![]() | ![]() |
![]() |
| |||||||
| Sesje RPG - DnD Wybierz się w podróż poprzez Multiwersum, gdzie krzyzują się różne swiaty i plany istnienia. Stań sie jednym z podróżników przemierzającym scieżki magii, lochów i smoków. Wejdź w bogaty świat D&D i zapomnij o rzeczywistości... |
![]() |
| | Narzędzia wątku | Wygląd |
| | #71 |
![]() | Elhan pchnięty nagłym impulsem desperacko naparł na swoją tarczę, a ta przylgnęła do ciała tygrysa. Osunął prawą rękę do tyłu i z całej siły pchnął mieczem w odsłaniany bok tygrysa. Tygrys zaryczał z bólu, a gdy Wherkens zacisnął swoje kły na ogonie bestii, ta upadła na cztery łapy. Elhan nim zadał cios tygrysowi usłyszał przeraźliwy skowyt wilka. Zorientował się, że tygrys go trafił, gdy sylwetka Wherkensa przeleciała po podłodze opierając się na przeciwległej ścianie. W tym samym czasie Mara podbiegła do tygrysa i odrąbała mu kawałek pyska. Elhan ciął wzdłuż szyi. Nim ostrze doleciało do ciała tygrysa elf został zalany falą ognia odrzucającą go na ścianę, w którą niedawno był wgniatany przez przyzwanego tygrysa. Odruchowo zasłonił ręką twarz i skulił się. Ból był nie do zniesienia. Wszystko wokół płonęło, a metalowe płytki zbroi elfa rozgrzały się do niewyobrażalnej temperatury. Teraz emanowały pomarańczowym blaskiem, takim, jak rozgrzane ostrze w kuźni. Przeturlał się po podłodze gasząc ogień pożerający jego ubranie i włosy. Gdy już był zagaszony wstał niepewnie się chwiejąc. Widok jaki zobaczył był oszałamiający. Widząc jak przez mgłę zobaczył dwie nieruchome sylwetki na podłodze. Trzecia z nich podchodziła do okna. - Nic Wam nie jest? - zawołał tak, aby wszyscy go usłyszeli. W końcu dwie pierwsze postacie poruszyły się gwałtownie gasząc ogień palący ich ubrania. Po rozmiarach wywnioskował, że to Siabo i Blajndo. Następnie ocknęli się wszyscy strażnicy. "Co z burmistrzem?" - Elhan spojrzał w kąt, gdzie dwóch strażników pilnowało burmistrza. Leżeli teraz nieruchomo, a Mara krzątała się przy nich. Straż budynku w końcu wleciała do pomieszczenia... z hukiem. Gdy się podnieśli z leżących drzwi, podbiegli do burmistrza i zaczęli wynosić rannych do świątyni. "- Świetna walka, aż strach pomyśleć, co byś zrobił z tym tygrysem jakbyś dobrze widział - powiedział cicho, ale głosem, który miał podnieść na duchu." - Dziękuję Ci. - położył rękę na ramieniu Siabo - Twoja magia też bardzo nam pomogła. - powiedział głosem pełnym szczerości patrząc w oczy Iluzjonisty. Rozorane przedramię teraz piekło niemiłosiernie, przypalone przez magiczny ogień i osmalone. Udał się korytarzem za Blajndo niosącym Wherkensa. Pół - elf przykucnął i położył wilka na ziemi jednocześnie wydając z siebie zadowolony okrzyk: "On żyje!" Na twarzy Elhana pojawił się wielki uśmiech. Odetchnął cicho, zadowolony z wyzdrowienia Wherkensa, gdy ten podniósł się na nogi wzmocniony miksturą Blajndo. "Całe szczęście, że ta walka nie pochłonęła po Szadedzie żadnego istnienia." - pomyślał czekając w korytarzu na pozostałych towarzyszy. W końcu zza drzwi wychylił się Siabo, a Blajndo szybko podbiegł do niego z miksturą i wlał mu na siłę do gardła. Zaraz po tym z sali wyszedł Johan podtrzymując Harkha i wszyscy wyruszyli do świątyni. Siabo zatrzymał się gdy wychodzili z budynku i wszyscy spojrzeli na niego zaciekawionym wzrokiem. Iluzjonista gestykulując w powietrzu rękami i wypowiadając cicho inkantację powoli zamienił się w pięknego jastrzębia. Patrząc z podziwem na lot ptaka, który ostatecznie spoczął na ramieniu Johana w jego umyśle nasuwała się tylko jedna myśl: "Doskonały ptak..." Gdy już wszystko było załatwione elf ruszył razem z innymi do świątyni. Podniósł głowę do góry kierując swe oczy w stronę przesuwających się chmur. "Jakie zasadzki jeszcze dla nas przygotujesz?" - zapytał w myślach. Elhan doskonale wiedział, że tajemniczy napastnik nie poprzestanie na tym jednym ataku w budynku Rady Miejskiej. Był niemal pewien, że tej nocy zdarzy się coś złego... |
| | |
| Reklama |
| |
| | #72 |
![]() | Świątynia Helma Aremi, po zarobieniu w pysk od Rosy, wysłuchał w całkowitym milczeniu słów kobiety wśród nerwowych ruchów własnej żuchwy. Po tym co jasnowłosa miała do powiedzenia opuściła przybytek Helma i tyle ją chwilowo widziano, a młody Kapłan siedząc przy biurku skrył twarz w dłoniach, po czym przeciągle wzdychnął. Najprawdopodobniej docierało w końcu do niego, co też chciał uczynić Lunie i w jakim świetle go to stawiało, nie wspominając o tym, kim teraz był. Nie wiedząc do robić, poszedł zobaczyć co u Burmistrza Lance i dwóch rannych strażników. Kapłan nie był potężnym użytkownikiem magii objawień, toteż mógł tylko częściowo uleczyć poszkodowanych, podobnie postąpiła również Rosa, z nieco innych jednak powodów, a reszty musiały dopełnić "smarowidła" i bandaże. Trzech mężczyzn leżało więc w łożach, pokryci jakimś niezbyt miło pachnącym świństwem i obwinięci opatrunkami. W takim stanie musieli poczekać do jutrzejszego dnia, by Aremi mógł ich już całkowicie wyleczyć, lepsze w końcu jednak to, niż trwałe rany i oszpecenie. Czwarty mężczyzna, ze złamaną nogą, obecnie nastawioną i usztywnioną, bluzgając cichaczem pod nosem, opuścił świątynię Helma, wracając do ratusza. Z ledwie dwóch zdań Yon dowiedział się, że osobnik ten zwał się Rother i był jakimś urzędnikiem, czy też jak określił Aremi "zausznikiem" Burmistrza. - O co wcześniej pytałeś?. O tych awanturników?. - Aremi zagadnął w końcu do Yona, przyglądającego mu się od wielu już chwil z kilku metrów - Ano przybyli tu wczoraj, Mara Bersk, nasza Paladynka z nimi parę razy mówiła. Bestia... cholera wie co to jest, a jak przeżyli?. Bo nie spotkali stwora twarzą w twarz, tylko przez zamknięte drzwi czy też okiennice. A powiedz, ty jaką funkcję pełnisz w kościele Torma?. A ta Rosa... ech zresztą nieważne - Kapłan najwyraźniej chciał coś o jasnowłosej powiedzieć, powstrzymał się jednak z wypowiedzią. Aremi usiadł ponownie przy biurku w "świątynnym biurze", i przez chwilę dziwnie gapił się w okno. Spojrzał na blat mebla, na którym niemal doprowadził do wyjątkowo ohydnego czynu. Jego twarz nieco poszarzała, a następnie zacisnął mocno zęby. - Ta kobieta - Wysyczał - Luna Wisewind!. Gwizdnęła trzy księgi!. Edrin chodź tu!. Idź poszukaj tej nowej Paladynki, powiedz jej, że ta co była w świątyni ukradła trzy księgi!. Najpierw do ratusza, a jak nie to w karczmie, tam może będzie!. Karczma "Smoczy Łeb" Po spotkaniu na ulicach Luny Wisewind, a po kilku chwilach jasnowłosej kobiety z symbolem Torma, przedstawiającej się jako Rose von Burbon i twierdzącej, że jest Paladynką, grupka awanturników powróciła w końcu do dobrze już sobie znanej karczmy. Magiczne leczenie leczeniem, źle jednak nie było, a po przespaniu nocy z całą pewnością powinno być jeszcze lepiej. Oprócz tego nie wypadało robić teatrzyku na środku ulicy z jakimś czarowaniem i innymi takimi... . W karczmie czekała znajoma wam już obsługa w postaci rodzinki Mivala, przez chwilę zainteresowana wydarzeniami w ratuszu, szybko jednak dano wam spokój, widząc wasze kwaśne miny i poprzypalane ciała oraz ubiory. Poza waszą grupą obecnie nikt nie siedział przy piwku, w końcu ledwie minęło południe, kto by już teraz zaczynał pić. Żona Mivala gotowała już w kuchni obiad, a sam gospodarz nalewał zaś piwa do metalowych pucharów, mimo, że chyba żaden z was go o to nie prosił. Sergor łaził w tą i z powrotem zajęty swoimi sprawami, jedynie Zora wykazała największe zainteresowanie tym, co wydarzyło się u burmistrza. - Gdzie Siabo?! - Niemal krzyknęła wystraszona widząc jego brak, gdy po kolei przybywało osób wchodzących z ulicy - No gdzie on jest? - Pytała niemal ze łzami w oczach. W końcu zjawił się jednak i Mag, a rudowłosa z piskiem radości skoczyła na niego, wieszając się zaskoczonemu mężczyźnie na szyi. Przez chwilę gdzieś zniknęło jej wieczne zakłopotanie i wstyd, a Zora patrzyła mu prosto w oczy z wielkim uśmiechem. Stanowcze "ekhem" Mivala sprowadziło ją jednak do pierwotnego zachowania, odstąpiła zawstydzona od Laumee Harr'a z kolejnym rumieńcem na policzkach. - Przepraszam... - Bąknęła spuszczając wzrok na podłogę. Zasiedliście więc do stołów w towarzystwie Rosy, i kręcącej się przy was przez chwilę Luny, podano piwo, a zapachy gotowanego jadła mile łaskotały nos. Ranni, nieco zmęczeni i brudni zastanawialiście się co dalej. No i przede