Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - DnD
Zarejestruj się Użytkownicy

Sesje RPG - DnD Wybierz się w podróż poprzez Multiwersum, gdzie krzyżują się różne światy i plany istnienia. Stań się jednym z podróżników przemierzającym ścieżki magii, lochów i smoków. Wejdź w bogaty świat D&D i zapomnij o rzeczywistości...


Odpowiedz
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 01-03-2022, 13:59   #1
 
Umbree's Avatar
 
[Rise of the Runelords I] Burnt Offerings


Sandpoint było cichym, spokojnym miasteczkiem położonym na Zaginionym Wybrzeżu Varisii. Pierwotnie traktowane jako miejsce ucieczki od miejskiego życia Magnimaru, stało się regularnym przystankiem dla kupców i podróżników z całej Varisii. Relaksujący, spokojny styl życia, szacunek do prawa i tolerancja dla religii sprawiły, że było to miejsce niemal idealne do osiedlenia się dla podróżnych z innych stron Wewnętrznego Morza. Ponadto, plotki o nawiedzonych ruinach, lokalnych potworach oraz orientalnej kuchni przyciągały poszukiwaczy przygód i turystów z całego kraju. Najbardziej uderzającą cechą miasta była zrujnowana, starożytna wieża, rozciągająca się wysoko nad klifami wybrzeża, przypominając mieszkańcom i podróżnym starożytne imperium Thassilon, które istniało tu na wieki przed liczącym zaledwie czterdzieści dwa lata Sandpoint.

W ostatnich dniach eskcytacja i napięcie przeplatały się ze sobą, gdyż nadchodził długo wyczekiwany początek Festiwalu Swallowtail. Było to rokroczne święto Desny, bogini snów, szczęścia i podróżnych, podczas którego ludzie bawili się, jedli i pili, a kulminacją było wypuszczanie na wolność setek przepięknych motyli paziowatych, mających nawiązywać do popularnej legendy opowiadanej przez wiernych i kapłanów bogini. Święto obchodzone było przez większość lokalnych i przyjezdnych, nawet jeśli nie podążali oni za naukami Desny.

Ta edycja festiwalu miała dla Sandpoint jeszcze inny cel. Przez ostatnie pięć lat mieszkańcy miasteczka uczestniczyli w nabożeństwach w tymczasowych drewnianych chatach, po tragicznym, tajemniczym pożarze, który zniszczył stary budynek świątyni oraz pozbawił życia ówczesnego kapłana i jego córkę. Ludzie do tej pory nie lubili wracać myślami do tego wydarzenia. Jednakże, po pięciu latach ciężkiej pracy, mieszkańcy Sandpoint w końcu ukończyli budowę swojej nowej katedry. Piękna, kamienna konstrukcja wyraźnie odzwierciedlała wysiłek i poświęcenie, jakie w nią włożyli, i stanowiła spory kontrast względem przeważnie drewnianych domów miasteczka. Duże, drogie, witrażowe okna zdobiły ściany, z których każde reprezentowało jedno z sześciu głównych bóstw Sandpoint. W końcu nadszedł też dzień, w którym katedra miała być poświęcona i oddana do użytku.

Od południa można było dostać się do miasta drewnianym mostem, od północy bramą umieszczoną w niewysokim murze. Zwykle pilnowało jej jeden lub dwóch strażników. Most był niestrzeżony, gdyż oprócz rzadkich ataków niewielkich grup goblinów, okolica była całkiem bezpieczna. To właśnie z tych kierunków ciągnęły do miasteczka zastępy podróżnych, poszukiwaczy przygód i kupców zachęconych popularnością festiwalu. Zarówno na moście, jak i przy strażnicy w północnej części, ustawiono lustro, oraz znaki. Oba zawierały to samo przesłanie:


I z takim nastawieniem ludzie wkraczali w mury miasteczka.
 
Umbree jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 01-03-2022, 18:27   #2
 
Umbree's Avatar
 
ROZDZIAŁ I: FESTIWAL I OGIEŃ


Sandpoint, Światło Zagubionego Wybrzeża,
Varisia, Wewnętrze Morze, Golarion
23 dzień (Dzień Księżyca) Rova, 4707 Absalomskiej Rachuby.
Podkład muzyczny



Festiwal Swallowtail został oficjalnie rozpoczęty, a wszyscy doskonale wiedzieli, jak ważne jest to święto dla mieszkańców Sandpoint. Zamykał definitywnie serię wydarzeń sprzed pięciu lat, określanych mianem „czasu nieszczęścia”, kiedy pozornie nieszkodliwy ekscentryk Jarvis Stoot wpadł w szał zabijania, co wywołało strach i panikę w sennym i - jak się do tej pory zdawało - bezpiecznym miasteczku. Prawie dwa tuziny mieszkańców zostało zamordowanych, zanim Siekacz - jak został nazwany przez lokalnych - zginął z rąk szeryfa Hemlocka, stawiając opór przy aresztowaniu. Jego ciało ledwo ostygło, a mieszkańcy musieli zmierzyć się z kolejną tragedią: przypadkowym pożarem, który zniszczył najbardziej wysuniętą na północ dzielnicę miasta – poczynając od katedry, w której zginął szanowany przez wszystkich kapłan Ezakien Tobyn, jego córka i kilku akolitów.

Od samego rana na ulicach miasteczka panowała atmosfera zabawy. Lokalni i przyjezdni kupcy rozstawiali swoje kramy, zewsząd słychać było skoczną, wesołą muzykę. W kilku namiotach sprzedawano żywność, ubrania, lokalne wyroby rzemieślnicze i pamiątki. Część niewykorzystanych materiałów budowlanych wciąż leżała porozrzucana nieopodal katedry, ale większość starych rusztowań i kawałków drewna zostało wykorzystanych do budowy wysokiego podium w południowo-wschodnim rogu otwartego placu przed świątynią. Pogoda również dopisywała festiwalowi - jak na początek jesieni było naprawdę ciepło, a słońce przyjemnie grzało.

Staliście grupą niedaleko podestu i obserwowaliście okoliczny teren, wiedząc, że dzisiaj nie jesteście tu po to, by bawić się z mieszkańcami, tylko żeby pilnować porządku. Burmistrz Deverin, świadoma popularności festiwalu, któremu miało towarzyszyć otwarcie nowej świątyni, zatrudniła dodatkowych ludzi do ochrony miasteczka. Pomijając Mharcisa, który wciąż był strażnikiem miejskim, stanowiliście jedną z czterech takich grupek, które nie zwracając na siebie większej uwagi miały wspierać lokalnych stróżów prawa. Jak na razie nic podejrzanego się nie działo i wyglądało na to, że to będą najprościej zarobione trzy złote monety na głowę. Ludzie skupieni byli na zabawie, wesołych rozmowach i chcieli po prostu cieszyć się tym dniem.

