiły się szlachetnej postury elfy oraz ludzie wiary, lecz z innej pomiędzy nich zawitała również rogata postać. Piekielny syn, diablę, czy bardziej fachowo czarciej kurwy bękart. Fachowcy rzecz jasna nie zdradzili gdzież to nabyli wiedzę i status, by rzucać tego rodzaju określeniami. Niemniej i on wykazywał zainteresowanie współpracą, co Astine, jedna z głównych pomysłodawczyń badawczej eskapady, przyjęła z wdzięcznością, ale i wyczuwalnym niepokojem.

Do sformułowania się drużyny doszło w centralnej części obozu, przy dużym ognisku, gdzie grzali się najbogatsi handlarze. Wymienili się raczej nic nie wnoszącymi pogłoskami, które można było posłyszeć na trakcie, bądź w karczach na drodze do Waterdeep. W tym względzie równie mało pomocni okazywali się również sami kupcy i podróżni, bowiem nie byli w stanie rzecz nic konkretnego na temat owej mgły. Niemniej byli zgodni co do dwóch rzeczy. Po pierwsze każdy kto tam poszedł już nie wracał, a po drugie nie dobiegał stamtąd najmniejszy nawet dźwięk. W skład grupy ostatecznie weszli wszyscy przybysze oraz dwójka ochotników w postaci Arna, postawnego mężczyzny o aparycji typowego drwala oraz Sile, akolitki Lathandera i przy okazji nawet dość urodziwej młodej damy. Rębajłem kierowały jakieś osobiste pobudki, a dziewczyną najwyraźniej jakaś powinność wynikająca z wiary. Tak, czy inaczej im wszystkim zaoferowano miejsce do odpoczynku, bowiem jutrzejszego dnia mieli wyruszać.


Z samego ranka zaś, kiedy szykowali się do drogi, odwiedziła ich grupka kupców, która postanowiła złożyć się i od jednego dusigrosza wyszarpać kilka leczniczych wywarów, tak na wszelki wypadek. Dar to był raczej niczego sobie, bowiem tego typu specyfiki potrafiły być niekiedy dość kosztowne. Biorąc jednak pod uwagę, jak potencjalnie potrzebne im mogły być oraz to, że prezentów nie wypada odrzucać, przyjęli je z otwartymi ramionami. Chwilę później byli już gotowi do drogi.


 
__________________
Szlachetny Gniew: Zbiory. Oczekuję na odpowiedź od: Koime, Asderuki, MrKroffin, MatrixTheGreat, BloodyMarry, Jaracz. [Termin postów: Nieokreślono]

Szlachetny Gniew: Karmazynowy Szlak. Gracze: Kerm i Noraku

Ostatnio edytowane przez Zormar : 19-02-2019 o 22:05.
Zormar jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 20-02-2019, 23:46   #2
 
Jaracz's Avatar
 
Reputacja: 6081 Jaracz ma wspaniałą reputacjęJaracz ma wspaniałą reputacjęJaracz ma wspaniałą reputacjęJaracz ma wspaniałą reputacjęJaracz ma wspaniałą reputacjęJaracz ma wspaniałą reputacjęJaracz ma wspaniałą reputacjęJaracz ma wspaniałą reputacjęJaracz ma wspaniałą reputacjęJaracz ma wspaniałą reputacjęJaracz ma wspaniałą reputację
Do centralnej części obozu wjechał koń. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, wszak wierzchowców było wokół mnóstwo, gdyby nie kilka drobnych szczegółów. Po pierwsze, koń był niczego sobie. Lśniąca w popołudniowym słońcu sierść czarno-umaszczonego ogiera sugerowała, że zwierzę musi być dobrego rodowodu. Rząd jeździecki nie był byle pledem rzuconym na grzbiet, a solidnie wyglądającym rękodziełem. Nawet ogłowie było zdobione małymi, srebrnymi ćwiekami. Na tym się jednak kończyły detale imponujące. Właściciel konia siedział przechylony trochę na bok, jakby miał się zaraz zsunąć. Przyczyny można się było doszukiwać w butelce wina zakleszczonej w dłoni luźno zwieszonej wzdłuż uda. Płaszcz był równie bogaty co rząd jeździecki, ale był niedbale rozchylony i krzywo zapięty. Mało kto spoglądał dłużej na nieznajomego. Może to przez to intensywne spojrzenie błyszczących niezdrowo, czarnych jak noc oczu? Może świadomość, że szarawy kolor skóry to nie efekt cienia, a "naturalna" barwa? Pozostawał oczywiście fakt...

Tak, tak – mruknęło rude diabelstwo pod nosem. – Mam rogi...
Patrzył intensywnie przed siebie, bynajmniej nie w próbie zignorowania ukradkowych spojrzeń rzucanych w jego stronę, ani nieprzychylnych komentarzy rzucanych pod jego adresem. Próbował się skupić na mijaniu straganów i porozrzucanych tu i ówdzie śmieci. Koncentrował się też na tym, aby nie spaść z konia. Bolący bok był pamiątką po tym, jak gdzieś w okolicach Sztyletowego Brodu, opuścił gardę w nieustającej walce z grawitacją.

Pewnie że diabeł... – mruczał dalej pod nosem w odpowiedzi na te uwagi, które zdołał usłyszeć. – I to rudy... bo pewnie z piekieł... a tam przecież ogień, to i włosy płomienne. Kurwa... co za niedouczona zgraja idiotów.

Diablę zatrzymało wierzchowca przy stosie drewna ułożonym na wieczorne ognisko. Z trudem zsunął się z siodła i oparł ciężko o grzbiet wierzchowca przecierając pot z czoła.
Ależ się zmęczyłem - szepnął do zwierzęcia łagodnie poklepując go po boku. – Wiesz... kupię ci zbroję... taką z rogami.

Nieznajomy zaśmiał się pod nosem do własnego pomysłu i powiódł spojrzeniem dookoła wyraźnie na coś czekając. Po chwili westchnął ciężko i podniósł do góry dłoń, w której błysnęła srebrna moneta. To przyśpieszyło bieg wydarzeń. Od jednej z licznie poustawianych na ziemi beczek oderwał się nieduży kształt. Gnomi chłopak wyszczerzył zęby i podskoczył do łba wierzchowca sprawnie łapiąc za uzdę. Natychmiast wystawił rękę po monetę. Diablę bez słowa odwzajemniło uśmiech i pstryknęło palcami rzucając walutę chłopakowi. Zwierzę zostało odprowadzone do zagrody.

Diablę rozejrzało się po okolicy przyswajając detale. Wyraźnie kogoś szukał.
 
Jaracz jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 21-02-2019, 22:30   #3
 
Asderuki's Avatar
 
Reputacja: 19440 Asderuki ma wspaniałą reputacjęAsderuki ma wspaniałą reputacjęAsderuki ma wspaniałą reputacjęAsderuki ma wspaniałą reputacjęAsderuki ma wspaniałą reputacjęAsderuki ma wspaniałą reputacjęAsderuki ma wspaniałą reputacjęAsderuki ma wspaniałą reputacjęAsderuki ma wspaniałą reputacjęAsderuki ma wspaniałą reputacjęAsderuki ma wspaniałą reputację
"Dzisiaj jest pierwszy dzień z tego, co zostało z twojego życia, więc przeżyj go dobrze."



óz ruszał z pomniejszego rynku Waterdeep. Okoliczny kupiec sprzedał to co planował poprzedniego dnia i zabierał się z powrotem do swojej wsi. Zabierał ze sobą swojego syna i elfa. Ktoś podbiegł na tył wozu i złapał się krawędzi pewnie się podciągając.
Co do..?
Hej woźnico! Znajdziecie jeszcze miejsce dla jednej osoby? – postawna kobieta o krótkich czarnych włosach i wystrzyżonych bokach uśmiechnęła się przyjaźnie. Jej oczy koloru nieba niosły ze sobą wspomnienie ciepłego letniego dnia.
Zapłacę, nie bójcie się, pieniądze mam. Kłopotów też nie chce. Słyszałam, że w stronę Złotego Łanu jedziecie, ale nie zdążyłam się zebrać wcześniej.
Nie do końca przekonany kupiec w końcu kiwnął głową.
Zróbcie tylko coś nie tak a wyrzucę was, zrozumiano?
Jak najbardziej!
Dłoń owinięta czerwonym sznurkiem wysunęła się po kolei do każdego jadącego.
Hanah jestem. Miło poznać. Huff, ależ gorąc! – kobieta klapnęła obok elfa w szerokim kapeluszu uśmiechając się do niego zaraz pozwalając zająć się swoimi sprawami. Nie żeby podczas jazdy dało się wiele robić. Można była milczeć, rozmawiać, patrzeć przed siebie albo obserwować innych. Hanah zaś ściągała teraz uwagę na swoja osobę. Na pierwszy rzut oka przypominała najemniczkę. Wysoka i szeroka w ramionach jak na kobietę z charakterystycznie ściętymi włosami. Znoszone buty i skórzana zbroja wskazywały, że widziały swoje tak jak ich właścicielką. Z wizją silnorękiej kłócił się tylko fakt, że kobieta nie miała przy sobie broni. Jedynie u jej pasa wisiał duży tom w skórzanym schowku. Dodatkowo z połów rozsupłanego napierśnika prześwitywał medalion z wizerunkiem skrzyżowanych białych dłoni połączonych czerwonym sznurkiem. Jego właścicielka zaś właśnie wyjęła modlitewnik. Chwilę potem jej usta poruszały się bezgłośnie wypowiadając kolejne wersety modlitwy porannej.

