Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Fantasy
Zarejestruj się Użytkownicy

Sesje RPG - Fantasy Czekają na Ciebie setki zrodzonych w wyobraźni światów. Czy magią, czy też mieczem władasz - nie wahaj się. Wkrocz na ścieżkę przygody, którą przed Tobą podążyły setki bohaterów. I baw się dobrze w Krainie Współczesnej Baśni.


Odpowiedz
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 05-11-2014, 22:16   #21
 
abishai's Avatar
 
Reputacja: 23292 abishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputację
Struli ją… piwożłopy przebrzydłe. Bo jak inaczej mogła wyjaśnić obolałą głowę i koszmary które się jej śniły? Co prawda nie pamiętała ich za dobrze. Bo i wolała nie pamiętać w całości tego, co w strzępach przyprawiało ją o obrzydzenie. Pocałunki z Thanekristem… migdalenie się, nagie ciała… z których któreś było jej, a któreś jego… a któreś… chyba tej szlachcianki z portretu. I krasnolud splatający dłonie wstęgą w ramach zawierania małżeństwa i dziesiątki dzieci… i wszystkie z gębami najemników.
A w dodatku, po Thancriście i Zygryfie nie było widać śladu wczorajszej popijawy ! Ani chybi mroczna i demoniczna magia!
Więc cieszyła się tym, że pamiętała jedynie mgliste fragmenty tego koszmarku. I jeszcze boląca głowa!
Eeeech…
Nic więc dziwnego, że rankiem kosym okiem spoglądała na Tancrista, który był rześki i nie odczuwał ni śladu wczorajszej popijawy. Ani chybi czary, bo przecież nie krasnoludzka wytrzymałość, prawda?
Ranek zaczynał się dla Eshte paskudnie, z nieco odciążoną wczorajszymi przegranymi, z obolałą głową i z posiłkiem przyrządzanym z wczorajszych resztek.


Nie wyglądało to za dobrze… ale dało się zjeść. No i było za darmo. Posilając się wraz z najemnikami przyglądała się Zygryfowi i Tancristowi układającymi raport z interwencji w wiosce dla komtura Peruna w Grauburgu. Siedziała dość blisko, by mimowolnie słuchać jak prawili nad ubraniem całego wydarzenia w odpowiednie słowa. Jak opowiadali o krótkim śledztwie dotyczącym owego szalonego czarownika.
Nie żeby to ją w ogóle interesowało, ale… Eshte nadstawiała ucha, oczywiście z nudów.
I dzięki temu z ich szeptów nad redagowanym dokumentem, kuglarka dowiedziała się że kobieta w trumnie była zmarłą narzeczoną owego szalonego magika. I on chciał ją wskrzesić wykorzystując magię i życie obdarzonych darem nieszczęśników. Takich jak Eshtelëa Meryel Nellithiel del Taltauré! Oburzające okrucieństwo. Poza tym owa kobieta, była nie tyle martwa… lecz trzymana na granicy życia i śmierci. Niemniej po odprowadzeniu dzieciaków, pozwolono jej umrzeć i spocząć obok zwłok niedawno zabitego kochanka. Brrr… upiorna historyjka, o obsesji jednego mężczyzny wobec wielbionej przez niego kobiety. Dobrze że Ruchacz nie ma takich ciągotek, prawda?
Oby...


Kiepski poranek zmienił się w całkiem przyjemne godziny przedpołudniowe. Brzuch był pełen, Skel’kel zwinął się w kłębek na kolanach Eshte. Krasnolud był cicho, a Ruchacz trzymał się z dala, choć gdy zerkała na niego dyskretnie to napotykała jego spojrzenie za okularami i ironiczny uśmieszek.
Strasznie się pewny siebie zrobił odkąd ją pocałował, a ona go spoliczkowała… leżąc na nim.
Eshte zaczerwieniła się po końcówki uszu na samo wspomnienie tamtej chwili. Czyżby… naprawdę tak dobrze czuła się w jego towarzystwie? Nie… To niemożliwe. Przecież nie cierpiała jego docinków, jego pewności siebie, jego uśmieszku pełnego samozadowolenia. Ale faktem było, że nie przeszkadzało to jej kłócić się z nim leżąc na jego ciele, jakby byli… bardzo blisko ze sobą. Jakby była jego kochanicą.
Brrr… wzdrygnęła się na samą myśl. To na pewno jego wina, że czuła się przy nim swobodnie… i to mimo tego, że ciągle dogryzali sobie nawzajem.

“Kłócą się jak stare małżeństwo.”

Brrr… okropna wizja.
To musiała być jego wina, bo przecież ona nie mogła żywić do niego nawet cienia przyjaznego uczucia, prawda?! To na pewno jego urok... tfu... magiczne uroki! Bo przecież w tym okularniku nie było nic uroczego.

Niemniej nikt nie przeszkadzał jej w tych ponurych rozmyślaniach, które przechodziły w bardziej radosne gdy zobaczyła gdzie się zbliżali.
Grauburg był coraz bardziej widoczny.


Miasto do którego zmierzali był dość duży jak na stolicę prowincji… byłej prowincji w każdym razie. Baronia bowiem w zasadzie nie podlegała żadnej wyższej władzy obecnie. W okolicy nie było bowiem księcia który zdołałby zjednoczyć okoliczne ziemie. W każdym razie im bliżej go byli, tym Eshte była lepszej myśli. Miasto wyglądało na cywilizowane. Nie było widać żadnych zwłok nieludzi powywieszanych na blankach. Nie było też żadnych żebraków na głównym trakcie, tylko kupcy, wielmoża grajkowie, bardowie, żonglerzy,


połykacze ognia… konkurencja była więc liczna i barwna. Miasto pochłaniało ten korowód wozów, jeźdźców i piechurów przez swą bramę, którą dowcipny architekt zbudował na kształt paszczy otchłannej bestii.
Wydawało się z początku, że przyjdzie kuglarce czekać w ciągnącej się kolejce wozów jak pozostałym artystom, ale tak nie było. Ruszyła wraz z Tancristem i Zygryfem i była wraz przepuszczana do bram miejskich. Nie musiała stać w kolejce i jak się okazało, nie musiała opłacić myta. A i uniknęła też upokarzającego przeszukania wozu. Wraz z wyprawą Zygryfa wjechała dumnie do Grauburga. Dzień choć zaczął się kiepsko, to z czasem robił się coraz lepszy.

Gdy wjechała na szeroki plac wreszcie mogła się uwolnić od niechcianego towarzystwa. Najpierw rozproszyli się najemnicy Zygryfa, potem sam rycerz podjechał do elfki i rzekł dwornym tonem głosu.
-Dziękuję ci droga Eshtelëo Meryel Nellithiel del Taltauré za pomoc w pokonaniu czarownika i twe miłe towarzystwo podczas podróży. - przesadzał co prawda, niemniej miło było usłyszeć takie słowa. Nawet z ust młodzika o delikatnej kobiecej urodzie. - Oby Perun patrzył przychylnym spojrzeniem na twe ścieżki.
Po tych słowach skłonił się i ruszył jedną z wyłożonych kocimi łbami dróg prowadzących zapewne do komturii Zakonu.
Tancrist jedynie przyłapał jej spojrzenie na sobie i posłał buziaka muskając dłonią własne usta. Po czym jego skrzydlata bestia ryknęła i wzbiła się w powietrze. I tyle go było widać.
Pozostał tylko Kranneg… na szczęście/nieszczęście krótko.
-Tamta karczma. Ta z dzikiem podziurawionym strzałami na szyldzie. Tą wybierz na posiłki i spoczynek Eshte.- wyjaśnił wskazując solidny budynek karczemny, tak wyróżniający się swą masywnością wśród sąsiadujących z nim kamieniczek. Po czym zeskoczył z wozu mówiąc.- Bywaj Eshtelëo i dzięki za podwózkę. W razie kłopotów, wiesz gdzie mnie znaleźć przyjaciółko. Pytaj o najemną kompanię Czarnej Brody. Każdy wskaże ci drogę.
I także on ją opuścił, a Eshte poczuła się z tego powodu mniej zadowolona niż być powinna. Zbyt łatwo przywyknąć było do ich towarzystwa. Zwłaszcza do pomocnego Krannega.

No cóż… pogłaskała po grzbiecie śpiącego na jej kolana Skel’kela i rozejrzała się po gwarnym placu. Nawet tutaj, gdzie karawany rozładowywały towary i pojono konie oraz woły kręciło się tylu artystów. Byli to zarówno grajkowie, tancerki, żonglerzy i magicy jak i artyści innego pokroju, oszuści, żebracy i złodzieje… zwłaszcza kieszonkowców było sporo. No i różne osiłki, które można było wynająć do prac siłowych polegających na biciu innych lub zastraszaniu. Este zauważyła też coś niezwykłego. Część z tych osiłków ostentacyjnie nosiła dwukolorowe szarfy, jedni czerwono-żółte a drudzy czarno-żółte. I co ciekawe obie grupy spoglądały na siebie wrogo. Tylko czekać aż wezmą się za łby.
No cóż… to nie był problem Eshte, tylko tutejszej straży. Elfka miała własne problemy i własne wybory przed sobą. I była już sama.
 
__________________
I don't really care what you're going to do. I'm GM not your nanny.

Ostatnio edytowane przez abishai : 06-11-2014 o 12:36.
abishai jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 23-12-2014, 04:04   #22
 
Tyaestyra's Avatar
 
Reputacja: 1509 Tyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumny
Z ozdobami podzwaniającym u rękawów, elfka wyrzuciła ręce w bok. Wystawiła twarzy ku grzejącym promieniom słońca i wykonała w miejscu zgrabny piruet, wprawiając swą ręcznie szytą spódnicę w migotanie kolorów. Zaśmiała się radośnie.

Miasto to zdecydowanie był jej żywioł. Czuła się tu lepiej niż na leśnych drogach w podróży. A co dopiero w tak gwarnym miejscu jak Grauburg!
Eshtelëa była zwierzątkiem miejskim, nie można było temu zaprzeczyć. Zapewne przyszła na świat w jakiej stolicy i tak już jej zostało. Lub urodziła się pośród zieleni drzew i śpiewu ptaków tylko by stwierdzić, że to nie dla niej. Lasy, łąki, góry i inne twory natury mogły poruszać delikatne serca poetów oraz zakochanych par chodzących na romantyczne schadzki, lecz nie praktyczny charakter kuglarki. Wiewiórki nie mogły zapłacić jej za występ, liście nie były monetami, jagódki nie mogły stanowić pełnego posiłku, a krzaki nie wystarczyły za.. no, miejsce rozmyślań. Potrzebowała żyć pośród ludzi, nawet jeśli obok nich niż z nimi. I wyłącznie do korzystania z ich naiwności.

Ah, te zapachy! Ta różnorodność głosów, te ploteczki i ludzkie dramaty, od których aż iskrzyło powietrze! Te wszystkie błyskotki na szyjach i na palcach eleganckich arystokratek, te monety wołające do niej z głębin mieszków kupców o zadartych nosach! Tyle możliwości do wypchania swych własnych kieszeni, tyle oczu czekających na zostanie zachwyconymi, tyle...

Mocno uderzenie w bark pozbawiło ją równowagi zarówno ciała, jak i myśli. Potem kolejne, i jeszcze jedno, odrzucające ją niczym piłeczkę od jednego przechodzącego człeka do następnego.
Jak łazisz, długouchu.
Dupa niezła, ale chodzi to to jak pokraka.
Musi być jaka głupia.
Niech no tylko ją trzepnę, to się nauczy nie stać na środku..

Bycie szybszą i zwinniejszą od pobliskiego tłuściocha uratowało Eshte przed potężną dłonią, z groźbą zmierzającą ku jej pośladkom. Zaskoczony tym unikiem mężczyzna zachwiał się, a potem runął jak długi na uliczkę, niczym kłoda którą łatwiej przeskoczyć niż obejść. Wywołało to rubaszny śmiech unoszący się ponad zgromadzonym tłumem, tym głośniejszy, gdy elfka – pogromczyni tej spasionej bestii, pokłoniła się przed nimi.
Miasta doprawdy miały swe uroki.

Załatwiwszy sobie bezpieczeństwo wozu i opiekę dla Małego Brid' a w pobliskiej stajni mogła wyruszyć w towarzystwie wijącego się po jej ciele fajkowego lisa na wyprawę w głąb miasta. Kosztowało ją to, o zgrozo, pół sztuki srebra! Widać pazerni kupcy podnieśli ceny wykorzystując ślub do zdarcia ostatniej koszuli z tłustych szlachciców, ale czemu na wszystkich bogów, przy okazji chcieli ograbić uczciwie pracujące artystki?!

W każdym razie przemierzając już pierwsze dwie przecznice miasta zauważyła sporo gnomów gadających ze przepełnionymi ekscytacją głosami. Tych akurat podsłuchać się nie dało, bowiem gnomy mówią wyrzucając słowa z olbrzymią szybkością i tylko w rozmowach innych starają się zwolnić wypowiedzi.
Kolorowe gnomy w typowo mieszczańskich strojach, były pewnie rzemieślnikami w Grauburgu. Zapewne jubilerami, rusznikarzami, zbrojmistrzami… Ich małe dłonie były idealne do precyzyjnej roboty. Niektóre z najlepszych sztyletów Eshte, powstało w warsztacie gnoma. Obecność ich, podobnie jak i krasnoludów działała kojąco. Ciężko się oburzać na nieludzi, gdy stanowią dość dużą część populacji miasta. Ba… nawet zauważyła inne elfki i paru elfów. Oczywiście większość elfek było kurtyzanami. A co robiły elfy… zazwyczaj nie wypadało wiedzieć. Eshte wiedziała że celne oko elfów, czyniło z nich idealnych myśliwych. Ale w mieście, tylko na jeden rodzaj zwierzyny dało się polować… Dlatego wzdrygała się na widok elfa.
W Grauburgu mogli być dla niej groźniejsi od ludzi. Sfrustrowani i zepchnięci w cień przez inne rasy, lubili odreagowywać swój gniew.

Oczywiście nie tylko ich spojrzenia musiała się obawiać. Zawsze znajdą się osiłki które zechcą obmacać nową elfkę w mieście… bez wydawania groszy za to. Pół biedy jeśli byli biedakami, bo tych Eshte mogła przegonić, a nawet pokiereszować. Gorzej jeśli stało za nimi bogactwo lub wpływy w półświatku. Wtedy… dyplomacja była jedynym sensownym rozwiązaniem. Lub szybka ucieczka z miasta.
Lub… potężny patron, o ile zdołałaby przełamać niechęć by pójść z kimś do łóżka z wyrachowania. Na razie jednak nie musiała się tym martwić.

Mijane przez nią elfki były ubrane bardziej wyzywająco, bardziej zadbane, bardziej ładne… pewnie bardziej też w guście Ruchacza. Poza tym jednak byli grajkowie, połykacze ognia, tancerze i śpiewacy. Byli błaźni oraz grupy teatralne. Konkurencja była różna, barwa oraz liczna. Pozwalało to się Eshte wtopić w tło, ale nie mogła się wtapiać bez przesady. Musiała się wszak czymś wyróżnić.

Ulice które mijała należały akurat do dzielnicy kupieckiej, była jeszcze dzielnica uczonych, dzielnica zakonna, dzielnica żebracza, oraz dzielnica gnomów i szlachecka. Nazwy mówiły same za siebie, więc nie musiała zgadywać co się w nich. Jak się dowiedziała od przechodniów dostęp do dzielnicy uczonych i zakonnej został ograniczony. O ile pełna świątyń dzielnica zakonna niezbyt ją interesowała, to musiała się oburzyć na fakt odcięcia jej od kury znoszącej złote jajka. Bo przecież w dzielnicy szlacheckiej byli najbogatsi wielmoża zapewne skłonni do wydania złotych monet na występ utalentowanej kuglarki. A druga dzielnica warta brania pod uwagę, była strasznie zatłoczona. Przez uliczki kupieckiej ciężko było się jej poruszać samej, a co dopiero razem z wozem.

Nagłe poruszenie w tłumie i głośny głos nawoływacza sprawił, że i Eshte się zainteresowała. Wyglądało bowiem, że natrafiła na spektakl cieszący się większym powodzeniem niż pozostali artyści, których mijała po drodze.
-Wejdźcie by zobaczyć taniec duchów. Ezoteryczny rytuał wykonywany przez mistyków i mistyczki na dalekich pustkowiach Shaen-Que! Poznajcie tajemnice znane tylko niewielu i nacieszcie się duchowym pięknem dalekiego wschodu!- krzyczał stary acz dobrze się trzymający mężczyzna w kolorowych szatach.








Jedno spojrzenie na mężczyznę i Eshte rozpoznała ten typ. Doświadczony bard, który zjeździł już półświata. Ten melodyjny, choć nadszarpnięty czasem, głos i doskonała intonacja świadczyły o wielu wyśpiewanych pieśniach. I czyż teraz nie udowadniał swego talentu przyciągając tłumy opowieściami o tajemniczym Shaen-Que? Wszak nawet nie wiadomo było, czy takie królestwo istniało.
W ciągu swych podróży nasłuchała się tyle opowieści o mitycznych krainach, że można by było z nich złożyć kolejne cesarstwo.

Kuglarka skorzystała z okazji, choć było tu drogo. Mieszek od Tancrista pozwalał jej jednak na odrobinę luksusu, choć… ceny w mieście sprawiły, że ta odrobina była mniejsza niż się spodziewała.
Weszła więc do wynajętego przez starego barda pomieszczenia i usiadła wraz z innymi klientami na krzesełkach. Było tu ciemno, aż…





… rozległa się muzyka. Pojawiły się światełka, drgające w rytmie wybijanym na bębenkach przez barda.
Świeciły coraz mocniej odsłaniając wijącą się w ich blasku “mistyczkę”. Blondynka tańczyła zmysłowo w dość kusym stroju. A więc nic niezwykłego. W końcu byle tancerka nieważne jak ładna i gibka nie przyćmi talentu Eshtelëi Meryel Nellithiel del Taltauré, prawda? Mina kuglarce szybko zaczęła rzednąć. Jasnowłosa dziewuszka szybko po padała w trans… a światełka wokół niej zmieniły się w coś przypinającego chochliki, z powały zaś spływały na roztańczoną “mistyczkę” dziwne bluszcze.




Ukłucie irytacji i zazdrości pojawiło się w serduszku elfki. Ta blondynka była czarodziejką i to całkiem niezłą… być może nawet tak dobrą jak sama Eshtelëa. To oznaczało poważną konkurencję. Bluszcze owijały się wokół coraz szybciej tańczącej kobiety otulając jej sylwetkę, podczas gdy jej szatki… opadały na podłogę. Jednakże owa nagość była coraz bardziej osłonięta roślinną szatą. Taaak… Eshte czuła, że niełatwo będzie wycisnąć solidny zarobek w tym mieście. Zbyt wiele się tu zjechało artystów, a niektórzy mogli nawet ją przyćmić.

Kiedy otaczający ją, przede wszystkim mężczyźni różnych klas, wydawali z siebie mniej lub bardziej uprzejmie odgłosy zachwytu, a niektórzy już po raz kolejny łapali się za mieszki, aby rzucić monetami pod stopy kobiety, elfka siedziała naburmuszona z rękami splecionymi na piersi.
Toż to co miała przed swoimi oczami, to nie była prawdziwa sztuka kuglarska. To był.. to był.. pokaz rozbierania, któremu towarzyszyła jakaś tam namiastka magii, co by nikt pruderyjny nie mógł się doczepić do prawdziwej rozpustnej natury tego przedstawienia. Zabrać jej te fikuśne roślinki, a zostałaby tylko smutna kobietka bez ubrania.. która zapewne dalej przyciągałaby tłumy wygłodzonych samców, lecz daleko byłoby jej do prawdziwej i dumnej artystki ulicznej.

Liście pooplatały już jędrne piersi czarodziejki, ku niewątpliwej uciesze męskiej tłuszczy nagle pragnącej być tymi roślinami, a Eshte mogła tylko myśleć o swoich własnych planach na jutrzejszy występ. Czyżby zaczynała odczuwać pewną.. tremę?

Oddana swej profesji często rozmyślała, w jaki sposób mogłaby jeszcze ulepszyć swe popisy. Tworzenie nowych magicznych sztuczek było jej najmniejszym zmartwieniem. Brakowało jej jednak.. właściwej otoczki mogącej ubarwić jej już i tak niezwykle barwne pokazy.

Chciała mieć muzykę. Piękne, lekko figlarne i kapryśne nuty grające w trakcie wykonywanych przez nią akrobatycznych wygibasów hen wysoko na rozciągniętej linie. Ale jakże mogłaby się o to samotnie zatroszczyć? Nie miała przecież w planach zabierania ze sobą w podróż kogoś dodatkowego, jakiegoś barda czy innego grajka. Nie słyszała także, by największe umysły wpadły na pomysł stworzenia samogrającego urządzenia napędzanego energią magiczną. A nawet jeśli, to jej na pewno nie byłoby stać na takie cudo. Może sama powinna nauczyć się grać na jakimś instrumencie? Uderzać w bębny zawieszone na szyi, kiedy będzie tańczyła na granicy upadku i połamania karku? Absurdalne.

Obserwując wijącą się powoli czarodziejkę, Eshte nie mogła nie pomyśleć o tym, że może tak naprawdę jedynym co się tutaj liczyło, co ściągało taką publikę była.. ta przesadna kobiecość. Mogło nie być muzyki, barda zaganiającego prostaczków do środka i nawet tej sztuczki z roślinami, ale nadal wystarczyłyby te kołyszące się biodra i piersi podskakujące w tempie zmysłowych ruchów, aby zapełniać widownie. A elfka nigdy w swej profesji nie polegała na atrybutach płci pięknej. Przylegające do ciała i czasem przesadnie odsłaniające skórę ubrania były, przynajmniej w jej zamiarze, głównie kwestią wygody. Nie mogłaby wykonywać swych akrobatycznych popisów, gdyby przeszkadzały jej jakieś falbany, koronki, wielkie spódnice czy inne habity, prawda? Zatem jeśli swą swobodą wzbudzała w oglądających jakieś niegodne myśli, to czysto nieświadomie. Może zatem powinna zacząć robić to.. świadomie? Temu puścić zalotne mrugnięcie oczkiem, do tamtego pochylić się eksponując krągłości biustu, przed innym zakręcić tyłeczkiem, dać się klepnąć...

