Spis Stron RPG Regulamin Artykuły POMOC Kalendarz Blogi
Wróć   lastinn > RPG - Play By forum > Sesje RPG - DnD
Zarejestruj się Użytkownicy Oznacz Fora Jako Przeczytane

Sesje RPG - DnD Wybierz się w podróż poprzez Multiwersum, gdzie krzyzują się różne swiaty i plany istnienia. Stań sie jednym z podróżników przemierzającym scieżki magii, lochów i smoków. Wejdź w bogaty świat D&D i zapomnij o rzeczywistości...


Odpowiedz
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 05-30-2008, 19:45   #651
 
Beriand's Avatar
 
Reputacja: 2 Beriand jest na bardzo dobrej drodze
$: 46 916
Beriand westchnął. Przechadzka była raczej bezowocna. No ale czgo można się spodziewać. Miał chociaż nadzieję, że dom zastanie w nienaruszonym stanie. Elf zakręcił w lewo i... zobaczył dwójkę zmutowanych półorków. ~Bogowie, co to jest? Efekt dzikiej magii czy eksperymenty Arsiviusów?~. Potem zauważył kilka ciał leżących obok nich. Straż. Czarodziej zdziwił się i przestraszył. A wtedy kobieta odezwała się do niego:

- Powiedz, że chcesz przejść dalej...Ci stróże prawa nie okazali się zbyt trudni.
- Pamiętaj o zadaniu jakie zlecił nam stwórca, mamy jedynie pilnować przejścia i atakować tych którzy chcą przejść, lub tych którzy nas zaatakują.-wtrącił jej towarzysz.
- Ale ten paladyn uciekł na nasz widok, a tym strażnikom brak było doświadczenia. Te elfik, bądź facet z jajami i zaatakuj nas...Nie martw się, nie zabijemy cię, a tylko przetrzepiemy skórę!

~Mam z nimi walczyć? A paladyn odszedł? To dziękuję...~
Berianda zatkało. Nie miał zamiaru ich atakować, a musiał coś szybko wymyślić. Rozwiązanie nadszedło samo. Niestety....w postaci trzech canolotchów. ~Pięknie. Nie mam gdzie uciec. Poza tym... nawet jesli ucieknę, to Arsivius będzie mnie ścigał aż dopadnie. Skoro posłał aż trzy canolotchy...~. Elf cofnął się w kierunku półorków. Nie był tak tchórzliwy za jakiego uchodził, ale widział zbyt wiele efektów dzikiej magii żeby jej nadużywać. Teraz raczej nie było wyboru. Chyba że...

Czarodziej zerknął na półorków. To mogłoby się udać...
-Mówiliście coś o potrzebie zmierzenia się z silniejszym przeciwnikiem? Ależ nadarza się niepowtarzalna okazja... mnie po prostu byście pobili, za to one... to ambitniejsze wyzwanie. Poza tym, chyba chcą przejść teren, którego nakazał wam pilnować stwórca. Więc jak?-Beriand miał nadzieję, że to się uda... innych szans nie było.
 
__________________
Złota dewiza MG- "Nie masz po co żyć, to żyj na złość innym"
Stare chińskie przysłowie mówi:"Kiedy nie wiesz co powiedzieć, powiedz stare chińskie przysłowie"
Złota zasada:"Zasady ustala ten, kto ma złoto"
Beriand jest teraz online   Odpowiedź z Cytowaniem
Reklama
Stary 05-31-2008, 14:42   #652
 
Markus's Avatar
 
Reputacja: 2 Markus wkrótce będzie znany
$: 113 541
Bagna Zapomnianego Boga
“Ruiny twierdzy”


Pustka, ciemność i cisza. Tylko na tych trzech towarzyszy mogła liczyć Aeterveris. A choć w tym miejscu ta trójka wciąż podążała zarówno za, przed, jak i tuż obok dziewczyny, to jednak wcale nie dodawało jej to odwagi. Wręcz przeciwnie. Uczucie osamotnienie, które wcześniej zanikło po spotkaniu z Liirchą, teraz znów wracało. A samotność nigdy nie była mile widzianym gościem.

Wyciągnięta dłoń, koniuszkami palców dotykająca pozostałości ścian, co jakiś czas natrafiała na symbol Jaśniejącego. Znak, który dla wielu oznaczał nadzieje, ratunek i bezpieczeństwo, wcale nie radował serca Aeterveris. Nie, gdy wiedziała, że tuż pod nim znajdowały się inne, mroczniejsze symbole. Takie, o których nawet nie chciała myśleć.

Jedynie cienie zdawały się żywe na tych opuszczonych mokradłach. Ciche, jak wszystko tutaj. Tajemnicze, jak same ruiny. Kto wie, czy również nie tak stare, jak ta twierdza. Czy kiedykolwiek zaglądał tu choćby pojedynczy promień światła zdolny rozproszyć mrok? A może ciemność zalegała tu od tak dawna, że nieodwracalnie stała się częścią tego miejsca?

W takich chwilach jak ta, Aeterveris marzyła o tym, żeby bogowie pozbawili ją wyobraźni. Gdyby tak się stało, może nimfa nie widziałaby teraz wszędzie dookoła swoich wrogów. Być może nie zwracałaby uwagi na zarysy kształtów odmalowane w ciemności i nie martwiłaby się, czy za rogiem nie czeka gnoll... albo coś jeszcze gorszego.

Właśnie... gnolle. Dlaczego jeszcze nie atakowały? Z pomocą Wybrańca Ourobosa powinni byli już dawno ją znaleźć. A może czekali gdzieś w pobliżu, patrząc i bawiąc się z nią, jak kot ze schwytaną przez siebie myszą? Nie. Gnolle chciały jej śmierci i nie czekałyby ani chwili z uśmierceniem swojej przeciwniczki. Musiało więc zwlekać z innego powodu. Gdy Aeterveris zastanawiała się dlaczego jeszcze żyje, w ciemnościach ponownie zabrzmiał głos.

- Zabawna jesteś bękarcie natury. Ale sprytna...zyskałaś trochę czasu dla siebie.
- Czyżbyś okazał się tak kiepskim przewodnikiem, że gnolle się zgubiły?
- zadrwiła Aeterveris.
- O nie, nie...Ale idą właśnie by zabić staruszkę, i tę trójkę niewolników których sprowadziły jaszczuroludzie.- rzekł głos.
- O czym ty mówisz? To... to niemożliwe. Gnolle nie ryzykowałyby ponownego zgubienia moich śladów, tylko po to, żeby zaspokoić twoją zachciankę... Kłamiesz gadzie!
- Nie muszę. Twoja śmierć, choć zabawna, nie jest dla mnie istotna.
- odparł głos. - Tylko na śmierci mej nadzorczyni mi zależy. A ja stałem się uszami i oczami ścigającej cię sfory...Zyskujesz więc tyle czasu ile zajmie im zabicie Liirchy i tych którzy są z nią. Wykorzystaj ten czas dobrze... Bo potem wywiąże się z umowy wobec gnolli. Przyjemnie będzie patrzeć jak umierasz z wyrzutami sumienia wypisanymi na twarzy.

W oczach nimfy widać było wpierw zdziwienie, które po chwili przemieniło się w strach. Lecz nie w lęk o siebie, a o Liirchę i towarzyszących jej ludzi. Wpierw Aeterveris chciała krzyczeć, że to wszystko nie prawda, że ten podły wąż próbuje ją okłamać... ale nie zrobiła nic takiego. Z każdą chwilą gorzki smak porażki stawał się coraz silniejszy, a myśl o cenie jaką przyjdzie zapłacić wielu osobą za głupotę nimfy, narastała w jej umyśle. Twarz dziewczyny zdawała się niemal biała, gdy Aeterveris osuwała się po czymś zimnym i mokrym.

- Oszukałeś mnie... Przeklęty kłamca...- dłoń nimfy bezsilnie zacisnęła się na niewielkim kamieniu i cisnęła go w ciemność- Dałam się podjeść jak dziecko... Mylisz się, nie jestem sprytna... Ja... Ja jestem skończoną idiotką. Ale nie tylko ja... gnolle też oszukałeś, pomimo ich ostrożność. Z wszystkich nas zadrwiłeś, prawda? Bawi cię to? To, że gonią za Liirchą myśląc, że to mnie ścigają?... Stały się twoimi psami pościgowymi? A ja wkrótce będę ich ofiarą...

Aeterveris zamilkła i znieruchomiała, zupełnie jakby nie chciała już walczyć z przeznaczeniem. Jakby uznała swoją bezsilność i już tylko czekała na śmierć.

