Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - DnD
Zarejestruj się Użytkownicy

Sesje RPG - DnD Wybierz się w podróż poprzez Multiwersum, gdzie krzyżują się różne światy i plany istnienia. Stań się jednym z podróżników przemierzającym ścieżki magii, lochów i smoków. Wejdź w bogaty świat D&D i zapomnij o rzeczywistości...


Odpowiedz
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 28-05-2021, 21:04   #1
 
Buka's Avatar
 
[Pathfinder - Forgotten Realms] "The Gate" (+21)

"Wszystkie postacie w tej sesji mają 18 lat
lub więcej, nawet jeśli stwierdzono inaczej. Sesja
ta nie odzwierciedla pragnień ani marzeń MG,
i nie powinna być przez nikogo traktowana
poważnie, a najlepiej... w ogóle nie czytana :P"






Zachodnie Ziemie Centralne
Miasto Scornubel


Karczma/Tawerna “Kieł węża”
Wieczór


Przybytek był całkiem, całkiem… posiadał aż dwa piętra, pełne izb dla gości, na parterze były dwie duże sale, bar, kuchnia, stajnie też mieściły ze dwa tuziny rumaków. Piwo nie było rozwodnione, jadło całkiem smaczne, a ceny(jak dla awanturników) zwyczajowe. Nic więc dziwnego, iż przesiadywało tu wielu śmiałków, a w lecie, to przybytek wprost pękał w szwach, i trudno było dostać choćby najmniejszy pokoik.

A do tego wszystkiego, cztery ładne kelnereczki, obsługujące gości… ale lepiej trzymaj łapy przy sobie, dziewczyny umieją dokopać niejednemu, bez niczyjej pomocy! Był i barman(mąż właścicielki), kucharz, było kilku męskich pomagierów, chłopców stajennych...

Nazwa z kolei, może i troszkę złowieszcza, nijak się miała do panującej tu, miłej atmosfery, a wywodziła się od samej byłej wojowniczki, właścicielki tego miejsca Laurette, która ma małego bzika na punkcie węży, toteż ponad kontuarem baru, wisiała jako trofeum, zasuszona magicznie Naga.


A do tego, wieczorową porą, serwowano i dla odważnych(pijesz na własne ryzyko!) wódkę z odrobiną wężowego jadu. Efekty negatywne? Sraczka i śmiech całej sali. Efekty pozytywne? Poklepywanie po ramieniu, i słowa “jesteś twardziel”.


***


Towarzystwo zwyczajowo zbijało bąki, i korzystało - w szerokim tego pojęciu - z uroków życia, będąc od paru dni powoli, choć stanowczo, prześladowane kolejną wizją ujrzenia dna sakiewki. Ostatnio zarobione fundusze nie były znowu taką górą złota, a przyzwyczajeni już do czegoś więcej, niż życie byle chłystka, często wydawali szybciej, niż zarabiali. Czym jest bowiem 700 złociszy na głowę, czasem i na jeden porządny, cholerny eliksir nie starczy.

I w sumie tak się poznali. Przez zarobek. Wynajęci przez burmistrza Scornubel, a właściwie panią burmistrz, Lady Rhessajan Ambermantle, bardzo doświadczoną Bardkę “na spoczynku”, która kiedyś całkiem jak oni, uganiała się za złotem i chwałą.


Oczyścić zachodnią część Rozciągniętego Lasu z panoszących się tam Gnolli, zebrać dla siebie, co tam znajdą, i skasować nagrodę za zadanie. No i tak zrobili. Dwa dni w terenie, jeden nocleg, i gotowe, wrogowie wybici do nogi, z towarzyszącymi im Hienami, i ich zmutowanymi kuzynami. 700 złociszy w sakwie każdego, “złom” po Gnollach sprzedany…

I nagle znów zaproszono ich do ratusza.

Lady Ambermantle wyjaśniła, iż jej informatorzy donieśli o fakcie, iż Antyczna Czerwona Smoczyca Shorliail, mająca swoje leże w Górach Zachodzącego Słońca, któregoś dnia zniknęła, i należałoby to sprawdzić. Pewną informacją jest, iż Smoczycy nikt nie widział już od paru dni, jednak co mogłoby znajdować się w jej byłym(?) leżu, tego JESZCZE nie wiedział nikt. Góra skarbów, klejnotów, przedmiotów, a może pustki? Smoki jednak nie opuszczają swojego leża na dłużej niż dzień… cała sprawa była nieco podejrzana.

- “Pojedziecie, sprawdzicie. Co znajdziecie wasze, a jak nic nie znajdziecie… no cóż, jakoś wam to wynagrodzę. I z pewnością zarobicie lepiej niż ostatnio” - Brzmiały w głowach całego towarzystwa usłyszane dwie godziny temu słowa Lady.

A co bardziej łebski, poza wizją góry skarbów ze smoczego leża, i poza obawą, iż Smoczyca może wrócić(nah, nie wróci... Co za smok od tak zostawia swoje skarby?!), zrozumieli również pewne kluczowe słowa pani burmistrz: “jakoś wam to wynagrodzę”. To mogło oznaczać oprócz zapłaty za ruszenie zadka i sprawdzenie o co chodzi, i przysługę, jakąkolwiek ona by była. Dług… osoby przy władzy. Jakkolwiek na to wszystko nie patrzeć, opłacało się?

Towarzystwo siedziało więc wspólnie przy długim stole, popijając to i owo, i studiując mapę okolic. Najpierw szlakiem przez Rozciągnięty Las, następnie mieścina Hluthvar, a później już same góry. To by były tak ze 3 dni jazdy konnej, a następnie już sama wspinaczka, co by zajęło kolejny dzień lub dwa. Aż tak źle to chyba nie wyglądało...








