Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Fantasy
Zarejestruj się Użytkownicy

Sesje RPG - Fantasy Czekają na Ciebie setki zrodzonych w wyobraźni światów. Czy magią, czy też mieczem władasz - nie wahaj się. Wkrocz na ścieżkę przygody, którą przed Tobą podążyły setki bohaterów. I baw się dobrze w Krainie Współczesnej Baśni.


Odpowiedz
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 30-11-2013, 00:03   #1
 
abishai's Avatar
 
Wędrówka sztukmistrzyni [18+]

Wieś Vilizgotz wyglądała na wyglądała na zamożną i zadbaną.


Kamienne budynki, bramy… jak się okazało pozostałości starożytnego zamczyska którym przed laty władał jakiś Pierworodny. Kiedy go zburzono,na pozostałościach zamczyska powstała duża i pogodna wioska. Zamożna też wioska.



Z pozoru idealne miejsce na przedstawienia. Eshte znów się przekonała, że pozory mylą.
Gdy zamiast uśmiechów na widok swych sztuczek zobaczyła zimne spojrzenia. Gdy dłonie zamiast do sakiewek sięgnęły po widły i pochodnie.
Kilkanaście minut wystarczyło, by zwykli chłopi zmienili się pełne żądzy krwi bestie. Kilkanaście minut… i osaczona Eshte drżała o swoje życie. Tym razem jej sztuczki jej by nie uratowały. Ostatnie spokojne dni uśpiły dawne lęki.
Teraz owe strachy zapłonęły wraz z pochodniami. I ona też by zapłonęła, gdy nie Gruangal.


Stary krasnolud był kowalem wioskowym i członkiem starszyzny. Cieszył się wśród tutejszych mirem. Po części wynikającym z siły, po części z fachowości, po części…
-Wybacz dziewuszko im. Jakieś czterdzieści lat temu pojawił się okolicy prawdziwy wampir. Pewnie tuż wiele razy słyszałaś. Zaginięcia, mroczne praktyki i zło pochłaniające wioskę. Wampira my ubilim, ale pamięć po nim pozostała. Nie odróżniają jednak elfki od prawdziwego Pierworodnego, a zaginięcia… ostatnio znów się zaczęły. Choć częściej giną ludzie w sąsiedniej wiosce. Stąd ta niechęć do elfów.- wyjaśniał przy posiłku, który sam fundował.
W karczmie siedzieli samotnie, reszta chłopów trzymała się z dala od demonicznego pomiotu jakim w ich mniemaniu była Eshte. Siedzieli pod ścianami, nieufni i podejrzliwi. Widać Gruangal nie do końca ich przekonał stając w jej obronie. Ale wtedy nie próbowali też z nim dyskutować. Zwłaszcza gdy głównym argumentem krasnoluda był jego dobrze wyważony młot kowalski… także kowalski.
Gdy zamachnął się nim na placu, wieśniakom zrzedły miny. Stary krasnolud wydawał się bowiem biegle nim posługiwać. A jego ciężar robił odpowiednie wrażenie na wściekłym tłumie.

-Szukają winnych. I akurat ty się pojawiłaś.- kontynuował wypowiedź. Eshte wzruszyła ramionami… Ileż razy to słyszała? Ileż to razy musiała uciekać, bo akurat ktoś szukał winnych całego zła i uważał ją za idealny cel nagonki?
-Tak czy siak… Pewnie udajesz się do Grauburga, co? Nic dziwnego, wszyscy się tam ostatnio udają.- bardziej stwierdził niż zapytał kowal. A elfka przytaknęła. Nie miała co ukrywać kierunku swej podróży. To było zbyt oczywiste.
Grauburg był stolicą baronii hellmsirskiej, dość dużym miastem z dużą publiką i pewną populacją nieludzi. Eshte lubiła miasta. W nich łatwiej się było wtopić w tłum. A Grauburg był dużym miastem.
Ale to nie był główny powód jej podróży do tego miasta... Tym był bowiem ślub.