wszystkim czy stracicie jeszcze kogoś. Szaded... . "Kronikarka" udała się z jakimiś księgami pod pachą na piętro do swojej izby, prosząc wcześniej o przygotowanie kąpieli, Zora z Sergorem zaczęli więc latać z kuchni na piętro, nosząc wiadra z podgrzaną wodą. Paru z was również pomyślało, że dobrze byłoby się nieco wypluskać. W karczmie nie przebywaliście jednak tylko wy, przy jednym ze stołów siedziała samotnie Mara Bersk, którą dopiero po dłuższej chwili zauważyliście. Widok był naprawdę dziwny, Paladynka popijała sobie bowiem piwko, co było niejako ewenementem na kogoś z takim powołaniem życiowym i w trakcie pełnienia służby?. Jasne włosy Mary przesłaniały jej lewą połowę twarzy, maskując poparzone miejsce. Kobieta nawet na was nie spojrzała, nie mając chyba zbyt dobrego humoru. Tylko czy ona kiedykolwiek miała dobry humor??. Johan spojrzał na nią, ona na niego, ich wzrok się spotkał... i tyle. Nadal tam siedziała, bez słowa i z nieco opuszczoną głową. Po kilku dłuższych chwilach z kuchni wyszła żona karczmarza, niosąc wam tak naprawdę przez nikogo nie zamawianą strawę. Ziemniaki z kaszanką i kiszone ogórki były więc dzisiejszym obiadem... . Blajndo w międzyczasie również poprosił o kąpiel, dając dodatkowe zajęcie Zorze i Sergorowi, kobieta więc sama nosiła talerze z jadłem, a tym razem dla odmiany jej mąż zniknął za kuchennymi drzwiami. Nie byliście pewni, ale karczmarz chyba coś marudził pod nosem w stylu "wszyscy tu zginiemy" po czym chyba poszedł się napić. Kobieta w tym czasie kilka razy "podejrzanie" spojrzała na Elhana, raz posyłając mu nawet ledwie widoczny uśmiech. O cholerę jej chodziło?. ... Nieco później Harkh popędził do góry marudząc coś o spisku, Johan walczył ponownie ze swoją słabością, a właściwie parą z nich, pod postacią kufla piwa i obecności Mary, Blajndo poszedł wziąść kąpiel, a Siabo po prostu poszedł do ostatniej już wolnej izby, by po prostu sobie pewne rzeczy w spokoju przemyśleć. Elhan został więc jedynie z dziwnie zachowującym się brodatym towarzyszem wypraw i nowo poznaną Rosą von Burbon, jeśli nie liczyć naprawdę nietypowego zachowania żony Mivala. Luna w tym czasie brała odświeżającą i odprężającą kąpiel, starając się zapomnieć o wydarzeniach w świątyni... . ~ Mag nie dotarł jednak do izby. Idąc korytarzem usłyszał nagle zza drzwi jednej z izby chichot Zory. Sam nie wiedział dokładniej czemu się zatrzymał, sytuacja go jednak zaintrygowała. Usłyszał po chwili głos rudowłosej: - Tylko nie możemy nachlapać, ojciec się wnerwi... . - Nie bój się, najwyżej posprzątamy razem - Odezwał się Blajndo. Był tam więc sam na sam z dziewczyną!. Zora znowu zachichotała z niewiadomych przyczyn, a Siabo podrapał się nerwowo po podbródku. - Jeszcze nigdy nie widziałam czegoś takiego, wszystkie takie są?. - Mój jest wyjątkowy - Odezwał się Elf z wyraźną dumą w głosie. - Ojej, duży jest... - Zachwycała się dziewoja. - Chcesz to go dotknij, nie bój się - Blajndo czarował ją swoim miłym głosem, niczym wyrachowany Demon. Siabo pękła żyłka w oku. *** Blajndo nadal 34pw, miał 5 eliksirów, zużył 2 i od Siabo dostał jeden, ma więc 4 (leczenia średnich ran). Siabo kompletnie zdrowy po eliksirze od Blajndo i "Polimorfii", która również przywróciła pw. Johan 53pw, w końcu również oberwał od "Kuli ognistej". Elhan 28pw. Luna i Rosa jeśli chcą mogą kogoś w trakcie tych wszystkich wydarzeń podleczyć... . Wysyłam również prawie wszystkim graczom pw, by wyjaśnić parę spraw dotyczących posta. Ostatnio edytowane przez Buka : 07-04-2008 o 17:20. |
| | |
| | #73 |
![]() | Rosa biegła ulicami miasta, płacząc jak dziecko i klnąc pod nosem. Choć nie okazywała tego, cała sytuacja z Aremim była dla niej kubłem zimnej wody. W jednej chwili miły, cieszący się z przybycie pomocy. W drugiej parszywy zbereźnik, gwałciciel nie lepszy od pijaków i bezbożników. Prawdę mówiąc, byłoby jej lżej, gdyby nie próbował udawać dobrego, cnotliwego kleryka. Zdjęcie maski było dla Burbonówny szokiem, który rozdarł ją na dwoje. Jedna część jej duszy chciała rozszarpać Aremiego na strzępy, postawić przed wymiarem sprawiedliwości i dać takiego kopa, żaby dupsko nigdy nie przestało go piec. Druga Rosa miała przed oczyma wspaniałą, współczującą istotę, która niosła ukojenie mieszkańcom wioski. Dziewczyna płakała dlatego, że drugi z obrazów nie spełnił oczekiwań. Chciała wierzyć, że kapłan był w gruncie rzeczy dobry, że to wszystko było tak naprawdę jedna wielką pomyłką z jego strony. Że nie wiedział, co robi. Mogłaby zrozumieć, gdyby się upił. Gdyby kronikarka skuła się kajdankami i miała w zębach pejcz. Ale jak można się rzucić na dziewczynę, która krzyczy i nawet nie zdjęła kolczugi? Jak można iść w zaparte gdy z łzami w oczach mówi ”Nie”? Czemu, na bogów, czemu to zrobił? Był szanowany, lubiany. Niósł ludziom ukojenie, był ich powiernikiem. Miał wszystko, o czym zamarzył. Ale postanowił poświęcić swe dobre imię, honor i przysięgi składane przed ludźmi i Helmem tylko dla jednej chwili ekstazy i dominacji nad innym człowiekiem. Czy naprawdę mógł upaść tak nisko? Gdzie w tym zwierzęciu szacunek, litość, poczucie sprawiedliwości? Biegnąc ulicą, przez łzy zauważyła grupkę ludzi. Wśród nich była kobieta, którą ocaliła przed gwałtem. Nie myśląc zbyt wiele, dała susa w najbliższy zaułek. Grupka była zbyt zajęta sobą by to zauważyć. Kurde, nie mazgaj się tylko weź w garść. Widzisz, tam stoi to biedactwo. Co, chcesz żeby zobaczyła Ciebie, wielką paladynkę, zapłakaną i smarkająca jak szczeniak? Dalej, bądź herosem! Pomóż tej dziewczynie i przestań ryczeć! Po skryciu twarzy w dłoniach i paru głębszych smarknięciach Rosa zdołała się opanować. Ścisnęła mocno rękojeść swego miecza, skutecznie dodając sobie sił. Przetarła pięśćmi oczy i starła ślady łez z twarzy. Słońce nie mogło mieć cienia podejrzeń co do jej stanu. Wzięła głęboki oddech i wyskoczyła z zaułka. -Słońce!- krzyknęła głosem, w którym można było dostrzec delikatną nutkę płaczu. Przełykając ślinę, kontynuowała z lepszym skutkiem- Miło Cię widzieć. Kim są twoi znajomi? Tym oto sposobem świeża krew dołączyła do grupki najemników. Razem z grupą udała się do „Smoczego Łba”. Przez całą drogę trzymała się blisko Luny, rzucając jej promieniste, ciepłe spojrzenia i klepiąc przyjacielsko po ramieniu. Wiedziała, co biedactwo musiało przejść i zamierzała dopilnować by otrzymała stosowną opiekę. Choćby niebo miało spaść im na głowy, nie opuściłaby dziewczyny. Jednocześnie starała się być dyskretna i trzymać na taką odległość, by kronikarka nie poczuła się ani osaczona, ani opuszczona. Na miejscu uleczyła najbardziej rannych, doprowadzając ich do porządku, choć nie zaszkodziłoby im się zdrowo przespać. W świątyni uleczyła też poszkodowanych w wypadku, co w sumie pozbawiło ją większości najprostszych modlitw. Mimo niewątpliwej radości, jaka płynie z pomocy innemu człowiekowi, Rosa zaczynała się martwić, czy starczy jej mocy dla wszystkich potrzebujących. Choć najpotężniejsze modły zostawiła sobie w zanadrzu, to nie była pewna, czy zapewni grupie odpowiednią ochronę w czasie niebezpieczeństwa. W karczmie było odpowiednio spokojnie, by móc przedstawić się jak należy. Na ulicy, Paladynka była zbyt zatroskana o Lunę, by umieć się porządnie przedstawić. Gdy ta poszła się wykąpać, wyznawczyni Tyra odprowadziła ją wzrokiem, po czym przedstawiła się: -Jestem Rosa de Burbon, Paladynka Tyra. Przybyłam tu na rozpaczliwe wezwanie świątyni Helma, a na które odpowiedział mój kościół. Podróżuję z Yonem, to mój… pomocnik. Chwilowo przebywa w świątyni, postanowiłam dać mu wolną rękę. Miło mi was poznać.