- Jestem potomkiem Wiecznego Węża kobieto... Władcą Yuan-ti, istot doskonałych. Myślisz, że ty czy te półbestie, czy nawet starucha żerująca na mej długowieczności... Myślisz, że dorównujecie mi intelektem?!- chełpił się głos.- Żałosne... Nie jesteście w stanie się ze mną mierzyć na intelekt, a gdy uwolnię z nałożonych okowów nawet arkaniści zadrżą przed moją potęgą!

Pokonana, bezradna i całkowicie zdana na łaskę swojego wroga, taką właśnie była teraz Aeterveris. Ale czy na pewno? Oparta o chłodną, kamienną ścianę z rękoma obejmującymi podkulone nogi i twarzą ukrytą przed światem. Jej ciało lekko drżało, jakby z zimna, choć tak naprawdę to nie mróz był tego przyczyną... Jedna, krystalicznie czysta łza spłynęła po gładkim policzku i rozpoczęła swój ostatni lot ku ziemi...

Jedna, symboliczna łza... Łza smutku? Cierpienia? Strachu? Nie...

Kropla rozbiła się o pękniętą płytę podłogi. Towarzyszył temu tak cichy, niepozorny dźwięk, jaki można usłyszeć tylko w nieprzeniknionej ciszy. Takiej, jak ta, która otuliła te bagna przed wiekami. Kamiennie, które od dawna pozostawały martwe i ciche, teraz znów się budziły do życia. Chciały opowiedzieć swoją historie... a Aeterveris była gotowa by jej wysłuchać.

Przed oczami nimfy stanęły obrazy, które widziała tak niedawno, zaledwie gdy pierwszy raz wkraczało do ruin. Szkarłatne, niewielkie plamy, które z pewnością w odległej przeszłości musiały być zakrzepłą krwią i szkielet leżący tuż obok. Na pogruchotanych kościach spoczywały resztki pancerza, na którym wciąż pozostał, choć wytarty i słabo widoczny, Płonący Miecz symbol zakonu dawniej strzegącego tego miejsca.

Przez chwilę Aeterveris widziała oczami wyobraźni rycerza z mieczem w ręku, stojącego dumnie po środku korytarza, gotowego do walki za własne ideały, wiarę, życie swoich braci i swoje własne. Choć umysł się buntował, choć śmierć zaglądała mu w oczy, z licznych ran wydobywała się krew kalając lśniący pancerz, on wciąż był gotowy do dalszej walki. Nie myślał o poddaniu, czy ucieczce nawet, gdy nie miał już szans na zwycięstwo.

Lecz kamienie nie przestawały szeptać. Ciemność i ich głosy wspólnie budziły wyobraźnie nimfy. I opowiadały historie... Historie tak starą jak one same...

Szczęk ścierającego się oręża i krzyki rannych – najprawdziwsza muzyka wojny – echem odbijały się wśród martwych ścian twierdzy. Nawet ostatnie oddechy, tak łapczywie nabierane przez konających, nawet odgłos ciał padających na kamienne płyty, nie mogły się równać z tą okrutną muzyką. Muzyką, której dźwiękami były bolesne krzyki ludzi, a melodią łzy zmieszane z krwią, spadające na zimne, obojętne kamiennie.

Poświęcenie własnego życia... największa ofiara na jaką może zdobyć się śmiertelnik.

Zdrada! Okrzyk wzbił się aż po same niebo, niczym oskarżenie skierowane do bogów. Tej nocy krew płynęła nieprzerwanie, aż ziemia nie mogła już więcej jej przyjąć. Piętno tamtych wydarzeń na zawsze miało pozostać w tym miejscu pod postacią szkarłatnych śladów. Bratobójcza walka podjęta, by na świat mogło przybyć zło gorszę od tego, które potrafili spowodować ludzie.

Szczera ofiara nigdy nie zostaje zapomniana...

Sczerniałe ze starości i brudu kości, czerwone, niewyraźne ślady dawno zaschniętej krwi, połamane miecze i tarcze, popękane kamienie... wszystko to, choć zdawało się martwe i nieistotne, było dowodem tego, co dawniej się tu wydarzyło. Wszystko to przemawiało do Aeterveris, cicho szepcząc tajemnice przeszłości. Symbol poświęcenia, ofiary złożonej na ołtarzu wiary. Ofiary z własnego życia.

Kamienne płyty zdobiły wizerunki znamienitych rycerzy, którzy kroczyli po tych ziemiach przed wiekami. W oczach Aeterveris zdawali się jedynie spać w oczekiwaniu na promienie nowego dnia. Na ten dzień.

- Obyście dodali mi odwagi i sił, gdy nadejdzie mój czas.

Słowa Aeterveris zabrzmiały w ciemności, przerywając potok drwiących słów Wybrańca Wiecznego Węża. Zdanie zdawało się trafiać jedynie w pustkę, a jednak dziewczyna wiedziała do kogo je kieruje. A zwracała się do wspomnień, które jako jedyne zamieszkiwały to miejsce.

Nimfa powoli podniosła się na nogi. Jej twarz pozostała zupełnie nieruchoma, bez wyrazu i jedynie mocno zaciśnięte usta mogły być oznaką, że w sercu dziewczyny wciąż było miejsce na jakiekolwiek uczucia. Na policzku lśnił ślad po pojedynczej, uronionej łzie. Dziewczyna ruszyła w ciemność, w kierunku, który jak się jej zdawało, oddalał ją od gnolli i... skazanej na śmierć Liirchy.

- Tak, uciekaj z podkulonym ogonem póki jeszcze masz dość sił.- kolejny raz zakpił głos.
- Przygotowałam dla ciebie pieśń...- obojętnym tonem odparła Aeterveris.

Dziewczyna spokojnym, wolnym ruchem ściągnęła jedną z rękawic i włożyła ją za pas. Długie, smukłe palce opadły na instrument, dotykając go z czułością i miłością. Delikatne dotknięcie sprawiło, że struny zadrżały, jak żywe istoty ogarnięte ekstazą. Dźwięk jaki wypełnił ciszę był przenikliwy, jak pierwszy krzyk nowonarodzonego człowieka, a zarazem tak subtelny, niczym dotyk aksamitnego szala ocierającego się o nagą skórę.

- ...Pieśń o poświęceniu i zwycięstwie.



“Nieprzenikniona cisza,
I mrok co spowił ten świat,
Gdy szkarłatna kurtyna,
Przesłoniła słońca blask,
Rozpostarły swe skrzydła,
By skryć was w swych objęciach;
A ich imię – „Tajemnica”.

Kto dostrzeże przyczynę?
Kto zrozumie wspomnienie?
Gdzie zapomniana prawda,
Skryła się przed spojrzeniem.”



Cicha, melancholijna melodia wypełniła pustkę, odbijając się wśród ścian dawnych korytarzy. Powoli, z każdą sekundą nabierała siły, jak młody ptak, który przygotowuje się do pierwszego lotu. Jeszcze nie w pełni gotowy, a już wyrzucany z gniazda przez matkę. Muzyka jest wszędzie, nawet w całkowitej ciszy. Trzeba tylko umieć dobrze słuchać.

Aeterveris czuła, jak magia powoli napływa i odpływa, niczym dźwięki melodii. Czasem nabiera sił, gdy muzyka bezlitośnie rozdziera cisze, a czasem niknie, gdy słodki głos instrumentu milknie na chwile.



“Zimne i martwe twarze,
Wykute w kamieniu,
Walczącym o przetrwanie,
Z bezlitosnym czasem.

Opuszczone grobowce,
Bezimiennych rycerzy,
Pozbawiono ich chwały,
Zapomniano ich czyny,
Zatracono wspomnienia,
Życia i poświęcenia.

Wysłuchajcie tej pieśni,
Powróćcie z przeszłości,
Przypomnijcie imiona,
Tych co się poświecili,
Tych co ofiarowali,
Siebie samych za innych.”



Aeterveris z całych sił starała się zachować kontrolę nad zaklęciem. Jej oczy zdawały się puste i martwe, gdy szła w ciemności zasłuchana w muzykę. Pobliskie kamiennie drżały pod wpływem wyrywającej się na wolności magii... magii, która wcale nie chciała podporządkować się muzyce bardki. Dziewczyna czuła i słyszała, jak niektóre struny same zaczynają drgać, jakby pod dotykiem niewidzialnych dłoni. Chaos zaczął wdzierać się do melodii, burząc jej ład. Aeterveris całym wysiłkiem woli starała się zachować kontrole, ale coraz bardzie bała się, że nie da sobie rady.



„Czy przeminął wasz tryumf?
Czy odszedł w niepamięć?
Czy na darmo umarliście?