Elfi towarzysz w szerokim kapeluszu okazał się mieć na imię Varis. Takiej osobowości kobiecie nie przyszło jeszcze spotkać. Niczym prawdziwy artysta z najgorszych opowiadań używał słownictwa, które nawet uczonej w kilku dziedzinach kapłance ciężko było zrozumieć. Niczym aktor na scenie świata elf w kapeluszu wygłaszał prozę życia i kwestie codzienności. Jedynym czego brakowało to oklasków od widowni. Hanah prawie zaklaskała. Była pod wrażeniem.

Jeszcze tego samego dnia dostrzegli nietypowego podróżnego. Wysoki elf o dwukolorowych włosach ciągnął za sobą muła.
Hej, woźnico wiecie gdzie po drodze można noclegować? – zapytał kiedy tylko wóz się z nim zrównał. Woźnica już miał odpowiedzieć kiedy mu przeszkodzono.
W stronę Złotego Łanu może przypadkiem? My się tam właśnie udajemy. Może dołączycie? – czarnowłosa zagaiła do nieznajomego. Po krótkiej chwili targowania się jeszcze z woźnicą nowy towarzysz mógł dołączyć do pasażerów. Jego muł został przywiązany do tyłu wozu i grzecznie szedł nie skarżąc się za często. Droga do obozu była monotonna. Prawie dziesięć dni jazdy dawało szansę poznać się wzajemnie. Neff jak się przedstawił elf z dwukolorowymi włosami był bardzo ciekawy. Bywały momenty w których był bardzo przyjacielski, tylko po to aby zaraz zacząć się zachowywać opryskliwie lub wybuchnąć śmiechem. Zaraz potem przepraszał.
Jakiś dziwne te elfy... – szeptał woźnica wieczorami, kiedy już zbierali się do noclegu. Pech chciał, że zwracał się też i do kapłanki.
No to i są dziwne. Ilmater naucza zaś, aby wspierać niespokojne dusze. Oni na takie wyglądają. Kłopotów wam nie robią, nie szepcie więc za ich plecami. – Tak, Hanah nie przeszkadzało zachowanie nowopoznanych. Na pewno ją zaskoczyli, lecz nie zrazili.


iedy podróż się skończyła - a monotonna nie była, kapłance przyszło zderzyć się z rzeczywistością. Dziesięć dni w podróży z tak ekscentrycznym towarzystwem mogłoby nadwyrężyć nerwy niejednej osoby. Tak jednak się stało, że Hanah sama miała silny charakter, który nie płoszył się pod naciskiem cudzego ego. Chłonął je i przetrawiał sprawiając tylko, że na twarzy kobiety nie raz malował się uśmiech. Był szczery, lecz tym którym ciężko było wierzyć w cudzą szczerość mogli doszukać się w nim kpiny lub wyższości.

Wysiadając z wozu niebieskooka wręczyła opłatę kupcowi. Czekały ją jednak kolejne wydatki. Przez swoją nierozwagę zapomniałą pewnych składników, które teraz musiała uzupełnić. Miała przed sobą cały targ pełen gwaru. Stosy towaru piętrzyły się i dziw brał, że jeszcze żadna banda bandytów nie rzuciła się na ten obóz z zębami i pazurami. Kapłanka weszła pomiędzy wozy i namioty z obietnicą dla towarzyszy, że spotkają się później jak już znajdzie co potrzebuje. Szybko zgubiła się w plątaninie kolorów i ludzkich głosów wypytująco od konkretnych kupców i ledwo unikając zakupu niepotrzebnych jej rzeczy. Wszak dusigrosze niechętnie polecali konkurencję, a co dopiero tacy, którzy już ponad tydzień czekali w tym miejscu. Zagubiona zaczęła szukać rozglądać się za jednym z jej elfich towarzyszy. Jej spojrzenie spotkało się jednak z parą oczu ziejących czernią.
 

Ostatnio edytowane przez Asderuki : 22-02-2019 o 14:36.
Asderuki jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 22-02-2019, 10:12   #4
 
Morfik's Avatar
 
Reputacja: 6746 Morfik ma wspaniałą reputacjęMorfik ma wspaniałą reputacjęMorfik ma wspaniałą reputacjęMorfik ma wspaniałą reputacjęMorfik ma wspaniałą reputacjęMorfik ma wspaniałą reputacjęMorfik ma wspaniałą reputacjęMorfik ma wspaniałą reputacjęMorfik ma wspaniałą reputacjęMorfik ma wspaniałą reputacjęMorfik ma wspaniałą reputację
ego właśnie obawiał się najbardziej. W sumie mógł przewidzieć, że tak to się skończy. Gdy wytrzeźwiał, po całej nocy picia alkoholu z dawno niewidzianym przyjacielem, pomysł udania się do Złotego Łanu nie wydawał mu się już tak znakomity. Nie czuł się zbyt dobrze, delikatnie rzecz ujmując.

Wcześniej obudziło go lizanie po twarzy. Byłby jeszcze w stanie to zrozumieć, gdyby zasnął w zamtuzie, a lizanie po twarzy byłoby wstępem do dalszych pieszczot wraz z kobietami, które by się razem z nim znajdowały, ale okazało się, że spał pod drzwiami karczmy. Obudził go pies z pobliskiego domu, który koniecznie chciał się przekonać, jak smakuje jego twarz. Nie mógł sobie kompletnie przypomnieć, za co mógł zostać wyrzuconym z tego przybytku… A może położył się w tym miejscu z własnej woli? Musiał koniecznie napić się wody. Ledwo wstał z ziemi i lekko kołysząc się, ruszył przed siebie.

Niewiele myśląc wtargnął bez pytania na czyjeś podwórko. Próbował zgrabnie przejść przez płotek, niestety zaczepił się o krzywo wystający kawałek drewna i upadł głośno po drugiej stronie. Powoli wstał, otrzepał spodnie, które i tak już swoje przeżyły i ruszył w stronę chałupy. Wsadził głowę do beczki z wodą, która stała akurat obok jednego z okien. Miał szczęście, bo akurat w domu nikogo nie było, inaczej mogłoby się to dla niego skończyć znacznie gorzej. Pił łapczywie, a woda był tak niesamowicie chłodna, że każdy łyk działał na niego jak łaska uświęcająca na grzesznika. W końcu wyprostował się i spojrzał w niebo. Woda kapała z jego długich, brązowych, a teraz mokrych włosów.

Powoli dochodził do siebie. Udało mu się znaleźć kawałek cienia, pod wielkim dębem znajdującym się przy ruchliwej drodze. Położył się na trawie i głowę oparł o wielki pień. Ludzie, którzy go mijali przyglądali się temu z dezaprobatą, ale on wcale się tym nie przejmował, robił już w życiu gorsze rzeczy.

Z tego, co pamiętał, wczoraj rozmawiali o Melissie. Do tej pory nie zdawał sobie sprawy z tego, jak bardzo za nią tęsknił. Może to rzeczywiście było przeznaczenie, że akurat wczoraj przypadkiem spotkał swojego przyjaciela i akurat zaczęli wspominać dawne czasy. Okazało się, że Melissa osiedliła się w Złotym Łanie, który był raptem dwa dni drogi stąd. Miała męża, ale to nie stanowiło problemu. Z iloma to już zamężnymi kobietami udało mu się nawiązać ogniste romanse. Był już mężczyzną wchodzącym w wiek średni. Może to właśnie była ta okazja do ustatkowania się u boku dawnej ukochanej? Nie przekona się o tym, póki nie spróbuje… Przecież, co może go złego spotkać w tym całym Złotym Łanie…



ardzo szybko okazało się, że może go spotkać bardzo dużo złego. Im bardziej zbliżał się do celu swojej podróży, tym gorsze wieści dochodziły do niego, odnośnie sytuacji w Złotym Łanie.

W końcu udało mu się dotrzeć do ogromnego obozowiska, które znajdowało się na trakcie, który prowadził prosto do Złotego Łana. Pierwszy raz widział tak dużego skupisko handlarzy, awanturników, zbrojnych i zwyczajnych poszukiwaczy przygód. Robiło to na nim spore wrażenie.

Lubił takie miejsca, zatłoczone, gwarne. Po długim czasie podróżowania w samotności, była to z pewnością miła odmiana. Niestety nie można było porównać atmosfery panującej tutaj, do atmosfery wesołych karczm, które tak kochał odwiedzać. Tutaj wyraźnie dało się odczuć napięcie związane z tym, co dzieje się w Złotym Łanie i jak bardzo niebezpieczna, czeka ich wszystkich dalsza podróż.

