![]() | ![]() |
![]() |
| |||||||
| Sesje RPG - DnD Wybierz się w podróż poprzez Multiwersum, gdzie krzyzują się różne swiaty i plany istnienia. Stań sie jednym z podróżników przemierzającym scieżki magii, lochów i smoków. Wejdź w bogaty świat D&D i zapomnij o rzeczywistości... |
![]() |
| | Narzędzia wątku | Wygląd |
| | #171 |
![]() | Rosa weszła do karczmy. Wciąż buzowała jej krew po ostatnich wydarzeniach, a jej nowe wiadomości i plan działania z pewnością staną się przyczyną nowej kłótni. Nikt nie mówił, że paladyn ma lekko. Musiała myśleć za wszystkich, a w zamian otrzymywała jedynie obelgi. Westchnęła w duchu, po czym z dumnie uniesioną piersią przekroczyła próg budynku. Zebrani zauważyli, że jej długie włosy, do tej pory rozpuszczone, teraz były spięte w fantazyjny warkocz. W dodatku ładnie pachniała i miała błyszczącą, gładka skórę. Najwyraźniej wzięła kąpiel. Wszyscy milczeli. Parę osób patrzyło na Lunę, a ta była smutna. Rosa szybko zorientowała się w sytuacji. Intuicyjnie wiedziała, ze Luna opowiedziała przyjaciołom o tym, co zaszło w świątyni. Podeszła do kronikarki, usiadła obok niej i objęła przyjacielsko ramieniem. - Dziękuję Ci Słońce. To musiało boleć, odpocznij sobie- powiedziała uspokajającym tonem. - To naprawdę wspaniałe że starasz się pomóc miastu. Jestem z Ciebie dumna. Ale w trójkę nie mamy szans. Podczas ostatniego ataku była nas czwórka z Marą. Ledwo co przepędziliśmy stwora. Nie możemy ryzykować straty jednego z nas. Mara była już na granicy. Zrobimy inaczej- kontynuowała ciepłym tonem. Kiedy jednak omiotła wzrokiem zgromadzonych, jedyne co biło z jej oczu to niezmierzona pogarda i wyższość. Nie zasługiwali na jej szacunek. Ich irracjonalne przesądy sprawiły, że dziś zginęła rodzina. Nawet nie starali się zrobić drobnego, przyjacielskiego gestu w stronę Luny. Czy oni w ogóle wiedzieli co ona przechodziła? Byli żałośni, wszyscy bez wyjątku. Jedynie wobec niziołków i Harkha kobieta nie żywiła negatywnych emocji. Malutcy się starali, a co go kobolda, dla paladynki był on jedynie jaszczurką. Może wyda się to barbarzyńskie, ale Rosa potrafiła o nim myśleć tylko w tej kategorii. - Musimy razem stawić czoła Monstrum. Rozdzieleni nie mamy szans. Straż przyniosła mi mapę miejsc, z których można obserwować okolicę będąc ukrytym. Po wybraniu lokacji ewakuujemy okolicznych mieszkańców. Stworzymy idealną iluzję zagubionej dziewczynki, która będzie pachnieć, chodzić, mówić. Gdy Monstrum zaatakuje ofiarę, wtedy my wyjdziemy z ukrycia. Mam nadzieję, że uda nam się ubić ścierwo. Jednak nie to będzie naszym głównym celem. Wszyscy zdolni rzucać czary poza mną skryją się. Ich celem będzie poznanie stwora, jego charakteru, wyglądu, myśli. Mają zdobyć tyle informacji ile to tylko możliwe. W razie niepowodzenia wszyscy uciekamy na z góry upatrzone pozycje, które wybierzemy. Dzięki wieszczeniom będziemy wiedzieć z czym walczymy. To pozwoli nam się lepiej przygotować na następnie starcie. Choć dobrze byłoby gdybyśmy zabili potwora za pierwszym razem. - Powinniśmy też lepiej przyjrzeć się opuszczonemu magazynowi. Nie martwcie się, zleciłam już straży zebranie informacji. My powinniśmy zwiedzić wnętrze budynku. Coś mi mówi że wampiry będą niedaleko.- powiedziała Rosa. Lepiej było przygotować wszystko samej, ktoś inny mógł łatwo wszystko zepsuć. Spojrzała po ludziach i widziała falę protestów, która za chwilę w nią uderzy. Uprzedziła wydarzenie, mówiąc: - Nie, tym razem zrobicie wszystko tak powiedziałam. Wasza ostatnia niesubordynacja kosztowała życie zbyt wiele osób. Jeśli nie dostosujecie się do planu dlatego, że jest logiczny, to zrobicie to dlatego, że wydała go wam Rosa de Burbon, Tymczasowa Zastępczyni Mary Bersk, Głównodowodzącej Straży Miejskiej Rath- gdy Paladynka to mówiła, w jej oczach był jedynie lód. Miała serdecznie dość tych dzieci, które nie potrafiły wykonać swoich obowiązków należycie. - Żeby było jasne- nie przyjmuję odmowy. I nie, nie mam zamiaru was przeprosić. Jesteście żałosnymi głupcami. Jakiem mieliście LOGICZNY powód by mnie nie posłuchać? Nie byłam paladynem? To żaden argument! Mogłam być największą zoł*ą na świecie, ale jeśli mój plan służył dobru miasta waszym obowiązkiem było go wykonać! Nie obchodzi mnie wasze zdanie na mój temat- moje o was jest sto razy gorsze, możecie mi wierzyć. Ale gdyby ktoś z was miał naprawdę dobry plan, wykonałabym go. Czy wy możecie powiedzieć to samo o sobie? Rosa przestała mówić, robiąc przerwę na zaczerpnięcie oddechu. Spojrzała na Yona i znów wpadła w palatyńską odmianę furii. On był najgorszy z nich wszystkich. Głupi, mały złodziej bez ambicji i szacunku dla świetności. Miał się za pępek świata, a był jedynie małym człowieczkiem, kreaturą, którą należało zmiażdżyć. Był jak choroba, bolący ząb- gnębił i gnębił dopóki się go nie wyrwało. - Co zaś do ciebie Yon, moja cierpliwość się skończyła. Miałeś wybór- więzienie albo odkupienie win. Wspaniałomyślnie daliśmy ci wybór. Wybrałeś odkupienie. Miałeś mi pomagać, pamiętasz? Kiedy ostatnio wykonałeś mój rozkaz? Nigdy. Nie to jest jednak najgorsze. Miałeś się zmienić, zresocjalizować. Zdałam sobie sprawę że jesteś do tego niezdolny kiedy oskarżyłeś Lunę o kradzież. Każdy z nas ochłonął po jej mądrych słowach. Tylko nie ty. Ty jesteś egoistycznym bachorem zapatrzonym w siebie i swoje potrzeby. Nie masz honoru, żyjesz chwilą i nie znasz znaczenia słowa „współpraca”. Służysz tylko swoim zachciankom. Nie masz wyższego celu, jesteś w tym mieście tylko dlatego że masz taki kaprys. Dla ciebie tylko jedno zdanie jest słuszne- zdanie Yona Early’ego. Chcę, żebyś wiedział że nie mam zamiaru tego tolerować. Twoje zachowania względem Luny przepełniło czarę grzechu. Obecnie mam zbyt wiele zajęć na głowie, ale możesz być pewien jednego- wydam nakaz aresztowania ciebie. Służba albo więzienie. Skoro zrezygnowałeś ze służby, nie mam wyboru. Jeśli teraz uciekniesz oknem jak zwykłeś to robić może wymkniesz się straży. W takim wypadku byłoby dla ciebie lepiej gdybyś nigdy mnie nie spotkał. Nie mam zamiaru się z tobą cackać. Rosa wyjaśniła co sądzi o złodzieju. Każda z osób obecnych w sali pragnęła jednego- dobra miasta. Może mieli różne wizje tego dobra, różne sposoby działania, ale każdy z nich poświęciłby życie dla Rath. Nawet jeśli mieli jakieś grzeszki na sumieniu i nie byli ani prawi, ani szczerze oddani dobru, to i tak starali się jak mogli by polepszyć byt mieszczan. Wszyscy poza Yonem. Kobieta postanowiła przestać się z nim pieścić- był dorosły i wiedział co czyni. Najwyższy czas by poniósł odpowiedzialność za swe grzechy. - Mam nadzieję że wszystko jest jasne. Teraz nadszedł czas żebym zajęła się Aremim. Zbyt długo biernie patrzyłam na jego zbrodnie- stwierdziła, po czym wstała i wyszła z karczmy. Przez całą drogę zastanawiała się jak zaaresztować niedoszłego gwałciciela. Z jednej strony był zwykłym, nic nie wartym przestępca, który nadużył zaufania wszystkich ludzi w mieście. Z drugiej, był potrzebny miastu. Rath po prostu chciało wierzyć w mitycznego Aremiego-czyścioszka, nawet gdyby ten był diabłem wcielonym. Nie, nie mogła pozwolić ludziom żyć w iluzji. Zrobi to ostro i brutalnie- kapłan nie zasłużył na jej miłosierdzie. On by nie znał litości- Rosa też musiała taka być. Stanęła u wrót świątyni, wykonała kilka głębokich wdechów i wkroczyła do środka. Nie zważając na Edrina, wiernych i inne okoliczności, wyważyła z kopa drzwi gabinetu kleryka i wkroczyła do środka z bronią w ręce. - Aremi, jesteś zatrzymany przez straż miejską Rath. Jako Zastępczyni Mary Bersk oskarżam Cię o próbę gwałtu! Udaj się ze mną do aresztu i nie stawiaj oporu. Będziesz miał prawo do obrońcy. Jeśli Cię nie stać dostaniesz go z urzędu. Wszystko co powiesz może zostać wykorzystane przeciw Tobie. Zostaniesz sprawiedliwie osądzony. Na czas przeprowadzania procesu będziesz mógł opuszczać areszt tylko by uzdrawiać mieszkańców miasta. Zostaje Ci też postawiony zarzut pomówienia Luny Wisewind. Oskarżanie kogoś o kradzież jest przestępstwem. Przez Ciebie jej dobre imię zostało zszargane. A teraz idziemy! Rosa nie żartowała. Choć nie krzyczała na mężczyznę, trzymała miecz wycelowany prosto w jego tułów, a jej oczy płonęły. Wystarczał jeden gest, jedno niewłaściwe słowo a kapłan wytrąciłby ją z równowagi. Sytuacja była napięta. Rosa miała zamiar pozbyć się wszelkich fałszywych obrońców Rath. Aremi, Yon, Monstrum. Zajmie się każdym kto mógłby zagrozić miastu. Żarty się skończyły.