Uwięzieni w mroku,
Pogrążeni w ciszy,
Niech przebudzą się ze snu,
Bezimienni rycerze,
Dawni bohaterowie,
Co oddali swe życie,
By inni wciąż mogli żyć.”


Aeterveris czuła, jak przez całe jej ciało przepływa magia, by uderzyć w struny instrumentu. Była to moc, z którą nie mogła się mierzyć. Oszalała, pierwotna energia, która nie poddawała się żadnej kontroli. Nimfa wiedziała, że nie zdoła wygrać tej bitwy. Nic nie mogło nad nią zapanować. Aeterveris mogła już zrobić tylko jedno... pozwolić by magia zagrała własną muzykę.

Gdy Aeterveris przestała walczyć i odsunęła dłoń od instrumentu, muzyka brzmiała dalej. Struny wciąż drżały, z każdą chwilą coraz mocniej, jakby zaraz miały pęknąć. A jednak nic takiego się nie zdarzyło. Melodia stała się całkowicie bezwładna i chaotyczna, a jednak wciąż była na swój sposób piękna... i stawała się coraz głośniejsza. Była mocniejsza od jakichkolwiek dźwięków jakie Aeterveris potrafiłaby wydobyć ze swego instrumentu, nawet z pomocą magii. Niosła się dalej niż nimfa mogłaby sobie wymarzyć.



„Nadszedł dzień waszej chwały!
Przeminął czas „Tajemnic”!
Niech brzmi nasza wspólna pieśń!
Niech rozedrze kurtynę,
Ciszy i zapomnienia!

Nie kryjcie się w cieniu,
Niech świat słyszy waszą pieśń!

Pieśń zwycięstwa i poświęcenia!”


Cudowny glos nimfy i jeszcze wspanialsza dźwięki instrumentu, wzbiły się w powietrze niczym ptak. Ani ciemność, ani cisza nie były wstanie przeciwstawić się potędze tej muzyki. Kamienne ściany drżały od magii, poddając się jej i dołączając do pieśni.

Pierwszy raz od wielu lat kurtyna ciszy zakrywająca Bagna Zapomnianego Boga została rozdarta.
 

Ostatnio edytowane przez Markus : 06-27-2008 o 08:16.
Markus jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 06-01-2008, 12:00   #653
 
Qumi's Avatar
 
Reputacja: 2 Qumi jest na bardzo dobrej drodze
$: 31 734
Sytuacja nie wyglądała za ciekawie… Próba zidentyfikowania eliksirów okazała się stratą czasu ( Muszę uzupełnić swoją wiedzę z alchemii.. ), więc ich wykorzystanie jest zbyt niebezpieczne i ryzykowne w obliczu takiego zagrożenia jakim są te małpo-podobne stworzenia. Oprawca Areina sporo się napracował, aby utrudnić mu życie w razie ucieczki, to pewne. Sytuacja, w której się znajdował Arein była niezbyt sprzyjająca, uwięziony w lochach, mimo bycia „wolnym”, strzeżony przez monstra, magia, jego główna broń, nie jest zbyt stabilna, a do tego nigdzie nie ma jego ekwipunku.

W tym Mithrilowej kolczugi zmierzchu, zbroi, którą nosi elitarna straż Peleusa, którą on wykradł podczas swojej wielkiej ucieczki z Planu cienia. Była lekka, ciemna jak noc, ale co najważniejsze magiczna – starożytne runy pozwalały nosić ją swobodnie, nie ograniczając ruchów właściciela. Wszystko to jednak było stracone, a jedyne co miał przy sobie to losowo znalezione przedmioty, które nie pomogą mu zbytnio w walce z potworami.

Szazel jednak dostarczył Areinowi dość ciekawą informację. Zamknięte drzwi, runy, niebezpieczeństwo – być może uda się to wykorzystać magowi cienia na swoją korzyść. Może jest tam coś co pomoże mu w walce lub będzie walczyło zamiast niego. Jedno było pewne musiał wyjść z tego pomieszczenia, stojąc tutaj i myśląc nie wydostanie się nigdy z tych lochów.

-Szazel zaprowadź mnie do tych drzwi, które widziałeś po drodze, spróbuję odczytać runy i dowiedzieć się czy nie można tego wykorzystać w walce z Girrallonami. Prowadź.- rozkazał mentalnie swojemu Chowańcowi Arein.

Kiedy doszli do drzwi przyglądał się im, próbował wyczuwać jaka magia ich strzeże oraz odczytać runy, ale nie otwierał ich, ani nie dotykał, słowem tylko się im przyglądał. Wolał najpierw sprawdzić wszystkie z nich zanim przejdzie do działania. Rozkazał również pokazać drzwi prowadzące do Girrallonów i jeśli nie wiązało się to z żadnym ryzykiem samemu zerknąć jak wygląda sala i co robią Girrallony.

Częściowo podziwiał Celdruna za jego moc i umiejętności, na pewno nie łatwo było mu schwytać i zmusić do współpracy Girrallony. Do tego codzienne przechodził obok nich zmierzając ku lochom. Musiał istnieć jakiś sposób w jaki je kontrolował, mogło to być magiczne słowo rozkaz, gest, jakiś przedmiot, który trzymał przy sobie lub coś zupełnie innego… gdyby tylko cienioelf to wiedział… gdyby miał jakieś wskazówki… może runy i ich mechanizm podrzucą mu jakiś pomysł lub, jeśli to bezpieczne, zerknięcie po Sali, w której czatowały Girrallony…
 
__________________
The brighter light shines upon you, the darker becomes your heart.
Qumi jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 06-05-2008, 18:05   #654
 
abishai's Avatar
 
Reputacja: 4 abishai wkrótce będzie znanyabishai wkrótce będzie znany
$: 213 996
Vaein Toris, zapomniana cytadela Ordo Cronos

Przemierzając chody, a potem korytarz Arein podążył za swym chowańcem kryjąc się w cieniu. Forteca nie posiadała okien, zaś jedyne źródła światła były podobne do tych, z jego lochów. Było cicho...Ściany nosiły ślady epickiej batalii magicznej, którą tu toczono...
Cienioelf rozglądał się po runach wykutych na mijanych drzwiach...Część z nich, to były glify strażnicze, część stanowiły różnego rodzaju symbole... Widocznie Celdrun wolał polegać na magicznych zabezpieczeniach i to zakładanych przez siebie. Dotąd znalazł tylko jedne drzwi zamknięte konwencjonalnie: na cztery sztaby i uszczelnione za pomocą gęsto upchanego pokostu. Miały wyryte proste ostrzeżenie w języku kupieckim.

Nie otwierać ! Magiożerny śluz!


Na razie Arein odpuścił sobie te drzwi i zaczął się rozglądać dalej...Kolejne otwarte nie zabezpieczone drzwi, okazały się prowadzić do kuchni i spiżarki, wyglądającej na splądrowaną. Nie znalazłszy w niej niczego ciekawego Arein ruszył za szczurkiem, mijając czternaste i piętnaste z kolei zablokowane za pomocą magii drzwi.
I wreszcie znalazł coś ciekawego... resztki szkieletów stworzeń wielkości ogra, walające się po korytarzu...Oraz trzy drzwi. Na każdym z nich były symbole...jednak zostały już wcześniej uaktywnione i teraz symbole stały się martwymi runami. Jedne z trzech drzwi wyróżniały się szczególnie, gdyż miały okrągłe okienko wykonane z kryształu, miały też zamek. Arein zajrzał prze okienko i zobaczył gnoma, o białych długich włosach, w niebieskim stroju, z pasem z kieszonkami (jak to gnom) i długich szpiczastych uszach. Znajdował się on w ciemnym pokoju, pokrytym ezoterycznymi symbolami, o znacznym stopniu skomplikowania...Z tego co Arein się orientował, magia tej komnaty miał na celu podtrzymać życie w komnacie. Zapewne dlatego gnomi więzień zdawał się być w lepszej formie. Chodził po komnacie wyraźnie poirytowany i znudzony. Nagle odwrócił się i spojrzał w kierunku Areina, niebieskimi oczami spod krzaczastych brwi.

- Zapach tego szczurka i siarki...I coś...jeszcze...liściożerca naznaczony cieniem.- rzekł.-sprowadziłeś swego pana szczurku? Chce on ze mną porozmawiać? To niech przyniesie klucz i otworzy drzwi. Jedna komnata obok to sypialnia, zaś druga to gabinet. Klucz jest albo w nocnej szafce przy łóżku w sypialni, lub w biurku w gabinecie.
- Ostatnim razem się nie odzywał panie...Ani ja się z nim nie komunikowałem. Przysięgam panie.- szepnął trwożliwym głosem chowaniec.
Arein rozpoznał rasę gnoma, choć słyszał o nich jedynie z opowieści miejscowych. Leardmooński gnom-rasa słynąca ze zdradzieckiej natury, krwiożerczości i napadów szału podczas których atakowali zarówno przyjaciół jak i wrogów.

