Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - DnD
Zarejestruj się Użytkownicy

Sesje RPG - DnD Wybierz się w podróż poprzez Multiwersum, gdzie krzyżują się różne światy i plany istnienia. Stań się jednym z podróżników przemierzającym ścieżki magii, lochów i smoków. Wejdź w bogaty świat D&D i zapomnij o rzeczywistości...


Odpowiedz
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 12-10-2021, 03:34   #1
Aro
 
Aro's Avatar
 
[Pathfinder +18] Wolność i Swoboda



5 Lamashan 4708 AR
Wolna Przystań


Błonie zakwitły. Nie dosłownie, rzecz jasna, wszak kończące się lato i coraz to bardziej obecna jesień układały do snu i hibernacji szeroko pojętą florę. Nie, Błonie pod Wolną Przystanią zakwitły namiotami, wozami i taborami przyjezdnych, ściągających z bliższej i dalszej okolicy na Święto Piwa. Obszerna łąka rozciągająca się od miejskich murów po Żabi Staw mieniła się niczym kalejdoskop - za dnia kolorowymi barwami namiotów i rozciągniętych baldachimów, nocą paleniskami i ogniskami.

Wolna Przystań, jak co roku, pękała w szwach przez cały tydzień poświęcony świętowaniu przemijającego lata i zakończenia żniw. Festiwal, zrodzony z tradycyjnego święta kościoła Caydena Caileana, z biegiem lat przerodził się w długoletnią tradycję północnego Międzyrzecza, na który ściągały tłumy. Wełniano-lniane podgrodzie, które wyrastało na tą okazję pod Przystanią uchodzić mogło za kosmopolityczną ostoję Rzecznych Królestw - nie brakowało karawan z dalekich stron, oferujących egzotyczną rozrywkę i atrakcje.


Prym w egzotyce tego roku wiedli derwisze Wiecznego Płomienia, zmierzający do odległego Mendevu z równie odległej Qadiry. Rycerze i paladyni zatrzymywali się w Przystani często, do ich widoku zdążył nawyknąć każdy kto bywał w tych stronach, ale niewielu z nich zapadało w pamięć czy rzucało się w oczy. Co innego z derwiszami! Odziani w szaty ze zwiewnych qadirańskich tkanin, z sejmitarami w dłoniach zapierali dech w piersiach pokazami swego tradycyjnego tańca. Zachwycali płynnymi ruchami, hipnotyzowali stalowymi esami i floresami.

Nie brakowało też rzeczy o wiele bardziej znajomych w tych stronach. Mimo że bardziej przyziemne od tańców ku czci Kwiata Jutrzenki, niczym im nie ustępowały w bawieniu gawiedzi. Ba!, można było odważyć się o stwierdzenie że górowały w tej kwestii. Znane, swojskie - nie traciły na popularności i uroku; zwłaszcza piwo, od którego w końcu Święto brało swą nazwę. Złoty trunek lał się w wielkich ilościach i rauszowej radości nie było końca. Na Błoniach nie brakowało miejsc oferujących kufel w przystępnych cenach, lecz największe oblężenie przeżywało - jakżeby inaczej - stanowisko kultu Caydena Caileana. Im bliżej białego namiotu akolitów Pijanego Farciarza, tym bliżej tłumów i brzęczących denarów - toteż nie było się co dziwić, że to właśnie w tej części Błoni dominowały trunki i ich handlarze. Była pitaxańska karawana oferująca tamtejsze wina, były tutejsze miody pitne, była niziołcza wypalanka, były i domowe samogony czy bimbry. Czego dusza zapragnie.

Było i jadło, wszak na pusty żołądek pić nie wypadało. Królowały mięsiwa, od świniny zaczynając, poprzez kaczki i kurczaki, na dziczyźnie kończąc. Nie brakowało również podstaw międzyrzecznej diety - ryb wszelakich. Wszystko to w dobrze znanych wydaniach - smażone, pieczone, wędzone, duszone. Gospodynie z kolei dumnie prezentowały wypieki w postaci pajd chleba, ciast, owocowych placków, ciastek , słodkich bułeczek czy pączków w maśle. Biesiadna część Błoni rozbrzmiewała radosnymi rozmowami i mlaskaniem, otaczając okolicę kulinarnymi zapachami.

Szło i zaspokoić głód wrażeń. Ostatni dzień Święta był głównie dniem zawodów i konkursów, będąc polem do popisów i szybkiego zarobku. Wzniesiona drewniana platforma była miejscem walk na pięści, gdzie brylowali wojownicy i najemnicy wszelacy. Słomiane tarcze pod murami z wymalowanymi kręgami były domeną łuczników, a nieco dalej od nich odbywać miały się zawody w pływaniu. Miał być i wyścig konny, którego trasa wyznaczona była przez błękitne chorągiewki od bramy, wzdłuż gościńca i wokół Żabiego Stawu. Chętnych na te rozrywki nie brakowało, bo i pękate sakiewki będące nagrodami nie rosły na drzewach.

Świętowanie nie ograniczało się jednak jedynie do namiotowego podgrodzia. Owszem, w obrębie murów miejskich było nieco ciszej i spokojniej, ale działo się i tam. Ogród otaczający Marmurowy Dom przyciągał do siebie artystycznie nastawionych - tańcom, śpiewom i występom nie było końca. Trupa artystów z Pitax pod auspicjami Talli Sylmoir szykowała się do przedstawienia “Rzecznego Gambitu”, autorskiej komedii, a grupa akrobatów i brevoyańskich mieczników bawiła gawiedź swoimi występami w międzyczasie. Występy amatorów poezji i śpiewu cieszyły nieco mniej, ale calistriański kościół nie dyskryminował gdy chodziło o sztukę. Wszak każdy kiedyś zaczynał.

W “Białej Czapli” ciężko było znaleźć równie wykwintne rozrywki, co w Marmurowym Domu, ale taki był urok portowej okolicy. Tutaj królowało siłowanie się na rękę, kości czy gry karciane. Klientela “Czapli” była w końcu bardziej pospolita, to i stawiano na prostotę. Gospodarz w osobie Malcolma Caileana ubarwiał jednak otoczenie, snując zasłyszane przez lata opowieści i pełniąc zaszczytną funkcję naczelnego gawędziarza Przystani.

Wszystko to działo się pod czujnym spojrzeniem Gwardii, wspieranej przez najętą ulfeńską kompanię i milańskie Wolne Bractwo. Mimo przelewanego alkoholu, interwencje stróżów prawa i porządku były rzadkością. Święto Piwa było odskocznią od szarej rzeczywistości, dając szansę na beztroską zabawę przed zbliżającą się coraz bardziej jesienią, a później zimą. Długie noce, szare dni i zimne deszcze były tuż za rogiem, a rzeczywistość już szykowała się na powrót do życia. Nikt nie chciał przyspieszać tego procesu, woląc oddać się zabawie i swawolom.

Nawet wieści o zaginionej czarodziejce i ogłoszenia wywieszone z ramienia Towarzystwa Pionierów nie psuły nastrojów.


***


POSZUKIWANI NAJEMNICY

Towarzystwo Pionierów z Hajoth Hakados poszukuje doświadczonych najemników do pracy od zaraz. Zlecenie obejmuje wyprawę na północne wzgórza w kierunku Masywu Brethlendzkiego w celu odnalezienia zaginionej ekspedycji badawczej. Wynagrodzenie wynosi sześćset denarów ostrzogrodzkich.

Przedstawiciel Towarzystwa Pionierów, Aurelius Siwobrody, przyjmować będzie ochotników na Barbakanie od piątego dnia Lamashanu poczynając.

Kasimir Ventoff, Pierwszy Kapitan
Towarzystwa Pionierów w Hajoth Hakados



***


Aurelius był w parszywym nastroju. Złorzeczeń i wiązanek pod kierunkiem Kapitana Ventoffa przewinęło się przez jego myśli wiele odkąd przyszło mu opuścić Hajoth Hakados. Przywykł na stare lata do wygód życia w mieście, obierając siedzący tryb życia i pracy. Należało mu się! Wiernie służył Towarzystwu przez długie dekady, asystował i uczył rekrutów, przedzierał się przez zapomniane ruiny, wertował stare zakurzone tomiszcza. Tak mu się teraz odwdzięczali - zesłaniem na prowincję.

Mężczyzna przysiadł w fotelu, wyciągając nogi w stronę mile grzejącego kominka. Kości bolały od dnia spędzonego w podróży. Przynajmniej pokój oraz gabinet zapewniony mu przez Radę na Barbakanie były przyjemnym zaskoczeniem. Nie spodziewał się luksusów, w końcu byli na Międzyrzeczu, ale najwidoczniej wygoda szła tutaj ręka w rękę z prostotą. Gdyby nie obowiązki i wrodzony profesjonalizm Aurelius najchętniej ułożyłby się do snu, ale zamiast tego zajął się przygotowaniem oddanego mu kantorka na parterze.

Biurko stojące pośrodku gabinetu było czyste, jeśli nie liczyć rozwiniętej nań mapy północnego Międzyrzecza - mapy dość przedawnionej, bo jeszcze figurowało na niej martwe już Księstwo Grelańskie. Za to regał i stolik po drugiej stronie pokoju uginały się pod ciężarem grubych woluminów, starych ksiąg i piramidy zwojów - materiałów, które jeszcze nie tak dawno pomogły w pracach badawczych Aureliusa i Fiony. Ekspedycja elfki miała być triumfalnym zwieńczeniem długich miesięcy spędzonych nad papierami. Miała...

Wyszło, jak wyszło. Aurelius starał się nie martwić nagłym zniknięciem Pionierki, ale marnie mu to wychodziło. Ucichły magiczne wiadomości, a zaklęcia sondujące nie dawały nic, a nic. Niebezpieczeństwo było wpisane w ich zawód, ale żeby czarodziejka pokroju Fiony zniknęła z dnia na dzień na jakimś wygwizdowie? Aurelius stronił od teorii spiskowych i niepotrzebnego gdybania, ale gdyby ktoś go zapytał, wskazałby Technoligę. Nikt inny w tych stronach nie obrałby sobie za cel elfiej magiczki z pokaźną obstawą.

Późne popołudnie przeszło we wczesny wieczór, gdy młody Gwardzista zjawił się w aureliusowym gabinecie. Siwobrody nie spodziewał się jakiegokolwiek odzewu tak prędko, biorąc pod uwagę libacje towarzyszące zakończeniu Święta Plonów, ale widocznie się przeliczył. Stęknął cicho, podnosząc się z fotela i odkładając studiowanie “Finis Temporum” - traktatu o apokaliptycznych kultach - na później.

- Niech wejdą - rzucił do strażnika, siadając za biurkiem.

Drzwi skrzypnęły, wpuszczając do środka najemników.




_______________________________

Powodzenia i miłej zabawy!
 

Ostatnio edytowane przez Aro : 12-10-2021 o 03:37.
Aro jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 14-10-2021, 12:05   #2
DeDeczki i PFy
 
Sindarin's Avatar
 
Dzień był ciepły i bezwietrzny, tak jakby lato postanowiło na pożegnanie umilić Święto Piwa wszystkim odwiedzającym. Ganorsk z lubością grzał twarz w promieniach słońca, powolnym krokiem przechadzając się pomiędzy świętującymi. Nie była to jego pierwsza wizyta w Wolnej Przystani o tej porze roku – miał okazję widzieć festiwal parę lat wcześniej, kiedy jako podrostek towarzyszył swojemu mentorowi. Wtedy to miejsce wydawało się trochę straszne: dziwni, nieznani ludzie i nieludzie, natłok obcych zapachów i dźwięków, a do tego silna ręka szamana zaciskająca się na jego ramieniu i te słowa „nie ufaj nikomu, najlepsze, czego możesz oczekiwać po obcych, to że spróbują cię oszukać i okraść”. Ale teraz był sam, nie licząc Urska, i nie był już zlęknionym dzieciakiem. Uczestnicy festiwalu byli intrygujący, zapachy nęciły, dźwięki przyjemnie trącały ucho, a kobiety…
~Przestań! Nie rozpraszaj się, oni tylko na to czekają!~
Ganorsk pokręcił głową, i podrapał Urska za uchem, by się uspokoić. Potężny wilk o szarym umaszczeniu, ubrany w skórzany pancerz, oparł się o niego i spojrzał do góry, dodając wieszczowi otuchy. Normalnie próbowałby go polizać, ale skórzany kaganiec to utrudniał – mieszkańcy Przystani nie mieli problemów z jego obecnością, ale ochrona festiwalu grzecznie poprosiła o założenie go, by nie wystraszyć nieprzyzwyczajonych gości. Półork spojrzał na swojego towarzysza i uśmiechnął się lekko.
- Dostaniesz porządny kawał mięcha, obiecuję. I parę świńskich uszu do żucia. A teraz chodźmy, napijemy się a potem poszukamy Willena - powiedział, po czym kierując się nosem ruszył w stronę najbliższego stoiska z alkoholem. Po spróbowaniu wina po raz pierwszy stwierdził, że jednak piwo bardziej mu odpowiada – usiał pod ścianą wozu na uboczu z kuflem w jednej i kawałem wieprzowej nogi w drugiej dłoni. Wilk siedział obok, chłepcząc własne piwo z miski i dostając skrawki mięsa, mieszczące się w otworach kagańca. W końcu chwila spokoju i samotności… Nie minęła nawet połowa kufla, gdy z tłumu wyłonił się gnom, którego szukali. Zdziwienie szybko zniknęło z twarzy Willena, i po krótkiej wymianie uprzejmości sięgnął po notes i zaczął pytać o Szare Maski, ich historię i tradycję. ~Nic mu nie mów! Zniszczy plemię tą wiedzą!~ Ganorsk odpowiadał powoli, samemu z trudem przypominając sobie nauki Hurduga – nigdy nie przykładał do nich zbyt wielkiej wagi… Na szczęście w końcu z pomocą przyszło mu piwo, które nie wiadomo kiedy zniknęło z kufla.
- Wybacz, ale skończył mi się wzmacniacz pamięci – powiedział z uśmiechem, potrząsając pustym naczyniem i wstając - Przejrzyj swoje notatki, a ja wrócę za chwi… - nie zdążył dokończyć, gdy nagły powiew wiatru rzucił w twarz jakimś kawałek papieru. Półork zerwał go z twarzy i przeczytał szybko. Zaginieni badacze, a dzień bezwietrzny…
- Mała poprawka, mogę wrócić trochę później. Ursk, idziemy – powiedział, uściskając dłoń gnoma na pożegnanie i bezzwłocznie ruszając do Barbakanu.

