![]() | ![]() |
![]() |
| |||||||
| Archiwum sesji DnD Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemie DnD (wraz z komentarzami) |
| | Narzędzia wątku | Wygląd |
| | #41 |
![]() | - Vith ! wrzasnął Drow odpadając od ściany. Szybko pozbierał myśli szalejące w głowie jednocześnie przywołując swoje wrodzone zdolności do lewitacji. Dopiero nad samą prawie podłogą udało mu się zatrzymać w magiczny sposób właściwy jego ziomkom. Targany wściekłością zaczął przeklinać ten dzień - drugi już raz dał zrobić z siebie głupca. Chwycił rękojeść sztyletu i zadarł głowę wysoko w górę w kierunku miejsca, z którego odpadł. Miotając się wokół własnej osi z twarzą nabiegłą krwią. Rozglądał się nerwowo, wisząc wciąż kilkanaście centymetrów nad parkietem. Kiedy już się uspokoił i przestał chaotycznie spoglądać w te i we wte bezsensownie tnąc ostrzem powietrze usłyszał jakiś tępy odgłos za drzwiami. Ktoś zastawił je czymś ciężkim. Nie było innego wyjścia nie chcąc tracić mocy zaczął się unosić. Rozluźnił zbielałe knykcie na rękojeści, po czym włożył sztylet z powrotem w pochewkę przy pasie i lewitując ku szczytowi wieży wyciągnął z rękawicy kamień, na który rzucona była ciemność. Skrzywił się gniewnie gdy z trzymanego na otwartej dłoni kamyka nie wydobywała się już żadna magia. - Zhah nindol dosst zud'dar jlha'zen ? - szepnął zirytowany i zaciskając zęby spojrzał w górę ku kresowi swego lotu. Wściekłość okryła ciężką maską jego hebanowe oblicze
__________________ Kandosii sa ka’rta, Vode an. | Coruscanta a’den mhi, Vode an. | Bal kote, darasuum kote, | Jorso’ran kando a tome. | Sa kyr'am nau tracyn kad, Vode an. |
| |
| Reklama |
| |
| | #42 |
| Banned ![]() | Gdy weszła do pomieszczenia, szybko rozejrzała się po wszystkich zebranych szukając Łotra. Gdy nieodnalazła w sali nokogo, kto mógł wyglądać na takiego, skrzywiła się naburmuszona i bez słowa podeszła do swojej Mandoliny, stojącej nieopodal przy ścianie. Zawiesiła ją na plecach, płaszcz przypięła spowrotem pod szyją. Nie odzywała się wcale... miała zepsuty humor. W myślach skleciła jakąś niepochlebną fraszkę i mlasnęła ustami. Na widok Jervalka Błękitnookiego od razu przypomniała sobie Pieśń sławiącą jego czyny, lecz nie zanuciła ni słowa, miała poprostu taki kaprys i już! Założyła rękę za rękę i wymownym spojrzeniem gapiła się to na Gasmonda to na Alfraxa. - No!... może w końcu któryś z was przemówi i zdoła wyjaśnić fałszyszy alarm? - zniecierpliwiona przemówiła. |
| |
| | #43 |
![]() | Gdy gnom pociągnął ją w stronę małego stolika, nie zaprotestowała ani słowem. Pominęła milczeniem także pytanie o jej imie, zadowolona z rozwoju wypadków sprzyjających zachowaniu jej "tajemnicy".. Siedziała przy stoliku nie pijąc nic, ani nie jedząc, patrzyła tylko na nowopojawiające się postacie... Każdy uśmiech i powitanie odwzajemniała uprzejmym skinieniem głowy.. A wszystkich herosów i zachwyty nad nimi, równie uprzejmie ignorowała, gdyż nie byli to bohaterowie jaj narodu.. Jej świata.. Oczywiście nie podobało jej się zachowanie wielu z nich, choć nie dawała po sobie niczego poznać.. Z zaciekawieniem obserwowała za to ich drobne sprzeczki i uszczypliwości.. Owce.. Była niezwykle cicha w porównaniu z resztą towarzystwa.. Nie dlatego, że nie potrafiła mówić, czy nieodpowiadało jej towarzystwo. Czekała poprostu na to, co miał im do przekazania gnom, oraz rozpoczęcie zadania.. Wkońcu właśnie po to zostali tu wezwani.. Prócz tego wszystkiego intrygowały ją zalotne spojrzenia mężczyzn, choć doskonale wiedziała, że nie dla niej te zabawy.. A i ona dla nich, też nie... Trzeba mieć czasem jakieś swoje zasady.. |
| |
| | #44 |