Dziedzic Hellmsiru się żenił. I z tego powodu w Grauburgu wyprawiano huczne weselisko, na które sproszono okolicznych wielmożów i które swym rozmachem miało objąć całe miasto.
Taka wielka uroczystość ściągała do miasta wielu gości żądnych rozrywek. I nie tylko ich…
Śluby możnowładców były idealną okazją do zarobku dla wszelakiej maści artystów. Dlatego też Eshte podążała do owej stolicy. Acz… mniej uczęszczaną drogą, na wypadek gdyby starzy znajomi zdecydowali się skorzystać z okazji i zmienić zwyczajową trasę swej podróży.
W mieście raczej ich obecnością się martwić nie musiała. Miasto było wystarczająco duże, by nie musieli wchodzić sobie w paradę.
Niemniej mieściny po drodze, już tak duże nie były. I dlatego Eshte wybrała tak rzadko uczęszczaną trasę, na swe nieszczęście. Choć z drugiej strony…
Piła teraz darmowe piwo, dzięki uprzejmości brodacza którego wynurzeń słuchała.
-Do Grauburga masz dwie drogi… krótszą i dłuższą. Krótsza wiedzie przez las wprost do miasta, tyle że pięć lat temu część lasu została zmieniona przez Mały Gon, więc nie jest to trasa bezpieczna. Dłuższa droga prowadzi przez jeszcze jedną wieś Terulras, ale nie nie przecina leśnych ostępów.- wyjaśnił krasnolud, po czym zamilkł na chwilę. Po czym ciszej dodał.- I ten tego… Mam do ciebie osobistą prośbę. Mam bowiem syna i on chce dołączyć do kompanii najemniczej Czarnej Brody stacjonującej w Grauburgu. I pomyślałem sobie, że mogłabyś go zabrać ze sobą do miasta. To dobry układ dla was obojga. On będzie miał darmową podwózkę i posiłek. Ty przewodnika znającego okolicę i… ochroniarza. Mój syn Kranneg jest świetnym wojakiem i mocarnym krasnoludem. Co ty na to?
No właśnie… co. Eshte popijała piwo zastanawiając się jak odpowiedzieć Gruangalowi i w jakich sprawach jeszcze pociągnąć go za język. Wydawał się być obeznany w sprawach dotyczących bliższej i dalszej okolicy. I gotów podzielić się swą wiedzą, bez żądania zapłaty za nią. Eshte nie mogła nie wykorzystać takiej okazji.
 
__________________
I don't really care what you're going to do. I'm GM not your nanny.

Ostatnio edytowane przez abishai : 07-07-2017 o 21:39. Powód: poprawki
abishai jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 04-02-2014, 04:12   #2
 
Tyaestyra's Avatar
 
Towarzystwo w podróży oznaczało same kłopoty.

Myśli Eshte zareagowały na propozycję krasnoluda na długo przed tym, nim wargi zdołały ułożyć się w odpowiedzi. Oznaczało to zatem, że wypiła jeszcze o wiele za mało piwa, a przecież jego smak tylko był lepszy dzięki byciu.. darmowym. Niewybaczalne, aby tak się marnowało w kuflu!
Zatem zanurzyła usta w złocistym trunku, co nie tylko było jak najbardziej naturalnym odruchem w gospodzie mający na celu ugasić pragnienie, ale przede wszystkich na czas trwania długiego łyku pozwalał elfce zastanowić się nad jakimś zgrabnym unikiem w rozmowie.
Podróż z krasnoludem nie była tym co lubiła najbardziej. Ba, podróż z czymkolwiek posiadającym umiejętność wypowiadania swojego zdania oraz możliwość knucia, obojętne czy miało spiczaste uszy, skrzydełka, brody do ziemi lub było jak najbardziej ludzkie, nie leżało nigdzie w pobliżu gestii zainteresowań kuglarki. Ona o tym wiedziała, Mały Brid' mógł się tego domyślać, a Gruangal miał się o tym dopiero dowiedzieć. Delikatnie. W końcu dopiero co ocalił ją przed mało przyjemnymi konsekwencjami uczestniczenia w chłopskim ognisku, którego miała być główną atrakcją, czyniąc sytuację wielce ironiczną. Nie mogła być wobec niego obcesowa, tak jak byłaby w przypadku kogoś innego wychodzącego z tak niemądrym pomysłem.

-Czy to na pewno dobry pomysł? Słyszałam, że podobno... - zaczęła mówić po otarciu dłonią piany znad swych warg, jednak szybko urwała. Wprawdzie mieli całą izbę dla siebie i nikt ich nie podsłuchiwał, ale mimo to elfka zniżyła głos do konspiracyjnego szeptu, nie chcąc wprowadzić swego gospodarza w zakłopotanie rozpowiadając światu wstydliwą słabość jego rasy - ..podobno wy krasnoludy nie za dobrze znosicie bycie oderwanymi od ziemi. Podobno przebywanie wyżej niż na poziomie gruntu, a do tego w ruchomym wozie, może wywoływać u was wręcz chorobę morską. A ja, rozumiesz, jestem przywiązana do mojego domku na kołach. Sama dekorowałam.
-Myślę, że mój syn wytrzyma te dwa… trzy dni na wozie panienko.
- rzekł ze śmiechem w głosie Gruangal niezrażony jej słowami. Po czym dodał.- Chłopak musi stwardnieć, jeśli chce być kimś więcej niż kowalem. Najemnicza robota to w końcu podróże z wojskowym oddziałem, nie wspominając już o prawdziwej walce. Pewnych rzeczy nie da się w tym fachu uniknąć.
Potarł pieszczotliwie swoją brodę mówiąc dalej spokojnym głosem.- No i lepiej we dwójkę przeprawiać się przez las, jeśli wybierzesz krótszą trasę. Co prawda mój syn potrafi sobie radzić, ale we dwójkę raźniej, zwłaszcza gdy puszcza Gonem naznaczona. Dla ciebie też to zysk. On drogę do miasta zna, bo jeździmy co miesiąc na jarmark grauburski. Ty… jesteś nowa w tych stronach, prawda?