__________________ GG 9394515 Szlaban w tym tygodniu Ostatnio edytowane przez Kaworu : 08-28-2008 o 09:41. |
| | |
| Reklama |
| |
| | #172 |
![]() | Nastrój w karczmie nie był zbyt wesoły. Tara i Zora, z oczywistych powodów, były smutne, zaś najemnicy również nie mieli zbyt wielu powodów do radości. Mimo pokonania żywiołaków nie zbliżyli się ani o krok do rozwiązania zagadki, straty wśród mieszkańców miasteczka wzrosły, zaś konflikty przeniosły się na nowy, wyższy poziom. Humorów nie poprawiały nawet liczne kufle piwa, pochłaniane przez siedzących przy stołach. Yon niezbyt przychylnym okiem spoglądał na litry trunku ginące w gardłach jego kompanów. Miał tylko nadzieję, że ci, którzy ruszą z nim na patrol, zachowają trzeźwość umysłu i konieczny do walki refleks. Wejście Aremiego i przedstawione przez niego rewelacje stanowiły ciekawy przerywnik w rozmowach na temat przyszłych planów. Zagrożenie ze strony barona... To by było nawet ciekawe. Baron, cichy wspólnik potworów, ma zamiar zmusić drużynę dzielnych obrońców miasteczka do... No... Ciekawe do czego... Do stania z boku i przyglądania się, jak potwory pustoszą miasteczko? Do zwrócenia się przeciw Rosie? Do wyruszenia w jakimś znanym baronowi kierunku, w poszukiwaniu źródła zła? Nie dało się ukryć, że zachowanie barona pozostawiało wiele do życzenia. Nie wpuścił ich do zamku, co jeszcze można było tłumaczyć wielkopańskimi manierami. Trudniejsze do wytłumaczenia było to, że żaden z jego ludzi nawet nie kiwnął palcem by wspomóc walczących z żywiołakiem najemników. A było rzeczą niemożliwą, by mogli to przegapić. Gdy Aremi poruszył sprawę ksiąg Yon z pewnym wysiłkiem opanował się, by nie spojrzeć na Lunę. Był pewien, ze w tym wypadku Aremi nie kłamie i zastanawiał się, jak kronikarka skomentuje ten zarzut. Ciekaw był również, ile wspólnego z wizjami Luny miała próba gwałtu, a ile kradzież, czy też 'pożyczenie' ksiąg i podświadomy strach przed ujawnieniem tego zdarzenia. Nie bardzo wierzył w to, że Aremi ma coś wspólnego z potworami prześladującymi miasteczko. Jakby nie było, sam kapłan przysłał list z prośbą o pomoc. Co, w przypadku jego winy, byłoby co najmniej dziwne. Aremi wyszedł, ale reszta kompanii nie zdążyła się podzielić wrażeniami na temat jego wypowiedzi gdyż do gospody wparowała Rosa i zarzuciła siedzące tam towarzystwo kolejnymi rewelacjami. Potok słów wylewający się z ust Rosy miał na celu przede wszystkim ukazanie zebranym jak są mało warci, oraz jaka wspaniała jest przyszła zbawicielka miasta, jej świetlistość Rosa. I było to takie żałosne, że Yon z trudem powstrzymał uśmiech. Gdy Rosa wreszcie skończyła się wywnętrzać Yon powiedział: - Mój kontrakt, spisany zresztą na solidnym pergaminie, przewidywał, że pomagać mam kapłance Rosie. Natomiast ty, jeśli mnie pamięć nie myli, postanowiłaś wyprzeć się tego szlachetnego tytułu. Poczekam zatem na powrót kapłanki. O innych sprawach poruszanych przez kapłankę nawet nie wspominał. Rosa była głucha na każde zdanie, które sprzeczne było z jej poglądami. Utrwalonymi w zakutym łbie niczym wykute w kamieniu. I nie zamierzała słuchać niczego, z wyjątkiem słów 'Masz rację, Roso" i im podobnych. Ciekaw był tylko, jak Rosa zareagowałaby, gdyby Luna odważyła się przyznać do zabrania ksiąg. Pewnie by stwierdziła, że zabranie ze świątyni cudzej własności nie jest kradzieżą. Dla Yona było jasne, że zamiast walczyć z potworami Rosa woli najpierw zniszczyć tych, którzy mają inne zdanie, niż ona. Tradycyjnie, jak każdy tyran. Nie rozumiał tylko, czemu nie wpadła do gospody wraz z hordą strażników. Pewnie miała nadzieję, że Yon, zaraz po jej wyjściu, ucieknie z miasteczka, stając się automatycznie wspólnikiem potworów i wrogiem publicznym numer jeden. Cóż. Mógłby to zrobić. Ale tylko i wyłącznie po to, by poinformować przełożonych Rosy o szaleństwie, jakie opanowało umysł kapłanki. Oskarżenie o brak honoru też było bzdurne. Cóż innego jak nie poczucie honoru skłoniło Yona do towarzyszenia kapłance. W końcu dawno temu mógł ją zostawić na szlaku, a Rosa nie miałaby szans, by go złapać. Obecni tutaj bez problemu mogliby też potwierdzić, że zna słowo współpraca. Inaczej nie zgodziłby się na plan Luny. I współpracować też potrafił. Świadczyła o tym choćby wspólna walka z wampirem czy żywiołakami. Ale o tym Rosa najwyraźniej wolała nie pamiętać. Albo miała bardzo wybiórczą pamięć. Nie spodziewał się, by Rosa zniżyła się do odpowiedzi. Pozostało więc tylko czekać, aż Rosa się wyniesie. I zobaczyć, co ostało się z wcześniej poczynionych planów. (...) Jakimś dziwnym trafem słowa Rosy nie powstrzymały tych, którzy zamierzali wyjść na patrol. Siabo, Harkh i Johan ruszyli jako jedna grupa, Luna, Yon i Blajndo z Wherkensem w drugiej... Noc była piękna. Deszcz jakby zapomniał, że miasteczko Rath istnieje. Na ulicach panowały cisza i spokój, przerywane tylko cichym odgłosem kroków. "Wymarzona okazja dla złodzieja" - pomyślał Yon z sarkazmem. Cóż, tym razem nie był zainteresowany odwiedzaniem bogatych mieszczan. Uśmiechnął się krzywo. Nie wyglądało na to, że w najbliższym czasie będzie mógł zająć się czymś tak przyziemnym, jak zmaganie się z zamkami i pułapkami. Nie mówiąc nawet o tym, że w całym wielkim Rath nie znalazłby pewnie ani jednego człowieka, który zasługiwałby na redystrybucję dóbr. Myślą wrócił do świątyni, w której był dwa tygodnie temu. Zanim niespodziewany powrót kustosza przerwał mu studiowanie księgi zdążył się zapoznać zawartym w niej planem. I sądząc z tego, co się wokół niego teraz działo, lepiej było dać staruszkowi w łeb i uciec chyłkiem. Jak zwykle zgubiło go dobre serce. Hałas na sąsiedniej ulicy wyrwał go z rozmyślań. Pełne wściekłości wrzaski i harmider sugerowały, że toczy się tam walka. Luna i Blajndo, co można było łatwo wywnioskować z ich spojrzeń, byli tego samego zdania. Yon sięgnął po kuszę, ale nie zdążył zrobić ani jednego kroku w stronę walczących. Potwór, który wyrósł tuż przed nimi, dość skutecznie mu to uniemożliwił. Yon spojrzał na potwora, który pojawił się przed nimi dosłownie znikąd. "Co to jest, do kroćset?" - przemknęło mu przez głowę. Korzystając z tego, że potwór nie na niego zwraca uwagę, strzelił w najbardziej oczywisty cel - skierowane na Lunę błyszczące oko stwora. Ostatnio edytowane przez Kerm : 08-28-2008 o 14:10. |
| | |
| | #173 |