Pozornie była to reakcja na kolejne taneczne ruchy kobiety zajmującej scenę, ale tak naprawdę to grymas, jak gdyby elfka miała za moment barwnie pozbyć się całego śniadania z żołądka, wykrzywił jej twarzyczkę na samo wyobrażenie takiego upodlenia siebie. Być może nie była najdumniejszą z istot chodzących po świecie, lecz miała na tyle honoru, aby swe kuglarstwo utrzymywać w granicach sztuki. Czasem nieco złodziejskiej, ale w dalszym ciągu sztuki.

Opuściła przedstawienie w minorowym nastroju. Okazało się bowiem, że artystów do Grauburga przybyło wielu i część z nich może nie tylko konkurować, ale nawet przyćmić wschodzącą gwiazdę elfki.

Oh, jakże żałowała, że nie pokusiła się o użyczenie gryfa od Ruchacza. Już sam w sobie rozdziawiłby gęby ludziom zebranym na ulicach miasta, ale z jej pomocą zapłonęłyby mu skrzydła, aż u jej stóp powstałaby istna górka z mieszkami pełnymi monet. Gdyby tylko..
Gdyby tylko czarownik nie próbował tego potem przeciwko niej wykorzystać. Zapewne jako synalek bogatej rodziny wzgardziłby częścią z fortuny jaką ona by zarobiła na takim pokazie. Zamiast tego wolałby zawrzeć z nią umowę, w której nagrodą dla niego byłaby noc spędzona w jej wozie lub, co wydawało się być bardziej w jego stylu, porwanie kuglarki do swojego zamczyska. O nie, nie, nie, nie. Mogła być pazerna na pieniądze, ale nie żeby się posuwać do aż tak drastycznych środków!

Ale to nie było jedyne czego teraz żałowała. Musiała bowiem przyznać przed samą sobą, iż oglądając czarodziejkę.. świerzbiły ją paluszki. Ne w ten sposób co tych wszystkich wygłodniałych mężczyzn, nie miała ochoty podbiec i chwycić kobiety za cycki. Zamiast tego kusiło ją postawić w ogniu te jej wijącej się roślinki, posłuchać tych pisków przerażenia i z satysfakcją przyjrzeć się jak podskakuje, porzucając nagle całą swoją grację i ponętność. Szybko jednak elfka uświadomiła sobie, że to wcale nie uczyniłoby publiki mniej skorej do rzucania swych pieniędzy na scenę. Wręcz jeszcze bardziej ją podsyciło, z ledwością utrzymując spodnie mężczyzn w całości.

Te ponure rozważania sprawiły, iż nie zauważyła śledzących ją czyichś oczu. Jakiś młody obdartus wyraźnie za nią szedł, próbując ukryć się przed jej wzrokiem.
 
Tyaestyra jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 23-12-2014, 04:15   #23
 
Tyaestyra's Avatar
 
Reputacja: 1509 Tyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumny


Długie uszy miały swe zalety.

- Ależ ten nowy pomocnik Brama Piekarza ma zadeczek, aż chciałoby się go ścisnąć.
-Moja droga, jak ty się wyrażasz, jestem oburzona. Zresztą wolałbym żeby to on ścisnął moje bułe…


Do długich szpiczastych uszu łatwo wpadały głosy mijanych osób. Ich fragmenty rozmów.

- Hagdar Tyrwaldson herbu Trzy Rogi zmiecie ich wszystkich. To najlepszy jeździec i prawdziwy mistrz kopii.
- Ale Grenoirowe ponoć przywieźli nowe kopie, o pół łokcia dłuższe i świetnie wyważone.
-Głupiś. Żadna kopia nie zapewni zwycięstwa, jeśli nią władający jest wołową du…


Czasem zabawne, czasem przydatne, czasem ciekawe.

- Poleje się krew, mówię ci. Traskowie i Renartierowie nie wstrzymają dłużej nienawiści. Na turnieju niech tylko poleje się krew, a obie rodzinny rzucą się nawzajem do gardeł, a z nimi ich stronnicy i powinowaci. Źle się stało, że tu sproszeni zostali.
-Dyć nie można inaczej. Trask stary to wuj Haralda Gersteina, a Renartierowie to powinnowaci panny młodej. Nie godziło się ich nie spraszać.
- Toć się najchętniej wymordują. Zwłaszcza jeśli jedna z rodzin odniesie zwycięstwo w turnieju pokonując drugą.
- Eeee tam… Hadgar wszystkich pogodzi.
-No chyba, że...Taelgrimowie zejdą z gór.
- ściszony głos wypowiedział to nazwisko, jakoś znajome Eshte. Ale elfka się nie zatrzymywała i była już kilka kramów dalej i do jej uszy atakowane były wrzaskami kłótni o cenę cebuli. Czasami wrażliwe na dźwięk uszy bywają kłopotem.

Niemniej wspominki o cebuli i dochodzące do jej nosa zapachy… pobudziły jej brzuch do burczenia. Śniadanie minęło dawno temu i Eshtelëa udała się do najbliższego przybytku mogącego uciszyć jej głód.

“Czerwony Dzik” do którego akurat trafiła, był jednak przybytkiem serwującym posiłki dla zamożniejszych i lepiej sytuowanych klientów. Głównie bogatych kupców i drobnej szlachty. Elfka nie do końca pasowała do tego miejsca, niemniej jej pstrokaty strój pozwalał się wtopić w tło. A choć jedzenie kosztowało tu aż trzy cesarskie i dwa za wino, to zapachy dochodzące z kuchni świadczyły, że Eshte nie pożałuje ani jednej wydanej monety w tej restauracji.

Gdy otrzymała listę dań do wyboru i zaczęła się zastanawiać między żeberkami z pastą migdałową pieczonymi w miodzie, a pieczarkami faszerowanymi szafranem i truflami, do karczmy weszło dwóch młodzieńców niewątpliwie wysoko urodzonych i dość bogatych.
Rej wodził niewątpliwie niższy, białowłosy młodzian o delikatnej budowie ciała.




Jego czarne ubranie skrojone wedle najnowszej mody, było wyszywane złotem, a przy pasku miał złoty chronometr niewątpliwie zasilany kryształem magicznym.
Towarzyszący mu młodzian, był wyższy i mocniej zbudowany. Niewątpliwie był wojownikiem wyszkolonym w szermierce. Bo z jakiego inne powodu nosiłby ze sobą kunsztowny miecz wschodnich mistrzów, który mimo swych zdobień wydawał się orężem stworzonym do zabijania, a nie ozdoby.






- Powiadam ci przyjacielu to twoja największa szansa.- mówił szeptem ów niższy młodzian, do ubranego na czerwono przyjaciela - Stary von Taelgrim nie przyjedzie sam. Tylko ze swą najstarszą córką. Jeśli wkradniesz się w jego łaski, a potem do jej łoża, twoja przyszłość, a moje plany nie będą mogły się lepiej ułożyć.
-Dyć ta Taelgrimowa córa to ponoć wiedźma!
- syknął cicho uzbrojony mężczyzna.
-Oj tam… wiedźma. Ale przecie nie z lica. Przekroczyła już drugą dziesiątkę, ale nieźle się trzyma jak na swój wiek. Tak słyszałem…- odparł na te zarzuty białowłosy kompan, po czym zwrócił się głośno do karczmarza.- Czy mój stolik jest już gotów i posiłek.
- Zgodnie z życzeniem.
- rzekł karczmarz zapominając o elfce i płaszcząc się przed dwójką szlachetnie urodzonych.- Tędy, tędy…mości panowie, zgodnie z kaprysem, posiłek jest gotów w ogrodzie.
-A i jak zjawi się dama, która miała nam towarzyszyć… jedna z tych z Pąsowej Róży…. to też ją przyślij.
- przypomniał sobie białowłosy szlachetka.
-Oczywiście, że będę pamiętał wielmożny Alisterze Grenoir. -odparł usłużnie karczmarz otwierając im drzwi do ogrodów.

Początkowo kuglarce nie przeszkadzało to jawne bycie ignorowaną przez gospodarza. Nie zauważyła tego, będąc zbyt zajętą wyobrażaniem sobie zapachu i smaku każdego jednego dania z listy dostępnych w tutejszej kuchni, a także próbą zapanowania nad swoją śliną zbyt podekscytowaną tymi wizjami.
Dopiero grzmot, niby nadciągającej burzy, wywołał nie tylko ją z tego słodkiego letargu, ale także Skel'kela, który siedząc na jej udach drgnął niespokojnie i spojrzał zalękniony na brzuch elfki. Głód uświadomił jej, że czekała zbyt długo.

Spoglądała wyczekująco na mężczyznę w fartuchu, za każdym razem gdy ten wracał z ogrodów i raz jeszcze kierował tam swe kroki. Miał wiele okazji do przypomnienia sobie o istnieniu jej, jej pustego żołądka i mieszka pełnego monet. Ale ani razu z tego nie skorzystał, bo i kiedy miałby znaleźć na to czas? Pomiędzy ćwiczeniem kolejnych pokłonów, czy może przeliczaniem w myślach pieniędzy tamtych młodzików?
Chrząkała, najpierw ciszej, a potem głośniej. Aż kątem oka dostrzegła odsunięcie się od niej pobliskiej klienteli, zapewne niezbyt chcącej zarazić się jaką chorobą długouchych doskwierającą Eshte.
Pokusiła się także o kilkukrotne pstryknięcie palcami, przywołując przy tym drobne iskierki tańczące w powietrzu.

Ale nic, ani zawieszanie na nim błagalnego wzroku, ani wydobywanie z siebie podejrzanych odgłosów, ani niekulturalne zachowanie, po prostu nic nie było w stanie przebić się przez jego służalczość. Zaczynała powoli tracić cierpliwości, której i tak nigdy nie miała zbyt wiele w swych zapasach.

Widząc, że karczmarz prawie w podskokach raz jeszcze mknie ku drzwiom prowadzącym na ogrody i ani myśli i tym razem zwrócić na nią swej uwagi, kuglarka była już przygotowana do walczenia o swoje prawa. Podniosła się ze swego krzesła i pewnym, szybkim krokiem ruszyła za nim, aż go wyprzedziła i stanęła pomiędzy nim i wyjściem. Drobna, była zmuszona do patrzenia na mężczyznę z dołu, co jednak ani trochę nie ugasiło jej wewnętrznego ognia.

-Słyszałeś najnowsze wieści? -zapytała go z wyraźnym zaciekawieniem malującym się na twarzyczce, nim przed kolejnymi słowami ta zasnuła się chmurami ponurości i niezadowolenia -Podobno nie tylko szlachetki muszą jeść.
-Cichaj głupia…
- sarknął gniewnie gospodarz zamykając za sobą drzwi.- Nie wiesz, kto to byli? Toż to szlachetny Alister Grenoir z jakże szlachetnym… przyjacielem. Nie taki mieszaniec z plebsu jak ty. Ich opinia się liczy, płacą złotem i co najważniejsze… nie lubią czekać.
Po czym ostentacyjnie minął Eshte dodając pogardliwie.- Siadaj długoucha przy stoliku i czekaj na swoją kolej. Ciesz się, że w ogóle zamierzam cię obsłużyć. W końcu to porządny lokal, a nie tania gospoda dla mieszańców obszarpańców.

Furia błysnęła w oczach kuglarki. Na krótko, bowiem zgasła jak płomień świeczki na wietrze, nim ten zdążył się przeobrazić w wielki ogień mogący uszkodzić mężczyźnie jego cenną karczmę. Zapanowała nad sobą, chociaż wybuch był blisko.
Chciała to załatwić polubownie, przypomnieć mu spokojnie o sobie i wrócić w ciszy oraz zadowoleniu na swoje miejsce. Ani razu nie rzuciła w niego żadnym wyzwiskiem, by sprawiedliwie mógł zareagować w sposób.. w jaki właśnie zareagował. Bo czyż musiał mówić do niej jak do.. do.. do psa wręcz? Jak do kogoś gorszej kategorii? Spoglądając na niego, na ten opasły brzuch i świńską twarz, ciężko było uwierzyć, by zwinna elfka rzeczywiście stała niżej w hierarchii.

Cudem jakimś, trzymana ciągle w dłoni lista z daniami jedynie odrobinę się przypaliła na rogach, zamiast całkiem zniknąć w płomieniach.
-Porządny lokal? Ha! - parsknęła Eshte głośno w sposób, który niewiele miał wspólnego z prawdziwym rozbawieniem, a więcej z mało subtelną kpiną -Nie rozśmieszaj mnie. Widziałam wychodki lepsze od Twojego zapyziałego przybytku, w których nawet i robactwa było mniej niż tutaj. Widziałam także wieśniaków i ich bydło lepiej wychowane od Ciebie, knurze.
Kusiło ją niezwykle, by zamaszystym ruchem nogi kopnąć prostaka w zadek, ale i tę chęć jakoś zdołała zatrzymać dla siebie. Póki co. Zamiast tego syknęła -Moje uszy nie czynią mych cesarskich gorszymi.
-Ale cesarskie ci się kiedyś skończą, a uszy pozostaną.
- burknął karczmarz, acz szybko dodał łagodnym tonem.- Racz zachować cierpliwość elfko. To był Grenoir, nie zauważyłaś? Wiedz że Grenoirowie nie lubią czekać, a żadna ilość twoich monet, nie wynagrodzi mi ich gniewu. A teraz siądź sobie tam, na zadku i czekaj… - po wskazaniu Eshte miejsca przy stoliku pod oknem ruszył na zaplecze rzucając błagalnie przez ramię. - Wino dorzucę do posiłku dla ciebie darmo. Tylko przestań jazgotać.

Zaskoczył ją swą nagłą zmianą nastawienia, aż przez krótki moment zamarła z lekko rozchylonymi usteczkami. Już bowiem planowała mu coś odburknąć w podobnym tonie na swoją obronę, gdy.. nie okazało się to być konieczne.
-Dooooobrze... - odparła przeciągając to słówko powoli, a oczami ciągle wędrując podejrzliwie za mężczyzną. Zwykle po takiej litanii jaką mu zaprezentowała, inni gospodarze wystawiali ją za próg przybytku, lub wołali strażników. Miała więc prawo czuć się nieco wytrąconą z równowagi.
Nie wiedziała czym, albo.. kim, byli ci Grenuarowie. Czy to tamte dwa młodziki, czy może jakieś zwierzątka jakie ze sobą przyprowadzili? Nie wiedziała, i niezbyt ją to interesowało.
Ruszyła w stronę stołu i, jak mężczyzna nakazał, usiadła swym zgrabnym zadkiem na krześle.

Musiała trochę poczekać i bardziej zgłodnieć patrząc jak gospodarz dwoi się i troi zanosząc posiłek i wina gościom w ogrodzie zupełnie ignorując kuglarkę. Potem przyszedł do niej, burknął pod nosem.- To co jesz?
I zebrawszy zamówienie znów znikł w kuchni by powrócić z pysznie pachnącym posiłkiem i butelką wina.
Najtańszego wina i niewątpliwie najmniejszą z butelek. Ale darowanemu winku nie patrzy się korek, toteż Esthe wraz ze swym małym futrzastym chowańcem zabrała się do posiłku.
A wino choć darmowe, nie było pospolitym sikaczem, tylko całkiem porządnym trunkiem.

Więc łatwo było odzyskać dobry humor, zwłaszcza że nikt jej w posiłku nie przeszkadzał. Jadła go bowiem już dość późno, więc stali bywalcy zjedli przed jej przybyciem, a dwójka szlachciców pałaszowała z dala od niej w ogrodzie. Wydawało się więc, że posiłek upłynie kuglarce bez zakłóceń, aż tu nagle drzwiczki gospody się otworzyły i mgiełka egzotycznych kwiatowych zapachów uderzyła w nozdrza Eshtelëi. A przez drzwi gospody wkroczyła ona. Rudowłosa, szczupła zielonooka piękność.





Elfka o szczupłych biodrach, pełnych piersiach i sukni podkreślającej atrybuty jej urody. Z gracją podeszła do gospodarza i z ciepłym uśmiechem rzekła.- Oczekują mnie tutaj.
-Eeemm… taak… tak… tam.- wydukał zaskoczony gospodarz, a owa tajemnicza kobieta uśmiechnęła się do pałaszującej Eshte, tak jakoś ciepło i zmysłowo i… kuglarka poczuła się dziwnie. Tak jakby tej uśmiech ukrywał za sobą pokusę zakazanego owocu.

Ale równie dobrze mogła to zrzucić na marność tutejszego wina lub tanich składników w posiłku, które już teraz odbijały się na samopoczuciu Eshte. Wprawdzie w smaku nie czuła niczego dziwacznego, ale kto tam wiedział tego prostaka. Może ją właśnie próbuje otruć w jakiś subtelny sposób?

Kuglarka do innych długouchów miała nastawienie równie czułe, co i do ludzi, krasnoludów czy nawet chochlików. Obojętne, póki żaden z przedstawicieli tych ras jej nie podpadł, aczkolwiek z pewnymi przejawami niechęci. Bo i do czegóż tu było właściwie wzdychać z tęsknoty? Do bycia porzuconą przez swoich krewniaków za młodu, czy do tych długich uszu, przez które wszyscy myślą, że mogą jej ubliżać? Oh, wybór był doprawdy trudny. Za tyle mogła być wdzięczna.

Postanowiła nie zwracać dłuższej uwagi na kobietę. Zbyt długie akceptowanie jej istnienia w tym samym przybytku sprawiłoby, że Eshte popadłaby w jakieś niemądre kompleksy. Dlatego skupiła swe zainteresowanie na innym rodzaju mięsa. Odkroiła zeń kawałek i podsunęła ku siedzącemu tuż koło talerza liskowi, który od początku spoglądał z pożądaniem na jej posiłek. W tym momencie pisnął radośnie i nie czekając na kolejne zaproszenie, z błogością zatopił ostre igiełki ząbków w mięsiwie.

A i owa elfka nie zamierzała dłużej naprzykrzać się kuglarce i podążyła za karczmarzem do ogrodu.
Eshte pozostała sama w sali jadalnej, czemu nie miała nic przeciwko. Wcale jej nie interesował świat Ważnych Ludzi, dopóki nie mogła sobie z niego wygarnąć trochę złota. Srebrem też by nie pogardziła. Ale z tego co podsłuchała przy ich przyjściu, to problemy zatruwające arystokratyczne, wydelikacone tyłeczki były doprawdy straszliwe!

-Oh, oh, moja przyszłość jest taka zagrożona, tak mało mam klejnotów ukrytych w skarbcu.
-Oh, musisz sobie znaleźć kobietę i w końcu pochędożyć, to rozwiąże wszystkie Twoje problemy.
-Oh, oh, mój drogi Bogaty Przyjacielu, masz Ty rację. Żem już zapomniał jak to jest, pewno mój miecz jest jedynym co mam sztywne.
-Oh, po to właśnie mamy cycate elfy w mieście.
-Oh, cudownie być tak bogatym.
-Oh, wybornie, doprawdy.
-Oh, herbatki?
-Oh, dziękuję.
-Oh, ależ proszę.


Samo wyobrażenie sobie rozmów tej parki szlachciców sprawiło, że kuglarka ziewnęła szeroko. Żadna z ich ładniutkich, pucołowatych buziek nie zmusiłaby jej do przyłączenia się do takich dysput. Może jedynie duża ilość monet, ale i wtedy musiałaby odkryć jakiś sposób na powstrzymanie powiek przed opadnięciem i myśli przed odpłynięciem w sen. Pewno tamta ruda miała na to jakąś sztuczkę. Być może pomagały jej w tym prawie w pełni odsłonięte piersi. Wysoko urodzone chłopczyki zapatrywały się w nie hipnotycznie nie zauważając nawet, gdy ich właścicielka drzemała sobie smacznie. Łatwe i wygodne.

Ale póki co nie była to dla niej ważna wiedza. Nie teraz, gdy o wiele bardziej interesującym był widok pucharka jeszcze przyjemnie wypełnionego winem. Oraz Skel'kela podkradającego sobie co mniejsze kawałeczki mięsa z jej jedzenia.
Opłacało się odrobinę pokrzyczeć na tutejszego gospodarza.
 
Tyaestyra jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 26-12-2014, 03:46   #24
 
Tyaestyra's Avatar
 
Reputacja: 1509 Tyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumny
Aaah...

Brzuszek wypełniony ciepłym i niezgorszym jadłem sprawiał, że Eshte nie tylko była niezmiernie uradowana, ale także jakoś zepchnęła w niepamięć istnienie prostackiego karczmarza.

Słońce zdążyło już zajść, kiedy wyszła na powietrze z budynku, a ciemności wczesnej nocy leniwie wślizgiwały się pomiędzy uliczki miasta. Nie sprawiło to, że gwar zrobił się wiele mniejszy, o nie. Idąc przed siebie elfka co i rusz musiała lawirować pomiędzy kręcącymi się jeszcze ludźmi, podziwiającymi nadal prężnie występujących artystów ulicznych. Dopiero teraz ukazywał się prawdziwy urok połykaczy i tancerzy ognia, magiczne fajerwerki bardziej zachwycały na tle atramentowego nieba, a i ballady bardów wydawały się teraz.. bardziej mistyczne. Nic dziwnego, że mieszkańcom i gościom z zewnątrz ciężko było zebrać się do snu.