-A jestem, jestem. Te okolice nie poznały jeszcze cudowności jakie zaprezentować im może Niezwykła Eshtelëa, Władczyni Ognia i Królowa Ekscytujących Iluzji! - zdołała na pojedynczym wydechu wypowiedzieć cały swój tytuł ( a raczej jeden z wielu, dopasowywany zależnie od sytuacji i osobistej pamięci elfki w danym momencie ). Pociągnęła łyk piwa i zerknęła gdzieś tam mniej więcej ponad brodę swego towarzysza. Uśmiechnęła się chytrze -Twój syn nie ma nic przeciwko dzieleniu niewielkiej przestrzeni mojego wozu z elfką? A Ty nie obawiasz się, że w drodze do Grauburga okażę się być wampirem gustującym w krasnoludzkiej krwi?
-Widziałem Pierworodnego, widziałem i wampira. Nie jesteś ni jednym, ni drugim panienko.
- stwierdził ze śmiechem Gruangal i wzruszył ramionami. -Ludzie jednak nie żyją tak długo jak my, ani nie mają tak dobrej pamięci. Natomiast opowieści o okrucieństwie wampirów przetrwały w legendach. A ostatnio…-upił piwa dodając ponuro.-Ostatnio znów zaczęli ginąć ludzie. Stare legendy ożyły. Niektórzy ponoć strzygę widzieli.

Strzyga...Eshte słyszała o nich. Przemienieni przez wampira ludzie, służący mu do brudnej roboty. Opętani przez głód krwi, za dużą siłę i zwinność płacący zezwierzęceniem umysłu. Idealni słudzy potwora.

Wzruszył ramionami krasnolud.- Ponoć posłano już do miasta po zakonników Peruna, co by złu zaradzili, ale… wiesz jak to jest. Zrobiło się nerwowo i na obcych patrzy się kosym okiem. Na elfów… szczególnie.
Potarł brodę dodając żartobliwie.- Poza tym mój syn, jest dobrze wychowanym cnotliwym krasnoludem. Nie w głowie mu płoche figle. Będzie spał poza wozem. Ktoś musi was pilnować w nocy, prawda? Niech się chłopak wprawia. Wojaczka to nie tylko machanie toporem w potyczkach. To także warty, oporządzenie wierzchowców szlachty… i inne przyziemne obowiązki.

Byłaby zachichotała sobie szczerze pod nosem, gdyby tylko nie musiała się zaraz tłumaczyć kowalowi ze swego zachowania. A byłaby to bardzo niezręczna chwila, po której sam mógłby zechcieć rzucić ją w płomienie, gdyby okazał się być jednym z tych krasnoludów wrażliwych na wzrost swój i swej rasy. Bo i czyż on w ogóle widział Małego Brid'a?! Już ona, jako elfka, miała problemy z sięgnięciem tej przerośniętej bestii do łba, a co dopiero krasnolud! Wprawdzie nie była żadną szlachcianką, i nie miała pewności, że mowa tutaj była o niej, ale przecież mogłaby.. pozwolić mu się wprawiać w oporządzaniu koniu na jej okazie. Jedynie młody musiałby skombinować sobie drabinkę.

-Oczywiście, zawsze to my, spiczastouchy jesteśmy za wszystko obwiniane – zamarudziła, a w jej oczach błysnął jakiś tak wyrzut, czy to ku swojemu pochodzeniu, czy też ku reszcie świata -Czy wiesz, jak bardzo moje życie byłoby łatwiejsze, gdybyście to na przykład wy mieli tak niesławnych kuzynów? Krępych, dostojnych i brodatych krwiopijców, którymi matki mogłyby straszyć swoje dzieciaczki, a chłopi wesoło ganiać z widłami i pętami czosnku.

Nigdy jakoś nikt specjalnie nie wdrażał jej w zawiłości elfiej krwi i pokoleń. W końcu żyła wśród ludzi, których też to niewiele interesowało. Z tego też powodu po mocno rozwidlonym drzewie genealogicznym swej rasy poruszała się mocno.. po omacku. Równie dobrze te elfy o wampirzych skłonnościach mogłaby nazwać wujostwem, dziadkami lub pradziadkami. Bardzo dalekimi.