***

Ganorsk oparł się o ścianę i czekał na to, aż pozwolą im wejść do biura jego potencjalnego pracodawcy. Robił zdecydowanie imponujące wrażenie – był szaroskórym półorkiem mierzącym prawie dwa metry wzrostu, a sylwetkę miał równie umięśnioną co doświadczeni wojownicy, chociaż widać było, że jest jeszcze bardzo młody. Odkryte ramiona, szyję, twarz, a nawet masywne kły pokryte miał plemiennymi tatuażami o zawiłych wzorach – sprawiał wrażenie groźnego, ale jednocześnie w pewien sposób pociągającego, z błyskiem w intensywnie zielonych oczach. Ubrany był w łuskową zbroję, niezbyt dobrze dopasowaną, jakby sama była starsza od tego, który ją nosił. U pasa nosił też szarą, gładką maskę bez żadnych ozdób i cech szczególnych.
Wieszcz spojrzał na obecne w pomieszczeniu osoby, uśmiechnął się i pow…
~Nie odwracaj się do nich plecami! Na pewno się śmieją, jeśli nie szykują akurat noży!~
Zamilkł zanim jakiekolwiek słowo opuściło jego usta, głaszcząc po głowie siedzącego grzecznie obok wilka. Nie musieli czekać długo, kiedy drzwi się otworzyły i wpuszczono ich do środa. Półork rozejrzał się szybko, ignorując głosy krzyczące o niebezpieczeństwo, i ukłonił się uprzejmie.
- Dobry wieczór. Jestem Ganorsk z plemienia Szarych Masek, szaman - przedstawił się, a jego sposób wypowiadania się zdecydowanie nie pasował do nieco dzikiego wyglądu - Chcę dołączyć do wyprawy poszukiwawczej. Dobrze walczę w zwarciu i władam magią - dodał pewnym, wręcz nieco wyzywającym tonem.
 
Sindarin jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 16-10-2021, 00:25   #3
 
Asderuki's Avatar
 

Perlisty śmiech raz po raz przebijał się ponad wrzawą panującą w Białej czapli. Stali bywalcy uśmiechali się do siebie słysząc radość. Ktoś kogoś szturchał i kiwał głową wskazując siedzącą na ławie kobietę z bujnymi kasztanowymi włosami, która ze śmiechu musiała się wesprzeć na siedzącym obok młodzieńcu. Kucharka wyszła na salę zabawić się tym razem wraz z gawiedzią. Bard opowiadał anegdoty z niewyszukanymi żartami nie pozwalając jej złapać oddechu. Zabawę przerwało wołanie zza lady.
- Berenika! - ledwo przebiło się przez gwar.
- Idę! - odkrzyknęła kobieta po tym jak udało jej się złapać oddech. Młodzieńca zostawiła z całusem na policzku i jej kuflem piwa. Kilka osób pokręciło głową z niedowierzaniem, a młodzieniec odprowadził spojrzeniem nieco chwiejnie idącą kucharkę.

- Mam coś co cię zainteresuje - kapłan Caydena Caliana podał Berenice karteczkę z ogłoszeniem. Kobieta chwilę wpatrywała się nim jej spojrzenie skoncentrowało się w końcu na literkach. Twarz jej się rozpromieniła i z ekscytacją spojrzała na kapłana. Zaraz potem mina jej zrzedła.
- To dzisiaj - sapnęła w panice i naraz rzuciła się na zaplecze zbierając w pośpiechu swoje rzeczy. Ilość alkoholu w żyłach nie pomagała i rudowłosa kilkukrotnie uderzyła się głową o wystające meble. Ocierając guzy wybiegła na ulicę gnając w wyznaczone miejsce.

***

- Dobry - doszło do grupki osób, która czekała pod drzwiami. Rudowłosa oparła się o ścianę aby złapać oddech i równowagę. Niepewnie uśmiechnęła się do wielkoluda i pozostałych. Była chudą i drobną ludzką kobietą z burzą włosów. Ubrana była w prosty strój podróżniczy ozdobiony wyszytymi kwiatami i łatany wielokrotnie. Spod podwiniętych rękawów widać było mocniej owłosione przedramiona niż można było się spodziewać po kobiecie. Bladozielone oczy obecnie mętnawo spływały po sylwetce każdego z obecnych. Strażnik został pozdrowiony kolejnym uśmiechem i niepewnym gestem dłoni.

Gdy wszyscy weszli i wielkolud się odezwał kobieta rozdziawiła na moment usta w zaskoczeniu.
- No, myślę, że my tu wszyscy w podobnej sprawie. Berenika Cwał, ja zdecydowanie nie walczę dobrze w zwarciu i coś tam umiem czarować. Najlepiej się czuję z kuszą z tyłu. Umiem gotować. - ostatnie podkreśliła dumnie ostatnie zdanie jakby to był jej największa zaleta. Tracąc na moment równowagę podparła się na moment o drugiego człowieka wśród grupki.
- A przepraszam - mruknęła - ja pójdę się oprzeć tam, dobrze? - i z tymi słowami oparła się o ścianę "biura" taka by nikomu nie przeszkadzać.
 
Asderuki jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 17-10-2021, 20:35   #4
 
psionik's Avatar
 
Koniec lata od lat miał jedną datę i jedno miejsce w Międzyrzeczu. Datę tą wyznaczał festiwal i rok rocznie Dresden przybywał w to miejsce na błoniach. Pierwszy raz gdy jako świeżo upieczony żak przyjechał pożegnać stare życie i powitać nowe w towarzystwie starszych kolegów i koleżanek. Z każdym kolejnym rokiem, każdą sesją poprawkową i ryzykiem wyrzucenia z uniwersytetu festiwal stawał się coraz większą imprezą. Picie na umór, przebieranki i własne konkursy, imprezowanie do rana, budzenie się w dziwnych miejscach obok przypadkowych dziewczyn… westchnął do własnych myśli. Teraz sytuacja wyglądała inaczej. Nie groziło mu wydalenie, uniwersytet skończył z wyróżnieniem. Nie był w grupie żaków, w chwili obecnej był sam, z tobołkiem swojego dobytku u nóg. Jedyne co się zgadzało to puste sakiewki. Wtedy nikt nie miał pieniędzy, lecz nie przeszkadzało to w zabawie. Teraz jego sakiewki były niebezpiecznie lekkie, ale to ze względu na proste zlecenie, od których musiał uciec.
Jeśli jest cokolwiek gorszego niż nawał pracy, to jest to praca poniżej swoich kompetencji.

Westchnął ostatni raz, zarzucił tobołek na plecy i z uśmiechem przekroczył prowizoryczną bramę festiwalu.


* * *

Wystarczyło kilka godzin i dwa litrowe kufle piwa by Dresden odnalazł się na polu namiotowym przy dużym dębowym stole, gdzie razem z czterema innymi graczami rozgrywali turniej lokalnej odmiany pokera. Dwójka podchmielonych żaków nie liczyła się i szybko odpali, jednak byli klubowi dla rozgrywki — dostarczyli potrzebnego mu tak bardzo brzdęku monet. Trzeci z graczy, krasnoludzki knur, grubiański i hałaśliwy próbował zastraszać współgraczy, a ostatni - akolita Caydena Caileana był naprawdę wytrawnym graczem.
Po kolejnych rozdaniach krzykacz ryknął rzucając karty. Odgrażał się jeszcze, ale starsi kapłani szybko powstrzymali krewkiego awanturnika. To było święto Caydena Caileana, a on nie życzył sobie awanturowania się.
Krupier rozdał kolejną kolejkę.
- To jak, zabierasz swoje krążki i uciekasz, czy gramy dalej? - rzucił wyzywająco akolita, gdy zajrzał w swoje karty. Dresden czuł podwyższone bicie serca i lekkość swoich sakiewek. Nie był typem człowieka, który lubił rezygnować, jednak brak kasy był dla niego palącym problemem. Spojrzał na karty leżące na stole. Nie musiał sprawdzać swoich. Pamiętał je doskonale, podobnie jak wszystkie poprzednie układy. Inni mogliby nazwać to oszustwem, on nazywał to liczeniem kart. Szybko przeanalizował karty i możliwości przeciwnika. Jego pewność siebie w połączeniu z jego zachowaniem z poprzednich rozgrywek pozwoliła Cane’owi wykluczyć część kombinacji. Te, z którymi został wywołałyby uśmiech na jego twarzy, gdyby nie silna wola i doskonała kontrola ciała.
- Pytasz dzika, czy sra w lesie? - Jednym ruchem przesunął swoje monety na środek stołu. Akolita uśmiechnął się i również dorzucił swoje monety na środek.
Krupier dołożył kolejną kartę, co tylko utwierdziło Dresdena w swojej decyzji. Sługa Przypadkowego Boga również musiało to ucieszyć, bowiem aż przysiadł się bliżej. Oblizał wargi w ekscytacji.
- No to patrz! - wyłożył króla i asa -- HA! -.
Dresden westchnął rzucając karty na stół. Blotki.
- Strit kontra kolor. - ogłosił krupier. - Wygrywa Dresden.
- CO?! -
Huknął akolita, a chwilę później pokiwał głową. - No, no, Dresden. Takie zagranie. Winszuję - wyciągnął rękę. - Pieniądze są twoje, ale następna kolejka jest moja. Eric jestem.
Dresden. Dersden Cane. -


* * *

Kolejne kilka godzin później siedząc razem z Ericiem Dresden przepił już jedną piątą wygranej. Picie z akolitą nie było rozsądnym pomysłem dla stanu jego sakiewki, jednak festyn to festyn, a Biała Czapla była tym miejscem, na które jego żakowa kieszeń była zbyt lekka, toteż tym chętniej korzystał z jego uroków. Już wcześniej jego czujny, choć coraz bardziej mętny wzrok wyłapał uśmiechniętą rudowłosą dziewczynę, ale dopiero jak Erik zawołał ją, Dresden mógł się lepiej przyjrzeć rudowłosej piękności.
- Nie przedstawisz nas? - spytał gdy ten dał dziewczynie wiadomość.
- Ach, mea culpa. Berenika, Dresden, Dresden, Berenika. - Cane wstał i przywitał się z podchmieloną, ale nadal atrakcyjną dziewczyną. Mocny zapach alkoholu odrzucał go jednak od dziewczyny. Pożegnali się szybko, a Dresden podpytał swojego kompana o dziewczynę.

Gdy wychodzili z Czapli jakiś czas później, śledczy wpadł prosto w biust wysokiej ulfeńskiej najemniczki.
- Najmocniej psz… przepraszam. - odezwał się teatralnie kłaniając się, co chyba tylko jeszcze bardziej podjuszyło dziewczynę. Warknęła coś, jednak Dresden rozbroił ją szybko czarującym uśmiechem i zakładem. Dziewczyna startowała w turnieju łuczniczym i Cane postanowił również wystartować i wygrać jej główną nagrodę.
Cóż. Nie wygrał. W zasadzie to zajął ostatnie miejsce, ale jego radosna postawa sprawiła, że uśmiech zwycięstwa i pogardy najemniczki zamienił się w serdeczny uśmiech, a szczere gratulacje w ciepły uścisk.
Obiecali spotkać się wieczorem pod główną sceną, by uczcić jej zwycięstwo. Do tego czasu jednak mężczyzna musiał załatwić jeszcze jedną rzecz. Ta ulotka, którą miał Eric - widać, że ktoś potrzebował dedektywa do rozwiązania zagadki zaginięcia ludzi, a kto jak kto, ale najlepszy detektyw Ostrzogrodu nadawał się do tego doskonale.

* * *

Gdy wszedł do przedsionka biura, w którym miał przyjmować Aurelius, nie zauważył jeszcze Bereniki, za to pod ścianą stał inny śmiałek, półork, wraz ze swoim wilczym towarzyszem.
Dresden skłonił lekko głowę na powitanie. Nie umknął jego uwadze ani źle dopasowany pancerz, ani maska przy pasie, ani inne szczegóły wyglądu półorka, które lepiej niż słowa opisywały mężczyznę.
Dla kontrastu, Dresden był średniego wzrostu i przeciętnej budowy ciała mężczyzną dobijającym trzydziestki. Miał gęste kasztanowe włosy lekko opadające na skronie, gęste, grube brwi spod których spoglądała para dociekliwych, piwnych oczu. Nie za duży nos, pełne usta okalane wąsem i brodą dodawały mu tylko powagi.
Ubrany był w lekki, podróżny, skórzany pancerz z wygotowanej, utwardzanej skóry zabarwionej na ciemno-szaro na który zarzucony piał płaszcz z wysokim kołnierzem postawionym na sztorc i rękawami, w których nie raz z łatwością ukrywał drobne przedmioty. Reszty ubioru dopełniały wygodne podróżne spodnie takiegoż koloru i szerokie dość drogie, choć mającej dobrych kilka lat, skórzane buty z cholewami. Przy pasie luźno zwisało wąskie ostrze rapiera.

Mężczyzna zdjął plecak zostawiając go pod ścianą.
- Cześć, jestem Dresden - zagadał do półorka. Rezerwę wyczuł z miejsca i spróbował ją przełamać. Półork patrzył na niego przez sekundę, po czym uśmiechnął się szczerze.
- Gorsnak, miło poznać - odpowiedział, wyciągając do niego potężną prawicę. Panowie zamienili jeszcze kilka zdań zanim w drzwiach nie pojawiła się Berenika, z którą widział się w Czapli, oraz ostatni gość i odczekawszy jeszcze chwilkę, w której Cane przyglądał się miejscu i osobach, które odpowiedziały na apel.

- Dresden Cane, detektyw z Ostrzogrodu - przedstawił się łapiąc tracąca równowagę Berenikę.
 

Ostatnio edytowane przez psionik : 17-10-2021 o 22:40.
psionik jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 18-10-2021, 08:35   #5
 
sieneq's Avatar
 
Pasterz Kozodój stał wpatrzony w mrok nocy, dumając, co też mogło zaniepokoić jego zwierzęta. Te, stłoczone w ciasnej zagrodzie, wierciły się i przytupywały nerwowo, jak jedno obróciwszy głowy w stronę nadrzecznych łąk. Wtem w oddali zamigotało błękitne światło, niby poświata odległej burzy. Na mgnienie oka rozświetliło linię drzew po czym równie raptownie zgasło. Kozodój przez długą jeszcze chwilę wbijał wzrok w ciemność, mrucząc coś pod nosem. Jako, że nic już się nie pokazało, a i kozy w zagrodzie jakby się uspokoiły, obrócił się w końcu na pięcie, splunął przez lewe ramię, wykręcając jednocześnie dłoń w geście mającym odpędzić nocne zmory i paskudy, po czym, stękając, wpełzł pod dach splecionego z gałęzi szałasu, skąd chwilę później dobiegło charkotliwe chrapanie.