Najedzony Skel'kel drzemał na jej ramionach, mrucząc cicho przez sen z równego zadowolenia co i ona. Chyba nawet był teraz odrobinę cięższy, ale i to była niewielka różnica. Zdawało się, że nic nie mogło zmącić spokoju i szczęścia otaczającego tę dziwaczną dwójkę. No właśnie, tylko się zdawało.

Tak samo jak o karczmarzu, tak samo Eshte udało się zapomnieć o śledzącym ją wcześniej obdartusie. Sądziła, że zostawi ją w spokoju po tym jak przesiedziała swoje w karczmie, gdzie wszak sam nie mógł wejść bez groźby zostania wyrzuconym na pysk za próg. Powinien się tym zniechęcić, poszukać sobie innej ofiary do dręczenia. Ale nie. W pewnym momencie jej błogi spacerek został zmącony znajomym już widokiem dostrzegalnym kątem oka. Miała tego dosyć, a na dodatek ani myślała prowadzić go prosto do swego wozu. Któż wiedział co takiego chodziło mu po głowie i jakim był degeneratem. Musiała temu zaradzić już teraz.

Nie dając po sobie poznać, że była świadoma tych wędrujących za sobą oczu, kuglarka jeszcze przez dłuższy czas lawirowała pomiędzy nocnymi spacerowiczami. Pozornie rozkoszowała się chłodem i wieczornym nastrojem miasta, lecz tak naprawdę to poszukiwała odpowiedniego miejsca na konfrontację. Objawiło się ono w bocznej, ciemnej uliczce, pozawalanej niepotrzebnymi nikomu gratami, które z okazji wielkiego ślubu należało zepchnąć gdzieś, tak jak chowa się śmieci pod dywan. Idealna pułapka.

Skręciła w tamtą stronę, przy czym nie zmieniła nawet rytmu swych sprężystych kroków, aby ta zmiana kierunku wydawała się jak najbardziej zaplanowana wcześniej. Tam to skry magii zaczęły przeskakiwać w jej krwi, aż urzeczywistniły się w postaci jej własnej iluzji stojącej u przeciwnego wyjścia z ponurej uliczki. Zaś prawdziwa Eshte ukryła się zwinnie za stosem pobliskich skrzyń.

Wyrostek który ją śledził miał najwyżej siedemnaście wiosen, wąs ledwie zarysowany pod nosem i czarną czuprynę. Chudy obszarpaniec w łatanych gaciach i tatowej, bo zbyt dużej, kapocie. Szczupły zwinny szczurek i niewątpliwie dumny ze swych umiejętności. Zbyt dumny, by zorientować się z kim ma do czynienia.

Wszedł prosto w pułapkę elfki, czujnie co prawda rozglądając się na boki. Podkradł tak do połowy uliczki i przyczaił w bezpiecznej odległości od iluzji. Miał z tyłu za paskiem szeroki i długi nóż. Ale ręce trzymał z dala od niego, zamiast tego zajął się obserwowaniem iluzji kuglarki, z której to prawdziwej natury chyba nie zdawał sobie sprawy.

Elfka ze swego ukrycia obserwowała młodzika będącego tak niedaleko niej, że mogłaby na niego wyskoczyć i od razu zacząć wypytywać. Ale nie, jeszcze nie.
Ściągnęła ze swej szyi nieco rozleniwionego liska i po tym jak sobie ziewnął prezentując ząbki w pełnej krasie, wskazała mu dzieciaka, a raczej jego bardzo konkretną część ciała – nogę. Zakręciła palcem wskazującym w powietrzu, dając pieszczoszkowi jasny obraz tego jak ma się owinąć wokół niej. Następnie puściła go na ziemię, by mógł jej plan wprowadzić w życie, gdy ona tylko uśmiechała się kwaśno pod nosem.

Młodzian nie zauważył zbliżającego się zagrożenia… aż było za późno. Futrzasty pieszczoch podkradł się do celu i zaczął nagle owijać się wokół jego nagiej łydki. Młodociany rzezimieszek zareagował na do głośnym wrzaskiem zaskoczenie i podskakując na drugiej nodze próbował strząsnąć Skel’kela z pierwszej zupełnie zapominając o iluzyjnej Eshte.

Siedząca w kucki chichotała sobie bezgłośnie, gdy do jej długich uszu dolatywały odgłosy tej straszliwej walki pomiędzy młodzikiem i jakże krwiożerczym liskiem. To powinno nauczyć dzieciaka żeby więcej nie bawić się w śledzenie jej.
Podniosła się nieśpiesznie, bo i nie chciała tak szybko przerywać Skel'kelowi, który najwyraźniej miał trochę rozrywki w byciu takim postrachem nocy. Ale już wyprostowana ruszyła w kierunku rzucającego się chłopaczka, cicho stawiając kroki i uważając, by w ciemnościach przypadkiem nie nadepnąć na nic bliżej nieokreślonego. Zbliżając się do niego z zamiarem pochwycenia mocno za jedną z tych szaleńczo machających rąk, zapytała złowieszczym tonem, nie bawiąc się w zbędne uprzejmości – Zgubiłeś swoją mamusię?

Nie udało się jej to. Wystraszony jej pojawieniem się tuż obok, dzieciak po prostu przewrócił się na bruk. I z słabo maskowanym zaskoczeniem próbował pyskować. - Może… a tobie co do tego?! Lubisz napadać ludzi w uliczkach?
I strząsnąć Skel’kela z nogi.

Nie przejęła się zbytnio swym niepowodzeniem w schwytaniu go. Opuściła rękę, po czym korzystając z jego dość żenującej pozycji w jakiej się znalazł, wykonała przed siebie jeszcze kilka kroczków. Aż bezceremonialnie mogła stanąć bardzo blisko i jeszcze pochylić się nad złapanym w potrzask młodzianem.
-Jest noc. A czyżbyś nie zauważył moich długich uszu? -mruknęła bez choćby cienia uśmiechu na ustach, który mógłby wskazywać na żartobliwą naturę jej słów. Patrzyła też na niego w sposób.. w jaki całkiem niedawno przyglądała się podanemu sobie posiłkowi w karczmie -Potrzebuję ludzkiej krwi do zaspokojenia mojego głodu. A jakaż będzie lepsza, niż ta należąca do dzieciaczka śledzącego mnie przez cały dzień?
-Tylko spróbuj elfia wiedźmo… w mieście jest dość zakonników Peruna i krasnoludzkich łowców odmieńców, by twoje odcięte uszy zawisły na miejskiej bramie. Tylko spróbuj… wampirzyco.
- burknął gniewnie dzieciak próbując udawać chojraka, mimo dość krępującego swego położenia.- Daj im powód do złapania i ubicia ciebie.

Kuglarka w odpowiedzi uśmiechnęła się, delikatnie i kocio. I wcale nie był to miły widok, szczególnie dla kogoś wydającego się być prawie na jej łasce. Kocia w nim była przede wszystkim kpina i przemądrzałość, jaka często się pojawiała na pyszczkach tych futrzaków nierozumiejących dwunogów.

-Przybyłam do miasta z zakonnikami i noszę w sakwie monety otrzymane od nich, a jeden z tych krępych brodaczy obiecał mi swą pomoc, kiedy tylko będę jej potrzebowała.. -zawiesiła swój głos, by chłopaczek sam mógł dojść do jakiegoś wniosku dotyczącego elfki i wyraźnej protekcji, którą z jakiegoś powodu została objęta przez samych rycerzyków. Nie musiał wiedzieć, że to nie do końca była prawda i Eshte raczej nie miała co liczyć na ratunek ze strony białowłosego lub czarownika, nazbyt zajętego zapewne odwiedzinami tutejszych zamtuzów.

Pstryknęła palcami i jej iluzja z cichym pyknięciem rozpłynęła się w cieniutkie smużki dymu, po czym wróciła do dręczenia chłopaczka -Wolisz sprawdzić swoje szczęście tutaj, w tej ciemnej uliczce gdzie nikt Cię nie usłyszy, czy powiesz mi dlaczego łaziłeś za mną?
- No boooo booo... jesteś taka no… ładniutka i w ogóle. Chyba wiesz po co mężczyźni chodzą za kobietami, co?
- rozgadał się złodziejaszek, podczas gdy znudzony byciem ignorowanym fajkowy lis spełzł z jego łydki. “Mężczyzna” z ledwie posiewem zarostu nad górną wargą uśmiechnął się niemrawo, choć pewnie sądził iż uśmiecha się lubieżnie.- A nuż by mi się udało nooo… bym zobaczył twoje cycki, czy coś? W końcu chyba warto prawda?
Był przerażony, ale na tyle sprytny by udawać że nie jest. Zapewne wyrósł na ulicy, gdzie bycie twardzielem ratowało. No i kłamał. Kiepsko i bezczelnie.

-CO?! - wręcz ryknęła elfka, co zawsze było zadziwiające, iż potrafiło wydobyć się z usteczek tak drobnej ciałem istoty. Fiołkowe włosy przybrały pomarańczowe odcienia, aż buchnęły falującymi językami ognia rozświetlającymi cienie nocy.

Pochylona chwyciła mocno chłopaczka za poły kapoty na klatce piersiowej, by go podnieść ku swym rozpalonym oczom. Oczywiście, zaledwie odrobinę, bo chociaż nie był narzekać na nadmiar jedzenia, to i ona nie miała zbyt dużej siły. Dlatego głównie go wyszarpała, a Skel'kel wdrapał się zwinnie na ramię Eshte i wyszczerzył się chytrze do młodego zboczeńca, gdy ta wściekle wyrzucała z siebie pytania -A to mało burdelowych elfów wałęsa się po mieście? Mało z nich żyje z pokazywania cycków? Myślałeś, że nagle zacznę się rozbierać? Za kogo Ty mnie masz, dzieciaku?

Gdzieś w swej złości pomyślała, że właściwie to mogłaby czuć się.. zadowolona z tego, że w otoczeniu tych wszystkich zaokrąglonych czarodziejek i nadmiernie cycatych elfek, to właśnie na nią padło zainteresowanie młodziana. Ale ten moment trwał bardzo krótko.

- Ale one każą sobie słono płacić… a ciebie planowałem podejrzeć za darmo.- odparł szybko młodzian mając nadzieję podsycić jej gniew, bo i ten gniew wykorzystać zamierzał.
Dzieciak uznał, że jest okazja by uciec i… wysunął się z za dużej kapoty, by najpierw na czworaka, a potem na dwóch nogach zacząć uciekać od niebezpiecznej i wściekłej elfki.
Jego celem było wyjście z ciemnej i pustej uliczki, jego zamiarem było napotkanie innych ludzi. Bo już głośno wrzeszczał. - Pomocy! Napadnięto mnie! Dobrzy ludzie… ratujcie!

Kuglarka cmoknęła z irytacja, a jej futrzasty pieszczoch nawet powtórzył cicho ten odgłos. Albo przynajmniej próbował.
Zapewne mogłaby zawrócić i po prostu sobie pójść w przeciwnym kierunku, ale jakoś niezbyt jej się podobała myśl, że ten dzieciak będzie biegał po mieście i ogłaszał takie oszczerstwa na jej temat. Wprawdzie nie była przekonana czyją stronę wzięliby „dobrzy ludzie”, ulicznego złodziejaszka czy.. cóż, elfki-nie-z-zamtuza, lecz jakoś nie chciała sprawdzać tym razem swojego szczęścia.

Zgasła więc i ruszyła za chłopaczkiem. Wyciągnęła w jego kierunku rękę, ale przecież był zbyt daleko, żeby mogła go pochwycić. Magia znowu zaiskrzyła się w jej krwi, a niedaleko wyjścia z uliczki pojawiły się jej trzy iluzje. Szczerzące swoje zęby w krnąbrnym uśmiechu, z rękami wyciągniętymi tak jak ona, i zupełnie nieruchome. Same w sobie nie były w stanie zatrzymać kogokolwiek, ale Eshte planowała je rozsadzić w gęsty dym. W końcu miała teraz do czynienia z byle dzieciaczkiem, nie kolejnymi szkieletami wrogiego czarownika.
W dodatku z ulicznikiem, który nie znał się w ogóle na magicznych sztuczkach. I wziął iluzje za bardzo realne istoty.

-Napa… - krzyk zamarł przez chwilę w jego ustach. Dłoń drżąc sięgnęła po nóż, ale widać było że nożownik z niego marny. Co najwyżej rzezimieszek. Dzieciak zatrzymał się zaskoczony, nie wiedząc jeszcze co czynić. A choć chwycił za broń, to nie był skory do jej użycia.

-No, no. Nie chcesz chyba zrobić sobie krzywdy? -mruknęła elfka, tym razem już starając się o łagodniejsze brzmienie swego głosu. Z ręką uniesioną i palcami złożonymi do ewentualnego pstryknięcia, w razie gdyby chłopaczek rzucił się dalej do ucieczki przez jej iluzje, szła powoli w jego stronę.
-Nikt się Tobą tam nie zainteresuje, bo wielcy panowie i damy są ponad zwykłych uliczników -gorycz odbiła się w jej słowach, choć nie tyle dotycząca samego dzieciaka, co tych nosów kupców i szlachty zadarty wysoko, by nie widzieć niczego znajdującego się poniżej nich -A ja nie potrzebuję, byś mi straszył moją jutrzejszą widownię. Przestań więc wrzeszczeć, jakbym Cię ze skóry obdzierała.

- Ale straż miejska… chętnie porachuje skórę odmieńcowi. A ja jestem chłopakiem Czarnego Bjorna. A z gangiem Czarnego Bjorna się nie zadziera.
- rozgadał się “bandyta” wyraźnie starając się być groźniejszym niż jest w rzeczywistości. Niemniej marnie mu to wychodziło. Co prawda Eshte nie słyszała o gangu Czarnego Bjorna, to jednak wątpiła by ten chudy rzezimieszek był jego członkiem. Albo w ogóle członkiem czegokolwiek poza kradnącej warzywa ze straganów bandy uliczników.
-Poza tym… nie wiem czemu mnie atakujesz kobieto. Gapienie się na ładny zadek nie jest jeszcze zabronione. Powinnaś się cieszyć, że komuś się podobasz.- burknął nerwowo zaciskając palce na nożu, którego nie potrafił właściwie używać.

Brew elfce drgnęła groźnie, tak samo jak i kącik ust, które próbowały się wykrzywić w ponurym grymasie. Ale zostały powstrzymane przez samą Eshte, która ani myślała dać się znowu wyprowadzić z równowagi temu byle łachmycie. W końcu nie był nawet w połowie tak denerwujący jak Thanekryst, a wbrew swoim słowom, był także o wiele za młody, o wiele za niski i o wiele zbyt żylasty, by miała czuć się dumna z jego zainteresowania swoim tyłkiem.

-A ten Twój Czarny Bjorn wie, że marnujesz cały dzień uganiając się za cyckami odmieńca, zamiast zająć się czymś pożytecznym? Czy może to właśnie jakiś gang nieletnich i nieopierzonych podglądaczy jest? -zapytała kpiąco, ani trochę się nie przejmując trzymanym przez chłopaczka nożem.
- Nooo... eee… mam trochę czasu dla siebie. Jestem bardzo ważnym członkiem gangu.- zaczął się plątać w zeznaniach młodzian.- Powinnaś być… no… dumna, że tak ważny członek półświatka zwrócił na ciebie uwagę.
-Oooooh.. to trzeba tak było mówić od razu, o Wielki Panie Półświatka!
-odparła Eshte zmieniając gwałtownie swe nastawienie, tym razem popadając w istny zachwyt po słowach chłopaczka. Tylko pozornie, naturalnie, i nawykłe do kobiecych zmian nastrojów ucho z łatwością wychwyciłoby tę nutkę kpiny skaczącą po jej języku.
-Gdybym wiedziała wcześniej z kim mam do czynienia, to wystarczyłoby jedno Twe słówko, a mógłbyś sobie podotykać i pooglądać moje cycki z każdej strony. Że nie wspomnę już o innych przyjemnościach, o których... -zniżyła swój głos do mrukliwego szeptu -..nie wypada mówić tak głośno..
-No to teraz wiesz…
- mruknął niepewnie młodzieniaszek nie dając się jednak nabrać na tą pozorną słodycz. Nie po tym co przeżył przed chwilą. - Więc ci wybaczam agresję. A teraz… muszę już iść, więc zabierz swoje duszki i udaj się swoją drogą.

Na te słowa, tak łaskawe wszak w ustach niezwykle ważnej persony mogącej decydować o jej życiu i śmierci, elfka pochyliła się w pokłonie. Niezbyt głębokim, a także zbyt teatralnym, nawet jak na nią, aby ktoś mający za sobą choćby liźnięcie zasad dobrego wychowania, mógł wziąć go za prawdziwy okaz szacunku. Nie pomagał też temu fakt, iż jej bliźniaczki u wyjścia uliczki wykonały identyczny ruch w tym samym momencie co ona.
Wyprostowała się następnie, ręką machnęła nonszalancko niczym pan na swe pachołki, a iluzje rozpłynęły się w mgiełkę znikającą powoli w powietrzu.

-Ależ oczywiście. Nie mam śmiałość odbierać Jaśnie Panu więcej z jego cennego czasu – rzekła na pożegnanie, niezmiennie tym samym przesłodzonym tonem, któremu jedynie głuchy dałby się oczarować.

Jej palce czochrały pieszczotliwie Skel'kela za jednym z uszek, gdy tak obserwowała oddalającego się chłopaczka. Wzruszyła lekko ramionami, kiedy lisek pomiędzy pomrukami przyjemności wpił w nią swe oczka, jak dwa bursztynowe paciorki błyszczące w ciemnościach niewypowiedzianym pytaniem. Może lata samotnych podróży odbijały się teraz na niej w postaci kojarzenia gestów zwierząt z ludzkimi reakcjami? Nie pierwszy raz przecież. Siedząc na wozie potrafiła toczyć długie dyskusje z Małym Bridem'. A może wręcz przeciwnie, i teraz po prostu rozumiała je lepiej niż jakikolwiek miastowy długouch?

Pewnym było, iż nie wiedziała co mu odpowiedzieć na to dziwaczne spotkanie, i wzruszenie ramionami najlepiej je podsumowywało. Dzieciaczek kłamał, ale skoro tak, to jaki naprawdę miał cel w śledzeniu jej, i to przez cały dzień? To pytanie pozostawało teraz bez odpowiedzi. A i myśli Eshte zbyt szybko zaczęły krążyć ku miękkim kocom czekającym w wozie na utulenie jej do snu, aby dłużej miała przejmować się jakimś małym kłamcą. I zboczeńcem.
 

Ostatnio edytowane przez Tyaestyra : 26-12-2014 o 05:59.
Tyaestyra jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 26-12-2014, 04:04   #25
 
Tyaestyra's Avatar
 
Reputacja: 1509 Tyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumny
Było już ciemno, gdy przemierzała boczne uliczki miasta w drodze powrotnej do swego domu na kołach. I wtedy właśnie posłyszała głos, cichy i syczący.

-Taka ssłodka, taka sssama… taka obiecująca.- cichy szept z mroku uliczki niemal hipnotyzował i nie pozwalał się wyrwać z jej okowów. Eshte czuła się jak ten głos ją osacza i oplata niczym wąż. Niewątpliwie czyjaś wroga magia… albo gorzej. To nie był czar jaki ona potrafiła wykrzesać z siebie, to było...to był moc istoty spoza tego świata. Miała przed sobą demonologa.

-Umieramy moja słodka, umieramy… ciało ssłabnie. A my musimy je opuścić. Nie chcemy moja sssłodka, ale musimy…- szeptał ów miłych dla ucha głosem gość owego demona. Eshtelëa nie bardzo znała się na magii, swoje sztuczki opanowywała instynktownie. Słyszała jednak dość o demonologach zaprzedających swe dusze w zamian za moc większą niżby wykrzesał z siebie zaledwie wyszkolony.

-Sssłabniemy, a ty masz… potencjał. Możemy go zassssilić, rozwinąć poza wszelkie wyobrażenie. Dać prawdziwą moc kształtowania rzeczywistości.- kusił cicho, ale sugestywnie.
Nie wiedziała zbyt wiele o demonach. Omijała zwykle te ponure przybytki Peruna i innych bóstw, które za swój dogmat wzięły oczyszczanie świata ze zła. Głównie dlatego, że czasem za owo zło uznawały chcącą zarobić kuglarkę. Teraz jednak… sparaliżowana niemal szeptem demona, elfka trochę żałowała, że przynajmniej nie przysłuchała się kazaniom wędrownych kaznodziei. Może wtedy wiedziałaby jak uwolnić się z tego unieruchamiającego jej kończyny mroku.

-Złoto, klejnoty, ssssmaczne jedzenie, cuda całego świata sssą na wyciągniecie ręki. Jessssteś wszak potężniejsza od tej skorupy. Daj mi obdarować cię nimi, daj mi wzmocnić twą moc.- skoro był taki potężny, to czemu jeszcze jej nie opętał? Nie mógł ! Nie potrafił przejąć ciała, więc kusił tym co mógłby jej dać.

Owinięty wokół szyi elfki Skel'kel zaś zjeżył się i zawarczał w kierunku mroku.
A Eshte miała problemy z wydobyciem z siebie nawet tak zwierzęcego odgłosu. Krzyk o pomoc, jęknięcie strachu, przeklinanie wszystkich czarowników i kochanków demonów chodzących po tych świecie? Nic. Nie tylko jej ciało było sparaliżowane przerażeniem oraz zdominowane magią tej.. tej.. istoty, ale także usta, te o przecież ciętym języku, nagle utraciły zdolność składania słów w logiczne zdania. Czuła się, jak gdyby ktoś zaciskał jej swe silne dłonie na szyi, pozwalając jedynie na zaczerpywanie powietrza w płytkich oddechach.