Robił dobrą minę do złej gry. Nie uczestniczył aktywnie w żadnej rozmowie, ale uważnie słuchał wszystkiego, co dotyczyło tego, co czeka ich dalej. Udawał, że to wszystko tak naprawdę go nie obchodzi, ale toczył wewnętrzną walkę, z jednej strony tak bardzo pragnął znów zobaczyć Melissę, jego jedyną szansę na nowe życie, ale z drugiej jednak strony, chciał rzucić to wszystko w diabły, wyjechać, upić się gdzieś w pierwszej, lepszej karczmie i już…

Był już środek nocy, więc postanowił, że znajdzie jakieś wolne miejsce przy ognisku i zdrzemnie się chociaż trochę. Jutro zapewne o świcie będą wyruszać w dalszą podróż, więc trzeba będzie zaczepić się z jakąś grupą. Z tego słyszał, podróżowanie w pojedynkę do Złotego Łana to samobójstwo…
 
Morfik jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 22-02-2019, 16:15   #5
 
Koime's Avatar
 
Reputacja: 6619 Koime ma wspaniałą reputacjęKoime ma wspaniałą reputacjęKoime ma wspaniałą reputacjęKoime ma wspaniałą reputacjęKoime ma wspaniałą reputacjęKoime ma wspaniałą reputacjęKoime ma wspaniałą reputacjęKoime ma wspaniałą reputacjęKoime ma wspaniałą reputacjęKoime ma wspaniałą reputacjęKoime ma wspaniałą reputację
zień wyruszenia z Waterdeep przywitał Nephilina ciepłym letnim słońcem i bezchmurnym niebem. Pomimo faktu, że ostatnie dwa dekadnie spędzone w Mieście Wspaniałości były naprawdę przyjemne, czas mu było ruszać by odkrywać kolejne sekrety kontynentu.
Nie bez znaczenia było również to, że właśnie rozpoczynał też swoją pierwszą misję, zupełnie tak jak słynni poszukiwacze przygód, o których tyle czytał.
Poprawiwszy krótki miecz przy pasie i założywszy swój plecak podróżny, wyszedł z niewielkiego pokoju, który do tej pory wynajmował i udał się na spotkanie z przygodą.
To że “zapomniał” zapłacić gospodarzowi za ostatni nocleg i śniadanie, było sprawą drugorzędną.

helben lubił swoje dotychczasowe życie. Mieszkał w ciepłej, suchej stajni. Był regularnie karmiony, czesany i naprawdę popularny wśród samic. Miał wszystko czego mułowi było trzeba do szczęścia.
Dlatego z początku z lekkim sceptycyzmem przywitał swojego nowego właściciela. Chudy dwunogi ze szpiczastymi uszami. Chociaż dwunożni sami w sobie byli dziwni ze swoim skromnym owłosieniem, umaszczenie tego konkretnego było naprawdę zaskakujące. Połowa włosia czarna a połowa biała - krowa to jakaś czy co? Do tego sam musiał kiedyś do kogoś należeć, bo na środku czoła był oznakowany jakimś dziwnym symbolem.
Pachniał sfermentowanymi owocami, ziołami, kurzem i… jabłkami?
”Smacznego przyjacielu” – usłyszał w głowie Khelben, gdy chrupał ze smakiem podstawiony pod pysk smakołyk – ”Mam nadzieję, że będziemy się dobrze dogadywać.”

stronę Złotego Łanu może przypadkiem? My się tam właśnie udajemy. Może dołączycie? – zagadała do Neff’a z wozu rosła dziewczyna.
Tymora widocznie się do niego uśmiechnęła, gdyż to właśnie Złoty Łan był celem jego podróży. Przydałby mu się ktoś zaznajomiony z lokalnymi ziemiami, a towarzystwo innych dodatkowo umiliłoby mu dni wędrówki. Jedynym co mu więc pozostało, było wywrzeć dobre pierwsze wrażenie.
Hahaha, widzieliście to Woźnico? Nawet nie dała wam dojść do słowa. Hahaha – młody elf nie mógł opanować wybuchu śmiechu.
Otarłszy łzę rozbawienia z oka oraz z całej siły koncentrując się na swym drewnianym amulecie by uspokoić emocje, rzekł do zdziwionych nieco podróżnych:
Wybaczcie proszę. Nie chciałem was urazić. To była taka… odrobina Evermeet’owego poczucia humoru. Rad będę mogąc wam towarzyszyć. Niech mój łuk i strzały strzec was będą od wszelkich zagrożeń, a krasnoludzka gorzałka w dzbanie podniesie na duchu w ciemne wieczory – wypowiedział starą sentencję ze swoich rodzinnych stron. Przynajmniej pierwszą jej część.
Jego nowi towarzysze okazali się dobrymi kompanami. Co prawda Woźnica i jego syn, Obibok, nie byli zbyt rozmowni, to jednak pozwolili zdjąć część obciążenia z grzbietu Khelbena, a nawet poczęstowali zwierzaka kilkoma jabłkami.
Dzierlatka (przezwana tak z uwagi na zabawną fryzurę, która elfowi wydawała się podobna do czubka na głowie tego właśnie ptaka) była radosnym dziewczęciem, chociaż według Neff’a zbyt zapatrzonym w swój modlitewnik.
Artysta z kolei (wysoki elf w kapeluszu z szerokim rondem), był niewyczerpanym źródłem niezwykłych historii, które Neff wchłaniał całą swoją uwagą.
Dni mijały równie szybko, jak ubywająca z dzbana krasnoludzka gorzałka. Wreszcie na horyzoncie ukazał się pierwszy większy przystanek przed celem ich podróży.

rzybycie do obozu kupieckiego było przyjemną odskocznią od ostatnich dni podróży. Co prawda Neff delektował się obserwowaniem otaczającego świata podczas wędrówki, lecz miejsce w którym się zatrzymali miało swój specyficzny urok. Zbiorowisko wozów, straganów i krzątających się w te i z powrotem ludzi aż emanowało tętniącym życiem.
Jedynym co psuło tą energiczną atmosferę była wisząca w powietrzu mieszanina zapachu towarów z końskimi (choć możliwe, że nie tylko końskimi) odchodami.
Podziękowawszy Woźnicy i żegnając resztę kompanów, elf odwiązał swojego muła od wozu i zaprowadził go w miejsce gdzie pasło się kilka wierzchowców. Zdjął juki z grzbietu poczciwego zwierza, nałożył mu na pysk treptuch z owsem i mieszanką ziół i polecił mu telepatycznie:
”Zostań tu! Jeśli ktoś będzie Cię zaczepiał, to zarżyj trzy razy.”
Gdy upewnił się, że swemu kompanowi niczego już nie brakuje, udał się żwawo w kierunku rozstawionych straganów.
”Mam nadzieję, że nie zapominasz o naszej umowie i ten postój nie potrwa zbyt długo” – zagadał telepatycznie inny jego towarzysz, będący jednocześnie zleceniodawcą misji Neff’a.
”Naprawdę nie rozumiem dlaczego Ci się tak spieszy Zbereźniku. Tyle lat już wytrzymałeś w tym pierścieniu, więc kilka dodatkowych dni nie powinno Ci robić różnicy. Pozwól mi się nacieszyć nowym miejscem” – elf odparł wesoło w myślach.
”Prosiłem byś zwracał się do mnie po imieniu. Czy imię Gimple jest tak trudne do zapamiętania? A jeśli już mowa o cieszeniu się, podziel się proszę widokiem niewiast chodzących po okolicy. Niech stary gnom również ma powód do radości.”
”Może później” – subtelnie skłamał Neff – ”Teraz chciałbym zobaczyć co lokalni handlarze mają na sprzedaż.”

obra wystawione w pobliskich kramach nie wpasowały się jednak w obecne potrzeby elfa. Zdecydowanie nie rozważał zakupu białych futer z Doliny Lodowego Wichru lub barwionego szkła z Silverymoon. Nie udało mu się też znaleźć żadnej księgi, która by go zarówno zainteresowała jak i nie obciążyła zanadto jego ograniczonych zasobów monet. Ostatecznie zadowolił się zakupem worka mąki, kilku jabłek, glinianej butli oleju do lampy, dodatkowych racji podróżnych, zapasu owsa dla Khelbena i ceramicznej flaszki Podgórskiego Alurlyath.

Neff starał się jak mógł by kontrolować swoje zmiany nastrojów, lecz i tak zdarzyło mu się dwukrotnie nawrzeszczeć na kupców za wystawianie niby to tandetnego asortymentu oraz zapewnić sprzedawcę owoców o dozgonnej przyjaźni za wybór niezwykle dorodnych, czerwonych jabłek.

Po powrocie do muła i upewnieniu się, że wszystko u niego w porządku, uznał że sam również powinien się posilić. Udał się w stronę najbliższego ogniska, bawiąc się trzymanymi w dłoni kośćmi do gry. Odrobina rozrywki nie zaszkodzi, a może nawet pozwoli odzyskać wydane wcześniej monety.
 

Ostatnio edytowane przez Koime : 22-02-2019 o 19:42. Powód: Zmiana wielkości grafiki
Koime jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 23-02-2019, 11:16   #6
 
Clutterbane's Avatar
 
Reputacja: 9291 Clutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputacjęClutterbane ma wspaniałą reputację
zy Liriel płynęły wartko, gdy kołysała Fyodora w ramionach.
– Jeszcze nie – poprosiła. – Zaczekaj na miecz. Zaczekaj jeszcze chwilkę. Nie odchodź. Nie zostawiaj mnie samej...



statnią sztukę w Waterdeep załatwił mu gnomi przyjaciel, Anur. Gdy Varis dowiedział się, że to kobieca rola, było już za późno, żeby się wycofać. Gdy Perendel Wintamer, czarodziej i właściciel Uśmiechniętej Syreny, dowiedział się, że Varis jednak nie może zmieniać płci tak jak niektóre, pobłogosławione przez Corellona elfy (wbrew zapewnieniom Anura), było już za późno, żeby go wymienić.

Przed wyruszeniem w drogę do Złotego Łanu uśmiechnął się dumnie, kiedy przed lustrem przypinał do klapy płaszcza jedną z róż otrzymanych od publiczności. A roześmiał się naprawdę szczerze, gdy pakował do plecaka śnieżnobiałą suknię, w której przyszło mu wystąpić, odpowiednią krojem i materiałem dla damy z wielkiego Waterdeep. Niespodziewanie się zadumał, rozmarzył. Dotyk delikatnego jedwabiu działał na niego na tyle elektryzująco, że z miłą chęcią jeszcze raz wcieliłby się w Liriel Baenre i stanął u boku Fyodora (grał go prawdziwy przystojniak, to musiał przyznać), choć poza murami Waterdeep prędzej natknie się na gospody, gdzie “psom, Gurom i aktorom wstęp wzbroniony” niż na miłośników teatru, tej magii, tej syntezy wszystkich sztuk tworzących kulturę i formy aktywnej refleksji nad samym sobą...