![]() | Adept magii jeszcze raz objął wzrokiem obecnych po czym odwrócił się i staną obok krasnoluda. Hagfurze... ja nie potrzebuje żadnych sztuczek żeby robić wrażenie - odpowiedział z tym samym uśmiechem i spojrzeniem co wojownik, po czym mrugnął mu prawym okiem. W tym momencie do sali przybył Jervalk. Jego pojawienie Narsil z początku obserwował z zaciekawieniem i niedowierzaniem lecz później mina odrobinę mu zrzedła. No to koniec Hagfurze - zaczął mówić do krasnoluda całkiem poważnie - do tej pory, z tego co mówił Gasmondo i ten drugi mag, Alfrax, wynikało, że czeka nas misja która, jeśli bogowie pozwolą nam przeżyć, przyniesie nam sławę i bogactwo. Teraz w najlepszym wypadku zostanie nam tylko bogactwo bo cokolwiek nie zrobimy historia i tak przypisze jemu - mówił z wyraźną nutką smutku w głosie- ... no i on raczej nie potrzebuje sztuczek... - dodał z właściwym sobie już uśmiechem patrząc na krasnoluda. |
| |
| | #45 |
![]() | I wszystko byłoby po myśli Narsila, gdyby nie to, że Jervalk wcale nie miał ochoty na przejmowanie władzy czy rządzenie całą grupą, a co dopiero na jakąkolwiek legendę. Odkładając łuk na bok i poprawiając pochwę z długim mieczem w środku kucnął obok stołu z paroma półmiskami pełnymi owoców, po czym wziął jedno jabłko i nie zważają na zebranych, kroił je na kawałki i jadł. Bez słów, bez uśmiechu, bez zainteresowania. Pewnie słyszał nawet słowa zaklinacza, kto wie- tak czy inaczej nie zareagował. Był smutnym człowiekiem jedzącym zwyczajne jabłko. Słowa Adamandy także nie wyrwały go z tego stanu. Ta, wbijając jednak swoje oczy w Gasmonda (i na próżno szukając Alfraxa, który najpewniej wciąż nie powrócił z miejsca, gdzie rzekomo "zabezpieczał materiały") czekała na odpowiedź. Gnom posłał jej tylko promienny uśmiech i rzekł: - Oto nasz powód i nasza, jeżeli bóstwa dopomogą, przyszła przyjaciółka i wspólniczka w przedsięwzięciu!- zawołał, wskazując dłonią Rię, po czym zaśmiał się dość głośno. No tak, czyli problem rozwiązany. Ale czy aby na pewno? Xar'fen był pewien, że jeszcze nie. Cokolwiek ten gnom wbił sobie do łba, na pewno był w błędzie. Bo co niby przeorało mu plecy?! Zdawał sobie sprawę, że ta rana nie jest niczym lekkim- parę takich ciosów i byłby na tamtym świecie. Ba, gdyby nie zbliżył się do ściany to w najlepszym wypadku ten psychopata spadający z góry urąbałby mu rękę. A ten pieprzony gnom pewnie właśnie pije herbatkę z imbirem i cynamonem, śmiejąc się z kawałów z brodą... Dzięki Bogu lewitacja była dla niego czymś równie naturalnym co jedzenie i picie. Nie musiał się specjalnie skupiać, tylko zachować w miarę czysty umysł... Tym razem było sporo łatwiej- szyb miał nie więcej niż czterdziestu metrów, przez co wznosząc się powoli był na górze już po minucie. Całkiem nieźle, jak na spokojne tempo i tą ranę... Podziw, to uczucie wypełniło całe ciało drowa. Widywał już w miastach drowów biblioteki, które posiadały w sobie całe kolekcje zrabowane z największych księgozbiorów, widywał też księgi, za które mordowano całe miasta. Ta biblioteka nie była wielka. O nie, to było tylko spore pomieszczenia na planie koła. Ale książki, które tutaj znalazł... Gi Ussta Yah... "Voiry d' zik'den'veveren"- wyszeptał, biorąc jedną z ksiąg do ręki. Pamiętał ją, ktoś kiedyś o niej opowiadał... Ponoć na całym świecie zostały cztery egzemplarze, wszystkie w języku drowów, ale nie tym teraźniejszym- w dialektach używanych zaraz po powstaniu tej mrocznej rasy... Rozejrzał się po okolicy. Spore pomieszczenie, wszelkie ściany poza małymi drzwiczkami obstawione regałami. Na środku- spore, również kręcone schody ku górze. Głos Alfraxa jakby ucichł- chociaż drow miał świadomość, że jest sporo bliżej... To czarodziej coraz ciszej krzyczał, nie miał już sił... Nagle cały świat powrócił do dawnego stanu. Dźwięk, chrobot... Ktoś szpera w zamku... Xar'fen Alar uśmiechnął się. Tym razem to on był pierwszy...