-N.. n... - zachrypiała niewyraźnie ze spierzchniętymi wargami. Nie mogła poruszać byle palcem, a co dopiero mówić o próbie ucieczki z tego potrzasku. Mogła jedynie stać i patrzeć szeroko otwartymi oczami w ciemności nocy mieszające się z nienaturalnym mrokiem, tworem napastnika.
-...Nie.. - zdołała z trudem wydusić przez swoje zaciśnięte gardło -Odejdź..
-Mogę być ci miłym towarzyszem… Mogę i koszmarem.
- i robiło się jej gorąco. Jakby znajdowała się w balii z ciepłą wodą, do której ktoś dolewał wrzątku sprawiając, że pociła się coraz bardziej. A w perspektywie czekało ją ugotowanie żywcem. Czy to była iluzja? Może… ale przekraczająca te kreowane przez czary Eshte. Iluzja tworzona bezpośrednio w jej własnej głowie i znacznie poważniejsza.- Mądrym było by mi nie…

- Nie możesz mnie opuścić. Ścigają mnie… zawarliśmy…
- inny głos wyrwał ją z iluzji. Chrapliwy i zmęczony.- Ratuj.
- Sssam ssssiebie teraz ratuj. Twe ciało jest uszkodzone poza moimi możliwościami regeneracji. Ty konasz głupcze… Nie mogę cię ratować.
- jej demoniczny kusiciel na chwilę odpuścił tą torturę z gorącem i elfka poczuła się nieco swobodniej. Nieco. Nadal nie mogła uciec, ani krzyczeć. Ale jej wzrok w mroku zauważał rysy jakiejś skulonej postaci. Mężczyzny z rasy ludzi chyba.
Docierały też do niej odgłosy krzyków… straży i kogoś jeszcze. Inkwizytorów Peruna. Ścigali kogoś… pewnie jej prześladowcę.

- Puść mnie. Nie zamierzam zrywać połączenia z tym światem tylko dlatego, że…- odgłos syczał cicho i z wyraźnym gniewem. Ale mężczyzna “trzymał go” przy sobie.- Obiecałeś mnie... chronić i pomagać. Spełniałem…. twe plugawe warunki.
- Dopóki będziesz żył, ale twa dusssszza wkrótce opuści tą skorupę, a ja nie zamierzam.
- odpowiadał głos.
- Obiecałeś!- ta jedna wypowiedź mężczyzny trzymała plugawego stwora w jej poprzednim ciele, z dala od kuglarki.
-Puść mnie, bo obaj zginiemy!- syczał w panice demon.

Kuglarka pomyślała, że milczenie w tym momencie było najodpowiedniejszym rozwiązaniem. Być może w tej kłótni pomiędzy sobą.. po prostu zapomną o istnieniu elfki, która nagle zapragnęła mieć na sobie mniej krzykliwe ubranie i włosy w jakimś naturalnym kolorze. Wszystko, byle tylko jak najmniej rzucać się w oczy tej dziwacznej parce.

Gdyby mogła, gdyby nie krępowały jej jakieś niewidzialne pęta uniemożliwiające jakikolwiek ruch, to powolutku zaczęłaby stawiać ciche kroczki w tył. Aż w końcu rzuciłaby się szaleńczym pędem do ucieczki, zostawiając za sobą ten koszmar. Ah, pomarzyć jest słodko.

Głosy straży zbliżały się. Odgłosy inkwizycji. Obie te grupy zazwyczaj były cierniem w pupie Eshtelëi.
Ale teraz ich pokrzykiwania były niczym najwspanialsza muzyka. Tylko, żeby dotarli tu zanim straszliwy potwór pożre nikomu dotąd nie wadzącą elfkę.

-Uwolnij mnie!- ryczał potwór do swego gospodarza, ale ten najwyraźniej nie zamierzał go wypuścić. Zapewne z tego powodu, że tylko obecność demona trzymała go przy życiu. Niemniej efekt tej walki przekładał się na coraz luźniejszą kontrolę. Nogi kuglarki zaczęły się powoli przesuwać do tyłu, pociągając za sobą jej ciało. Nadal miała zaciśnięte magią i strachem gardło, ale już odzyskiwała coraz bardziej kontrolę nad kończynami.

Nieśpiesznie zwiększając odległość pomiędzy sobą, a mężczyzną i jego demonicznym gościem, elfka starała się nawet nie szurać podeszwami butów. Wygodne i lekki pozwalały jej zręcznie poruszać się na palcach, i co w tej sytuacji najważniejsze – także i cicho. W swym ślimaczym wręcz tempie, bowiem ciało ani nie chciało, ani nie było w stanie wykonywać szybszych ruchów, uważała przede wszystkim, by na nic nie wpaść. Niech ci dwaj sobie tutaj dyskutują na temat obiecanek cacanek, ona wcale nie pragnęła być tego częścią. Na pewno wspaniale sobie poradzą bez jej pomocy, szczególnie jak przybędą zakonnicy.

Po drugiej stronie uliczki pogrążonej mroku słychać było ciężki chrzęst płytowej zbroi… dotarli! W końcu!
Już nigdy nie powie nic złego na straż czy zakon, czy inkwizycję.. a przynajmniej nic złego do jutra.
Potworny duet też ich zauważył, bo z oddalającej się Eshte opadły pęta i wreszcie była wolna.
To nagłe uczucie wolności było.. obezwładniające i niezwykłe, jak gdyby nagle stała się tak lekka jak piórko i mogła odfrunąć na byle powiewie wiatru. Miała ochotę tańczyć, skakać, śpiewać, przechwalać się przed światem swoimi kuglarstwami. Po prostu cieszyć się na nowo odkrytą swobodą.
Jednak ponad wszystko chciała biec, co też zrobiła po odwróceniu się plecami do swego niedoszłego kusiciela. Stanęła dopiero u przeciwległego wyjścia z uliczki, gdzie odetchnęła głębiej w cieniu i uśmiechając się promiennie podrapała drżącego liska za uszami. Przerażenie odchodziło w niepamięć, a jego miejsce zajmowała.. ciekawość. Taka zwyczajna, zrodzona w poczuciu bezpieczeństwa. Dlatego w ciszy postanowiła obejrzeć scenę, w której, ku jej niewątpliwej satysfakcji, demon ze swym gospodarzem mieli ulec sile rycerzyków. Się nauczy bestyja, co by elfek nie zaczepiać.

Podkradła się więc ostrożnie z powrotem licząc na to, że nie będzie zauważona przez nikogo, oraz że nie zwróci uwagi demonologa i bestii z którą on zawarł pakt. I miała rację, mimo swego wzorzystego stroju zdołała się ukryć przy stercie starych skrzyń, by z bezpiecznej odległości obserwować starcie.
Póki co do ciemnej uliczki ostrożnie podchodziła grupka rycerzy Peruna , kapłan jakiegoś innego bóstwa, oraz dwóch strażników z kuszami. Rycerzom przewodził jasnowłosy postawny zakonnik o ponurym obliczu, niewątpliwie weteran takich walk.





Podlegli mu trzej rycerze byli młodsi i mniej doświadczeni. Wśród nich elfka rozpoznała Zygryfa. I wyglądał na najbardziej niedoświadczonego z nich.
Kapłan tutejszego bóstwa… jakiegoś, był stary zasuszony i ogólnie niezbyt godny zaufania.





Złote dodatki na jego szacie i różdżka handlu w dłoni sugerowały, że jest sługą tutejszego bóstwa handlu bądź rzemiosła. Nie był wojownikiem. I pewnie dlatego trzymał się za perunowymi rycerzami.

Potwór w ciele człowieka uznał, że nie ma co tracić energii na maskowanie swej obecności, skoro i tak wrogowie jego wiedzieli kim jest. Sztuczna ciemność opadła, odsłaniając wręcz groteskową i zasuszoną postać czarownika. Ale w szatach z jedwabiu pajęczego lamowanego złotogłowiem… wartych tyle co cały wóz kuglarki. Nie wspominając o innych złotych ozdobach jakie nosił… I garncach pełnych monet, które miał przy sobie. Złotych monet. Eshtelëa nigdy nie miała w dłoni złotej monety. Taka waluta była tylko w rękach bogatych kupców i możnych.
Ale blada twarz, pokryta siecią zmarszczek niczym maską, dłonie przypominające wysuszone szpony i czarne gałki oczne… przypominały o cenie za te złoto.

Kusznicy wystrzelili bełty, ale czarownik machnął ręką niedbale i ich pociski rozpadły się w powietrzu.
Rycerze ruszyli do boju sięgając po swe miecze i gnając na czarownika, a kapłan zaczął się modlić.
Stary demonolog upuścił garnce ze złotem rozsypując je dookoła.




Wydał z swych ust głośny skrzek i rozsypane monety poderwały się z ziemi uderzając metalowym deszczem zarówno w szarżujących rycerzy jak i strażników. Jedynie modlącego kapłana jakoś omijały.
Ten atak spowolnił nieco nieco rycerzy i dał czarownikowi szansę kolejnego ataku… jego zaklęcie obróciło do tyłu głowy dwóch strażników skręcając im karki. Po czym unieśli w górę się jako ożywione marionetki demonologa. Mimo że był na skraju życia i śmierci, ów czarownik wydawał się i tak potężniejszym zagrożeniem, niż szalony mag z którym Eshte miała nieszczęście walczyć w podziemiach strażnicy.

Poczuła, jak jej złudne najwyraźniej poczucie bezpieczeństwa umyka wraz z życiem tamtych rycerzyków. To wcale nie tak miało wyglądać! Czy ci zakonnicy naprawdę nie potrafili niczego zrobić dobrze? Wszak powinni w pełnych blasku ( pomimo nocnego mroku, oczywiście ) zbrojach ruszyć dzielnie na potwora wspomagani boskimi zaklęciami kapłana, aż żaden demon nie miałby szans choćby warknąć pod nosem. Czy to naprawdę było dla nich za trudne? Rach-ciach i po sprawie!

Palcami poczochrała swego lisiego pieszczocha po główce, szepcząc przy tym -Chyba.. chyba widzieliśmy wystarczająco. Nic tu po nas, poradzą sobie.
Wprawdzie nie była przekonana co do prawdziwości swych ostatnich słów, ale też nie miała okazji być w pobliżu, by zobaczyć zakończenie tej sceny. Skulona i prawie na czworakach zaczęła się z powrotem wycofywać, by „przypadkiem” nie stać się ofiarą gniewu tego czarownika.

Słyszała za sobą szczęk mieczy, zapewne marionetki stojącego na skraju śmierci demonologa starły się w boju z rycerzami. Słyszała odgłosy przekleństw i coś na kształt chlupotu wzbierającej wody. Czy jednak w tej chwili zdołała by się odwrócić i spojrzeć za siebie?
Tym bardziej że jej mały pieszczoch zerkając tylko drżał ze strachu? Nie pocieszał elfki donośny głos kapłana wzywający majestat swego bóstwa na pomoc. I gdzie w tym wszystkim jest Thaanecrist?! Nie powinien tu być i walczyć ze złym czarnoksiężnikiem w obronie swego przyjaciela? I co najważniejsze, w jej obronie?!

To. Miasto. Było. Szalone!
Taka myśl rozbrzmiewała w głowie kuglarki tak samo głośno, jak odgłosy walki w jej spiczastych uszach. Roznegliżowane elfki i czarodziejki, prostaccy karczmarze, zboczone dzieciaki, a na zakończenie tego dnia jeszcze zakonnicy bojujący z demonem w ciemnej uliczce! I to wszystko w ciągu zaledwie kilku godzin! Miała nadzieję, że dzięki swojemu pobytowi tutaj zarobić niemałą fortunkę, która wynagrodzi jej całe te nerwy. Aż strach było pomyśleć, co jutro ją czeka po otwarciu oczu. Może smok przeleci nad miastem? Księżniczka zapadnie w ponad stuletni sen?

Skuszona postanowiła zerknąć za siebie. Krótko i szybko, że świat nawet nie będzie świadom tego ruchu. Cóż mogło jej się stać? Wszak to nie tak, że bestyja nagle przemieniła się w te poczwary o włosach stworzonych z węży, które podobno jednym spojrzeniem w cudze oczy potrafiły zamienić w kamień. Na pewno teraz tak nie było. Zerknie, a potem rzuci się biegiem do ucieczki.
Z takim dzielnym postanowieniem odetchnęła głębiej, a potem przechyliła głowę, by móc rzucić za siebie okiem.

Dzielni rycerze, w tym Zygryf, ścierali z upiornymi marionetkami strażników. Ci nieumarli wydawali się nie do pokonania, bo żadne celne ciosy nie robiły na nich wrażenia. Nawet nie próbowali się bronić z furią nacierając na zakonników halabardami. Jedynie przywódca zakonników uderzał z furią na czarownika próbując przerwać tarczę z jego własnej czarnej juchy, którą ów demonolog bronił dostępu do swego ciała.
Za każdym uderzeniem miecza perunowego sługi… tarcz zmieniała się w płynną chlupoczącą krew, którą demonolog ponownie łączył ze sobą solidny pawęż, a potem w zwykłą dużą tarczę. Może i radził sobie z zakonnikami, ale nie z własną słabością. Tarcza się zmniejszała, on sam ledwie trzymał się na nogach. Czarna krew wypływała z otworów jego ciała. Choć był niezwykle potężnym przeciwnikiem, jego koniec był bliski.
Tym bardziej, że kapłan w końcu wymodlił wsparcie, które pojawiło się tuż nad nim.




Istota unosząca się w powietrzu była fragmentami zbroi otoczonej niebieską energią i posłała ze swego “serca” strumień błyskawic, które strzaskały krwawą tarczę i przeszyły serce heretyka dotkliwie go raniąc.

Eshte i Skel'kel wydali z siebie pisk wręcz jednocześnie. Z zaskoczenia tym nagłym zwrotem sytuacji przeciwko demonowi i jego naiwnemu gospodarzowi. Z przerażenia przez tą całą.. energię trzaskającą w powietrzu. Trochę też także z radości, że to jednak zakonnicy okazali się zwycięską stroną, a nie ta kreatura z piekła rodem. Oczywiście, nie przepadała także i za tymi nadmiernie bogobojnymi rycerzykami, ale teraz akurat byli tym lepszym złem.

Te wszystkie błyski zmusiły kuglarkę do zmiany swego planu i dłuższego zawieszenia wzroku na dramatycznej scenie. Zaczęła się pomiędzy tym wszystkim zastanawiać, czy może będzie mogła jakoś skorzystać na tym wydarzeniu. Szczególną pokusę stanowiły te wszystkie złote monety rozsypane na ziemi. Będzie musiała dokładnie przeszukać ciemności w poszukiwaniu ich blasku, kiedy już zostanie sama z liskiem w uliczce.

Zraniony jednak czarownik nie był jeszcze martwy. Ruchem ręki poderwał swą juchę w powietrze podpalając ją zielonym ogniem i pchnął ów ogień na oślep we wszystkich kierunkach. Także i w kuglarkę. Uderzenie tej fali ognia, trafiło w zakonników. Zygryf i jego towarzysze broni zasłonili się tarczami. Kapłana osłonił niebiański blask przyzwanej istot. Przywódca zakonników, nie przejmując się jednak bólem i oparzeniami rzucił wprost na czarownika z wyciągniętym mieczem.

A Eshte rzutem swojego ciała na ziemię zdołała cudem uniknąć zostania uderzoną. Nie był to może popis gracji z jej strony, i jako akrobatka niewątpliwie mogłaby popisać się bardziej spektakularnymi i wdzięcznymi ruchami, ale przecież w ciemnościach i tak nikt jej nie widział. Tym lepiej, bowiem w mało uczęszczanej uliczce ziemia nie była wzorem czystości, co pewnie później miało się odbić na jej ubraniu. Ale to nie było teraz ważne. Nie teraz, gdy płomienie błysnęły nad nią, prawie osmalając w ostatniej chwili pochwycony kapelusz.
Lecz choć sam przedziwny ogień nie zdołał jej dosięgnąć, to jednak żar przeniknął jej ciało dziwną falą bólu. Takiego jakiego nigdy nie czuła. Owe paskudne płomienie zostawiły coś w niej, tego była pewna.

Szalony przywódca zakonników zaś doznał paskudnych poważnych oparzeń ciała, ale nie powstrzymało go to przed dotarciem do czarownika i gwałtownym zamachem miecza pozbawienia go głowy. Bezgłowy korpus demonologa upadł na ziemię, a głowa się odtoczyła złorzecząc wszystkim przez chwilę w ludzkich i nieludzkich mowach, nim więź między istotą z tego świata, a tą rzeczywistością całkiem wygasła.

Przyzwany przez kapłana niebiański posłaniec zgasł niczym świeca i znikł. Młodsi zakonnicy, nie tak pokiereszowani jak ich przywódca, pomogli mu usiąść i odpocząć, podczas gdy kapłan zabrał się za jego leczenie.
A złoto, tak wcześniej kuszące do zebrania, zaczęło matowieć i kruszeć, dość szybko zmieniając się w popiół.
 

Ostatnio edytowane przez Tyaestyra : 26-12-2014 o 05:59.
Tyaestyra jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 30-12-2014, 04:55   #26
 
Tyaestyra's Avatar
 
Reputacja: 1509 Tyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumny
[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=2aKxf1h5r4g[/MEDIA]




Umierała.
Leżała na nierównej ziemi uliczki tak jak padła w próbie uniknięcia przedziwnej fali płomieni demona. Na brzuchu, z głową schowaną w ramionach i, po odczuwalnym przenikliwym zimnie, przynajmniej częściowo w jakiejś kałuży. Wody, miała nadzieję.
Uh, musiała wyglądać okropnie. Nie tylko jak elfi łachmyta, ale jak elfi łachmyta zapijający marność swego życia w alkoholu najgorszego rodzaju, który doprowadził ją do stanu leżenia we własnym moczu i bogowie tylko wiedzą czym jeszcze. Było to dalekie od ponurej prawdy, ale czy kogokolwiek by to interesowało? Ot, kolejnego długoucha mniej.

Umierała.
Nie tak jak chciała. Wyobrażała sobie, że koniec jej niezwykle lśniącej kariery nastąpi w sposób o wiele bardziej ekscytujący. Godny zapamiętania, na oczach kochających ją tłumów drżących z napięcia przed kolejną sztuczką. Nie tak jak teraz, nie w taki sposób, jakiego nie życzyłaby bezdomnemu psu czy zapijaczonemu wieśniakowi. W zapomnieniu.
Nikt nie umieści jej prochów w zdobionej urnie, a tym bardziej nie wystawi na pokaz rozpaczających miłośników jej sztuczek.
Na pewno nie postawią pomnika ku jej pamięci.
Cyrkowy amfiteatr jej wielu imion pozostaje nadal zaledwie jej marzeniem, niespełnionym nawet po śmierci.
Odejdzie tutaj, w zapomnianej przez świat uliczce. Nikt nie pozna jej imienia, ani historii jej bohaterskiego stanięcia przeciwko pokusie demona. Może jedynie Kranneg, białowłosy rycerzyk lub Ruchacz rozpoznają w tym porzuconym, drobnym ciele ich niedawną towarzyszkę podróży. Może uronią za nią łzę, choć nawet w ostatnich oddechu kuglarka nie posądzałaby o to czarownika..


Umierała.
Słyszała głosy i pobrzękiwanie zbroi oddalających się zakonników. Nie zwrócili na nią uwagi. Może z taką łatwością się wtopiła w otoczenie obskurnej uliczki, że żaden z nich jej nie dostrzegł. Ani młode i nieopierzone rycerzyki, ani starszawy kapłan, ani nawet białowłosa panieneczka, tak przecież szlachetna wobec elfki w ciągu ostatnich kilku dni. Nikt nie był świadom smutnego losu Eshtelëi Meryel Nellithiel del Taltauré. Jedynie jej drogi pieszczoszek, lisek kulił się tuż obok i popiskując trącał pyszczkiem policzek kuglarki. Któż się nim zajmie, kiedy jej już zabraknie? Maleństwo znów zostanie same, bez nikogo do podzielenia się fajkowym zielem, bez nikogo do choćby dmuchnięcia mu w nosek aromatycznym dymem.


Umierała.
Nadzwyczaj powoli. Oprócz zbliżającej się śmierci zaczynała odczuwać także zniecierpliwienie i rozdrażnienie. Czemu ten pozbawiony gustu szkielet w czerni kazał jej tak długo na siebie czekać?! Przecież jeszcze moment, a ona po prostu wstanie i sobie stąd pójdzie!

Właściwie, gdy tak się skupiła, to nie czuła już tego straszliwego bólu, który wcześniej naszpikował jej ciało tysiącem szpileczek paraliżujących mięśnie i duszę. Wcześniejsze cierpienie było jak.. oślepiająca eksplozja wypełniająca głowę kuglarki i ogniem rozpalająca zmysły. Przerażające, pozbawiające ją władzy nad własnym ciałem, lecz.. pozostały tylko straszliwym wspomnieniem przywołującym dreszcze. Jeśli tak prezentowała się śmierć, to wcale nie była tak przerażającym uczuciem jak wszyscy opowiadali. Owszem, czuła chłód, ale ten nocny i mokry z kałuży, który nie miał nic wspólnego z mitycznym lodowatym zimnem wędrującym wzdłuż kręgosłupa. Nie pojawiły się także przed jej oczami obrazy z całego życia, a przecież to także był jeden z tych kluczowych elementów umierania. Czekając zaczynała podejrzewać, że wcale nie powinna wierzyć w to co się opowiada o śmierci. Szczególnie, gdy opisujące ją usta należały do całkiem cieplutkiego, żywego bajkopisarza.

Przede wszystkim odczuwała pewne.. niewygody związane ze swoim mało urokliwym położeniem. Ale nie było w tym niczego nadzwyczajnego. Odnalazła w sobie odwagę i spróbowała poruszyć jakąś niewielką częścią swego ciała. O, palcem! Drgnął nieśmiało, w obawie przed nagłym atakiem cierpienia lub, co gorsza, poczuciem zupełnie niczego. Ale ni jedno, ni drugie się nie sprawdziło. Lekkie mrowienie, owszem, ale temu winne było odrętwienie całego ciała elfki po tak długim leżeniu na chłodzie. I powtórzyło się to przy kolejnych następnych, drugiej dłoni i nawet nogach. Wszystkie były na swoim miejscu ku jej niewątpliwemu zadowoleniu. To dodało jej odwagi w stawieniu czoła swej śmierci.