Gdzieś na Bagnach Zapomnianego Boga

Gaalhil podbiegł do Kyulii. Wskazał palcem na siebie i na nią, a także kierunek w którego stronę się udają. Następnie bez słowa wyruszył, idąc szybkim marszem, niemal truchtając. Kiedy zatrzymał się na chwilkę by złapać oddech, zapytał trochę Ilmaxi, trochę siebie:
- Jeśli uda nam się odbić zakładników, Kyulii dokona zemsty, i jakimś cudem wszyscy wyjdziemy z tego cało, co wtedy? Nie możemy ich wziąć ze sobą prawda? Zostawić też ich nie możemy… Nie mogą jednak opóźniać naszej misji. Puścimy ich najbliższym bezpiecznym szlakiem, lub chociaż takim, którym idąc mają szanse na przeżycie. Tak będzie najrozsądniej prawda? –
- Nasza misja może narazić ich życia, a Kyulii naraża naszą misję.- niebiańska lamia stanęła i nerwowo uderzając ogonem o swe o boki dodała.- Rrrgherr... To nie powinno się tak skomplikować. Jeśli ci zakładnicy również nie znają naszego języka, to jak jej wytłumaczysz, gdzie ma iść? Rrrarrghrr...To nie na moją głowę!...Co będzie, to będzie. Nie czas o tym myśleć.
Nie tylko Ilmaxi była poirytowana, także Kyulii, pełna wściekłości podbiegła i głośno krzycząc w swym języku wskazywała na jaszczuroludzi znikających w mglistym oparze bagien.
Niemniej Ilmaxi ruszyła dalej i Gaalhil nie mógł zrobić nic poza towarzyszeniem niebiańskiej lamii. Kyulii szła za nimi głośno krzycząc i narzekając(?) w swym języku.

Bagna Zapomnianego Boga, Pomnik „Wężowego Boga”

Wkrótce cała trójka dotarła do rozwalonych wrót broniących wejścia do zarośniętej i opuszczone twierdzy. Zamczysko było ponure i zarośnięte...i olbrzymie. Można to było zauważyć, już po wejściu na kwadratowy dziedziniec, otoczony krużgankiem.
Na środku dziedzińca stałą olbrzymi posąg węża z marmuru bladożółtej barwy. I ani śladu zakładników. Przynajmniej Gaalhil nie zauważył żadnych śladów. Lamia była w tropieniu znacznie lepsza. Od razu zauważyła resztki sznura, którym związani byli zakładnicy. Po czym schyliwszy się pokazywała jakieś niewyraźne różnice w barwie podłogi mówiąc.- Dwie osoby, przybyły i rozcięły więzy trzem zakładnikom...Ruszyli...tam.
Zanim cokolwiek Gaalhil lub Kyulii mogli zrobić, Ilmaxi ruszyła w kierunku korytarza prowadzącego w głąb twierdzy nie czekając na nich. Dotąd ani Gaalhil ani Kyulii nie mieli okazji widzieć biegnącej lamii. Zazwyczaj Ilmaxi szła wolno, a do tego grząski grunt bagien, przy jej sporej wadze, utrudniał lamii poruszanie.
Ale tutaj, na twardej podłodze Ilmaxi mogła biec i biegła, szybko. Gaalhil i Kyulii musieli biec za lamią...bądź zostać nieznanym miejscu sami. Wybór był niewielki i oczywisty.
Dlatego też oboje próbowali nadążyć za szarżującą lamią.
Dotarli za nią do dość sporej komnaty, kiedyś zapewne wspólnej jadalni na 150 osób w której... Prawie trzy i pół metrowa staruszka w szarych szatach, otoczona przez całun białej migoczącej energii, uderzyła kosturem w najbliższego gnolla. Atak był dość precyzyjny i wystarczająco silny by roztrzaskać mu czaszkę. Zwęglone szczątki kolejnego leżały na ziemi...Ale pozostałe przy życiu wycofały się poza zasięg broni kobiety i atakowały z dystansu...I to celnie. Trzy strzały i jeden toporek do rzucania tkwiły już w ciele kobiety, a rany przez nie zadane powodowały zabarwienie szat staruszki szarłatem. Za staruszką byli skryci za stołem ludzie, prawdopodobnie owi nieszczęśni zakładnicy. Największy z gnolli, z paskudną szramą na pysku, sięgnął po oszczep, który zaczął się iskrzyć od przebiegających po nim błyskawic...Cisnął nim staruszkę. W powietrzu, oszczep zmienił się w piorun. Błyskawica uderzyła w nią. I ten cios powalił ją... na kolana. Ale zanim gnolle mogły zakosztować zwycięstwa, Ilmaxi z rykiem bojowym skoczyła najbliższego z nich. Przednimi łapami przyszpiliła go do ziemi i kilkoma ciosami miecza oddzieliła głowę o tułowia. Także Kyulii wkroczyła do walki wymachując swym wielkim toporem trzymanym jedyną ręką jaką miała. Gaalhil jeszcze nie wkroczył do boju, usiłując złapać oddech...Wykorzystał ten czas by przyjrzeć się przeciwnikom. Gnolle te miały różny arsenał. Młodszy uzbrojon był w długi i krótki miecze, miał też łuk, oraz noże do rzucania. Gnoll z znamieniem na pysku w kształcie szczęk zaciskających się na kości, uzbrojony był w sejmitar i ręczny topór, kilka noży do rzucania oraz kuszę.
Zaś sam przywódca był uzbrojony w długi łuk refleksyjny, dwa sztylety do rzucania, długi miecz oraz ciężki nadziak gnomiej roboty, oraz obecnie, dwa oszczepy piorunów.
Niemniej cała trójka nosiła ćwiekowane skórznie z malunkiem gnollowego pyska z baranimi rogami. Widać byli z jednego oddziału.
Zanim jednak Kyulii udało się kogoś zaatakować...Po sali rozległa się dochodząca skądś pieśń.
„Nadszedł dzień waszej chwały!
Przeminął czas „Tajemnic”!
Niech brzmi nasz wspólna pieśń!
Niech rozedrze kurtynę,
Ciszy i zapomnienia!
Nie kryjcie się w cieniu,
Niech świat słyszy waszą pieśń!

Pieść zwycięstwa i poświęcenia!”


Wszyscy przerwali walkę zasłuchani w tą pieśń, nawet gnolle. Po chwili jednak duży gnoll z szramą warknął tylko.
- Sukha...zatrzymaj tych tutaj. Ghalaghirrr za mną.
Gnolle ruszyły do najbliższego z ich punktu widzenia, wyjścia z jadalni. Młodszy naciągnąwszy łuk stanął na środku drogi do wyjścia by blokować ewentualne próby przedarcia się, zaś przywódca i ten znamieniem na pysku ruszyli w głąb zamku, prawdopodobnie podążając za kobiecym głosem.

Bagna Zapomnianego Boga, Ruiny twierdzy

Śpiew nimfy rozlegał się głośno po twierdzy...Echo roznosiło głos po wszystkich korytarzach rezonując pieśń. To samo echo powodowało, że pieśń nimfy „wracała” do niej... jakby duchy zmarłych przed wiekami rycerzy włączyły się do jej śpiewu.
Przy tym wszystkim, głos potężnego potomka Ourobosa brzmiał płaczliwie.- Przestań, przestań. Obiecuję że cię nie znajdą. Dam ci czas na ucieczkę, tylko przestań śpiewać.
Na efekty nimfa czekać długo nie musiała...Wkrótce dwa gnolle (tylko dwa?) przybyły.
Za to była to elita, dwaj najsilniejsi z tych, którzy ją gonili.

Duży gnolli samiec ze szramą, wyciągnął miecz i ciężki nadziak, zaś naznaczony znamieniem gnollowego bóstwa na czole sięgnął po kuszę.
Szramiasty warknął.- Daleko uciekłaś leśna wiedźmo...Przyznaję, jestem pod wrażeniem. Zwłaszcza, ilu z nas poświęciło życie by cię dopaść.
- Daj spokój z pogaduszkami, zabij tą świętokradczynię Tserrerak.-
dodał drugi.