***

Komentarze za chwilę.
 
__________________
"Nawet nie można umrzeć w spokoju..." - by Lechu xD

Ostatnio edytowane przez Buka : 05-06-2021 o 15:08.
Buka jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 29-05-2021, 11:46   #2
 
Santorine's Avatar
 
Bharrig popijał piwo. Popas był miłą odmianą, nawet dla kogoś, kto był zaznajomiony ze szlakiem tak, jak on.

Gnolle nie stanowiły dla drużyny zbyt większego wyzwania. Bestie nigdy nie atakowały inteligentnie, zawsze polegając na sile członków plemienia i czasem być może zaklęciach szamanów, ale walka z nimi nigdy nie była interesująca. Zawsze bowiem kiedy miało się okazać, że stracili swoją przewagę, istoty rozpierzchały się, by zostać dobitymi przez zaklęcia Deidre lub zostać zmasakrowani przez nadchodzący kontratak Endymiona lub Kargara.

Wspomnienia Bharriga z podróży głównie obracały się wokół niedźwiedzich szponów, ochlapanych krwią gnolli. Forma niedźwiedzia była jedną z wielu, jakie przyjmował Bharrig podczas rejzy do Rozciągniętego Lasu. Prawda jednak była taka, że sformowana drużyna miała już całkiem solidną linię frontową, toteż do walki włączał się wtedy, kiedy potrzebował, samemu zadowalając się oferowaniem błogosławieństw Ojca Dębu, kiedy tylko potrzebowali tego jego towarzysze, nie stroniąc od ważnej pracy przepatrywacza.

Spojrzał na swoje ręce, przypominając sobie, jak te zmieniły się nie tak dawno w szpony. Miło było siepać po grzbietach gnolli i pożreć serce i wątrobę od czasu do czasu.

Druid pojmował swoje zadania dla Ambermantle jako część zadania, którego podjął się dawno temu, rozstając się z Kręgiem na południu, to znaczy zadania, które polegało na znalezieniu jego zaginionej siostry. Siostra, której imię z dawnych lat zapamiętał jako Vandre, zapewne miała być w okolicy, jednak jego poszukiwania do tej pory przedłużyły się. Wszystkie tropy, na które natrafił dotychczas, prowadziły w ślepe zaułki, jednak istniała spora szansa, że siostra żyje i prawdopodobnie także podróżuje na szlaku, zupełnie jak on. Nie było jednak wiadomo, dokąd udała się podczas swoich podróży. Ambermantle, w zamian za usługi, pomogła naprowadzić go na niektóre z nich i dotychczas ich współpraca układała się dobrze. Nie miał za złe tego, że dotychczas jeszcze nie odnaleźli jej, bowiem zadanie nie było łatwe. Z czasem – sądził – zapewne uda się ją odnaleźć Vandre a środki i kontakty, które miała przebiegła bardka miały temu tylko pomóc.

Bharrig sączył piwo wolno, snując plany na przyszłość. Lata na szlaku i walki wyrobiły u niego umieśnioną posturę, choć nie taką, jaką czasem widywało się u wyszkolonych żołnierzy lub szermierzy na usługach arystokracji. Był solidnie zbudowany i krępy. Zwracał uwagę nie tylko swoją posturą, ale i ubraniem, które składało się z płaszcza z wyprawionej skóry i skórzanej przeszywanicy, zrobionej ze, zdawało się, skór wilków. U pasa miał sejmitar, który zazwyczaj tworzył duet z drewnianą tarczą, na której znajdował się wyszczerzony pysk niedźwiedzia.

- Hm, Rozciągnięty Las – mruknął, pociągając łyk złocistego trunku. - Gnolle nie będą stanowić już problemu, ale głusza to teren innych bestii.

Głos Bharriga był niski i nieco chrapliwy. Nie brzmiał najlepiej, ale przyciągał uwagę. Ktoś o bardziej poetyckim usposobieniu rzekłby, że dudnienie głosu Bharriga brzmiało jak odległy grom, ale sam Bharrig nigdy by o czymś takim nie pomyślał.

- Będę na zwiadach tak, jak zwykle – zaproponował. - Znam nieco okolicę i przechodziłem tereny lasu na tyle, żeby wiedzieć, co może nas czekać. Zaiste, rzeknijcie no, co sądzicie o tym, żebym puścił się pół dnia przed drużyną, żeby zoczyć, czy przypadkiem do głuszy nie przyszło nic nowego? Pójdziemy utartym szlakiem, co ochroni nas przed niebezpieczeństwami, ale nie zaszkodzi wszakże posłać przepatrywacza, zanim przejdziemy ścieżką.

- Co do smoka, wątpię, czy bestia w istocie opuściła swoje leże. Rzekłbym, że nie. Ale to dość jeszcze szlaku i dni, żeby to przegadać i wyrozumieć.

Tymczasem w Bharrigu utkwił wzrok wielki tygrys imieniem Geri, który rozciągnął się niedaleko stołu w karczmie. Tygrys miał umaszczenie jasnopomarańczowe, z ciemnobrązowymi paskami, które znaczyły jego skórę. Bestia była jedynym stałym – poza jego nowymi kompanami – towarzyszem na szlaku. Przysłuchiwał się rozmowom przy stole, czasem strzyżąc uszami, zupełnie, jakby rozumiał, co się tam mówiło.