***

Temujin otworzył oczy. I niemal natychmiast je zamknął, oślepiony blaskiem słońca. W głowie mu wirowało. Wypływające z zakamarków pamięci obrazy - wijący się dziko tunel, o niesamowitej sinej barwy powierzchni, poprzecinanej jarzącymi się błękitem żyłami; tunel, którym on sam spadał szaleńczo w niezgłębioną otchłań - przyprawiały o mdłości. Aby je odgonić, ponownie rozwarł powieki, starając się ignorować promienie słońca, które zdawały się wypalać oczy i mózg. Powoli, bardzo powoli uniósł się na łokciu i spróbował rozejrzeć. Świat wokół rozmywał się w białe i szare plamy na tle zieleni. Temujin poprawił na nosie okrągłe szkła, osadzone w drucianych oprawkach i kilkakrotnie zamrugał, z wolna odzyskując ostrość widzenia. Wokoło, na łące, pasły się kozy. Jedna z nich właśnie zabierała się za skubanie pasków skórzanego plecaka, leżącego obok w trawie.
- Won, ty, by cię zaraza! - wychrypiał i zamachał ręką, starając się równocześnie podnieść na nogi. Koza obróciła na niego spojrzenie złocistych oczu o wąskich, poziomych źrenicach i z powolną godnością odeszła.
Na skraju łąki Temujin dostrzegł postać odzianą w szare wełniane spodnie i koszulę - zapewne był to pasterz pilnujący owych kóz. Z wolna wyprostował się na nogach i chwiejnym krokiem powoli ruszył ku niemu.
Heej! - zawołał, widząc, że człowiek wykonał ruch, jakby chciał odwrócić się i czmychnąć. - Zaczekaj! Stój!
Okrzyknięty zawahał się i zadreptał niepewnie. Widocznie jednak uznał, że kuśtykający wolno nieznajomy, o wzroście ledwie sięgającym trzech stop, o potarganych i sterczących jak badyle, kasztanowo szarych włosach, odziany w rozchełstany kaftan barwy piasku nie jest zagrożeniem, bo pozostał na miejscu.
- Do brzegu morza, w którą stronę? Daleko? - zapytał gnom, zatrzymując się przed mężczyzną i zadzierając głowę, jako że ten wyższy był o dobre dwa łokcie.
Pastuch rozdziawił tylko usta.
- Do morza. Daleko? - w głosie pytającego pobrzmiewało rozdrażnienie.
- Morza, panie? Ni mo tu takiego miasta ni wsi. - odpowiedział mężczyzna wybałuszając nierozumiejące oczy.
Temujin potrząsnął głową.
- Mo-rze. Wieeelka woda. - zatoczył szeroki krąg ramionami. - Brzeg szeeeroooki, cały z piachu usypany. A drugiego nie widać.
- Wielka woda? - Jego rozmówca poskrobał się brudnymi paluchami po czuprynie. - Ni mo tu takiej. Ino rzeka. A brzeg sitowiem i krzami zarosły. Ot tam - machnął ręką w stronę widocznej w oddali linii krzaków.
- Rzee...ka? - Tym razem to oczy Temujina rozszerzyły się za okularami. - Co to za miejsce? Gdzie ja jestem?
- Na... łące, panie. Ja tu kozy pasam.
- Temujin, czując narastający niepokój, za którym chyba tuż, tuż nadbiegala panika, wyprostował się na całą swoją wysokość i chwyciwszy w garść koszulę rozmówcy, wrzasnął - W jakim kraju, pytam! Krainie?! Królestwie?
- To… to... Rzeczne Królestwo, panie... - wyszeptał pastuch, uginając się lekko pod uwieszonym u koszuli ciężarem.
Tenujin puścił go i cofnął o dwa kroki. Powoli obracał głowę, lustrując krajobraz, a w głowie przywołując obraz mapy, którą nie raz oglądał w domu mistrza Merwina w Katapesh.
- Rzeczne Królestwo... mruknął do siebie. - A żeby to zaraza!
- Wybacz, dobry człowieku. - zwrócił się do skołowanego pasterza i uśmiechnął krzywo. - Trafiłem nie tam gdzie chciałem. No nic, trzeba będzie wrócić. - mruknął pod nosem, po czym sięgnął w wycięcie kubraka - Mam tu... - urwał, gdy ręka nie napotkała znajomego kształtu.
Pastuch zamarł nieruchomo z wybałuszonymi oczami, patrząc jak stojąca przed nim postać klepie się dłońmi po całym ciele, zdziera z grzbietu i wywraca na lewą stronę kubrak, po czym, wymachując trzymanym w dłoni urwanym kawałkiem rzemienia biegnie przez łąkę, rozpędzając kozy i wrzeszcząc Kryształ! Gdzie jest kryształ!?

***

Temujin siedział na trawie, smętnie spoglądając na walające się wokół części ekwipunku, które w szaleńczym poszukiwaniu zagubionego kryształu, porozrzucał wokoło. Pomimo, że metr po metrze przeczesał wystrzyżoną zębami kóz trawę, okoliczne kępy krzaków a nawet rozgrzebał rękami kilka krecich kopców, poszukiwania nie przyniosły efektu. Kryształ, "wypożyczony" przez Temujina pod nieobecność jego mentora, zdawał się bezpowrotnie stracony - a wraz z nim możliwość otwarcia portalu, który mógłby sprowadzić go z powrotem do domu.
Jakby to powiedział mistrz Merwin - "przereagowało, no i się zesrało" - mruknął pod nosem, przywołując jedno z powiedzonek, którym nauczyciel zwykł był kwitować trudne początki swojego ucznia na polu alchemii. Wzrok Temujina mimowolnie powędrował ku bliznom, które wiły się po odsłoniętej skórze prawego przedramienia i niknęły gdzieś wysoko pod rękawem tuniki.
Z westchnieniem sięgnął po butelkę wina i pociągnął z niej kilka solidnych łyków. Mrużąc oczy popatrzył w Słońce, które przebyło już połowę drogi po nieboskłonie i otarł pot z czoła. Czas uciekał, coś trzeba było przedsięwziąć. Na szczęście siły zaczęły mu wracać. Zaczął pakować plecak, układając w nim starannie swoje skromne wyposażenie. Ostrożnie umieścił pośród ubrań spoczywające w słomianych koszyczkach flaszki z miksturami i filcową torbę, w której spoczywała bursztynowa kula rozmiaru dwóch solidnych pięści. Całość okrył zrolowanym kocem i zapiął brązowe klamry plecaka. Zarzucił go na ramiona, podniósł z ziemi okuty pięciostopowy kij i ruszył w kierunku pasterza, wylegującego się na trawie pomiędzy kozami.
- Dobry człowieku - rzekł do leżącego, wygrzebując z sakiewki drobną monetę - wskaż mi drogę do najbliższego miasta.
Do siebie zaś szepnął: Może jutro będzie lepszy dzień?

***

Nie. Następny dzień nie był lepszy. W każdym razie nie na początku.
Do Wolnej Przystani przybył już dobrze po północy. Pomimo późnej - czy może lepszym określeniem byłoby: wczesnej pory - miasteczko tętniło gwarem i zabawą. Na błoniach płonęły ogniska, wokół których krążyły korowody tańczących, po wąskich ulicach wałęsały się rozochocone grupki i pojedynczy amatorzy piwa i zabawy. Temujin, który w innej sytuacji nie stronił by od rozrywki i nie pogardził kuflem pienistego napoju, tym razem myślał jedynie o zacisznym i miękkim łóżku. Co, jak się okazało, musiało pozostać w sferze marzeń. Za zbójecką cenę ledwie udało się zdobyć ciasny kąt, w którym, z głową wspartą na plecaku i kocem naciągniętym na uszy jakoś dotrwał do rana.

Rozpoczęte następnego ranka poszukiwania sposobu na uzupełnienie zawartości w znacznej mierze opróżnionego trzosu spełzły na niczym. Jak się dowiedział, mieścina miała swojego alchemika, co raczej wykluczało wejście na miejscowy rynek mikstur.

Ostatnia, nieco desperacka próba wykorzystania swojego talentu poprzez danie iluzjonistycznego pokazu dla gawiedzi, okupującej plac przed okazałą kamienicą, nazywaną przez miejscowych Marmurowym Domem, również nie przyniosła pomyślnych rezultatów. Iluzyjny głos, którym Temujin usiłował zwabić do siebie widzów (postanowił bowiem nie zniżać się do zdzierania gardła jak jakiś uliczny przekupień) ginął w ulicznym harmidrze i rechocie gawiedzi obserwującej komediantów, wystawiających na podwyższonej scenie jakąś hałaśliwą sztukę. Iluzje Temujina podziwiała publiczność, składająca się jedynie z kilkorga umorusanych dzieciaków. Ostatnim numerem - gwoździem jego programu - miały być "płonące dłonie". Niestety, ziściły się obawy, pomimo których zdecydował się go pokazać. Widmowe płomienie, które otoczyły jego dłonie wywarły co prawda wrażenie na widzach, jednak przywołały równocześnie niewymownie przykre wspomnienia oraz swędzenie blizn na przedramieniu skutecznie rozproszyły koncentrację i iluzyjny ogień zgasł znacznie szybciej, niż Temujin by sobie tego życzył.
Pomimo uczucia porażki, pomny maksymy zasłyszanej od pary znajomych bardów "szanuj swoją publiczność, jaka by nie była", ukłonił się dwornie i wyszczerzył zęby w uśmiechu. Publiczność, trzeba przyznać, potrafiła się zachować i pod stopy Temujina pofrunął grad drobnych przedmiotów: zaśniedziały miedziak, kasztan, kolorowe kamyki, jabłko, nadgryziona rzepa, czaszka jakiegoś gryzonia oraz figurka ptaka złożona z kartki papieru. To ostatnie znalezisko przykuło jego uwagę. Podniósł i ostrożnie rozprostował postrzępiony arkusz papieru, opatrzony licznymi odciskami drobnych, brudnych palców. Słowa "poszukiwani najemnicy", "zaginiona ekspedycja", "wynagrodzenie" sprawiły, że serce Temujina zaczęło uderzać mocniej. ~To jest właśnie twoja szansa. - przemknęło mu przez głowę.

Popołudnie poświęcił na uzupełnienie ekwipunku oraz na ćwiczenia z nowo nabytą procą. W dzieciństwie radził sobie z tego rodzaju "bronią" całkiem dobrze, jednak przez lata wyszedł z wprawy i dopiero po kilku godzinach ćwiczeń (i wprowadzeniu kilku drobnych ulepszeń) ołowiane kulki zaczęły w miarę regularnie trafiać w stary garnek, który, ustawiony na kołku, służył mu jako cel.

Gdy słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, skierował swe kroki do Barbakanu. Ulice, niedawno jeszcze tak ludne i gwarne, opustoszały. Zbliżając się do bramy prowadzącej poza wysokie ceglane mury, z daleka spostrzegł inne postacie, które, jak ocenił, przybyły w tym samym celu. Przyspieszył kroku, widząc gwardzistę gestem zapraszającego oczekujących do wnętrza budynku.
Dołączywszy, lekko zdyszany podążył za grupą aż do kolejnych drzwi, prowadzących do gabinetu. Obecny w nim siwobrody mężczyzna lustrował każdego z przybyłych przenikliwym spojrzeniem. Temujin, gdy nadeszła jego kolej, skłonił się lekko i siląc się na spokój, a nawet próbując nadać głosowi nonszelanckie brzmienie, rzekł:
-Temujin Padraxis, do usług. Biegły w szlachetnych sztukach iluzji i alchemii.
 

Ostatnio edytowane przez sieneq : 18-10-2021 o 22:06.
sieneq jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 19-10-2021, 11:52   #6
 
Balzamoon's Avatar
 
Maakor wyszedł z domu w którym mieszkała Samaya której właśnie przekazał pergamin. Prośba przyjaciela została spełniona teraz był czas na... ucieczkę. Wolna Przystań była największym miastem jakie w życiu widział. I to co zobaczył, poczuł lub usłyszał nie podobało mu się. Po pierwsze wszędzie było mnóstwo ludzi, pół-ludzi i nie-ludzi. Nie żeby miał coś przeciwko czyjemukolwiek pochodzeniu, po prostu było ich ZA dużo. Co chwila ktoś się o niego ocierał, bądź trącał łokciem. Po drugie mieszanka zapachu niemytych ciał, odoru zawartości wylewanych nocników, zepsutego jedzenia i innych odpadków zalegających w bocznych uliczkach i zaułkach doprowadzała go niemal do wymiotów. Po trzecie hałas. Nieustający potok słów z setek ust. Jak każdy rodowity Rzeczanin doceniał Pierwszą Rzeczną Swobodę ale świąteczny nastrój w połączeniu z olbrzymią ilością piwa skutkował setkami dyskusji na tysiące tematów. Żeby oni mieli chociaż rację w tym co mówili. Undine skrzywił się gdy z karczmy obok której przechodził dobiegły go słowa o niezbywalnym i niezaprzeczalnym prawie człowieka do podbijania nowych terenów. Na prawdę miał ochotę wejść tam i przyłożyć krzykaczowi, ale przechodzące co chwilę patrole straży spowodowały że stracił do tego zapał. Jeszcze mu tego brakowało żeby go zamknęli w jakiejś klatce czy lochu.