- skończyła, radośnie się uśmiechając, jakby dla „osłodzenia” tego sztywnego wywodu. Następnie uścisnęła każdemu rękę. W oczy rzuciły się jej dwie postaci. Pierwszą był mały, odziany w czarny płaszcz kobold, przy którym klęknęła i serdecznie uścisnęła łapkę. Zabawne stworzenie- pomyślała. Nie miała przy tym nic złego na myśli- od pierwszego wejrzenia polubiła humanoida. Nie chodziło o jakąś szczególna cechę- po prostu Harkh wyglądał jak wyglądał. W pewien nieokreślony sposób zaskarbił sobie sympatię paladynki. Możliwe, że to dlatego, iż kobieta miała słabość do wszystkich małych stworzeń. A może po prostu uznała, ze nie przeżyłby na powierzchni, gdyby nie był w gruncie dobry? Skoro już o słabości do stworzeń mowa, to Rosa jako ostatniemu uścisnęła łapę Wherkensowi. Choć może się to wydać niegrzeczne, poświęciła mu więcej czasu niż niejednemu towarzyszowi. Wilczek z ociąganiem powącha wyciągniętą dłoń kobiety, zupełnie jakby chciał zbadać jej charakter. Po dłuższej chwili polizał ją lekko, wsuwając swój język między jej palce. Paladynka zaśmiała się, po czym drugą ręką pogłaskała wilka po główce. Zwierzę radośnie zamerdało ogonkiem, oficjalnie przyjmując przyjazną rękę do swego stada. Gdy już wszyscy się przywitali, zauważyli niedaleko siebie Marę. Jej widok sprawiał, że serce się krajało. Oto ona, obrończyni biednych i uciśnionych, siedziała sama w karczmie, opuszczona przez wszystkich i destylowała w swym ciele alkohol. Bidulka wciąż miała poparzony policzek. - Co tam Kochanie? Wszyscy o tobie zapomnieli?- spytała troskliwym tonem, siadając obok paladynki. Wtedy też zwróciła uwagę na ranę Mary. Z bliska wyglądała jeszcze poważniej. - Daj, pomogę Ci, dobrze? – stwierdziła, delikatnie odsuwając lśniące włosy kobiety i składając dłoń na jej licu. Po wymówieniu krótkiej inwokacji rana zabliźniła się. Rosa poklepała troskliwie Bersk po ramieniu. - Słońce, a może byśmy tak poszli do domu, co? Albo choć weźmiesz tu ciepłą kąpiel i zaszczycisz nas swoją osoba jeszcze chwilkę? Tylko wiesz, myślę że zarówno Tobie, jak i kuflowi będzie lżej, jak on zostanie pusty- zażartowała, puszczając do Mary oczko. I kiedy wszystko toczyło się swoim sielankowym torem, nagle do „Smoczego Łba” wbiegł młody człowiek, nastolatek właściwie. Mógł mieć około szesnaście, może osiemnaście lat. Rosa nie zwróciłaby pewnie na niego uwagi, gdyby nie jeden, a mianowicie dwa drobne szczegóły. Pierwszym były kapłańskie szaty, które na sobie nosił. Drugim... -Luna! Luna Wisewind!- krzyknął, rozglądając się po karczmie. Gdy jego wzrok padł na Rosę, zwołał ją gestem dłoni. Był bardzo wzburzony. Choć wzburzony to niewłaściwe słowo- młody człowiek był podekscytowany misją, jaką wykonywał i w jego głosie gniew był dopiero drugą wyczuwalną emocją. -Zaczekaj na mnie Słońce, dobrze?- spytała, po czym udała się do młodzika – -Luna jest obecnie zajęta. Jeśli Aremi ma jakąś ważną-zaakcentowała- sprawę, to musisz zaczekać chwilkę. -Właściwie to ja do pani. Pani to ta nowa Paladynka, tak? -Tak, Rosa de Burbon. Miło mi poznać- powiedziała, wyciągając rękę. Była niemal przyjaźnie nastawiona do akolity. Mimo to fakt, że ten zboczeniec Aremi chce się przyczepić do Luny odebrał Burbonównie zwyczajowe „Słoneczko”. - Widzi pani, jest taka sprawa- kontynuował akolita- otóż… Ludzie w tawernie nie mogli usłyszeć dalszej części rozmowy, gdyż młodzik rozsądnie wyszeptał paladynce na ucho oskarżenia kapłana. -Rozumiem. Czy widział Lunę wychodząca z świątyni z książkami? A może choć je biorącą? Z tego co zrozumiałam zginęły i tak naprawdę nie ma żadnego dowodu na to, że Luna choć musnęła je palcem. A nawet jeśli, to mogła je odnieść na półkę, prawda? Oczywiście, zamiast przeszukać świątynie, Aremi od razu rzucił na nią oskarżenie. Typowe. Ale powiedz mi, czy złapał ją za rękę? Nie? Więc nie macie żadnego dowodu na to, że Luna coś ukradła. A jeśli najwyższy kapłan ma jeszcze jakieś domysły, to przekaż mu, że pomogę mu je rozwiać. Osobiście, o ile będzie miał odwagę. Wątpię, by potrafił spojrzeć Lunie w oczy. To wszystko, możesz odejść- stwierdziła. Młodzik chciał jeszcze coś dodać, parę razy otwierając i zamykając usta, ale najwyraźniej uznał, że nie ma nic do dodania. Rosa miała rację- nawet jeśli wiedział, że Luna wzięła ksiegi, to nie mógł tego udowodnić. Życie… - O, i bądź łaskaw przekazać memu towarzyszowi, Yonowi, że powinien się do mnie zgłosić bezzwłocznie.- rzuciła do akolity, zastanawiając się jaką rolę w tym wszystkim odegrał Early. -To na czym skończyłyśmy?- spytała, przysiadając się obok Mary.
__________________ GG 9394515 Szlaban w tym tygodniu Ostatnio edytowane przez Kaworu : 07-05-2008 o 14:29. |
| | |
| | #74 |
![]() | Idąc w kierunku świątyni drużyna poranionych bohaterów napotkała poznaną im już wcześniej Lunę oraz kolejną "zablaszoną" kobietę. Jej zbroja odbijała słoneczne promienie, a twarz rozświetlał sztuczny uśmiech, który sprawne oko zauważało bez problemu. Najwidoczniej przed chwilą jeszcze tak nie promieniała. Twarz kobiety określił w prosty dla niego sposób: - Ładna ale jakaś taka sztywna, do tego ten dziwny uśmiech, pewnie kapłanka albo kolejna paladynka... - nie jego typ kobiety. Nie rozmyślał nad tym więcej, bo więcej wiedzieć w tej chwili już nie potrzebował. Nic z początku nie mówiąc, wykombinował szybko, że nie ma nawet po co iść do tej świątyni. Wychodziło mu po prostu na to, że skoro obie kobiety pędziły w ich kierunku, to idą właśnie stamtąd i ich właśnie szukały. Pewnie coś od nich chciały, ale co? To akurat już nie grało roli, bo wszystko co chciał on to tylko chwila spokoju. Popatrzał w kierunku drogi do gospody, a następnie w stronę świątyni i rzekł krótko: - Rozumiem, że nie ma po co tam iść... - przerwał dosłownie na sekundę - No i dobrze, bo w sumie już nie ma zabardzo z czym... Chociaż... - zmierzył szybko wzrokiem rany towarzyszy - Ach, chodźmy sobie może lepiej odpocząć w karczmie, bo pewnie i tak już cała ta straż przejęła świątynie tylko i wyłącznie dla tego bubka burmistrza. - rzekł bez większego uczucia po czym nie oczekując odpowiedzi ruszył w kierunku gospody. - Chodź Wherkens, trza sobie ten dzień dobrze odespać... za dużo stresu naraz. - uśmiechnął się do swego już ruchliwego przyjaciela, tym samym nie zwracając już uwagi na dalsze rozmowy. Spacerowym krokiem, albo wręcz ślimaczym, (gdyż nie spieszył się zanadto, głównie ze zmęczenia), dotarł do budynku. Nie ruszyła go wiązanka pytań gospodarzy, czy to o zdarzenia czy to o idącego spokojnie z tyłu Siaba. Nie odpowiadając przysiadł się do pobliskiego stołu, a zaraz za nim weszła do środka reszta towarzystwa. Spojrzał ponownie na swe mocno oparzone ramię, po czym starając się nie robić z tego wielkiego problemu podniósł kufel, ledwo co dostawionego piwa. Wypił pierwszy w standardowy dla niego sposób, czyli "duszkiem", przy czym czekał już na dolewkę, a dostarczony do tego talerz z daniem uruchomił mu dziwną serię uśmiechów. Nie było jasne, czy to aby ostatnie wydarzenia nie wpłynęły mu źle na psychikę i stąd jego dziwne zachowanie, czy zwyczajnie ten szybko wypity kufel alkoholu po ciężkim dniu nie spowodował danego odchyłu. Uśmiech od ucha do ucha i chwilowe grymasy przeskakiwały mu przez twarz z momentu na moment. Najpewniej zadowolenie przecinało się z bólem i pieczeniem ręki. Nie mogąc nic na to poradzić, to się krzywiąc, to się ciesząc, wszamał najszybszym możliwym tempem ziemniaki z kaszanką pochłaniając przy tym ogórka dwoma kęsami. W międzyczasie niejaka Rosa, przedstawiła się grupie, tłumacząc coś co już dawno rozgryzł. Nie zdziwiło go też to, że jego zwierzak okazał jej przyjaźń, w końcu chował się z nim i rozpoznawanie dobrych ludzi przychodziło mu tak samo prosto, czy nawet prościej niż jemu samemu. Dziewczyna chciała go tak jak i resztę uleczyć, lecz chłopak prostym gestem odmówił - machnął niedbale ręką - najstarszy sposób na okazanie słów w stylu: "kichaj to, dam sobie radę". Wiedział bardzo dobrze, że nic tego lepiej nie wyleczy niż porządna kąpiel i wypoczynek. Dlatego też po skończonym już posiłku zawołał młodą dziewczynę, Zore i odezwał się zmęczonym choć wciąż na swój sposób wesołym głosem: - Gorącą kąpiel bym prosił... Czuć mnie na kilometr, co mój wilk potwierdza! - spojrzał z szerokim uśmiechem, choć z wciąż ukrytym cierpieniem, w kierunku dziewczyny oraz swego kudłatego towarzysza. Chwilę później kierował się już do góry, nie zwracając kolejny raz uwagi na to co działo się wokół. O dziwo jego uwagi nawet nie przyciągnęła paladynka spędzającą czas przy piwie, co było naogół czymś conajmniej dziwnym, w końcu osoba tak świecka i pije? Nie rozmyślał nad tym, był zbyt zmęczony i obolały by takim czymś sobie zaprzątać głowę, w dodatku kto po takich wydarzeniach nie miałby ochoty się napić? Ruszył na górę wchodząc w niespotykany u niego sposób - wchodził spokojnie, schodek po schodku, a nie jak zwykle - po dwa czy trzy. Wesoło uśmiechnięty dodreptał do pokoju, gdzie już czekała gorąca kąpiel. Chwile po zamknięciu drzwi z pomieszczenia dochodziły dwa różne głosy i sporo dziewczęcego chichotu.