Bharrig pociągnął kolejny łyk piwa i poczuł ochotę na coś nieco mocniejszego. Podniósł rękę i zamówił sobie trunek z wężowym jadem, mając ochotę na nieco ciekawszy smak.
 
__________________
Evil never sleeps, it power naps!
Santorine jest teraz online   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 29-05-2021, 12:27   #3
 
Pan Elf's Avatar
 
Diablica. Rogata. Czarci pomiot. Deidre słyszała te przydomki niezliczoną ilość razy, a należały one do nielicznej grupy tych łagodniejszych. Czy przywykła? Czy w ogóle można przyzwyczaić się do wiecznej niechęci, spojrzeń pełnych przerażenia i pogardy, ogólnie pojętej stygmatyzacji? Nie, ale można przewrócić wymownie oczami, zacisnąć zęby i zrobić coś, by zmienić spojrzenie innych na siebie. Oczywiście, o ile kogoś w ogóle obchodzi opinia innych. Bo jeśli komuś nie zależało specjalnie na nieposzlakowanej reputacji, można było dodać wzruszenie ramionami i odejść w swoim kierunku, nucąc wesołą melodię.

Deidre wpatrywała się długą chwilę, jak nie wieczność, w wiszące nad barem trofeum. Naga wyglądała jak żywa, z wyjątkiem tego, że taka nie była. Było w tym coś ujmującego, w jej groźnym, martwym spojrzeniu.
- Szkaradztwo - skwitowała w końcu, ni to do siebie, ni to do swoich towarzyszy. Słowo pofrunęło w przestrzeń. Być może pozostało bez odpowiedzi. Nie dbała o to, bo już odwróciła wzrok w inną stronę.

Deidre była Diabelstwem. Stworzeniem, w którym płynie krew demonów. Widać to było już na pierwszy rzut oka. Soczyście czerwona skóra, długie i lekko zawijające się rogi, ogon i spojrzenie żółtych oczu, w których niemalże dało się dostrzec płonące ogniki. Jakkolwiek starałaby się ukrywać swoją tożsamość, nie było większego sensu. Rogi zawsze wystawały spod kaptura, a ogon uwierał, jeśli był schowany zbyt długo. Przestała więc się ukrywać na długo przed przybyciem do Scornubel, wiedząc, że i tak nie przyniosłoby to satysfakcjonujących rezultatów. Nigdy też nie dbała o to, by opanować zaklęcie przemiany.

Jej żółte oczy wpatrywały się z nieukrywanym zaciekawieniem w Bharriga, a na jej twarzy malowała się ekscytacja.
- Co tam smok, co tam jakieś lasy! Jestem ciekawa co się stanie z naszym niedźwiedziowatym brodaczem po wypiciu tego świństwa! - niemalże zakrzyknęła, szczerząc zęby w uśmiechu. Oparła łokcie o blat stołu, przy którym siedzieli, brodę wsparła na dłoniach i nie odrywała wzroku od druida, wyczekując.

Polubiła tę grupę, z którą dzieliła swoją ostatnią przygodę. Polubiła na tyle, że chciała z nimi zostać na dłużej, a niejaka Lady Ambermantle uczyniła to życzenie dużo prostszym do spełnienia. Kto wie, może dzięki nim uda jej się w końcu odegrać na swoim przeklętym ojcu? Może czekały ich przygody pełne wyzwań i walki ze złem? Jakież to było ekscytujące!

Gdyby jednak dowiedzieli się o tym, czyja krew płynie w jej żyłach, czy byliby dalej skorzy do podróżowania z nią? To pytanie czasami ją nawiedzało, najczęściej wtedy, kiedy już zaczynała czuć się komfortowo w czyimś towarzystwie.

Odgarnęła jednak kosmyk purpurowo-czarnych włosów, szybko otrząsając się z chwilowego zamyślenia. Nie chciała przecież przegapić widowiska!
 
Pan Elf jest teraz online   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 29-05-2021, 13:28   #4
 
Seachmall's Avatar
 
Amara siedziała spokojnie, popijając ośle mleko. Nigdy nie wyrobiła sobie smaku dla piwa czy wina, ale woda wydawała się trochę zbyt nudna na świętowanie.

Drużyna się świetnie spisała w walce z gnollami, Razem z Endymionem (ciekawe imię dla orka) oraz Kargarem trzymała front, pozwalając mistykom rzucać zaklęcia. To jest dopóki, krasnolud nie zmienił się w niedźwiedzia. Sztuczka ciekawa i wymusiła ucieczkę na kilku hienowatych.

Blada kobieta robiła to do czego trenowała całe życie, dokładnie wymierzonymi ciosami kończyła życia szkaradztw, walka się jednak przedłużała, a to nie sprzyjało usposobieniu Amary. W końcu krew jej matki dała o sobie znać i zamiast od razu zabijać bestie, okaleczała je, Łamała kończyny, wyginała pyski, wykorzystywała martwych oponentów jako broń przeciwko ich pobratymcom. Kiedy w końcu złapała się, że zaczęła drapać swego oponenta pazurami, chwyciła go, aby mieć chwilę na koncentrację. Powtarzała sobie w głowie mantry wyuczone przez mistrzów, aby uspokoić emocje i skoncentrować się na misji.
Po chwili wróciła do pracy, znowu w pełni skontrowana na szybkim zakończeniu bitwy.