Powoli, w razie gdyby chytry ból postanowił wypełnić jej nerwy w najmniej ku temu odpowiednim momencie i powalić ją ponownie na ziemię. Ale nic takiego się nie wydarzyło.
Dość chwiejnie, ale w końcu zdołała stanąć podeszwami swych butów w kałuży wypełniającej nierówności uliczki. Nie czując się jeszcze na tyle pewnie, aby utrzymać się na nogach, Eshte ciężko wsparła się plecami o najbliższą sobie ścianę. Odetchnęła głęboko kilka razy, w ostatecznym zapewnieniu samej siebie, że naprawdę udało jej się wymknąć kościstym dłoniom Kostuchy.

Dłonią, po której drżeniu poznać jeszcze było niedawne przerażenie elfki, sięgnęła do jednej z sakiewek i wyjęła zeń smukłą fajeczkę. Skel'kel, równie roztrzęsiony co ona, zamruczał przeciągle na ten widok i w oczekiwaniu nachylił się ku niej swym pyszczkiem, nie chcąc pominąć ni chwili z ziela, mającego przecież zaraz zapłonąć i buchnąć pachnącym dymem ku ich obopólnej uciesze. Właśnie na to był teraz czas. Nie na rozmyślanie o tym czego była świadkiem, nie na zapewnianie jakichś wyższych istot o chęci poprawy w zamian za otrzymanie kolejnej szansy. To był czas na zapomnienie, na obojętne przejście obok.

Z trudem poruszyła odrętwiałymi palcami, aż na koniuszku jednego z nich nieśmiało wyrósł płomyczek. Lecz.. towarzyszyło temu coś jeszcze. Coś nowego. Niewłaściwego.
Skrzywiła się mocno, prawie wypuszczając fajeczkę spomiędzy warg.

Przyjrzała się swym palcom w taki sposób, jak gdyby były one wężami, zdradzieckimi bestiami mającymi ją ukąsić. Wydawało jej się? Upadając mocno uderzyła się w głowę i teraz miała jakieś zwidy?
Spróbowała jeszcze raz, ostrożnie wzniecić chociaż niewielki ognik. Uczucie się powtórzyło, ogień zgasł z sykiem, a ona znów się skrzywiła. Przy każdej z tych dwóch prób, jej dłonie przeszywało straszliwe pieczenie. Nie potrzebowała korzystać ze swej wyobraźni by wiedzieć, że bardzo podobne uczucie towarzyszyło płomieniom liżącym skórę. Czy.. czy ten demon jednak coś jej zrobił?! Zamienił jej krew w żywy ogień?
Kolejnych kilka potarć palcami o siebie, oraz wiele grymasów wykrzywiających w bólu twarz Eshte, tylko potwierdziły jej przypuszczenia. Wydarzyło się coś.. coś.. coś bardzo złego. Każdorazowa chęć użycia magii, nawet tylko niewielkiej garstki jej iskierek, kończyła się w taki sam sposób – jak gdyby ten ogień próbował przepalić się przez skórę jej dłoni.

Może zbyt szybko się ucieszyła z powrotu do żywych?
Może jednak znów umierała?




***



Powrót przez miasto był jak sen. Długi i męczący, po którym człowiek, lub w tym przypadku elfka, budzi się jeszcze bardziej zmarnowany życiem niż przed zaśnięciem.
Otępienie było idealnym słowem do określenia tego, jak obecnie się czuła. Noga za nogą wlokły się ociężale, bardziej kierując się instynktem niż pamięcią kuglarki, na której teraz nie sposób było polegać. Feeria barw fajerwerków cieszących oczy mieszkańców wieczorem jeszcze sunącym uliczkami, przyprawiała Eshte o ból głowy oraz sprawiała, że miała szczerą ochotę sprawdzić, czy odpowiedzialni za te sztuczki uliczni artyści potrafili także na zawołanie stać się połykaczami ognia. Zaś dźwięki instrumentów oraz zaśpiewy przystojnych bardów cieszących oczy i uszy zgromadzonych czyniły dzisiejsze myśli o uatrakcyjnieniu własnych występów.. co najmniej niedorzecznymi.

Ale to nie było najgorsze. Zdarzało się przecież, że czasem miewała swoje humorki i bywała zła niczym osa, prawie zostawiając za sobą wszystko w zgliszczach. Prawie. Bowiem zawsze pod ręką miała swą zaufaną fajeczkę, przygotowaną do zasnucia rozsierdzonego umysłu kuglarki mgiełką błogiego upojenia. Tym razem jednak przypalenie jej okazało się być ciężkim zajęciem, że pykanie jej potem nie sprawiało wcale radości. Przynajmniej elfce, nie mogła powiedzieć tego samego o swym futrzastym kompanie. Ten ucieszony, zarówno nagłym powstaniem elfki z martwych jak i tworzonymi przez nią smużkami dymu, to języczkiem muskał ją po policzku, to znowu rozkoszował się aromatycznym zapachem palonego ziela.

Starając się odwrócić swą własną uwagę od nagłych problemów jakimi co dopiero została.. nie wiedziała nawet jak określić źródło swych trosk. Przeklęta? Czy ta.. ta.. przebrzydła kreatura naprawdę ją przeklęła, czy to tylko jakiś efekt.. efekt uboczny, który minie po kilku godzinach? Być może po krótkiej drzemce, lub długim zakopaniu się pomiędzy koce i poduszki? Czy to było jak choroba? Ale jaka w takim razie? Jedna z tych, co to mijają po kilku dniach, tych co potrzebują odpowiedniego lekarstwa, czy.. czy tych śmiertelnych, wyniszczających stopniowo ciało? Czy może ta kreatura pozostawiła w niej.. część siebie? Aby przeżyć? Nie zgodziła się na współpracę z nią, więc teraz paskudztwo siłą, bez pozwolenia zagarnie sobie ciało elfki?

Nie, nie, nie, nie. Jeszcze raz. Spokojniej.
Starając się odwrócić swą własną uwagę od nagłych problemów jakimi co dopiero została.. obarczona, Eshte zastanawiała się nad tym, co może jej przynieść kolejny dzień w Grauburgu. Przede wszystkimi, co ona może wynieść ze swojej wizyty w nim. A miała zamiar wynieść wiele, wynagrodzić sobie te wszystkie nieprzyjemności trafiające na nią pośród jego uliczek.

Obejrzała dzisiaj konkurencję, często widziała więcej niżby naprawdę chciała, lecz to pozwoliło się zorientować i co najważniejsze – lepiej przygotować do własnego popisu. Pierwszego, który najgłębiej wypali się w myślach oglądających. Bo to właśnie pierwsze wrażenie się najbardziej liczyło w tej profesji. To napięcie i zachwyt zapierające dech w piersi, o których ludzie opowiadają swoim znajomym, oni swoim, ci następnym i tak dalej, aż wszyscy przychodzą zobaczyć sztuczki elfki. Napełniać jej kieszenie i rozsławiać mistrzowskie iluzje.
Jeszcze nim spotkała na swej drodze zakonników mających zmarnować jej czas polowaniem na jakiegoś czarownika, kuglarka już wiedziała dokładnie co zaprezentuje mieszkańcom i gościom Grauburga. W tej kwestii nie pozwalała sobie na niedociągnięcia, może czasem na improwizację, ale nigdy na potknięcia. Planowała swe występy od pierwszego momentu, gdy tylko padną na nią oczy zgromadzonych, po ostatni moment pochylenia się w ukłonie i zniknięciu w fajerwerkach. Lub dymie. Lub w postaci gromadki gołębi.
Nie było inaczej i tym razem, a jakieś tam cycate czarodziejki nie sprawiły, że zaczęła wątpić w swe umiejętności zadziwiania prostych móżdżków.

Jedyne co czuła, że musiała zmienić, aby przychodzili jeszcze chętniej i monety zostawiali hojniej, to strój. Oczywiście, nie zamierzała zmieniać swych spódnic, kolorowych pończoch, kubraczków i uroczych gorsecików w.. pojedynczy fragment ubrania nie większy od szmateczki. Nie, nie, n ie. Tak jak dopasowywała sztuczki do widowni, tak samo musiała dostosować siebie do miasta jakim był Grauburg. Wielkiego, przyciągającego gości z wielu różnych stron świat. Oni potrzebowali czegoś mającego przyciągnąć uwagę. Niekoniecznie poprzez kręcenie tyłkiem przybranym w zaledwie zwiewną chusteczkę, ale podkreśleniem jej gibkiego ciała jakimś wręcz bajkowym strojem. Pomimo tego, że jej samej było daleko do bycia postacią własnej, niewinnej bajeczki.

Bowiem koszmar na jawie będący zwieńczeniem niezgorszego przecież dnia Eshte, nie odszedł w zapomnienie po wspięciu się po stopniach wozu i zamknięciu za sobą malowanych drzwiczek. Nie dało się go zrzucić z barków z taką łatwością, z jaką rozbiera się ciało z ubrań zmęczonych podróżą i rzuca się je daleko w kąt. Woda także nie była przeciwko niemu przydatna, nie tak jak przy zmywaniu makijażu i kurzu z twarzy. A zamknięcie oczu do snu, w próbie wyśnienia sobie dla odmiany czegoś słodkiego i przyjemnego, tylko uczyniło elfkę podatniejszą na jego okropieństwa. I to bez potrzeby używania magii.

Z jakiegoś powodu właśnie koszmary nawiedzały ją każdej z kilku ostatnich nocy. Nie mogło być inaczej i tym razem.

Występowała na zamku, lub innym pałacu. W sali tak wysokiej, że zadzierając głowę nie mogła dostrzec jej powały, a jednocześnie tak szerokiej i olbrzymiej, że pomieściłaby wszystkich mieszkańców Grauburga. Tyle, że mimo to widownia kuglarki była nieliczna. Zaledwie jeden, okrągły stoliczek, przy którym dwójka arystokratycznych gołowąsów popijała herbatkę i spoglądała na nią, jak gdyby była bezdomnym psem śmierdzącym im pod nogami.
A ona tylko próbowała popisywać się swoimi kuglarstwami. Próbowała, ponieważ płaszczyk zakrywający jej plecy i mający być częścią sztuczki, odmawiał posłuszeństwa i zamiany w bieluśkie gołębie. Zamiast tego robił się coraz cięższy, coraz dłuższy, aż w pewnym momencie całą ją oplatał, niczym gruby wąż dusiciel! Przygniatał ją i zgniatał, aż nie mogła oddychać. Nie mogła się ruszyć, nie mogła się poratować swoją magią! Z boku ktoś rechotał szyderczo – to jasnowłosa czarodziejka pokazywała ją sobie palcem, a jej nagie piersi wyjątkowo nie były oplatane przez rośliny, lecz przez wszędobylskie ręce stojącego za nią dzieciaka w łachmanach.
Śmiechy unosiły się w powietrzu, przetaczały się przez salę jak grzmoty burzowych chmur. Zbyt wiele, zbyt głośno jak na zaledwie kilka osób, lecz ponad tym tłumnym chichotem odznaczał się przede wszystkim jeden wyjątkowo wysoki, upiornie wbijający się głęboko w umysł. Na podwyższeniu w głębi komnaty pojawił się zdobiony tron, na którym siedziała rudowłosa elfka o pełnych piersiach wylewających się prawie z ram jej sukni. To ona wydawała z siebie ten odgłos na widok Eshte walczącej z własnym płaszczykiem, jak gdyby ta była jakim pałacowym błaznem, głupkiem godnym wzgardy i wyśmiewania. Zapewne i ona pokazywałaby sobie kuglarkę palcem, gdyby jej dłoń nie była już zajęta. Przez trzymającego ją mężczyznę, Ruchacza w samej osobie, który ujmował powabną rączkę kobiety i składał na niej pocałunki, ani myśląc by choćby krótkim spojrzeniem zerknąć na akrobatkę w potrzebie. Potem zrobiło się tylko goręcej. Jego usta sięgnęły szyi, dekoltu, ust. Tron się przewrócił, ubrania podrzuciły w górę, a ciała splotły w jeden obrzydliwy, spocony twór.
Gdyby tylko mogła, odwróciłaby spojrzenie od tego paskudnego widoku. Pętały ją jednak oploty płaszcza z ledwością pozwalające jej jeszcze oddychać. Także czyjeś palce, białe jak u szkieleta i długie jak nogi pająka, trzymały ją mocno za podbródek nie pozwalając odwrócić głowy. Każąc jej patrzeć, każąc jej słuchać każdego chichotu, wyzwiska i soczystego jęku. Wszystko to razem tworzyło okrutną symfonię wypełniającą długie uszy elfki. Aż dziw, że w tym wszystkim zdołała usłyszeć jeszcze szept. Skrzekliwy i kuszący jednocześnie, padający z ust tej samej istoty, do której należały nienaturalnie długie palce. Demon, czy demonolog, po prosty bestia przebrzydła, stała znów żywa i wolna. I odrażająco zadowolona gładziła fiołkowe włosy.

Taka ssłodka, taka sssama…
Taka bezbronna, taka.. moja..
Cała moja...

Gardłowy wrzask przeszył mroki nocy.
 
Tyaestyra jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 08-01-2015, 22:25   #27
 
abishai's Avatar
 
Reputacja: 23292 abishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputację
Ranek zostawił swe koszmary nocy za sobą i elfka obudziła się w doskonałym humorze. Wszak był to nowy dzień i czas na zarobek.


Nowy dzień niósł nowe możliwości, nowy strój i opracowany repertuar miał pomóc Eshte zdobyć to czego pragnęła… Uznanie tłumów.
Bowiem konkurencja była nie mniej zwinna...


… nie mniej kolorowa. I posiadała zwykle oprawę muzyczną. Eshte zaś nie mogła sobie na to pozwolić. Tworzenie muzyki wymagało nie tylko talentu magicznego, wymagało też talentu do samej muzyki, jak i stałego skupienia, żeby wykreowaną melodię utrzymać. Niełatwo byłoby wtedy zwinnie tańczyć i jednocześnie podtrzymywać magiczny efekt muzyki. Oprawa muzyczna wymagała drugiej osoby. Barda.
Wymagała wspólnika. Wymagała kogoś komu kuglarka mogłaby zaufać.
A takiej osoby wszak nie było na tym świecie.

Niemniej nowy strój,wrodzona gibkość i wyuczona magia miały pozwolić Eshtelëi Meryel Nellithiel del Taltauré na wyróżnienie się z tłumu innych artystów występujących na dużym placu w dzielnicy kupieckiej do którego to szczerym świtem się przecisnęła wraz z wozem.
Rozpoczęła więc swój taniec będący popisem gibkości z Skel'kelem wijącym się błyskawicznie po jej ciele niczym żywa futrzasta szarfa.
Ten wirujący taniec, przyciągnął uwagę tłumów… Teraz był czas na pierwszą z iluzji, palce wykonały gesty mające ściągnąć moc do jej ciała, by nią ukształtować wedle swych kaprysów i… poczuła jak palce jej zapłonęły żywym ogniem, mimo że ich wygląd się nie zmienił.
Piekły ją… mocno i nieprzyjemnie. Zacisnęła zęby i z trudem zachowała równowagę, po tak nieprzyjemnej niespodziance…
Czy widzowie zauważyli tę chwilę wahania? I co miała zrobić by utrzymać ich uwagę przy sobie i sprawić by nagrodzili jej występ nie tylko brawami, ale i brzęczącą monetą?
Wszak magii nie była w stanie użyć… i co gorsza, być może permanentnie.
Jednak nadal zostawał jej gibkość tak nienaturalna, że aż piękna. Nadal pozostawał jej taniec, artystyczne arcydziełko pełne figur wykraczających poza naturalne możliwości ludzkiego i nieludzkiego ciała. Taniec nie mający w sobie nic z tych lubieżnych i zmysłowych wygibasów innych ”artystek”. Eshte bowiem nie opierała swych budzeniu pożądania. Była artystką w całym znaczeniu tego słowa.

I jej występ przyciągał widzów, wywoływał okrzyki zachwytu i zaskoczenia, gdy jej ciało splatało się w niesamowite i nieludzkie figury. Zupełnie jakby nie miała w swym ciele ni jednej kości. To robiło wrażenie… wystarczające, by przyciągnąć tłumek. Wystarczające by brzęczące monety lądowały u jej stóp.
Nie takie jednak o jakim marzyła. Bez magii i bez lutnisty, który okrasiłby jej ruchy muzyką tłumy nie były tak liczne i tak hojne jakby chciała. Jednak… opleciona wijącym się po niej Skel’kelem zauważyła wśród tłumów znajome twarze. Owego siwobrodego barda, którego widziała dzień wcześniej. Co tu robił? Czyżby podobnie jak ona… przybył wybadać konkurencję?
Nie miała okazję tego wybadać. Oddychała ciężko po wyczerpującym występie, tłumek się rozchodził a do samej Eshte podchodziła rudowłosa ślicznotka w skromnej, acz podkreślającej walory jej urody kiecce.


Nie żyła z kuszenia swymi wdziękami, choć uroda pozwalała by jej na to. Jej strój był jednak dużo wart, choć nie prezentował się szczególnie efektownie. Nie była szlachcianką… w każdym razie nie była bogatą szlachcianką. Nie była też ubogą tkaczką, czy też żoną biednego rzemieślnika. Może córka jubilera? Albo kupca jakiegoś? Rajcy miejskiego? Tak… wyglądała na taką. Jej białe delikatne rączki nigdy nie zaznały pracy. A teraz podchodziła do Eshte wyraźnie mając do niej jakiś interes.


Zarobione monety przyjemnie ciążyły w sakiewce. Nie były to może cesarskie srebrne monety, ale wystarczająco, by uznać poranne wysiłki za satysfakcjonujące. Co prawda mogłaby zarobić więcej, gdyby nie klątwa umierającego demona, ale… na razie nic na to nie mogła poradzić. Niewątpliwie w tej sprawie musiała szukać pomocy. Więc skierowała się do dzielnicy zakonnej… i została odprawiona z kwitkiem przez straże. Dzielnica zakonna z jej świątyniami i uzdrowicielami została zamknięta, a bramy do niej pilnowali strażnicy z gatunku tych dużych, tępych i upartych.
Niemniej Esthe nie była chłopką z prowincji, wiedziała że oprócz oficjalnych dróg są jeszcze trakty znane tym którzy żyli z przestępstw. Drogi te prowadziły czasem przez dachy, czasem przez kanały… Elfce pozostało więc znaleźć taki ukryty szlak w zaułkach otaczających dzielnicę zakonną.
Niestety… znalazła co innego.

Zaskoczyli ją właśnie w jednej z takich zaułków odcinając drogę ucieczki.


Było ich sześciu, z wysokim chudym przywódcą… ich uzbrojeniem były sztylety i pałki. Niby nic.. ale mieli przewagę liczebną. A Eshte… nie miała swojej magii. Ten gang był mały, ale dość zgrany. Nie była pierwszą ich ofiarą. W ich oczach płonęła żądza zysku. Jeśli elfka będzie miała szczęście… skończy się to tylko utratą pokaźnej sakiewki. Jeśli nie… mogliby zażądać czegoś więcej.
Ich uśmiechy świadczyły o tym, że uważali się już za triumfatorów. Wiedzieli że mają kuglarkę w potrzasku.
- Proszę, proszę… zgubiłaś drogę dziewuszko?- zaśmiał się chrapliwie przywódca zbójów. Jego śmiech przeszył dreszczem ciało kuglarki. Znalazła się bowiem w wyjątkowo ciężkiej sytuacji, przyparta do muru i uzbrojona jedynie w kilka sztyletów.
Zanim kuglarka zdążyła odpowiedzieć na tą zaczepkę, uwagę zarówno jej jak i bandytów zwróciło gwizdanie otulonego płaszczem osobnika, które było niczym słodki miód na ich serca. Do czasu, aż zsunął płaszcz ze swej głowy i uśmiechnął się.


To miał być jej pierwszy występ po obiedzie, miasto żyło już pierwszymi walkami w turnieju. Dla Eshte nie miało jednak znaczenia, które szlachetne dupsko została obite w tych pojedynkach. Nazwiska jakimi przerzucali się podekscytowani mieszczanie niewiele jej mówiły. A choć pewnie uśmiechnęła się by radośnie widząc jak ktoś inny ściera uśmieszek z Thaanekristowej buźki, to jednakże nie zależało jej na tym, aż tak bardzo by wydawać całkiem sporą sumkę na bilet. Tym bardziej że nie miała pewności, iż tam go zobaczy.
Poza tym Eshtelëa nie miała natury hazardzistki, a przynajmniej nie takiej co obstawia wynik walk rycerskich. Toteż tym bardziej jej nie interesowało jak rycerze grzmocą się tępymi mieczami po swych zakutych pałach osłoniętych hełmami.
Ale nawet do tak niezainteresowanej osóbki jak ona, docierały wieści iż główny konkurs i najbardziej prestiżowa konkurencja zarazem miały się dopiero zacząć.

Mowa była oczywiście o potykaniu się na kopie. Obecnie dość archaicznym sposobie walki, ale za to widowiskowym. Magiczna broń palna, jak i same zaklęcia powoli wypychały zakutych w stal rycerzy z pól bitewnych. Konni musieli bowiem stawiać przede wszystkim na manewrowość, a nie impet uderzenia.
Co prawda zdarzały się wyjątki, ale mało którego władyki stać było na wyposażenie całego regimentu w zbroje z adamantu, który odbijał magię niczym lustro światło słoneczne.