![]() | Blajndo siedział sobie wygodnie się opierając i sącząc drugie piwo. Nie był zmęczony, po prostu powiedział co wiedział i nie miał zamiaru już nadaremno łamać sobie języka. Bardzo dobrze zdawał sobie sprawę z sytuacji w jakiej byli - niczego nie osiągneli swymi akcjami, ale najwidoczniej tak już musiało być. Rozmyślał teraz nad tym w jaki sposób można poskładać części układanki, które zdobyli, lecz niestety było ich wciąż za mało. Ledwo co usiłował wkleić w całą te historię postać Aremiego, ten był już w środku: - Ocho! - przemknęła mu myśl gdy tamten stanął w pobliżu - Ciekawe czym nas zaskoczy... - dokończył. Po wysłuchaniu kapłana naszła go kolejna myśł: - Co się dzieje z tymi kapłanami? Czyżby wszyscy nagle zapadali na jakąś dziwną chorobę? A może nagle wszystkim odbija? Ten, gwałciciel z mrocznym zachowaniem, tamta zaś wielka paladynka, z kompleksem na punkcie płci i rozkazów... Co to się robi? - dopiero co przez myśl mu przeszła jej osoba... i kolejny raz o "wilku" była mowa (a właściwie myśl) i "wilk" był tuż tuż. Rosa weszła do gospody z wyrazem twarzy jakby kija połknęła. Kiedy ta znów prawiła swoje morały, Blajndo wyraźnie się nudził. Dopiero co niedawno wyrzucił jej wszystko co o niej myślał, dopiero co niedawno ta miała jakieś "ale" i chciała wszystkich bić... I teraz znowu to samo... A już myślał, że jasno się wyraził. Widząc powstrzymywany śmiech Yona i słysząc jego wypowiedź, lekko się uśmiechnął. - Głupia, uparta baba... Zamknęła by się wreszcie i poszła stąd... - jak pomyślał tak się też stało. Jak przyszła tak wyszła. A to, że się tak naprodukowała i nakrzyczała spływało po nim jak woda po kaczce. Zwyczajnie miał to gdzieś, co też skwitował: - Phe! Walił ją pies... Bez podtekstów, Wherkens! - zaśmiał się lekko i podrapał wilka za uchem, co wyraźnie zwierzęciu sprawiło przyjemność bo zamerdał ogonem jak zwyczajny kundel. - Nie wiem jak Wy ale ja mam jej najserdeczniej dość dlatego zbieram się stąd, by znów mi tu nie truła pod uchem! - podniósł się z krzesła i dodał - Idziemy co? Chodź Wherkens! - po czym wyszedł na zewnątrz czekając na resztę ekipy. ~ Szedł w okrojonym składzie z ludźmi, których dotychczas nie miał okazji lepiej poznać. Planował to zmienić, pomimo iż nie należał do najbardziej gadatliwych ludzi. Już miał coś powiedzieć, rozpocząć rozmowę prostymi słowami, typu "spokojna ta noc...", lecz ugryzł się w język, gdyż doszły do nich jakieś krzyki - wyraźne odgłosy walki. Zderzył się wzrokiem z Yonem i wystraszoną Luną - wszyscy już wiedzieli co się kroi. Niestety nie dane im było biedz tam i pomóc tym w potrzebie, bo sami natrafili na, jak się wydało, niebezpieczną przeszkodę - sporych rozmiarów bestia z wieloma mackami, zębiskami i dwoma głowami. Zauważył, że jeden z jego łbów gapi się wprost na niego, przez co długo się nie zastanawiał nad wyjęciem broni - rzucił swym magicznym sztyletem celując prosto między oczy, przy czym krzyknął: - Wherkens! Do ataku! Odgryź mu te cholerne macki! - po czym przełożył swój płonący miecz do prawej ręki.
__________________ <PEACE> Ostatnio edytowane przez ŚLePoX : 08-28-2008 o 19:27. |
| | |
| | #174 |
![]() | Luna słuchała słów Aremiego z pewnym zdziwieniem, nie spodziewała się tego po nim, lecz nadal była niechętna co do niego. Mogła oddać księgi w spokoju więc… wzięła je wtedy nagle, miała je przejrzeć razem z kapłanem Helma, lecz ten miał inne plany… - Rozumiem… Baron… trochę to dziwne, żeby okazał aż taką złość z powodu zwykłego odmówienia przyjścia na przyjęcie, choć szlachta potrafi był bardzo małostkowa… Przyniosę ci więc twoje pożyczone księgi. O ile sobie przypominam nagle zmieniłeś zdanie i postanowiłeś zająć się czymś innym niż księgami, więc mi je pożyczyłeś. – słowa Luny szły jej bardzo powoli przez gardło, właśnie przyznała się, że je zabrała, niemniej jednak podkreśliła fakt w jakich okolicznościach. Nie chciała też mieć już tajemnic przed reszta kompanów… Naglę rozmowę przerwała rozwścieczona Rosa, nie szczędziła przy tym gardła. Wyglądało na to, że presja która na nią spadła i dziwne poczucie odpowiedzialności i władzy było zbyt wielkim ciężarem dla kapłanki. Z wielką wściekłością chciała zaaresztować Aremiego, Yona, i kogokolwiek jeszcze kto śmiał jej przeszkodzić… nie wyglądało to dobrze… wpadła w amok, szał… trzeba było ją jakoś powstrzymać… - Roso, już ci mówiłam, że Aremi jest tutaj dość ważny i potrzebny w razie kolejnych ataków, choć mam co do niego pewne wątpliwości to są to jedynie poszlaki. Co do tego co zaszło… to tę sprawę w swoim czasie sama z nim rozwiążę, teraz jednak jest on potrzebny temu miejscu. Podeszła do nowo przybyłej towarzyszki stojącej tuż przy Siabo i szeptem powiedziała jej i jemu parę słów na ucho, po smoczemu. - Miło mi cię poznać Aner, szkoda jednak, że okoliczności teraz nie sprzyjają lepszemu zapoznaniu. Mam do ciebie prośbę… ciężko mi o to prosić… ale wyglądasz na kogoś kto zna się na sztuce, podobnie jak i ty Siabo, nie znacie może jakiegoś zaklęcia, które unieruchomiłoby Rosę? Być może jakąś iluzję lub zaklęcie usypiające? *** Oto oko w oko stali, dosłownie, przed bestią nękającą Rath. Było pewne, że pochodziła z innego wymiaru, wyglądała na wynaturzenie, lecz kronikarka nie miała pewności. Walka jednak była nieunikniona. Odsunęła się parę kroków w tył, chcąc znaleźć się poza zasięgiem macek potwora. Serce kronikarki waliło, nie spodziewała się takiego wyglądu bestii, było to zupełnie coś innego niż opisał Elhan. Teraz wiedziała na pewno, było więcej bestii niż tylko jedna, różnego rodzaju potworów. Ktoś musiał je kontrolować, być może Baron coś wie więcej... Gdyby tylko Rosa była w pełni zmysłów... mogliby wykorzystać jej nowo nabytą pozycję jako wymówkę do odwiedzin Barona... jej umiejętności też mogły być przydatne, lecz niestety była zbyt szalona i niestabilna na to. Bestia patrzyła się na nich swoim wielkim okien, Luna nie posiadała już tak dużo czarów po walce z żywiołakami, lecz nadal miała ich sporo. Rzuciła, więc zaklęcie które poznała podczas wyprawy do Rashemenu. Było tam wielu druidów, większość z nich to Hathran, lecz było i paru mężczyzn. Mroźny klimat północnej części Rashemenu był inspiracją dla druidów, którzy nauczyli się koncentrować zimno i chłód w powietrzu na ciele wrogów, nauczyli tej sztuczki również Lunę. *** Luna używa przeszywającego chłodu, większego na bestię.