__________________ Kutak - to brzmi dumnie. |
| |
| | #46 |
![]() | Delikatnie trzymając jeszcze niesamowitą księgę w rękach spojrzał ku górze skąd dochodził głos maga. Rana zapiekła gdy zadarł głowę do góry więc nieznacznie się skrzywił z bólu powstrzymując się jednak od wydania choćby jednego dźwięku. Nad Drowem ciągnął się jakby balkonik wieńczący szczyt tej wieży, z którego wciąż dobiegało mamrotanie Alfraxa. Jednakże usłyszawszy chrobot przy zamku Xar'fen szybko odwrócił się w stronę drzwi i uśmiechnął szelmowsko. Cichutko odłożył książkę na półke i ruszył w stronę ściany obok drzwi. Nastęnie kolejny raz aktywował swe mentalne zdolności i wchodząc na ścianę wyciągnął swój ferro-sztylet. Szybko go wygasił i przycupnął tuż nad framugą gotując się do uderzenia - Nin Usstan'bal aslu dos ! - poruszył ustami w rytm swych myśli
__________________ Kandosii sa ka’rta, Vode an. | Coruscanta a’den mhi, Vode an. | Bal kote, darasuum kote, | Jorso’ran kando a tome. | Sa kyr'am nau tracyn kad, Vode an. |
| |
| | #47 |
![]() | Słysząc słowa Gasmonda na temat pomocy bóstw uniosła sceptycznie lewą brew, po czym leciuteńko wzruszyła ramionami. Sięgnęła pod kaptur, po chwili zsuwając go z głowy. Na okryte czarnym materiałem ramiona i plecy rozsypały się gęsta falą włosy o barwie żaru tańczącego na węglach drew, włosy które przez chwile same wydawały się być płomieniami tańczącymi na barkach kobiety. Nie to tylko złudzenie... Ale, tak, rzeczywiście, jej włosy zdawały się same lekko poruszać, jakby muskane wiatrem, jakiego nie było jednakże w pomieszczeniu. Jak ogień.... Teraz, gdy twarz Rii otaczały pukle gęstych włosów dało się tez dostrzec wyraźnie spiczaste końce uszu, takie jakimi szczycą się elfy pełnej krwi. Jednocześnie jednak, na pierwszy rzut oka można było wskazać cechy jej wyglądu zaprzeczające pełnemu elfiemu pochodzeniu... Dziwne.... Z lekkim, jakby nieobecnym uśmiechem przyłożyła prawą pięść do lewego obojczyka i z wdziękiem się ukłoniła. Jestem Ria, Tańcząca na Krawędzi. Wyprostowała się , jej oczy ponownie nabrały pustego, chłodnego wyrazu. Najwyraźniej czekała, aż Gasmondo zechce jej, i reszcie zgromadzonych tu osób wyjaśnić cel zebrania ich tu. Pojawianiu się elfa nie skwitowała niczym. Słyszała o nim w Sigil, w paru innych miejscach też. Ponoć był sławny. Tylko ze sławnymi bohaterami jest jeden problem. Za szybko staja się martwi. Nic tak nie skraca życia, jak sława...zwłaszcza sława bohatera.