W samo południe, na centralnym placu miasteczka zebrał się spory tłum a na scanie ulokowanej przed katedrą stała wysoka, uśmiechnięta kobieta o kasztanowych włosach. Za nią, na trzech z czterech krzeseł siedzieli mężczyźni, prowadząc ze sobą jakąś dyskusję. Znaliście ich dobrze - ciemnoskóry szeryf Belor Hemlock, ojciec Abstalar Zantus i najlepiej z nich ubrany, Cydrak Drokkus, właściciel teatru Sandpoint. Gdy kobieta zbliżyła się do krańca sceny i uniosła ręce, wszystkie rozmowy zebranych wokół ludzi umilkły. Wy również postanowiliście posłuchać, co ma do powiedzenia.


Kendra Deverin, burmistrz Sandpoint

- Witam wszystkich serdecznie na corocznym festiwalu Swallowtail. - Zaczęła kobieta, uśmiechając się do wszystkich ciepło. - Jeśli ktoś jeszcze mnie nie zna, to może się przedstawię. Nazywam się Kendra Deverin i jestem burmistrzem Sandpoint. Wspaniale jest widzieć tak wielu z was, którzy dołączyli do nas w tym jakże ważnym dla nas dniu. Chciałabym również powitać wielu nowych gości, których widzę w tłumie po raz pierwszy. Jako burmistrz, witam was w imieniu miasta. - Rozległy się gromkie oklaski, które Kendra poczęła tłumić uniesionymi rękoma. Po chwili kontynuowała. - Mam nadzieję, że wszyscy będziecie dobrze się bawić w Sandpoint i na festiwalu. Nasze miasteczko ma wiele do zaoferowania i szczerze liczę, że spędzicie tu przyjemnie czas i niebawem do nas wrócicie. A nawet jeśli nie zostaniecie długo, bawcie się i wydawajcie pieniądze, bo ważne jest wspieranie lokalnych sprzedawców!

Ludzie nagrodzili ją oklaskami, a Kendra ustąpiła miejsca kolejnemu z mówców. Szeryf Hemlock uderzył w bardziej poważny ton, przypominając wszystkim, aby zachowywali się przyzwoicie przy wieczornym ognisku i prosząc o chwilę ciszy, by przypomnieć wszystkich tych, którzy zginęli w pożarze starej świątyni. Cyrdak Drokkus, który przemawiał chwilę po szeryfie podsumował długi proces, przez który przeszło miasto, aby sfinansować i zbudować nową katedrę. Na koniec nie zapomniał o autopromocji zapraszając mieszkańców i gości do wzięcia udziału w jego nowej sztuce „Klątwa harpii” jutrzejszego wieczoru. W rolę królowej harpii wcielić się miała słynna magnimarska diva Allishanda, a spektakl miał być wystawiany jeszcze przez dwa tygodnie.

Ostatni przemawiał ojciec Zantus, którego pojawieniu się przy krawędzi sceny powitały gromkie okrzyki. Kapłan pozdrowił wszystkich gestem dłoni i z szerokim uśmiechem wypisanym na twarzy zaczął mówić.


Abstalar Zantus, kapłan Desny

- Bardzo się cieszę, że tu wszyscy jesteście i będziecie świadkami otwarcia naszej nowej katedry. Dzisiaj rozpoczyna się nowy sezon jesienny a w taki dzień jak dziś, Desna spadła z niebios podczas bitwy z boginią Lamashtu. Zapewne wszyscy, lub przynajmniej większość z was zna tę historię, więc nie będę jej powtarzał. Jej głównym przesłaniem jest to, że nieważne jak boleśnie upadamy, jak ciężkie jest nasze życie, jak bardzo doświadcza nas los. - Urwał na moment - Po burzy zawsze wychodzi słońce. Tak samo jest z historią naszej świątyni. Spłonęła, zabierając ze sobą ojca Tobyna, jego córkę i młodych nowicjuszy ale nigdy ich nie zapomnimy. I ta nowo odbudowana katedra ma też być tego symbolem. Pamięci, ale i nadziei na to, że nic nigdy nie jest do końca stracone. Przyjaciele, mieszkańcy i drodzy goście - festiwal Swallowtail oficjalnie uważam za rozpoczęty!

Po tych słowach Zantus podszedł do stojącego nieopodal wozu, odrzucił na bok błękitną płachtę, odsłaniając tysiące żółto-czarnych motyli paziowatych, które nazywano Dziećmi Desny. Otworzył klatki, a motyle wyfrunęły we wszystkie strony poprzez tłum, ku jego uciesze. Kapłan wrócił na swoje miejsce, by dalej rozmawiać o czymś z pozostałą trójką, a tłum począł rozchodzić się po okolicy, szukając dla siebie zajęcia. Zewsząd dochodziły was wspaniałe zapachy potraw wystawianych tu i tam, oprócz tego ludzie brali udział w wielu różnych zabawach, takich jak zawody w jedzeniu tarty wiśniowej na czas, przenoszenie jajka na łyżce z jednego miejsca na drugie, wyścigi w workach, podnoszenie ciężarów i wiele innych. Atmosfera była wspaniała i wydawało się, że nic nie będzie w stanie popsuć ludziom tego szczególnego dnia.
 
Umbree jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 02-03-2022, 10:18   #3
 
Bellatrix's Avatar
 

Posiadłość rodu Scarnetti,
23 Rova 4707 AR.