Odgoniła myśli i ponownie napiła się mleka i spojrzała na swych towarzyszy. Podejrzewała, że Diedre i Endymion mogliby się podzielić nie jedną opowieścią kończącą się na tłumie z pochodniami i widłami. Los nie dał im łatwego życia, zastanawiała się jaki byłby jej, gdyby nie skończyła w klasztorze. O ile nie wygląda tak inaczej od przeciętnego człowieka, jej natura mogłaby jednak dać o sobie znać wcześniej i w o wiele gorszy sposób.

Zwróciła swoje różnokolorowe oczy na krasnoluda kiedy ten zamówił nowy napój.
- Uważaj, przykro będzie odwołać wyprawę, bo ty przykleisz się do wychodka. - spojrzała na pozostałych - Może ruszyła na gody i wróci z kompanem? - podjęła temat zaginionej smoczycy - Albo znalazła lepsze miejsce, aby zrobić swoje legowisko.- zastanowiła się ponownie, zerknęła na Bharriga - Zniknięcie takiego drapieżnika, pewnie wyciągnie z chowania nie jeden mroczny pomiot. Jesteś pewny, że chcesz udać się sam?

Zastanawiała się czy dobrze robi. Jej matka gdzieś tam jest i pewnie na nią poluje. Nie chciałaby być powodem, aby komuś się coś stało. Dlatego przecież opuściła klasztor.
Są jednak zaradni...
 
__________________
Mother always said: Don't lose!
Seachmall jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 29-05-2021, 21:30   #5
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
- Ni pies, ni wydra... - Tymi słowami Devin Travaga skwitował talent, jaki objawił się u jego bratanka, Gabriela. W słowach brzmiało nieco zazdrości, bowiem żadne z trójki dzieci Devina nie zostało obdarzone jakimkolwiek talentem - prócz sprawiania kłopotów.
Talent zaś Gabriela był zaiste nietypowy, acz nieużytecznym nazwać go nie można było, jako że dar sprawiający, iz dotykiem można było kogoś wyleczyć, był bardzo, ale to bardzo przydatny.
- Do szkół trza go wysłać - oznajmiła Teodora, nestorka rodu. - Zanim kłopotów narobi sobie i innym.

Ze szkół niewiele wyszło, bowiem talent Gabriela dość skutecznie opierał się różnym metodom wychowawczym, a i z dziwnymi zachowaniami niektórych przedmiotów też nic nie dało się zrobić.

* * *

- Panno Isleen, jeszcze jedno piwo poproszę. - Siedzący przy jednym ze stołów wysoki mężczyzna do prośby dołączył uśmiech.
Blondynka, do której skierowana była prośba, odpowiedziała skinieniem głowy, mającym za zadanie ukryć lekki rumieniec.
- Tak, panie Gabrielu - odparła, po czym ruszyła w stronę baru, odrobinę mocniej kręcąc pupą.
Gabriel odprowadził ja wzrokiem, po czym wrócił spojrzeniem i myślami do kompanów i do stojącego przed nimi zadania.

* * *


Gabriel Travaga, wysoki, ciemnowłosy mężczyzna, chodził po tym świecie od niemal trzydziestu lat. A że świat nie należał do najbezpieczniejszych, jego elegancka tunika skrywała mithrilową koszulkę kolczą.
Mimo czających się na wspomnianym świecie niebezpieczeństw Gabriel uzbrojony był jedynie w nóż, bardziej nadający się do krojenia mięsa, niż szlachtowania przeciwników.
A jednak walki nie unikał, chociaż jego udział polegał raczej na wspieraniu i wzmacnianiu sojuszników, niż niszczeniu wroga.

* * *


- Smoczyca i partner? - Gabriel spojrzał na Amarę i pokręcił głową. - Jakoś nie potrafię sobie tego wyobrazić. A ty nie pij tego świństwa - zwrócił się do Bharriga. - Moja ciekawość nie jest aż tak wielka, byś miał spędzić w wychodku pół dnia albo i dłużej - dodał z lekkimi uśmiechem.
- A wracając do sedna sprawy... Kto nie ryzykuje... ten pije wodę ze strumyka, a nie piwo w "Kle węża", ale my musimy być podwójnie ostrożni, a to oznacza, że nie powinniśmy się rozdzielać.
- Dziękuję, skarbie. - Z uśmiechem spojrzał na kelnerkę, która przyniosła mu piwo. Przy okazji spojrzeniem zahaczył o biust dziewczyny.
Gdy kelnerka stawiała trunek na stole, Gabriel podniósł się nieco i wyszeptał jej coś do ucha... na co ona po chwili zachichotała i skinęła głową.
 

Ostatnio edytowane przez Kerm : 29-05-2021 o 22:12.
Kerm jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 29-05-2021, 23:48   #6
 
Arvelus's Avatar
 
Endymion był… swoisty. Patrząc na jego pysk nie wątpiło się, że ma się do czynienia z czystej krwi orkiem. Jego szczęki wyposażone były w aż trzy zestawy potężnych kłów. Dwa z tego w żuchwie. W jednym z nich zęby wielkie były na męski kciuk. W drugi na palec wskazujący. Nie trudno było sobie wyobrazić co potrafiły one zrobić z nieosłoniętym ciałem.

Gęsta czarna grzywa jak u lwa przetykana jest srebrzystą siwizną. Potężne ciało i orcze kły kontrastowały z łagodnością na jego twarzy. Głos miał głęboki i wyjątkowo przyjemny. Nie “przyjemny jak na orka”, ale naprawdę… niejedna niewiasta mogła by się w tym głosie zakochać, gdyby nie reszta.