Gdy wreszcie wydostał się poza miasto odetchnął z ulgą. Nie żeby tutaj było mniej osób, ale przynajmniej było więcej miejsca. Przechadzając się pomiędzy kramami i namiotami chłonął widoki, zapachy i dźwięki. Dzięki większej przestrzeni to wszystko nie było tak przytłaczające jak wewnątrz murów i sprawiało znacznie lepsze wrażenie. Słuchał grajków i z podziwem przyglądał się popisom połykacza ognia i tańcowi derwiszy, oklaskiwał razem z innymi żonglerów i akrobatów, spróbował kilkunastu różnych potraw, jednych tak ognistych w smaku że wycisnęły mu łzy z oczu, innych delikatnych i słodkich. Sakiewka, niezbyt pełna od samego początku, zaczęła teraz świecić pustkami. Nie przejmował się tym, jako że następnego dnia i tak miał zamiar ruszyć w okoliczne lasy, pieniądze nie były mu potrzebne. Nieco oszołomiony natłokiem wrażeń usiadł na ławie w jednym z mniejszych namiotów w których można było coś wypić. Zachęcony przez służebną dziewkę zamówił północny napitek nazywany miodem pitnym. Słodki i mocny przypadł mu do niezwykle do gustu, ale jako że cena była wysoka sączył go powoli, delektując się smakiem. Zupełnym przypadkiem usłyszał wtedy rozmowę toczącą się niedaleko.
- Żebym tak padł pod ławę po jednym kuflu jeżeli kłamię! Mówię ci że słyszałem jak o tym rozmawiały. Jutro jak się tylko Dulaffówny otworzą to na sprzedaż będą dwa komplety skórzanych pancerzy ze skóry bulette. - zarzekał się jeden z pijaczków. Niby nic, ale fakt że był na tyle pewien swego żeby złożyć przysięgę, nawet jeśli tak kiepską, dodawał wiarygodności informacji. Pancerz ze skóry bulette był wart swej ceny, Maakor widział jednego z druidów naszącego podobną ochronę. Niby tylko skóra ale twardością nie ustępująca nawet pancerzowi z metalowymi ćwiekami. Nagle pusta sakiewka zaczęła być powodem do zmartwienia. Ale, ale czy nie widział ogłoszeń o konkursach przybitych na co drugim namiotowym słupie? Nawet tutaj przy kontuarze widać było pergamin z rozpiską.
- Walki na pewno sobie daruję, strzelanie też, siłowanie na rękę i rzucanie palem też odpadają. Pływanie. Jakby stworzone dla mnie. Ciekawe czy ktoś jeszcze z pobratymców będzie startował. - zamruczał pod nosem czytając. Miał nadzieję że jeszcze zdąży, zawody w pływaniu miały się odbywać w południe, a sądząc po słońcu te było już blisko. Ruszył pośpiesznym krokiem w stronę przystani.

***

Zawody pływackie ściągnęły zadziwiająco dużą grupę widzów, jakby nie było wszyscy tutaj korzystali z darów rzeki i byli zainteresowani umiejetnościami z nimi związanymi. A może chodziło o niezwykle przystojnego pół-elfa który brał w nich udział i do którego przylgnęło wiele zachwyconych spojrzeń młodych (i nie tylko młodych) kobiet których w tłumie było zadziwiająco wiele, a który ściągał równie wiele nieprzychylnych spojrzeń mężów, ojców, matek i braci którzy tym kobietom towarzyszyli. Do wyścigu stanęło ogółem piętnastu zawodników różnych ras. Większość stanowili oczywiście ludzie, ale był też rzeczony pół-elf, dwu pół-orków i krasnolud. Ten ostatni przyciągał wiele zdziwionych spojrzeń, które zawzięcie ignorował. Zawody były proste. Co dziesięć dużych kroków do bali wbitych w dno rzeki przywiązane były barki na kórych burtach było zawieszonych piętnaście błękitnych chust. Zwycięzcą zostawał ten który zdołał pierwszy zebrać pięć chust z pięciu barek. Wydawało się to proste, ale barki stały miejscu gdzie nurt był najbystrzejszy a trzeba było płynąć pod prąd. Zawodnicy zaczęli się rozbierać. Umięśnione ciała pływaków właniające się spod ubrań wywoływały falę westchnień i cichych jęków w tłumie. Maakor zrozumiał że zwycięstwo w tym konkursie to dla wielu uczestników sprawa drugorzędna, ważniejsze było pokazanie się potencjalnym kochankom czy przyszłym partnerkom bez rozlewu krwi jaki towarzyszył walkom na pięści. Zawodnicy ustawili się na pomoście. Sędzia podniósł pałeczkę i na dźwięk gongu wszyscy wskoczyli do wody. Niemal wszyscy, krasnolud stał przez chwilę i... skoczył wprost na jednego z wynurzających się właśnie pół-orków. Obydwaj poszli pod wodę i Maakor nie widział już co się dzieje zawzięcie płynąc do pierwszej barki, chwycił szarfę i rozejrzał się. Pomimo naturalnej przewagi w wodzie nie udało mu się wyjść na prowadzenie, był w środku stawki. Ruszył do drugiej barki, ale wciąż nie mógł złapać rytmu i ku swojemu wielkiemu zdziwieniu przy drugiej barce był niemal na samym końcu. Zacisnąwszy zęby parł ku trzeciej, ale siła prądu zaczęła zbierać swoje żniwo i musiał ominąć dwu ludzi którzy pozwolili się unieść wodzie. Sięgnął po trzecią szarfę ale chybił i musiał ponownie wyskoczyć ponad wodę. Tym razem mu się udało ale opóźnienie z tym związane spowodowało że spadł na ostatnie miejsce. Co za wstyd. Wziął głęboki oddech i skierował się ku czwartemu statkowi. Czuł jak jego siły powoli się wyczerpują ale miał nadzieję że dotyczy to też innych zawodników. Ze zdobyciem czwartej szarfy poszło dobrze, teraz był czas na piątą i ostatnią. Nie przyniesie wstydu undine i nie dotrze do mety ostatni! Gniew dodał mu sił, kończyny uderzały w wodę silnie i rytmicznie, minął jedengo z zawodników zmagającego się z prądem, chwilę później kolejnego... Nawet nie wiedział kiedy dotarł do burty barki. Wyskoczył z wody niczym delfin i chwycił chustę. Do jego uszu dobiegły zaskoczone okrzyki i wrzask sędziego.
- I tak oto po niesamowitym i zupełnie niespodziewanym finiszu wygrywa zawodnik z numerem piętnaście! - rozejrzał się i ujrzał że dopiero teraz pół-ork zerwał ostatnią szarfę kończąc jako drugi.
~ Wygląda na to że jednak wygrałem. A sądziłem że to będzie takie proste. ~ pomyślał czując jak słabnie. Skierował się do brzegu by odbrać nagrodę i posiedzieć sobie trochę. Ręce i nogi miał jak z waty. Musiał trochę odpocząć, czekała go jeszcze jedna konkurencja.

***

Nie minęło dużo czasu a już stał w niewielkiej, płaskodennej łódeczce z ościeniem na plecach i wiosłem o długim trzonku w rękach. Zawody w łowieniu ryb nie przyciągały takiej uwagi jak inne, a kilka ostrogródzkich złociszy jako nagroda to nie bylo zbyt wiele. Jednak ci którzy żyli z rybołówstwa dodali inne nagrody, podobnym im warte więcej niż pieniądze. Starzy rybacy obiecali podzielić się, przy kufelku piwa oczywiście, swoimi tajemnymi przepisami na zanęty, które opracowali w ciągu wielu lat łowienia. Dla kogoś takiego jak Maakor ta wiedza była czasmi równa chodzeniu głodnym bądź nie, więc wystartował w zawodach. Każdemu ze startujących, a nie było ich wielu, miał towarzyszyć doświadczony rybak obserwujący go z brzegu, tak na wypadek gdyby ktoś miał zamiar oszukiwać. Tym razem nie było gongu, tylko machnięcię szarfą. Druid powiosłował na środek rzeki i rozejrzał się. Tam przy brzegu, w szuwarach pewnie można było coś wiekszego złowić, ale miejsce było już okupowane przez kilku konkurentów, więc była to raczej kwestia szczęścia niż umiejętności. Nieco z boku głownego nurtu też już stało dwu zawodników, ale pora dnia była raczej niezbyt odpowiednia na łowienie na głębokiej wodzie. Wzrok undine padł na bardziej oddalone szuwary pośród których widać było powalony pień drzewa. Powiosłował w tamtym kierunku walcząc z prądem. On i sędzia idący brzegiem oddalali się co raz bardziej od miasta i zgiełku.

Maakor rozejrzał się rozcierając zmęczone ramiona, to było dobre miejsce. Szuwary i kryjówka pod powalonym pniem, a jednocześnie dostatecznie blisko miasta by ucztować na wyrzucanych odpadkach. Zaczął nasłuchiwać i ku swojemu zdziwieniu nie usłyszał żadnego większego ptaka. Same drobiny które zdolne były utrzymać się na trzcinach. Jeszcze raz się rozejrzał i nie zobaczył żadnej kaczki, dzikiej gęsi ani czapli. Cokolwiek obrało sobie te szuwary za siedzibę było duże i wiecznie głodne. Przywiązał łódkę do wystającego z wody konara i rozrzucił zanętę. Stanął na łodzi z podniesionym ościeniem i zamarł w bezruchu. Słońce ogrzewało mu ramiona nieco zbyt mocno jak na jego gust, plecy dawały znać o sobie, a oścień ciążył i wzniesione ramię zacząło boleć. Zacisnął tylko zęby i czekał. Coś poruszyło muł na dnie, potężny cień przemknął spod pnia i zaatakował zanętę. Druid cisnął ościeniem. Ryba szarpnęła się i zaczęła odpływać w dół rzeki zostawiając szlak krwi w wodzie. Nie czekając ani chwili undine wyciągnął sztylet, chwycił go w zęby i trzymając w dłoni linkę przyczepioną do ościenia skoczył za zdobyczą.

Dla oglądających z brzegu wyglądało to jakby w głownym nurcie zagotowała się woda. Dwa ciała szarpały się w gwałtownych zmaganiach rozpryskując krwawą pianę na wszystkie strony. Niebieskoskóra postać trzymała się jedną ręką płetwy grzbietowej olbrzymiego suma i zadawała ciosy sztyletem trzymanym w drugiej. Wreszcie jedno z pchnięć sięgnęło skrzeli giganta i ryba zaczęła słabnąć. Po kolejnych kilku miniutach zmęczony druid zaczął holować potężne ciesko do brzegu. Kilka łódek wyruszyło z przystani by mu pomóc. Rybacy cmokali z uznaniem. Potężna ryba mierzyła ponad 2,5 metra długości i ważyła tyle co solidny ork.
- Toż to Stary Chapacz - zakrzyknął jeden z rybaków przepychając się przez tłum, który zaczął się zbierać na przystani. - Wielką przysługę żeś nam oddał, nieznajomy, bestia już dawno przeżyła swój czas i napłodziła narybku. Teraz tylko wybijała wszelkie ptactwo i ryby w okolicy. Nie dalej jak w zeszłym roku omal nie porwała dzieciaka z płycizny, tak się zrobiła odważna. Po tych bliznach widać jak wiele ościeni go naznaczyło i nic, ale przyszedł czas, przyszedł czas! Jak już wszyscy powrócą i ogłosimy twoje zwycięstwo, bo większej bestii tu nie będzie, to pójdziemy na kufelek, na mój koszt. - solidnie poklepał undine po ramieniu.

Kilka godzin później po kufelku, a może raczej kilku, złocistego piwa nad porcją złociście przyrumienionego suma, po wysłuchaniu rad, przepisów i obowiązkowego przechwalania się jakież to potężne ryby opowiadającemu z sieci się wyrwały, druid usiadł na ławie i odechnął z ukontentowaniem. Miał jeszcze spory kawał ryby na talerzu ale był tak syty że nie dał rady go zjeść. Żal jednak było jedzenie marnować, zaczął się więc rozglądać za jakimś kotem gdy do jego uszu dotarło ciche skrzeczenie. Podniósł głowę i zobaczył małego kłobuka siedzącego na jednym z namiotów. Wydało się druidowi dziwne że ptak nie odlatywał pomimo zgiełku dookoła. Oderwał kawałeczek ryby i odłożył go tak by ptak go widział, nastepnie odszedł kilka kroków i przyglądał się jak drapieżnik podlatuje i łapczywie pożera posiłek. Wówczas dało się zauważyć kawałek kory przywiązany do jego nogi. Kilka minut zajęło druidow przekonanie do siebie ptaka na tyle że był w stanie odwiązać korę bez utraty palca, ale kosztowało go to resztę posiłku. Kora była jeszcze dość świeża a na jej powierzchni czerwonym barwnikiem, prawdopodobnie krwią, było napisane alfabetem druidzkim "Równowaga została zachwiana na północnym-wschodzie, potrzebna po..." reszta była rozmazana. Druidzi nieczęsto słali rozpaczliwe wołania o pomoc, ale jeżeli już to zazwyczaj mogli liczyć na pomoc innych ze swej profesji. Wyglądało na to że zbroja którą miał zamaiar kupić będzie potrzebna szybciej niż sądził. Jednak samotna wyprawa mogła skończyć się tragicznie. Czy jednak nie widział gdzieś ogłoszenia o zaginianej grupie na północnych wzgórzach?

***

Do Barbakanu dotarł przed zachodem słońca. Wpuszczono go do środka bez problemów.
- Twoja wygrana kosztowała mnie pół ostrogrodzkiego złotego, nikt nie spodziewał się że wygrasz. - powiedział jeden ze strażników kwaśno, ale za chwilę się uśmiechnął. - Z drugiej jednak strony Porga postawiła na swojego brata dwie dziesiątki i z radością patrzyłem jak toczy pianę z pyska jak zerwałeś ostatnią szarfę. Lepiej unikaj tej nocy pół-orków, bo ci kości porachują. - otworzył przed druidem drzwi. Undine wszedł do środka, obrzucając czekających uważnym spojrzeniem. Zwrócił zwłaszcza uwagę na pół-orka z wilkiem. Kobieta też przykuła na dłuższą chwilę jego uwagę, nie często widywało się w tych okolicach taki kolor włosów. Pozostali dwaj chętni do poszukiwań nie robili już takiego wrażenia, choć obecność gnoma była pewnym zaskoczeniem. W odpowiedzi znalazł się pod ostrzałem równie zaciekawionych spojrzeń. Od razu widać było że jest tylko w części człowiekiem. Niebieska skóra, przypominające rybie płetwy uszy, egzotyczne rysy twarzy o mocno zarysowanych kościach policzkowych, płaskim nosie, wąskich, bezbarwnych ustach i ostrym podbródku pokazywały to aż zbyt wyraźnie. Ubrany w skórzaną koszulę i spodnie, z pasem o kościanej sprzączce i solidnych butach od razu wyglądał na kogoś obeznanego z dziczą. Gruba, skórzana zbroja okrywała jego tors i górę ramion. Za uzbrojenie służył mu sejmitar, a u drugiego boku równoważył go solidny sztylet. O dziwo nie miał przy sobie żadnego innego ekwipunku, nie licząc kilku sekiewek przy pasie. Gdy wszyscy się przdstawili skinął głową mówiąc.
- Maakor Freewave, zwiadowca. - nie uważał za zbyt rozsądne już teraz ujawniać swoich możliwości jako druid. Przyjdzie na to czas. Nie na darmo stare rzeczańskie powiedzenie mówiło ze zaufanie jest droższe od pieniędzy.
 