Kończyła się ubierać, gdy matka zapukała do jej drzwi. Wiedziała, że to ona, gdyż tylko ona zawsze to robiła - ojciec czy Leon nie dbali o coś takiego jak jej prywatność. Do tego stopnia, że dość szybko Verna zaczęła zamykać drzwi na klucz, czym bardzo denerwowała obu samców w jej rodzinie. Tym razem ich nie zamykała, bo słyszała, jak ojciec wychodzi z samego rana, a Leon był obecnie w Magnimarze u rodziny.
- Proszę - powiedziała, wciskając stopę w prawy but.
W jej przytulnie urządzonym pokoju pojawiła się uśmiechnięta rodzicielka. Jak zwykle nienagannie ubrana i uczesana.
- Nie powinnaś tego robić - rzuciła, zakładając ręce.
- Za późno. Poza tym i tak nie zmieniłabym decyzji - odparła.
- Wiesz, że ojciec mocno się zdenerwuje, jeśli cię zobaczy w służbie Kendrze.
- Nie obchodzi mnie to. Tak jak ja nie obchodzę jego od momentu narodzin.
- Verna posłała jej wymuszony uśmiech.
- Wiesz, że to nieprawda.
- Przestań go cały czas usprawiedliwiać. Nie jestem już małą dziewczynką i wiem, jak powinien zachowywać się rodzic, który kocha swoje dziecko. Na przykład tak jak ty
- powiedziała i zobaczyła cień uśmiechu na twarzy matki.
- Na swój sposób ojciec cię kocha. On po prostu… jest twardym mężczyzną. Nie umie tego okazać.
- Przyzwyczaiłam się
- odpowiedziała, zakładając pas z mieczem. - Nie chcę w kółko rozmawiać o tym samym, mamo. Wiele razy już to wałkowałyśmy i nic pożytecznego z tego nie wyszło. Ojciec się nie zmieni, a mi się nie chce tracić czasu i energii na rozmowę o tym. Mamy piękny dzień, festiwal jesienny i chcę spędzić ten czas najlepiej, jak się da.
- Zaboli go, że zgłosiłaś się do służby przy festiwalu.
- Ciągnęła matka. - Według niego Scarnetti nie powinni być pod Deverinami. To miasto powinno służyć nam, a nie na odwrót.
- Właśnie między innymi przez takie przekonania nikt go w miasteczku nie lubi. A Leon idzie w jego ślady
- odpowiedziała. - Dobrze chociaż, że ja nie jestem taka jak oni. - Prychnęła. - A jeśli uważasz, że zgłosiłam się do tej pracy po to, żeby go zdenerwować, to bardzo się mylisz.

Verna zgarnęła tarczę i plecak, po czym ruszyła do drzwi. Matka odsunęła się, pozwalając jej przejść.
- Skoro nie mogę cię przekonać do zmiany zdania, to może chociaż zjemy razem śniadanie? - zapytała.
- Nie mam już czasu. Zjem coś w miasteczku, dzisiaj dobrego jedzonka na pewno tam nie zabraknie. - Uśmiechnęła się do matki, pocałowała ją w policzek, po czym zeszła szybko po schodach na dół i skierowała się do drzwi.
- Cześć, Adele! Pa, Adele! - powiedziała jeszcze na odchodne do zatrudnionej przez rodziców służki zmierzającej do kuchni i wyszła na zewnątrz.




Festiwal Swallowtail,
Sandpoint.


Kierując się od razu do garnizonu na miejsce zbiórki mijała pięknie udekorowane uliczki miasteczka i ludzi rozstawiających swe stoiska. Radość przepełniała jej serce, gdyż wiedziała, że nigdzie indziej nie czułaby się lepiej, niż tu. To był jej dom. I nawet jeśli kiedyś stąd wyjedzie, to będzie wracała co jakiś czas - tego była pewna. Co jakiś czas machała do pozdrawiających ją mieszkańców uśmiechała się do nich szeroko. Scarnetti nie byli zbyt lubianą w Sandpoint rodziną, dlatego fajnie było czuć, że chociaż ją mieszkańcy akceptowali i darzyli jakąś sympatią.

Na miejsce dotarła jako jedna z pierwszych ale niedługo później zaczęli dołączać inni z przydzielonych do tej grupy. Tym bardziej się ucieszyła, gdy zobaczyła Valla, któremu kiedyś pomagała, Argaena, z którym jeszcze kilka lat temu szwendała się po starej latarni i jaskiniach pod miasteczkiem, czy Cade’a i Mharcisa, których po prostu znała z ulicy. Najmniejszy kontakt miała z Sherwynn, ale wiedziała kim jest no i doceniała bardzo jej umiejętności gry na lutni.

Przed resztą towarzyszy Verna prezentowała się nienagannie. Była szczupłą, wysoką kobietą (170cm) przyciągającą wzrok mężczyzn piękną twarzą z pełnymi ustami, smukłym noskiem i dużymi, niebieskimi oczami. Miała długie do łopatek blond włosy, które przed wpadaniem do oczu trzymała czarna opaska. Nosiła kolczugę, przy pasie wisiał jej długi miecz a na nogach miała luźne materiałowe spodnie i buty pod kolano na płaskiej podeszwie.

W lewej dłoni dzierżyła tarczę, na plecach miała plecak z kilkoma przydatnymi rzeczami, natomiast wprawne oko mogło dostrzec zwisający z szyi ​​święty symbol jej bóstwa, Ragathiela - skrzyżowane ze sobą skrzydło oraz miecz bastardowy. Oprócz tego, zebrani mogli czuć od niej przyjemny, owocowy zapach, jaki wokół siebie roztaczała. To, w połączeniu z jej fizjonomią sprawiało, że większość mężczyzn traciła głowę w jej obecności. Niektórzy nawet uważali, że zesłały ją same niebiosa, co w pewnym sensie było prawdą, gdyż w jej żyłach płynęła krew aasimarów.

- Miło mi was wszystkich widzieć - powiedziała na powitanie do towarzyszy. - Cieszę się, że to właśnie w gronie znajomych twarzy przyjdzie mi spędzić ten dzień. Chodźmy się rozejrzeć. Przy okazji może kupię sobie coś do jedzenia, bo nie miałam czasu zjeść śniadania. Ktoś jeszcze głodny? Ja stawiam. - Uśmiechnęła się, prezentując równe, białe ząbki.


Festiwal przebiegał w spokojnej atmosferze, więc nie było powodu, by nie posłuchać przemówienia burmistrz Deverin i pozostałych. Ojciec Zantus miał rację; to było nowe otwarcie dla miasteczka a ta piękna katedra je symbolizowała, wlewając wiele pozytywnych emocji i nadziei w serca mieszkańców. Po skończonej przemowie wszyscy zaczęli się rozchodzić, więc Verna zagadała do kompanów.

- Idziemy się gdzieś rozejrzeć, czy po prostu jeszcze jakiś czas chcecie tu zostać i mieć oko na burmistrz Deverin, ojca Zantusa i pozostałych? - spytała. - Powiem szczerze, że trochę się nudzę… wieczorem, jak już będzie po wszystkim, zapraszam was wszystkich na wino do Ameiko. Napijemy się, porozmawiamy. Jak za prawie starych, dobrych czasów. Co wy na to?