Nie pachniał też jak ork. Pachniał różami i jemiołą, a włosy miał czyste i zadbane. Wyrażał się pełnymi zdaniami, poprawnie odmieniał przypadki, a ubrany był prawie po szlachecki w kolorach bieli, żółci i błękitu z szalem luźno opierającym się na ramionach, którym zawsze był gotów zasłonić sobie kły, jeśli miałoby to pomóc uniknąć niechcianej konfrontacji poprzez wmieszanie się w tło.


Zastawił na barze zapłatę i odwrócił się biorąc kufle do stolika gdy nagle nastąpiło zderzenie… ktoś na niego wpadł. Gdy Endymion odzyskał równowagę wszystkie cztery jego kufle leżały rozbite na ziemi, a on zalany był nie tylko swoimi trunkami. Spojrzenie człowieka… i czwórka jego kolegów czekających za jego plecami nie zostawiały wątpliwości, że to nie był przypadek.
- I co twoja pożalcie-się-bogowie morda narobiła?!
Endymion rzucił szybkie spojrzenie do swoich towarzyszy przy stoliku i gestem polecił im się nie mieszać “spokojnie”, po czym wrócił do człowieka. Miał wielki, haczykowaty nos, zrośniętą brew i śmierdział obornikiem, ale poza tym był rosłym i silnym chłopem za którym niejedna mogłaby się obejrzeć gdyby o siebie zadbał
- Nic się nie stało, przyjacielu - natychmiast rozpoczął deeskalację schylając się po miedziane kufle leżące teraz na ziemii - nie będziemy chyba robić awantury o tak nieistotny wypadek, prawda? Panie barman, napełnij je proszę jeszcze raz… i o jakiś ręcznik bym prosił, jeśli łaska. A wy panowie? - zwrócił się do zdezorientowanych mężczyzn którzy spodziewali się i byli emocjonalnie i intelektualnie gotowi na zupełnie inny obrót spraw - tak, do was z tyłu też mówię. Wyglądacie jakbyście kontentowali na kolejkę. Hmm? Pozwolicie sobie postawić? Endymion jestem, paladyn Regathiela - wyciągnął prawicę do pierwszego z nich z lekkim uśmiechem i twarzą ubraną w serdeczne wyczekiwanie
- Jona… j-jestm Jona… - odpowiedział półautomatycznie, jakby nie do końca świadomie mężczyzna - a to są Melrik, Sofiusz, Ziggi i Petro. Miło poznać - kontynuował.
Nim się obejrzeli cała szóstka stała w serdecznym kółku przy barze, każdy ze swoim piwem lub winem. Rozmawiali, śmiali się. Opowiadali o trudach na roli, ale też o tym, że sezon zapowiada się bardzo dobrze. O problemach rodzinnych i o tym jak je przezwyciężali, a Endymion… był Endymionem.
- Jesteś porządnym facetem Ziggi. Twoje rodzeństwo ma wielkie szczęście, że o nich tak dbasz. Niejeden by się dawno poddał i zajął tylko własnym życiem.
- Myślę Jona, że nie powinieneś pozwalać jej się tak wykorzystywać. Nie wydaje mi się aby twoja Jessa była złą osobą, ale z twojej opowieści by wynikało, że ona po prostu nie zna lepiej przez swoją matkę. Wszyscy mamy swoje demony i wszyscy niesiemy ból, a czasem sami nie potrafimy się z niego wyrwać i przez to przekazujemy go dalej. Ona tego nie widzi, ale potrzebuje pomocy. Rozmowy. Dużo, dużo trudnych rozmów aby zmusić ją do zrozumienia jak ty się czujesz z jej zachowaniem iii… też musisz się poważnie zastanowić czy sam też nie masz nic za uszami. Przepraszam cię, mówię to w dobrej wierze… może rzeczywiście jesteś czysty jak łza, ale ból powoduje ból, a pogarda rodzi więcej pogardy. To jest samozapętlający się cykl który potrafi porwać… - rozmowa trwała długo. Dopiero po dobrych dwóch-trzech kwadransach Endymion wreszcie uznał, że czas wracać do swoich
- W porządku panowie, bardzo się cieszę, że was poznałem, mam nadzieję, że przyjdzie mi jeszcze z wami wychylić jednego i, że usłyszę o waszych dalszych losach, szczególnie do Ciebie to mówię - puścił oczko do Jony - ale muszę wracać do towarzyszy. Trzymajcie się ciepło.
Pożegnał go mały męski chórek. Uścisnął każdemu dłoń, z połową z nich zwarł się na moment w niedźwiedzim uścisku. Gdy odchodził zatrzymał go jeszcze na moment Jona już dwa kroki od reszty
- Endymion, słuchaj… te kufle na początku... szturchnięcie…
Paladyn wyraźnie widział agonię i walkę ze słabościami kryjącą się w głowie farmera i z wielką radością widział, że to Jona tę walkę wygrywał
- Wiem. Nic się nie stało - przerwał mu aby ukrócić jego męki i poczucie winy - Wszyscy niesiemy nasz ból. Nie pozwól by twój cię dalej definiował. Jeden mały kroczek za kroczkiem. Wiesz co? Następnym razem opowiem ci historię mojego patrona Regathiela. Była dla mnie ona kiedyś inspiracją, myślę, że dla ciebie ona też była by dobra. A teraz naprawdę wybacz.
- Jasne, jasne… bywaj Endymion. Jesteś w porządku.