__________________
"Prawdziwy mężczyzna lubi dwie rzeczy – niebezpieczeństwo i zabawę, dlatego lubi kobiety, gdyż są najniebezpieczniejszą zabawą."
Fryderyk Nietzsche

Ostatnio edytowane przez Balzamoon : 20-10-2021 o 01:03.
Balzamoon jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 20-10-2021, 00:50   #7
Aro
 
Aro's Avatar
 
Pierwsza część wspólna

Siwobrody zdecydowanie zasługiwał na swój przydomek, temu nie można było zaprzeczyć. Gęsta, zadbana broda była zdecydowanym znakiem rozpoznawczym badacza, spływając srebrnym pasmem po splot słoneczny i dodając nieco aury majestatu, która często towarzyszyła starym uczonym. Siwizna, przerzedzona czupryna i pomarszczona, ściągnięta skóra dobitnie świadczyły o tym, że Aurelius mógł poszczycić się długimi dekadami na ziemskim padole i, jak miarkowali, doświadczeniem oraz wiedzą. Ciemne spojrzenie, którym otaksował ich kolorową zbieraninę, widziało wiele - tego byli pewni. Czy i jakie wrażenie wywarli na Pionierze nie byli jednak w stanie powiedzieć, bo i wyraz twarzy miał niewzruszenie kamienny, ale Dresden zauważył zawieszony na ganorskowej masce wzrok i błysk zaciekawienia w starczym oku. U Aureliusa zwyciężyć musiał jednak profesjonalizm, bo poprawił okulary i zaczął mówić. Zwięźle i na temat.

- Jak zapewne państwu wiadomo, zaginęła nasza ekspedycja. Dowodziła nią Fiona Suiledor, elfia czarodziejka, więc otrzymywaliśmy regularne raporty drogą magiczną. Raporty, niestety, urwały się niecałe dwa tygodnie temu i nawet zaklęcia sondujące nie wykryły jej obecności w ostatnim znanym nam miejscu pobytu - tutaj aureliusowa twarz drgnęła i cień smutku zauważyli wszyscy. Badacz nie przerywał jednak, wskazując na rozciągniętą na biurku mapę i wodząc po niej kościstym paluchem, obrazując swoje kolejne słowa. - Ekspedycja Fiony wyruszyła z Hajoth Hakados miesiąc temu, przekraczając granicę tutaj, w Przystani i podróżowała traktem w stronę Białego Sadu. Ominęła mokradła pod Czarcim Potokiem, a później odbiła w kierunku Masywu. Ostatnia magiczna wiadomość przyszła z ruin na Wisielczym Wzgórzu, o tutaj.

Aurelius odchylił się do tyłu w fotelu, splatając palce. Ciemne spojrzenie przejechało po grupie po raz kolejny, jakby badacz potrzebował chwili na oddech i zebranie następnych słów. Cisza nie potrwała jednak zbyt długo, bo zaraz zaczął kontynuować.

- Towarzystwo Pionierów oferuje sześćset denarów ostrzogrodzkich jako nagrodę za odnalezienie ekspedycji. W osobie Fiony Suiledor, żebyśmy się jasno rozumieli. Odnalezienie naszej przyjaciółki i odeskortowanie jej z powrotem do Przystani jest waszym zadaniem. Jeśli okaże się, że mistrzynię Suiledor spotkało nieszczęście - głos Aureliusa zadrgał nieco, ale odważnie parł naprzód ze słowotokiem - Towarzystwo uzna pomyślne odzyskanie jej notatek, dziennika oraz grymuaru za spełnienie warunków umowy. Oczywiście, wedle standardów Towarzystwa, umowa zostanie spisana i przypieczętowana podpisami obu stron. Jakieś pytania?

Półork przyglądał się przez moment mapie.
- Zacznę od dwóch. Po pierwsze, jaki był ostateczny cel ekspedycji? Jeśli opuściła Wisielcze Wzgórze, zanim spotkało ją możliwe nieszczęście, powinniśmy wiedzieć, w którą stronę się udała. Po drugie, jak duża była ta ekspedycja? Ile osób, kto brał udział - szukanie pięciu zaginionych osób to coś innego niż szukanie piętnastu. Ach, i jeszcze jedno! - uśmiechnął się kiedy coś mu się przypomniało - Płacicie sześć setek na głowę, prawda?
- Sześć setek na głowę, do tego folwark i księżniczka - odparł sucho Aurelius. - Sześćset denarów dla tych lub tego, który spełni warunki umowy. Mistrzyni Suiledor towarzyszył jej wychowanek Taron. Pół-ork. Do tego Szara Banda, licząca dziesięć osób, pod wodzą Alastaira. Razem dwanaście głów. Ekspedycja miała wyruszyć na następny dzień na północny-wschód, w stronę gór.

- Jak dużo czasu nam dajecie nim wyślecie kolejne osoby? Czy może od razu wyślecie ich więcej jak się uzbiera? - zapytała kobieta pod ścianą.
- Najemników jest teraz w Przystani na pęczki, droga panno. Nie oferujemy kontraktu na wyłączność, zależy nam na jak najszybszym odnalezieniu ekspedycji. Podejrzewam, że gdy tylko przejdzie jutrzejszy kac, zgłoszeń nie zabraknie - mina Aureliusa sugerowała, że nie wypatrywał tegoż momentu z utęsknieniem.
- To nie będzie konieczne - odparł Ganorsk tak, jakby stwierdzał coś oczywistego - Znajdziemy ich, albo to co z nich zostało. Możecie przygotować krótki opis wyglądu członków ekspedycji? -
- Jak najbardziej - odpowiedź była krótka. - Spis uczestników ekspedycji i opis ich wyglądu mogę wam sporządzić na jutro.

- Czy wiadomo coś o… hmm… potencjalnych niebezpieczeństwach, na jakie mogła natknąć się ekspedycja? Bo przy tak licznej eskorcie zwykli rabusie czy inni grasanci z pustkowi nie powinni być chyba problemem. Wiadomo coś więcej o tym, jak to było… Wisielczym Wzgórzu? I tych ruinach? - Temujin popatrzył po obecnych i uśmiechnął przepraszająco. - Wybaczcie, nie znam tych okolic.
- Na Wisielczym Wzgórzu znajdują się ruiny starego greliańskiego fortu - Aurelius odparł nieco wymijająco. - Za czasów księstwa był posterunkiem granicznym, a tamtejszy baron lubował się w wieszaniu zdrajców i więźniów, stąd nazwa. Wzgórze jest dobrym miejscem na obóz, co wykorzystują nieliczni w tamtych stronach podróżni. Co do niebezpieczeństw, nie doszły nas wieści o żadnym stanowiącym większe zagrożenie.

Maakor pokręcił głową.
- Banda rzecznych piratów może liczyć i trzydziestu, a nawet czterdziestu ludzi. Tutaj na granicy handel kwitnie, statki przewożą cenny towar. - następnie zwrócił się do potencjalnego pracodawcy.
- Standardowa umowa? Bez klauzuli że tylko ten kto naprawdę poszedł na wzgórza dostanie nagrodę? Chyba chcecie mieć tutaj pod miastem rzeźnię. Za sześćset denarów na wracających z wyprawy będzie czekało wielu… powiedzmy przedsiębiorczych obywateli. - uśmiechnął się krzywo.
- Nie przewidujemy rzezi pod murami Przystani - odparł Aurelius z przekąsem. - Umowa zawiera klauzulę dającą nam prawo do unieważnienia kontraktu w przypadku złamania prawa Przystani. To, co wydarzy się na szlaku mało nas interesuje.

Dresden przyglądał się mapie w milczeniu przysłuchując się całości pytań i odpowiedzi.
- Nie odpowiedziałeś mistrzu Aureliusie na pytanie o cel ekspedycji. - odezwał się nie odrywając wzroku od mapy. Rozumiem, że prawdziwego powodu ekspedycji nie poznamy, ale powinniśmy poznać miejsce i planowaną trasę. Północny wschód? To będzie gdzieś tu?, czy może dalej? - spytał wskazując na miejsca mapie.
- Nieco dalej - badacz wskazał punkt na mapie. - W stronę pitaxańskiej granicy. Celem ekspedycji Fiony jest grobowiec u podnóża Masywu, nietknięty od wieków. Nie jestem w stanie wskazać wam dokładnego położenia, po to ufundowaliśmy ekspedycję. Zaklęcia sondujące mają wszak swoje limity.
- Daleko od wody i szlaków handlowych… za daleko na ląd jak na piratów… - Dresden zamyślił się wodząc wzrokiem po mapie.

- Kontaktowaliście się z Tarczowym Bractwem? Ta ekspedycja wchodziła na ich teren, prawda? Nie mieli nic przeciwko? Pionierzy współpracowali? - spytał odrywając się od mapy, by spojrzeć na Aureliusa.
- Tarczowe Bractwo zostało przez nas poinformowane, to fakt - Siwobrody kiwnął głową - ale ich interesy leżą w głębi Masywu Brethlendzkiego. Nasza ekspedycja minimalnie zahaczała o ich tereny, więc nasz kontakt zakończył się jedynie na grzecznościowej informacji.
- Warto dopytać ich o krążące w okolicy bandy. Wykluczymy oczywisty motyw rabunkowy. - rzucił Dresden.

- Mmm, to w sumie ile czasu może nam zająć droga? - zapytała się Berenika, wychylając się w stronę mapy i próbując skoncentrować się na niej z intensywnością godną wielkich myślicieli.
- Hmmm... - Aurelius zamyślił się krótko. - Śladami ekspedycji Fiony? Trzy, może cztery dni. Gościńcem do rozstajów, później na wzgórza. Przez Czarci Potok i tamtejsze mokradła byłoby krócej o dzień, ale bagna niosą ze sobą ryzyko. Najszybsza byłaby barka w górę Sellenu do Rybników, gdzie przeładowuje się metal i kamień z Podgórza. No, ale i rzeka nie należy do najbezpieczniejszych miejsc.

Undine spojrzał na dziewczynę i lekko się uśmiechnął. Jej próba spojrzenia na mapę spowodowały że jego myśli na dłuższą chwilę zeszły na zupełnie inne tematy niż zaginiona ekspedycja. Otrząsnął się i powiedział.
- To Rzeczne Królestwa. Jednego dnia jesteś piratem, drugiego zbójcą na trakcie. To jakie jest prawo Przystani w interesującym nas temacie?- Podniósł nieco brew.
- To stanowione przez Radę i egzekwowane przez Gwardię - ripostował krótko Siwobrody.

Ganorsk także przez moment obserwował kobietę.
- Konkurencją czekającą pod miastem bym się nie przejmował. Jeśli mistrzyni żyje, sama będzie potrafiła powiedzieć kto ją odnalazł. Jeśli nie, jej notatki można ukryć przy sobie. Dobrze myślę, że jesteśmy pierwszymi najemnikami, z którymi rozmawiacie? - zwrócił się do Aureliusa, który skinął głową w oszczędnej odpowiedzi. Półork skinął mu głową.
- W takim razie następni nie powinni być już wam potrzebni - uśmiechnął się. - Nie mam więcej pytań, i jestem gotów ruszyć do drogi choćby i za godzinę. Szybka wizyta na targu może się przydać, o ile jeszcze coś sprzedają o tej porze. A wy? - zapytał pozostałych.

- Ja muszę jeszcze jutro z rana kuźnię Dulaffów odwiedzić. Dzisiaj jest zamknięta, a nie po to zawody wygrywałem, żeby teraz tych pieniędzy nie wydać - undine wzruszył ramionami.
- Po nocy nie ma co ruszać, Gan... - Berenika urwała, na moment skoncentrowała się przymykając jedno oko. - Ganrosk, tak? Wieczór już, zaraz ciemnica będzie. Ja tam po nocy to już w ogóle przydatna nie będę… No i w sumie wytrzeźwiała bym. Khm.
- Ganorsk - poprawił ją uprzejmie - ale Gan też brzmi dobrze. I możemy ruszyć rano, jeśli wolicie.

- Jeśli nie mamy transportu, to lepiej poczekać na ranek - powiedział Dresden, wcale nie kierując się prywatą. - Obawiam się tylko, że rywalizujące grupy awanturników będą niszczyć, świadomie czy nie, ślady i w rezultacie zamiast grać do jednej bramki, będą osłabiać się nawzajem. Warto poczekać jakiś czas z wysłaniem kolejnej grupy.

Aurelius westchnął przeciągle, ściągając z nosa okulary i trąc oczy.
- Dwa dni - oznajmił w końcu. - Mam swoje polecenia służbowe i nie zamierzam o nich zapominać. Mogę wam zapewnić dwa dni, zanim wyślę następną grupę.

Dresden skinął głową. Nie liczył nawet na tyle. Spotkanie w gabinecie Aureliusa dobiegło końca na krótko po obietnicy wstrzymania potencjalnych rywali na dwa dni. Domówienie reszty szczegółów nie zajęło długo, podobnie jak złożenie podpisów na wyciągniętych z szuflady pergaminach stanowiących pisemną umowę i potwierdzenie najęcia ich grupy do zadania. Pionierzy widocznie lubili biurokrację - rzeczone kontrakty spisane były urzędowym językiem, rzadkim na Międzyrzeczu, i oznakowane pieczęcią Towarzystwa oraz zamaszystym podpisem samego Aureliusa. Kopie trafiły do rąk najemników przy pożegnaniu, a czekający przed gabinetem strażnik odprowadził ich na dziedziniec Barbakanu.

Noc była jeszcze młoda, a oficjalne zakończenie Święta w postaci występu Talii Sylmoir jeszcze się nie rozpoczęło. Był czas na plany i narady, co dalej. Oraz skorzystanie ze świątecznej atmosfery przed wyruszeniem na szlak.


***


- Fiona Suiledor, elfia czarodziejka. Średniego wzrostu, jasne włosy i niebieskie oczy. Pionierka, nosi sygnet z symbolem Towarzystwa.
- Taron, pół-ork. Wychowanek Fiony, skóra w zielonym odcieniu. Wysoki na dwa metry. Blizna na przedramieniu, srebrny kolczyk w kształcie kła.
- Alastair “Stary”, dowódca Szarej Bandy. Mężczyzna w średnim wieku, ze śladami ospy i bliznami na twarzy. Łysy, czarna broda.
- Edwin, najmłodszy z Bandy, czarnowłosy. Wysoki i chuderlawy.
- Kolton, zwany również “Rudym”. Blizna na policzku. Brevoyański akcent.
- Fiodor, pochodzi z Ustalavu. Czarne włosy, brak znaków rozpoznawczych.
- Borys, kompan Fiodora z Ustalavu. Brązowe włosy, brak dwóch palców u prawej dłoni.
- Lars i Magnus, bliźniacy ulfeńskiej proweniencji. Młodzi, szare oczy, rozpoznać ich można po włosach splecionych na ulfeńską modłę.
- Myles, tutejszy. Siwiejący łucznik. Nosi medalion z symbolem Erastila.
- Oliver, tymoński gladiator. Blizny od stóp do głowy, ogolony lewy bok głowy.
- Kian, ćwierć-elf. Niski, brązowe włosy i oczy. Ma lutnię.