__________________ <PEACE> Ostatnio edytowane przez ŚLePoX : 07-05-2008 o 12:49. |
| | |
| | #75 |
![]() | Yon z pewnym zaciekawieniem przyglądał sie poczynaniom Aremiego, który najwyraźniej nie był pewien, co począć. Nie bardzo było wiadomo, czy bardziej obawiał się nieprzychylnej oceny ze strony Helma, czy też powrotu nad wyraz impulsywnej Rosy de Burbon... Powędrował za kapłanem do hospicjum, gdzie od rannych, pozawijanych w bandaże, nawet nie próbował wyciągać żadnych informacji. Potem powędrowali z powrotem do gabinetu... Wreszcie kapłan przemówił. Informacje, jakimi zechciał się podzielić wniosły niewiele do sprawy. Jeśli ci herosi nie walczyli z bestią, a przeżyli tylko dzięki temu, że oddzielały ich od niej drzwi i okiennice, to niewiele mogli powiedzieć o tym, jak pokonać potwora... Zanim Yon zdążył zadać jakiekolwiek dodatkowe pytania Aremi znów przestał zwracać na niego uwagę. Yon wcale mu się nie dziwił - też nie byłby zachwycony, gdyby ktoś go okradł... I to w chwili, gdy on sam byłby zajęty pomaganiem innym... - Zamiast pomagać, kradnie... - pomyślał. - Mało sympatyczne... Osoby tego typu plasowały się bardzo nisko na jego liście. Zachowanie iście haniebne... - A może potraktowała to jako zapłatę za usługi... Niewykonane... - Ta myśl była zabawniejsza, ale nie pozwolił, by uwidoczniła się na jego twarzy. - Co to były za księgi? - spytał, gdy Aremi ochłonął na tyle by posłać za Luną swojego człowieka. Wysłuchał cierpliwie opisu trzech ksiąg, a potem wstał i powiedział: - Z pewnością księgi wkrótce wrócą - powiedział, chociaż wcale nie odczuwał takiej pewności. - Coś jeszcze zginęło? - spytał. Aremi rozejrzał się dokoła i pokręcił głową. - Nie... Nic więcej... - Do zobaczenia, kapłanie - powiedział Yon. - Poszukam tych najemników... Może powiedzą coś więcej o bestii... Wyszedł, zostawiając w biurze Aremiego, ciągle rozmyślającego o dokonanej kradzieży. Nie zaszedł daleko, gdy zatrzymał go wyraźnie wstrząśnięty Edrin. - Ta cała Rosa... - chłopak ze zdenerwowania nie potrafił dobrać słów. - Ona w ogóle mnie nie słuchała... Wcale jej nie obchodziło, co mówiłem... Nie była zainteresowana rozwiązaniem tej sprawy... Domagała się dowodów... Jakby nie mogła iść do... do Luny i sprawdzić... Parę kroków... I to ma być paladynka? - dokończył z goryczą. - Bo też to nie jest paladynka, tylko paniusia, której przewróciło się w głowie - pomyślał Yon. Na głos jednak powiedział: - Zobaczę, co da się zrobić. Gdzie jest teraz Rosa? - W karczmie "Smoczy Łeb"... To tam... - Edrin wskazał drogę, a potem ruszył w stronę światyni. Yon spojrzał przed siebie.Ruch na ulicy był dość znaczny... Było bardzo prawdopodobne, że ktoś zobaczył Lunę... I niesione przez nią wielkie księgi... Wystarczyło popytać... Trzecia z kolei zapytana osoba, kobieta stojąca w drzwiach swego sklepiku i najwyraźniej cierpiąca na brak klientów i nadmiar czasu, odpowiedziała twierdząco. - Blondynka? W poplamionej szacie? Tak... Szła od świątyni Helma i niosła jakieś księgi... Oczywiście, że ją rozpoznam... Yon podziękował uprzejmie i poszedł dalej, w stronę gospody. Przez moment stał w drzwiach, nie zauważony przez nikogo. Stojąca za barem kobieta nie odrywała oczu od elfa, siedzącego przy stole z jakimś brodaczem. Rosa, zajmująca miejsce przy drugim stole, najwyraźniej na świecie robiła czułe miny do paladynki Mary... Yon westchnął. - Odbiło jej - pomyślał. Co prawda wcześniej nie zauważył u Rosy takich skłonności, ale kto mógł wiedzieć, co kryło się w umyśle kapłanki. - Dlatego była taka wściekła na Aremiego? Zazdrość?? To też było możliwe. Pokręcił głową. - Witam - powiedział, czyniąc zadość dobrym obyczajem, a potem ruszył w stronę stołu, przy której siedziały obie kobiety. - Witam - powtórzył, nieco ciszej. - Mam nadzieję, że nie przeszkadzam... Nie czekając na odpowiedź usiadł przy stole. - Yon - wyciągnął rękę do paladynki. - Mara - usłyszał w odpowiedzi. Uścisk dłoni kobiety spodobał mu się - był taki w sam raz - ani nie za mocny, ani nie za słaby. - Jak widzę - powiedział z uśmiechem - zdążyłaś już poznać Rosę zwaną Słońce, wierną wyznawczynię Torma. Mara wytrzeszczyła oczy. - Chciałeś powiedzieć - paladynkę Tyra - stwierdziła po chwili. Z kolei Yon otworzył szeroko oczy. - Tyra? - powtórzył zaskoczony. - Jakiego Tyra? Wszak to - wskazał na wiszący na piersiach kapłanki symbol - nie jest znak Tyra... - Roso - spojrzał na kapłankę - co ty tym razem kombinujesz? |
| | |
| | #76 |
![]() | Jak ja kocham latać! Czuję się wtedy taki wolny! - mniej więcej takie myśli towarzyszyły czarodziejowi, gdy w postaci bystrookiego jastrzębia latał nad miastem. Wzbił się w powietrze, gdy tylko Johan i reszta towarzyszy wyszli z budynku ratusza na świeże powietrze. Siabo kochał latać. Zarówno w postaci ptaka, jak i w swej własnej osobie. Obie metody miały swoje dobre i złe strony. Gdy był w postaci jastrzębia miał lepszy wzrok i mógł latać nawet parę godzin przemierzając niezwykłe odległości nawet dla konnego wędrowca. Latanie za pomocą magii w ludzkiej formie, dawało mniej przyjemności i było zdecydowanie krótsze. Bo co to jest kilkanaście minut do paru godzin? Ale dzięki tej opcji czarodziej unikał nieprzyjemnego uczucia braku powietrza, jak to bywało podczas przemiany w ptaka. Gdy tylko bowiem Siabo chciał zmienić się z jastrzębia czy orła w człowieka, tracił oddech. Zdarzały mu się nawet omdlenia w takich sytuacjach. Wszystko przez to, ze jastrząb miał czy orzeł miał mniejsze płuca niż człowiek. Gdy tylko więc czarodziej stawał się znowu człowiekiem, okazywało się, że w jego płucach jest za mało powietrza i mózg jest niedotleniony. Na szczęście nie było to groźne, gdyż magia szybko nadrabiała owe braki. Siabo podejrzewał jednak nie raz, że zanim wymyślono te zaklęcie w takiej formie, w jakiej jest teraz, pewnie niejeden czarownik, ulegając transmutacji, zginał przez brak powietrza. Kiedyś Laumee Harr czytał, że pierwsi czarownicy, którzy odkryli możliwość polimorfii, zginęli w okropnych męczarniach, gdyż nie potrafili jeszcze dobrze kontrolować zmian w ich ciałach. Jak dobrze, Mystro, że nauczyłaś nas, jak używać Sztuki. Tym razem Siabo Laumee Harr nie latał dla przyjemności. Robił to dla bezpieczeństwa i dla obeznania. Właściwie to miał kilka celów. Pierwszym z nich było sprawdzenie, czy nikt nie obserwuje drużyny i nie próbuje kolejnego skrytobójczego ataku. Drugim było sprawdzenie, czy nikt nie ucieka z miejsca ataku. Czarodziej nie wierzył co prawda, by kogokolwiek w ten sposób zauważył, ale nie zaszkodziło sprawdzić. Trzecim celem było spojrzenie na karczmę. Tu jednak Siabo się zawiódł. Milval nie wywiesił znaku, o którym czarodziej mu napisał, a to oznaczało, że nie jest jednak taki odważny, na jakiego wyglądał. Szkoda. Ostatnim celem było ogólne zapamiętanie widoku i topografii miasta. Takie były ogólne cele czarodzieja. A efekty? No cóż. Nie widział nikogo, kto szykowałby się na atak na jego towarzyszy. Topografię zapamiętał dość dobrze. Był pewien, ze narysowałby nawet prowizoryczną mapę. Co do wypatrzenia jakiś ciekawych osobowości, tu akurat miał małe sukcesy. Po pierwsze w pewnym momencie zobaczył biegnącą od świątyni Lunę, a po chwili inna kobietę w zbroi. Dostrzegł, że ta druga – ta, której nie znał - miała na sobie ładną metalową zbroję, w której poruszała się dość szybko. Dostrzegł też znaki Torma dzięki bystremu wzrokowi zwierzęcia, w które się przemienił. O, kurczę - pomyślał - jeszcze jednak kapłanka lub paladynka? Nie za dużo ich tu? Gdy to myślał dostrzegł, że owa kobieta płaczę i to dość mocno. Po chwili jednak doszła do siebie. Gdy w końcu dogoniła jego towarzyszy i Lunę, wraz z nimi ruszyła w stronę karczmy, co ucieszyło maga. Mimo to na razie nie zleciał na dół, by się przedstawić. Na to jeszcze był czas. Zwłaszcza, że dostrzegł jakieś zamieszanie parę ulic obok. Oto młody i ewidentnie niedoświadczony złodziej ukradł sakiewkę jakiejś starszej pani przewracając ją przy tym brutalnie na ziemię. Złodziejaszek zaczął uciekać, gdyż wybrał do swej "akcji" złe miejsce i czas i zaraz za nim pognało dwóch krzepkich strażników miejskich. Dało to chyba siły łotrzykowi, który przyspieszył i zaczął oddalać się od pościgu. Czarodziej wiedział, że złodziej da radę uciec. Nie mógł tego tak zostawić. Nie lubił kieszonkowców, zwłaszcza tych, którzy okradają prostych ludzi. Jako tako rozumiał, gdy okradało się bogaczy. Ale ta babcia na taką nie wyglądała. Wręcz przeciwnie, kto wie, czy jeśli straci tą sakiewkę, czy nie będzie dla niej oznaczało głodu. Laumee Harr nie miał zamiaru tak tego zostawić. Poleciał za kieszonkowcem. Gdy już go prześcignął, co było bardzo łatwe, zapikował ostro w dół. Jego atak był tak nagły i szybki, że pomimo uniknięcia przez łotrzyka ran – no, może nie wszystkich - atakowany wpadł na kram z jabłkami, demolując go doszczętnie. Siabo szybko wzbił się w powietrze. Słyszał jeszcze złorzeczenia kupca jabłek i tryumf strażników, gdy dopadli złodzieja. Taki niewielki wysiłek, a taki skutek. Przynajmniej ta kobieta odzyska swoje monety, a dzieciak nauczy się, iż kradzież nie popłaca. Po tym wydarzeniu czarodziej dogonił towarzyszy. Byli już przy samej karczmie, gdy ptak zleciał na ramię Johana. Po chwili z ptaka zrobiła się śliczna, ruda wiewiórka, która przeskoczyła na ramię Ehlana. Cała drużyna już razem weszła do karczmy. Przywitały ich pytania i wielkie oczy ze zdziwienia. Było to oczywiste. Plotki o walce w ratuszu już zdążyły się roznieść, a poza tym po stanie Johana, Blajndo, a zwłaszcza Ehlana było to po prostu widać. Najbardziej zainteresowana wydarzeniami była Zora. Ma awanturniczą duszę - pomyślał mag. - Gdzie Siabo?! - powiedziała nagle. - Przecież tu jestem. - chciał powiedzieć mag, co mu się nie udało. Właśnie wtedy zorientował się, że przecież cały czas jest w formie wiewiórki. Zaczął bolesną przemianę w człowieka. - No gdzie on jest? - Pytała niemal ze łzami w oczach. Czarodziej lekko