Miastowy do szpiku kości Varis od dawna nie uprawiał dalszych marszów i wydał się sobie nieco skapcaniały, dlatego przejażdżka wozem była odpowiedniejsza. Na większy wysiłek jeszcze przyjdzie czas. Ruszali z Placu Karawan, z Dzielnicy Handlowej, gdzie artysta miał okazję poznać współpodróżujących, choć było to złe, zbyt pospolite określenie. Jeśli Mystra była reżyserem (w co święcie wierzył!), Złoty Łan teatrem, oni musieli być aktorami. Varis pamiętał jednak, że Faerun był podobny do amatorskiego teatru, więc nieprzyzwoicie było się pchać w nim do ról pierwszych, a odrzucać podrzędne...

– Hej, tam, cześć wam! Sama radość z wami podróżować! Jestem Varis Nailo – stanął na wozie, chwytając się za rondo kapelusza, spowity iluzją księżycowego elfa – aktor, kostiumograf, charakteryzator, gawędziarz, inspirator i mówca, profesjonał zarówno długotrwale związany z waterdhaviańską sceną teatralną, jak i wolny strzelec, zawsze poszukujący teatrów, których deski jeszcze nie skrzypiały pod moimi butami; aktorów, z którymi jeszcze nie dzieliłem wybuchów śmiechu i potoków łez, jak i... – zadumał się, spoglądając na modlitewnik Hanah, a później w dal, jakby szukając publiczności – czegoś... czegoś więcej...

– Mówił ci już ktoś, że masz najpiękniejsze... eee... oczy? – Zapytał się Hanah któregoś wieczoru. Jako wielbiciel elfiej estetyki wolał bardziej wysublimowane typy urody, ale przede wszystkim był zdania, że każda kobieta była piękna. Lecz nie każda musiała sobie zdawać z tego sprawę, przez co ich kobiecość była dla właścicielek uśpiona, a dla innych niewidoczna. W przypadku Hanah możliwe, że ukryta pod ostrą fryzurą, skórzanym kaftanem i napierśnikiem, niedopuszczającym świata zewnętrznego do jej pełnych piersi. Jako charakteryzator Varis zastanawiał się, w jakich to innych kreacjach mógłby ją ujrzeć. Może długi warkocz, czerwone usta i biała suknia z bufiastymi rękawami i dekoltem?

– Łuk, strzały i krasnoludzka gorzałka? Ha! Z drogi złoczyńcy, Nephilin idzie! W takim towarzystwie można brać się za bohaterskie dzieła, walczyć z wielkim złem i... znaleźć jeszcze trochę czasu na inne głupstwa, no nie? – dokończył, biorąc łyk z zaoferowanej butelki. Varis polubił Nephilina. Prawdziwy, czystej krwi elf i do tego mile łechtający jego ego nadanym przezwiskiem, do którego Varis zawsze dodawał “przez duże A”.

A fryzura Nephilina? Prawdziwe arcydzieło.



ostój Varis zamierzał spędzić produktywnie. Zauważył, że z powodu nienaturalnej mgły pośród podróżujących zapanował jakiś dziwny niepokój i niezadowolenie. Przepojeni byli lękiem przed nieznanym. Ta sztuka nie powinna się tak rozpoczynać. Dlatego zamierzał dać przy ognisku występ oratorski, aby bohaterskim eposem z zamierzchłych czasów dodać wszystkim ducha, a przy okazji stać się bardziej rozpoznawalny pośród tej niecodziennej zbieraniny. Miał nadzieję, że w ten sposób pozna kilka nowych (i, koniecznie, pięknych) twarzy, usłyszy najświeższe plotki, a i zarobi trochę monet. Płomienie ognisk go inspirowały. Kojarzyły mu się z tymi mirtulskimi nocami, ogniami aż po horyzont, szarpaniną, piskiem, nerwowym śmiechem kolejnej dziewczyny pozorującej walkę i opór, niesionej przez chłopaka w ciemność, poza krąg światła. Ogień odbijał się w oczach Varisa. Liczył, że po występie też znajdzie sobie jakąś towarzyszkę... albo i towarzysza.
 

Ostatnio edytowane przez Clutterbane : 23-02-2019 o 21:37.
Clutterbane jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 23-02-2019, 19:43   #7
 
Asderuki's Avatar
 
Reputacja: 19440 Asderuki ma wspaniałą reputacjęAsderuki ma wspaniałą reputacjęAsderuki ma wspaniałą reputacjęAsderuki ma wspaniałą reputacjęAsderuki ma wspaniałą reputacjęAsderuki ma wspaniałą reputacjęAsderuki ma wspaniałą reputacjęAsderuki ma wspaniałą reputacjęAsderuki ma wspaniałą reputacjęAsderuki ma wspaniałą reputacjęAsderuki ma wspaniałą reputację
anah zamrugała zaskoczona niecodziennym widokiem i chwilę jej zajęło zrozumienie, że właśnie patrzy komuś bezczelnie prosto w oczy.
Przepraszam – powiedziała otrząsając się szukając innego punktu do zaczepienia wzroku. Popielata skóra, włosy koloru wieczornego maku… rogi. Diable dziecię czy też jak za nimi wołano diabelstwo. Kobieta znów pokręciła głową.
Przepraszam, tyle razy mi powtarzano, że nieładnie jest się gapić, a mimo to niczego się nie nauczyłam.
Diabelstwo z początku nie zwróciło większej uwagi na kobietę powracając do obserwowania otoczenia. Była w miarę ładna, ale nie na tyle, by uwięzić spojrzenie.
Nie bądź taka krytyczna wobec siebie – odpowiedział. – Niewiele wskazuje na poprawę.
Znaczy? – Hanah ściągnęła brwi.
Mężczyzna westchnął i w końcu wrócił wzrokiem do kobiety.
Bo twój wzrok wciąż ucieka powyżej linii moich oczu skarbie – wyjaśnił.
Mogę dotknąć? – wypaliła kobieta wskazując na rogi.
Czy… co? – Nagła konsternacja zawładnęła twarzą diabelstwa. – Nie.
Instynkt rwał do ucieczki. Byle dalej od… wzrok w końcu spoczął na jej piersi. Nagła refleksja nakazała jednak pozostać w miejscu. Konsternacja na twarzy zamieniła się w uśmiech.
Mówisz że jak masz na imię?
Hanah. – dłoń która już chciała dotknąć zakrzywionego poroża powędrowała w dół do przywitalnego uścisku.W oczach widniał zawód.
Jak mniemam ciebie też tu przyniosło w sprawie Złotego Łana? Jak cię zwą?
Pelaios – odpowiedział.
Zignorował wyciągniętą dłoń. Zamiast tego przysunął się bliżej stając obok kobiety, obejmując ją ramieniem. Mogła poczuć alkoholowy oddech, co potwierdzała prawie opróżniona butelka wina, która oparła się o pierś kobiety.
Pewnie… pewnie… słuchaaaaj… skoro już tak dobrze się znamy, może byś mi w czymś pomogła, hę?
Kobieta uniosła jedną brew i uśmiechnęła się zdawkowo. Jej ręka powędrowała na jego ramię drugą jednocześnie zabierając butelkę.
Hmm czemu nie.
Pelaios podniósł brew zaskoczony, ale był za mało trzeźwy by uznać zachowanie kobiety za alarmujące. Wręcz przeciwnie - szybko spostrzegł że trafił w dziesiątkę. Jej optymistyczne nastawienie do świata i duch pełen energii mitygował aparycję diabelstwa. Potrzebował jej, by dogadać się z miejscowymi bez narażania się na nieprzychylne spojrzenia, wyzwiska, przypadkowe pojedynki, kamieniowanie lub obrzucenie kupą. Był świadom, że kupcy mogli mieć bardziej otwarte umysły, ale wolał nie ryzykować. Hanah zaś była pod ręką. Zbrodnią byłoby nie skorzystać z jej pomocy. Prawdziwą wisienką na torcie, och Waukeen, był fakt, że kobieta wyznawała Ilmatera. To zaś gwarantowało pomoc… zapewne bezpłatną.
Tak więc, zaczęło się - ciągnięcie po obozie i zasięganie języka. Pelaios zdążył się nauczyć, że to właśnie informacja stanowi o porażce lub sukcesie. Ponieważ wolał identyfikować się z tą drugą stroną, potrzebował zebrać garść wiedzy na temat mgły, samego obozu i ewentualnych śmiałków, którzy byli gotowi ruszyć wraz z nim. On pytał, Hanah się uśmiechała i świeciła oczami. Duet okazał się być idealny, ale środowisko okazało się być niezbyt urodzajne.
Pfff – westchnął Pelaios opierając się o beczkę, po dłuższej rundce po obozie. – Za grosz rozeznania w temacie. Nikt nic nie wie. Siedzą tylko… bąki zbijają i czekają aż ktoś ich uratuje. Miałem trochę wiary w magów, ale jak ci mystralni podwinęli ogony, to mi pozostaje tylko witki opuścić.
Hanah przez cały czas dzielnie znosiła narzekania podchmielonego diablęcia. Od czasu do czasu zastanawiała się tylko co było powodem jego zgryzoty. Choć odpowiedź mogła być całkowicie oczywista, niewłaściwym było zakładać.
- Nie jestem pewna czy podwinęli. Przed moim wyjazdem mój brat był bardzo poruszony i w zasadzie ciężko było się do niego dostać – urwała i zaraz dodała – jest magiem w Waterdeep.
Diabelstwo przekrzywiło głowę patrząc na jegomościa, który niedaleko nich właśnie kradł ze straganu garść pierdół.
– Wiesz… jak tak pomyśleć, to wyjeżdżając w istocie słyszałem o jakimś poruszeniu wśród magów. Wszyscy jednak woleli myśleć, że to z powodu “niedozwolonego nadużycia mocy”. No dobrze… podsumujmy to co wiemy.
Złodziejaszek umknął zanim kramarz zdążył go przyłapać. Pelaios wrócił uwagą do Hanah. Nieświadoma okolicznej kradzieży, zaczęła wymieniać już w myślach informacje.
No to… taaak. Dwa tygodnie temu ją zauważono, nikt kto wszedł z niej nie wrócił i jest magiczna w nie wiadomo jaki sposób. Próbowano już coś z tym zrobić, ale skończyło się kolejnymi zniknięciami… Czyli nic. – zniechęcenie dało się mocno wyczuć w głosie kobiety. Tak samo jej spojrzenie przygasło. – Kolejna wyprawa w nieznane. Ilmaterze daj siłę aby zmierzyć się z przeciwnościami losu. Aby ulżyć pokrzywdzonym i dopomóc bezbronnym.
Pelaios wywrócił oczami, co przez jednolicie czarny kolor, ciężko było zrozumieć.
Głowa do góry skarbie – mruknął. – Nie miałem nadziei na rozwianie tej mgły już na tym etapie podróży. To by było zbyt proste – wyszczerzył zęby w parodii szczerego uśmiechu.
Nic nie jest proste. A skoro już tak szukaliśmy to choć jeden szczątek informacji byłby miły… No, ty szukałeś.
Coś jednak wiemy – odpowiedział mrużąc oczy – Wiemy kogo możemy się tam spodziewać. Grupka zbrojnych. Paladyni i kapłani… jeśli odnajdziemy ich trupy znaczy że warto się cofnąć po posiłki.
Na tę uwagę Hanah tylko się smutno uśmiechnęła. Jeśli znajdą trupy tych kapłanów to znaczy, że nie da się wrócić po posiłki. Tego typu zgromadzenia są z reguły najbardziej rozsądnymi i nie rzucają się na oślep jeśli nie wyznają któregoś z bóstw walki.
Zobaczymy. Skoro nikt do tej pory z niej nie wyszedł możliwe, że się nie da.
Pelaios wzruszył ramionami. Nie to że nie cenił swojego życia, ale po prostu uważał się za lepszego od tych co weszli i już nie wyszli.
Wiemy też coś jeszcze.
Zawiesił głos, a gdy kobieta na niego spojrzała ponownie się uśmiechnął. Zagarnął ją ramieniem tak jak na początku znajomości i zaczął prowadzić w głąb obozu. Zanim kontynuował pociągnął łyk z butelki, która w “magiczny” sposób pojawiła się w jego dłoni.
Z twoim uśmiechem i moją inteligencją mamy w ogóle szansę. Nie wzgardziłbym jednak dodatkowym towarzystwem. Jeśli się nie mylę, nie tylko nas cechuje niski instynkt samozachowawczy.
Ręka Hanah znów powędrowała na ramię diabelstwa i znów jej druga dłoń sięgnęła po butelkę, którą dzierżył.
Skoro się już tak dobrze znamy, to zrób mi przysługę i nie pij tyle. Jak będziesz miał kaca, niewiele zdziałasz swoją inteligencją – kobieta uniosła jeden kącik ust z zachęcającym spojrzeniem.
Spokojnie… to nam nie grozi. Od lat nie miałem kaca. Chcesz poznać mój sekret?
Kobieta westchnęła kręcąc głową z niedowierzaniem. Wyswobodziła się z objęcia i spojrzała na butelkę. Po chwili podała ją Pelaiosowi.
Diabelstwo ukłoniło się rogami odbierając butelkę i oznajmiło z chytrym uśmiechem, tonem jakby właśnie zdradzało tajemnicę wszechświata:
Wystarczy że nie przestanę pić, kwiatuszku.
Hanah pokiwała energicznie głową wypuszczając powietrze z płuc.
Aż tak życie na tobie ciąży? Wątrobę sobie zniszczysz.
Diabelstwo machnęło ręką.
Nic mi nie będzie... chyba – zawahał się po czym kontynuował – Chodźmy lepiej znaleźć innych żądnych przygód awanturników.