 
Bellatrix jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 02-03-2022, 10:37   #4
 
Nostromo's Avatar
 
W domostwie Goodbarellów dzień zaczął się bardzo wcześnie. Kilkunastoosobowa rodzina była stawiana na nogi skoro świt przez najmłodszych członków domagających się a to jedzenia a to uwagi. Zaczynały się gonitwy i zabawy dzieci. Po nich zaczynały się przygotowania do śniadania. Kobiety krzątały się w dużej kuchni przygotowując wspólny posiłek. Tego świątecznego dnia mężczyźni za wyjątkiem Cade nie szli do pracy, ale nie zmieniało to mocno porządku dnia. Wszyscy gromadzili się skoro rano na wspólny posiłek. W końcu do jadalni przychodził senior rodu Alton i zaczynało się śniadanie.

-Tak więc synu dzisiaj do pracy?- Alton zwrócił się do Cade przekrzykując rwetes czyniony przez najmłodszych członków rodu.
-Tak tato, wpadnie wreszcie trochę grosza.
-Pilnując porządku może poznasz wreszcie jakąś miłą niziołkę. Będzie sporo gości spoza Sandpoint- odezwała się Denaia, matka Cade i żona Altona, karmiąc trzymanego na kolanach najmłodszego brata Cade.
-Mamo ja tam idę do pracy-odpowiedział Cade z ustami pełnymi kaszy.
-Do pracy nie do pracy trzeba myśleć o przyszłości. Tatko w twoim wieku był już żonaty.
Cade na te słowa przewrócił wymownie oczami.
- A kto by chciał takiego brzydala?- dorzuciła chichocząc Irike jego dziesięcioletnia siostra na co Cade zareagował ciskając w nią maślaną bułeczką.
-Nie rzucać jedzeniem do kroćset!- powiedział z oburzeniem Alton.
-A odnośnie ustatkowania się matka ma całkowitą rację. Może czas przeprosić się ze strażą miejską synu.
-Mówiliśmy o tym tato, po tym jak cię potraktowali nie ma mowy. Zostałeś ranny na służbie a oni nawet nie powiedzieli dziękuję. Do tej pory kulejesz.
-Nie mam do nikogo żalu, więc ty tym bardziej nie powinieneś go mieć.

Chcąc przerwać rozmowę Cade chwycił bułkę i kawałek sera i zaczął zbierać się do wyjścia.
-Już idziesz? Dokończ śniadanie- próbowała protestować matka.
-Już pojadłem, poza tym nie chcę się spóźnić- powiedział wychodząc z domu.



***
Cade był dwudziestopięcioletnim niziołkiem o czarnych włosach, które spinał w koński ogon. Wzrostu był jak na niziołka przeciętnego i szczupłej sylwetki co podkreślała noszona skórznia. Do pasa miał przytroczony rapier i sztylet, rękojeść drugiego sztyletu wystawała z cholewy buta. Ekwipunku dopełniał łuk krótki na plecach i kołczan ze strzałami. Wyglądał bardzo profesjonalnie, jak na strażnika przystało.

Na miejsce w którym przemawiała burmistrz był rzut kamieniem i dotarł w samą porę. Przyszedł zaraz po Vernie i przywitał szlachciankę dworskim ukłonem i uśmiechem. Zanosiło się na przyjemnie spędzony dzień.
-Wino?! Ktoś powiedział wino? Bardzo chętnie- powiedział mrugając porozumiewawczo do Verny.
-Tymczasem pochodzę tu sobie. Jak trafię na jakieś problemy będę krzyczał. Miłego i spokojnego dnia!
 

Ostatnio edytowane przez Nostromo : 02-03-2022 o 12:54. Powód: obrazek
Nostromo jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 02-03-2022, 12:52   #5
 
Mi Raaz's Avatar
 
Elfy są długowieczne. Ma to swoje konsekwencje. Pierwszą z nich, którą Vall sobie cenił było to, że na wszystko miały czas. Nic go nie goniło. Nigdzie. No może poza strażnikami miejskimi. Wschodzące słońce oświetlało jego gładką twarz. Od morza owiewała go bryza. Przyszedł tu, żeby mieć nieco spokoju. Łeb jego łasicy upomniał się o uwagę. Wyszła spod jego szerokiej bluzy i szturchnęła brodę.

- Jeff, o co chodzi?

Szturchaniu zawtórowały piski. Tym razem na kolana elfa wyszła mała mysz. Łasica skoczyła obok niej. Oba zwierzęta chciały się bawić z Vallem. Albo może…

- Co tak patrzycie? Głodne?
Zaczął grzebać w plecaku. Wyjął z niego jeszcze ciepłą bułkę. Uśmiechnął się i wielkim kęsem odgryzł prawie połowę. Łasica zaczęła się kręcić w kółko rozzłoszczona. Myszka cierpliwie czekała. Vall zaśmiał się w głos, a okruszki poleciały mu na spodnie. Mysz natychmiast doskoczyła do jednego z nich i pochwyciła w swoje pazurki.

- Jeff widzisz, musisz się sporo uczyć od Trevora. Przez swoją złość omijają cię najlepsze okruszki.

Łasica prychnęła.

- No już, trzymaj.
Vall przełamał bułkę na pół i spałaszował jedną z części. Drugą oddał wreszcie szczutej wcześniej łasicy.

- Dziś wielki dzień panowie - powiedział niespecjalnie przejmując się kawałkiem bułki upchanym w policzku. Patrzył na wschodzące na horyzoncie słońce. Niżej Trevor wyglądał jak jego miniaturka.

- Dziś pracujemy dla straży miejskiej. Pojedli? To ruszamy.

Elf zeskoczył ze słupa do cumowania na którym siedział i ruszył w tłum ludzi. Jeff ledwie utrzymał równowagę spadając z kawałkiem bułki w łapkach. Trevor wczepił się łapkami w luźną koszulę.

***

To było jego miasto. Jego dom. Vall przeżył tu całe swoje dzieciństwo i bolesne dojrzewanie. A miasto dorastało wraz z nim. Nie był pewny ile ma lat. Chyba około czterdziestu. Gdy jego ciężarna matka tu przybyła, to osada dopiero powstała. Teraz była tętniącym życiem miastem. Z setkami sakiewek przybywającymi na festiwal.

Zrobił rundkę po targowisku. Uderzył o jakiegoś przechodzącego jegomościa, który natychmiast się obruszył. Ot, średnio majętny szlachcic z żoną i dwójką dzieci. Oczywiście człowiek, który żył w przeświadczeniu, że wszystko mu się należy. Zrugał elfa, bo czuł się lepszy dzięki temu. A przyznać trzeba było, że wyglądowi Vala można było nieco zarzucić. Choćby tatuaż na twarzy nie był czymś kojarzącym się z legalną pracą. Rael przeprosił, ukłonił się i poszedł w swoją stronę. Za rogiem sprawdził ile kosztowały szlachcica jego rasistowskie zapędy. Siedem złotych i dwie srebrne monety z sakiewki, która wisiała przy jego pasie. Vall wyszczerzył zęby a Jeff zapiszczał radośnie.