__________________ The brighter light shines upon you, the darker becomes your heart. Cienie Przeszłości - Materiały do gry Mam remont w domu, więc nieco rzadziej będę na forum :/ Ostatnio edytowane przez Qumi : 08-29-2008 o 16:36. |
| | |
| | #175 |
![]() | Elhan po sprzeczce drużyny z Rosą, podobnie jak inni, wszedł do karczmy. Tara i Zora chodziły bez celu w tę i z powrotem, a pozostali już siedzieli przy stole. Podszedł do szynku i nalał sobie pełny kufel piwa, zostawiając na ladzie należność, po czym zasiadł razem z innymi przy jednym ze stołów. Sprawa robiła się coraz bardziej poważna. Wrogowie zaczęli coraz częściej i brutalniej atakować, więc trzeba było obmyślić jakiś sensowny plan działania. Do karczmy zawitała nowo przybyła niziołcza kobieta o błękitnych włosach, którą Elhan już widział, gdy Rosa robiła burdel na ulicy. Przedstawiła się jako Aner Umnebsim, sądząc po jej słowach, przyjaciółka Siabo. - Miło mi Cię poznać, Aner. Jestem Elhan. - przedstawił się nowej towarzyszce lekko pochylając głowę. - Dobrze, że przybyłaś. Każda pomoc jest nieoceniona w tym ciężkim dla Rath okresie. - powiedział elf popijając złocisty trunek. Kilka chwil później Luna przedstawiła dokładniej swój plan patrolowania ulic. Wydawał się dobrym rozwiązaniem. 3 osobowe grupy powinny w zupełności wystarczyć, a w razie czego można było poprosić o wsparcie, dzięki przygotowanym przez kronikarkę zaklęciu. Elhan przystał na jej propozycję, jednak tej nocy wolał zostać w karczmie. Nie chciał zostawiać Tary i jej córki samej. Luna podejrzewała również, że to kapłan Aremi współpracuje z siłami zła w mieście. Opisała dokładnie swoje sny, co nie przyszło jej z łatwością. "Aremi próbował ją zgwałcić?! Świnia... " - pomyślał. To były tylko sny, oby nie okazały się prorocze, jednak to wystarczyło. Trzeba było zająć się Aremim, on z pewnością wie coś więcej. - Oho, o wilku mowa. - rzekł ściszonym głosem elf, gdy przez drzwi karczmy wpadł Aremi z niezbyt dobrymi wieściami. - Pfff... - parsknął - Niech tylko ten zakuty łeb przyjdzie tutaj ze swoimi żałosnymi oddziałami co sikają w majty na widok dwóch żywiołaków ziemi. - rzucił do Aremiego. Kapłan wspomniał coś jeszcze Lunie o księgach i wyszedł. W drzwiach karczmy minął się jeszcze z Rosą. - Znowu się zacznie... - szepnął do siedzących przy stole towarzyszy. Szczerze mówiąc Elhan miał już dość tej całej udawanej paladynki i był bliski wybuchu, gdy znów zaczęła rozkazywać i grozić wszystkim, swym wyniosłym tonem. Nazwała wszystkich głupcami, a sama uważała się za światłość rozświetlającą ciemności tego miasta. Elf pokręcił głową. W końcu zwróciła się do Yona i oświadczyła mu, iż zostaje aresztowany. Elhan wstał i wszedł pomiędzy Rosę, a Yona wyciągając przy okazji miecz. Gdy już znalazł się między kapłanką, a Yonem, oparł się na swoim orężu i rzekł spokojnym tonem. - Przykro mi, Roso, ale zaaresztujesz Yona dopiero gdy zdołasz mnie zabić. Nie pozwolę, żeby jakaś samozwańcza paladynka rozbijała naszą drużynę. Poza tym już mnie nudzisz... Nie widzisz, że Twoich rozkazów nie posłucha nikt z nas? Mamy ułożony swój plan i to jego będziemy się trzymać. Twoje rozkazy i plany zbawienia miasta mam głęboko w dupie! A co do tego, że jesteśmy głupcami, masz rację. Wolę być głupcem, starającym się zlikwidować to co nęka miasto, niż gburowatą krzykaczką, która tylko potrafi rozkazywać innym i zachwalać swoją osobę pod niebiosa. Możesz też nasłać na nas cały batalion strażników miejskich. Mnie to nie ruszy, bowiem nie złamaliśmy prawa w tym mieście. Najlepiej by było, gdybyś odeszła, bo jesteś dla nas tylko zawadą i marnujesz nasz cenny czas. - elf wciąż stał opierając się o miecz i wpatrując się w Rosę. Po chwili kapłanka wyszła równie szybko jak przybyła do karczmy. Nadszedł czas na pierwsze patrole. W pierwszej grupie znaleźli się Siabo, Harkh i Johana, natomiast w drugiej Luna, Blajndo, Yon i Wherkens. Elhan został sam w karczmie razem z Milo, nowo poznaną Aner, Tarą i Zorą. Obiecał Siabo, że będzie pilnował Zory, więc pozostał w głównej sali karczmy, popijając piwo i spoglądając raz na Tarę, raz na Zorę. Nagle całkiem nieoczekiwanie Tara siadła na kolanach elfa i zaczęła szlochać przytulona do wojownika. Odczekał chwilę i zaprowadził Tarę do sypialni za kuchnią, gdzie obaj usiedli na łóżku. - Nie martw się. - szepnął do Tary obejmując ją - Wszystko będzie dobrze. Znajdziemy tego, kto uczynił to Mivalowi i odpowiednio ukaramy. Elhan ocknął się, gdy usłyszał zgrzyt otwieranych drzwi. Oczy mu się rozszerzyły, po czym wybiegł z sypialni, prosto do głównego pomieszczenia. Zdołał tylko zobaczyć wybiegającego Milo. Sam również pędem ruszył w stronę drzwi karczmy i wyskoczył na zewnątrz budynku. Stał tam wampir trzymający Zorę w ramionach i posilający się jej krwią. Dziewczyna nie stawiała żadnego oporu. Najwyraźniej już odpłynęła... Wampir zasyczał groźnie, a elf stanął w pozycji bojowej. - Oddaj nam dziewczynę, a pozwolimy Ci żyć. - warknął do nieumarłego wyciągając miecz z pochwy. Nie oczekiwał, że wampir tak łatwo odda swoją zdobycz, więc miecz zawsze się przyda.
__________________ One, Two: Freddy's coming for you. Three, Four: Better lock your doors. Five, Six: Grab a crucifix. Seven, Eight: Gonna stay up late. Nine, Ten: Never sleep again |
| | |
| | #176 |
![]() | Cisza. No oczywiście nikt nie zwraca uwagi na prośby niziołka! No bo po co informować go o ostatnich wydarzeniach? Niech się domyśla! Noż psia kostka! Zero zaufania w "drużynie"! I oni mają wąty do prazy zespołowej. Za trapił się niziołek i przybrał pozę "obrażonego". Drzwi do karczmy otworzyły się. Wszedł Aremi. Co ten sku**iel śmie tu robić? Milo aż wstał i położył dłoń na rękojeści miecza. Nieszczęśliwie jednak znajdował się za krzesłem i ledwo co widział kapłana. Ostrzegł on drożynkę, wytłumaczył swe postępowanie i wyszedł. Dupek! Lecz drzwi nie zdążyły się nawet zamknąć a do gospody wparowała Rosa. Wykrzyczała swe polecenia i gniewnie spojrzała na Yona. - No dobrze masz rację. Zły flan to nie jest. Ale czemu ten ton? Fo co te krzyki? I nie masz racji co do rozkazu. My nie fracujemy w "twojej" straży! Jesteśmy wolnymi fodróżnikami i w ramach świadczeń cywilnych nie musimy narażać swego życia w celu złafania fotwora. Więc nam nie rozkazuj! Zresztą fo co ja to mówię? Bo kto by mnie słuchał... No większość poszła. Upragniona chwila sam na sam z Aner i z... Elhanem? A nie... ten idzie wraz z żoną karczmarza... A Zora też zaszyła się gdzieś. - No więc... Nie wiem jak zacząć... rzadko spotykałem niziołki o tak... pięknej - tu prawie szepnął - ekchmm poza.. no wiesz.. moją wioską - Od razu pojawia mu się obraz niziołczej rodzinki przed oczyma lecz stara się go zepchnąć na drugi plan - skąd pochodzisz? Spojrzała zaskoczona na Milo, a na jej twarzy pojawił się lekki rumieniec. Powiększył się on szczególnie, gdy usłyszała komplement na temat urody. Chmm... może za szybko? Za bardzo naciskam? powinienem zwolnić... Ach! Czemu nie uważałem na lekcjach babuni o tych.. no jak to było... płciach. - Mi też... rzadko się to zdarza... - pochyliła głowę, a jej twarz zapłonęła czerwienią... - Ja mieszkałem przez większość życia wraz z rodzicami moich rodziców. Dziadek mnie wychowywał... i przygotowywał do fachu. Ech ile bym dał aby mi teraz doradził. - niziołek zamyślił się głęboko, a jego oczy jakby zaszły mgłą - on by na pewno wiedział... na pewno... a właśnie kim byli twoi rodzice? Może znam któregoś z nich... - Wątpię, że znasz... W pewnym momencie Milo zauważył, jak Zora wpatruje się na coś przez kuchenne okno, po czym podchodzi do drzwi, otwiera je i wychodzi na zewnątrz!. A przecież już zapadł zmrok, wychodzenie grozi śmiercią ze strony nękającego miasto potwora!. Dziewczyna zniknęła na ulicy, a Niziołek gwałtownie poderwał się z miejsca. - Już idę - Usłyszeli jak do kogoś powiedziała. Stała w objęciach mężczyzny. Tak mężczyzny. Na widok nie proszonych gości odczepił się od szyi dziewczyny. Tam była krew. Jej krew. Wampir! Milo nie czekając dłużej wyciągnął miecze. A raczej swój krótki miecz teraz świecący niebieskim poblaskiem ![]() i sztylet wyglądający na zwykły, stalowy. Oddaj nam dziewczynę, a pozwolimy Ci żyć. - warknął Elhan stając za plecami niziołka wyciągając miecz z pochwy. No to mam wsparcie. Jest dobrze Wycofał się krok do tyłu. Półstopy za elfem. Czekał nie atakował. Stał w pozycji obronnej. Czekał, aż Elhan lub wampir pierwszy zaatakuje. Nie miał ochoty wplątywać się w bezpośrednią walkę. Miał zamiar za flankować wampira kiedy Elhan się nim zajmie, by jak najlepiej wykorzystać swe umiejętności łotrzyka. Czekał. Gotowy.