***



Następny dzień był ponury, zwłaszcza w porównaniu do ostatniego tygodnia poświęconemu świętowaniu odchodzącego lata. O ile pogoda dopisywała podczas trwania festynu, tak teraz jesienna aura wdarła się szarymi kolorami i sprowadziła ze sobą ciężkie chmury. Wiatr znad Numerii niósł ze sobą północne zimno, dobitnie pogarszając nastroje skacowanych mieszkańców. Po Święcie ostało się jeszcze tylko pole namiotowe, ale baldachimy oraz stoiska zniknęły z samego rana, gdy zaczęto sprzątać Błonie. Talii Sylmoir daleko było do grubej damy z przysłowia o operze, ale i jej śpiew był łabędzi. Występ calistriańskiej śpiewaczki oficjalnie zamknął obchody Święta Plonów. Nadszedł czas na powrót do rzeczywistości.

Najemnicy, już objuczeni ekwipunkiem, torbami czy plecakami, spotkali się ponownie późnym porankiem pod “Czaplą”. Portowa okolica rozbrzmiewała typowymi dlań odgłosami - skrzypieniem masztów, skrzekiem mew i szumem Sellenu - a nawet i przekleństwami dokerów, nawet teraz na wierutnym kacu ładujących i przeładowujących towar wszelkiej maści z lądu na barki, bądź na odwrót. Na brak roboty w tej okolicy nie można było narzekać.

Pracodawca kolorowej gromadki, w osobie Aureliusa, spisał się gdy szło o dotrzymanie obietnicy jaka padła na Barbakanie. Dowód na to siedział w ganorskowej kieszeni, dostarczony przez posłańca z Barbakanu - papier z pieczęcią Towarzystwa, opisujący skład ekspedycji którą mieli odszukać. Fakt, że Siwobrody za bardzo nie popisał się przy opisach Szarej Bandy, ale czy można było go za to winić? Pewnikiem znał z widzenia jedynie Alastaira, a resztę Bandy jedynie z opowieści. Albo wcale.

Popisał się za to Dresden. Ponowne spotkanie z Hildą, ulfeńską najemniczką i zwyciężczynią konkursu strzeleckiego, było przyjemne, to prawda. Kobieta miała wiele atutów jak wyszło na jaw, ale nader wszystko zaświeciła pomocnością, oferując transport langskipem w górę Sellenu wraz ze Sforą - kompanią najemniczą, która jeszcze wczoraj strzegła bezpieczeństwa święta, a dzisiaj opuszczała Przystań. Co prawda za opłatą, wszak altruizm był rzadko spotykany, lecz rzeczona opłata nie była wygórowana. Nawet licząc dodatkowe monety za wilka Ganorska i tygrysa Maakora.

Spotkanie ze Sforą w porcie, na które od “Czapli” nie mieli daleko, było zadziwiająco przyjemne. Nie spodziewali się ciepłego powitania - w końcu zahartowani przez daleką północ Ulfeni stereotypowo wciskani byli do tego samego worka, co kellidzcy barbarzyńcy i nawet orcze plemiona z Belkzenu - ale spotkało ich miłe zaskoczenie. Okutani w ciężkie futra, z warkoczami we włosach i brodach, z wijącymi się klanowymi tatuażami na skórze, nowi towarzysze podróży wyglądali posępnie i zastraszająco. Pierwsze wrażenie, które wnet przeminęło. Pomogli z tobołami, upychając je pod pokładem i gawędząc w ciężko akcentowanym Wspólnym. Nastroje dopisywały mimo dosyć ciasnego i niewygodnego środka transportu, mozolnie sunącego ku Mostowi Wyzwoleńców.

Do czasu.


***



Rejs w górę Sellenu nużył. Langskip sunął pod prąd, napędzany siłą ulfenśkich mięśni miarowo i rytmicznie mącących rzeczną taflę. Wiatr nie dopisywał, więc mimo że maszt został postawiony na krótko po opuszczeniu Przystani, żagiel pozostawał zwinięty i głównym źródłem napędu były wiosła. Spokój trwał długo. Mąciły go jedynie rozmowy, szmer rzeki, sporadyczna barka płynąca ku Przystani i skrzek rzecznego ptactwa. Zarządzony przez Hildę postój zapewnił okazję do zabicia nudy.

Prowizoryczny obóz rozbili przy jednym z dopływów, w górę którego znajdował się Czarci Potok i w połowie drogi do Rybników. Langskip został na wpół ściągnięty na brzeg, a podróżni skoczyli na stały grunt, prostując kości. Hilda zaczęła komenderować swoimi krajanami, którzy zaczęli wyciągać spod pokładu obozowe zaopatrzenie. Widać pora obiadowa była powszechnie uznawana.

Było miło. Dwójka wojowników, wysłana przez Hildę na łowy, wróciła z ubitym dzikiem i mięso zaraz zaczęło skwierczeć nad rozpalonym ogniskiem. Obiadowe porcje zaczęły krążyć na glinianych talerzach, a grupa rozsiadła się na nabrzeżu, chrupiąc i mlaskając. Odpoczynek osłodzony był ustaniem zimnego wiatru, a nawet słońce zaczęło przebijać się przez szary nieboskłon. Relaks trwał dłużej niż przewidywali, bo zanim przyszło im zwijać i sprzątać obóz, jeden z towarzyszy podróży - młody Almarr - przejechał palcami po wydobytej spod pokładu lutni. Struny drgnęły, wydając z siebie pierwsze dźwięki pieśni.

Skaldański zaśpiew rozniósł się po okolicy.


***



Barka sunąca w dół Sellenu nie zwiastowała kłopotów. Prosta łódź, rybacka. Minęli już kilka takich. Langskip zwolnił jedynie, usuwając się nieco na prawo, zostawiając wygodną odległość na spokojnie minięcie. Jedynym zwiastunem niebezpieczeństwa był dźwięk, jaki wydarł się z gardła Urska. Ni to szczeknięcie, ni to warknięcie. Wilczy ogon zamiótł na prawo i lewo, a uszy poszły do góry, nasłuchując. Ganorsk, widząc zaniepokojenie towarzysza, spojrzał w kierunku barki. Nie, nie rybacy. Omiótł spojrzeniem numeriański brzeg. Nic. Już okręcał głowę w stronę drugiego brzegu, gdy wychwycił ruch pod wodą. Wytężył wzrok, bo kształt zdawał się ludzki...

Krzyk rybaków i kotłująca się woda zburzyły ciszę. Ciemne kształty wystrzeliły spod tafli, oblężając barkę, wychylając ją niebezpiecznie i zmuszając pasażerów do złapania równowagi. Plusk towarzyszył porażce jednego z mężczyzn. Z krzykiem uderzył w wodę, z krzykiem przywitał otulające go łapy. Pokrzyczałby może i więcej, gdyby nie został ściągnięty w toń. Tyle było go widać.

Załoga langskipu nie zdążyła nawet zareagować, gdy coś uderzyło w lewą burtę. Głuchy odgłos i plusk wody poprzedziły pazurzastą łapę, która przeorała drewnianą krawędź, ale zaraz zniknęła, ugodzona ulfeńskim ostrzem. Okrzyk Hildy zmotywował do działania, wiosła ponownie uderzyły. Langskip wyrwał naprzód, przy akompaniamencie uderzeń w lewą burtę...

Postój był nagły, przymusowy. Wczepiony pazurami balast na bakburcie i coraz to silniejsze uderzenia wybiły z rytmu wioślarzy. Langskip przeorał kilem mieliznę, wstrząsając załogą i posyłając część na deski pokładu. Rozbrzmiały przekleństwa i jęki bólu, ale przebiły się przez nie okrzyki Hildy. Wioślarze ponownie ruszyli do boju, próbując wyminąć i oddalić się od rzecznych monstrów, ale langskip drgał jedynie bezradnie.

- Do broni! - Tym razem rozkaz najemniczki rozbrzmiał we Wspólnym. Nie było wątpliwości do kogo krzyczała. - Chrońcie langskip!

Hilda zaświeciła przykładem, bo kompozytowy łuk w dłoni wprawił w ruch strzały. Zaśpiewała wpierw jedna, później druga, i trzecia i czwarta. Nie brakowało celów do ustrzelenia. Sino-zielone spuchnięte monstra wczepione były w burtę, jeden przez drugiego próbując chwycić któregoś z wioślarzy, lub przebić się na pokład. Nieludzkie syki i odgłosy jeżyły włos na głowie.

Równie dobrze, jak coraz to kolejne pluski towarzyszące wyłaniającym się topielczym ślepiom z rzecznej toni.


 
Aro jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 21-10-2021, 14:41   #8
 
sieneq's Avatar
 
Chociaż podróż langskipem trudno było Temujinowi uznać z przyjemną - przyzwyczajonemu do suchego, gorącego klimatu Katapesh gnomowi chłód i wilgoć dokuczały w dwójnasób - to uznał, że i tak musi być to lepsze od pieszej wędrówki po bagnach i mokradłach. Jasną stroną było też towarzystwo, a pogwarki w gronie drużyny pomagały zabijać nudę podróży.
A nuda... skończyła się bardzo niespodziewania. Los wskazujący drogę lubi zaskakiwać.

***

Wstrząs zbil Temujina z nog, podobnie jak wielu innych na pokładzie. Langskip pochylił się, obrócił w prądzie rzeki i zmieruchomial. Rozległ się wrzask jednego z ulfeńskich najemników, który nie utrzymał równowagi i znalazł się za burtą. Od steru dobiegały wykrzykiwane przez Hildę komendy.
Kij, który Temujin położył wcześniej obok siebie, poturlał się po pochyłym pokładzie, w stronę położonej niżej burty. Odprowadzając go wzrokiem zobaczył, jak nad krawędzią burty pokazują się szkaradne głowy o płonących zielonkawym blaskiem oczach i rozwartych zębatych paszczach. Dwie, trzy, pięć… Świsnęły strzały, jedna, a potem druga głowa zniknęła, ale w ich miejsce pojawiły się następne. Dalszy widok przesłonili mu wymachujący bronią ulfeńscy wojowie, spieszący z naprzeciw zagrożeniu. Nuta pobrzewająca w okrzyku, jakim przywódczyni najemników wzywała do obrony statku sprawiła, że Temujinowi przebiegł po plecach dreszcz.
~Jak JA mam walczyć z TYM? Patrzył oniemiały, jak w miejsce rąbanych toporami, uderzanych wiosłami i odpychanych bosakami potworów pojawią się kolejne. ~Jeśli nie powstrzymają ich miecze i topory, to co? Zaczął odzyskiwać jasność myślenia. Może ogień? To wodne kreatury, powinny bać się ognia.

Objąwszy dla zachowania równowagi maszt ramieniem, drugą ręką w pośpiechu grzebał w plecaku w poszukiwaniu butli z miksturą alchemicznego ognia. ~Jest! Palce zacisnęły się na kulistym kształcie. Trzymając w dłoni wydobyte naczynie, zaczął się właśnie obracać, gdy wpadł na niego jeden z rozpędzonych wojowników, przyciskając do masztu. Przez sekundy, które zdawały się rozciągać w nieskończoność, patrzył jak wytrącona z ręki butla toczy się, podskakując, po nachylonym pokładzie pod nogi walczących. Chwilę później, wiedziony odruchem, rzucił się w ślad za nią, modląc się do wszystkich bogów tego świata, by słomiany oplot ocalił naczynie przed roztrzaskanym i aby żaden but nie zmienił go w szklaną miazgę, która, jak wiedział, natychmiast buchnęła by kałużą nie dającego się ugasić ognia. Przejechał na brzuchu po pokładzie, lądując na jednej ze skrzyń ustawionych przy burcie langskipa. Uderzenie w żebra wydusiło mu z płuc powietrze, ale ręka zdołała dosięgnąć turlającego się naczynia. Przytulił je do siebie, obracając na plecy. I wtedy… tuż nad jego głową, w nadburcie wbiły się szpony obciągniętych niebieską skórą łap a za nimi wychynęła głowa z otwartą, pełną spiczastych zębów paszczą. Jedna z łap zaczęła się wyciągać w jego stronę, gdy spadł na nią cios wielkiego ulfeńskiego topora. Stwór zawył, gdy odrąbana kończyna osunęła się na pokład i zniknął za burtą. Zataczając się, z twarzą ociekającą zielonkawą posoką, Temujin podciągnął się lewą ręką i wychylił przez burtę. Wyrwawszy zębami korek, zatoczył ręką trzymającą butlę płaski łuk. Przez chwilę patrzył, jak chlustająca z szyjki oleista ciecz natychmiast zmienia się w strugę płynnego ognia, po czym rzucił się na pokład. Zza burty buchnęły płomienie, a także rozdzierający uszy wrzask, świadczący o tym, że przynajmniej jeden wróg znalazł się z zasięgu ognia. Po drewnie pełgały płomyki, widocznie kilka kropel mikstury spadło na pokład. Temujin zdusił je odruchowo, uderzając zerwaną z szyi chustą. Czuł, jak blizny na ramieniu zaczynają pulsować bólem, jak zawsze, gdy znajdował się w obliczu ognistego żywiołu. Teraz ogień był ich sojusznikiem, ale na jak długo? Jeśli prąd i wiatr nie odsuną płonącej plamy od burty statku, ogień zacznie lizać smołowane burty, i w krótkim czasie langskip zmieni się w ognisty stos. W przeciwnym zaś razie stracą osłonę, jaką dają im płomienie. Chyba, że...
~Iluzja ognia! Przemknęło mu przez myśl. ~Stwory widziały, jak smażą się ich współplemieńcy, którzy dostali się w zasięg ognistej cieczy. Może iluzyjne płomienie ich odstraszają, albo chociaż opóźnią atak i dadzą naszym więcej czasu? Właśnie, co z innymi? Temujin podniósł głowę i potoczył spojrzeniem wokoło, próbując wypatrzeć znajome sylwetki. Potem znów skulił się pod nadburciem, starając skoncentrować na przygotowywanym zakęciu. Lewą dłoń wsunął do przytroczonej do boku torby, gdzie spoczywała bursztynowa kula. Prawą sięgnął do sakiewki na komponenty.
 

Ostatnio edytowane przez sieneq : 21-10-2021 o 15:44.
sieneq jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 22-10-2021, 14:18   #9
 
Asderuki's Avatar
 
Dla Bereniki poranek był najpierw trudny, a potem dzięki cudom kapłana Caydena znacznie łatwiejszy. Proste błogosławieństwo oddaliło kaca po wczorajszej popijawie. Kobieta podziękowała Ericowi wyciskując go, potem zapewniła, że znajdzie zastępstwo za siebie i wyruszyła na targ prawie zapominając o swojej sakiewce. Czasem się wydawało, że mogła zapomnieć głowy i by nie zauważyła.