-Strzygą stał się mój kuzyn, więc wierz mi “dotknięcie Pierworodnych” dosięga każdej rasy… No, może poza wróżkami czy chochlikami.- podrapał się po policzku krasnolud wzdrygając na wspomnienie kuzyna. Upił nieco piwa dodając filozoficznie dodając. -Czasy ogólnie są ciężkie. Dwie baronie na północ od tej wiesza się wszystkich odmieńców jak leci. A elfy profilaktycznie pali żywcem, jak i po zgonie. Ale tam niedawno był całkiem spory Mały Gon. I teraz pół tej baronii, wygląda ponoć jak wyjęta żywcem z koszmaru.
-Zatem to już dwie kolejne baronie do skreślenia z moich map. Nie mogę ostatnio narzekać na nadmiar zarobków..
-odmruknęła Eshte nie tyle do krasnoluda, co do siebie, a przede wszystkim do kufla i wypełniającego go gorzkiego trunku, w którym niepocieszona zamoczyła wargi -A jak wygląda dłuższa droga do Grauburga? Ta druga wioska z radością przyjmuje wędrowców, nawet jeśli ci są odmieńcami pokazującymi niewinne sztuczki z płonącymi gołębiami? Czy może lepiej unikać tamtejszych mieszkańców, szczególnie jeśli ich kowal nie jest tak.. wyrozumiały?
- Mojego syna znają tam więc, jego rękojmia będzie ci ochroną, acz… To ta wioska właśnie została dotknięta plagą zaginięć. Tutejsi zaś boją się, że prędzej czy później i tu zaczną ginąć dzieci.
- wyjaśnił krótko krasnolud.- Więc… samej bym ci tam jechać nie radził. Ale mój syn może ich przekonać do zastawienia cię w spokoju. Tyle, że wątpię by tamci wieśniacy, byli w nastroju na magiczne pokazy.
Wzruszył ramionami dodając.- Obawiam się moja droga Eshtelëo, żeś niefortunnie wybrała sobie tą trasę do Grauburga.
To prawda… niefortunnie, ale też nie miała wielkiego wyboru.

-Ufam, że moje tymczasowe życie w ubóstwie zostanie mi wkrótce wynagrodzone – mówiąc to opuściła spojrzenie dla podkreślenia swej niedoli, w razie gdyby któryś z bożków postanowił się przyjrzeć jej sprawowaniu w tak ciężkich chwilach. Nie to, żeby któremukolwiek z nich oddawała cześć, wznosiła doń modły lub zostawiała w ich rękach swój los. Powoływała się na twory ludzkiej wyobraźni i potrzeby głównie w złości, a i wtedy wzywała imię tego, który akurat miał przyjemność nasunąć jej się na język.
Kolejne jej słowa niewiele już wspólnego miały ze skromnością, szczególnie kiedy wypowiedziane zostały z jakąś taką nutką.. pretensji -Po wielokroć, najlepiej. A samo miasto? Mówiłeś, że tam bywałeś. Mieszkańcy chętnie sięgają do swych głębokich kieszeni i pękatych sakiewek?
-Jako i wszędzie. Najchętniej po pijaku, z dala od żony i na widok pary cyców wylewających się z dekoltu.-
zaśmiał się krasnolud zamawiając kolejne kufle piwa.- Grauburg to największe skupisko odmieńców w baronii. Mają nawet getto krasnoludzkie i gnomią enklawę. Mają zamtuz z elfimi dziewkami… I lubią pokazy kuglarskie. To miłe miasto dla nas… Prowincja taka nie bywa. Niemniej ubicie odmieńca jest tutaj karane wysoką grzywną. A czasami i gardłem. To więcej niż powiedzieć, o prowincji na wschód od nas. Dla rodu Vilgotzów, którzy nią rządzą, my odmieńcy jesteśmy lepsi od zwierząt… ale gorsi od ludzi czystej krwi.