__________________ Wielu spośród żyjących zasługuje na śmierć. A nie jeden z tych, którzy umierają, zasługuje na życie. Czy możesz ich nim obdarzyć? Na bądź więc tak pochopny w ferowaniu wyroków śmierci. Nawet bowiem najmądrzejszy z Mędrców nie wszytko wie. |
| |
| | #48 |
| Administrator ![]() | Zaproszenie na herbatkę wywołało w Lorelei dziwne uczucie. Panika, jaką zasiali wśród zgromadzonych magowie najprawdopodobniej była zwykłym nieporozumieniem. Dlatego jedynie przywitała się z kolejną kobietą, która przybyła przez portal i ruszyła za Gasmondo. I wtedy właśnie portal zatrzeszczał po raz kolejny i pojawiła się w nim następna osoba. Od kiedy krasnolud padł przed nią na kolana, nie docierały do niej już żadne dźwięki ani obrazy z wieży. Przez te kilka minut przez jej umysł przeszła śnieżna zamieć myśli i wspomnień. Pamiętała bitwę o Sauthak, pamiętała ile niewinnej krwi przelali wtedy Bracia Sprawiedliwi. I pamiętała też, że to właśnie Hailurl najbardziej zagrzewał wszystkich do walki, że w dużej mierze dzięki niemu główna siła uderzeniowa przedarła się przez piekielne machiny Braci. A wtedy ona mogła dokonać reszty, wykorzystać Moc i podarować ludziom wolność. Ile to razy stoczyli takie bitwy? Ilu podobnych jemu, wspaniałych wojowników musiało zginąć, aby Moc znowu mogła zacząć płynąć przez krainę Lodowych Pustkowi? Lorelei nawet nie wiedziała, że udało mu się przeżyć. Nie chciała w gruncie rzeczy pamiętać tych wszystkich wydarzeń, wszystkich tych ludzi, którzy z jej imieniem na ustach rzucali się w piekło walki, aby zginąć... I choć udało się odbudować wszystko to, o co walczyli ramię w ramię - Obdarzeni i zwykli ludzie, wojownicy i chłopi, kobiety i mężczyźni - to Lorelei nocami wciąż ogląda koszmar wojny i widzi twarz każdego, kto zginął pod jej przywództwem... Nie wiedziała ile czasu minęło, ale gdy wyrwała się z zamyślenia do miejsca, w którym stali podeszło już sporo osób - zarówno tych, których rozpoznała jak i nowych, którzy zapewne przybyli dopiero przez portal. Zauważyła też, że Hailurl wciąż klęczy przed nią. Podeszła do niego i położyła chłodną dłoń na jego rękach opartych o młot. - Witaj drogi przyjacielu. Oczywiście, że Cię pamiętam, jeśli kogoś spośród tutaj zebranych można w pełni nazwać bohaterem, to na pewno Ciebie. - uśmiechnęła się do niego nieco smutno, ale bardzo ciepło - Wstań, tutaj wszyscy jesteśmy równi. Bardzo się cieszę, że w tej szalonej wyprawie będę miała Cię przy moim boku. To mi dodaje skrzydeł w tym dziwnym świecie... Kiedy krasnolud już wstał z kolan, Lorelei zajęła miejsce obok niego, stając nawet pół kroku za nim, tak aby oddzielić się nieco od reszty grupy. Próbowała dojść do tego co się właśnie dzieje i obserwowała z zainteresowaniem nowe osoby, które do nich dołączyły.
__________________ – Chciałem powiedzieć (...) że na tym świecie jest chyba coś, dla czego warto żyć. Śmierć zastanowił się przez chwilę. KOTY, stwierdził w końcu. KOTY SĄ MIŁE. T. Pratchett Czarodzicielstwo |
| |
| | #49 |
![]() | [center:5074689727]Gdzieś na końcu świata Gdzieś na dróg rozstaju...[/center:5074689727] Tron Krwi Przedwiecznych, marzenie każdego z władców ziemskich, legendarny i ponoć nie istniejący. A jednak. Dawał ponoć nieograniczoną władzę nad armią tych, która zhańbiona w bitwie, która miliony lat temu pozwoliła ustanowić taki a nie inny kształt wszechświata, została zamknięta na wieki w 763. warstwie otchłani, gdzie czeka na każdy rozkaz. Ponoć do aktywacji potrzeba było miliona modlitw od osób o duszy czystej. Nieświadomych, zmuszonych, zachęconych- ale bez ciężkich win na sumieniu. A gdy liczba miliona nadejdzie, armia zacznie