***


Wschodzące słońce pojawiało się nad zabudowaniami gdy Vall kupował suszone mięso i jabłka. Lubił jabłka. Od razu jedno zaczął obgryzać. Wtedy Jeff pociągnął go za ucho.
- Co jest? - zapytał wypluwając kawałek jabłka.
Łasica wskazywała pyszczkiem szlachcica użerającego się ze swoją małżonką. Rael był niemal pewny, że małżonka wyrzucała mu, że nie upilnował sakiewki. Za to ich dzieci okupowały stoisko z karmelkami. Krasnoludka imieniem Nela na rozgrzanej patelni karmelizowała miód i oferowała swoje wyroby. W tym wszystkim bardzo dbała o oprawę, więc od czasu do czasu ze stoiska buchał ogień.

Chłopak i dziewczynka, na oko mieli jakieś dwadzieścia, może dwadzieścia pięć wiosen. Po chwili Vall skarcił się w myślach. Ludzie byli wszędzie, a on i tak nie przyzwyczaił się do tego jak szybko rosną. Po namyśle doszedł do wniosku, że mają pięć, może siedem wiosen. Podszedł i zobaczył, że dziewczynka płacze, a chłopak ją pociesza.

Pstryknął malca w ucho.
- Co ona się tak smuci?
Dziecko odwróciło się w miejsce, gdzie nie było już Valla.
- Kim pan jest?
- Ja? Nazwij mnie samotnym wędrowcem - powiedział z patosem patrząc pond chłopca. Jeff parsknął za połami koszuli.
- Ja go znam. Tata na niego krzyczał.
Vall przyłożył palec do ust.
- Ciii. Nie martw się. Nie jestem zły na to, że wasz tata się ze mną kłócił. Powiem wam coś.
Przyklęknął obok nich, żeby zrównać się choćby częściowo wzrostem z rozmówcami i kontynuował.
- Gdy ktoś się smuci, to jest smutas - spojrzał na zapłakaną dziewczynkę, - a gdy się kłóci to jest… - przeniósł wzrok na chłopca wyczekując odpowiedzi.
- Kutas - podłapał malec który najpewniej nie znał znaczenia tego słowa.Vall z uśmiechem poczochrał go po rudawej czuprynie.
- No właśnie. I wasz tatko to taki kutas właśnie. Nie chcecie karmelków?
Dziewczynka rozpłakała się głośniej. Vall już wiedział co jest powodem łez.
- O zobacz? Myjesz czasem głowę? - elf z włosów chłopca wyciągnął złota monetę.
Dzieciak sięgnąl od razu ręką do włosów i aczął tam grzebać.
- Czekaj! - zawołał Elf podsuwając szybko dłoń pod ucho chłopaka. Wokól rozległ się brzdęk monet.
- Niesamowite, jesteś chłopcem o złotych włosach. Choć ognistych. Daj może część siostrze.

Wytatuowany elf dał trzy znalezione we włosach monety jednemu dziecku, a trzy kolejne drugiemu. Potem rozdzielił też srebrne.

- Idźcie kupić sobie te karmelki. Potem zjedzcie jabłka, żeby wam zęby nie wypadły. A ty młody po wszystkim idź i powiedz swojemu tacie, że kupiliście dla niego karmelki, więc możesz mu oddać złoto. A on ma już nie być taki kutas.

Na koniec Vall mrugnął okiem i ruszył na umówione miejsce odprawy niosąc ze sobą siatkę jabłek.

***


Vall był spóźniony na odprawę. Ot, konsekwencja tego, że czas płynął gdzieś obok elfów. Był wyższy od przeciętnego człowieka i jak większość elfów bardzo szczupły. Miał też bardzo jasne włosy. Wręcz białe. Obcinał je jak ludzie, na krótko. Odróżniało go to od tych długowłosych czarodziejów i łuczników, którzy swą androgeniczną urodą wprawiali w zakłopotanie innych mężczyzn. Jego szpiczaste uszy za to były tak wyraźne, że trudno było pomylić go choćby z półelfem a co dopiero z człowiekiem. Twarz dopełniły równiutkie białe zęby oraz tatuaż biegnący od podbródka do skroni.

Nosił długą czarną koszulę. Tak długą i tak luźną, że łatwo było ją pomylić z szatą. Sięgała do połowy ud i falowała z każdym jego ruchem. Za długie rękawy skrywały praktycznie całe dłonie i sprawiały wrażenie bardzo nieporęcznych. W polach tej dziwnej koszuli najczęściej można było znaleźć jego mysz albo łasicę. Do tego miał spodnie z czarnej skóry, które idealnie przylegały do jego chudych nóg. Wpuszczone w wysokie buty były kompletnym przeciwieństwem koszuli. Gdy elf poruszał się tanecznym krokiem to można było niemal zobaczyć pracujące pod nimi mięśnie nóg.

W stroju elfa i w jego zachowaniu było coś z artysty. Niczym kolorowy ptak sprawiał wrażenie oderwania od świata, w którym żyje.

Do pasa miał przytroczony krótki miecz. Często nacierał ostrze oliwą, żeby nie wydawało dźwięku przy wyjmowaniu z pochwy. W efekcie zapach wokół niego roztaczany kojarzył się zazwyczaj z kuchnią.

Ciekawostką była też księga, którą miał zawsze przy sobie przypiętą do paska. Miała stalową klamrę i łańcuch o drobnych oczkach łączący ją z paskiem. Najpewniej również łańcuch był czymś smarowany, bo elf zdawał się nie wydawać żadnych dźwięków przy poruszaniu.

Powitał wszystkich serdecznie i poczęstował kupionymi jabłkami. Zaaprobował plan na wieczór i ruszył za wszystkimi na ustalone pozycje. Nie przejął się ochrzanem zebranym za spóźnienie. Dziś było święto i miał zamiar świętować. Nic nie miało mu popsuć humoru tego dnia.
 