Phalenpopsis, dom Thurama

- Ile mamy czasu? Nie wiem, czy zdążyłbym ubrać zbroję. Tak czy inaczej kilka rzeczy jest dla mnie niezbędnych. - Mówiąc to Mi Raaz podszedł do stolika pod którym siedział ukryty krasnolud.
- Twój szef nie należy do cierpliwych...-odparł ork ze złośliwym uśmieszkiem, nie dodającym uroku jego paskudnemu (nawet jak na orka) pysku. A po chwili dodał- ...ani do wyrozumiałych.-
Kapłan pochylił się, żeby Thuram wyraźnie widział jego twarz.
- Mości panie gospodarzu, jako mniemam wiecie o miejscu okupowanym w tym czasie, przez rzeczy, które miałem przy sobie, a których brutalnym przejawem agresji mnie pozbawiono. Jako twój gość, który niestety jako pojmuje stał się teraz persona non grata, proszę o wyjawienie mi tegoż sekretu. Mam nadzieję, że przekona mości gospodarza siła tegoż argumentu, gdyż nie chciałbym posunąć się do wykorzystania argumentu siły.
Na twarzy kapłan zagościł szeroki uśmiech. Nie spodziewał się natomiast zrozumienia ze strony roztrzęsionego krasnoluda. Dlatego bardziej zdecydowanym tonem rzekł:
- Miecze i sztylet, gdzie?!
Mi Raaz podziewał się raczej gestu dłonią, wskazania kierunku, niż pełnej starannie skonstruowanej odpowiedzi. I miał rację. Thuram nerwowym ruchem dłoni wskazał położenie oręża kapłana... Oręża niedbale rzuconego w kąt.
Zabrawszy oręż rzekł
- Prowadź do szefa, chyba, że mam jeszcze chwile, żeby założyć zbroję, to zabiorę się za przywołanie mojego sługi.
- Nie...ruszamy.- rzekł ork.
Stary piernik, jak go w myślach nazwał kapłan, stał pod uschniętym rozłożystym drzewem. Zanim kapłan zdążył cokolwiek rzec...nekromanta chrząknął i ork który uwolnił kapłana z dużym profesjonalizmem powalił kapłana na ziemię i własnym ciężarem unieruchomił w tej pozycji. Przygnieciony i unieruchomiony Mi Raaz miał niewielki wybór. Mógł jedynie gapić się na czubki butów krasnoluda, bądź zamknąć oczy. Ork był silny i błyskawicznie wykręcił Mi Raazowi ręce, tak że nie mógł nic zrobić poza wysłuchaniem tyrady Władcy Szczurów.
- A więc, moja marionetko, powiem ci coś o szacunku... Jak się jest geniuszem zbrodni i potężnym znawcą zakazanych sztuk, takim jak ja, to z czasem zdobywa się pewien respekt wśród... jak by to ująć...przestępczego elementu. Szacunek ten opiera się na strachu. Słuchają i nie próbują cię okantować, bo wiedzą że zemsta za próbę oszustwa bądź niewykonanie rozkazu będzie straszliwa. O taką reputację trzeba dbać, rozumiesz? Jednak sama zemsta, nieważne jak straszliwa, jest słabym środkiem dyscyplinującym. Kara musi być przede wszystkim, nie-u-ni-knio-na...Dlatego też muszę rozprawiać się z każdym kto zawiódł moje zaufanie bądź oczekiwania. Więc zapewne domyślasz się co ci chcę powiedzieć...Zawiodłeś kapłanie, tym razem po raz ostatni... I przybyłem cię ukarać. Stopniowo obedrę cię ze wszystkiego: dumy, zmysłów, ciała, rozumu duszy... To będzie długi i powolny proces. Nie martw się...samotny nie będziesz. Mam jeszcze w piwnicy, paru innych nieszczęśników, którzy odbywają karę. Dotrzymają ci towarzystwa.
Mi Raaz zauważył jakąś cienistą sylwetkę zbliżającą się z boku do nekromanty...Urywane szepty usłyszał.

Grayshar spojrzał w górę i przyjrzał się sylwetce szybującego po niebie kruka, mówiąc.- Ten elf, Rasgan właśnie przyleciał w odwiedziny. Ciekawe co chce...
-Mamy tego elfa załatwić?- odezwał się ork przygniatający Mi Raaza.- To będziesz musiał dopłacić.
- Sugerujesz, że nie płacę mych długów?- głos krasnoluda stał się zimny niczym stal.
- Nie panie, nie śmiałbym.- odparł ork pospiesznie przestraszonym głosem i zmienił szybko temat.- To jakie są twe zalecenia w sprawie elfa ? I gdzie on jest?
- Na razie udaje wronę i fruwa w powietrzu, poczekamy aż znudzi mu się...I zleci na dół. Wtedy zdecyduję, jaki będzie jego los.-
odparł Grayshar.- W końcu...należy mu się coś, za pomysłowość.

Tymczasem Rasgan przemieniony w ptaka szybował w powietrzu...Choć bowiem nie przetestował umiejętności bojowych dziwacznego stworzenia, to umiejętności prowadzenia rozmowy przez ten twór magii były mniej niż mizerne... Nie on odpowiedział na żadne słowa elfa. Leciał w powietrzu starannie omijając wszelkie, nawet najbardziej niewinne obłoki... Nagle ptasi wzrok skupił się na wydarzeniach przed domem Thurama. Mi Raaz przygnieciony przez sporej postury orka leżał na brzuchu przed krasnoludzkim nekromantą z cmentarza. Była tam także para niziołków. I świeżo opatrzony półelf...Sytuacja nie wyglądała zbyt dobrze, przynajmniej z punktu widzenia kapłana.

Phalenopsis, Dzielnica Rzemieślnicza

-Mówiliście coś o potrzebie zmierzenia się z silniejszym przeciwnikiem? Ależ nadarza się niepowtarzalna okazja... mnie po prostu byście pobili, za to one... to ambitniejsze wyzwanie. Poza tym, chyba chcą przejść teren, którego nakazał wam pilnować stwórca. Więc jak?- rzekł czarodziej.
- Taaa..coś w tym jest.- rzekła półorczyca wskazując na towarzysza broni.- Ale to nie znaczy, że TY możesz przejść. On cię zgniecie, jak spróbujesz.
- Ja?!- zdziwił się półork.
- No Ty. Bo ja pierwsza, bawię się z pieskami.- odparła półorczyca i z okrzykiem bojowym na ustach pognała w kierunku canolothów.
- Kobiety...dobre są tylko do chędożenia.- mruknął półork o kamiennych łapach patrząc to na Berianda,to szalejącą półorczycę. Skoczyła ona w kierunku canolothów i walnęła pięścią prosto w pysk najbliższego z nich. Z pyska każdej bestii wystrzelił kolczasty język. Jeden oplótł się w wokół lewego ramienia kobiety, drugi wokół prawej nogi, a trzeci wokół tułowia. Wojowniczka jedaknie robiła z nic z kolców wyrastających z języków, a wbijających się w jej ciało. Szybkim uderzeniem miecza, odrąbała ten oplatający jej nogę. Pozostałe jęzory canolothów uwolniły ofiarę, a same bestie jednocześnie ruszyły na półorczycę próbując ją oflankować. Lecz ta cofnęła się, próbując tego uniknąć, wykonała zamach orężem, jej bułat wbił się w bok próbującego ją zajść od prawej canolotha. Drugi skoczył na nią, lecz jego pysk zetknął się z żelazną łapą kobiety...a tego kąska przeżuć nie mógł. Trzeci jednak dotarł do je tułowia, trafiając pazurzastą łapą i zostawiając paskudne rany, z których...wbrew oczekiwaniom Berianda, nie sączyła się krew.
Walka była widowiskowa, ale nie rozwiązywała problemów elfa...Nie rozwiązywała wszystkich problemów. Nadal drugi półork-półgolem pilnował przejścia, co prawda dzieląc swą uwagę, pomiędzy Berianda i pole walki...
 
__________________
"Nieważne jak człowiek wygląda, ważne co ma w czaszce"-cytat z ilithidzkich ksiąg mądrości.

Ostatnio edytowane przez abishai : 06-06-2008 o 19:07. Powód: Poprawa tekstu walki !
abishai jest teraz online   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 06-06-2008, 17:19   #655
 
Odyseja's Avatar
 
Reputacja: 3 Odyseja wkrótce będzie znany
$: 56 020
- To jest święty rytuał, nie zaklęcie laernesi. Czyniąc to o co prosisz, mógłbym dokonać aktu profanacji na ceremonii ustanowionej przez Pana Kniei. Poza tym...
Ceremonia przyjęcia neofitów nie ma nic wspólnego z nekromancją. Amman nie umarł, tylko jego umysł zapadł w stan podobny do śpiączki...Na granicy życia i śmierci, co prawda, ale nigdy jej przekraczając. Przypuszczam, że nawet gdybym przeprowadził rytuał, to i tak nie spotkałabyś Ammana. Wizje przeszłych i przyszłych wcieleń to bardzo osobiste przeżycie.