glądanie osób przytłoczonych otaczającym ich światem było dla kapłanki trudne. Pamiętała jak jej mentor jeszcze za życia uczył ją jak można takim osobom pomóc. Zawsze zaznaczał jednak, że póki one same nie będą chciały tej pomocy nic się nie da zrobić. A dla wychowanych w wierze miłującej życie bliźniego to było jak oglądanie powolnego samobójstwa. Podczas swojej skromnej kariery wędrownej kapłanki zdarzyło jej się tego typu osoby i nauczyła się jej już rozpoznawać. Jej zmartwienie tym bardziej się pogłębiło, kiedy zawiązali drużynę. Choć nie mogła mieć pełnej pewności cichy mężczyzna, który nie chciał się przesadnie udzielać wydawał się przejawiać podobne symptomy.

oświęcając się popołudniowej modlitwie kapłanka odnalazła dla siebie siłę, której potrzebowała. Przestawienie jakie wystawił Varis też podniosło ją na duchu. Jego wcześniejszy komplement przyjęła z uśmiechem, lecz jak zawsze odesłała prawienie tego typu komplementów do jej rodziców. Wszak nie ona odpowiadała do końca za to jak wygląda. Kiedy uwaga widowni została już uwolniona od cudów aktorstwa Hanah wystąpiła przed szereg oznajmiając, że zamierza odprawić krótkie nabożeństwo na rzecz ich misji. Wszyscy zostali zaproszeni, w szczególności kapłanka Lathandera.

iedy entuzjazm opadł niebieskooka przebrała się ze zbroi w szarą, prostą tunikę, a na głowę założyła szary czepek. Powiesiła swój święty symbol na wierzchu i przygotowała jedno z kadzideł. Teraz wyglądała prawie jak typowy kapłan Ilmatera jakiego można zastać w klasztorze lub kościele. Skromny ubiór charakteryzował tę wiarę. Nabożeństwo w istocie było równie proste i niedługie. Grupka osób, która się przy niej zebrała też nie była tak imponująca jak przy przedstawieniu. Astine, kilku kupców niektórzy awanturnicy. Gdzieś w tle dostrzegła Pelaiosa i Neffa.

a początek poszły modlitwy do Ilmatera o tych, którzy zniknęli pod mgłą, aby chronił ich przed krzywdą i trzymał w zdrowiu. Następna była modlitwa o siłę i wytrwałość w nadchodzących dniach dla całej drużyny, aby mogli stawić czoła przeciwnościom. Po zapaleniu jednego z kadzideł Hanah wygłosiła krótką przemowę dotyczącą nauk Ilmatera. O miłości dla życia i sprzeciwianiu się krzywdzie, o poświęceniu dla innych. Ostatnią była wspólna cicha modlitwa do bóstw jakie wyznają poszczególni biorący udział w nabożeństwie. Kapłanka podziękowała po wszystkim i pozwoliła się rozejść do namiotów. Żegnając rozchodzących się słowami wiary pozostała w końcu “sama”. Wyciągając z ziemi niedopalone do końca kadzidło udała się na brzeg obozu. Tam w ciszy złożyła swoje podziękowania Płaczącemu za opiekę jaką nad nią roztacza i przeprosiła za swoje słabości obiecując poprawę. Modlitwa skończyła się tym, że ostatni niedopałek kadzidła oparzył delikatnie skórę dłoni kapłanki. Hanah uśmiechnęła się do swojej nierozwagi i bardzo dokładnie zgasiła tlący się patyczek. Ostatnie czego potrzebowało to miejsce to pożar. Wróciła pomiędzy namioty odnajdując dla siebie miejsce do snu. Rano będzie musiała się jeszcze pomodlić przed wyruszeniem.
 
Asderuki jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 25-02-2019, 13:01   #8
 
Zormar's Avatar
 
Reputacja: 20272 Zormar ma wspaniałą reputacjęZormar ma wspaniałą reputacjęZormar ma wspaniałą reputacjęZormar ma wspaniałą reputacjęZormar ma wspaniałą reputacjęZormar ma wspaniałą reputacjęZormar ma wspaniałą reputacjęZormar ma wspaniałą reputacjęZormar ma wspaniałą reputacjęZormar ma wspaniałą reputacjęZormar ma wspaniałą reputację
rzedstawienie w wykonaniu Varisa spotkało się z niezwykle życzliwym przyjęciem. Zarówno piękne słowa, jak i profesjonalna narracja elfa zjednała mu widzów, a ci przybyli w wielkiej liczbie. Praktycznie każdy, kto mógł się stawić przy centralnym ognisku uczynił to. Spragnieni byli bowiem rozrywki, pozytywnych emocji, czy czegokolwiek co pozwoliłoby uwolnić swe umysły od problemów codziennych, które napotykali na swej drodze, o mgle nie wspominając. Oczywiście istniały alternatywy, lecz osób do ewentualnego towarzystwa nie było nie wiadomo jak wiele, a zapasy trunków miały swe ograniczenia. Wtem jednak w ich życiu zawitał ten oto elf w kapeluszu i wypełnił je chociaż na chwile czymś nowym. Opowieść do nich przemówiła. Niektórych przeszył strach przyćmiewający dotychczasowe troski, w innych natomiast rozpalił odwagę, bądź napełnił serca pozytywnymi emocjami. Varis mógł uznać swój mały występ za sukces. Pokaz aktorskich umiejętności spotkał się nawet z nagrodą w postaci kilku monet, ale nie tylko, ponieważ, kiedy wracał pomiędzy wozy i namioty stojąca tam półelfka rzuciła mu spojrzenie będące jednako propozycją i zaproszeniem.