__________________
Wszelkie podobieństwo do prawdziwych osób lub zdarzeń jest całkowicie przypadkowe.

”Ludzie nie chcą słyszeć twojej opinii. Oni chcą słyszeć swoją własną opinię wychodzącą z twoich ust” - zasłyszane od znajomej.
Mi Raaz jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 02-03-2022, 16:27   #6
Administrator
 
Kerm's Avatar
 
Pół roku to w sumie niewiele.
Argaen przekonał się o tym spacerując uliczkami Sandpoint, które - o dziwo - nic a nic nie zmieniło się podczas jego nieobecności.
Biały Jeleń i Rdzawy Smok jak przed miesiącami otwierały szeroko swe podwoje, Kendra Deverin stale była burmistrzem, Dwaj Rycerze niezmiennie produkowali piwo, Veznutt Parooh wciąż spierał się z Ilsoarim Gandethusem, stara latarnia nie uległ upływowi czasu, Brodert Quink bez zmian głosił swe niepopularne wśród mieszkańców teorie, Różowy Kociak chętnie przyjmował klientów, a piękna jak zawsze Shayliss powitała Argaena z otwartymi ramionami.
Przyjaciele również - chociaż w nieco inny sposób...

Ale, prawdę mówiąc, coś się zmieniło - katedra wreszcie została ukończona.

* * *

Wysoki, szczupły półelf przyodziany był w strój, który nijak nie pasował do pełnionej aktualnie funkcji - osoby pilnującej spokoju i porządku na największej i najważniejszej imprezie w mieście.
O tej pracy dowiedział się przez przypadek, bowiem Kendra nigdy w życiu nie zaproponowałaby mu takiej roboty.
Trzy sztuki złota, dla niektórych niebotyczna wprost kwota, nie robiły na Argaenie większego wrażenia, a zaklinacz zgłosił się do Kendry nie dla zarobku. No i, nie da się ukryć, nie z chęci zrobienia czegoś dobrego dla rodzinnego miasta. Jeśli ktoś marzył o wyruszeniu w świat w poszukiwaniu przygód, to musiał się przyzwyczaić do chwytania takiej pracy, jaka się nadarzyła.

Przywitał tych, którzy zjawili się na miejscu przed nim, a chwilę później cierpliwie wysłuchał (zbędnych jego zdaniem) na szczęście dość krótkich przemów. No i można było zabrać się do pracy.

- Trzeba będzie pokręcić sie między uczestnikami festiwalu - powiedział. - Nie musimy pilnować Kendry, bo jej się nic nie stanie. - Uśmiechnął się. - Połączymy przyjemne z pożytecznym - dodał.
- Twoja propozycja brzmi zachęcająco. - Spojrzał na Vernę. - Odpoczniemy po dniu ciężkiej pracy i pogadamy.
 
Kerm jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 02-03-2022, 23:32   #7
Młot na erpegowców
 
Alex Tyler's Avatar
 
Wysoka kobieta wkroczyła na dużą scenę, położoną w zaszczytnym miejscu „Złamanego Zęba”. Na jej środku stało jedno z tawernianych siedzisk, z którego skorzystała, usadawiając się przodem do zgromadzonych w przybytku klientów. Przeważnie młodych, szukających mecenasa artystów. Jedni zerkali na nią z zazdrością, inni z niechęcią, niektórzy zaś z pożądaniem. To ją docenił Jesk Berninni, pozwalając na ekskluzywny występ. Dziewka splotła nogi, po czym ułożyła na prawym udzie pudło rezonansowe lutni. Był to piękny siedmiostrunowy instrument wykonany z drewna cisowego ze smukłą, dobrze leżącą w dłoni szyjką i rozetą w kształcie należącego do Shelyn ptaka śpiewającego.
— Ten utwór dedykuję tym, którzy znaleźli, lub dopiero poszukują swojej drogi — zwróciła się do publiczności obdarzona aksamitnym głosem artystka.
Następnie pochyliła delikatnie głowę nad instrumentem, pozwalając długim pasmom włosów swobodnie spłynąć na twarz. Lewą dłonią z gracją objęła szyjkę w okolicy końcowych progów, zaś prawą ułożyła koło rozety. Chwilę później zaczęła grać. Jej wprawne palce sunęły po strunach z precyzją zegarmistrza i uczuciem godnym żarliwej kochanki. Melodia początkowo nie była zbyt skomplikowana, acz wnikliwy słuchacz mógł wyczuć weń subtelnie wplecione, metafizyczne nuty. Stanowiła poruszającą i niemal namacalną ekspresję czegoś, co musiało spoczywać na samym dnie duszy grającej. Pieszczący zmysły pokaz artystyczny zdawał się trafiać nawet do uprzedzonych do wykonawczyni bywalców tawerny, bowiem z trudem przychodziło im utrzymywanie maski obojętności. Tak silnie oddziaływały jej skomponowane z urzekającym powabem nuty. Jeszcze zanim dziewczyna zaczęła śpiewać, wszyscy bez wyjątku wydawali się czujnie wsłuchiwać w natchnioną melodię, wydobywającą się z taką pasją i dojmującą mocą, jakby za udziałem zaklętego instrumentu.

Udawałam, że wciąż się trzymam
lecz tak naprawdę tonęłam
w niezmąconej wodzie

Teraz zamykam oczy
a cała reszta niech dzieje się sama

Nagle, pośród głębokich ciemności, okazało się,
że wciąż jestem w stanie poczuć coś dobrego
i wyjść na prostą

Teraz zamykam oczy
a cała reszta niech dzieje się sama

Wiem, wiem...

Zaledwie jedna banalna rzecz
której nigdy nie dostrzegłam
lecz teraz już wiem

A cała reszta niech dzieje się sama

Zostań ze mną, mój odnaleziony aniele
teraz już nie jest mi źle
A cała reszta niech dzieje się sama

Teraz zamykam oczy
a cała reszta niech dzieje się sama
Teraz zamykam oczy
a cała reszta niech dzieje się sama...


Kiedy finalne słowo i ostatnia nuta utworu zdołały wybrzmieć w najdalszym kącie głównej izby, kilkuminutowe wykonanie dobiegło kresu. Na sali zapadła głucha, niemal niezręczna cisza. Ludzie zawiesili się kompletnie, tak jakby odpłynęli duchem i myślami ku innemu wymiarowi. Choć niewiele ziaren piasku upłynęło, wyjątkowy utwór stał się dlań czymś tak naturalnym i pożądanym, jakby jego istnienie było jednym, prawdziwym i immanentnym stanem rzeczywistości, nie mając prawa się skończyć. W końcu jednak marazm zgromadzonych ustąpił i panującą wokoło ciszę brutalnie przerwał wybuch gromkich owacji. Bardka delikatnie skłoniła głowę w podziękowaniu.


Sherwynn ochoczo zgodziła się ochraniać Sandpoint w trakcie festiwalu Swallowtail, mimo że nie przepadała za pracą w typie służby wartowniczej. Pusta sakiewka zdawała się wystarczającą zachętą, zwłaszcza że obiecywana zapłata była dość przyzwoita. Dziewka musiała zarabiać, jeśli chciała zrealizować swój plan opuszczenia południowo-zachodniej Varisii w celu poszukiwania wspaniałych przygód i prawdziwej sławy.