-Oczywiście!
- kufel z głuchym stuknięciem uderzył o blat stołu. Jego drewniane nogi prawie zadrżały pod ciężarem wściekłości i rozgoryczenia całej elfiej rasy, wszystkich odmieńców małych i dużych, których kiedykolwiek dotknęła dyskryminacja ze strony ludzi.
Albo może była to jedynie złość Eshte, która zawsze z gorącą pasją wytykała ociemniałość i herezję śmiertelników. Alkohol w żyłach tylko podsycał to wrzenie krwi, upodobniając ją do jakiego butnego przywódcy uciśnionych -Kiedy przychodzi do spełniania wymyślnych fantazji, to oh, nagle odmieńce takie cudowne i rozchwytywane. Ale kiedy jednemu czy drugiemu szabelka nie stanie na wysokości zadania, to zaraz czary, mary, klątwy i szarlataństwa! Spalić elfkę, bo pewno krzywo spojrzała, magicznym pyłkiem z końcówek uszu posypała i męskość jaśnie panu ukradła.
-Bo i szlachta to się rodzi często z kuśkami małymi…- zarechotał krasnolud dolewając sobie piwa, a i Eshte także.-... i toteż...Toteż niewiele satysfakcji dać potrafi. Ot, miękkie życie w pier… piernatach, miękki mieczyk daje… Twardy żywot, gwarantuje tę… no… twardość… Nie… Nie to słowo...ooo! Satysfakcję!
Piwo tu mieli wyborne, jak na wiochę bez browaru. A Gruangal okazywał się znawcą okolicy i nie tylko… Widać brodacz, zwiedził trochę świata, zanim kowalstwem się zajął.- Astrea mówiła…
Krasnolud przyłożył gruby paluch do swych ust. Rozejrzał się po wieśniakach dookoła. Po czym dodaj ciszej.- Że połowa rajców wymięka w połowie… I bez wróżkowego pyłu żaden, dogodzić nie potrafi kobiecie. Ona… i jej koleżanki, muszą udawać. Wyją więc jak opętane w tych łóżka, co by rajcy… mieli się za buhajów.
I wybuchł głośnym śmiechem.

-Tak, tak – nie mając zamiaru ni na moment przerwać swej tyrady, Eshte jedynie skinieniem głowy podziękowała za trunek. Był za darmo, a to co za darmo smakowało jeszcze lepiej. Nigdy nie miała w zwyczaju żebrać o jakiekolwiek dary, ale skoro ktoś dawał z własnej woli to jakże mogła odmówić? No nie mogła!
-Potem tacy wielcy panowie uważają się za ogiery, za wręcz boskich mężów zesłanych kobietom do ukojenia ich rozbuchanych chuci. Istne wybawienie dla płci pięknej każdej rasy, bo przecież elfi mężczyźni to od ciepła kobiecego ciała wolą wąchanie kwiatów i przytulanie drzew, krasnoludy i tak nie mogą się rozróżnić pod tymi wszystkimi brodami. A wróżki to dopiero biedactwa, bez choćby jednego jurnego kogucika wśród swojej rasy! - ciesząc się przyjemnym ciężarem kufla w swoich dłoniach, elfka zawahała się na krótki moment przez upiciem odrobiny. W razie, gdyby kowal okazał się być jednym z tych krasnoludów, którzy są wrażliwy nie tylko na punkcie swego wzrostu, ale i tematu mitycznych kobiet w ich rasie, pośpiesznie dodała z cichym odchrząknięciem -A.. a.. a przynajmniej tak sądzą niekiedy ci przesądni chłopi.

Jednak krasnolud albo nie był czuły na punkcie swej rasy, albo też znieczulony wypitymi trunkami… bowiem nie wybuchł słusznym gniewem. Zamiast tego wybuchł śmiechem głośnym i rubasznym. A opróżniwszy swój kufel, zamówił kolejne dwa… dla siebie i swej drogiej przyjaciółki Eshte.- Tak, tak… gorzej jak wyniósłszy błędne mniemanie z zamtuza, próbują sprawdzić swe możliwości w praktyce. Ot, tytuły rzeczywiście rozkładają nogi dziewkom, choć czasem z musu. Ale tytuły talentów nie dają, ni jurności… Pamiętam takiego jednego szlachetkę, co uwiódł… ba… zmusił groźbami ładną mieszczkę co by rozgrzała mu łoże. I niewdzięcznica… wyobraź sobie…- kolejny głośny śmiech Gruangala, okazał się zaraźliwy, także i kątach karczemnej sali.- ...zasnęła mu podczas figlowania. On tam wtyka swojego patyczka, dyszy i sapie. A ona… chrapie.
Wzruszył ramionami. -Nie wiem jak ta prywatna… sprawa z alkowy rozniosła się po mieście. Niemniej biedaczkę spalono na stosie, za “zadawanie się z demonami”. Pocieszającym jednak okazał się fakt, że sam… hrabia bodajże, kilka dni później zginął zasztyletowany w danskerze. Sprawców nie znaleziono… ale ja bym podejrzewał zdradzoną żonę owego “uwodziciela”.

-Ale przecież i niektóre kobiety wcale nie są lepsze od tych wszystkich ogierów, buhajów i kapłonów! - odparła wzburzona elfka, po tym jak już otarła palcami łzy rozbawienia z kącików oczu. Ludzka rasa była tak przezabawnym tematem rozmów.