Nabożeństwo Hanah cieszyło się z kolei nieporównywalnie mniejszym zainteresowaniem. Być może było to spowodowane niezbyt dużą popularnością samego Ilmatera tak wśród kupców, jak i członków wynajętych przez nich grup najemniczych. Ostatecznie jednak udało jej się zgromadzić przynajmniej małą grupkę osób na tyle uduchowionych, bądź zdesperowanych, by prosić siły wyższe o wstawiennictwo. Pomimo tego, że w samych modłach uczestniczyło niewielu, niemniej liczba obserwatorów była już znaczniejsza. Wszakże jakby nie patrząc była to jakaś forma rozrywki, czy po prostu coś innego wybijającego się poza codzienną rutynę. W nabożeństwo szczególnie zaangażowali się przede wszystkim Astine oraz Arn, którzy zamierzali udać się jutro do Złotego Łanu by odnaleźć swych bliskich.

Kiedy ceremonia zakończyła się, a Hanah miała już udać się na indywidualne modły zaczepiła ją Sile. Akolitka Lathandera była jeszcze młoda i trochę nieśmiała, ponieważ chwilę jej zajęło nim wreszcie wykrztusiła z siebie to co miała do powiedzenia:
Ja… Dziękuję, że udało się coś takiego zorganizować. P–próbowałam to zrobić sama już wcześniej, ale… no cóż. Mam nadzieję, że rozumiesz. – Dziewczyna przygryzła wargę, biła się z myślami, jak gdyby pragnąc poruszyć jeszcze jakąś kwestię. – Ja… jeszcze raz dziękuję i, ii… życzę Ci dobrej nocy.

Nawet gdyby chciała Hanah nie zdążyła zatrzymać akolitki, która uciekła między namioty. Chwilę jeszcze za nią patrzyła, po czym wróciła do swoich zajęć. Schyliła się po kadzidło i ostrożnie ujęła je w dłonie. Mijając ognisko odruchowo rzuciła na nie okiem. Nagle zatrzymała się w pół kroku Niespodziewanie płomienie, którym się przyglądała ułożyły się w twarz. W wizerunek boskiej istoty. To był ON. Nie Ilmater, lecz ON wpatrujący się w nią swym surowym spojrzeniem wyrażającym determinację. Miała wrażenie, że jego złożony z ognia wzrok przebija ją na wylot i mknie prosto w mgłę. Następnie ogniste języki straciły kształt, rozwiały się. Trwało to zaledwie mgnienie oka, lecz z jej perspektywy były to ciągnące się sekundy. Znak.



oranek był wilgotny i nawet chłodny, jak na standardy obecnej pory roku. Wiatr wiał od wybrzeża niosąc z sobą wilgotne powietrze i gnając w kierunku lądu liczne zastępu ciężkich obłoków. Te najpewniej popędzą dalej w głąb kontynentu, lecz nie można było wykluczać, że zatrzymają się nad nimi i zafundują przymusową kąpiel. Niektórzy kupcy już rozkładali w razie czego płachty i narzuty na swój dobytek. Woleli nie ryzykować, a także mieli czas, bowiem nic ich nie goniło. Przynajmniej większość, ponieważ niektórzy woleli obserwować, jak grupka śmiałków szykuje się do swojej wyprawy.

Pierwsza przy głównym ognisku stawiła się Astine wraz ze swoją białą wilczycą Luną. Kobieta odziana była w wykonany ze wzmocnionej skóry pancerz, a pasa miała przytroczony miecz oraz dwa sztylety, z czego jeden wyróżniający się zdobioną głownią. Oprócz tego miała przy sobie jeszcze doskonałej roboty refleksyjny łuk oraz kołczan wypełniony strzałami, który obijał się lekko o biodro. Następnie pojawiły się kapłanki, czyli Hanah oraz Sila. Akolitka prezentowała się zdecydowanie inaczej niż do tej pory. Przede wszystkim zmieniła swoją wyszywaną i gdzieniegdzie zdobioną szatę na coś bardziej praktycznego, co można byłoby nazwać ornatem podróżnym łączącym w sobie zarówno funkcjonalność, jak i symbolikę odpowiednią dla wiary noszącej ją osoby. Na nią założyła lekką skórzaną zbroję. Na koniec warto wspomnieć o przytroczonym do pasa sztylecie oraz założonej na ramię torbie. Z czasem pojawili się wreszcie pozostali w mniej lub bardziej pozytywnych nastrojach oraz w różnych stopniach trzeźwości. Astine przyglądała się im z nietęga miną, zwłaszcza Pelariosowi oraz Delranowi, lecz nic już nie mogła poradzić skoro zgodziła się na ich pomoc.

Przed wyruszeniem w drogę mieli jeszcze okazję zakosztować śniadania, czy zapakować kilka drobiazgów, które wydały im się przydatne. Po wieczornych dobrych nastrojach nie zostało wiele, bowiem widok rozciągającej się w oddali mgły nie napawał szczególnie optymistycznie. Niemniej same spojrzenia obserwujących ich kupców oraz innych podróżnych zasadniczo były pełne zaufania, czy nadziei na poprawę sytuacji. Nim wyruszyli Astine postanowiła jeszcze zamienić słowo z pozostałymi skoro sytuacja temu sprzyjała.
Mam pewną propozycję – głos dziewczyny był odrobinę niepewny, najwyraźniej rola kogoś pokroju przywódcy czy kogoś tego rodzaju nie była dla niej szczególnie komfortowa. – Mianowicie… jak rozumiem nie macie nic przeciwko temu bym poprowadziła nas do Łanu i wyznaczała trasę przez okolicę? W końcu to moje rodzinne strony i znam je dość dobrze… Ale nie muszę tego robić jeżeli nie chcecie.



gła na samym początku nie była zbyt gęsta, lecz sytuacja ta szybko się zmieniała. Zalegające wszędzie opary skutecznie ograniczały pole widzenia i skłaniały do wzmożonej czujności. Postanowili, że udadzą się do Złotego Łanu bezpośrednio samym traktem. Opcja ta wydawała się najrozsądniejsza biorąc pod uwagę to, że jedyną alternatywą była przeprawa przez las, a tę utrudniałaby obecność wierzchowców oraz rzecz jasna mgły. Obrana przez nich trasa wydawała się również o tyleż właściwsza, że z tego co słyszeli to również bandyci trzymali się z daleka, a podróż wzdłuż drogi dawała pewne nadzieje na ślady czyjejś bytności. Szli więc przed siebie w milczeniu przerywanym jedynie okazjonalnym prychaniem konia, czy odgłosami muła. Pomimo tego, że wyruszyli niedługi po świcie okolica robiła się nie tylko szara od mgły, ale i jakby wyraźnie ciemniejsza. Właściwie przez wszędobylski obłok trudno było się zorientować w porze dnia, lecz raczej ich wyprawa nie trwała jeszcze tak długo, by zbliżało się popołudnie, nie wspominając o zmroku. Z drugiej strony kupcy umiarkowanie jasno wyrazili się, że magowie powiadali, że w samej mgle czai się coś o magicznej naturze. Nie wykluczone więc było, że ta może płatać ich zmysłom jakieś figle. Wpływała ona również na zwierzęta, które robiły się nerwowe i niespokojne. Szczególnie intensywnie na aurę tego miejsca reagował koń diablęcia raz o mało co nie wierzgnął i nie posłał swego jeźdźca na bolesne spotkanie z matką ziemią. Na całe szczęście wspólne starania jego oraz Astine pozwoliły uniknąć wypadku. Cała ta sytuacja zdawała się robić najmniejsze wrażenie na mule, który wyglądał trochę tak jak gdyby było mu wszystko jedno.

A mgła gęstniała i gęstniała.

W pewnym momencie Nephilina przeszył dziwny dreszcz, czy może raczej trudne do zdefiniowania uczucie. Nie potrafił go nazwać, lecz przypominało coś pomiędzy wrażeniem wilgoci, a krótkim bólem, niby ukłuciem szpilką. Nie tyczyło się jednak jego ciała lecz umysłu. Wyostrzone mentalne zmysły ewidentnie na coś zareagowały, ale nie posiadał w tych sprawach dostatecznego doświadczenia, czy rozeznania, by móc rzecz czym mogłoby to być spowodowane. Zdarzało mu się wprawdzie odpierać już próby magicznej ingerencji w swój umysł, lecz towarzyszące temu sensacje były wyraźne, ostre i jednoznaczne. Zupełnie jakby porównywać ze sobą muśnięcie wiatru i uderzenie kamieniem. Dwie różne sprawy, ale jednak obie odbierane dotykiem.

Zbliżamy się! Wyczuwam go!