- Rozumiem... Nie wiedziałam o tym... - odpowiedziała cichym głosem. Cóż mogła zrobić? W tym wypadku chyba tylko magia mogła pomóc, ale... Jak miała zwalczyć to coś, skoro nawet nie wiedziała czym jest? Czary, które przygotowała wydawały jej się kompletnie bezużyteczne. Nie spodziewała się, że sprawy przyjmą taki obrót. Hmmm... A jeśli jest to potwór roślinny? Wtedy mogłaby spróbować użyć magi. Dysponowała przecież odpowiednim na to czarem. Ale czy to pnącze ma cokolwiek wspólnego z rośliną? Gdyby udało jej się to wyczuć, wiedziałaby, co mogłaby spróbować zrobić...

- Załadujmy Ammana na Łasucha, umieszczę tego biedaka w świątyni Pana Kniei. Może to pomoże.- rzekł arcydruid.

- Tak... - odpowiedziała nieobecnym, wyraźnie drżącym głosem. Na jej twarzy odmalowane były wszystkie uczucia, jakie nią wstrząsały. Obawa, poczucie winy, uczucie bezradności... Poszła za Boreinem. Jeśli w świątyni dalej nic się nie działo, wyszła na zewnątrz i wśród resztek obumierającej roślinności oddała się modlitwie o pomoc. O wskazówkę...
 
__________________
Mam zasięg nad morzem! Mogę odpisywać. Hurra!

Ostatnio edytowane przez Odyseja : 06-06-2008 o 17:41.
Odyseja jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 06-06-2008, 19:09   #656
 
abishai's Avatar
 
Reputacja: 4 abishai wkrótce będzie znanyabishai wkrótce będzie znany
$: 213 996
Dzielnica Przybyszów, świątynia Pana Kniei

Słońce przebijało się przez purpurowy obłok nadając polance na której modliła się druidka nienaturalne i złowieszcze barwy. Modlitwa do patronującego druidce bóstwa była cicha, pełna pokory, smutku, obawy...i pozostała bez odpowiedzi. Także zraniona przez kataklizm przyroda, nie chciała lub nie mogła udzielić wskazówek. Druidka skupiła się więc na wspomnieniu doznań, jakie odczuwała gdy ostatnio badała kawałek owego drewna. Cokolwiek to było, nie było powiązane z naturą, była jakby...abominacją... zaprzeczeniem rośliny. Gdyby coś takiego mogło istnieć, nazwała by ten kawałek drewna nieumarłą rośliną...Ale to absurd, prawda?
Potem myśli druidki wróciły do kokonu w którym spoczywał Amman. Przeniesienie go do świątyni Pana Kniei niewiele dało. Całe to zdarzenie napełniało Luinëhilien smutkiem i poczuciem winy...W końcu była learnesi, powinna Ammana przygotować, powinna wiedzieć, kiedy kandydat jest gotowy. Odruchowo dłonią potarła amulet, który był znakiem jej statusu. Dostała go od członków swego kręgu, bo zaufali jej umiejętnościom i wiedzy. A teraz, czy ich zawiodła? Czy zrobiła wszystko jak powinna? Na te pytania Luinëhilien nie mogła znaleźć odpowiedzi.
Tymczasem w kierunku druidki podeszła trójka mieszczan. – Wiesz może pani, gdzie wybył druid Borein? Nie ma go w świątyni, a parę ulic stąd spadła mantikora, prosto w środek targowiska, jest ranna i atakuje wszystkich. Przynieśliśmy, tych których się dało. Położyliśmy obok tego zielonego czegoś w świątyni. Do reszty ta rozwścieczona bestia podejść nie pozwala. Potrzebna pomoc, zwłaszcza że straż zaczęła się zajmować rozruchami w dzielnicy rzemieślniczej.
Borein?...Druidka przypomniała sobie, że po wskazaniu Luinëhilien miejsca na modlitwę Borein wyruszył gdzieś w wielkim pośpiechu,
 
__________________
"Nieważne jak człowiek wygląda, ważne co ma w czaszce"-cytat z ilithidzkich ksiąg mądrości.
abishai jest teraz online   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 06-07-2008, 12:16   #657
 
Umbriel's Avatar
 
Reputacja: 3 Umbriel wkrótce będzie znany
$: 22 144
Odsiecz
Za wolność naszą i waszą!

- Jeśli uda nam się odbić zakładników, Kyulii dokona zemsty, i jakimś cudem wszyscy wyjdziemy z tego cało, co wtedy? Nie możemy ich wziąć ze sobą prawda? Zostawić też ich nie możemy… Nie mogą jednak opóźniać naszej misji. Puścimy ich najbliższym bezpiecznym szlakiem, lub chociaż takim, którym idąc mają szanse na przeżycie. Tak będzie najrozsądniej prawda?

- Nasza misja może narazić ich życia, a Kyulii naraża naszą misję.- niebiańska lamia stanęła i nerwowo uderzając ogonem o swe o boki dodała.- Rrrgherr... To nie powinno się tak skomplikować. Jeśli ci zakładnicy również nie znają naszego języka, to jak jej wytłumaczysz, gdzie ma iść? Rrrarrghrr...To nie na moją głowę!...Co będzie, to będzie. Nie czas o tym myśleć.

Psionik skinął głową. Jego także niepokoiła skomplikowana sytuacja w jakiej obecnie się znajdowali. Widział poirytowanie lamii i wściekłą barbarzyńską kobietę, wykrzykującą coś, w nieznanym mu języku, w stronę odchodzących jaszczuroludzi. Lecz nie to zaprzątało w tej chwili jego głowę, gdy niemal biegł, podążając za Ilmaxi. Niepokoiło go, że być może sytuacja postawi go przed wyborem – przeżyć i wykonać misję, a poświęcić innych, których chciał uratować. Gdyby był żołnierzem, wiedziałby co robić – wykonywać rozkazy, mając na uwadze jedynie dobro misji. Był jednak samotnym młodym podróżnikiem, idealistą, który był gotowy poświęcić życie za to w co wierzy. Każde życie stanowiło dla niego wartość, nawet jeśli było to życie jaszczuroludzia, skavena, czy piekielnego ogara. Przez chwilę biegł tak, rozmyślając i tylko częściowo zwracając uwagę na otoczenie. Teraz lamia prowadziła, więc mógł pozwolić sobie na chwilkę rozluźnienia.

Po jakimś czasie wszyscy dotarli do murów ogromnej, opuszczonej twierdzy. Kamień w wielu miejscach kruszał, poprzebijany przez czas i wrastające weń rośliny. Psionikowi przywołało to na myśl opuszczone miejsce kultu, na które kiedyś natknął się w czasie podróży. Atmosfera panująca wokół miejsca była dokładnie taka sama – cisza piszczała w uszach, a serce obejmowała groza… ale i melancholia. Zawsze czuł ją, gdy patrzył na stare miejsca, wyobrażając sobie dawne życie w nich, istoty które je zamieszkiwały… Ich marzenia, potrzeby, czyny – wszystko to było wyryte w murach, które pozostawały niemym świadkiem tego co działo się wokół nich. Przypomniało mu się także zdobione lusterko, nienaruszone zębem czasu, które przypadkiem odnalazł tkwiąc dawno temu w starożytnych murach i które przekazał pewnej osobie…

- Gwaen – szepnął do siebie i wszedł na dziedziniec. Z tej perspektywy zamek wydawał się jeszcze większy, niemal monumentalny. Błękitne oczy młodzieńca od razu skierowały się ku posągowi z bladożółtego marmuru. Czujnie rozejrzał się i, nie zauważając także żadnych śladów zakładników podszedł z ciekawością, by obejrzeć posąg węża. Spojrzał się w blade marmurowe oczy, próbując doszukać się czegoś więcej, co powiedziałoby mu o tym obiekcie kultu. Nie miał bowiem wątpliwości, iż był to ów Wężowy Bóg o którym wspominali wcześniej jaszczuroludzie.

Odwrócił się do reszty, łapiąc się na tym, że znów się zamyślił i powiedział spokojnie:

- Wydaje mi się, iż zakładników trzymano gdzieś indziej… Być może się spóźniliśmy?

Tu spojrzał ze zdziwieniem na Ilmaxi, która najwyraźniej coś wytropiła. Podszedł do niej, a ona wskazała mu niewyraźne ślady, które najwidoczniej wiele jej mówiły.

- Dwie osoby, przybyły i rozcięły więzy trzem zakładnikom...Ruszyli...tam.