__________________ Atakują klony, będą nas miliony! Czemu to przeklęte zaklęcie nie działa?! |
| | |
| | #177 |
![]() | Jak do tej pory nikt nie kwapił się, żeby wytłumaczyć nowoprzybyłej, co tu się dzieje. To, że jestem mała nie znaczy, że mnie nie ma. Wszyscy zawsze, ale to zawsze zapominają o niziołkach. Mimo to cieszyła się na miłe przywitanie, którego doświadczyła od awanturników. Wszedł jakiś mężczyzna, który nazwany został przez innych Aremim. Ostrzegał ich przed jakimś baronem. No, to już kompletnie nic nie rozumiem. Zapowiada się cudownie - myślała zasępiona, słuchając mimochodem wypowiedzi reszty. Nie orientowała się tu całkowicie w niczym, więc słuchanie niewiele by jej dało. Chwilę później do środka wpadła kobieta, u której boku niedawno walczyła Aner. Typowa przedstawicielka prawa, jak się okazało. W pogardzie miała tych, co jej pomogli - widać to było w jej spojrzeniu. Pewnie uratowanie tej kobiety też sobie przypisała. Zaczęła krzyczeć na wszystkich i szarogęsić się. Aner ucieszyła się widząc Elhana stającego w obronie przyjaciela. I to się chwali, elfie. To się chwali. Niewiele jednak trzeba było czekać, aż krzykaczka wyjdzie, żegnana niemiłymi słowami. Zaraz potem znalazła się przy niej Luna i zaczęła do niej szeptać... po smoczemu. Spojrzała zaskoczona na rozmówczynię i odparła w tym samym języku: - Czas się znajdzie, byśmy się lepiej poznały - pomimo szeptu jej akcent był dobry, nawet bardzo. - Teraz trzeba się zająć czymś innym. Niestety, z Rosą chyba Ci nie pomogę. Mogłabym ją otumanić... Albo zabić... Ale nie zrobię tego. Nie lubię jej, ale nie zawiniła mi na tyle, bym ją unieszkodliwiła. Sporo wody w rzece upłynęło, zanim nadszedł czas na wyprawy nocne. Aner wiedziała, że nie nadaje się zupełnie do ochrony miejsc, jednakże nie oponowała, gdy ją do tego przydzielono. Miała zostać w karczmie, wraz z Elhanem i Milo oraz Zorą i Tarą. Cała reszta wyszła na nocny patrol. - Oby było spokojnie - powiedziała bardziej do siebie, niż do wychodzących. Usiadła przy stole z mężczyznami. Trwała martwa cisza, a ona czuła na sobie spojrzenia Milo. Tara usiadła na kolanach Elhana i zaczęła płakać, co Milo od razu wykorzystał. - No więc... Nie wiem jak zacząć... rzadko spotykałem niziołki o tak... pięknej - tu prawie szepnął - ekchmm poza.. no wiesz.. moją wioską. Skąd pochodzisz? Spojrzała zaskoczona na Milo, a na jej twarzy pojawił się lekki rumieniec. Powiększył się on szczególnie, gdy usłyszała komplement na temat urody. - Mi też... rzadko się to zdarza... Poza Waterdeep prawie nikogo... Jak mieszkałam u mojego mistrza, opanowanie Mocy zabierało dużo czasu, a... robiliśmy jeszcze inne rzeczy - pochyliła głowę, a jej twarz zapłonęła czerwienią. - Kim byli twoi rodzice? Może znam któregoś z nich... - Wątpię, że znasz. Mało znaczący, młody ród. Ojciec był sklepikarzem, a matka... była taka, jak ja. Nadal jest - zamyśliła się chwilę - mam przynajmniej taką nadzieję. Byłeś kiedyś w Waterdeep, że się tak dopytujesz? Oni się poza to miasto nie ruszali. Nie dane było im jednak długo porozmawiać. Skrzypnęły drzwi. Zobaczyła końcówki rudych włosów znikające za framugą. - Już idę - dotarł do niej dziewczęcy głos. Zora! Wybiegła z karczmy, krok za nią biegł Milo. Stanęła przed... Na Arvoreena, to jest pieprzony wampir! Zawiał wiatr, rozwiewając błękitne włosy niziołczej kobiety. Nie było czasu na żarty, musi się poddać Mocy. Usłyszała chłodny dźwięk stali, gdy Milo wyciągał broń. Słyszała słowa Elhana. Jego obecność podniosła ją na duchu. Zdołał tak szybko przybyć. - Elhanie, on już nie żyje - orzekła chłodnym głosem, pełnym pogardy dla stojącego przed nią potwora, po czym szepnęła jeszcze: - Jedyne, co jestem w stanie zrobić, by jej nie zabić, to postawić wszystko na jedną kartę - szeptała bardzo cicho, by tylko towarzysze ją usłyszeli. - Mogę spróbować ich ogłupić. Dziewczyna raczej się podda zaklęciu, ale jeśli on będzie silniejszy niż moja Moc, to Zora będzie w o wiele gorszej sytuacji niż jest teraz. A jeśli uda mi się go tym zwyciężyć, to reszta pójdzie z górki. Chcę szybko usłyszeć wasze zdanie.
__________________ Całkowita rezygnacja z PBF na czas nieokreślony... |
| | |
| | #178 |
![]() | Rewelacje na temat Aremiego mocno zdziwiły czarodzieja. Nie spodziewał się po nim takiego czynu, toteż wcale nie dziwił się wahaniu Luny, ażeby opowiedzieć na temat tego wydarzenia. Nie miał jej tego za złe. Ważne, że dała radę to powiedzieć. Całe to towarzystwo zaczyna w końcu przypominać drużynę. - pomyślał przelotnie, po czym złapał kronikarkę za rękę, lekko ścisnął i rzekł - Jesteś wśród przyjaciół. Nie musisz się już niczego bać. - puścił jej rękę i dodał - Musimy sprawdzić tego kapłana. Twoje przypuszczenia mogą mieć uzasadnienie. - spojrzał na Aner. Ta wyglądała na totalnie skołowaną, w końcu nikt właściwie nie powiedział jej, co się właściwie dzieje. Fakt, że grupa przyjęła ją dość ciepło, ale jakoś nikt nie kwapił się by wytłumaczyć, w czym rzecz. Iluzjonista już otwierał usta, aby coś powiedzieć, gdy do Smoczego Łba wszedł...Aremi. To, co powiedział Helmita było czymś ciekawym a jednocześnie niepokojącym. Nie dość, że wyglądało na to, że on sam sprzyja awanturnikom, to do tego, wychodziło na to, że baron tak bardzo jest na nich zły, iż postanowił przysporzyć im kłopotów. Ciekawe - myślał mag. Laumee Harr chciał przedyskutować sprawę barona z towarzyszami. Już nawet Luna zauważyła, że coś tu jest nie tak. Władyka ten, bowiem wyglądał coraz bardziej podejrzanie. Najpierw, bowiem zaprosił nas do siebie akurat tej nocy, gdy karczma została zaatakowana. Nie dosyć, że nie pomaga w żaden sposób ludności, Rath, to jeszcze odciąga nas, czyli tych, co mogliby pomóc od centrum wydarzeń. I to w nocy! Gdzie ataki dotychczas były tylko wtedy! Ciekawe... Do tego następnego dnia nie wpuszcza nas do zamku, ba, nawet grozi nam kusznikami, i jeszcze, gdy paręset metrów od jego domostwa atakują nas żywiołaki, to on nawet nie wysyła ludzi nam na pomoc, a do tego po paru godzinach wychodzi jeszcze na to, że chce nam zaszkodzić! Interesujące, bardzo interesujące... - myślał Siabo, czekając na wyjście Aremiego. Gdy ten w końcu opuścił przybytek Tary, w jego miejsce pojawiła się idiotka Rosa. Czarodziej spojrzał na nią, po czym oparł się wygodnie na krześle i czekał. Rosa jak to Rosa zaczęła krzyczeć, wyzywać i mówić kompletne bzdury. Mag postanowił tym razem się nie odzywać w myśl zasady "Z idiotami się nie rozmawia, bo to nie ma sensu". Jednak jego towarzysze nie byli tacy bierni. Doszło nawet do otwartych gróźb ze strony Ehlana, który powiedział, że będzie mieczem bronił swych przyjaciół, gdy Idiotka, próbowała zastraszyć Yona. Na magu nie zrobiło najmniejszego wrażenia, że Rosa jest teraz zastępczynią Mary. Jej plan był właściwie niezły, ale Siabo widział w nim parę luk, a poza tym, forma prezentacji tego planu była nie do przyjęcia. I tak jak mag myślał, plan ten został totalnie zlekceważony przez wszystkich członków drużyny. Rosa była wariatką, która nie słuchała nikogo, jeśli jej to nie pasowało. Świetnym tego przykładem była Luna. Najpierw nazywana "słońcem" a gdy ta prosiła Rosę, ażeby zostawiła Aremiego w spokoju, została potraktowana jak wcześniej Siabo. Spojrzenie z góry, wzrokiem mówiącym "Rosa i tak wie lepiej. Czemu? Bo tak!" Gdy w końcu wyszła do Aner podeszła kronikarka i zaczęła mówić w języku, który tylko ta trójka mogła tutaj rozumieć, w starożytnym języku smoków. Słowa były także skierowane do