...kilka dni wcześniej
Endymion z drużyną stanęli naprzeciw gnollom. Nie było ich wiele. Trzykrotna przewaga liczebna nie miała tu znaczenia. Jakość nie zawsze mogła wygrać z ilością… ale Endymion był przekonany, że tutaj będzie prosto. U jego boku prężył muskuły Agamemnon… kaleki gryf pozbawiony skrzydeł i wieloma ranami i straszliwymi bliznami ukrywanymi pod sierścią i piórami jak tylko się dało. Zakuty był w lekką zbroję z akacjowych desek wzmacnianych stalą i okutych wołową skórą. Nie był to wieczny pancerz. Często elementy wymagały nie tyle naprawy co wymiany, ale każda jedna zdruzgotana płyta to była rana której nie otrzymał jego przyjaciel, więc nigdy nie żałował na to pieniędzy.
- Oskrzydlę ich - rzucił do drużyny albo będą musieli repozycjonować kilku na tyły i przerzedzą tym przedni szere albo ich łucznicy nie dadzą rady wystrzelić więcej niż dwóch salw nim się z nimi rozprawię.
Wielki miecz zafalował w ręce Endymiona… upłynnił się. Rękojeść wydłużyła, a ostrze skróciło i po chwili w jego ręku znajdowała się adamantowa włócznia o długim ostrzu
Włożył nogę w strzemię na pancerzu Agamemnona, chwycił lewą ręką uchwyt na jego grzbiecie. Nie dosiadł go, tylko pozostał na boku. Czasem sytuacja zmuszała go aby wykorzystać przyjaciela jako wierzchowca… ale raczej unikał tego.

Magia w bransoletach na kostkach gryfa zalśniła gdy rozpędzał się do niemożliwych prędkości Gnolle nie zdążyły się repozycjonować. Ich łucznicy padli nim się zorientowali, że nie mają już czasu.


- Trzeba to sprawdzić. Oczywiście musimy potwierdzić, że smoczyca rzeczywiście porzuciła leżę, ale okazja jest zbyt dobra aby ją przepuścić. Nawet jeśli przeniosła się ze swoim skarbem to resztki na pewno będą warte małą fortunę.
Instynkt Endymiona krzyczał, że jest to zbyt piękne aby było prawdziwe. Coś musiało być z tym wszystkim nie tak. Los nie wręcza śmiałkom ot tak smoczych skarbów... i ork jak najbardziej mu ufał, ale nie można było przepuścić takiej możliwości.
 

Ostatnio edytowane przez Arvelus : 12-09-2021 o 16:44.
Arvelus jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 02-06-2021, 22:19   #7
 
Lord Melkor's Avatar
 
Kargar nie przyciągał może przebywając w karczmie tyle uwagi co ork, nie mówiąc już o diabelstwie, ale pośród zwykłych mieszczan na pewno się wyróżniał - muskularny, zwalisty wojownik o ogolonej i wytatuowanej głowie i brodzie nadającym jego obliczu srogi wyraz. Z jego ruchów przebijała pewność siebie i przyczajona agresja. Większość obywateli Scornubel wydawała się czuć niekomfortowo pod intensywnym spojrzeniem wojownika. Odziany w dobrze wykonaną ciężką zbroję kompozytową, nie rozstawał się właściwie z dwuręcznym mieczem o ciemnym ostrzu i zdobionej srebrem rękojeści, od którego osoby wrażliwe na magię mogły wyczuć mistyczną, niepokojącą aurę.

Po dołączeniu do drużyny zachowywał się w sposób profesjonalny. Można było w nim poznać doświadczonego weterana, któremu nie przeszkadzała różnorodność ich grupy. Trzymał jednak dystans, niechętnie opowiadając o swojej przeszłości poza ogólnikami i o tym co stało się z jego poprzednimi towarzyszami, choć dało się wyczuć że nie jest to przyjemna historia.

W walce z gnollami ciosy dwuręcznego miecza Kargara powalały kolejnych wrogów w strumieniach posoki, a brutalny styl walki zdawał się wywoływać niepokój nawet w tak dzikich stworzeniach, sprawiając że cześć rzuciła się do ucieczki zamiast walczyć do śmierci.

************************************************** *****

Oczy Kargara zaświeciły się, kiedy burmistrz opowiedziała im o zaginięciu starej smoczycy Shorliail i wielkich skarbach które mogły pozostać w jej leżu. Pokręcił głową w zadumie, przyglądając się swoim nowym towarzyszom broni. Podczas pierwszej wspólnej misji zdobyli sobie jego szacunek, pomimo dziwnej zbieraniny jaką stanowili. Diabelstwo mu nie przeszkadzało, podczas swojej dawnej współpracy z Zhentarimami miał już z nimi do czynienia, a widział co potrafi jej magia. Druid zmieniający się w niedźwiedzia oraz mniszka dzielnie stawali w walce z gnollami, ich brutalność w walce wręcz robiła wrażenie. Największą zagadką był dla niego ten ork paladyn, nigdy nie widział kogoś takiego. Kiedy kilku lokalnych kretynów zaczepiło Emdymiona, gotów był ruszyć mu z pomocą, ten jednak ku jego zaskoczeniu zdołał wejść z nimi w komitywę i nawet zaczął im udzielać.... porad rodzinnych? Naprawdę dziwny jegomość, choć w walce dobrze było mieć kogoś takiego u boku, zwłaszcza że nieźle znał się też na taktyce.

Tak, jeśli miał dalej działać jako najemnik, ta drużyna dobrze rokowała, byli silni. Nie powiedział im jednak o śmierci swoich poprzednich towarzyszy, o którą się obwiniał....gdyby tylko wycofali się wcześniej i porzucili łupy mogło nie dojść do katastrofy, jego chciwość jednak zwyciężyła. Chciał wierzyć że mógł się zmienić, nawet pod wpływem spotkania z pewnym kapłanem Tempusa zmienił wiarę i zaczął wyznawać Władcę Bitew zamiast Czarnej Dłoni.