Nadęła lekko policzki, minę twarzy przybrała wielce stężałą, a i nawet rękami teatralnie zarysowała kształty gdzieś w okolicach swej drobnej sylwetki -Dostojne matrony, których figurze najbliżej do.. do.. do wypchanego worka ziemniaków, a palcom do tłustych kiełbasek opiętych błyszczącymi pierścieniami. Przechadzają się takie...ah, nie! Częściej noszone są na uginających się pod nimi lektykach, co by nóżek nie zbrukać błotkiem lub zbędnym wysiłkiem. Nie spojrzy taka nawet na odmieńca, nie rzuci nawet swego najgorszego świecidełka, a oddychać tym samym powietrzem będzie jedynie przez wypachnioną chusteczkę – dłonią przesłoniła swe usta i nosek, tchnienie przy tym wydając przepełnione jakąż wielką boleścią przeznaczoną dla klas o wiele wyższych. Potem zaś głos zniżyła, aby podzielić się z towarzyszem wstydliwym sekretem salonów -Ale gdy mąż oczami zaczyna wodzić za młodymi niewiastami, to i te wielkie panie nagle poszukują pocieszenia w ramionach elfich kochanków. Albo w gnomach skrywanych skrzętnie pod spódnicami..
-Och tak… albo zaciągają porządnego krasnoluda spojonego i piwem co by posmakować, dzikości odmieńców. A rankiem wrzask robią i o gwałt oskarżają.
- zaśmiał się Gruangal rechocząc wesoło i na cały głos.- Piszczy i wrzeszczy jak taki mały… piesek. Te koszmarki, co to hodują na dworach. Czworonożne kurczaki zębami, nie pieski. Zresztą jak kurczak smakują, ale… to.. o czym to ja…Aaaa... A najgorsze, że te babiszony pod tym całym pudrem i perukami, brzydkie jak noc. Nie lza tknąć tego na trzeźwo… a twierdzi, że to ona została zgwałcona. Ba! To ja powinienem się domagać zadośćuczynienia, za tą no… charytatywność w łożnicy.
Im bardziej pijany był kowal, tym bardziej sięgał po wątki osobiste świadczące o dość ciekawej i burzliwej młodości krasnoluda.

-Aaahh... zatem Ty to postrachem sypialnianych piernatów byłeś.. jesteś.. - mruknęła Eshte nieco.. zatrwożona takim obrazem jaki pozostawił w jej wyobraźni kowal. Aż musiała to zapić, a ta kolejna strużka cierpkiego trunku wpływająca przez gardło do ciała i duszy, przyprawiła ją o krzywe uniesienie jednego kącika warg.
-Wyobraź sobie tylko tych wszystkich wielkich panów oczekujących na narodziny swych rozkosznych pociech, których poliki okazywały się być już obrośnięte bujnym zarostem! - parsknęła rubasznie. Nawet jeśli krasnoludy nie rodziły się z brodami ( tak naprawdę nie była pewna czy w ogóle się rodziły, czy może wykuwały sobie potomków z kamienia ), to taka myśl była bardziej niż ucieszna -Pewno tłumaczyli to wszystkim parszywością krwi rodzin swych żon, w których to nawet kobiety obrastały brodami. Żaden przecie by się nie przyznał, że jaki odmieniec jego kobiecie dogodził.
-Na pewno nie spodziewały się, że ich synowie będą tak hojnie obdarzeni, pod każdym względem.
- odparł rubasznie krasnolud prężąc muskuły lewej ręki. Po czym nieco spokojniejszym tonem dodał. -Nie… zawsze prowadziłem osiadły tryb życia. Nie zawsze… konie kułem. Bo trzeba wpierw zwiedzić trochę krain, by...ten… no… poznać swe miejsce na świecie. Ja tak uczyniłem… Teraz kolej na mego syna.

Elfka wzniosła kufel w toaście.
-Dobrze, niech się uczy. Niech poznaje, smakuje soki życia, te słodkie i te gorzkie. Niech.. niech.. - pogubiła nieco wątek. Miało coś być o przeznaczaniu, o jego niciach, o nadmiernej ilości małych krasnoludów wypadających z łon ludzkich kobiet.. ale jakoś tak zapatrzyła się na brodę swego swego towarzysza. I zgubiła się, ale widać nie było to dla niej zbyt dużą przeciwnością losu, bowiem uśmiechnęła się przewrotnie.
-Czy grywasz w karty, Gruangalu? - mówiąc to sięgnęła ku niemu ręką, po czym palcami skrytymi za delikatnością rękawiczki wyciągnęła z głębin siwego zarostu pojedynczą kartę. Sztuczka jakaś!
-Grywam grywam… gdy żona nie patrzy.- krasnolud ostatnie słowa dodał cicho i rozejrzał się dookoła. Na szczęście owej żony nie wypatrzył, bo dodał cichaczem. -Ale na małe stawki panienko. Na wsi zarobek lichy, to wiele wyłożyć.