swoją drogę z najniższych warstw wprost pod tron, by wysłuchać rozkazów swego pana... Ta istota była czymś koszmarnym. Dawniej miała oczy, teraz oczodoły zalepione były chyba gliną. Kiedyś miała usta, te był starannie zaszyte. Tak, by język wystawał na zewnątrz. Miejsce, gdzie miała kiedyś nos straszyło teraz raną nie do zagojenia. Podobnie było z uszami. Te były i ucięte i zalepione. Istota miała kończyny, ale z pozostawionymi resztkami mięśni i ścięgien. Nie mogła się ruszyć, nic nie mówiła i nie słyszała... Nie miała kontaktu ze światem, najmniejszego. Najchętniej by umarła- ale nie mogła... On podtrzymywał ją przy życiu, podobnie jak blisko setkę jej braci i sióstr. Szedł korytarzem, zwanym galerią. Co chwilę mijał podobne stworzenia, bo ludźmi czy elfami już trudno je nazwać. Niektóre z nich, te które pojawiły się tutaj niedawno, próbowały wydawać z siebie jakieś dźwięki, niektórym to wychodziło. Takim natychmiast odcinano języki i zaszywano resztę ust. On musiał się tu skupić. Kolejne modlitwy dochodziły do jego duszy. Uwielbiał to uczucie... Drow był skupiony. Nie był już Xar'fenem Alarem, nie był mrocznym elfem... Był w tej chwili zabójcą, łowcą czekającym na swoją ofiarę. I wiedział, że zaraz nadejdzie... Każdy dźwięk wytrychu w zamku wprawiał go w stan euforii. Nieporadne ruchy, acz dość pewne- nie spodziewał się nikogo nad sobą, nie miał szans w tym starciu... Spadnie i szybkim ruchem zakończy jego żywot. A może lepiej pogada z nim o tym, co tutaj robi, ucinając mu przy tym co słowo kawałek palca? To mogłoby być ciekawe... Głośniejszy szczęk. Nie słyszał już słów Alfraxa z wieży, pewnie był on jeno parę metrów nad nim. Nie słyszał, nie były mu potrzebne. Powoli zgrywał każde swoje mrugnięcie z uderzeniem serca, każde uderzenie z ciosem, to najłatwiejszy rytm. Im bardziej niebezpieczna sytuacja, tym szybciej bije serce, tym szybciej będzie uderzał... Szczęk, szczęk... Klik. Otwarte. Zgrzyt... Nacisnął klamkę. Delikatny pisk nieoliwionych od miesięcy zawiasów. Drzwi otworzyły się, a przez nie w pozycji przykucniętej wyszła mała postać, odziana prawie w całości na czarno. Jakiś niziołek albo coś innego małego... No cóż, czas się z nim pożegnać... "I chociaż historia ta się jeno zaczyna Dopiero łączy się ta wielka drużyna Dopiero usta do siebie otwierają Dopiero z szacunkiem się kłaniają I już po miecze sięgają O życie swoje grają Lecz nie wiedzą, co ich czeka Że nadchodzi zdarzeń rzeka Że gdy oni w wieży siedzą Już prorocy kłamstwa bredzą I gdy gwiazdy w nocy wrócą Oni świat nasz wnet przewrócą..." Powoli w knajpie zaczynało panować znużenie. Minęła już godzina, każda normalna ballada już dawno byłaby skończona, a ta nawet na dobre się nie rozpoczęła! W prawdzie młode dziewki szeptały o tym, co potrafiłyby uczynić w łożu sam na sam z pięknym Narsilem, zaś jakiś chłopiec w rogu izby próbował naszkicować obliczę Adamandy z z Shiboleth, lecz dla wielu słowa barda stawały się coraz bardziej męczące. Parę osób nawet opuściło oberżę, bo chociaż melodia była intrygująca, a i słowa ciekawe, to jednak wciąż zbyt wiele się nie działo. A jeszcze tylu miało przybyć... "Co, znużenie u was widzę? Za swe słowa już się wstydzę! Czas rozpocząć więc obroty I nie miauczcie niczym koty Że to nuda, że to samo Bo ciekawszej nie poznano Historyji na tym świecie Dobrze wszyscy o tym wiecie... - Pani... Nie wiesz, jak wielkim szczęściem dla moich starych i zmęczonych już oglądaniem okrucieństw tego świata jest ujrzenie twojego oblicza...