Bardka była uderzająco piękną młodą kobietą o figurze klepsydry, szkarłatnych włosach, wyniosłym spojrzeniu orzechowych oczu i wyzywającej postawie, czym poniekąd zmuszała wszystkich, by ją ignorowali. Jej przyodziewek stanowiła elegancka biała, luźno zarzucona koszula z dużym dekoltem i odkrytymi ramionami, podkreślający sylwetkę ciemnobrązowy gorset, para beżowych obcisłych spodni z dzianiny wełnianej, skórzane rękawiczki i wysokie podkute buty. Miała też na sobie sporo kunsztownych ozdób. Jeśli chodziło o jej uzbrojenie, to posiadała samotny kołczan strzał, bowiem krótki łuk i podwójny bułat postradała uciekając w pośpiechu z posiadłości pani Onaris, za to zdołała w międzyczasie nabyć elegancką spadonę. Za cholewką buta miała jeszcze wciśnięty prosty puginał. Poza tym na gorset narzuconą miała lekką brygantynę.

Jeszcze zanim doszło do uroczystości artystka została przydzielona do grupy z kuzynem Argaenem, niziołkowym strażnikiem miejskim, pannicą od Scarnettich i dwoma mężczyznami, których kojarzyła jedynie z widzenia i to słabo.

Praca wydawała się łatwa. I nic nie wskazywało, by miało to się zmienić. Do czasu wystąpień szeryfa, burmistrzyni i kapłana Desny, nie wydarzyło się zupełnie nic podejrzanego. Po samych wystąpieniach sytuacja również wydawała się opanowana. Sherwynn musiała przyznać, że obchody prezentowały się całkiem nieźle, choć nieco prowincjonalnie. Musiały być jedynie bladym cieniem najskromniejszych uroczystości odbywających się w Absalomie czy Isfahelu. Rudowłosa nie mogła przestać marzyć o odwiedzeniu takich miejsc.
— Ha! Też mi się nudzi! Chyba się nie obrażą, jak trochę się zabawimy? W końcu najniebezpieczniejsze co może się tu wydarzyć, to ból kiszek u jakiegoś biednego staruszka po skosztowaniu za mocno doprawionej ryby. — rzekła z przekąsem, po czym odniosła się bezpośrednio do propozycji Verny. — Z zaproszenia napitku niewątpliwie skorzystam. Lubię poznawać nowych ludzi.
 

Ostatnio edytowane przez Alex Tyler : 10-03-2022 o 18:31.
Alex Tyler jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 06-03-2022, 03:27   #8
Kowal-Rebeliant
 
shewa92's Avatar
 

Ojciec był wyraźnie zaskoczony, widząc Mahracisa wkładającego pancerz.
- Nie masz dzisiaj wolnego od służby? - zapytał nieco zbity z tropu, sam szykując się na festiwal. Obaj pracowali w straży i starszy z Petarów, pięćdziesięcioletni, mocno siwiejący mężczyzna, zadbał o to, żeby i on i jego syn nie musieli tego dnia patrolować.
- W zasadzie to tak. - odpowiedział wciągając prze głowę koszulkę kolczą - Potrzebowali jednak dodatkowych rąk do pracy i nieźle zapłacili, więc uznałem, że kilka godzin pilnowania, żeby pijani faceci nie zrobili sobie zbyt wielkiej krzywdy jest tego warte.

Marcus skwapliwie pokiwał głową, nie komentując podejścia syna. Rozumiał chłopaka. Praca w straży pozwalała wyżyć, ale nie dawała już szansy, żeby odłożyć sobie na cokolwiek innego niż kufelek piwa po służbie. No może dwa kufelki, albo trzy ale straszne sikacze. Jeśli Mharcis potrzebował pieniędzy to musiał robić dodatkowe rzeczy. Mężczyzna w duchu liczył na to, że syn chce zarobić na prezent dla jakiejś ponętnej dziewoi i wkótce sprezentuje mu wnuka, lub kilka. Tuż przed wyjściem rzucił okiem na chłopaka. Syn miał prawo mieć powodzenie u kobiet, ale z nieznanych przyczyn nie sprowadził jeszcze żadnej do domu. Nie był niski, do sześciu stóp brakowało mu dwa, może trzy cale, dobrze zbudowany o surowej męskiej urodzie, twarz zawsze ogolona, włosy krótko przystrzyżone, wyraźnie zarysowana szczęka.

~"Może nie jest jakimś zniwieściałym pięknisiem, ale czego więcej chcieć od chłopa?"~Marcus czaem zastanawiał się, patrząc na swojego potomka. Zdarzało się, że widywał go po służbie w towarzystwie dziewcząt, ale nigdy nic z tego nie wyszło. W duchu liczył na to, że po Festiwalu coś się zmieni.


***


Drużyna, do której został przydzielony była zdecydowanie mniej zdyscyplinowana niż z reguły bywało to w straży miejskiej, ale mężczyzna rozumiał panujące nastroje i chęć zabawy. Festwial nie odbywał się w końcu codziennie, a i część towarzyszy nie przywykła raczej do wykonywania pracy zarobkowej. W zasadzie znał większość z nich, a przynajmniej kojarzył każdego, zwłaszcza Cade'a z którym zdarzało mu się służyć, zanim niziołek opuścił szerego strażników. Mharcis czasem zadrościł mu tej wolności, zwłaszcza że od jakiegoś czasu sam rozważał podobne posunięcie. Verna miała zadzwiająco normalną reputację jak na kogoś ze szlachty, Valla czasem spotykał w czasie pełnienia obowiązków, a Argaena spodziewałby się zobaczyć raczej wchodzącego do burdelu, a nie ochraniającego festiwal. W zasadzie nie znał tylko Sherwynn, chociaż widział jeden czy dwa z jej występów.

Na miejscu był jako pierwszy, ale postanowił nie komentować faktu, że nie wszyscy dotarli na czas. Zamiast tego z uśmiechem przujął ofiarowane jabłko i z entuzjazmem przyjął propozycję wypadu do Ameiko. W końcu każdy zasłużył na odrobinę zabawy w czasie festiwalu.

-Pokręcę się w okolicy sceny. Robota to robota. Za dobrze wykonaną warto później wychylić conieco. - zwięźle poinformował pozostałych.