Nagły głos w głowie wyrwał elfa z niecodziennego stanu w jakim się znalazł. Można by powiedzieć, że powrócił duchem do ciała. Z resztą nie tylko jego niecodzienny towarzysz zabiegał o uwagę. Spostrzegł bowiem, że od dłuższej chwili stoi pośrodku traktu i ledwo dostrzega idących z przodu towarzyszy. W pewnym momencie ktoś nawet się po niego cofnął. Był to ten cały Arn, drwal “zakuty” w “pancerz” wykonany z raczej słabo wyprawionych skór oraz ze sporym toporem w rękach.
A z wami co elfie? Ruszcie się o ile nie chcecie się pogubić w tym cholernym obłoku.
Neff popatrzył na niego odrobinę skołowany, ale ostatecznie skinął głową i dołączył do pozostałych. Rzucił jeszcze okiem za siebie, w miejsce, w którym nawiedziło go owo uczucie. I tylko jego. Za sobą miał jedynie mgłę.



ierwszy przełom w wyprawie nastąpił jakiś czas później, chwilę po tym, jak natrafili na drogowskaz wskazujący kierunek do Złotego Łanu. Niemniej tym, co było szczególnie interesujące był przewrócony niedaleko powóz. Czterokołowy pojazd spoczywał na skraju traktu, pomiędzy drogą, a krawędzią lasu. Nie trzeba było być ekspertem by stwierdzić, że należał on do kogoś przynajmniej umiarkowanie zamożnego. Wskazywały na to bowiem dość liczne zdobienia, czy sam sposób wykonania nadwozia, które samo w sobie było częściowo rozbite. Przez ciągnące się od dachu, przez lewą ściankę, aż po stopień rozdarcie można było dostrzec zawilgocone i brudne wnętrze. Jakiś czas temu było zapewne obite żółtawym materiałem, lecz teraz zalegała tam czarna pleśń. Drzwi po tej samej stronie zostały wyrwane, a w bezpośredniej odległości od karety walały się zniszczone bagaże. Z wybebeszonych pakunków wylewały się niszczejące ubrania. Ani po ludziach, ani po koniach nie został najmniejszy ślad.

Pierwsza zbliżyła się Astine z przygotowanym łukiem oraz wilczycą przy boku, której nakazała obwąchanie tego co się ostało. Sama obserwowała głównie ścianę lasu, ponieważ powóz był przewrócony na prawy bok, co mogło oznaczać, że napastnik zaatakował właśnie z tamtego kierunku. Chwilę to zajęło, ale wilczyca ostatecznie coś znalazła, ponieważ zawarczała na miejsce w okolicy wyrwanych drzwi. Tropicielka zbliżyła się powoli do zwierzaka i wskazanego przezeń miejsca. Popatrzyła na znalezisko, po czym gestem wezwała do siebie pozostałych.
Chodźcie, coś znalazłam.
Tym na co natrafiła wilczyca były jakieś pomarańczowobrązowe ślady oraz plamy na drewnie. Niestety dość duży stopień rozkładu utrudniał identyfikację. Pod względem zapachu było w tym coś słodkiego, ale z silną nutą zgnilizny. Astine sięgnęła ręką i nabrała odrobinę na palce, następni roztarła. Maź była lepka i kleista, tworzyła wręcz nitki pomiędzy nimi.
Macie pomysł co to może być?

Kiedy kończyli już oględziny usłyszeli nagle wołanie akolitki dobiegające od rozwidlenia. W jej głosie można było wyczuć zarówno lęk, jak i swoistą nutkę ekscytacji. Czym prędzej ruszyli więc w jej kierunku. Dziewczyna najwyraźniej w międzyczasie jakimś sposobem się oddaliła. Głupia nie powinna była tego robić, przecież nie wiedzą z czym mają do czynienia, czy co się tutaj właściwie dzieje, a ona niepotrzebnie ryzykuje. Tak, czy inaczej kiedy już ją znaleźli kawałek w głębi traktu ta stała wpatrzona w kierunku Łanu. Gdy usłyszała ich kroki odwróciła się, a z jej twarzy można było wyczytać skołowanie. Zamrugała szybko, zerknęła na okolicę.
Co się stało? Gdzie jesteśmy? – zapytała nagle, a pozostali popatrzyli na nią zdziwieni.
O czym ty mówisz? Oddaliłaś się bez słowaAstine zbeształa ją. Akolitka popatrzyła na nią, potem w kierunku, w który była zwrócona chwilę temu.
Ale… nie słyszeliście tych krzyków? Błagania o pomoc?
Wszyscy popatrzyli po sobie, ale nikt nie potwierdził.
Tylko tyś wołała – rzekł drwal.
Dziewczyna popatrzyła na niego jeszcze jeszcze bardziej skołowana. Ręką przysłoniła usta w zamyśleniu.
Byłam z wami przy tym rozbitym powozie. Usłyszałam błaganie o pomoc… a teraz jestem tutaj… C-co się dzieje?Sila podała im swoją wersję wydarzeń, po czym z prośbą o pomoc w oczach wpatrywała się w nich. Astine położyła jej rękę na ramieniu.
Spokojnie, bez… – Przerwała nagle, a wzrok jej uciekł w kierunku czegoś za dziewczyną. Odsunęła ją ruchem ręki i postąpiła kilka kroków naprzód. Wówczas dostrzegła go. Wszyscy go dostrzegli, bowiem mgła niespodziewanie poczęła się przerzedzać. Bez pomocy wiatru, bez zmiany w dusznej aurze dręczącej ich od samego początku owej wyprawy. Dostrzegli Złoty Łan. Osada była skryta w mroku rozjaśnianym jedynie przez wiszący nad nią księżyc. Nigdzie nie dostrzegli śladów ognia, czy światła. Pola uprawne były zaniedbane, pokryte zmarniałymi roślinami i porzuconymi narzędziami. Jedynie dynie zdawały się rosnąć jak gdyby nigdy nic, rosnąć i zalegać dosłownie wszędzie. W tej samej chwili zdali sobie sprawę, że zapadł zmrok.



 
__________________
Szlachetny Gniew: Zbiory. Oczekuję na odpowiedź od: Koime, Asderuki, MrKroffin, MatrixTheGreat, BloodyMarry, Jaracz. [Termin postów: Nieokreślono]

Szlachetny Gniew: Karmazynowy Szlak. Gracze: Kerm i Noraku

Ostatnio edytowane przez Zormar : 25-02-2019 o 15:14.
Zormar jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 26-02-2019, 21:54   #9
 
Asderuki's Avatar
 
Reputacja: 19440 Asderuki ma wspaniałą reputacjęAsderuki ma wspaniałą reputacjęAsderuki ma wspaniałą reputacjęAsderuki ma wspaniałą reputacjęAsderuki ma wspaniałą reputacjęAsderuki ma wspaniałą reputacjęAsderuki ma wspaniałą reputacjęAsderuki ma wspaniałą reputacjęAsderuki ma wspaniałą reputacjęAsderuki ma wspaniałą reputacjęAsderuki ma wspaniałą reputację
owy dzień Hanah zaczęła od cichej modlitwy. Pod powiekami stawał jej obraz surowych oczu anioła. Kolejne zadanie. Zbroja została nałożona księga przywiązana do pasa, tak samo woreczek z zasobami magicznymi. Mniej potrzebne rzeczy zostały schowane go plecaka. Ostatnim co wyjęła kapłanka była kula koloru złota misternie rzeźbiona w wizerunki aniołów i słońca. Z nią w ręku udała się na miejsce porannego spotkania dziękując dobrodziejowi za miejsce noclegu. Jej również nie spodobało się, że dwójka jej towarzyszy przyszła w stanie lekko, bądź bardziej nieadekwatnym. Lecz skwitowała to tylko cierpkim uśmiechem i cichym westchnięciem.

Gdy zbliżali się do mgły kapłanka zacisnęła palce mocniej na kuli. Zacisnęła powieki czując irytację mocy przepływającej przez jej żyły i umysł. Gdy otworzyła je ponownie jej oczy były nieco inne. Tęczówki z niebieskich zrobiły się bursztynowe i jarzyły się delikatnym światłem. Kapłanka zaś widziała. Magia przemykała przez mgłę tak jak było w opowieściach. Nie umiała rozpoznać jeszcze jej natury, nie tym sposobem. Chcąc być na baczności powtarzała jednak tę czynność kilkukrotnie.

“Ciemne sylwetki szły przez gęstą mgłę, a jednej z nich oczy błyskały światłem.”

Nawet zwierzęta były nerwowe, choć koń diablęcia wybitnie źle znosił mgłę. Kapłanka nie była jednak zbyt obeznana ze zwierzętami i pozwoliła innym zająć się sytuacją. Jej obawą było tylko to, aby pomóc innym, gdyby coś się stało.


iedy dotarli do powozu kapłanka omiotła go magicznym spojrzeniem nie znajdując już jednak żadnych magicznych aur. Wóz był od nich jednak wolny. Zamrugała zrzucając czar i czując jak oczy jej łzawią. Wytarła je i zabrała się do przeszukiwania.

Nie umiem powiedzieć co to, ale nie wygląda na naturalne. Cokolwiek to pozostawiło mogło mieć tak samą magiczna naturę jak ta mgła. – Zawinęła palcem w powietrzu odpowiadając na pytanie przewodniczki. Do badania wozu dołączył Pelaios. Hanah znalazła przy okazji ozdobny sztylet oraz złoty kolczyk.

Komuś się przyda? Ja nie używam broni. – podniosła go do góry broń czekając aż ktoś go od niej zabierze. Gdy już się znalazł chętny zaczęła delikatnie przekładać rozrzucone ubrania. Nie czułą się specjalnie komfortowo przeglądając cudzą własność nawet jeśli byłą w tak opłakanym stanie, a ich właściciel mógł już nie żyć. Znalazła szeroki miecz służący do walki na koniu. Również umazany tą samą pomarańczową mazią.

Coś rozerwało ten wóz – szepnęła do siebie po skończeniu obserwacji. Miętosiła tymczasem zagubiony kolczyk w dłoni. Ktokolwiek był w tym wozie został porwany albo uciekł od niebezpieczeństwa.
 