Zapakowany plecak stał obok nóg Bereniki kiedy ta płaciła za namiot. Kiedy monety zmieniły własciciela spojrzała na pakunek z nietęga miną. Bawiąc się chwilę z paskami udało jej się przymocować namiot do plecaka. Nie podniosła go od razu zaskoczona wagą tego wszystkiego. W końcu z trudem jej się udało i wpakowała sobie na plecy. Ruszyła na umówione miejsce kiedy wpadła na półorka. Chwilę na niego patrzyła zza przymrużonych oczu.
- Hej! - pomachała w końcu do niego obserwując jaką będzie miał reakcję. - Nie pomyliłam się prawda? Wczoraj byłeś u Aureluisa, zgłosiłeś się na wyprawę, tak? Gan… nie pomagaj, Gannnnorsk? - przeciągnęła imię patrząc niepewnie.
Półork zaśmiał się krótko - jego głos miał przyjemną, głęboką barwę.
- Dokładnie, ale Gan też brzmi dobrze - uśmiechnął się i podrapał za uchem wilka, który przysiadł mu obok nogi - A to jest Ursk. Ursk, przywitaj się ładnie - zwierz jak na komendę pochylił głowę z dostojnością godną księcia - Berenika, tak? Jak się miewasz po wczorajszym wieczorze?
- Fantastycznie - kobieta oznajmiła dumnie się prężąc. - Ale to dzięki Ericowi. Najwspanialszemu kapłanowi Caydena! Bez jego błogosławieństwa mogłabym co najwyżej przyczołgać się na targ nie mówiąc już o taszczeniu tego ciężaru...
Berenika bystrze spojrzała na rozmówcę beceremonialnie wlepiając wzrok w umięśnione ręce, tors… i wszysko.
- Mógłbyś mi pomóc? Wyglądasz na silnego, a ja nie doceniłam ciężaru rzeczy jakie ze sobą wzięłam. - spytała momentalnie zadzierając głowę do góry aby wbić błagalne spojrzenie w twarz półorka. Splotła dłonie ze sobą i ściągnęła nieco usta nadając żartobliwego tonu prośbie.
Ganorsk zaniemówił na moment, ale w końcu kiwnął energicznie głową, uśmiech nie schodził z jego ust.
- Oczywiście, chętnie pomogę! W zasadzie to i ten żarłok - wskazał na wilka - mógłby coś ponieść, ale jak kupię juki, zostanie mi ledwie parę srebrników. Chyba zbyt dobrze się bawiłem - znowu zaśmiał się krótko.
- Och… Jeśli coś potrzebujesz to mogę coś ci pożyczyć. Po wyprawie i tak powinniśmy mieć wystarczająco na długi czas - Berenika sięgnęła po sakiewkę aby przeliczyć co jeszcze ma.
- Może sobie jakoś poradzę, ale przyda nam się kilka "drobiazgów" w rodzaju szpadli czy łomów. Może Ty je kupisz, a my z Urskiem poniesiemy? - zaproponował.
Berenika chwilę się zastanawiała nad odpowiedzią.
- Można i tak - zgodziła się choć mniej entuzjastycznie niż przed chwilą. Postawiła plecak na ziemi i zaczęła odpinać od niego namiot.
- To masz to póki co, a ja idę kupić narzędzia. - podała półorkowi namiot i z ulga podniosła plecak.
- Jak masz tam jeszcze coś ciężkiego, to mogę to wziąć - stwierdził dopinając do swojego - Kupimy tylko juki i mogę…- wzdrygnął się lekko - I możemy się tutaj spotkać - kontynuował, jakby nigdy nic.
Zaklinaczka tylko na moment spojrzała na Gana i wzruszyła ramionami.
- Później się podzielimy, nie chcę wyciągać wszystkiego z plecaka na środku targu. To będę za… niedługo - dodała nie mogąc zlokalizować żadnego z zegarów słonecznych.

***

Spotkali się w wyznaczonym miejscu wraz z pozostałymi chętnymi. Po wyruszeniu wywiązała się rozmowa, w której Berenika co nieco uczestniczyła ale jej własne myśli dość szybko odpłynęły gdzie indziej. Zostawiła plecak wraz z kuszą pod pokładem. Sztylecik schowany miała w kieszeni spudnicy i co jakiś czas nerwowo sprawdza czy wciąż tam był, czy jest w stanie go szybko wyciągnąć. Na wodzie zaklinaczka była mniej rozmowna z niezadowoleniem patrząc na taflę wody. Nie była dobrym pływakiem i wizja wpadnięcia do lodowatej wody nie napawała ją optymizmem.

Zejście na ląd przyjęła z ulgą, a kiedy zaczęli się zbierać do przygotowywania posiłku promieniała wręcz energią. Jak się okazało miała przy sobie nieco przypraw i bezsprzecznie zamierzała ich użyć do podbicia smaku zwierzyny. Gawędziła dużo z kręcącym rożen któremu i o dziwo nie wchodziła w paradę pomimo zapału. Mięso doprawione solą i pieprzem oraz wysmarowane kilkukrotne słoniną miało przyjemny smak. Spieczona skóra natłuszoczona i ponownie spieczona przyjemnie chrupała pod zębami. Berenika promieniała zadowoleniem i niemal można było uwierzyć, że mija się z powołaniem idąc na wyprawę zamiast poświęcić się pasji kucharskiej. Wrażenie minęło szybko kiedy Almarr zaczął grać i śpiewać. Nagle dla kobiety cała reszta przestała mieć znaczenie i tylko wpatrywała się w młodzieńca z zachwytem. Potem tylko o tym gadała… póki nie weszli ponownie na langskipa.

Uderzenie w burtę zachwiało kobietą, ale to biegnący załogant sprawił, że musiała ratować się przed upadkiem łapiąc za linę. Krzyki, tupot, charkot. Berenika z trudem orientowała się co się dzieje. W końcu jednak oprzytomniała zebrawszy w sobie całą odwagę i lata treningu. Zaczęła krążyć pomiędzy broniącymi dotykając ich broni siniejącymi palcami. Na kilka chwil metal pokrywał się szronem, który szybko topniał.
- Wiedźma - rzucił jeden z ulfeńskich wojowników, ale spotkał się tylko z obojętnym spojrzeniem. Berenika przetarła dłonie, które zaczynały ja już boleć. Momentalnie odzyskała w nich kolor. Wtedy też obślizgłe łapsko złapało ją za włosy sięgając zza burty. Pisnęła zaskoczona i odruchowo zdzieliła potwora dłonią po pysku. Nie zostawiło to zbytniego wrażenia na utopcu. Berenika skrzywiła się wściekle. Nikt nie będzie jej targał za włosy! Dłoń znów posiniała ale tym razem z jej palcy spłynęło mgliste światło któe pomknęło wprost w brzydką twarz nieumarłego.
 
Asderuki jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 25-10-2021, 10:33   #10
DeDeczki i PFy
 
Sindarin's Avatar
 
Kiedy wychodzili od Aureliusa, Ganorsk cofnął się jeszcze, żeby porozmawiać przez chwilę ze zleceniodawcą. Żadne z nich nie pomyślało o tak podstawowej rzeczy dla najemników, jaką była zaliczka, ale może sprawę dało się jeszcze uratować. Półork poruszył ten temat, argumentując że dodatkowa gotówka pozwoli im wynająć szybszy transport, a co za tym idzie znaleźć Fionę wcześniej, z większą szansą że będzie cała. Siwobrody musiał mieć słabość do magini, bo wysłuchał przemowy z powagą na twarzy, po czym sięgnął po własną sakiewkę i rzucił ją szamanowi, jako dodatkowy fundusz na podróż. Ten ukłonił się z szacunkiem i wyszedł, czekając z przeliczeniem pieniędzy do wyjścia z budynku. ~Nic im nie oddawaj, tylko stracisz nic nie zyskasz!~ Zabrał dolę dla siebie i Urska, po czym dogonił towarzyszy.
- Zdobyłem dodatkowe pieniądze na podróż – powiedział, podając sakiewkę Maakorowi.

Po krótkiej naradzie ustalili, że najszybszą drogą będzie popłynięcie w górę Sellen aż do Podgórza, zasięgnięcie tam języka i marsz w stronę ostatniego miejsca, z którego meldowała się Fiona. Po ustaleniu miejsca spotkania każde rozeszło się do swoich spraw. Ganorsk odnalazł Willena, by już na spokojnie dokończyć swoją opowieść o Szarych Maskach – na szczęście gnom stawiał przez resztę wieczoru.

***

Po krótkiej rozmowie z Bereniką, półork pokręcił się jeszcze po targowsku, dokupując parę drobiazgów. Sporo czasu zajęła mu wizyta u rymarza, którego najpierw musiał przekonać, że wilk szczerzy się tylko dla zabawy i wcale nie zrobi mu krzywdy, a potem że pozwoli założyć sobie juki, jeśli tylko ten je dopasuje, a warkot to ze złośliwości. Ostatecznie się udało, i Ganorsk mógł podzielić się częścią swoich tobołów z niekoniecznie zadowolonym z takiego obrotu spraw przyjacielem.
Ledwie dotarł na przystań w której czekał załatwiony przez Dresdena statek, wpadł na niego wysłany przez ich zleceniodawcę posłanieć z listą, o którą wcześniej prosił. Ta okazała się wystarczająco szczegółowa, by ułatwić zidentyfikowanie członków ekspedycji, lepsze byłyby już tylko portety, ale przecież nie szukali jakichś możnowładców. Ganorsk z zadowoleniem przeczytał ją raz jeszcze dla zapamiętania i podał Dresdenowi. Skoro ten był detektywem, koniecznie powinien się z nią zapoznać. Po tym, jak wsiedli na statek, zajął sobie miejsce przy jednej z burt i rozsiadł się wygodnie, z Urskiem opartym o jego bok. Wilk nie czuł się pewnie na pokładzie, dlatego wolał być bliżej przyjaciela.