otumaniony, po dopiero co zakończonej transmutacji, powiedział cicho - Tutaj jestem - po czym chciał usiąść, choć na moment. Nie zdążył jednak, gdyż Zora wpadła mu w ramiona. Nie zaskoczyłoby go to tak mocno, gdyby nie te przeklęte zawirowania w głowie. Spojrzał na nią zaskoczony i oniemiał. Patrzyły na niego te jej wielkie zielone oczy. Przenikały jego wnętrze, ukajały jego duszę. Poczuł delikatny zapach kwiatów. Oczy Zory nie były już wystraszone. Było widać w nich pewien dziwny błysk, a także pewność siebie. Jej uśmiech był dla iluzjonisty niczym powracająca wiosna, rozbudzająca w nim wszystko, co najlepsze, a także pewną tęsknotę. Ręce Siabo znalazły się na jej talii. Chciał ją lekko przytulić, nic wielkiego, ale jej ojciec był szybszy. Stanowcze "ekhem" spowodowało, że Zora Pewna Siebie ustąpiła miejsce tej Zorze Nieśmiałej. Na jej twarzy pojawiły się rumieńce - Przepraszam... - Bąknęła spuszczając wzrok na podłogę. Siabo chwycił podbródek dziewczyny i delikatnie podniósł jej głowę tak, by ich spojrzenia się spotkały. W tym geście było coś, co nie pozwalało Zorze odwrócić wzroku. - Za co przepraszasz? Cieszy mnie, że tak reagujesz na mój widok. Pamiętaj, że Mystra czuwa nad swymi dziećmi - powiedział, rzucając szybkie spojrzenie na medalion, która Zora od niego dostała. - więc zarówno Ty, jak i ja, mamy pewne zabezpieczenie. Pamiętaj o tym. A teraz pomóż tacie w obowiązkach - powiedział i dodał już ciszej, tak, by tylko ona to słyszała - Mam nadzieję, że będziemy mieli jeszcze okazję porozmawiać. Siabo spojrzał jeszcze za Zorą, gdy ta odchodziła pomóc ojcu i matce. Czarodziej spojrzał na Milvala i zmrużył oczy. Milval zobaczył ów wzrok i lekko się zaczerwienił, a że dokładnie o ten efekt chodziło magowi, skłonił się lekko i usiadł za stołem. Po chwili już zajadał się smacznym posiłkiem i zaspokajał pragnienie. Tego czarodziej potrzebował. Podniebne loty sprawiły, że był bardzo głodny, a żona Milvala nie żałowała im strawy. Właściwie nie żałowała czegoś jeszcze, a mianowicie uśmiechów posyłanych elfowi. To jednak nie moja sprawa. - pomyślał szybko i wzruszył ramionami. Mam ważniejsze sprawy do przemyślenia. Ale najpierw kąpiel. Chciał zamówić kąpiel - niestety aż dwie osoby były od niego szybsze. Postanowił więc chwilę poczekać, wykorzystując ową chwilę na zapoznanie imienia służki Torma. -Jestem Rosa de Burbon, Paladynka Torma. Przybyłam tu na rozpaczliwe wezwanie świątyni Helma, a na które odpowiedział mój kościół. Podróżuję z Yonem, to mój… pomocnik. Chwilowo przebywa w świątyni, postanowiłam dać mu wolną rękę. Miło mi was poznać - powiedziała i uśmiechając się uścisnęła dłoń "drużynie". Siabo także się do niej uśmiechnął i rzekł : - Siabo Laumee Harr, Iluzjonista z Kruczego Urwiska. Miło poznać. Wybaczy pani, ale muszę trochę wypocząć. Mam nadzieję, że nie zostanie mi to poczytane jako niegrzeczne. Jak wypocznę, chętnie podyskutuję - ostatnie zdanie powiedział jakby do siebie, po czym znowu się uśmiechnął. Wstał i ruszył w kierunku szynku. Zastukał w blat i poczekał. Po chwili pojawił się gospodarz wychodząc z swojego pokoju. Gdy zobaczył, kto na niego czeka zatrzymał się na chwilę, nie wiadomo czy wystraszony, czy zakłopotany. Po chwili jednak podszedł. Chciał coś powiedzieć, ale czarodziej go ubiegł. - Chciałbym zająć jakiś pokój, mam nadzieję, że jest jakiś wolny? - spytał poważnie. - Jestem bowiem zmęczony i muszę pomyśleć trochę w spokoju. Prosiłbym, o ile to możliwe, o przygotowanie kąpieli. Pośpiech jednak nie jest konieczny. - Jedyny otwarty na oścież pokój jest wolny, więc można go zająć, a o kąpieli nie zapomnimy - odpowiedział nieco nerwowo Milval - Cieszę się. Idę więc spocząć. A jeszcze jedno - powiedział cicho patrząc głęboko w oczy karczmarza. - Mam nadzieję, że moja oferta zostanie jednak wysłuchana. Ta o moich przyjaciołach. Rozumiem, ze chcesz się mnie pozbyć, ale ja naprawdę niczego nie pragnę bardziej, niż tego, aby to miasto miało obrońców przed złem. Po konspiracyjnych słowach Laumee Harr skierował się do swej izby. Gdy szedł korytarzem usłyszał nagle chichot Zory, a następnie jej słowa. Po chwili Blajndo także się odezwał. To, co usłyszał, zawrzało w nim krew. Poczuł mocne ukłucie zazdrości, a także zawodu. Już chciał wejść do izby, gdzie jego nowa protegowana najwyraźniej zabawiała się z jego towarzyszem, albo raczej on zabawiał się jej kosztem, już chciał naubliżać półelfowi, a może nawet rąbnąć go w łeb! Już przygotowywał zwoje... Gdy nagle oprzytomniał. Co się ze mną dzieję? Ochłoń, musisz ochłonąć! Nawet jeśli faktycznie robią tam coś nie właściwego, to co ci do tego? Zora jest piękną dziewczyną, a Blajndo młodzieńcem. To jest naturalne. A zresztą… Co cię ona obchodzi? Ona jest tylko podobna do Twej siostry, nie jest nią! A nawet jeśli, to co? Siostrę też byś blokował? Chyba, że Zora Ci się podoba, co? - pytał sam siebie, gdy tak stał na środku korytarza. Po chwili przypomniał sobie swego mistrza Allderiona. "Masz dryg do podsłuchiwania i podglądania, a także do oszukiwania. Dlatego będziesz dobrym szpiegiem, a w iluzjach będziesz pewnie jeszcze lepszy. Jako pszyszły mistrz iluzji musisz pamiętać, że nie zawsze wszystko wygląda na takie, jakie jest. Dlatego zawsze wszystko dokładnie sprawdź!" To były słowa nauczyciela Siabo. Ten drugi spoglądał teraz na drzwi, zza których dochodziły tak drażniące go chichoty. Domyślił się, że to wcale nie musi wyglądać, na to, co w pierwszej chwili wyglądało. Blajndo i Zora mogli rozmawiać o sztylecie bądź mieczu lub łuku pijąc przy tym wino. Ot cała sytuacja. Ładnie bym się ośmieszył, gdyby tak w istocie było. - pomyślał. Chciał ruszyć się z miejsca, lecz nie mógł. Coś nie dawało mu spokoju. Muszę to sprawdzić, bo nie zaznam spokoju. Jak? To proste. W końcu jestem szpiegiem. Czarodziej rozejrzał się. Upewniając się, że nikt go nie widzi, zmienił się szybko. Malutki, włochaty, czarny pająk wspiął się po drzwiach i przez szparę na dość dużej wysokości, tak, żeby wilk nie mógł do niego doskoczyć, wszedł do pokoju, gdzie Blajndo brał kąpiel.
__________________ "wszystko to marność i pogoń za wiatrem" gg:4546332 Ostatnio edytowane przez Thanthien Deadwhite : 07-05-2008 o 17:23. |
| | |
| | #77 |
![]() | Elhan szedł razem z kompanią przez brudne i zakurzone ulice Rath. Uliczny pył wlatywał mu do otwartej rany przez co przedramię piekło jeszcze bardziej. Przycisnął rękę do boku starając się o niej nie myśleć i szedł dalej kierując się za zamazanymi postaciami. Kolejne kroki nie przychodziły mu z łatwością. Miał nadwyrężone prawie wszystkie mięśnie i dodatkowo przypaloną skórę w miejscach nie osłoniętych przez zbroję. Twarz co rusz przecinał grymas bólu. Marzył o gorącej kąpieli i miękkim łóżku, które dałoby mu zasłużony wypoczynek. Gdy od świątyni grupę dzieliło kilkaset metrów nagle znikąd pojawiła się niedawno poznana Luna. Początkowo elf miał trudności z jej rozpoznaniem, jednak, gdy powitała towarzyszy wojownik poznał po głosie, że to ona. - Miło Cię widzieć. - pozdrowił kronikarkę krzywiąc twarz w niezgrabnym uśmiechu spowodowanym radością połączoną z bólem. Kilka chwil po dołączeniu Luny do maszerującej kompanii przybiegła inna kobieta. Podeszła do kronikarki i rozpoczęła z nią dialog. Elf nie miał zamiaru się wtrącać i dopytywać nowo przybyłej kim jest. W tej chwili interesowało go jedynie dotarcie do karczmy. Gdy dało się już widzieć iglice świątyni, Blajndo zwrócił się do wszystkich: "- Rozumiem, że nie ma po co tam iść... - przerwał dosłownie na sekundę - No i dobrze, bo w sumie już nie ma zabardzo z czym... Chociaż... - zmierzył szybko wzrokiem rany towarzyszy - Ach, chodźmy sobie może lepiej odpocząć w karczmie, bo pewnie i tak już cała ta straż przejęła świątynie tylko i wyłącznie dla tego bubka burmistrza. - rzekł bez większego uczucia po czym nie oczekując odpowiedzi ruszył w kierunku gospody." - Racja... - rzekł do tropiciela - Kapłani z pewnością mają pełne ręce roboty przy burmistrzu i jego obstawie, a moje rany nie są aż tak poważne, żeby udawać się do świątyni. Domowe sposoby są niemal równie skuteczne, co magia lecznicza. - w gruncie rzeczy tak było. W Cormyrze, wśród lasów, gdzie można było u miejscowych druidów dostać zioła na każde schorzenie. Jednak w Rath, w dodatku na pustkowiu, niewątpliwie elf miałby kłopoty ze znalezieniem jakiegokolwiek zielarza. "No nic, bez domowej magii też się obędzie..." - pomyślał wzdychając. W końcu ekipa dotarła do karczmy, w której zaatakował ich potwór. W środku nic się nie zmieniło. Bywalców o tej porze można było policzyć na palcach jednej ręki. Każdy pogrążony w zadumie popijał sobie piwo, nadając temu miejscu jeszcze bardziej monotonny nastrój. Siabo w postaci wiewiórki, teraz siedzący na ramieniu elfa zachichotał, jak to wiewiórki mają w zwyczaju i zeskoczył na ziemię. Elf uśmiechnął się, gdy nieoczekiwanie z kuchni wypadła Zora i zdenerwowana brakiem Iluzjonisty, zapytała o niego. Wkrótce Siabo przemienił się z powrotem w człowieka, a Zora rzuciła mu się natychmiast na szyję. "Może ta przygoda da nam coś więcej niż tylko bogactwa i uznanie. Może nawet zakiełkują pierwsze poważniejsze związki? Kto wie?" - pomyślał przyglądając się parze. Gdy przyniesiono strawę i chłodne piwo Elhan zasiadł do stołu, a zapach pieczonego mięsa i gotowanych ziemniaków wywołał przyjemny dreszcz na ciele elfa. Nie czekając długo zabrał się za pałaszowanie tego co miał na talerzu. Kilka razy jego wzrok odciągnęła od talerza zgrabnie poruszająca się w tę i z powrotem pupa żony Mivala. Kilka razy nawet puściła mu ukradkowe spojrzenie i mały uśmiech, choć Elhan z powodu swojego nadal niedoskonałego wzroku z trudem to zauważył. "Ciekawe czy kryje się za tym jakaś propozycja?..." - uśmiechnął się przebiegle. - "Zaraz zobaczymy czy żona Mivala szuka odskoczni od monotonnego życia u boku prostego karczmarza czy to tylko puste, nic nie znaczące spojrzenia." Elf nie miał żadnej kobiety już od bardzo dawna, a w ich kwestii był raczej wolnym strzelcem. Ot, trafiła mu się kiedyś krótka młodzieńcza miłość, niedługo po tym jeszcze jedna. Na tym poprzestał, gdy wyruszył w świat. Dokończył niedawno przyniesioną mu potrawę i przez chwilę siedział w milczeniu razem z Johanem z wolna popijając chłodne piwo. Już miał się spytać wojownika co znaczyło to przedstawienie, które odegrał w Ratuszu, lecz wolał zostawić to na później z tego powodu, że mogło to wywołać nieprzyjemne wspomnienia z przeszłości. Nie chciał mu jeszcze bardziej psuć, sądząc po smutnej minie, popsutego nastroju. Wkrótce do stolika dosiadła się kobieta, która dołączyła do grupy w drodze do karczmy. Przedstawiła się jako Rosa de Burbon, paladynka Tyra. - Witaj, Roso... Dobrze, że przybyłaś do tego przeklętego miasta. - rzekł do nowo przybyłej - W tych czasach tacy jak Ty są bardzo potrzebni temu miasteczku, choćby niosąc ukojenie mieszkańcom. Zawsze to jakaś nadzieja dla Rath, gdy szeregi awanturników powiększają się w obliczu obecnego zagrożenia. - ścisnął stalowa dłoń paladynki i dopił piwo. "Czas na kąpiel." - pomyślał i wstał od stołu, po czym ruszył w stronę lady, gdzie pracowała żona Mivala. Po tym, jak karczmarz zniknął w kuchni nigdzie później nie było go widać. Oparł się o ladę i rzekł do barmanki: Prosiłbym o kąpiel. Moje ciało bardzo się tego domaga od kilku dni. - rzekł do żony Mivala uśmiechając się i patrząc jej prosto w oczy. |