Siabo. - Miło mi cię poznać Aner, szkoda jednak, że okoliczności teraz nie sprzyjają lepszemu zapoznaniu. Mam do ciebie prośbę… ciężko mi o to prosić… ale wyglądasz na kogoś, kto zna się na sztuce, podobnie jak i ty Siabo, nie znacie może jakiegoś zaklęcia, które unieruchomiłoby Rosę? Być może jakąś iluzję lub zaklęcie usypiające? - powiedziała, na co niebieskowłosa odpowiedziała -Teraz trzeba się zająć czymś innym. Niestety, z Rosą chyba Ci nie pomogę. Mogłabym ją otumanić... Albo zabić... Ale nie zrobię tego. Nie lubię jej, ale nie zawiniła mi na tyle, bym ją unieszkodliwiła. - Tak - zgodził się czarodziej - Zbliża się zmierzch i nasze patrole, więc żal mi by było tracić cenną energią na taką wariatkę jak Rosa. Póki nie zagraża nam, to nie warto marnować na nią sił. Możemy, co najwyżej przesłać wiadomość do Mary, że jej zastępczyni panoszy się po mieście oraz, że chce aresztować ważnego członka społeczności Rath. Teraz go musimy ochronić, ale później zajmiemy się także nim - ostatnie zdanie iluzjonista powiedział bardziej do siebie niż do Luny czy do Aner. Zbliżał się czas patroli. Siabo został decyzją większości przydzielony do Johana i jego koboldzkiego przyjaciela. Pasował mu ten wybór, zwłaszcza, że do obrony Zory i jej matki została Aner a także Milo i Ehlan. Czarodziej kilka razy próbował podejść do rudowłosej i z nią porozmawiać, jednak ta była jakby nieobecna. Strata ojca była dla niej potężnym ciosem. Siabo przywykł do cierpienia, ale ona była jeszcze młoda. Za młoda na to wszystko. Mag spojrzał na swego elfiego przyjaciela a także na Aner, do której czuł sympatię z kilku powodów. Nie dosyć, że była harfiarką, to znała się na Sztuce, była naprawdę miłą osóbką, a do tego miała w sobie coś szczególnego. Silnego ducha. Mag podszedł do tej dwójki i rzekł - Pilnujcie tej karczmy. Mam nadzieję, że będzie spokojnie, ale w razie kłopotów liczę na was! Proszę was, niech nikomu nie stanie się krzywda. Zwłaszcza Zorze, brońcie ją gdyż...gdyż ją kocham - pomyślał mag - gdyż od rana to moja uczennica - powiedział. *** Odgłos kroków odbijał się od budynków. Mimo, iż czarodziej i kobold szli dość cicho, to Johan aż taki cichy nie był. Noc była ciepła i bezwietrzna. Gwiazdy świeciły na niebie, mrugając do wędrowców, jakby nieświadome tragedii mieszkańców miasta Rath. Nagle Siabo się zatrzymał. Miał wrażenie, że słyszał śmiech. Kobiecy, czysty i melodyjny śmiech. Spojrzał w kierunku skąd niby dochodził ów głos. Alejka była osnuta nieprzeniknioną ciemnością. Siabo najpierw wyciągnął swój sztylet, a po chwili zaczął gotować się do rzucenia zaklęcia, ale spojrzał na kobolda, któremu wybitnie nie podobało się, iż mag się zatrzymał. Harfiarz wzruszył, więc ramionami. Skoro on nic nie słyszał, to mi się pewnie przesłyszało - pomyślał. Jednak tym razem to kobold się pomylił, a była to ostatnia pomyłka w jego życiu. Potężny huk! Coś wielkiego i ciężkiego spadło prosto na Harkha. Stało się to tak szybko i nagle, że w pierwszym momencie Siabo myślał, że zawalił się na niego budynek. Prawda była jednak dużo dziwniejsza. Na zwiadowcę spadł, bowiem wóz! Drzazgi i części wozu fruwały w powietrzu, gdy ten uderzył o bruk. Czarodziej aż otworzył szerzej oczy ze zdziwienia. Jak? - przemknęło mu przez głowę. Nie było to jednak ważne. Ważny był fekt, a fektem była śmierć kobolda. Johan krzyknął w tym momencie -Wy ku*wy!! - co spowodowało, że Laumee Harr się otrząsnął. Był jednak zbyt wolny. Usłyszał charakterystyczny dźwięk wyciąganej stali i zobaczył jak brodacz ucina łeb jakiemuś mężczyźnie, którego wcześniej tu nie było. Ten po chwili zamienił się w proch, a Johan już szarżował na następnego, gdy nagle zielony promień trafił go w tors na moment rozświetlając jego twarz. Była pełna bólu i zdziwienia a także złości. Mężczyzna wykrztusił tylko z siebie "ty dziw*o!!" po czym padł ciężko na ulicę. Miecz spadł na ziemie by nigdy już nie być podniesionym przez tego dzielnego mężczyznę. Siabo spojrzał na gzyms dachu i zobaczył prawie nagą i piękną kobietę. To ona zabiła Johana jakimś śmiercionośnym zaklęciem. Nekromantka - pomyślał ze złością mag, po czym spojrzał na mężczyznę, na którego szarżował wojownik. Ten wystawił kły i zasyczał. Nosferatu. Spojrzał znowu na kobietę w czerwienie i w myślach pomodlił się - Mystro daj mi siłę abym zniszczył, te dwa pomioty zła, jeśli zawiodę przyjmij mnie do siebie. Następnie zaczął przemianę. Robił to ostatnio tak często, że przestawała być dla niego, aż tak dokuczliwa. Powiadają, że człowiek do wszystkiego może się przyzwyczaić, i mimo iż Siabo przyzwyczajał się do bólu związanego z polimorfią, mimo iż przyzwyczajał się do ciągłej walki i zimnego profesjonalizmu, nie potrafił przyzwyczaić się do patrzenia jak giną jego przyjaciele a on nie jest w stanie nic na to poradzić. Jego piękna, przemieniona twarz miała grymas złości. Po polikach spłynęły dwie łzy. Siabo zatrzepotał anielskimi skrzydłami i podleciał do kobiety maga ze sztyletem w ręku. Wiedział, że twarda skóra Planetara obroni go przed atakami fizycznymi, bycie w powietrzu oddali za to możliwość ataku wampira na ziemi. Pozostawała, więc tylko magia czarodziejki i właśnie, dlatego, mag chciał być tak blisko niej. *** Przemiana w planetara (tak wiem nudne) i podleceni do kobiety.
__________________ "wszystko to marność i pogoń za wiatrem" gg:4546332 |
| | |
| | #179 |
![]() | Świątynia Helma Rosa całkowicie zaskoczyła młodego Kapłana, spoglądał on na nią przerażonym wzrokiem i z szeroko otwartą gębą. Nie spodziewał się takiego obrotu spraw, a przede wszystkim takiego poczynania jasnowłosej. Wparowała do świątyni, prosto do jego pokoju, zaskakując go nad jakąś księgą przy biurku i od razu przeszła do rzeczy. Stał więc przed nią bezbronny, z mieczem wycelowanym w swój tors. - Czy... czy... czyś... ty... - Jąkał się pełen obaw, co też Rosa może uczynić, blady przy tym strasznie z powodu jej słów i tego co ma zamiar z nim uczynić - Ale ja... ja... . Nie potrafił z siebie wydusić żadnego zdania. Tormitka wzięła sprawy w swoje ręce, i jak widać zaczęło jej to wychodzić. Teraz wystarczy krok po kroku, i zaprowadzi porządek w Rath, pokona wszelkie przeciwności, a nawet wrednego potwora, rozprawi się też z Yonem i tak dalej, i tak dalej... . Akurat. Coś nagle niemiłosiernie trzasnęło Rosę w okolicach łopatek. Rozległ się huk łamanego drewna na pancerzu, a kobiecie zrobiło się słabo i ugięły pod nią nogi. Upadła na kolana, opierając się na swoim mieczu, by całkiem nie paść twarzą na dywan, ktoś lub coś poprawiło jednak po potylicy, i spotkanie z podłogą okazało się nieuniknione. Ból świdrował plecy i głowę, wzrok zaczął szwankować, a wszystko zaczęła ogarniać dziwna mgła. - Uciekamy! - Usłyszała rozradowany głos Aremiego, a po chwili ktoś jej jeszcze sprzedał kopa w żebra, na szczęście napierśnik złagodził cios. Rosa zemdlała. Leżała tak, Torm wie jak długo, gdy w końcu się ocknęła z żądzą... mordu w oczach. Nieporadnie wstała z podłogi, nieco się dziwiąc, że jeszcze żyje. Obok siebie zobaczyła roztrzaskane w drobny mak krzesło. Wszystko było już jasne, wybiegła więc ze świątyni, zapominając o Marze, oraz nie zwracając uwagi na panującą już noc, i po prostu puściła się biegiem przed siebie. Pędząc ciemnymi ulicami wrzeszczała JEGO imię, wywołując sporą panikę wśród mieszkańców zamkniętych późną porą w swych domostwach. Lepiej żeby nie dopadła Aremiego... . Ulica gdzieś w Rath Na niespodziewane spotkanie z bestią Rath pierwszy zareagował