Przyjął więc propozycję burmistrz wraz z pozostałymi.

************************************************** ******

- Masz rację że powinniśmy być ostrożni - odparł Gabrielowi podczas narady, po tym jak w milczeniu wypił piwo.

- Ta sprawa mi śmierdzi jak łajno Ankhega. Stara smoczyca która zostawia skarb bez opieki? Walczyłem wcześniej ze smokiem, który chyba wcale nie był taki stary i skumał się z Kultem Smoka.... nie skończyło się to dobrze. W ogóle ciekawe co ta burmistrz tak się przejmuje zniknięciem smoka że aż nas wynajęła. Dobrze byłoby dowiedzieć się więcej o tej gadzinie, ludzie muszą coś wiedzieć, nie?

- A i poprośmy burmistrz o konie, nie będziemy pieszo jak jakieś kmiotki tam podróżować.

 

Ostatnio edytowane przez Lord Melkor : 03-06-2021 o 10:09.
Lord Melkor jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 05-06-2021, 15:08   #8
 
Buka's Avatar
 
Zachodnie Ziemie Centralne
Miasto Scornubel


Karczma/Tawerna “Kieł węża”
Poranek

Towarzystwo po przespaniu w spokoju nocy, znów zebrało się w sali na parterze, celem śniadania… w karczmie panowały prawie pustki. Kilku gości również się posilało, jednak co do wieczoru, była ich tylko garstka.

Jasnowłosa kelnerka(Isleen) obsłużyła Gabriela jako pierwszego, posyłając mu czasami ukradkowe uśmieszki… i dopiero gdy Wieszcz miał wszystko przed sobą na stole, zaczęła realizować zamówienia reszty jego kompanów.

Kargar się nie całkiem wyspał. Powodem było okropne chrapanie kumpla z izby. I wcale nie leżało to w ilości wychlanego przez Druida poprzedniego wieczora alkoholu. Bharrig bowiem łykał wszystko w niemal smoczych ilościach, a wódka z wężowym jadem nie zrobiła na nim żadnego wrażenia. Po wypiciu nie mrugnął nawet okiem, zbierając pochwały na sali, a nawet dostając gratisowe piwo. Ach te Krasnale...

~

Burmistrz Ambermantle była chwilowo nieosiągalna dla śmiałków, zajęta swoimi sprawami… jeden z jej zaufanych ludzi, zgodził się jednak w jej imieniu na propozycję, załatwiając w dwa kwadranse potrzebne towarzystwu na drogę wierzchowce. Nie pozostało więc w sumie nic innego, niż ruszyć na szlak, co też w końcu uczyniono, jeszcze przed południem.


***

Dzień 1 wyprawy.
Popołudnie
na szlaku,
blisko Rozciągniętego Lasu





Droga.

Wlokła.

Się.

Niemiłosiernie.

Kilometr za kilometrem, godzina za godziną gościńcem, od czasu do czasu spotykając innych podróżników, krótkie rozmowy, wymiana informacjami, co na drodze w jedną i drugą, i tyle… kilometr za kilometrem, wśród stukotu końskich kopyt.

Nudy.

Nie bardzo przyzwyczajoną do długiej jazdy Deidre, bolał już tyłek. Chociaż może nie całkiem było to wywołane jedynie siodłem… hihi.

Przebywający na szpicy Druid wypatrzył wkrótce coś ciekawego… obok drogi stał wielki, nietypowo wyglądający wóz, oraz masa rozłożonego na nim różnorodnego towaru. Najwyraźniej jakiś obwoźny kupiec rozłożył tu swoje manele, by handlować wprost z drogi. Uwagę Krasnala przyciągnął jednak nietypowy zwierz, oddalony nieco od pojazdu, który był zapewne siłą pociągową owego wozu. Duży, szarawy, najprawdziwszy… słoń.

Po chwili i reszta towarzystwa podjechała do wozu...



- Witamy! Witamy! I zapraszamy! - Z wozu pospiesznie wyłonił się Gnom, schodząc po schodkach na ziemię, nawołując grupkę do obejrzenia towarów - Czego my tu nie mamy! Zapewne znajdzie się coś dla każdego!

Na wozie, i obok niego, pojawiły się również kolejne Gnomy, zarówno mężczyźni, jak i kobiety. Oni również zaczęli zachwalać dobra handlowe… a była ich naprawdę masa.

Różnorodne narzędzia, liny, świecidełka, eliksiry, maści, ziółka, "alchemiczne kreacje"…
- Suknie dla pięknych pań? - Jedna z gnomek zwróciła się do Amary, zezując i na Deidre.
- Perfumy dla pięknych pań i panów? Buty i buciki? - Dodała druga.
- Książki, religijne symbole? - Odezwał się inny Gnom do Endymiona.

Masa wszystkiego, ale i w sumie spory misz-masz, że aż prawie w oczach się kręciło.






***

Komentarze za chwilę
 
__________________
"Nawet nie można umrzeć w spokoju..." - by Lechu xD

Ostatnio edytowane przez Buka : 05-06-2021 o 15:28.
Buka jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 06-06-2021, 08:12   #9
 
Santorine's Avatar
 
Bharrig spał spokojnie obok Geriego, wiedząc, że pomiędzy czułym słuchem tygrysa a jego własną wrażliwością nie byłoby nic, co mogło im zagrozić. Oczywiście, trudno by było wyobrazić sobie, że cokolwiek mogłoby im zagrozić z Kle Węża, jednak druid wiedział swoje. On i tygrys nieswojo czuli się w pokoju gospody, przedkładając szlak i ostoje nad łóżko i posłanie. Kargar, który okazał się tak samo praktyczny, jak on sam, był dobrym kompanem na noc. Druid jednak niewiele mówił przed snem, myślami będąc już w podróży.