Niemniej potykanie się na kopie było ulubioną rozrywką rycerzy i udowadnianiem ich męstwa… i może rekompensowaniem sobie czegoś jeszcze za pomocą długich kopii. Samo pospólstwo też uwielbiało tą rozrywkę. Toteż nic dziwnego, że rozpoczynający się wkrótce turniej rycerski wywoływał takie poruszenie.
I drastycznie zmniejszał ilość przechodniów na ulicach. Co niestety przekładało się na niezbyt liczną grupkę widzów obserwujących występ Eshte. I to mimo, że się starała!
Co za banda niewdzięcznych i pozbawionych gustu ćwoków! Większość widzów bowiem zamiast skupić się na jej występie szeptem wymieniała się między sobą uwagami na temat rycerzy biorących w turnieju.
Ktoś jednak zwrócił na nią uwagę. Niziołek w liberii służącego

[MEDIA]http://paizo.com/image/content/PathfinderTales/PZO8500-GaltHalfling_360.jpeg[/MEDIA]

… w towarzystwie dwóch uzbrojonych osiłków. Wyglądał na sługę kogoś ważnego. Kogoś bogatego. To że się zainteresował jej występem było więc darem losu. Nagle skinął głową wskazując palcem na Eshte i towarzyszące mu osiłki doskoczyły do tańczącej elfki. Pochwycił ją za ręce i sprawnie je unieruchomiwszy zaczęli ją wlec za sobą. I to na oczach zarówno tłumku widzów jak i strażników miejskich!
Bezczelnie ją porywano!
 
__________________
I don't really care what you're going to do. I'm GM not your nanny.
abishai jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 16-03-2015, 15:34   #28
 
Tyaestyra's Avatar
 
Reputacja: 1509 Tyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumny
Ale czy już? Już wyschło?
Słyszę już ludzi na zewnątrz! Nie mogę dłużej czekać!
Ah! Czy się rozmazało? Nie mogę przecież zaczynać od nowa! Nie teraz!
Oh, wszystko w porządku? To dobrze.
I jak wyglądam? Naprawdę?
Zobaczysz, jeszcze spodoba Ci się kuglarskie życie!



***

Gwar ludzki.
Szczere okrzyki zaskoczenia, gdy filigranowe, pozornie kruche ciało wyginało się nienaturalnie w tył. Rozbrzmiewające ponad placem burzliwie oklaski, gdy po wykonanym piruecie opadła z gracją na ziemię w zgrabnym szpagacie.
Przeplatające się z nimi dziecięce piski zachwytu nad bursztynowymi oczkami i mięciutkim futerkiem Skel'kela.
Pobrzękiwanie monet wpadających prosto do kapelusza ustawionego na ziemi przed tańczącą kuglarką.

To wszystko w długich uszach elfki było cudowniejsze niż jakakolwiek muzyka. Wprawiało jej ciało w ruch swobodniej niż melodie wygrywane na delikatnych strunach harf, niż dźwięki wydobywane z agresywnych bębnów, czy nawet pieśni wyśpiewywane jedwabistymi głosami bardów. Tak, marzyła o posiadaniu akompaniamentu do swych występów, lecz zawsze miał być on tylko do zabawiania publiczności. Jej samej wystarczyły tylko ich pozytywne reakcje, by wznosiła się na wyimaginowanych skrzydłach i sięgała ku granicom swej zręczności, gibkości i magii.

Także specjalnie na nich ( choć olbrzymia konkurencja, szczególnie kobieca, również miała w tym swój udział ) spędziła poranek na przerabianiu swej scenicznej kreacji, by to właśnie mieszkańcy i goście Grauburga byli pierwszymi, przed którymi w niej wystąpi.
Strój po zakończeniu ostatnich poprawek musiał być odpowiednio barwny, rzucający się w oczy, a przy tym także sprawiający wrażenie odrobinę.. niedbałego. Artystycznie niedbałego.
Nie mogła przecież wyglądać, jak gdyby dopiero co wróciła od kupca z nowymi ubraniami, bo jeszcze ludzkie ręce wstrzymywałyby się przed sięgnięciem do kieszeni i mieszków. Nie tędy droga. Przejawy bogactwa budziły zazdrość i niechęć tam, gdzie ona pragnęła zaprowadzać tylko podziw. Ci, którzy nie mieli wielkich skarbców w swych diamentowych pałacach chętniej wrzucali monety komuś skromnemu, ale zachwycającemu. Zaś Ważni Panowie i Dumne Damy prędzej w swym skąpstwie byli w stanie sięgnąć po zapłatę dla kuglarki, którą swą ciężką pracą na ulicy zwróciła na siebie ich łaskawą uwagę. A na występie tanecznej czarodziejki pozwoliła do siebie dotrzeć kolejnej prawdzie mającej jej zapewnić większy zarobek – mężczyźni, biedni i bogaci, potrzebowali dodatkowej zachęty do okazania swej hojności.

Dlatego dekolcik tego dnia miała głębszy, acz nie do stopnia wylewania się z jego ram tych drobnych krągłości jakie elfka miała w swym posiadaniu. Gorset podkreślał wcięcie w talii, a że nie był jednym z tych sztywnych, ciasnych narzędzi tortur jakie nosiły wypudrowane arystokratki, to pozwalał jej na swobodę ruchów. Bufiaste spodenki otulały uda i.. tylko je. Krótkie, nie sięgały nawet do kuglarskich kolan, lecz te już były przyodziane w pończoszki zdobione w kolorowe pasy.
Jednak pomimo swej beztroski dotyczącej strojów, do tego co ukazują publiczności, w jakich kolorach i krojach przedstawiają ją obcym ( a przecież podobno pierwsze wrażenie było najważniejsze! ), oraz jak bardzo zwraca nimi na siebie uwagę, to wszystkie musiały spełniać jeden warunek. Musiały ukrywać lewe ramię i rękę elfki. Bywały oczywiście wyjątki, tak jak w tym przypadku. Nagle, tak dzień po dniu, na jej skórze pojawił się zawiły tatuaż, jak gdyby wczorajszej nocy pod wpływem rozweselających trunków odwiedziła jakiegoś mistrza igły. Lekkomyślnie tak. Tyle, że ten występek był bardzo przemyślany, zdarzył się dopiero rankiem, tuż przed wyjściem z wozu na swój własny występ. I co najważniejsze – był równie prawdziwy co fiołkowa barwa jej włosów. Wymalowane tuszem zawijasy ciągnęły się po całej długości ręki Eshte. Miejscami niedokładne, świadczące o niewygodzie jaką nawet dla niej było sięgnięcie pędzlem ku każdemu fragmentowi swej skóry. Ale efekt nie miał być perfekcyjny. Póki nie rozmazywał się przy każdym ruchu, splatał się ze szpecącymi ją bliznami i zakrywał je.. to ona była zadowolona. I zawsze było to dodatkowe podkreślenie osobliwości jaką była elfka.

A zwieńczeniem jej scenicznego wyglądu, istną wisienką na torcie, był niewielki kapelusik.
Ah, Eshte uwielbiała wszelkie dziwaczne nakrycia głowy! Tego razu jednak swój wygodny cylinder położyła przed sobą na ziemi. Wrzuciła do niego kilka monet z własnych kieszeni, aby zachęcały przechodzących do nagrodzenia kuglarki za jej trudy. I co jakiś czas w trakcie swego występu pozerkiwała nań subtelnie, ciesząc się z wolna powiększającej górki miedziaków i srebrników.






Było.. prawie idealnie.
Mogła bowiem zrobić jeszcze więcej. Popisać się przed zebranymi nie tylko swoimi umiejętnościami akrobatycznymi, które choć wzbudzały wśród nich podziw, to.. nie były przecież jedynym co potrafiła. W swych kuglarstwach cechowała się wszechstronnością. Tańczyła, skakała, wyginała się nienaturalnie, żonglować też odrobinę potrafiła, jak trzeba było to też udawać mogła. Cokolwiek, nawet umiejętność wróżenia z kart, resztek jedzenia lub picia, może z zębów wiernego futrzaczka jakiejś damulki. Wystarczyła tylko wyobraźnia oraz język równie zwinny co ciało. Mimo to jej dumą i chwałą zawsze były magiczne sztuczki. Stawała żywcem w płomieniach, pstryknięciem palcami wystrzeliwała fajerwerki ponad głowami zgromadzonych, znikała z cichym pyknięciem, by zaraz pojawiać się winnym miejscu, z towarzyszącymi sobie dwiema iluzjami samej siebie.

Po prawdzie to nie sprawdzała jeszcze dzisiaj, czy.. czy wczorajsze zdarzenie nadal pozbawiało jej tego rozkosznego uczucia magicznych iskierek przeskakujących w krwi. Może to była tylko jedna z tych klątw, co to wystarczyło się tylko z nią przespać, a rano nie było już po niej śladu! Magiczne działanie snu, oto w co elfka szczerze wierzyła.

Zawirowała i podskoczyła, by potem z lekkością wróbla podskakującego na gałązce, opaść na czubeczki swych butów. Uniosła ręce ku słońcu grzejącemu z wysoka, Skel'kel wijąc się wężowym sposobem wspiął się ku jednej z jej dłoni i.. i nic.
Powinna cała zająć się ogniem, od koniuszków palców stóp po najkrótsze z kosmyków barwnych włosów. Lisek powinien zamienić się w płonącą kulkę, spoglądającą na widownię swymi paciorkami bursztynowych oczu. Co za tym idzie – ponad zebranym naokoło nich tłumem wszelkich ras i klan, powinno się unieść masowe tchnienie niedowierzania. Ale nic takiego się nie wydarzyło. Jedynie drażniąca kuglarkę cisza i oczekiwanie gęstniejące w powietrzu.

Ani iskiereczki, ani wąskiej smużki dymu umykającej spomiędzy jej smukłych palców. Zamarła w tak posągowej pozie, sama będąc nieprzyjemnie zaskoczoną, że wczorajszy koszmar nie odszedł wraz ze snem. I ból, to pieczenie jak gdyby jej własny ogień nie mógł odnaleźć ujścia i palił ją od wewnątrz.. to także było prawdziwe. Nadal. Uzewnętrzniło się cieniem grymasu malującym się na jej twarzy oraz mocnym zaciśnięciem zębów, aby nie wydać z siebie syku udręki.
To było niewątpliwie utrapienie. Nie, nawet więcej - jak odebranie ptakom możliwości wznoszenia się w przestworza, lub rybom umiejętności pływania, tak bardzo uderzyła w elfkę ta utrata swej magii. Była to przecież nierozerwalna część jej samej, niczym ręka lub noga! Jakże mogła teraz, tak po prostu, zacząć żyć bez tych iskierek tańcujących w jej krwi? To było nie do pomyślenia, nie do zaakceptowania!

Chyba.. chyba nikt niczego nie zauważył. A nawet jeśli, to wszak mógł to wziąć za artystyczne dziwactwo, zamiast moment zawahania. Dostrzegała jednak na twarzach zebranych coś innego, o wiele gorszego – początkowe oznaki znudzenia. W końcu ile można było oglądać wijącą się elfkę, choćby nie wiadomo jak bardzo potrafiła zignorować istnienie kości w swym ciele.

Lecz nim oczy w tłumie zaczęły błądzić po reszcie placu w poszukiwaniu kolejnego artysty wartego ich zainteresowania, ona doskoczyła do swego wozu po akcesoria do kontynuacji swego występu. Zestaw obręczy. Ot niepozornych, zupełnie jak zabawki, którymi bawiły się małe dziewczynki próbując kręcić nimi w talii. Nic zachwycającego, wszak każdy widział lub uczestniczył w dzieciństwie w takich rozrywkach. A już na pewno nie był to widok wart złamanego miedziaka.

A mimo to Eshtelëa Meryel Nellithiel del Taltauré z enigmatycznym uśmieszkiem i pewnością siebie widoczną w każdym stawianym z lekkością kroku, wkroczyła pomiędzy rozstępujący się przed nią tłum. Jak gdyby była co najmniej u siebie, i nikt nie miał wręcz prawa choćby zerknąć ukradkiem w stronę innych kuglarzy, bardów czy nawet półnagich czarodziejek. Ona tu była najważniejszą atrakcją i każdy przechodzący przez plac musiał to zauważyć.
Rozłożyła obręcze na ziemi tam, gdzie kocie łby były najrówniejsze. Jedną pozostawiła w swej dłoni i.. rozpoczęła się magia, której nie mogła powstrzymać żadna klątwa.



[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=eWtsmRMyzGE[/MEDIA]


Czy to naprawdę było tylko zwyczajne koło? Nie jakiś zaklęty artefakt będący w jej panowaniu, nie jakieś dziwaczne przedłużenie ciała, również okręcającego się w zwinnych piruetach? Nie było przecież możliwym, aby jedno i drugie tańczyło ze sobą w takiej zgodzie, takiej nieprzerwanej harmonii. Bez choćby jednego zachwiania mogącego dać komuś z oglądających możliwość do parsknięcia wzgardliwie.

Stopy elfki stąpały gładko po ziemi, a jej ręce prowadziły w powietrzu obręcze. Kręciły nimi zachwycając feerią malowanych wzorów. Podrzucały wysoko ku niebu, by po akrobatycznym wygięciu ponownie złapać zręcznymi palcami.
Ale jeśli już wcześniej tańczyła, to jakimi słowami można było określić jej obecny pokaz?

Czasem poruszała się prawie jak jedna z tych eleganckich tancerek, co filigranowo na paluszkach i z płynnością w każdym ruchu przekazywały oglądającym historię wielkich dramatów, radości oraz romansów. Ale one występowały na prawdziwych scenach, z prawdziwą muzyką i z prawdziwą widownią usłaną Wielkimi Panami i Szykownymi Damami zmuszonymi do zapłacenia za samą możliwość ich oglądania.
Nie były ulicznymi artystkami, lecz w piruetach Eshte i w jej nogach z lekkością wyrzucającymi drobne ciało w powietrze, nawet ubodzy mieszkańcy Grauburga mogli dostrzec odbicie jednej z nich. Mocno zakrzywione, bo w wyraźnie samodzielnie szytym odzieniu, zamiast w rozkloszowanej sukieneczce przywodzącej na myśl niezwykle piękne łabędzie lub egzotyczne ptaki z odległych krajów. Z owszem, uczesanymi pstrokatymi włosami, lecz zwyczajowo nie dającymi się w pełni okiełznać, w przeciwieństwie do ciasnych, wręcz pedantycznych uczesań tamtych tancerek. Mogła być jak jedna z nich, lecz na miarę życia jakie prowadziła i przed jaką widownią występowała.

Tym bardzie, że występ jaki prezentowała nie był pełen niewieściej delikatności ani łagodności. Nie był także zmysłowy. Jeśli przyprawiał oglądających o szybsze bicie serc, to nie z powodu gestów wyjątkowo eksponujących piersi czy pośladki, jakie to prezentowały jasnowłose czarodziejki. Ruchy kuglarki były.. zdecydowane, agresywne wręcz. Podkreślały jej temperament, a nie atuty kobiecego ciała. Subtelnie zarysowane na skórze linie mięśni, napinały się za każdym razem, gdy silnie kierowała kołami w powietrzu. Kręcąc, podrzucając, wyrzucając. To co na pierwszy rzut oka wyglądało jak zaledwie bardziej skomplikowana zabawa, tak naprawdę było sztuką. Wymagającą, wytrenowaną potem i łzami.

Gdyby te jej proste, niewinne akcesoria sceniczne były swego rodzaju bronią, to Eshtelëa bez cienia zawstydzenia mogłaby stanąć w jednym szeregu z wojownikami dumnymi ze swych ostrzy i bojowych umiejętności. Jej piruety siałyby postrach wśród przeciwników, oryginalny oręż z zawziętością przecinałby skórę i pozostawiał za sobą fontanny krwi, gdy ona już w tanecznych krokach uskakiwałaby przed niebezpieczeństwem nadciągającym z innej strony.
Jakże dobrze jednak, że nikt nie uczynił tego rzeczywistym, a przynajmniej nie powiadomił elfki o swym niezwykłym pomyśle na usprawnienie wykorzystywanych przez nią kół. A jeszcze lepiej, że ona unikała walki. Choćby ktoś płacił jej fortunę, zasypywał wodospadem kosztowności, czy nawet obiecywał oddać swój pałac rzeźbiony z samych diamentów, to ona tylko szybko zwinęłaby swe manatki i.. tyle by ją widziano. Wyruszyłaby prezentować swe talenty gdzie indziej, daleko od szczęku żelastwa i ludzi z tak absurdalnymi pomysłami. Zamiana jej sztuki w jakąś prymitywną bitkę, dobre sobie.

Drwiła z dziecięcej niezdarności, z kibici zbyt wątłych i obręczy we frustracji spadających na ziemię w swych smętnych, ostatnich zawirowaniach. Ze zdawałoby się, że trywialną łatwością, utrzymywała je nie tylko na swych biodrach i pomiędzy palcami, lecz także na ramionach, nadgarstkach, szyi, kolanach... chyba potrafiła je wprawiać w ruch każdym fragmentem swego ciała. Miała nad nimi prawie pełną, jeśli nie absolutną, kontrolę. Kierowała nimi według własnego widzimisię, a wirując malowały w powietrzu smugi różnorodnych kolorów.

Podekscytowanie szumiało przyjemnie w głowie Eshte, było jej muzyką równie znakomitą co ludzki gwar. Czuła jej rytm wybijany silnie w żyłach, coraz mocniejszy wraz z każdym kolejnym obrotem kół.
A przede wszystkim, ta radość z wykonywanej ciężkiej pracy, rozpromieniała twarz kuglarki szerokim uśmiechem. Nie krzywym, nie krnąbrnym czy złośliwym. Uśmiechem szczerego szczęścia.
Była w swoim żywiole.
 
Tyaestyra jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 18-03-2015, 10:54   #29
 
Tyaestyra's Avatar
 
Reputacja: 1509 Tyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumny
Monety mieniły się w promieniach słońca jak najpiękniejsze i najbardziej pożądane klejnoty świata. I tak samo cieszyły oczy o fiołkowej barwie, odbijały się w nich i sprawiały wrażenie, jak gdyby naprawdę były niezwykłym skarbem, a nie zaledwie pospolitymi miedziakami z okazyjnymi przejawami srebra tu i ówdzie. A chociaż każdy szlachetka wzgardziłby ich widokiem i pochorowałby się na myśl o dotknięciu czegoś nie będącego złotem, to dla przerzucającej je sobie pomiędzy palcami elfki, miały one wartość wielką. Mogły kupić jedzenie dla niej i towarzyszącej jej zwierzaków, nowe materiały na ubrania, zadbać o dobrą kondycję wozu, a może nawet pozwolić jej się trochę porozpieszczać jakimiś obrzydliwie zbędnymi luksusami.

Jednak ani blask tych monet wypełniających jej kapelusz, ani wyobrażenia tych wszystkich rzeczy jakie będzie mogła za nie kupić, nie zaślepiły Eshte na tyle, by umknęła jej uwadze zbliżająca się postać o ognistych włosach. Siedząc na schodkach swego malowanego domu i odpoczywając po artystycznym występie, aż jęknęła sobie w duchu widząc jak bogata była ubrana ta kobieta. Oh, nie z zazdrości. Po prostu domyślała się jaką mogła nią kierować niezwykle ważna sprawa.

Oh, czy to prawdziwe uszy? A czemu takie długie? A mogę dotknąć?
A może wystąpiłabyś na przyjęciu w moim obrzydliwie eleganckim pałacu ze złota? Żaden z moich bogatych znajomych nie miał u siebie elfa, byłabym pierwsza! Czyż to nie cudowne?
Za ile mogę kupić tego lisa? Byłby wspaniały jako futro, lub pieszczoszek na kanapę!


To musiał być któryś z tych, lub inny równie ciekawy interes. Nowy dzień, a arystokracja zapewne nadal miała te swoje mrożące krew w żyłach problemy.

Pomimo swej skrywanej niechęci, kuglarka posłała szelmowski uśmiech zbliżającej się kobiecie. A potem, nie wstając, wyciągnęła ku niej trzymany dłonią kapelusz, który był wyraźnie bardziej pękaty niż zwykle i na dodatek podzwaniał przy każdym ruchu.
-Panienka chce coś dorzucić od siebie? - zapytała beztrosko na powitanie, jak gdyby wcale nie podejrzewała tamtej o chęć obciążenia elfich barków jakimiś szlachciankowymi niedorzecznościami.
-Och tak… występ wart tynfa.- rzekła z entuzjazmem młoda kobieta sięgając po niezbyt pękatą sakiewkę.- Nie sądziłam, że możliwe jest być tak giętką. Długo ćwiczyłaś, pani... panno?
-Eshtelëa
-przedstawiła się elfka, nienawykła do bycia nazywaną takimi.. tytułami, jakimi zwróciła się do niej kobieta. Zawsze bardziej się czuła tymi wszystkimi przemiłymi przezwiskami jakie dla niej wymyślali wzburzeni ludzie, niż jakimiś pannami i dziewczątkami.
-I tak, długo. Od maleńkości -przytaknęła z kiwnięciem głową -Nie jest to coś do nabycia dzień po dniu. Na dodatek wymagania ciągłych ćwiczeń, aby utrzymać ciało w formie.
-Och… a wyglądało jakby magia to była, jakbyś zmieniła się w węża
- kobieta podała elfce srebrną monetę wybijaną w tym mieście zwaną tynfem. Uśmiechnęła się wesoło dodając.- Chciałabym cię mieć na wieczór, za ile można cię wynająć, panno Eshtelëo?

Kuglarka pooglądała sobie monetę dokładnie z każdej strony, po czym wrzuciła ją do kapelusza, gdzie z wdzięcznym brzdękiem dołączyła do reszty jej dotychczasowego zarobku.
-Wynająć? -powtórzyła, upewniając się że dobrze usłyszała. Ale cóż, przecież między innymi właśnie czegoś takiego się spodziewała po rudowłosej -Obawiam się, że nie jestem do wynajęcia. Ostatnim razem taka propozycja zakończyła się moim spotkaniem z dość przebrzydłym magiem oraz ucieczką przed ożywionymi truposzami.