- mówił krasnolud, co chwilę pokaszlując- Zapewne trudno ukryć to, iż z moim zdrowiem nie jest już tak dobrze, jak dawniej, jak za dawnych lat... Że już nie umiałbym walczyć z legionami, że nie potrafiłbym poprowadzić armii jak wtedy w kotlinie, kiedy rozbiliśmy siły idące na dopiero co odzyskaną stolicę... Nie umiałbym, o Pani. Ale przysięgam w tym miejscu jedno- moje życie poświęcę w obronie ciebie, o najcudowniejsza, twojego życia, Lodowa Różo. Taka jest moja wola i niechaj bogowie wspierają mnie w jej wypełnieniu... Hailurl spojrzał kobiecie głęboko w oczy. Nie był już tym krasnoludem, którym był dawniej, rzeczywiście- lata go nie oszczędzały. Ale jednego była pewna- on dotrzyma tego słowa... Nastroje na dole odrobinę się uspokoiły. Przybyli zaczęli rozmawiać- w prawdzie nie były to wielkie wypowiedzi godne poetów, ale chociażby i przedstawiali siebie i swoje osiągnięcia wzajemnie. Chociaż krok dalej... - Wybaczcie, muszę na chwilę was opuścić... Ale wrócę za chwilę! Rozgośćcie się, salon jest duży i chyba wystarczająco wygodny!- zawołał nagle Gasmondo, po czym wyszedł. A raczej wybiegł. O cokolwiek chodziło, znów zepsuło nastrój. Pieprzone gnomy... Nie miał już w sobie tej siły, która rozpierała go dawniej. Jego zdolności magiczne rzekomo też malały- coraz częściej mylił zaklęcia, coraz częściej zapominał o jakimś słowie... Ale każdy, kto zobaczyłby Alfraxa teraz wiedziałby, że znów jest taki, jak za dawnych lat. Nie chodziło o fizyczność, nie chodziło o zdolności- chodziło o jego wolę... Kolejne uderzenie znów wstrząsnęło magiem. Było tak szybkie i niespodziewane, że po paru sekundach prób zachowania równowagi, upadł na ziemię. Usłyszał znajomy zgrzyt, znowu coś z nosem... Tak, to musiał być nos, pomyślał czując krew spływającą już po jego wargach. Nie, nie może teraz użalać się nad swoim stanem... Poderwał się na tyle, na ile mógł, przeszedł krok i znowu upadł. Nie miał sił, a czuł, że zaraz nastąpi kolejna próba. Resztką sił doczołgał się pod ścianę, oparł się o nią... Cicha inkantacja, nie mógł już krzyczeć, z trudem wymawiał jakiekolwiek słowo... I znów ból, który rozrywał jego ciało na kawałki... Znów to uderzenie, znów ta siła w jego dłoniach, musiał to przechwytywać na siebie... Skupienie, błysk... Znowu się udało... Spojrzał na dłonie. Znaki, powstawały na nich znaki... Dalej już nie da rady... Skoncentrował się i wyszeptał: "Gasmondo... Nie dam rady... Przyjdź... Uciekaj... Nie miał czasu na powiedzenie niczego więcej- od strony Wielkiego Koła znów nadchodziła fala energii...
__________________ Kutak - to brzmi dumnie. |
| |
| | #50 |
![]() | nie mamy nawet służby... - słowa Gosmonda odbiły się echem w czaszce Drowa. Zamarł obserwując dokładnie poruszającego się niziołka. Wodził oczyma po jego ciele studiując spokojne ruchy. Po chwili szepnął w myślach do siebie nau mzild telanthen i skoczył ze ściany. Twarz mrocznego elfa wykrzywiła się w wyrazie wściekłej furii. Opadłszy tuż za plecami przeciwnika rzucił do sztyletu komendę - vil'zra'quath - i wyprowadził pchnięcie w miejsce gdzie normalny przynajmniej przeciwnik ma serce. Nienawistne fale żądzy mrocznej duszy Xar'fena łaknęły krwią włamywacza zmazać hańbę dzisiejszego dnia...
__________________ Kandosii sa ka’rta, Vode an. | Coruscanta a’den mhi, Vode an. | Bal kote, darasuum kote, | Jorso’ran kando a tome. | Sa kyr'am nau tracyn kad, Vode an. |
| |
| Reklama |
| |
| Użytkownicy aktualnie czytający ten wątek: 1 (0 użytkownik i 1 gości) | |
| Narzędzia wątku | |
| Wygląd | |
| |
Podobne wątki | ||||
| Wątek | Autor wątku | Forum | Odpowiedzi | Ostatni Post / Autor |
| The Planewalkers! | Kutak | Komentarze do sesji RPG - DnD | 88 | 11-16-2007 20:04 |
| [fantasy/DnD] The Planewalkers! | Kutak | Archiwum rekrutacji | 47 | 11-18-2006 21:10 |