Yon. Wystrzelił ze swojej samopowtarzalnej kuszy prosto w jeden z pysków stwora, a konkretniej w ten, spoglądający na Lunę. Nie było czasu na celowanie, Łotrzyk strzelił więc z biodra, pocisk pomknął jednak celnie prosto w ohydny ryj, gdzieś w okolice prawego oka. Trafił gdzie mężczyzna mniej więcej zamierzał i... przeleciał przez stwora nie czyniąc jemu najmniejszej krzywdy. Niech to szlag trafi!. Yon nieco wybałuszył oczy, nie spodziewając się takiego obrotu spraw. Nie przywidziało mu się, dobrze strzelił, trafił, widział. Bełt przeleciał przez ciało plugawej bestii, a to mogło oznaczać wiele. Magiczna moc kuszy była zbyt słaba by uczynić krzywdę, stwór był iluzją, był niezwykle potężny... możliwości było jeszcze kilka, czasu na dumanie nad tym wszystkim jednak nie. Półelf Blajndo rzucił swym magicznym sztyletem, w gapiący się na niego łeb, został jednak nieco rozproszony strzałem, i brakiem jego efektów, w wykonaniu Yona. Powracający oręż minął więc cel o kilka centymetrów, przelatując obok głowy nieznanego stwora. Jak pech to pech, jednemu nie wyszło, drugiemu też nie. Ta noc zapowiadała się naprawdę niezwykle, i coś Tropicielowi mówiło, że może być naprawdę ciężko. Oby nie zbyt ciężko. Wherkens skoczył na komendę do przodu, wykonał atak jednak jakoś tak dziwnie i ospale(?), zupełnie, jakby bał się owej bestii. Kłapnął kilka razy swoją wilczą szczęką, widocznych efektów jednak nie było, nie złapał w zębiska żadnej macki, zapowiadało się więc naprawdę nieciekawie. Jako ostatnia przystąpiła do działania Luna Wisewind. Kobieta była pewna wątpliwości i obaw co do walki i ich przeciwnika, do tego jeszcze jedna z głów gapiła się prosto na nią, nie miała jednak zamiaru tak łatwo odpuszczać, czy też może uciekać i zostawić towarzyszy na pastwę losu, a właściwie stwora. Wymówiła więc szybko kilka słów, i patrząc na wroga zacisnęła prawą dłoń w pięść. Skóra kobiety zabarwiła się nagle na biało, jej dłoń pokrył najprawdziwszy szron, i wyglądało to jakby jej zaciśnięta piąstka zaczęła zamarzać, Luna pozostawała jednak spokojna i skupiona na twarzy, nie był więc to atak stwora, lecz użycie jej własnej magii. Ciało "mackowatego" zaczął ogarniać podobny szron, pojawiło się sporo pary, i wyglądało to jakby cały zaczynał zamarzać. Po chwili jednak na twarzy Luny pojawiło się zaskoczenie, a wszelkie efekty przywołanego przez nią zaklęcia zniknęły. Luna rozchyliła lekko usta, usta które na moment zadrżały. Nie była w stanie pokonać plugawej potęgi stworzenia, czar zawiódł, prysnął niczym bańka mydlana, rozbijając się na o wiele potężniejszej mocy wypełniającej przeciwnika. O Shaundakulu... . Milczący stwór z wijącymi się mackami kompletnie zignorował ujadającego tuż przy nim wilka, skupiając się na atakujących go ludziach. Dwie z macek wystrzeliły prosto w Yona i Lunę, biorąc ich za cele. Przeniknęły przez odruchową gardę stworzoną z własnych rąk, czy też kuszy, przeniknęły przez zbroje, wdarły się w ich ciała, zdając się dotykać samych serc. Ból był po prostu nie do opisania, potężna fala zimna atakująca od wewnątrz cały organizm szarpnęła ich ciałami, a okropne, niemożliwe do ogarnięcia zło, wypełniło umysły dwójki śmiałków. Pojawiły się mdłości, dreszcze, ból trafionego miejsca, i jeszcze większy, atakujący umysły. Nagle oboje zaczęli tracić wzrok, a z ich oczu wypłynęła krew, przesłaniając niemal całkowicie pole widzenia. Za chwilę może być po wszystkim. A raczej po wszystkich. - Głupcyyy... - Cała trójka usłyszała szorstki, przeciągły szept w swych umysłach. Na tyłach karczmy "Smoczy Łeb" Wampir w odpowiedzi na słowa Elhana o poddaniu się, zarechotał pod nosem, jednocześnie mocniej chwytając Zorę w swoje łapska. Dziewczynę trzymał przed sobą niczym tarczę, jedną dłonią obejmując ją w pasie, a drugą podduszając za krwawiącą szyję. Zora cicho szlochała i co pewien czas niezdarnie poruszała to ręką, to nogą, nic takie mizerne wyrywanie się jednak nie dawało. Wampir zaś cały czas uważnie obserwował trójkę śmiałków stojących przed nim w gotowości do walki, powoli wycofując się ze swoją zakładniczką w tył. Krok po kroczku, bardzo powoli, szorując bucikami obezwładnionej dziewczyny po bruku. Aner zdecydowała. Czarne wstążki, rzucone w powietrze przez Niziołczą Zaklinaczkę, doprowadziły po chwili do pojawienia się podobnych, o wiele większych odpowiedników, stworzonych jednak z mocy Splotu, i owijających się wokół dwójki osób przed śmiałkami. "Nawała cieni" objęła swym działaniem zarówno wampira, jak i nieszczęsną Zorę, po chwili doprowadziło to do warknięcia nieumarłego, który wyraźnie zaczął mieć problemy z utrzymaniem przed sobą rudowłosej, ponieważ ta... zemdlała. Plan nie powiódł się, jak spodziewała się tego Aner, wampir nie został oszołomiony, a dodatkowo dziewczyna zemdlała, co wykluczało jej ewentualne wyrwanie się z ramion przeciwnika i ucieczkę w którejś z odpowiednich chwil. A żeby to wszystko... . Jakby mało brakowało takich rewelacji, na słabo oświetlonej ulicy rozległo się nagle kilka świstów. W śmiałków pomknęły pociski wystrzelone z kusz, a dokładniej to dwa, jeden z nich śmignął Elhanowi koło policzka, a drugi niestety, ale trafił Aner w okolice lewych żeber. W Milo nic nie zostało wystrzelone, zupełnie jakby wrogowie ignorowali go jako zagrożenie?. Po chwili na ulicę zeskoczyło gdzieś z góry dwóch mężczyzn, szczerzących kły. Wampir miał więc posiłki, i wyglądało to wszystko na sprytnie zastawioną pułapkę. Niziołcza kobietka poczuła dziwne ciepło rozchodzące się po jej całym ciele i drobne zawroty głowy. Poza zwyczajowym bólem od rany, coś tu było stanowczo jeszcze nie tak. Pojawiło się mrowienie w nogach i rękach, zaczynały one drętwieć. A więc trucizna. Wampir trzymający nieprzytomną Zorę upuścił ją niedbale na bruk, po czym z wrednym uśmiechem skoczył na Aner. Dopadł jej w ułamku sekundy jednym susłem, po czym zdzielił brutalnie pięścią prosto w twarz, łamiąc jej mały nosek. Jego dwaj pomagierzy zaś, po wyciągnięciu mieczy ruszyli prosto na Milo i Elhana. Inna uliczka, gdzieś w Rath Siabo-Planetar ignorując miotającego się po ulicy wampira wzbił się w powietrze na swoich anielskich skrzydłach, lecąc prosto do rudowłosej kobiety, ze sztyletem w swej Niebiańskiej dłoni. Miał zamiar wypatroszyć ją niczym prosiaka, za śmierć Johana i Harkha, ale ta półnaga szmata, najnienormalniej w świecie miała z tego wszystkiego ubaw!. - Fuj!. Niebianiec! - Parsknęła i zachichotała. Następnie zrobiła coś, co bardzo, ale to bardzo się lecącemu Siabo nie spodobało. Wymówiła kilka szybkich słów, ułożyła odpowiednio dłonie i skierowała je w Maga. Jakaś dziwna fala energii trafiła Siabo-Planetara ledwie dwa metry przed kobietą i nagle... zaczął spadać. Zniknęły gdzieś skrzydła, zniknęła postawna postura Niebianina. Boleśnie wyrżnął ciałem o bruk, spadając z jakiś pięciu metrów z gracją wora kartofli. Spotkanie z twardą powierzchnią ulicy zamroczyło na chwilę Harfiarza, zgubił również gdzieś sztylet, to jednak nie wszystko. Dopadł go wampir. Zamiast jednak wgryźć się w szyję, brutalnie ją rozerwać i zakończyć żywot Siabo Laume Haara, nieumarlak złapał go mocno w czasie nieporadnego wstawania z ziemi w "niedźwiedzi" uścisk, blokując ręce Maga wzdłuż tułowia. Pojawiła się i rudowłosa, miękko lądując tuż przed nimi. Biła od niej niesamowita pewność siebie, połączona z zapachem tytoniu i perfum. Spokojnie i z gracją podeszła do miotającego się na uwięzi mężczyzny, po czym... posłała mu niezwykle uroczy uśmiech. - Mrrr - Zamruczała