Drogę pokonywali bez większych przeszkód. Osobiście nie miał ku temu nic przeciwko.

- Poszukiwania smoka zakończą się dużymi kłopotami – ocenił. - Dzięki Silvanusowi, że zesłał nam przynajmniej lekki szlak i drogę, na której nie czają się niebezpieczeństwa… Jeszcze.

Nagle, na drodze zoczyli jedną z bestii, którą miał kiedyś okazję poznać na ziemiach południa, a którą sam znał pod różnymi nazwami. Jedną z nich to słoń właśnie. Karawana, którą ciągnął, zapewne była z ziemi południowych, choć po prawdzie istota mogła trafić różnymi szlakami na te ziemie.

- Witamy! Witamy! I zapraszamy! - rzekł gnom, który wyłonił się z wozu.
- Witaj – rzekł Bharrig, a Geri, który dotychczas maszerował obok konia skwitował powitanie krasnoluda ostrzegawczym mruknięciem. - Poniechajcie tygrysa, panie, nie gustuje w mięsie gnomów – stwierdził rzeczowo druid.

Przedmioty na sprzedaż w kramie zdawały się nie mieć końca. Oprócz rzeczy na sprzedaż, wyłożonych na ladzie, spora część znajdowała się w workach lub przykrytych płachtami, spod których widać było biżuterię, kamienie, ale także i przyprawy i zioła, które napełniały powietrze ostrym, wyrazistym zapachem.

Jednym z przedmiotów, które zoczył Bharrig była różdżka, na której, zdawało się, były wyryte runy wtajemniczeń. Kiedy spytał się o jej przeznaczenie, odpowiedziano mu, że różdżka była zaklęta w sposób pozwalający zwiększyć rozmiar istoty, na którą się ją rzuci.

- Wezmę jedną z tych – rzekł druid, wykładając pieniądze na ladę, po czym zagaił jeszcze: - Szlak zdaje się być bezpieczny. Bez bandytów i rzezimieszków? - zapytał, chcąc zasięgnąć języka, zanim wejdą na szlak.

Różdżka – rozumował - z czasem może okazać się przydatna w zwarciu dla wojowników i paladynów.

Zakupiwszy różdżkę, rozmawiał jeszcze z gnomami przez jakiś czas, żądny wiedzy i wieści ze szlaku. Jeśli była także możliwość, chciał zakupić jeszcze mięso dla tygrysa, bowiem podejrzewał, że nie zawsze będzie możliwość polowania.
 
__________________
Evil never sleeps, it power naps!
Santorine jest teraz online   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 09-06-2021, 23:06   #10
 
Lord Melkor's Avatar
 
Kargar nie był z tych co wylewali za kołnierz co było typowe w fachu najemnika, w końcu kiedy nie wiesz czy przeżyjesz kolejne zlecenie równie dobrze możesz się upić jakby jutra miało nie być. Sam wypił parę piw, tak żeby poprawić sobie humor a jednocześnie być w stanie wstać z rana do podróży. Jednak mocna głowa Bharriga budziła respekt nawet jak na krasnoluda (którym zdarzało mu się już dotrzymywać kroku w piciu), wężowy jad wydawał się w ogóle na niego nie działać. Chrapanie druida nie przeszkadzało tak bardzo Kargarowi w zaśnięciu, nauczył się zasypiać w znacznie gorszych warunkach niż wygodne łózko w całkiem przyzwoitej karczmie.

Szkoda tylko że kmiotki w karczmie niewiele wiedziały o starej smoczycy, poza tym że straszna i ogniem zieje, jak to czerwone smoki miały w zwyczaju. Jeden kupiec lubiący słuchać własnego głosu pochwalił się, że słyszał historię od babki, jak jej rodzinna wioska została spalona przez smoka, choć nie było nawet do końca wiadomo czy była to Shorlail czy inna gadzina. Rozczarowany, że niewiele się dowiedział (naprawdę nie chciał aby jego nowa drużyna skończyła jak poprzednia, w tym biedna Alyssa, z którą spędził wiele upojnych chwil a przed zgubą nie uratował) poszedł w końcu spać.

Droga pierwszego dnia wyprawy była spokojna, udało się też załatwić konie od burmistrz, przynajmniej tyle dobrego. Kiedy pierwszy raz zobaczył dziwnego stwora towarzyszącego gnomom, instynktownie skierował dłoń ku rękojeści miecza, jednak szybko mu wyjaśniano że było to zwierzę z południa, udomowione przez gnomy i niegroźne pomimo rozmiaru. Mimo wszystko od czasu do czasu nieufnie łypał okiem na tego całego "słonia".

Kiedy gnomy zaczęły oferować wszelkiego rodzaju towary, zastanowił się czy jest coś czego potrzebuje.

-Książki mówicie, macie coś o smokach? Podobno niedaleko jest leże starożytnej czerwonej smoczycy, czy podążacie z tego kierunku, słyszeliście coś na jej temat?

 

Ostatnio edytowane przez Lord Melkor : 09-06-2021 o 23:12.
Lord Melkor jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Odpowiedz



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 13:44.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168