Młodzieńca coraz bardziej zadziwiały możliwości tej istoty. Zaczynał naprawdę doceniać kompana, jakim była dla niego lamia. Zanim zdążył coś powiedzieć, towarzyszka ruszyła w stronę korytarza prowadzącego w głąb twierdzy. Przed wejściem zawołał także Kyulli i wskazał jej miejsce w które mają się udać. Następnie wbiegł do korytarza, z dłonią na swej szabli. Prędkość z jaką biegła lamia pozwalała psionikowi z ledwością ją doganiać. Wybiegli z korytarza do ogromnej komnaty, która mogła być salą jadalną. Pośrodku niej, olbrzymia staruszka toczyła pojedynek z bestiami. Na ich oczach zamieniła w popiół i zniszczyła celnym uderzeniem kostura atakującego ją napastnika. Chwilę później, także na ich oczach, dokonywała żywota opływając własną krwią cieknącą obficie z ran, zadanych tchórzliwie z dystansu. Gnolle wyjątkowo przypominały psionikowi hieny. Znał co prawda te bestie jedynie z opowieści innych podróżników – sam na szczęście nie natknął się nigdy na watahę bądź oddział. Nieopodal staruszki, za stołem ukrywali się ludzie. Byli to najprawdopodobniej zakładnicy. Młodzieniec dobył swojej szabli, złapał oddech i ponownie rzucił okiem na wrogów, by opracować chyżo jakąś taktykę.

Gnolle te miały różny arsenał. Młodszy uzbrojon był w długi i krótki miecze, miał też łuk, oraz noże do rzucania. Gnoll z znamieniem na pysku w kształcie szczęk zaciskających się na kości, uzbrojony był w sejmitar i ręczny topór, kilka noży do rzucania oraz kuszę.
Zaś sam przywódca był uzbrojony w długi łuk refleksyjny, dwa sztylety do rzucania, długi miecz oraz ciężki nadziak gnomiej roboty, oraz obecnie, dwa oszczepy piorunów.
Niemniej cała trójka nosiła ćwiekowane skórznie z malunkiem gnollowego pyska z baranimi rogami. Widać byli z jednego oddziału.



„Nadszedł dzień waszej chwały!
Przeminął czas „Tajemnic”!
Niech brzmi nasz wspólna pieśń!
Niech rozedrze kurtynę,
Ciszy i zapomnienia!
Nie kryjcie się w cieniu,
Niech świat słyszy waszą pieśń!

Pieśń zwycięstwa i poświęcenia!”


„Tu jest ktoś jeszcze”- pomyślał, ale nim zdążył dokończyć myśl, już skupiał się na jak najszybszym znalezieniu się w pobliżu przeciwnika*, póki jeszcze nie był do końca skoncentrowany na walce. W chwilkę po tym, jak skończyła się pieśń, przemierzał już salę, bacząc uważnie czy w jego stronę nie kieruje się zdradziecka strzała lub włócznia; wykorzystywując w biegu całą swą zręczność. Wybrał za cel gnolla władającego łukiem. Zauważył że dwie bestie ruszają w kierunku z którego słyszeli śpiew – najprawdopodobniej byli to przywódcy. Nie mógł do tego dopuścić, musiał zdążyć związać ich walką nim uformują szyki. Miał otumanić* potwora , nim zdąży się obronić, a następnie i przebić jego trzewia szablą, bądź, w razie dogodności sytuacji ciąć go na wysokości szyi.

* Moce: Pęd – podmiot - Gaalhil
** Styl walki: Pchnięcie myślą – podmiot – gnoll z dwoma mieczami
 
__________________
13 wydział NYPD
Pijaczek Barry
"Omnia mea mecum porto"

Ostatnio edytowane przez Umbriel : 06-07-2008 o 12:26.
Umbriel jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 06-08-2008, 19:54   #658
 
g_o_l_d's Avatar
 
Reputacja: 2 g_o_l_d wkrótce będzie znany
$: 44 028
Skręciwszy w kolejną boczna alejkę Gedwar zamarł w bezruchu. Dwa razy wyższa od niego postać wychyliła się z półcienia zastępując mu drogę. Wtem do nozdrzy paladyna dotarł niebywały smród, przy którym wieczorny odór wydobywający się ze ścieków był królewską perfumom. Potwór podniósł łapę w kierunku mężczyzny i z trudem wycharczał:

.- Ssstaaaa...ć!

Gedwar zmarszczył krzaczaste brwi.” Widywałem w życiu złodziei wyglądających jak rajcy miejscy, rajców wyglądających jak proszalne dziady, nierządnice wyglądające jak królewny, królewny wyglądające jak cielne krowy i królów wyglądających jak złodzieje. Widziałem niejedną umęczoną duszę. Dziś o trzy za dużo. To nie przypadek, że Lughnassadh skierował moje stopy na tą ścieżkę. Ojciec tych istoty zbłądził, czas wyprostować jego ścieżki.”

Dłoń mężczyzny pomału opadał na drzewiec młota. Stwór zmierzył paladyna wzrokiem. Na jego gębie zagościł szyderczy uśmiech. Monstrum ruszyło gwałtownie. W wąskich uliczce rozbrzmiał potężny ryk. Ogromna dłoń uderzyła z impetem w tarcze paladyna. Gedwar zachwiał się. Mentalny rozkaz zmniejszył tarczę. Druga dłoń ujęła oręż tuż pod trzonem. Nim bestia wymierzyła kolejny cios, młot paladyna runął na stopę przeciwnika miażdżąc ją. Bestia nie wydała nawet najcichszego jęku. Odstąpiła krok w tył opierając ciężar ciała na sprawnej kończynie. Szepcząc słowa modlitwy Gedwar uderzył w odsłonięty tors bestii. Śnieżno biała łuna rozprysła się w chwili uderzenia z hukiem, który zniósł bestię na kilka metrów w głąb alejki. Próbujący wyhamować pazurami pęd potwór zostawił w bruku ulicy głębokie bruzdy. Kolejny potężny ryk wypełnił uliczkę. Ze zdziwieniem wymalowanym na twarzy Gedwar patrzył jak jego przeciwnik zaczyna piętrzyć się ku górze, a jego ciało pokrywają szczelnie chitynowe płyty. Zregenerowane kończyny zyskały dodatkowy staw. Bestia ruszyła jeszcze szybciej. Z każdym jej krokiem wszystko w koło dudniło. Zamarła na ustach modlitwa. W ostatniej chwili magiczna tarcza paladyna roztoczyła nad nim swoją pieczę. Wtem bestia przeskoczyła śmiałka atakując jego odsłonięte plecy. Twarz Gedwar wygięła się w grymasie bólu. Dwa mocarne pazury przebiły się przez pancerz, zostawiając po sobie podłużne szramy. Nie bacząc na ból mężczyzna odwrócił się unosząc nad siebie tarczę. Olbrzymie pięści co raz opadły na oparty na plecach pawęż. Pomiędzy łomotami uderzeń dało się słyszeć dziwny dźwięk. Chwilę później Gedwar kantem oka dojrzał ściekający z brzegów tarczy kwas. Mężczyzna chcąc zachować życie musiał jak najszybciej działać. Kilka desperacko wymierzonych ciosów nie przebiło pancerza bestii. Kolejny atak wymierzony w staw, sprowadził bestię na bruk ulicy. Bez chwili zwłoki Gedwar wskoczył na tors leżącego monstrum. Wzniósł ku niebu trzon młota. Wtem gwałtowne uderzenie kończyn poniosło go na bolesne spotkanie z ziemią. Niebywały ból zalał jego ciało. Siłą uderzenia pozbawiła oddechu. Odgłos podnoszącej się bestii skutecznie ocucił paldyna, który spojrzała za siebie. Ciało monstrum zaczęło ponownie mutować. Para śmiercionośnych szponów wieńczyła nowo wykształcone kończyny. Opętana szałem bestia znów ruszyła w stronę mężczyzny. Gedwar bez chwili wahania dobył małej flaszki z mętnym płynem kolory brzozowej kory. Jednym porządnym łykiem opróżnił zawartość naczynia. Bestia gwałtownie zatrzymała się, gdy mężczyzna znikł bez śladu. Pomału miarowym krokiem przemierzała kolejne metry uliczki, starając się odnaleźć niewidocznego przeciwnika.. Niespodziewane poziome uderzenie młota ponownie posłało bestię na spotkanie z twardym brukiem. Gwałtowny podmuch wiatru poderwał zabłąkane liście. W mgnieniu oka mocarny brunatny niedźwiedź przygwoździł potwora do gleby. Olbrzymia szczęka zacisnęła się na jego krtani. Ciężkie łapy zaczęły roztrzaskiwać miotające się bezwładnie ciało. Długie pazur oraz ledwo powstałe żądło opętańczo cięły cielsko brunatnego niedźwiedzia, by po chwili bezwładnie opaść na bruk ulicy.