***

Ganorsk opierał się o burtę langskipa, bezwiednie drapiąc Urska po głowie i rozglądając po okolicy. Znał te tereny, ale nigdy nie miał okazji oglądać ich z tej perspektywy. Zerknął na swoich towarzyszy.
- Co was sprowadziło do Przystani? - zapytał znienacka, po czym od razu się zreflektował - Oczywiście o ile to nie tajemnica - uśmiechnął się - Ciekawi mnie, jak los zebrał taką grupkę jak nasza-
Temujin, który siedział skulony pod masztem w nadziei, że ten choć trochę osłoni go przed wiatrem, słysząc pytanie rzucone przez półorka odsunął nieco chustę osłaniającą twarz. Dotąd utrzymywał wobec niego (a w zasadzie jego zwierzęcego towarzysza) mimowolny dystans - jako że czuł się niezbyt pewnie patrząc w oczy błyszczące ponda zębatą paszczą dokładnie na wysokości jego twarzy. Jednak zachęcający uśmiech towarzyszący pytaniu jakoś pobudził w gnomie chęć rozmowy. Zadarł głowę i zaczął powoli, jakby z wahaniem.
-Jeszcze trzy dni temu nazwałbym przyczynę, która mnie tu sprowadziła...hm… może... porywem serca, jak to zwykł był poetycznie opisywać mój przyjaciel bard. - Uśmiechnął się krzywo. - Ale teraz dużo bardziej pasuje mi słowo: głupota. - Umilkł na chwilę, po czym, jakby nagle poczuł wewnętrzną chęć podzielenia się z rozmówcą swoim problem, dokończył, już nieco szybciej. - Otóż, zachciało mi się zaimponować pewnej… zresztą, nieważne. W każdym razie postanowiłem skoczyć sobie nad Morze Wewnętrzne, żeby poszukać pereł, które nazywają Łzami Syren. Wyczytałem gdzieś, że są piękne. Skorzystałem z portalu mojego mistrza, pod jego… eee… nieobecność. Ale coś poszło nie tak i zamiast na morskim brzegu obudziłem się na jakieś obsranej koziej łące o pół dnia drogi od Przystani. A aktywator do portalu przepadł. To się nazywa - los, który wskazuje ci drogę. Ech, zaraza. - Westchnął i popatrzył po twarzach obecnych.
Berenika, zdecydowanie trzeźwa tym razem, położyła dłonie na policzkach słuchając opowieści.
- Biedaku! To ty tutaj nikogo nie masz i kompletnie bez przygotowania tak trafić tutaj… - kobieta usiadła obok gnoma przyciągając go do siebie.
- Nie martw się, pomożemy ci trafić do domu po tym wszystkim - powiedziała zaciskając dłoń w pięść kiedy oczy zapłonęły żywym ogniem. - Jakem Berenika Cwał tak ci obiecuję!
- Ha! To i tak miałeś szczęście, że najgorsze w czym wylądowałeś to kozie bobki - zaśmiał się Ganorsk - Zawsze chciałem zobaczyć morze, jak zgarniemy kasę za zlecenie będzie nas stać na podróż w dół Sellen - w jego głosie zabrzmiała ekscytacja - Pewnie najpierw będziemy musieli znaleźć aktywator, żeby mistrz nie wysłał cię tu z powrotem na poszukiwania, co?-
Temujin zaniemówił na moment, zaskoczony gestem Bereniki (i kaskadą ognistych włosów, które na moment przesłoniły mu pół twarzy). Po chwili jednak odzyskał rezon i uśmiechnął szeroko, poprawiając na nosie przekrzywione szkła.
- Tak, bez kryształu to raczej nie mam po co wracać i to nieważne jaką drogą. Stary Merwin pewnie ugotowałby mnie w kotle. Parsknął śmiechem - Stokrotnie wam dziękuję za dobre chęci. A co z wami? Jakiż to los wyznaczył wam tę drogę?
- A ja to stąd jestem. Nic więcej jak zwykła chęć wyruszenia na przygodę aby móc się czymś pochwalić - zaklinaczka powiedziała lekko spoglądając w dal.
~Nic im nie mów, niesiesz sobie zgubę!~
- Ja też z niedaleka, moje plemię żyje na Wrzosowych Wzgórzach. A pytanie o los było trafnę - idę tam, gdzie poprowadzą mnie wizje, by zdobyć nowe doświadczenia jako szaman - głos Ganorska przybrał nieco uduchowiony ton, lecz po chwili półork prychnął - Poza tym krucho u mnie z pieniędzmi -
- Coś mi mówi, że to ostatnie łączy nas wszystkich. - podchwycił gnom.
- Pieniądze są przydatne a ich nadmiar jest znacznie milszy niż ich brak, to prawda. Ale pieniędzmi w głuszy się nie najesz ani niedźwiedzia nimi nie przekupisz żeby nie atakował. - do rozmowy dołączył Maakor który zawahał się ale po chwili dodał. [i]- Coś złego dzieje się na północnych wzgórzach, równowaga została naruszona. Bądźcie gotowi na wszystko.[i]- Powrócił do głaskania tygrysa który, w przeciwieństwie do Ganorskowego wilka który zachowywał się nadzwyczaj spokojnie, wymagał bezustannej uwagi. Widać było że to dzikie zwierzę, chodzące własnymi drogami które, z sobie tylko znanych powodów, towarzyszyło undine. Załoga z niechęcią spoglądała na kota który już raz omal nie rzucił się na przechodzącego obok wojownika i tylko czujność Maakora zapobiegła tragedii.
Ganorsk zamyślił się na moment.
- Może to dlatego miałem się na nie udać… - rzucił, po czym skierował swoją uwagę na tygrysa - Piękna bestia, jak ma na imię? -
- Rawgh. - w ustach undine zabrzmiało to niczym prawdziwy tygrysi pomruk. Zwierzę od razu na niego popatrzyło, ale widząc że nic się nie dzieje powróciło do ogryzania kawałka liny.
- Rawr? - zaklinaczka powtórzyła mało udolnie imię tygrysa. - No cóż to jego na pewno ci nikt nie zawoła… choć nie wiem kto chciałby wołać tygrysa .
- To jego imię, nie ja je wymyśliłem. - Maakor wzruszył ramionami.
- A więc rozumiesz jego… mowę? Zawsze myślałam, że druidycka rzecz. - zaklinaczka powiedziała nie przykładając jednak specjalnie wagi do swoich słów.
- Ha, chciałbym rozumieć, co wywarkuje Ursk - mruknął półork, czochrając towarzysza po głowie - Drań chyba rozumie nas lepiej niż się wydaje… Czyli nie znasz Rawgha od dawna? - pewnie dzięki potężnym kłom Ganorsk nieźle "wymawiał" imię tygrysa.
~Zabij bestię we śnie, zanim przegryzie ci gardło!~
- Druidzka. - poprawił spokojnie undine. - Poznaliśmy się na początku lata, kiedy uwolniłem go, i jeszcze kilka innych zwierząt, z zapchlonych klatek wędrownej menażerii w których umierały z głodu. Chyba nikt nie ostrzegł właściciela że w Rzecznych Królestwach niewolnictwo jest abominacją, a niektórzy stosują tą swobodę nie tylko w odniesieniu do ludzi. - uśmiechnął się drapieżnie do półorka.
Ten zaśmiał się głośno.
- Widać im się należało! Ja Urska znam od maleńkości, dorastałem z jego matką. Był ostatnim z jej ostatniego miotu - powiedział z nuta smutku w głosie - Druidzkie zwyczaje? Czyli nie jesteś takim zwykłym zwiadowcą?-
- A czy któreś z nas jest zwykłe? Z tego co widzę chyba niemal każde z nas jest w stanie przywołać jakieś moce. Nie jestem tylko pewien tego śledczego. Takiego nagromadzenia osób władających magią to nie wiedziałem od ostatniego zgromadzenia w druidzkim kręgu. Skoro mówimy już mówimy o sobie to zawsze jesteś taki ufny? - druid powiedział już znacznie poważniej. Nie umknęło to uwadze Bereniki. Zaklinaczka spojrzała uważniej na niego chwilę później przenosząc spojrzenie na półorka. Bez słowa przesiadła się tak aby w tym momencie gnom był osłonięty od tej dwójki i ich wiernych zwierząt.
Ganorsk wyglądał na zaskoczonego zarówno pytaniem undine, jak i zachowaniem kobiety.
- Kozopasy i piekarze nie interesują się taką robotą. Do czego pijesz? - odpowiedział Maakorowi. ~Szukają twoich słabości, żeby cię zniszczyć!~
- Tak jak mówiłem podczas spotkania w Barbakanie, naszego pracodawcę nie interesuje czy ten kto odda w jego ręce czarodziejkę lub jej notatki naprawdę ruszył na te wzgórza. Powiedziałeś wówczas że ona potwierdzi kto tak na prawdę ją uwolnił. Dałeś tym samym pokaz dziecięcej naiwności i ufności. Dla nich jesteśmy najemnikami, czymś nie kimś. Przeczytaj jeszcze raz kontrakt, i zobaczysz że ważne jest wypełnienie celu, którym jest oddanie osoby bądź notatek w ręce starca, a nie sposób jakim to zrobiono, a najemnicy którzy z nią wyruszyli nie są nawet w nim wspomniani. Czarodziejce będzie obojętne czy ta czy inna banda odprowadzi ją do miasta, o ile jej skóra będzie przy bym bezpieczna. Masz to co zdołasz utrzymać jak mówi rzeczna swoboda i przypominam że nawet sam Siwobrody powiedział że nie interesuje go to co się zdarzy na szlaku a nie w mieście. Problem w tym że zasięg miejskich praw ogranicza się do zasięgu patrolu który je będzie egzekwował, czyli pewnie z pół dnia drogi w najlepszym przypadku. Dlatego, jak podejrzewam, droga powrotna może obfitować w niespodzianki i zasadzki, w końcu mówimy o solidnej sumie ostrogrodzkich. - półork usłyszał w odpowiedzi.
- Przenikliwy jesteś - odparł na to kpiącym tonem - Jedno zdanie ci wystarczyło, żeby tak celnie mnie opisać, jestem pod wrażeniem. Fakt, może wykazałem się przesadną wiarą w honor Pionierów, ale chyba masz z nimi równie duże doświadczenie co ja, prawda? Więc mówimy o opiniach, a nie faktach. Zresztą, w jaki sposób zagroziłem naszej wyprawie wypowiadając tamte słowa? Poza wyjściem na twoim zdaniem ufnego?
- W żaden. Oprócz tego że nie zdołałem wydusić ze starego na jakie to miejskie prawa ma zamiar się powoływać. Ale o tym przekonamy się jeżeli zdołamy powrócić zwycięsko z wyprawy. A co do honoru, czy to Pionierów czy też nie… wierz w co chcesz. Mnie życie nauczyło że stare dobre przysłowie “Zaufanie jest droższe od pieniędzy” działa wszędzie, zawsze i w odniesieniu do każdego. I zanim zapytasz, tak, moja rasa żyje dłużej niż ludzie i co nieco już w życiu widziałem. - widać było że undine czerpie z dyskusji niemało przyjemności.
- Utrudniłem ci to jakoś? Nie wydaje mi się, żebym odbierał ci jakoś głos. Mój mentor też wiele w życiu widział - jego mądrość była równie równie wielka jak przekonanie o nieomylności. Ile w takim razie będzie kosztowało twoje zaufanie? A ile zaufanie tobie? W końcu najbardziej opłacalne byłoby, żeby do Siwobrodego dotarło jak najmniej z nas -
- Nie wiem czy pamiętasz, ale starzec wymigiwał się od odpowiedzi, a przy braku poparcia ze strony reszty grupy raczej ciężko szło przyciśnięcie go do muru. Nie znałem twojego mentora więc ciężko mi się na jego temat wypowiadać, zwłaszcza że raczej nie ma co porównywać nauki z doświadczeniem z pierwszej ręki. Co do kosztu zaufania wam i zaufania mi, to zobaczymy jak nam się podróż ułoży. Nie wierzę w zaufanie kupione nagrodami tylko w te wykute wspólnymi przeżyciami. - Maakor nie wydawał się w jakikolwiek sposób urażony insynuacjami półorka.
- W takim razie poczekaj z wnioskami o nas, aż się lepiej poznamy, zamiast zrzucać na mnie winę na to, że nie przycisnąłeś Aureliuesa dostatecznie - Ganorsk uśmiechnął się szeroko - A jeśli chciałeś się tego dowiedzieć, mogłeś powiedzieć wcześniej, zasięgnęlibyśmy języka -
- Czy ja wyciągałem jakieś wnioski? Zapytałem cię grzecznie czy jesteś naiwny. Gdybyś po prostu powiedział nie to by nie było rozmowy i pewnie wówczas wyciągał bym jakieś przedwczesne wnioski. Tyle tylko że bym ci o tym nie mówił. A co do przyciskania Aureliusa, to zależało mi na uczestnictwie w wyprawie, a nie na pieniądzach. - zastanowił się chwilę zanim dodał. - Dostałem wiadomość że coś złego się dzieje na północnych wzgórzach a skoro Siwobrody szukał grupy która by się tam wybrała… - wzruszył ramionami.
Berenika podniosła spojrzenie na undine.
- Chłopie po co się do niego ciśniesz skoro nikt z nas nie wiedział jakie masz zamiary? Jak niby mogliśmy cię w czymkolwiek wesprzeć? Idź się wyżywać na kimś innym albo najlepiej pokrzycz w niebo.
~Podlizuje ci się, żebyś stracił czujność...~
-Czy Siwobrodemu możemy ufać czy nie, to jedno, a drugie czy możemy zaufać sobie nawzajem. Bo jak nie, to już chyba lepiej od razu za burtę wyskoczyć . Temujin włączył się do dyskusji, wysuwając zza Bereniki. - Ja na ten przykład staram się ufać, że ta pasiasta bestia nie odgryzie mi głowy, jak przypadkiem podejdę za blisko . Machnął w kierunku tygrysa. Ale akurat o mnie mówili, żem za bardzo ufny . Uśmiechnął się lekko ironicznie, patrząc na druida.
Ten podniósł jedną brew do góry patrząc na nich spokojnie.
- Wyżywać? Prowadzimy tylko dyskusję jak na rzeczan przystało, po to jest pierwsza swoboda przecież. Co do Rawgha to musi się do wszystkich przyzwyczaić, a ja muszę mieć trochę czasu żeby go przekonać do zaakceptowania idei że jesteście jego rodziną. Do tego czasu będę go pilnował. W przeciwieństwie do wilka nie ma potrzeby przebywania z watahą. Zaufanie prawdopodobnie przyjdzie z czasem, po prostu ja się nie spieszę z jego deklarowaniem. - powiedział.
Berenika wywróciła oczami słuchając undine. Machnęłą ręką na niego i jego przekonania. Ganorsk prychnął, rozbawiony reakcją kobiety.
- Nikt ci przecież kłapać szczęką nie zabrania, a to od tego jest pierwsza swoboda. Od tego i od przyjmowania konsekwencji swojego gadania - powiedział, rozpierając się wygodniej - Ale skoro tak o nich lubisz mówić, to proszę bardzo - nagle rozbawiony ton zniknął - Możecie na mnie liczyć. Dopóki nikt z was nie wbije pozostałym noża w plecy, obiecuję walczyć po waszej stronie, wspierać was bronią i magią - zakończył z pełną powagą, po czym odchylił głowę do tyłu i przymknął oczy, a na twarz wrócił zadowolony uśmiech.
- Wspólne przyrzeczenie? Przynajmniej dopóki się nie poznamy lepiej? - zapytał go bardzo poważnie druid.
- Mów co chcesz, wolny kraj - odparł wciąż uśmiechnięty półork, nie otwierając oczu. Leniwie drapał wilka za uchem.
- To prawda. Macie moje słowo że będę wspomagał drużynę podczas tego zlecenia. - skinął głową undine.
- Postaram się, jeśli będę mogła, was wspierać. - Berenika uznała, że z jej strony też się przyda coś powiedzieć.
- I ja się dołączam do waszych deklaracji. Może się moja wiedza przyda - dla dobra drużyny! - gnom wyprostował się i teatralnie wysunął szczękę. - "Unitum vincimus!" - jak stało w jednej starej księdze. Co, wedle mego mistrza, ma znaczyć: w kupie damy radę.
~Przysięgi nic dla nich nie znaczą!~ Ganorsk milczał. Nie spodziewał się takiego obrotu spraw, ale był z niego zadowolony, chociaż głosy miały trochę racji. Nie miał żadnej gwarancji, że ktokolwiek dotrzyma obietnic, lub jakoś się z nich nie wyłga. Ale też nie zamierzał o tym myśleć…

***

Nagły, głuchy warkot wilka wybudził szamana z lekkiego transu (czy też drzemki) – Ganorsk poderwał się, rozglądając uważnie. Żadnego niebezpieczeństwa, ale Ursk nigdy dotąd się nie mylił. ~Zasadzka! Piraci!~
- Coś jest nie tak – powiedział tak, by wszyscy usłyszeli, a sekundę później dojrzał podejrzanie humanoidalny kształt pod powierzchnią rzeki - W wodze! – krzyknął tuż przed tym, jak sfora utopców wyrwała się z wody, rzucając na rybacką barkę. Półork zerwał się na nogi, złapał za swoje uzbrojenie, a następnie zarył z impetem twarzą w pokład, gdy langskip wpadł na mieliznę. Kląc na czym świat stoi, podniósł się ponownie, zostawiając tarczę i łapiąc podaną mu przez Berenikę broń - najeżona kolcami kula promieniowała aurą zimna. Zrozumiawszy, że to robota dziewczyny, wyszczerzył się do niej w podzięce i z rykiem rzucił się do boju.
- Ursk, broń załogi! – wrzasnął, chwytając za pasek wioślarza już do połowy wyciągniętego za burtę - Zostajesz tutaj! – krzyknął ze śmiechem, wrzucając mężczyznę na pokład jedną ręką, a drugą, uzbrojoną w morgensztern, grzmocąc trzymające go przed chwilą umarlaki. Syki oraz mokry odgłos stali uderzającej o martwą tkankę były przez chwilę jedynymi odgłosami w jego głowie. Ganorsk nie poruszał się z gracją, brakowało mu zwinności szermierzy, a jednak jakimś cudem unikał niektórych ataków, tak jakby wiedział chwilę wcześniej, gdzie wróg ma zamiar uderzyć. Ale przy takiej ilości topielców i to nie wystarczało. W końcu jeden z nich wykorzystał moment nie uwagi i skoczył półorkowi na twarz, wydrapując sporą szramę na jego policzku. Ten jednak warknął tylko, niepokojąco wilczo, po czym złapał napastnika i wgryzł się w jego nadgniłe przedramię, nieomal je odgryzając. W tym samym czasie jego towarzysz rzucał się na każdego umarlaka, któremu udało się wejść na pokład – impet i ciężar wilka wystarczały, by zwalić wroga na deski pokładu, a wtedy stawał się łatwym celem dla ulfeńskich wojowników.
 

Ostatnio edytowane przez Sindarin : 25-10-2021 o 11:51.
Sindarin jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Odpowiedz



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 08:41.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2022, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170 171 172