Dwóch chłopów o dość pospolitych obliczach i czerwonych nosach podeszło do dwójki odmieńców przy stole. Obaj rumiani na obliczach i o włosach jak słomiane strzechy. Starszy miał brodę na obliczu, młodszy pryszcza na policzku. Ale sukmany mieli porządne, a mieszki dość ciężkie.
-Zauważylim my karty.- stwierdził brodaty.- Można się dosiąść?
-Kurt Bartnik i jego kuzyn Waner… też bartnik jeno tylko zawodu, bo nazwisko… Kapusta.- rzekł Gruangal przedstawiając najpierw brodacza, a potem pryszczatego. Były to spore chłopy, ale z gęby tępe, a z wejrzenia potulne. No i kieski ich wydawały się prosić o opróżnienie.
-Ależ zapraszamy, zapraszamy. Partyjka, albo dwie, co by przegonić wszelkie urazy – aż Eshte przyklasnęła radośnie w dłonie, a kiedy je rozłożyła to po łuku w powietrzu teatralnym gestem zatoczyła. Za wnętrzami dłoni zaś powędrowały karty, cała talia trzepocząca w locie niczym stadko motyli. Zbędne i nazbyt widowiskowe gesty, ale cóż robić. Nie sposób było się wyrzec swej wewnętrznej kuglarki poza sceną.
Karty usłużnie opadły na długich palcach kobiety i zręcznie jęły je przetasowywać.

-Jeno o wyrozumiałość panów muszę prosić i.. łagodność względem mej sakiewki. Bogowie nie sprzyjają ostatnio występom, to i ona.. nie tak pełna jakby każde z nas chciało – uśmiechnęła się z lekkim zakłopotaniem, któremu było kawałek drogi do prawdziwości. Kowal wprawdzie jej dzisiaj pomógł, i dla niego sama będzie delikatna. Ale w przypadku tych dwóch nie miała zbytnio powodów do wstrzymywania się. Szczególnie, jeśli sami przyszli zagrać.

Rozgrywka się rozpoczęła i bynajmniej nie była jednostronna, o nie… Kowal czasem wygrywał, Eshte czasem przegrywała. Elfka była zbyt dobrą szulerką, by wiedzieć, że nie należy ciągle wygrywać. Czasem dobra karta musi się trafić i jeleniom, których się oskubywało. Monety jednak powoli zmieniały właścicieli, kufle piwa ulegały opróżnieniu. A dobry uśmiech nie opuszczał grających, elfka o to zadbała zadbała.
Choć… z każdym kufelkiem pieniącego się trunku wzrok stawał się coraz bardziej zamglony, a myśli coraz bardziej ociężałe.
 

Ostatnio edytowane przez Tyaestyra : 04-02-2014 o 22:46.
Tyaestyra jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 04-02-2014, 04:18   #3
 
Tyaestyra's Avatar
 
Eshte miała mocną głowę do trunków.

Zapewne to dawne życie ją tak zaprawiło. Przygotowało do przetrwania w świecie, gdzie trunki alkoholowe lały się ulicami i gościńcami, przelewały w karczmach, pałacach, świątyniach i wielu, wielu innych miejscach, do których mogły ją doprowadzić nogi.
Prawdą było, że kosztowanie bimbrów ręcznie robionych przez Carso ze wszystkiego co się nawinie ( a nawijało się wiele ), było niejako wymagane w ich rodzince po przekroczeniu pewnego wieku. Nie tylko było jedną z głównym przyczyn poczucia satysfakcji u ich przywódcy, ale także stanowiło swojego rodzaju sprawdzian wytrzymałości i odwagi. A potem umiejętności przejścia po linie z wypalonym gardłem i zdrowym rozsądkiem.
A być może i to elfie pochodzenie miało w tym trochę swego udziału. Wszak nie wypadało, aby te dystyngowane, eleganckie długouchy wpadały pod stoły po byle kuflu mocnego piwa. Się nie godziło.

Zatem ciągle miała na tyle trzeźwości w umyśle, by móc kogoś ograć. W tym przypadku trafiła na parę pewnych siebie wieśniaczków, na co dowodem była cięższa niż wcześniej sakiewka podskakująca u pasa. I jej postrzeganie otoczenia nie było zaburzone ani przez Gruangala, co i rusz stawiającego wszystkim kolejne kufla piwa. Ani przez jego bliźniaka, który musiał przyjść kiedy akurat nie patrzyła. Ani przez gadającą głowę kapusty wywołującą u niej po jakimś czasie niekontrolowane wybuchy chichotu, ani kmiotek o włosach jak słoma, które.. zdaje się, że próbowała podpalić w chęci zaprezentowania jakiejś sztuczki. Szczerej chęci, warto nadmienić.
Oh, a tak wspominając ogień.. to pamiętała też, jakoś tak przez mgłę, że ponownie gorliwie uniesiona warunkami życia swych uciśnionych pobratymców oraz innych odmieńców, aż zostawiła na blacie stołu wypalony kształt swojej dłoni. Niczym artysta zostawiający podpis na swoim dziele. Może za jakiś czas karczmarz będzie mógł sprzedać toporny mebel za niemałą fortunę, gdy elfka już stanie się odpowiednio sławna w okolicy.