niczym jakiś kociak, gładząc dłonią policzek Siabo - Jesteś o wiele przystojniejszy niż ten martwy brodacz, myślę, że zasługujesz na zabawę ze mną. - Ty... - Mag nie dokończył, gdy jego słowa uwięzły pod namiętnym pocałunkiem, którym obdarzyła go rudowłosa, wśród rechotu mocno trzymającego Siabo pomagiera. Po chwili wszystko jednak się szybko zmieniło. Kobieta patrząc Harfiarzowi prosto w oczy zaczęła gładzić dłonią jego krocze, tylko po to, by po chwili... trzasnąć go tam kolanem. Siabo z przeciągłym jękiem zgiął się w przód, a wampir puścił, Mag wylądował więc na bruku. Jak bolało, oj jak bolało. Szybko jednak znalazł się ponownie w objęciach silnego koleżki, a ruda piękność kucała tuż obok niego, zupełnie nie przejmując się (a może całkiem na odwrót?), że Siabo miał naprawdę dobry widok na jej rozchylone uda... . - Ciekawe jak smakujesz skarbie - Syknęła - Zostaniesz mym niewolnikiem. Jestem Yalcyn, zapamiętaj to. Wgryzła się brutalnie w jego szyję, pijąc dosyć długo. Gdy skończyła, przyszła pora na jej towarzysza, on również posilił się na Magu. Yalcyn musiała nawet w pewnym momencie trzasnąć typa w łeb, by w końcu się od Siabo "odessał". Trzymali go nieruchomo na zmianę, nie dając szans na rzucenie jakiegokolwiek zaklęcia, nie wspominając o koncentracji w takiej sytuacji na czymkolwiek. - Pyszny jesteś - Mruknęła wciąż przy nim kucając i oblizując palce. Spojrzał na nią oszołomiony, nie tak do końca była ruda, posiadała jasne pasma włosów, była ładna, można nawet powiedzieć, że piękna, do tego i półnaga, ledwie w bieliźnie i płaszczu, i taka, taka wyjątkowo ku*ewsko zła. ![]() - A teraz... - Yalcyn nie dokończyła. Przerwał jej wrzask wampirzego towarzysza i jasny błysk. "Piekące światło" trafiło pomagiera rudowłosej prosto w plecy, mężczyzna zajął się ogniem niczym pochodnia, a po chwili nastąpił niby-wybuch i Siabo zasypał popiół, w który przemieniło się ciało plugawca. Wszystko to odbywało się tuż przy nim, niemal nawet na nim, w końcu typ cały czas go trzymał. - Tfu!. Tfu! - Yalcyn zaczęła pluć resztkami swojego towarzysza, i ścierać je sobie z twarzy, nadal kucając tuż przy Siabo, z ponętnie rozchylonymi udami, a Mag zauważył swój sztylet, na wyciągnięcie ręki. - Aremi!! - Dobiegły go wrzaski Rosy, będącej gdzieś na ulicy za plecami Harfiarza, kobieta chyba biegła prosto do nich - Gdzie jesteś ty świnio??!!. *** Luna 32pw i Yon 38pw, ranni od macek, tracą również dosyć szybko wzrok. Chwilowo jeszcze widzą, choć z karami -4 do ataków itd... Luna nie przebiła OC potwora :P Aner 30pw i osłabiona trucizną, Zr12, wampir tuż przy niej, 2 inne są oddalone o parę metrów od Milo i Elhana, i już na nich biegną Polimorfia Siabo została rozproszona przez Yalcyn, oprócz tego po upadku otrzymuje stłuczenia. Do tego dochodzi wysysanie krwi, a więc obniżenie Bd. A więc: 20pw, 4 stłuczenia i Bd9(kiepsko) Rosa załatwiła wampira, biegnie teraz ulicą w kierunku Siabo, jest za jego plecami, oddalona o jakieś 10 metrów. Nie widziała z takiej perspektywy Yalcyn, dlatego użyła takiego, a nie innego zaklęcia :P (w/g inicjatywy Siabo jest przed Rosą jeśli wam to info coś da). Rosa ma wyciągnięty miecz Ostatnio edytowane przez Buka : 09-02-2008 o 20:18. |
| | |
| | #180 |
![]() | - Fuj!. Niebianiec! - parsknęła i zachichotała prawie naga wampirzyca. Siabo leciał ku niej ze sztyletem w ręce najszybciej jak potrafił. Był jednak zbyt wolny. Wampirzyca zaczęła składać ręce w sposób, który czarodziej poznał od razu. Tak samo zresztą jak słowa zaklęcia. Zrobiło mu się słabo na samą myśl o tym, co może się za chwilę zdarzyć, więc próbował przyśpieszyć. Było jednak za późno. Nieumarła wampirzyca "zdmuchnęła" z czarodzieja polimorfię. Zniknęły skrzydła, ciało stało się znowu zwykłe, ludzkie. Laumee Harr spadł na ziemię niczym upadły anioł, dokładnie na lewę ramię, bardzo mocno je obijając. Ból był straszny. Zabrakło mu na moment tchu. Po bardzo krótkiej chwili próbował się zebrać w sobie, gdyż wiedział, że jest w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Próbował się podnieść. Za wolno. Wampir doskoczył do niego w ułamku sekundy i już po chwili trzymał maga w takim uścisku, że ten mógł tylko marzyć o ucieczce. Siabo nie był silny, wampir za to bardzo i wykorzystał to doskonale. Ręce iluzjonisty były unieruchomione, tak samo jak głowa, tak, więc mógł się tylko przyglądać jak ruda czarodziejka zbliża się do niego. Ruda - pomyślał - chyba mam tu do nich szczęście. Szczerze powiedziawszy to Zora nie sięgała tej wampirzycy do stóp, jeśli idzie o wygląd czy seksapeal. - Mrrr - Zamruczała niczym jakiś kociak, gładząc dłonią policzek Siabo - Jesteś o wiele przystojniejszy niż ten martwy brodacz, myślę, że zasługujesz na zabawę ze mną. - Ty... - chciał coś powiedzieć, ale ona go pocałowała. Jej wargi zmiażdżyły wargi Harfiarza. Nie oddawał pocałunku, mimo iż jego męskość się tego domagała. Próbował zachować przytomność umysł, jednak nie było to łatwe. To, na co pozwalała sobie wampirzyca sprawiało, że większość facetów by się jej poddała bez oporów. Mimo to w oczach Siabo dało się zauważyć gniew. Spostrzegła to chyba także jego prześladowczyni, bo uderzyła go kolanem w krocze. Takiego ból fizycznego nie zadała mu jeszcze żadna kobieta. Mag padł na ulicę jęcząc i aż wykrzywiając się w grymasie bólu. Pierwszy raz ucieszył się, że nie może mieć dzieci, bo gdyby taką możliwość miał, to właśnie by ją stracił. Jednak to był dopiero początek najgorszego. Wampiry, bowiem zrobiły to, z czego słyną. Zaczęły pić krew. Jego krew. Siabo czuł jak wypływa z niego życie. Czuł się słabszy i otępiały. Kręciło mu się w głowie, chciał wymiotować, choć nie miał, czym. Najgorsze jednak było to, że był bezbronny. Nie mógł nic zrobić. Pomioty zła żerowały na jego ciele a on musiał im na to pozwalać. Po chwili jednak zdarzenia się zmieniły. Yalcyn właśnie cos chciała powiedzieć, gdy nagle jej wampirzy towarzysz stanął w płomieniach. Po chwili został po nim tylko pył, który spadł na rudą nosferatu i na leżącego maga. Ten w końcu uwolniony spojrzał, co się dzieję i zobaczył biegnącą Rosę. O ironio! - przemknęło czarodziejowi przez głowę. Yalcyn pluła resztkami swego pomagiera. Siabo zobaczył jej rozchylone uda - widok przepiękny. Ale jeszcze piękniejszy był sztylet, który leżał na wyciągnięcie ręki. Już miał pomysł, że wbije go w jej łono, ale uprzytomnił sobie, że jej jako ożywieńcowi nie zrobi to aż tak wielkiej krzywdy. Szybko, więc podjął inną decyzję. Sięgnął do sakiewki i znalazł tam kulkę siarki. Uważając na tą, która obwołała się jego panią, zaczął skupiać wokół siebie moc. Po chwili ręce zaczęły wić dziwne znaki w powietrzu, ale dopiero, gdy do gestykulacji doszły słowa inkantacji, Yalcyn zorientowała się, co się święci. Próbowała złapać maga, ale ten cały czas będąc skoncentrowanym skulił nogi, po czym nagle wyprostował ręce. Kula ognia znowu zamieniona w dźwięk pomknęła obok wampirzycy i eksplodowała. Udław się tym o pani! - pomyślał harfiarz w momencie eksplozji jednocześnie turlając się do tyłu, tak żeby fala dźwięku nie doszła do niego. Huk był potężny. Zatrzęsła się ziemia, gdy wibrujący dźwięk uderzył w bruk i...w Yalcyn. Jej krzyk i Rosy zlały się w jeden. Różnica była tylko taka, że wampirzyca krzyczała z bólu a okrzyk kapłanki zagrzewał ją samą do walki. *** Ognista kula przemieniona w dźwięk, rzucona tak żeby zranić tylko Yalcyn.
__________________ "wszystko to marność i pogoń za wiatrem" gg:4546332 |
| | |
| Reklama |
| |