| | |
| | #78 |
![]() | Johan Blavith "Każdy ma demony, z którymi musi się uporać. Najłatwiej jest z przyjaciółmi..." Gdy te zdania wypłynęły z ust iluzionisty, Johan podniósł głowę i spojrzał Siabo prosto w oczy. Mężczyzna był wdzięczny magowi. Posłał mu spojrzenie w którym dziękował za te pokrzepiające słowa. Następnie wojownik stanął w drzwiach czekając aż reszta drużyny się pozbiera. Gdy do tego doszło czarodziej z uśmiechem stwierdził, iż odrobina magii nie zaszkodzi, po czym cofnął się do tyłu i zaczął żywo gestykulować wymawiając przy tym jakieś nieznane słowa. Wszyscy tymczasem czekali z niecierpliwością co teraz zaprezentuje im Laumee Har. Po chwili ów człowiek zaczął się kurczyć. Jego odzienie zaczęło wnikać mu w skórę a rysy na twarzy stawały się ostrzejsze. W końcu przed wszystkimi zgromadzonymi w pokoju burmistrza stanął piękny jastrząb. Ten zaraz wzbił sie w powietrze i wylądował na ramieniu Blavitha. Czemu akurat ja? - pytał sam siebie mężczyzna - nie zrobiłem nic, aby zaskarbić sobie Twoje zaufanie, a jednak wybrałeś mnie... - kontynuował myśl. Brodacz delikatnie pogłaskał po głowie zwierzę stojące na jego ramieniu mówiąc w tym czasie: - Nie żebym coś sugerował, ale tak chyba lepiej wyglądasz - stwierdził uśmiechając się nieznacznie. Zaraz potem cała drużyna wyszła z ratusza. Gdy tylko Siabo ujrzał nad sobą błękitne niebo odbił się lekko od ramienia najemnika i wzbił się w powietrze. Tymczasem reszta drużyny idąc w ślady za Blajndem skierowała się do karczmy. Johan szedł na czele grupy razem z półelfem dlatego nawet nie zauważył, że do grupy dołączyły dwie osoby. Zaraz po młodzieńcze wszedł wojownik, skinął karczmarzowi głową i skierował się do stołu. Kątem oka spostrzegł, iż kilka stołów dalej siedzi Mara popijając piwo dlatego znalazł sobie miejsce w cieniu, by nie rzucał się w oczy. Ponownie zrobiło mu się bardzo głupio. Uwagę wszystkich przykuła niepokojąca się o iluzionistę Zora. Dopiero, gdy odnalazła ramiona swego nowego przyjaciela uspokoiła się, obruszył się natomiast Mival, który znaczącym "ekhem" przywołał dziewczynę do porządku. Wszyscy usiedli przy stole. Dopiero teraz najemnik zorientował się że drużyna wzbogaciła się o kolejną osobę. Była to ładna kobieta o długich blond włosach cała zakuta w zbroję. Przedstawiła się jako Rosa de Burbon paladynka Tyra, która przybyła by pomóc miastu zwalczyć drzemiące tu zło. Kobieta wydała się jednak brodaczowi podejrzana. Przedstawiła się jako paladynaka Tyra, lecz na piersi widniał znak Torma. Co ona kombinuje? - pomyślał człowiek. Jednak mimo podejrzeń przedstawił się: - Johan Blavith, poszukiwacz przygód. Bardzo mi miło Panią poznać. Cieszę się że tak zacna osoba pomoże nam uwolnić to miasto od zła - gdy wypowiedział te słowa musnął delikatnie wargami dłonie kobiety. A za leczenie podobnie jak kolega dziękuję, nie skorzystam. Przyda się ono bardziej rannym - kontynuował. Niektórym mogłoby się wydawać, że mówił tak by się podlizać, lecz Blavith miał to w nosie. Nie podlizywał się. Po prostu ukazał szacunek kobiecie a w dodatku paladynce jeśli na pewno nią była. Tak czy inaczej po wymienieniu uprzejmości karczmarz postawił przed każdym kufel zimnego piwa oraz strawę. Mężczyzna machinalnie sięgnął po kufel, lecz zaraz go odstawił. Przypomniał sobie co było przyczyną jego wczorajszej niedyspozycji. Być może alkohol przyczynił się również do jego zachowania u burmistrza. W końcu spożył go dużo a spał krótko... Lecz z drugiej strony. Wydarzenia z dzisiejszego dnia były trochę nerwowe. Kufel piwa na pewno kojąco wpłynie na zdrowie. Przyniesie pożądane odprężenie, zaspokoi w nieznacznym stopniu alkoholowy głód, pomoże znieść hańbę... Blavith nerwowo rozejrzał się po pomieszczeniu. Spojrzał na Marę. Ona również na niego patrzyła, lecz po chwili spuściła wzrok. Johan ponownie sięgnął po kufel i ponownie go odstawił. Są dwa sposoby aby rozwiązać ten problem. Albo się napić, albo jej wytłumaczyć dlaczego tak się zachowywałem - stwierdził w myślach. Decyzję już podjął, lecz ciężko było mu wstać i podejść do Mary. Brakowało mu odwagi, nie po raz pierwszy... Gdy w końcu zebrał się w sobie i zamierzał wstawać Rosa uprzedziła go. Mężczyzna przeklną pod nosem. podniósł do ust naczynie z chmielowym trunkiem i odstawił z hukiem ulewając trochę nawet nie skosztowawszy tym samym ściągając na siebie wzrok towarzyszy. Siedział teraz sztywno z rękami na stole zaciskając mocno pięści. Trzeba było iść wcześniej - karcił się w duchu. Na szczęście los dał mu drugą szansę, gdyż do gospody wszedł młody chłopak wołając Lunę, która nie tak dawno poszła zażyć kąpieli. Zamiast Luny do chłopaka podeszła Rosa de Burbon wdając się z nim w rozmowę. W tym samym czasie Johan szybko znalazł się obok Mary i wykorzystując to, że jest obecnie sama powiedział: - Wybacz mi Pani moje zachowanie. Bardzo przypomina mi Pani osobę, którą darzyłem niezwykłym uczuciem, lecz niestety nie dane jej było dożyć późnej starości. Przesadziłem wczoraj z alkoholem i pewnie dlatego miałem dzisiaj jakieś urojenia. Proszę jeszcze raz o wybaczenie, po prostu muszę się przyzwyczaić do obecnej sytuacji - mówił z opuszczoną głową nie mając odwagi spojrzeć kobiecie w oczy. Kątem oka dostrzegł, że paladynka już wraca. A teraz już nie przeszkadzam i przepraszam, że zabrałem Pani czas - skończył po czym odwrócił się i wrócił do stołu. Czuł się trochę lepiej po tym co zrobił, lecz kilka chwil później głód alkoholowy powrócił. Teraz wojownik mocował się tylko z kuflem piwa. Już wole te pieprzone tygrysy czy kule ogniste - pomyślał wstając od stołu. Harkh jak chcesz to weź moje piwo - powiedział do kobolda, który zabrał kufel swego ludzkiego przyjaciela i poszedł z nim na górę. Brodacz podszedł i zwrócił się do Mivala: - Przygotuj mi za dwie duże klepsydry balię z ciepłą wodą. Oto zaliczka - mówił wyciągając połowę należnej kwoty i wręczając ją karczmarzowi. Następnie mężczyzna wyszedł z gospody mijając w drzwiach jakiegoś młodego chłopaka ubranego po podróżnemu. Teraz jednak nie zwrócił na niego większej uwagi. Chciał się znaleźć jak najdalej od karczmy. No to czeka mnie spacer - stwierdził pod nosem. |
| | |
| | #79 |
![]() | Spokój na pięterku karczmy przerwał dosyć głośny śmiech młodej dziewczyny oraz słowa: - Tylko nie możemy nachlapać, ojciec się wnerwi... - Nie bój się, najwyżej posprzątamy razem - odpowiedział spokojnym głosem chłopak, po czym dało się usłyszeć chlupanie wody. Zora co kilka chwil chichotała z niewiadomych przyczyn, do tego dzwięki pluskania wody mogły pomóc każdej wyobraźni. Wypowiadane słowa tym bardziej dawałyby do myślenia i niewiele było by trzeba, aby zainteresować jakiegokolwiek "samca" i skusić go do próby podlądnięcia: - Jeszcze nigdy nie widziałam czegoś takiego, wszystkie takie są? - Mój jest wyjątkowy - odezwał się Elf z wyraźną dumą w głosie. - Ojej, duży jest... - zachwyt dziewczyny był bardzo wyraźny. - Chcesz to go dotknij, nie bój się - Blajndo czarował ją swoim miłym głosem, niczym wyrachowany Demon. Ręka dziewczyny powędrowała w kierunku mokrego wilka. Siedział lekko skulony w sporych rozmiarów misce, pełnej gorącej wody - ewidentnie nie lubił tego typu kąpieli. Pogłaskała go i ponownie zachichotała. Mina Wherkensa ukazywała wyraźne niezadowolonie, a w oczach miał smutek i lęk, co w połączeniu z jego rozmiarami i mokrą sierścią ukazującą jego dokładne kształy dawało dosyć zabawny efekt. Oboje siedzieli przy wilku, przy czym chłopak szorował niezbyt zadowolonego zwierzaka obiema rękoma. Każdy widzący tego typu sytuacje z pewnością straciłby zainteresowanie ich konwersacją, gdyż była to typowa rozmowa dwojga młodych ludzi, gdzie chłopak najwyraźniej próbował zaciekawić dziewczynę, opowiadając jej o poszczególnych częściach swego jak narazie krótkiego choć całkiem niebezpiecznego życia awanturnika. Zniknęła jego wcześniejsza niechęć do wszelkich rozmów, zachowywał się tak jakby przyjaźnili się od dziecka. Być może gdzieś w głębi siebie miał on ochotę na romans z młodą dziewczyną, lecz nie dało się tego aż tak bardzo po nim poznać. Zachowywał się typowo po przyjacielsku, czarując Zorę nieświadomie. Jej uroda i cała jej dziewczęca nieśmiałość budziła w nim samcze zapędy, lecz jego wewnętrzne dobro niepozwalało mu na wyrządzenie jej jakiejkolwiek krzywdy. Trwali tak przez dłuższy czas, dziewczyna zadawała pytania, a chłopak dumnie z chwilami na przemyślenia odpowiadał jej. Ot, zwyczajna konwersacja między dwojgiem młodych i rozbawionych ludzi.