Coś w lekkim grymasie na jej twarzy i sposobie w jaki wypowiadała te słowa kazało sądzić, że to wcale nie osobnik w krypcie był tym, który pozostawił po sobie taki niesmak na ustach Eshte. I to dosłownie, ku jej obrzydzeniu.

-Ależ ja nie planuję żadnych wypraw…. organizuję przyjęcie, wytworne przyjęcie dla elity kupieckiej i szlachciców. Takie na poziomie i szukam odpowiednich do niego artystów, którzy mogliby je zaszczycić swą obecnością za rozsądną opłatę, tak trzydzieści srebrnych tynfów.- zaczęła wyjaśniać rudowłosa rozmówczyni.- Ale większość z tych, których spotkałam na swej drodze pokazywało ograne sztuczki, albo ich występ był zbyt wulgarny, albo zbyt nudny. Twój zaś, panno Eshtelëo, należał do tych nielicznych chlubnych wyjątków.

Zatem kuglarka miała rację przynajmniej co do jednego ze swych wewnętrznych przypuszczeń. Przyjęcie ku uciesze wydelikaconych bogaczy. Ale komplement spływający niczym miód na serce Eshte, oraz zaoferowana przez kobietę zapłata niewątpliwie kusiły na tyle, by przełknąć swoje uprzedzenie do zadzierającej nos arystokracji. Na jeden wieczór przynajmniej. Bo i czyż nie pragnęła sławy, swych przesadnie długich imion będących na ustach tych o najbardziej wypełnionych kieszeniach i skarbcach? A druga taka możliwość mogła nie pojawić się zbyt szybko.

-Muszę najpierw dowiedzieć się więcej – zadecydowała w końcu po chwili milczenia w zadumie -Kim właściwie jesteś? Gdzie odbędzie się przyjęcie? I czy przypadkiem Ty lub Twoi goście nie jesteście jednymi z tych miłośników noszenia naszyjników z eflich uszu? Bądź składania ich w ofierze na swych towarzyskich spotkaniach przy herbatce?
Wzruszyła ramionami przy swych ostatnich pytaniach, jak gdyby chciała dodać „bez urazy, wina Twojej krwiożerczej rasy”.

- Eeee… co proszę? Naszyjniki z uszu?- odparła zaskoczona kobieta. Po czym dodała oburzonym tonem.- Nie jesteśmy dzikusami z północy, to… cywilizowane miasto.
Odetchnęła głęboko i rzekła.- Nazywam się Erythea Holm, z tych Holmów.
Przez chwilę czekała w milczeniu, aż kuglarka zorientuje się… lub przynajmniej uda, że wie o których Holmów chodzi. Widząc jednak że nic takiego nie następuje dodała.- To znany ród koronkarzy mieszkający w dzielnicy kupieckiej, taki duży dom przy dużym okrągłym placu z nieczynną fontanną w kształcie delfina. Przyjęcie oczywiście będzie dla ludzi światowych...kulturalnych, będzie kwartet smyczkowy i prawdziwa wróżbitka i… ty. I jedzenie oczywiście… stół z półmiskami i przysmakami oraz winem. Posiłek ten będzie również przeznaczony dla artystów w przerwach między ich występami. To znaczy między twoimi a kwartetem, bo wróżbitka będzie pracowała cały czas czytając przeszłość i przyszłość z talii ponurego żniwiarza. Czyż to nie będzie mistyczne przyjęcie?

Talia ponurego żniwiarza, była o wiele bardziej rozpowszechniona niż sam kult boga śmierci. Podobno w dłoni prawdziwego czciciela pozwalała odsłonić przyszłość i przeszłość, ale większość używających jej osób było szarlatanami. Sądząc jednak po dość kapryśnym charakterze Erythei na tym przyjęciu mogła się pojawić prawdziwa kapłanka. Albo przynajmniej wyjątkowo wiarygodna oszustka.

-Oh, z pewnością Twoi goście będą zachwyceni – przyznała elfka, bardziej będąc zainteresowaną brakiem prawdziwej konkurencji dla siebie niż jakimiś wróżbami. Domyślała się jednak, że dla wielu szlachciców tak bliskie, pozazmysłowe doświadczenie z wróżbitką musiało być ekscytujące. Nawet jeśli będące zręcznym oszustwem.

Skel'kel wychynął z wnętrza wozu i zwinnie wślizgnął się na ramię kuglarki, ostrymi ząbkami trzymając ciągnięty za sobą pusty mieszek na monety. Odebrała mu go, po czym w podziękowaniu podrapała za uchem. Eshte wyszczerzyła się trochę niepokojąco do rudowłosej, w towarzystwie przyjemnego mruczenia liska -Brzmi dobrze, Ery. W takim razie będziesz musiała również zadbać, aby nie było tam zbyt wielu łatwopalnych przedmiotów. Twoim znajomym szlachcicom i kupcom nikt jeszcze nigdy nie odebrał tak tchu w piersiach, jak ja mam zamiar dzisiaj wieczorem.
-To znaczy będziesz się tańczyła z pochodniami?
- zachwyciła się tą wizją Erythea, mimowolnie przypominając Eshte o gnębiącym ją problemie, jakim była demoniczna klątwa. Skel’kel zaś owinął się wokół ramienia kuglarki wilgotnym noskiem trącając jej policzek w czułym geście pocieszenia.

-Będzie ogień i będzie też taniec, lecz niekoniecznie z pochodniami. Zapewniam jednak, że będzie równie warte swej ceny co i z nimi, ale..-urwała elfka, poruszając palcami, jak gdyby próbowała strzepnąć z nich to nieprzyjemne uczucie -Nawet gospodyni przyjęcia będzie musiała poczekać na zobaczenie tej niespodzianki.
-To może zrobisz wielki finał o północy?
- zapytała z zachwytem Erythea już widząc oczami wyobraźni… z pewnością nie samo widowisko, a zazdrosne miny koleżanek i psiapsiółek. Czyli w praktyce konkurentek do przystojnych i zamożnych kawalerów.

-Może być finał o północy – także i w głosie kuglarki słychać było zadowolenie, choć ze zgoła innego powodu. O takiej późnej porze większość obecnych na przyjęciu arystokratów i kupców będzie już sympatycznie podpitych, a co za tym idzie, głębiej będą sięgać do swoich mieszków. A nawet jeśli nie, to łatwiej będzie ich niepostrzeżenie pozbawić zbędnej biżuterii i jakże ciążących im monet.

-Ale w takim razie na powrót będę mogła potrzebować strażnika lub innego zbrojnego – stwierdziła wspominając swe wczorajsze powroty, które niekoniecznie miała ochotę powtarzać dzisiaj. Któż wiedział ile jeszcze nieletnich zboczeńców i przebrzydłych demonów kryło się w Grauburgu -Samotna kuglarka wracająca po nocy ze szlacheckiej posiadłości jest.. wyjątkowo kuszącym celem dla łotrzyków i innych straszydeł czających się w uliczkach waszego ślicznego miasta.
-Poproszę mego przyjaciela by cię odprowadził. Nie musisz się bać…
- Erythea nachyliła się ku Eshte, by zdradzić.- To dobrze urodzony szlachcic z wpływowej rodziny, bardzo kulturalny i niezwykle potężny. Twoje bezpieczeństwo jest zagwarantowane.

-Nie mam wielu wymagań, Ery
elfka świadomie skracała w swych ustach imię kobiety, bez wcześniejszego zapytania się jej o zdanie. Zapewne gdyby próbowała wypowiedzieć pełne imię szlachcianki, lub co gorsza razem z rodowym nazwiskiem, to zaprezentowałaby kolejną ze swych umiejętności. A była nią przecież bogata wyobraźnia w kwestii nazywania innych po swojemu -Jeśli tylko będzie trzymał ręce przy sobie i nie będzie jakimś ukrytym demonem, to mogę nawet wracać z kimś z służby. Ale doceniam troskę.

Podniosła się zwinnie na równe nogi, a Skel'kel wygodnie owinął się wokół jej szyi, oczami jak błyszczące paciorki spoglądając na rudowłosą -Masz zatem swoją atrakcję na przyjęcie. Nie pożałujesz wyboru.
-Cudownie!- zaklaskała w dłonie Erythea i uśmiechając się dodała.- To do wieczora.

Chwilę później, pozostawiona sama sobie kuglarka, spoglądała w ślad za oddalającą się kobiecą postacią. Mogłaby dać swą kolorową głowę, że gdyby nie jakieś wymyślne i sztywne zasady etykiety, to arystokratka ez szczęścia by aż podskakiwała niczym mała dziewczyna z nową zabawką. Ale, co tu kryć, gdy tylko ta zniknęła pośród zabudowań miasta, to Eshte dotąd profesjonalnie ułożona, wyrzuciła ręce ku niebu i wydała z siebie okrzyk radości. Lisek zawtórował jej swym przeciągłym piskiem.

No, no, no. Dopiero drugi dzień w Grauburgu, dotąd witającym ją tylko prymitywami, zboczeńcami i demonami, a ona już zbierała zaproszenia od szlachty. Oczywiście, oczekiwała zaistnieć w tutejszym światku bogatych, lecz.. nie aż tak szybko!
Ah, być może nawet sama nie dostrzegała wspaniałości swych występów? Taka skromna, doprawdy.







***





Zamknięta w potrzasku uliczki kuglarka, czuła się niezwykle rozchwytywaną ofiarą bandyckich zamiarów. Nie mogła jednak powiedzieć, aby jej bardzo schlebiało bycie postawioną pomiędzy grupką miastowych łotrzyków, a.. no właśnie, kim? Spoglądając po twarzach zgromadzonych mężczyzn, zaskoczonych pojawieniem się zakapturzonego osobnika równie bardzo co ona, nie mogła się zdecydować czy był on dla niej lepszym czy gorszym złem. Nie groził jej wprawdzie, nie ślinił się na widok jej.. jej sakiewki z monetami, ale takie gwizdanie także nie mogło oznaczać niczego dobrego. Zdawało się jednak być mniej zabójczym niż ostrza trzymane przez tych uliczników.

Wtulony mocno w jej szyję Skel'kel sam chyba nie wiedział na którego z oprawców powinien powarkiwać. Eshte zaś zaplotła ręce na piersi, po czym korzystając z zawsze pełnych zapasów swej krnąbrności, odparła zuchwale na zaczepkę przywódcy -Ktoś tu się na pewno zgubił. Ale czy na pewno ja, panowie?
- Ty się zgubiłaś kociczko i zapłacisz nam za pomo…
- mruknął bandyta w “subtelnej groźbie”,a potem przerwał swą wypowiedź porażony widokiem mężczyzny, którego gwizd słyszeli.
Ale czyż Eshte mogła się im dziwić? Wszak jej samej serce wyrywał się piersi grając tęskną melodię zachwytu swymi uderzeniami.
Ten elf był bowiem zachwycający.






Jego spojrzenie przeszywało mądrością, jego ruchy były pełne gracji, jego każdy krok po tym niegodnym bruku wydawał się być dla elfki błogosławieństwem niebios. Czuła się niegodna dzielenia tego miasta z tak majestatyczną i piękną istotą. I nie tylko ona, także bandyci ugięli się przed majestatem jego spojrzenia. Jedynie niemądry Skel’kel zjeżył futerko i zawarczał… ale przecież zwierzę nie mogło wszak zrozumieć, że Eshte dostąpiła zaszczytu zwrócenia na siebie uwagi tego niezwykłego elfa.
-Kim jesteś córko elfów?- zapytał ją wprost. - I co się tu dzieje?

O dupa blada, jęknęła w duchu kuglarka słysząc głos tego niezwykłego cudu łaskawie kroczącego po uliczkach Grauburga. Czyż nie bardziej właściwe mu były pięknie zdobione pałace, w dzień wypełnione słońcem, a nocą blaskiem księżyca jeszcze bardziej podkreślającym urodę tego elfa? Jeśli było to jeszcze w ogóle możliwe.

Milczała wpatrując się w niego jak cielę w malowane wrota, nie mogąc uwierzyć, że to właśnie do niej się odezwała ta niebiańska istota. Do niej! Do byle ulicznej artystki chodzącej we własnoręcznie uszytych ubraniach i z nierówno poprzycinanymi włosami. Czuła się przy nim jak najgorszy łachudra.
Co gorsze, mógł jeszcze pomyśleć, że jest ona także jakąś niemową, lub po prostu.. głupia! A nie było to wrażenie, jakie chciałaby po sobie zostawić. Musiała coś zrobić. Zareagować jakoś.

Pochyliła się w teatralnym ukłonie na powitanie, lecz.. chociaż jej ciało było giętkie i potrafiło się wyginać akrobatycznie we wspaniałe figury, to przy nim te ruchy zdawały się jej być tak niezdarne. Jak gdyby była jakąś pokraką pokazywaną publicznie ku uciesze widowni, a nie artystką!
-Eshtelëa Meryel Nellithiel del Taltauré – przedstawiła się długo i skomplikowanie, a jej głos, chociaż nigdy nie przyrównywała się do słowiczych bardów, także zabrzmiał w jej długich uszach przesadnie chrapliwie. Jakże w ogóle mogła oddychać tym samym powietrzem z elfem, którego jedno słowo wystarczyło do oczarowania tłumów.
A wizja zostania uratowaną przez tak zjawiskową istotę.. oh, to było więcej niż mogła sobie wymarzyć. Zdjęła z głowy kapelusz i międląc go w dłoniach, zaczęła snuć swą krótką opowieść. Odpowiednio podkolorowaną -Oni.. oni mi grozili. Mówili, że się zgubiłam i będę musiała im zapłacić, bo inaczej... -urwała dla podkreślenia dramatyzmu sytuacji. Nie sądziła także, aby nieznajomy chciał słuchać o dokładnych zamiarach łotrów, więc pozostawiła to do jego własnej interpretacji -A ja przecież nie mam wiele. I nie jestem z tego miasta, więc skąd miałam wiedzieć, że ta uliczka do nich należy!

-Eshtelëa Meryel Nellithiel del Taltauré- jej imię w jego ustach brzmiało niczym najsłodsza słodycz, niczym trel ptaków. Czuła się wręcz niegodna, tego że je wypowiada i tym bardziej jej serce napełniało się radością, gdy mówił.- Cóż za śliczne imię i godne tak uroczej istotki. A wy… ośmieliliście się ją napaść.
- Wybacz nam o najwspanialszy, ze wspaniałych… wybacz swym marnym sługom, niewolnikom.
- bandyci zaczęli się przed nim płaszczyć błagając o wybaczenie. Co było zrozumiałym dla kuglarki postępowaniem. Lepiej było się zabić niż wzbudzić gniew tej istoty bogom równej.
- Zejdźcie mi z oczu, ale wpierw zostawcie tu wszystko co do was należy.- warknął gniewnie elf, powodując że bandyci czyniąc mu zadość zaczęli odrzucać od siebie cały posiadany majątek, wpierw sakiewki, potem broń, a na końcu ubrania.
-Podejdź do mnie moja śliczna Eshtelëo.- rzekł ciepłym tonem głosu elf wyciągając dłoń w jej kierunku. - I powiedz mi co sprowadza cię do Grauburga. Wyczuwam w tobie coś… wyjątkowego i wartego mej uwagi.

Serce wręcz zatrzepotało w klatce piersiowej kuglarki. Była wyjątkowa w jego oczach! Czy mogło ją spotkać większe szczęście?
Spoglądała na wyciągniętą ku sobie dłoń elfa, jak na skarb tak drogocenny, że aż strach go dotknąć z obawy przed zbezczeszczeniem. Przecież na pewno jej rękawiczka, chociaż wcale nie jakaś bardzo brudna, zostawiłaby jakiś ślad na jego nieskazitelnie gładkiej skórze i kuglarka nigdy by sobie tego nie darowała! Ale z drugiej strony niewstydliwie przyznawała przed sobą samą, że z chęcią by go trochę splugawiła w zaciszu swego wozu. Byłoby to istne bluźnierstwo, owszem, i być może ściągnęłaby tym na siebie gniew boski, lecz.. czyż nie byłoby warto? Chociaż raz, nawet jeśli oznaczałoby to śmierć?

Powoli zaczęła się zbliżać ku niemu, a przy każdym stawianym kroku miała obawy, że nagle się potknie i upadnie mężczyźnie prosto pod nogi. Nie byłoby to najgorsze co się mogło stać, ale wolała utrzymać się na równych nogach. A może on pochwyciłby ją w swe ramiona ratując przed spotkaniem z nierówną ziemią uliczki? To była kusząca myśl.

-Jestem artystką -powiedziała dumnie, bowiem określenie się „kuglarką” nie było według niej dostatecznie godne zainteresowania elfka -Przybyłam do Grauburga na ślub, aby móc pozachwycać jego mieszkańców moimi występami. Może widziałeś mnie tańcząca na placu? Mogę też zatańczyć tylko dla Ciebie.
Nadzieja rozbrzmiewała w ostatnich słowach Eshte oraz lśniła w jej fiołkowych oczach wpatrzonych nieprzerwanie w nieznajomego.

-Artystką ? To bardzo interesujące i bardzo… użyteczne dla mnie.- rzekł zamyślony elf ujmując dłoń Eshte pieszczotliwie i sprawiając, że miłe drżenie wypełniło jej ciało. Jego dotyk był tak pobudzający… co prawda miejsce było nieodpowiednie, a i widok oddalających pokłonach golasów jakoś starał się zepsuć tę chwilę, to jednak kuglarka czuła się jak bohaterka romantycznej ballady.
-Tak… chciałbym żebyś pokazała mi swój talent… zatańcz dla mnie, Eshtelëo.- zdecydował się elf, gestem drugiej dłoni wprawiając powietrze w drżenie i wywołując dźwięki melodii. I dworsko ucałował jej dłoń sprawiając że jej policzki zaczerwieniły się lekko. To było jak piękny sen. Jego zainteresowanie nią samo w sobie rekompensowało brzydotę i zapachy zaułka, rozrzuconą dookoła męską garderobę i grupkę golasów oddalając się z tego miejsca z rozpaczą na obliczach. A jeszcze ten pocałunek pieszczący jej skórę, jak żaden dotąd.

Twarz kuglarki rozpromieniła się w uśmiechu pełnym rozradowania. On.. on chciał ją oglądać? To było więcej niż mogła sobie kiedykolwiek wymarzyć planując swój pobyt w Grauburgu. Może tak się nią zachwyci, że zabierze ją do swego niebiańskiego pałacu, gdzie będą żyć szczęśliwie pośród tańców i jego niezwykłej muzyki?

Ah, gdyby tylko wiedziała co na nią czekało w tej uliczce, to lepiej by się przygotowała na spotkanie z elfem. Uczesałaby swe niesforne kosmyki w jakiś mniejszy artystyczny chaos, ubrałaby się może w którąś ze zdobycznych sukni, aby wyglądać bardziej elegancko i kobieco. Tylko dla niego.
 
Tyaestyra jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 19-03-2015, 15:48   #30
 
Tyaestyra's Avatar
 
Reputacja: 1509 Tyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumny
Z boleścią w sercu pozwoliła swoim palcom wysunąć się z delikatnego uścisku jego dłoni. Bowiem wcale tego nie chciała. Wręcz przeciwnie, pragnęła go cały czas dotykać, szczególnie w tych wszystkich miejscach ukrytych teraz przed jej oczami.

-Oczywiście, zwykle nie występuję w zaułkach.. - wytłumaczyła się cicho, po tym jak rozejrzała się niechętnie po swojej obecnej „scenie”. Za mało miejsca, za brudno, za śmierdząco. Szczęśliwie ta muzyka.. ta słodycz spływająca jak miód na serce i duszę kuglarki zdołała uczynić to miejsce znośniejszym.

Wprawiała biodra w kołysanie, a ręce w płynne poruszanie się w powietrzu niczym dwa zwinne węże. A chociaż niewątpliwie nadal było Eshte daleko do tych wszystkich egzotycznych tancerek i jej ruchy bardziej zadziwiały swą giętkością niż sprowadzały myśli na pokuszenie, to w tym momencie przypominała sobie co widziała wczoraj w namiocie. I nieśmiało niektóre z gestów jasnowłosej czarodziejki próbowała powtarzać.
Ale przede wszystkim popisywała się nienaturalną wręcz umiejętnością wyginania swego ciała, po którym wił się lisek. Opieszale nieco, jak gdyby nie dostrzegał uroku Pierworodnego i wcale nie zamierzał pokazać się jemu z najlepszej strony! Mógł tym zaprzepaścić jej szansę na zabłyśnięcie w oczach elfa! Potrzebowała czegoś widowiskowego.

Poprawiła Skel'kela, aby owinął się ciasno i bezpiecznie wokół jej ręki, po czym zgrabnie zaczęła wirować w piruetach. Rozłożysta spódnica niewątpliwie polepszyłaby efekt mieniąc się tysiącem kolorów, lecz kuglarka miała na sobie tylko krótkie spodenki i miękki gorsecik pozwalające jej przyjmować najbardziej kuriozalne figury. Zatrzymała się, by podrzucić swój kapelusz wysoko ku niemu, a sama zaś pochyliła się mocno do przodu. Wbrew wcześniejszemu obrzydzeniu, aż dotknęła dłońmi podłoża uliczki, przenosząc na nie siłę swego ciała i unosząc nogi w powietrze. Machnęła nimi wdzięcznie zanim przerzuciła je przed siebie, gdzie przez zaledwie krótką chwilę dotykały ziemi w tym samym momencie co dłonie elfki. I potem wyprostowała się, tak po prostu.