Asderuki jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 27-02-2019, 01:15   #10
 
Jaracz's Avatar
 
Reputacja: 6081 Jaracz ma wspaniałą reputacjęJaracz ma wspaniałą reputacjęJaracz ma wspaniałą reputacjęJaracz ma wspaniałą reputacjęJaracz ma wspaniałą reputacjęJaracz ma wspaniałą reputacjęJaracz ma wspaniałą reputacjęJaracz ma wspaniałą reputacjęJaracz ma wspaniałą reputacjęJaracz ma wspaniałą reputacjęJaracz ma wspaniałą reputację
elaios nie miał nic przeciwko prowadzeniu wyprawy przez Astine. Nawet nie musiała sugerować że lepiej zna teren. Grzecznie skinął jej głową, wsiadł na konia i podążył gdzieś w środku formacji, wierząc że jakikolwiek atak nastąpi albo od frontu, albo na tyły grupy. Ktoś mógłby w tym upatrywać tchórzostwo i umyślne skazywanie towarzyszy na ból, cierpienie lub nawet śmierć. Pelaios wolał nazywać rzeczy po imieniu - był pragmatykiem.

Niestety ekspedycja nie zaczęła się zbyt dobrze. Butelka wina szybko się skończyła, a zapasy tajemniczo zniknęły. Tiefling podejrzewał że to sprawka Hanah, ale nie miał wystarczająco mocnych dowodów, by zarzucić jej szkodliwe działanie. Sam też nie mógł być w stu procentach pewien, czy w istocie zrobił poprzedniego dnia odpowiednie zakupy. Pamiętał że ganiał z tą dziewczyną po kupcach i wypytywał o mgłę, ale za grosz nie mógł sobie przypomnieć czy doszło do handlu. Nawet jeśli doszło, znał swoje słabe strony. Był świadom że na jakikolwiek litraż by się nie zdecydował, mógł on zniknąć w nocy. Efekt tego był taki, że wytrzeźwiał znacznie szybciej niż by tego chciał.

Aura też nie sprzyjała podziwianiu krajobrazu. Pelaios nie miał złudzeń po co tu jest, ale miał nadzieję odnaleźć w podróży jakieś uroki. Te jednak skutecznie kryły się przed wzrokiem. Wszystkie prócz trzech. Nie mając zatem nic lepszego do roboty, dość często spoglądał w ich kierunku. Może dlatego był rozkojarzony, gdy jego koń stanął dęba rżąc i buchając pianą z pyska. Może dlatego, a może dlatego że był kiepskim jeźdźcem. Z wdzięcznością powitał pomoc Astine nagradzając dziewczynę ciepłym uśmiechem i ponurym spojrzeniem bezkreśnie czarnych oczu.




odły humor zmienił się dopiero gdy zobaczyli wóz. Kac uderzył ze zdwojoną siłą, a diabelstwo musiało ratować się wodą z manierki. Sam wóz był widokiem jaki się spodziewał ujrzeć. Mgła stwarzała idealne warunki do bezkarnego napadania tych kupców, którzy odważyli się zapuścić w te rejony. Wiedząc że bandyci zapewne nie zostawili złamanego miedziaka, z początku nawet nie chciał się fatygować. Jednakże jego towarzysze nie podzielali jak widać jego zdania. To skłoniło Pelaiosa do dokładniejszego przyjrzenia się miejscu.

Jeszcze siedząc na koniu, korzystając z wyższej pozycji, omiótł spojrzeniem rozrzucone bagaże, wrak, a następnie okolicę. Dopiero po chwili zsunął się z wierzchowca i zaczął obchodzić teren patrząc pod nogi i co chwila przystając, by dotknąć i rozgarnąć ziemię dłonią.

Trochę się tutaj działo – oznajmił cicho – Konie… możliwe że pociągowe, ale nie wykluczam jeźdźców. Ktoś musiał wypiąć zaprzęg i zabrać zwierzęta, skoro ich tu nie ma. Jednakże ktokolwiek napadł na wóz poruszał się o własnych nogach. Ciężko tu cokolwiek czytać, bo ślady są umyślnie zatarte. Trochę nieumiejętnie jeśli mamy być szczery.

Diabelstwo wyprostowało się, i wskazało drzewa przy trakcie, a potem wóz.

Z lasu w kierunku wozu wybiegł na pewno jeden lekki piechur. Jednakże po drugiej stronie traktu są ślady nie więcej jak pięciu piechurów, w tym jeden na pewno cięższy. Po ataku musieli się rozdzielić, bo zacierali ślady w obu kierunkach.

Widać było że poruszanie się, przychodzi tieflingowi z trudnością. Co chwila masował skroń i brał solidne hausty wody z manierki, ale wydawał się skoncentrowany, jak nigdy wcześniej. Popatrzył po towarzyszach jakby chciał coś powiedzieć, ale zrezygnował mamrocząc pod nosem do siebie “Najpierw fakty”. Podszedł do pojazdui zaczął się mu przyglądać wraz z Hanah.

Jeśli uważacie że powóz nie przewrócił się sam, to brawo. Właśnie wygraliście dynię – zaśmiał się cicho i zaraz tego pożałował co próbował zmitygować kolejnym haustem wody. – Coś uderzyło w lewy bok wozu… podejrzewam magię, bo ciężkich śladów po taranie nigdzie nie widzę. Drzwi wyrwane od zewnątrz z większą siłą, ale tutaj… – dotknął krawędzi powozu w miejscu gdzie drewno było nadłamane – To wygląda jak ślad po czymś małym, na przykład po grocie bełtu wystrzelonego z bardzo bliskiej odległości, albo z solidnej cięciwy. Pewnie chybiony strzał.

Diabelstwo zanurkowało do powozu i spędziło w nim chwilę. Hanah która również była tam obecna, mogła zauważyć jak wyciąga z kieszeni płaszcza lupę i dokładnie studiuje symbole którymi ozdobiono wnętrze. Nie doszukał się jednak zbyt wiele. Szepnął jednak do kobiety krótkie “Amn”. Potem sprawdził ziemię pod przewróconym pojazdem. Po chwili wyszedł otrzepując płaszcz, trzymając miecz o czystym ostrzu. Przyjrzał się zaschniętym kroplom krwi na jelcu i rękojeści, które sugerowały że właściciel nie zdołał się obronić, ani skrzywdzić napastnika.

Nie widząc dalszych perspektyw w tym miejscu, postanowił zająć się bagażami. Znowu spędził przy nich dłuższą chwilę rozrzucając i tak nie nadajace się do niczego ubrania. Każdym jednak potrząsał i obmacywał wyraźnie czegoś szukając. Gdy napotkał pytające spojrzenie Hanah wzruszył ramionami.

Matka lubiła tak chować kosztown… Bingo.

Tiefling sięgnął za dekolt jednej z sukienek, po czym wyciągnął mały naszyjnik, który był ukryty w wewnętrznej kieszonce. Podobnie ukrytych było kilka kolejnych drobiazgów. Wszystkie wylądowały w sakiewce rudowłosego rogacza. Przeglądając kufer z ubraniami obmacał go dokładnie, po czym z marnym uśmiechem odsunął fałszywe dno i wyciągnął paczkę zawierającą zestaw do charakteryzacji, sztylet i malutką fiolkę.
Gdy już uznał, że nic więcej nie wskóra, wrócił do swojego wierzchowca i przytroczył znaleziony miecz, a sztylet zatknął w juki. Odwrócił się do towarzyszy i nie zamierzając się tłumaczyć z zagrabionych przedmiotów podjął ważniejszy temat.

Wozem podróżowała zapewne amnijska szlachcianka. Wskazuje na to symbolika, ale dokładnego rodu nie znam. Co ciekawe miała w swoim bagażu bardzo bogaty zestaw do charakteryzacji. Farby, barwniki, rekwizyty i kosmetyki. Jechała przygotowana na dłuższy pobyt na północy. Jak widać, przeliczyła się. Co do samego ataku… nie potrafię jeszcze zbudować jasnego obrazu.

Diabelstwo skrzywiło się i łyknęło wody. Czuł ból istnienia i nie krył się z tym. Pewnie Hanah mieszała w tym palce. Wspominała że kac zniszczy mu życie i dopięła swego.

Z jednej strony ślady wskazują na kogoś lekkiego. Z drugiej jednak… duża siła oraz dziwna maź zmieszana z krwią. Do tego brak ciał. To się kupy nie klei, a zwykle w takich przypadkach zrzucam winę na magię. No chyba że było więcej niż jedna grupa zainteresowanych “redystrybucją dóbr”… chociaż właściwszym byłoby rzec “redystrybucją osób”, bo to nie była grabież a porwanie. Wóz jest ograbiony… Hanah znalazła co prawda kolczyk, który mógł spaść w efekcie szamotaniny, ale bagaże są nieruszone. Ciuchy się walają, ale nikt nie przeszukał dokładnie tych kufrów. Tak jakby działano w pośpiechu. Na dodatek nikłe ślady walki oraz brak choćby jednego ciała. Konie zaś... nie zostały wypięte. Uzdy są poprzegryzane.

Spojrzał na Astine i skinął głową.

Ta maź którą znalazłaś. Nie mam pojęcia co to jest, ale wala się tu i ówdzie. Również w ziemi, zmieszana z krwią. Możliwe że należy do czegoś co zaatakowało wóz. Jednak pozostałe ślady są humanoidalne….
 

Ostatnio edytowane przez Jaracz : 27-02-2019 o 10:56. Powód: Dodałem na końcu informację o tym że uzdy wozu zostały przegryzione
Jaracz jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Odpowiedz



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 04:37.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167