__________________ <PEACE> |
| | |
| | #80 |
![]() | Wydarzenia w karczmie toczyły się leniwym, spokojnym biegiem, choć nie zawsze do końca tak całkiem normalnym. Rosa de Burbon po wcześniejszym uleczeniu rozmawiała teraz z Paladynką Marą Bersk, choć raczej cała ta rozmowa przypominała mocne spoufalanie się. Zdziwiona wyznawczyni Helma przez dłuższy czas wpatrywała się w mówiącą do niej kobietę, po czym porządnie upiła piwa. - Dziękuję za uleczenie - Mara się w końcu odezwała wyjątkowo poważnym tonem, spoglądając na Rosę przymrużonymi oczami - Jestem Mara Bersk, Paladynka Helma - Pojawił się dziwny nacisk na dwa ostatnie słowa - Ty twierdzisz więc Roso, że jesteś Paladynką Tyra, nosząc symbol Torma, i lecząc poszkodowanych magią używaną przez Kapłanów, ciekawe, ciekawe... Mara nie dokończyła, a Rosa nie odpowiedziała, do karczmy wpadł bowiem Erin, młodzik pomagający w świątyni. Przez dłuższą chwilę rozmawiał z nią o czymś dosyć cichym tonem, choć widać było, że jest czymś wyraźnie przejęty. Wtedy też do miejscowej Paladynki dosiadł się Yon, wprowadzając do rozmowy jeszcze nieco więcej zamętu. Pojawił się również brodaty jegomość, należący licznej grupy awanturników przebywających w karczmie. Zaczął jej tłumaczyć kilka spraw, a ona spokojnie wysłuchała, Łotrzyk zaś przez chwilę poczuł się jak przysłowiowe piąte koło u wozu. - Nie martw się niczym, zdarza się. Wielu utraciło kogoś bliskiego, taki już jest ten świat, choć powinniśmy o to zadbać, by nie był. Także nie ma co wybaczać Johanie - Minimalnie się do niego uśmiechnęła, chociaż nie do końca było pewne, czy mężczyzna z nieco opuszczoną ku stołowi głową to zauważył. Dalszej rozmowy już jednak nie było, powróciła Rosa, a Johan szybko odszedł, nic już nie mówiąc. Mara spojrzała na nadchodzącą kobietę, następnie na Yona, po czym głośno odetchnęła. - Skończyłyśmy na próbach ustalania kim jesteś Roso de Burbon - Dopiekła jasnowłosej Mara, a Yon udał, że drapie się pod nosem, by zamaskować śmiech. ~ - Oczywiście panie, proszę za mną - Żona Mivala z drapieżnym wzrokiem kocicy uśmiechnęła się do Elhana, po czym wskazała dłonią na schody prowadzące na piętro. Elf ruszył więc za nią, mając przy pokonywaniu schodów naprawdę doskonały widok przed sobą, odnosząc wrażenie, że kobieta kręci wyjątkowo mocno biodrami tylko i wyłącznie dla niego. Na jego ustach pojawił się perfidny uśmiech. Na piętrze znajdował się mały składzik, z którego "gospodyni" wyciągnęła balię, i po kolejnym, kokieteryjnym zdaniu, poprosiła Elhana, by pomógł jej ją przenieść do izby. Wojownik pomógł więc, wyjątkowo często gapiąc się na biust kobiety, a ona nie skrywała się z faktem, że doskonale zdawała sobie sprawę na co się patrzy. Gdy byli już w izbie opuściła go na chwilę, schodząc na dół i niemiłosiernie przy okazji się drąc: - Zora!!. Sergor!!. Woda na kolejną kąpiel!!. W tym też czasie Elhan zaczął się powoli rozbierać (choć bez przesady z szybkością), w końcu za chwilę miały się w jego pokoju pojawić dzieciaki. Odpiął więc pas z mieczem, zdjął łuk i kołczan, ściągnął zbroję łuskową. Córka i syn kobiety nosili w tą i z powrotem wodę na kąpiel, a ona wlewała ją do balii. Gdy jej pociechy zniknęły w końcu z pustymi wiadrami, gospodyni niespodziewanie zamknęła drzwi na klucz, po czym powoli ruszyła w stronę Elfa. Stanęła wyjątkowo blisko niego, z czarującym uśmiechem i patrząc mu wzrokiem pełnym pożądania prosto w oczy. Dotknęła, a następnie pogładziła dłonią jego tors. - Czy twoje ciało panie... domaga się tylko kąpieli? - Szepnęła drżącym tonem, a on zdał sobie sprawę, że nie wie nawet jak ona ma na imię. Była dojrzałą kobietą, urodziła już dwójkę dzieci, tu i tam miała kilka centymetrów za dużo, ciało już nie tak gładkie i sprężyste jak u młódki, czy chociażby jej córki, jednak jak to mawiają o winie, że im starsze tym lepsze, podobnie było z kobietami?. ~ Siabo Laumee Harr nie wytrzymał. Co prawda nie wpadł w szał, nie wleciał tam z wrzaskiem przez drzwi, nie zaczął "rozróby", mimo jednak wszystko sytuacja za drzwiami izby popchnęła go do działania. Zora sam na sam z Blajndo, a Półelf do brzydkich nie należał, ona młoda, on też... . Przemienił się szybko w pająka, po czym dostał przez szparę nad drzwiami do izby. Jego wyobraźnia już pędziła własną drogą, wyobrażał sobie, że Zora i Blajndo, nadzy baraszkują w balii, a on nie mógł temu niejako zaradzić. Sam nie wiedział, czy czasem nie podkochuje się w dziewczynie najprawdziwszą miłością, czy jedynie siostrzano-braterską i sam nie wiedział, co zrobi jeśli oni... . Pająk przypatrując się parce w pokoju swoimi ośmioma ślepkami jakby mógł, to by głośno odetchnął z ulgą. Elf i Zora najzwyczajniej w świecie kąpali wyraźnie niezadowolonego z tej czynności wilka. Uffff... . Uspokojony Siabo przypatrywał się jednak dalej. Patrzył na młodą dziewoję, dziwnie rozkoszując się jej widokiem. Każdy ruch, śmiech, słowo, poruszenie ust, wszystko wydawało mu się niezwykle miłe dla oka, można nawet rzec, że piękne. Rudowłosa smarkula najwyraźniej naprawdę zawróciła mu w głowie, a Magowi zaczęło się wydawać, że nie tylko jemu. Blajndo również od czasu do czasu patrzył na Zorę tym specyficznym wzrokiem, wzrokiem mężczyzny pożądającego kobiety. Siabo postanowił więc "mieć na niego oko".Dalsze podglądanie zakończył jednak krzyk matki rudowłosej. Nawoływała swoje dzieci do pracy, potrzebując pomocy w przygotowaniu kolejnej kąpieli. Czy w obecnej chwili w karczmie zapanował Czas Wielkiego Mycia?. Zora szybko pożegnała się więc z Blajndo, zostawiając go już samego z wilkiem w izbie. Na Półelfa również czekała balia z wodą, dużo większa od tej w której przebywał obecnie Wharkens. Kurde czyścioszki... . ~ Johan Blavith postanowił się poszwendać po mieście bez celu po mieście, miał wiele spraw do przemyślenia, a przede wszystkim do uporządkowania. Nie odstraszyły go nadciągające ciemne chmury, nie zwracał również większej uwagi na miastowych na ulicach. Szedł mocno zadumany nad samym sobą oraz ostatnimi wydarzeniami w których uczestniczył. Miał wewnętrzne rozterki, wnerwiał się na samego siebie i swoje częste, nietypowe zachowanie, równocześnie było mu jednak i jakoś tak... samotnie. Nie dość, że nie potrafił dojść ze sobą samym do ładu, to relacje z pozostałymi drużynowymi towarzyszami również pozostawiały wiele do życzenia. Obecnie potrafił się tylko dogadać z Harkh'iem, nie zawsze jednak obaj traktowali się całkiem serio. Pociemniało i zagrzmiało. Johan naciągnął na głowę kaptur, nawet nie spoglądając w niebo. Szedł dalej prosto przed siebie, ulicami Rath, gdziekolwiek go zaprowadzą... . Wśród błysku i następującego po nim niemal natychmiast grzmotu w końcu lunęło wyjątkowo obficie, a on nadal mozolnie szedł i szedł. Ulice niemal całkowicie opustoszały, gdy wszyscy czmychnęli gdzie kto tylko mógł, by nie moknąć w ulewie. Tu i tam mężczyzna mijał zebranych pod dachami ludzi, dyskutowali sobie na błahe tematy, dzieci śmiały się i piszczały jednocześnie przy każdym kolejnym błysku i grzmocie, podobnie jak wiele kobiet. Johan również tak chciał. Chciał mieć całkiem prostackie, zwyczajne życie pozbawione problemów i bólu. Przede wszystkim bólu, drążącego jego serce już od tak dawna. Mieć żonę, gromadkę dzieci, całkiem zwyczajnie, tak po prostu... . Zatrzymał się i podniósł głowę w górę, spoglądając w ciemne niebo. Na jego twarz zaczął padać deszcz, choć nie tylko od niego zrobiła się ona wilgotna. Zamknął na chwilę oczy, z wciąż uniesioną ku górze głową. - Hej brodaczu! - Usłyszał gdzieś z boku. Nie zareagował, był w tej chwili daleko. Był w przeszłości, przy niej. - Zmokłeś jak kura brodaczu - Ten sam głos co wcześniej wyrwał go ze wspomnień. Powoli odwrócił głowę w bok, naprawdę