Odetchnęła głęboko. Widok tego pełnego piękna i gracji mężczyzny sprawiał, że miała ochotę latać. Nie, że mogła latać. Mogła teraz zrobić wszystko.
W finalnej pozie podniosła jedną nogę wysoko, aż wydawało, że zaraz wyprostuje ją całkiem w kolanie! Nie stało się to jednak, lecz już samo utrzymywanie tak równowagi wymagało nie lada ćwiczeń. Dodatkowo mocno wygięła plecy do tyłu i ręce także odrzuciła, upodabniając się do jakiej dziwacznej figury mogącej zdobić fontannę.






Obserwował ją w skupieniu, chłonął wzrokiem każdy jej ruch, każdy gest. Jakby oceniał jej grację, jej piękno, jej ciało… i w jego oczach wypadała pozytywnie. Bowiem uśmiechał się… trochę władczo, co mogłoby przypominać o pewnym irytującym czarowniku i o wielu napuszonych arystokratach, ale na jego obliczu ten uśmiech wydawał się być urokliwy. Tylko ten Skel’kel zaczął się jeżyć futerko i spinać mięśnie tworząc z ciała sprężynkę. Jakby wręcz czekał na okazję do ataku na Pierworodnego.
A ten wydawał się zadowolony. Jego zadowolenie radowało serce elfki i sprawiało że wizje niebiańskich pałaców i wielkiego łoża, w którym oddawaliby się razem najpiękniejszemu z tańców wydawały się deczko.. bliższe do zrealizowania.

- Jesteś zaiste niezwykła… twoje ruchy są pełne gracji, a twoje ciało i twoja moc dałyby naszym potomkom potęgę godną mych generałów.- rzekł ciepłym tonem głosu, gestem dłoni przywołując ją do siebie.
Sam też zresztą ruszył w jej kierunku, sprawiając że Eshte po raz pierwszy zobaczyła w swoim fajkowym lisku niebezpieczne dzikie zwierzątko. Nawet w wieży, w której go znalazła, nie okazywał takiej agresji. Odsłaniał kiełki i warczał groźnie… jakby próbował ją chronić. Głupiutki Skel’kel, przed czym niby chciał ją chronić?

Dlaczego musiał próbować teraz wszystko zepsuć?! Czy nie mógł otulać grzecznie jej szyi, jak elegancki futrzany szal? Czy nie rozumiał, że oto właśnie ona – Eshtelëa, nie jakaś cycata kurtyzana czy zadbana szlachcianka, a właśnie ona kuglarka dostąpiła zaszczytu zdobycia sobie uwagi tego elfa? Czy naprawdę musiał ją teraz zawstydzać w tych jasnych i pięknych oczach?
Spanikowana, aby przypadkiem mężczyzna nie wziął ją teraz za jaką dzikuskę zadającą się z szalonymi zwierzętami, Eshte pochwyciła Skel'kela za kark i wpakowała do swego kapelusza, aby go ukryć przed elfem, aby może się uspokoił pod jej dłonią.

-Proszę, wybacz to zachowanie mojemu lisowi. Nie wiem co w niego wstąpiło – wymruczała do nadchodzącego elfa, który im bliżej będąc, tym przyprawiał ją o większe zawroty głowy i rozkoszne ciepło rozchodzące się leniwie po jej ciele.
- Nie przejmuj się tym zwierzakiem. To ty jesteś istotna.- Pierworodny podszedł do Eshte, biorąc ją za dłoń i poufale obejmując w pasie. Gestem głowy wyrwał mocą magiczną kapelusz wraz ze zwierzakiem i cisnął w szmaty porzuconych ubrań bandytów. I zaczął tańczyć z nią powolny taniec, tuląc ciało elfki do siebie i uśmiechając się czule. Jego usta były blisko je warg. Spojrzenie złotych niczym denary oczu przeszywało jej ciało i duszę.- Ty jesteś ważna Eshtelëo.
Jego szept wprawiał w drżenie całe jej ciało, jakby jego głos ją pieścił… niczym dłonie kochanka.
-Opowiedz mi więc o sobie, z kim przyjechałaś do miasta, gdzie się zatrzymałaś, gdzie planujesz występować… opowiedz mi wszystko.- mruczał ogrzewając oddechem jej wargi i wirując z nią w szalonym tańcu do nieistniejącej muzyki.

Skel’kel… przestał się liczyć. Zapomniała o jego istnieniu. Jedynie ów boski kochanek, w którego ramionach się roztapiała niemal. Tylko on był w tej chwili całym światem kuglarki.
Teraz to on odbierał jej dech w piersi i sprawiał, że usta odmawiały posłuszeństwa, nie chciały się ułożyć w żadne słowa o konkretnym sensie. Jedynie drżały niespokojnie, gdy te jego idealnie skrojone wargi kusiły swoją niewyobrażalnie bliską obecnością. Wyobraźnia podsuwała jej błogie wizje zasmakowania w nich, wpicia się prosto w to źródło zapewne nieskończonej słodyczy. Tak bez myślenia o tym co będzie później, bo przecież nic więcej się nie liczyło.

-Ja... ja... - nie mogła się skupić na złożeniu w słowa logicznej odpowiedzi. Nie teraz, kiedy nie potrafiła nawet zawiesić spojrzenia na tylko jednym punkcie. Wodziła nim to ku oczom elfka, to znowu zsuwała je na jego usta. Nie mogła się zdecydować co bardziej ją wołało ku sobie. I jeszcze to jego ciało, tak ciepłe, w które wtulała się swym własnym, a mimo to nadal było jej mało i mało.

I znów złapała się na tym, że milczała zbyt długi czas. Jak gdyby jej odebrało mowę, co wszak było jak najbardziej prawdą, lecz nie mogło dobrze o niej świadczyć przed tym mężczyzną. Z trudem przełknęła ślinę i zwilżyła językiem swe spierzchnięte wargi, by w końcu wydusić z siebie cokolwiek -Przyjechałam do miasta z zakonnikami napotkanymi po drodze w pewnej wsi. Białowłosym rycerzykiem, krnąbrnym czarownikiem i krasnoludem chcącym dołączyć w ich szeregi. Pomogłam im, więc obiecali mi swą ochronę aż do Grauburga -mówiła mu wszystko, bo i jakże mogłaby inaczej? Skłamać takiej cudownej istocie, ukrywać coś przed nią? To było niemożliwe i takie oszustwo wręcz złamałoby jej serce – Podróżuję i mieszkam w mym malowanym wozie, z którym teraz rozłożyłam się na tym placu na dzielnicy kupieckiej, gdzie i inni artyści występują. Gdybyś tylko widział jakie tłumy przychodzą mnie oglądać!

- Podróżujesz sama? To wygodne…- usta przybliżyły się. Wargi przylgnęły do jej ust całując zachłannie i drapieżnie. Serce waliło elfce jak młot. Świat zawirował mimo, że stali w miejscu. Pocałunek sprawił, że nogi się pod Eshte ugięły.
-Słyszałem o elfce, która przybyła wraz z wyprawą Zakonu. Samotnie. To ty? Nie masz przyjaciół, znajomych… nikogo kto by mógł zwrócić uwagę na twe zniknięcie?- wypytywał dalej dłonią masując pośladki, a ustami muskając policzek Eshte.- Nikogo, kto by podniósł alarm?

Za takie macanie jej pupy wielu oberwałoby po pysku, ale tym razem Eshte delektowała się każdym muśnięciem jego palców. I przyciśnięta do jego ciała, odczuwała z wielką radością fakt, że niewątpliwie wzbudza w nim pożądanie. Bo czyż to nie cudowne… że ją pragnął? Że ją ze sobą zabierze?
Musiała być teraz najszczęśliwszą elfk.. nie, najszczęśliwszą kobietą na świecie. Całowana, przytulana i pieszczona przez tak zjawiskową istotę, przez najwspanialszego mężczyznę jakiego nosiła na sobie ziemia. Po tych wszystkich nieprzyjemnościach jakich doświadczyła – łotrzykach, zboczeńcach i demonach – to spotkanie było więcej niż ich wynagrodzeniem.

I czyżby.. czyżby on teraz upewniał się, że Eshte nie jest z nikim związana jakimiś niemądrymi przysięgami lub uczuciami? Jakież to było niemądre. Wszak nawet gdyby podróżowała z kimś, to od razu by o nim zapomniała i pozwoliła się porwać elfowi. Już od samego początku była gotowa porzucić swoje dotychczasowe życie na rzecz zniknięcia razem z nim. To było najcudowniejsze co tylko mogła sobie wyśnić.
-Nie sądzę. Już od dawna podróżuję samotnie, bo i dotąd jeszcze nie było nikogo z kim mogłabym dzielić takie życie – odparła szeptem, kiedy dłonie nieśmiało ułożyła na jego torsie otulonym miękkim odzieniem. Zacisnęła nań lekko palce, jak w potrzebnie upewnienia się, że on naprawdę tu jest. Zachichotała pytając z nadzieją w głosie -Czyżbyś chciał mnie porwać?

-Jesteś wspaniałym okazem kobiety, Eshtelëo… wielce użytecznym. I z pewnością słodką kochanką. Tak, myślę, że jak już załatwię swe sprawy w Grauburgu, to zabiorę cię ze sobą. Umilisz mi powrót do domu i będziesz stanowiła rozkoszną pamiątkę z tego nudnego miasta.
- jego usta wielbiły jej szyję pocałunkami pieszcząc jej skórę, tulił pieścił i masował jej ciało niewątpliwie odczuwając narastające pragnienie. Ach… szkoda, że miejsce nie było odpowiednie do miłosnych uniesień. Choć w tej chwili kuglarka w ogóle nie zwracała uwagi na ten fakt…

Za to nagle poczuła jego ukąszenie zębów na skórze swej szyi. Delikatne, acz gdy coś szeptał pod nosem, zapiekło bardziej… Choć nie to ani ból, ani żar, ani przyjemność. Dziwne przeszywające uczucie, które znikło tym szybciej że po chwili jego język lizał jej skórę w tym miejscu łagodząc owo doznanie i rozpalając inne, znacznie przyjemniejsze odczucia.

Kuglarka jęknęła cichutko, z zaskoczenia. Rzeczywiście, było to mało przyjemne uczucie, ale przecież ani myślała winić za nie elfa. Być może właśnie w taki sposób lubił się zabawiać ze swymi kochankami, poprzez sprawianie im tego dziwnego bólu, który wcale nie wprawiał w jakieś wielkie cierpienie. Szczególnie, gdy zaraz potem on wprawiał ciało w drżenie swoimi niezwykłymi pieszczotami. Czy było coś, w czym on nie był po prostu.. idealny? Coś czego nie potrafił? Na pewno nie.
Ah, pozwoliłaby mu się kąsać nie tylko po szyi. Mógłby wgryzać się w jej ciało w miejsca jakie tylko by sobie zapragnął. I nie usłyszałby od Eshte ani jednego słowa sprzeciwu.

-Zapewnię Ci wiele rozrywek. Sztuczek kuglarskich, i tańców, i pokazów z ogniem, i.. - opuściła ciężko powieki i głowę jeszcze odchyliła, aby mężczyzna nie znużył się pieszczeniem tylko jednego skrawka jej skóry. Dodała cicho w westchnieniu -Pójdę za Tobą wszędzie, gdzie tylko zechcesz.
-Jesteś… bardzo przekonująca moja droga artystko.
- mruczał coraz odważniej pieszcząc jej ciało. Jego usta wielbiły jej szyję, jego dloń zacisnęła się na piersi masując ją namiętnie. Nie sprawiał już jej bólu, zamiast tego jedyne co Eshte czuła to przyjemność płynącą z jego dotyku. I satysfakcję odczuwaną za każdym razem, gdy ocierała się podbrzuszem od obszar poniżej pasa. Czuła się wręcz zaszczycona faktem, że mu się tak bardzo… podoba.

-Niestety…- mruczał muskając językiem dekolt stroju kuglarki i dłońmi delektując się miękkością jej piersi oraz sprężystością pośladków. Tak jak ona delektowała się faktem, że jej własny obcisły strój pozwalał tak dobrze czuć jego dotyk na jej ciele. - Niestety Eshtelëo… są sprawy, które muszę załatwić sam. Twoja obecność mogłaby je skomplikować, ale potem wrócę po ciebie. Wszak powiedziałaś mi gdzie się zatrzymałaś i… będziesz na mnie czekać, prawda?

-Oh, oczywiście... -wymamrotała posępnie Eshte, bo przecież nagle przepełnił ją przede wszystkim smutek na myśl, że miała zostać sama. Bez niego, bez tego zachwycającego mężczyzny, który tak niespodziewanie pojawił się w jej życiu i całkiem nim wstrząsnął. Świat będzie taki pusty po jego zniknięciu.
-Oczywiście, że będę czekać! Tak długo jak będzie trzeba, aż przyjdziesz -powiedziała już głośniej, aby go zapewnić co do swych uczuć i pragnień. Ani myślała gdziekolwiek się ruszać z tamtego placu, mimo że pragnęła.. pragnęła już teraz zostań wziętą przez elfa. Gdzieś daleko, w miejsce przeznaczone tylko dla nich dwojga, gdzie mógłby ją już naprawdę wziąć. Jak tylko by chciał.
Spojrzała w te jego oczy jak dwa słońce, rozpalające ją równie mocno co dotyk ust i dłoni na ciele -Bo przyjdziesz, prawda? Obiecujesz?

-Nie opuszczę miasta bez ciebie, poza tym… będę miał ochotę uczcić zakończenie moich planów. Z Tobą będzie przyjemniej.- jego usta pieściły przez chwilę dekolt, jego dłoń masowała piersi, ale już nie obejmował jej tak mocno, powoli odsuwając się od kuglarki. Pokusa zostania tutaj również go trapiła, wlewając nadzieję w serce kuglarki, że o niej nie zapomni, że nie porzuci ją na pustkę samotności bez niego.- Za kilka dni cię odnajdę i posmakuję wszelkich rozkoszy jakie możesz mi ofiarować.

Pocałunkiem w dłoń pożegnał kuglarkę i zaczął się oddalać opuszczając zaułek wraz jej serduszkiem wiernie bijącym swemu ukochanemu, którego imienia wszak… nie znała… głupiutka nie zapytała się wszak o to, gdy miała okazję. I… właściwie… dlaczego… tak go kochała?

Elf już zniknął z pola widzenia i dziwne uczucia miłości i żalu zaczęły ustępować z umysłu Eshte wraz z rozkoszną mgiełką jaką wywoływała u niej sama obecność tego przystojnego elfa. Powoli dochodziło do niej to co się stało i to co robiła. I to co mogło się stać.

Emocje w bardzo plastyczny sposób odbijały się na jej twarzy, że nie sposób było żadnej z nich pomylić z inną.
Najpierw zachwyt, ten nagły i niezrozumiały, lecz jakże rozkosznie błogi, rozwiał się z wolna niczym mgła o poranku. Na jego miejsce wstąpiło zadowolenie przymrużające fiołkowe oczy w jakże kocim odruchu, wyginając usta w niemądrym uśmiechu człowieka będącego pod wpływem słodkich oparów opium. Bądź miłości, jak z dziwnego powodu było w tym przypadku.
To zauroczenie zaś z wolna ustąpiło pod trochę krnąbrnym, trochę chytrym wyrazem, który każdego dnia ozdabiał twarzyczkę Eshte. Tyle, że zamiast jednego ze swych krzywych uśmieszków odsłaniających zęby, zamiast wystawienia języka do pleców oddalającego się mężczyzny, to wstąpił na nią grymas z wolna narastającego zaskoczenia. Oczy rozszerzały się stopniowo ku wielkości dwóch złotników, wargi rozchylały w duże „O” godnej jakiej ryby.
Końcem tej podróży po tym niewielkim fragmencie elfiej mimiki, której zasoby skrywała w sobie jeszcze ogromne, było.. cóż, prawie udekorowanie i tak już brudnej uliczki, swym dzisiejszym śniadaniem. Może i jej grymas nie miał tak spektakularnego efektu, lecz na pewno przywoływał na myśl zepsute jedzenie i wieczór spędzony na wlewaniu w siebie wątpliwej jakości trunków. Teraz, na trzeźwo, samo wspomnienie spotkania jej ust z jego.. jego otworem gębowym sprawiało, że miała ochotę wyrwać sobie język, wymyć go na najostrzejszej tarce, a potem zakopać w najgłębszej dziurze.

Co się właściwie wydarzyło?!
Co on.. co on jej zrobił?! Jaką parszywą magią ją omamił, że pozwoliła mu się tak macać, jak byle uliczna murwa?! I co on takiego mówił? Nie, ważniejsze – na co ona się zgodziła?!
Już po stokroć wolałaby użerać się z łotrzykami, niż dawać się tak okręcać na palcu przez jakiegoś wydelikaconego elfika! Jakąż miał czelność, przecież ona nie dawała się nikomu tak czarować słodkimi słówkami, trzepotaniem rzęs i jakimiś pocałunkami w dłonie. A on.. a on bawił się nią jak jedną z tych lalek, co to uwięzione są na sznurkach, kontrolowane przez swego Pana Marionetek! Cóż to było za straszliwe uczucie, być tak bezwolną i tańczącą według byle ruchu dłoni tego mężczyzny! Powinna była go zwyzywać i kopnąć w pierworodnego klejnoty, a zamiast tego ona.. ona..

Dreszcz przeszył jej ciało, a gorzka żółć niebezpiecznie podniosła się w gardle. Co za obrzydliwość. To spotkanie było chyba nawet gorsze od tego wczorajszego z demonem. Z jednej strony miasto dawało jej tak wiele możliwości i na dniach mogła się już stać najbardziej rozchwytywaną artystką w Grauburgu, lecz.. teraz to tylko chciała się stąd oddalić jak najszybciej, po uprzednim dokładnym wymyciu każdego kawałka swego ciała, który został dotknięty przez elfa. Niech on sobie załatwia te swoje „sprawy”, na zdrowie. Oby jak najdłużej, żeby dać Eshte czas na wyruszenie w dalszą podróż.
Łotrzyków rozumiała. Kurtyzany też. Wszelkie siedliska hazardu, najbardziej wynaturzonej rozpusty i nielegalnego handlu – jak najbardziej. Ale jak ktoś mógł pozwolić, aby COŚ takiego chodziło sobie swobodnie po tych ulicach?! Toż to powinno się zamknąć w jakiejś najciemniejszej jaskini i zablokować wyjście ciężką skałą, aby nigdy nie zdołało wydostać się na zewnątrz! To wprost nie mieściło się jej w głowie!
Gdzie była władza, gdzie było prawo!

Sięgnęła dłonią ku swej szyi, wspominając ten dziwaczny moment, gdy na ciele poczuła coś więcej niż i tak parszywe wargi mężczyzny. Spodziewała się wyczuć pod opuszkami jakąś rankę, jakikolwiek ślad po ukąszeniu. Ale nie, skóra tam pozostawała gładka, jak gdyby nic się nie wydarzyło. Może to też była jakaś jego sztuczka? Może naprawdę już nie potrafiła rozpoznać co naprawdę miało miejsce, a co tylko działo się w jej głowie?

Być może, ale mimo to jedna myśl zdołała się wyraźnie przebić przez mrowie zmartwień Eshte.
-Skel'kel -mruknęła nieco osowiała, dopiero teraz sobie przypominając o nieszczęsnej roli jaką odegrał jej dzielny obrońca.
-Skel'kel! -powtórzyła w krzyku i rzuciła się ku porozrzucanym szmatom, niedoszłym ubraniom równie niedoszłych łotrzyków chcących ją obrabować -Moje biedactwo, ja przepraszam! Ja nie chciałam, ja.. ja nie byłam sobą!
Tłumaczyła się żarliwie, kiedy przerzucała ponad swoją głową kolejne fragmenty odzienia nie będące już pierwszej świeżości. Ani drugiej, co tu kryć. Nie przejmowała się ani tym, ani ewentualnym zdarciem sobie skóry na kolanach od klęczenia na nierównym podłożu uliczki. Tak jak wcześniej nie widziała świata poza przystojnym.. nie, poza pięknym elfem, tak samo teraz była głucha i ślepa na wszystko naokoło siebie, lecz ze zgoła odmiennego powodu.
Mogła wybaczyć (chociaż nie zamierzała) temu parszywcowi namieszanie w swej głowie, lecz rzucanie jej pieszczoszkiem? Niedopuszczalne! Przecież gdyby liskowi się coś stało z jej winy, z powodu tego, że nie potrafiła się oprzeć nienaturalnemu urokowi elfa, to Eshte nigdy by sobie nie wybaczyła. Dlatego teraz ani myślała o sobie, czy o bezpieczeństwie swego stroju wszak dopiero dzisiejszego poranka poskładanego w całość igłą i nicią.

Pojawienie się kapelusza ukrytego dotąd pod stertą ubrań, elfka przyjęła z okrzykiem radości podobnym zobaczeniu istnego skarbu, skrzyni wypełnionej drogocennościami. Pochwyciła go w dłonie i zerknęła do środka, a to co tam zobaczyła obudziło w niej jeszcze dotkliwsze wyrzuty sumienia. I jeszcze gorętsze pragnienie poderżnięcia Pierworodnemu gardła.
Biedactwo, miedziana kuleczka drżąca jak na największym mrozie. Przerażony popiskiwał cichutko, ale nie sprawiał wrażenia rannego. Może tylko troszkę poturbowanego.

-Przepraszam, Skel'kel.. - wyszeptała kuglarka ze smutkiem wypełniającym jej głos i duszę. Bardzo ostrożnie sięgnęła w głąb kapelusza, aby wyjąć roztrzęsione maleństwo. Tyłkiem opadła na ziemię, plecami wsparła się o ścianę budynku, po czym przytuliła go mocno do siebie. Siedziała tak długo, mrucząc czule do spiczastych uszek w próbach uspokojenia liska, choć i ona sama cały czas drżała niespokojnie. Ze złości na siebie i na elfa. Ze strachu przed tym co ją czeka, jeśli nie zdąży uciec z miasta.
 
Tyaestyra jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Odpowiedz



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 07:51.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166