 

Ostatnio edytowane przez shewa92 : 06-03-2022 o 03:30.
shewa92 jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 06-03-2022, 09:04   #9
 
Umbree's Avatar
 
Festiwal toczył się swoim rytmem, pełen gwaru, zabaw i tańców. Roześmiane dzieciaki bez powodzenia próbowały złapać wypuszczone przez ojca Zantusa motyle, podczas gdy inne uczestniczyły wraz z dorosłymi w zabawach. Przechadzaliście się uliczkami miasteczka nie mając właściwie nic do roboty, bo i nikt nie próbował w tym szczególnym dniu zakłócać porządku i spokoju. Przyjezdni chętnie brali udział w zorganizowanych przez miasto turniejach i raczyli się darmowym alkoholem, co tylko jeszcze bardziej rozluźniało i tak radosną atmosferę.

Lunch był bezpłatny, a posiłki dostarczali wszyscy lokalni właściciele karczm i tawern, licząc, że swoimi specjałami przyciągną wieczorem gości do swoich przybytków. Szybko okazało się, że największym powodzeniem (co nie było zaskoczeniem dla mieszkańców miasta) cieszył się łosoś w sosie słodko-pikantnym oraz zupa z dorszem i nudlami serwowana przez Ameiko. Lekki wiatr niósł po całym miasteczku przemieszane ze sobą wspaniałe zapachy potraw, zachęcając do pojawienia się w obrębie festiwalu nawet tych, którzy woleli spędzić ten dzień spokojniej.

W końcu niebo na zachodzie zaczęło oblewać się czerwoną łuną, co oznaczało czas konsekracji katedry. Głośny, głuchy odgłos, niczym dźwięk odległego gromu, przetoczył się po Sandpoint, jakby był wyraźnym sygnałem do zbiórki. Jakiś bezpański pies, schowany pod wozem niedaleko stojących na placu Verny i Sherwynn obudził się i ziewnął. Szum dwóch tuzinów rozmów cichł szybko, gdy na centralne podium wchodził ojciec Zantus, niosąc w obu dłoniach dużą, bogato zdobioną księgę.

Otworzył ją, wziął głęboki wdech, jednak zanim z jego ust wypłynęło choćby słowo, ostry, głośny kobiecy krzyk przeciął powietrze. Tłum zamarł, próbując zlokalizować jego źródło. Kilka chwil później rozległ się następny. I kolejny. Wokół podniósł się gwar, ludzie zaczęli się rozglądać, a do ich uszu zaczęły docierać również bardziej niepokojące dźwięki. Odgłosy inne, ostrzejsze, wyższe i niezbyt ludzkie. Tłum rozstąpił się i wszyscy ujrzeli, jak coś małego biegnie nisko przy ziemi, wydając z siebie dźwięki szczerej radości.

Błyskawicznie dopadło do wozu i bezpański pies wydał z siebie krótki skowyt, zanim padł z gardłem rozciętym od ucha do ucha. Krew trysnęła na ziemię, przy akompaniamencie jeszcze wyższych i bardziej panicznych krzyków, które i tak nie zdołały zagłuszyć ochrypłego dźwięku dziwnej pieśni, intonowanej przez głośne, szorstkie głosy. Przerażeni, krzyczący ludzie rzucili się w stronę uliczek, tłocząc się i tratując.

Główny plac błyskawicznie zaczął się wyludniać, przez co szybko zauważyliście nadbiegające z obu waszych stron niskie, wrednie wyglądające postaci o dużych głowach i czerwonych oczach. Gobliny. Było ich sześć, każdy dzierżył w dłoni dziwnie wykonany krótki miecz, który - wedle różnych opowieści - ponoć nazywali "psiakociachaczami" a dwóch niosło również pochodnie. Ten, który przed chwilą zabił psa, zlizywał krew z ostrza.


W wejściu do katedry pojawił się nagle szeryf Hemlock z wyciągniętym mieczem.
- Zieloni atakują miasteczko! Weszli północną bramą! - Krzyknął do was. - Zajmijcie się tymi tutaj, ja pomogę innym!

Po tych słowach zniknął w jednej z uliczek za świątynią. Na podwyższeniu wciąż został ojciec Zantus, przyciskając księgę do piersi i wpatrując się z zbliżających zielonoskórych. Był blady i wyglądał na zszokowanego całą sytuacją. Wszędzie panował chaos i zamieszanie, zewsząd słyszeliście kobiece krzyki zmieszane z goblinimi rechotami oraz szczęk krzyżowanej stali.

Ujrzawszy was, stojących niewzruszenie pośród uciekającej tłuszczy, zieloni od razu zaczęli biec w waszą stronę. Tylko jeden odłączył się od grupki, ruszając w stronę podium na którym wciąż znajdował się kapłan Desny.
 
Umbree jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 06-03-2022, 19:24   #10
 
Bellatrix's Avatar
 
Cieszyła się, że wszyscy dali się zaprosić wieczorem na wino do Rdzawego Smoka. To będzie dobry moment, żeby odkurzyć stare znajomości i zawiązać nowe, bliższe. Na przykład z Sherwynn, jeśli będzie taka możliwość. Widząc, że towarzysze się rozchodzą, też postanowiła przejść się po najbliższej okolicy. Za wiele do roboty oprócz tego chodzenia nie miała, bo i nikt nie robił żadnych problemów.

Zjadła przy okazji śniadanie, które zabrała ze sobą na spacer ze stoiska Ameiko i aż się rozpływała, żując i połykając kolejny kęs posiłku. Skośnooka kobieta zdecydowanie przodowała, jeśli chodziło o jedzenie w Sandpoint. Verna przystawała to tu, to tam, przyglądając się ludziom w zabawie i zwracając uwagę na okolicę. W pewnym momencie dostrzegła w tłumie ojca i on również ją zauważył. Z pochmurną miną ruszył w jej stronę, ale został zaczepiony przez Broderta Quinka, co pozwoliło aasimarce zniknąć w tłumie. Miała dobry nastrój i nie zamierzała go sobie psuć jałową rozmową z ojcem. I tak pewnie wystarczająco się nasłucha, gdy wróci do domu.

I tak upłynął jej dzień aż do chwili, gdy ojciec Zantus zebrał wszystkich z powrotem przed katedrą. Nie zdążył jednak nawet przemówić, gdyż wydarzyło się coś zupełnie nieprzewidywalnego. Na rynku pojawiły się gobliny, a jeden z nich podciął niewinnemu psiakowi gardło. W Vernie aż krew się zagotowała gdy to zobaczyła.
- Ojcze Zantus, proszę się gdzieś schować! - krzyknęła jeszcze do kapłana i dobyła miecza, ruszając do walki z zielonymi.
 
Bellatrix jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Odpowiedz



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 09:01.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2022, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169 170 171 172