nic mu się nie chciało. Wśród dwóch budynków, w wąskim i półmrocznym zaułku siedziała na beczce... półnaga kobieta. Wyglądała naprawdę pięknie, zupełnie niczym jakaś ulotna Nimfa czy też Driada, i za cholerę nie pasowała do miejsca w którym przebywała. Jej przemoczona suknia stała się już półprzeźroczysta ukazując naprawdę wiele, a mokre włosy zdawały się lśnić niczym poranna rosa na liściach. Najbardziej zadziwiło go jednak, że była boso. Zlustrował ją uważnie z góry na dół, a kobieta w tym czasie wyciągnęła "skądś" najzwyklejszą drewnianą fajkę, po czym nabiła ją tytoniem i zapaliła. Spojrzała na niego i uśmiechnęła się swoimi kształtnymi ustami. ![]() W zaułku tak mocno nie padło jak na głównej ulicy... . - Jesteś jednym z tych awanturników co? - Spytała pykając z fajki, a Johan poczuł aromatyczny tytoń. To nie mogła być ulicznica, była zbyt bogato ubrana, więc ekskluzywna kurtyzana?. Tylko co taka by robiła w takiej dziurze jak Rath?. ~ Luna Wisewind po wzięciu ciepłej, odprężającej kąpieli, owinęła się kocem, i tylko w nim usiadła do małego biurka w swojej izbie. Za oknem grzmiało już i padało, zapaliła więc małą lampę naftową. Z pełnym skupieniem na twarzy zaczęła przeglądać księgi ze świątyni, strona po stronie, szukając uważnie interesujących ją rzeczy. Kronika miasta nie przyniosła jednak zbyt zadowalających efektów, ot po prostu spisane zwykłe wydarzenia mające miejsce w Rath, dnia 15 Ches, Roku Węża ślub tego i tego z tą i tą, dnia 3 miesiąca Mirtul wypadek wozu, dwóch rannych, dnia 13 miesiąca Mirtul wielki festyn z powodu urodzin Barona Chernina i tym podobne, nic nie znaczące "pierdoły". O wypadkach, czy też raczej "niewyjaśnionych zgonach" również niewiele napisano, w każdym przypadku ledwie po dwa zdania, i z tych zapisków Luna nie dowiedziała się nic więcej, ponadto co już zasłyszała o tajemniczych wydarzeniach w Rath. Z księgą o miksturach i ziołach było już o wiele lepiej, Luna natrafiła na bardziej interesujące ją zapiski, rozpisane na wiele stronic. Krok po kroku przedstawiono jak stworzyć Eliksiry leczenia, zaczynając od leczenia lekkich ran, poprzez średnie i kończąc na poważnych. Były również notatki o stworzeniu Eliksiru ciężkich ran (krytycznych), ponoć jednak niewielu potrafiło go przygotować. Oprócz tego opisano sposób przyrządzania "Olejku wieczności", opisano działanie i typowe miejsca występowania zioła cassil i korzenia nara, środków antykoncepcyjnych, odpowiednio dla mężczyzny i kobiety... . Luna nie potrafiła raczej żadnej z tych rzeczy samodzielnie stworzyć, wiedza ta mogła jej się jednak przydać w przyszłości. Ostatnia z ksiąg, zawierająca informacje o "Wszelakich sposobach leczenia" okazała się tak wyjątkowa, że kobieta niemal przyklasnęła w dłonie. Były tam dokładne opisy inkantacji zaklęcia "Usunięcie choroby", "Usunięcie paraliżu", "usunięcie ślepoty i głuchoty". Kobieta ciesząc się niczym dziecko chwyciła za swój modlitewnik, by zabrać się za przepisywanie, gdy z niewiadomych przyczyn pojawiło się dziwne uczucie. Na skórze jej rąk pojawiła się "gęsia skórka", a ją przeszedł dreszcz. Czuła się jakby... ktoś się na nią gapił. Powoli przeniosła wzrok na okno. Wśród ulewy i bijących gromów ktoś kucał na sąsiednim budynku po drugiej stronie ulicy, wpatrując się prosto w jej okno, prosto w nią. Z kilkunastu metrów nie potrafiła rozpoznać czy był to stwór czy człek, kobieta czy mężczyzna, zwłaszcza, że ów ktoś miał na sobie obszerny płaszcz z naciągniętym na głowę kapturem. Serce kronikarki zaczęło bić szaleńczym tempem, a oddech mocno przyspieszył. Kto to był, czego chciał?. Aremi??. Czy to on?. Obserwuje ją, chce znowu skrzywdzić?. Kolejny błysk trzaskającego pioruna oślepił kobietę dosłownie na sekundę, a gdy ustał, nikogo już tam nie było... . ~ ~ Niemal godzinę później, wciąż wśród trwającej ulewy. - Maro! - Do karczmy wpadł przemoknięty strażnik, niemal wyważając drzwi przybytku, i wpuszczając powiew deszczowego powietrza - Maro wstawaj!. Ktoś jest w opuszczonym magazynie!. Tam gdzie miesiąc temu pięciu naszych... - Mężczyzna nie dokończył, łapiąc powietrze po biegu. Paladynka spojrzała na niego z wyjątkowo zaciętą miną, po czym podniosła się gwałtownie z miejsca, chwytając swoją lewą dłonią za tarczę opartą o nogę stołu. - Idziemy! - Ryknęła, starając się przekrzyczeć trzaskający wśród ulewy grom. Spojrzała na Rosę i Yona, przez chwilę wyraźnie nad czymś myślała... . - Zabito tam pięciu naszych strażników, nigdy nikogo nie schwytano. Być może był to nękający miasto potwór. Przyda mi się pomoc, pójdziecie?!. ~ Blajndo po wyszorowaniu Wherkensa, i samemu zaliczeniu kąpieli, zdrzemnął się nieco zmęczony wydarzeniami dnia w łożu. Obudziło go grzmienie i deszcz oraz wilk, wesoło skaczący po nim, ledwie Półelf otworzył jedno oko. Nie widząc innej możliwości wojownik zszedł na dół, mając ochotę coś przekąsić, czy może się czegoś napić. Nie mając chwilowo większych zmartwień na głowie opuścił izbę, na korytarzu usłyszał jednak coś, co dało mu naprawdę wiele do myślenia. Odgłosy kobiety i mężczyzny, naprawdę specyficzne odgłosy dochodzące zza drzwi jednego z pokoi. Jej jęki mogły świadczyć tylko o jednym... uśmiechnął się pod nosem, po chwili rozdziawił jednak nieco gębulkę. Ten głos należał do żony Mivala!!. Całkowitego szoku dopełniły jednak słowa kobiety jęczącej "o tak, mój Elfiku". Elhan!!!!!!!. Blajndo zbiegł po schodach jakby goniła go sama (nie)sławna bestia terroryzująca miasto. W głównej sali karczmy nie było już nikogo. Towarzysze gdzieś znikęli, podobnie Rosa i Yon i Paladynka Mara. Po chwili z kuchni wyszedł mocno wstawiony Mival, zobaczywszy Półelfa uśmiechnął się pełną gębą. - Heeeeeeeeeeej przyjacielu, hep, chcesz się napić?. Mam tu wszystko co trzeba, piwa dwa rodzaje, win chyba z tuzin. Golniemy sobie!. A powiedz no, nie wiesz gdzie moja stara się szwęda?. ~ Siabo wrócił do swojej izby, podejmując wcześniej zamierzoną czynność. Usiadł na krześle na wprost okna, wpatrując się w deszcz trzaskający po szybie. Miał naprawdę wiele do przemyślenia, naprawdę wiele. Chyba jako jedyny z całej grupy podchodził poważnie do zadania jakie im powierzył Burmistrz Lance. A było tak wiele pytań bez odpowiedzi, tak wiele wątpliwości... . Po kwadransie i jemu jednak przerwano rozmyślanie. Rozległo się ciche pukanie do drzwi, a gdy spytał nie otrzymał odpowiedzi. Dopiero za drugą próbą zdołał rozpoznać cichy szept, wymawiający własne imię. Zora. Rozmawiali na wiele tematów. Ona siedziała na jego łóżku, Mag na krześle przy oknie. Opowiadali sobie wzajemnie o życiu, niespełnionych marzeniach i tych na przyszłość, wydawałoby się, że o błahostkach, rozmowa była jednak wyjątkowa. On, o wiele od niej starszy, ona, z zapadłego miasteczka na końcu Faerunu, a mimo to mieli wiele wspólnych tematów. Pochłaniał całą duszą po raz kolejny każdy jej gest, uśmiech, słowo. Dziewczyna bała się burzy i co błysk prawie piszczała, a on śmiał się i ją pocieszał. W pewnym momencie spojrzał w okno i nad czymś się zamyślił, zapomniał chwilowo o niej, a jego umysł analizował wiele myśli. Dotyczyły one w tej chwili jednak tylko jej i jego, o potworze przez moment zapomniał. - Boję się - Szepnęła, wyrywając go z zamyślenia, i okazało się, że Laumee nieświadomie odwrócił krzesło na wprost okna, a Zora stała teraz za nim. Położyła delikatnie dłoń na jego ramieniu - Boję się o mojego brata, o moje życie. Kolejny błysk wraz z towarzyszącym grzmotem poraził och oczy. - Boję się - Szepnęła. Dzień przemienił się w noc, miasto okrywał półmrok. - Wydarzy się coś złego... . *** Zakładam że Rosa i Yon poszli za Marą... Reszta ma swoje zajęcia? Ostatnio edytowane przez Buka : 07-07-2008 o 19:48. |
| | |
| Reklama |
| |
![]() |
|