Po wyczekiwanej chwili ciszy ciężko dyszący Gedwar stoczył się z martwego cielska ku kamiennej ścianie. Uniósł twarz ku ołowianemu niebu za którym kryło się gdzieś słońce. „Dzięki ci panie, za błogosławieństwo. Wesprzyj mnie w tym trudnym czasie”. Po chwili nieobecne spojrzenie opadło na martwą istotę. Po tej walce nie dziwiły już Gedwara błoniaste skrzydła, które nie zdążyły się wykształcić monstrum. ” Niech Ci ziemia lekką będzie”.

Pomimo, że było już po wszystkim, chód olbrzyma cały czas łomotał paladynowi w uszach. Gedwar powolnym ruchem dobył specjalnie przygotowanej mocniejszej leczącej mikstury. Próbując ustabilizować oddech, oprał głowę o kamienną ścianę. „Każdy kolejny dzień jest mi wyzwaniem. Czuję, że to ostatnia z dróg szuka mych stóp. Nie mogę dłużej zwlekać. Wystarczająco dużo czasu przeciekło mi między palcami niczym piasek. Dosyć tego!. Gedwar gwałtownie podniósł się. Jego pełne siniaków ciało promieniowało bólem. Nie bacząc na to ruszył w stronę domu Turama, który zdawał się być tuż za zakrętem.
 
__________________
Nie wierzę w cuda, ja na nie liczę...

Dreamfall by Markus & g_o_l_d
g_o_l_d jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 06-15-2008, 09:11   #659
 
Qumi's Avatar
 
Reputacja: 2 Qumi jest na bardzo dobrej drodze
$: 31 734
Arein podniósł nieco wyżej brew kiedy usłyszał i zobaczył gnoma. Nie spodziewał się innych więźniów, poza może jakimiś drapieżnikami czy potworami, ale z drugiej strony ta rasa gnoma mogła równie dobrze podpaść pod tę kategorię…

-Mi również miło pana poznać… Arein me imię, jeśli można to usłyszałbym także i twoje. Ciekawi mnie również skąd wiesz o moim pochodzeniu i jak rozpoznałeś czym jest Szazel, lecz te pytania zostawię na później, najpierw pójdę po klucz, o który prosisz, sądzę, że współpraca będzie bardzo wskazana, jeśli mamy się stąd wydostać.

Cienoelf odczekał chwilę aby usłyszeć imię gnoma po czym skierował się do drzwi, które rzekomo miały być w „sypialni”. Zanim je jednak otworzył, czy nawet tknął. Przyjrzał się im, czy nie są również magicznie strzeżone, przyłożył również ucho, czy kogoś w środku nie ma. Kiedy upewnił się, że wszystko jest bezpieczne lub, że unieszkodliwił wszystkie zagrożenia, otworzył delikatnie, powoli drzwi. Przyjrzał się pokojowi z ostrożnością, która nie opuszczała go ani na chwilę w tym miejscu i gdziekolwiek się udał.

Nie był pewny co do gnoma, ale z nim miał większe szanse, gnom wydawał się być szalony, ale z drugiej strony znał „mistrza”, a więc mógł być szczególnie przydatnym sojusznikiem ze sporą wiedzą o tym miejscu. Nie mógł go za bardzo drażnić, wiedział, że jeśli zacznie może się to źle skończyć, ale nie mógł też być zbyt pobłażliwy czy uległy. Sytuacja wymagała subtelności, a Arein nie byłe pewien czy posiada jej odpowiednią ilość, sporo czasu minęło od knowań i intryg na dworze Ba’el Morgis.

- A co ty sądzisz o tym gnomie Szazel? Jakieś uwagi czy propozycje? – mentalnie zadał pytanie chowańcowi. Szazel był bystry, a ze względu na swoje pochodzenie dobrze znał się na knowaniach i niezbyt czystych zagraniach, wiedział jak tacy jak on myślą i był do tego lojalny mu dzięki magicznej więzi, przez co był bezcennym sojusznikiem i już nie raz Arein dziękował losowi za to, że to właśnie Szazel zgodził się być jego chowańcem.
 
__________________
The brighter light shines upon you, the darker becomes your heart.
Qumi jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 06-15-2008, 23:19   #660
 
Mi Raaz's Avatar
 
Reputacja: 2 Mi Raaz jest na bardzo dobrej drodze
$: 29 355
Kiedy człowiek leży skrępowany, a ziarnka piasku strzelają mu między zębami nie nastraja go to raczej w pozytywny sposób do konwersacji. Kapłan Mi Raaz nie okazał się w tej kwestii wyjątkiem od reguły. Co jakiś czas spluwał, żeby pozbyć się ziarenek piasku z ust. W sumie na tym mniej więcej kończyło się jego pole manewru. Szanse w walce miałby raczej małe, większym jednak problemem było to, że szanse na wszczęcie jakiejkolwiek walki były w tej chwili praktycznie zerowe. No chyba, że postanowiłby swoim czołem zmiażdżyć but nekromancie. Po namyśle jednak nawet but okazał się poza zasięgiem. ~~Jakież to miłe uczucie zostać uwolnionym tylko po to, żeby dać się uwięzić.~~ Kapłan wiedział, że jest już przegrany. Nie miał żadnej szansy na ratunek z zewnątrz. Mógł liczyć tylko na to, ze rozwścieczy krasnoluda tak, że ten popełni błąd i go zabije.

- Masz taką dobrą reputacje w półświatku, udało Ci się wziąć szturmem rezydencję Silberkinów, a nie potrafisz sam zdobyć berła? - Splunięcie - I teraz na mnie będziesz się wyżywał z powodu własnych słabości? Proszę cię bardzo. Najlepiej zrób to na oczach tych pożal się panie najemników. Przecież każdy z nich mógłby cię zabić gdyby tylko chciał. Są wyszkoleni w walce, sprawni. A ty jesteś tylko starym próchnem nie potrafiącym wejść do domu swej rodziny. - Spluniecie - Masz niby stanowić autorytet? Postrach? Nie rozśmieszajcie mnie. A Rasgan? Nic mu nie potrafisz zrobić, bo jest poza twoim zasięgiem. Jeżeli taki z ciebie potężny nekromanta, to dalej, pokaż co potrafisz. Wezwij hordę latających szczurów i strąć elfa. Pokaż, że zasługujesz na swoją reputację. Bo inaczej Ci tu zebrani mogą się zorientować, że tracisz swą moc. Że wyparowuje z ciebie z każdą chwilą. Może przyjść im do głowy odwrócić się od Ciebie, tak jak ja sie odwróciłem. Bo prawda jest taka, że jeżeli ubijecie starego nietoperza i znajdziecie berło, które jest gdzieś w domu, to zyskacie nieśmiertelność. A on nie może was powstrzymać, bo jego moc odeszła. W innym wypadku zabiłby elfa! - Ostatnie słowa leżący kapłan niemal wykrzyczał.

Kapłan wiedział, że nawet bezbronny i skrępowany ma swoją największą broń. Słowo. Więcej niż jeden oprawca pozwalał już na skłócenie. To mogło dać trochę czasu kapłanowi. Jeżeli najemnicy rzucą sie na krasnoluda, to wtedy on spróbuje wykorzystać moc swojego pana. Jeżeli nekromanta wybuchnie gniewem, to może w afekcie zabije kapłana, a wtedy jego dusza zostanie uwolniona i trafi prosto do Ashura. Trzecie rozwiązanie nie dawało za to żadnej nadziei na polepszenie losu kapłana, ale za to mogło mu sprawić nieco satysfakcji. Gdyby krasnolud zaatakował Rasgana i go zabił, to wprawdzie odzyskałby autorytet wśród najemników udowadniając, ze Kapłan kłamie, ale za to Rasgan, który niedawno zdradził Mi Raaza padłby trupem.
 
Mi Raaz jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Reklama
Odpowiedz


Użytkownicy aktualnie czytający ten wątek: 1 (0 użytkownik i 1 gości)
 
Narzędzia wątku
Wygląd

Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wł.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.

Podobne wątki
Wątek Autor wątku Forum Odpowiedzi Ostatni Post / Autor
Przetrwać apokalipsę abishai Komentarze do sesji RPG - DnD 1195 Dzisiaj 11:56
[DnD] - Przetrwać Apokalipsę Odyseja Toplista sesji 9 02-13-2008 20:34
Przetrwać apokalipsę [dodatkowa rekrutacja] abishai Archiwum rekrutacji 25 01-07-2008 18:06
[D&D] Przetrwać apokalipsę abishai Archiwum rekrutacji 53 07-23-2007 18:16


Czasy w strefie GMT. Teraz jest 12:38.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2008, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95