Wniosek z tych wewnętrznych rozmyślań był więc taki, że kuglarka była daleka od bycia pijaną. O czym to uporczywie i po kilka razy była gotowa powiedzieć każdemu kto by ją zaczepiał, tak jak tłumaczyła to cierpliwie w gospodzie. Bo tamto krzesło na którym siedziała to samo się omsknęło, gdy Eshte zabujała się na nim triumfalnie. Właściciel pewno skąpi na jakości wystroju swojej karczmy, to i takie wypadki się zdarzają.

Tak jak teraz! Prawie wpadła na drewniane sztachety płotu otaczającego jeden z domów. A była pewna, że szła wzdłuż niego, nijak nie pamiętała planowania skrócenia sobie drogi poprzez czyjeś obejście. Musiał być powiew wiatru. Zaplątał nogi, namieszał w krokach i popchnął leciutkie jak piórko ciało elfki wprost ku zgubie.. ! Próbując złapać równowagę po tym gwałtownym huraganie, nie szczędziła sobie zwyzywania złośliwej Natury z góry na dół. A niech jej w pięty pójdzie, o!

Acz skoro już tutaj.. przystanęła, zdecydowanie w pełni ze swojej woli, to postanowiła sobie zrobić krótką przerwę w wędrówce. Wioska nagle zaczęła się wydawać tak duża, noc taka ciemna, a wiatr taki zdradziecki i niespodziewany. Niby teraz nie czuła go ani na swej twarzy, ani poruszającego kosmykami fiołkowych włosów, ale dobrze wiedziała, że jak tylko ruszy dalej to ten dołoży wszelkich starań by ją zdmuchnąć z obranej ścieżki.

Zaczęła lekko poklepywać się po udach i żebrach, sprawdzając czy wszystko było na swoim miejscu po spotkaniu z płotem. Sakiewka nadal pełniutka, ubranie wydawało się być w zwyczajowym artystycznym miszmaszu, nie mniej ni bardziej pokiereszowane przez wiatr. Czuła się wprawdzie nieco otumaniona, pewno wina tutejszego powietrza, może nieco zbyt swojskiego jak na jej gusta, ale chyba nic jej nie bolało. Kości były całe i.. i..
Nagle jaka groza ogarnęła twarz Eshte. Bardziej gorączkowo niż wcześniej zaczęła przeszukiwać swoje kieszenie i zakamarki pokrętnego projektu odzienia. Nie, nie, nie, nie! Jeśli coś się stało jej skarbowi, to ona cały ten wiatr, całą tą wioskę...! Ona... !

Z okrzykiem zadowolenia uniosła nagle rękę w górę, przecinając powietrze trzymanym przedmiotem.
Długa, prosta fajeczka wyrzeźbiona z drewna i wypolerowana do połysku. A przynajmniej kiedyś była. Teraz dokładnie widać było wytarte ślady po wielokrotnym trzymaniu palcami, lekkie osmalenia przy główce i wgniecenia, jak ślady po zębach przy ustniku.







A co najważniejsze – nie była złamana, a tego wszak najbardziej się obawiała tej straszliwej nocy. Jakże by sobie poradziła bez swojej pocieszycielki?
Lubiła sobie od czasu do czasu zapalić jakieś aromatyczne ziela, słabiej lub mocniej drażniące nos zapachem, oczy dymem i duszę odurzającym działaniem. Pomagało to jej przetrwać monotonię samotnych podróży, poprawiało humor po nieudanych występach lub dawało możliwość należytego celebrowania tych najbardziej spektakularnych. Czasem, siedzenie wśród siwych obłoków pomagało jej stworzyć nowe występy, a nie raz ulotne chmury, kółka i bardziej wydziwaczone kształty wspomagane jej iluzjami, stawały się ich częścią. Nie było to więc jakieś byle uzależnienie. Ono było nie tylko przyjemnie, ale także wielce pożyteczne! Ileż cudownych pomysłów mogłoby przejść niezauważonymi, gdyby nie zintensyfikowała swej wyobraźni przyjemnym upojeniem!

Wsunęła końcówkę w usta, przytrzymała nonszalancko zębami, ale.. coś przerwało jej rytuał. A raczej ktoś.
Jeden z mieszkańców wioski, młody i nieopierzony taki, niechybnie syn gospodarza domostwa, którego płot rzucił się na elfkę, z jęknięciem drzwi wyszedł na próg. Pewno zaciekawiły go te bliżej nieokreślone odgłosy dobiegające z podwórza, ale wyraz szczerego niezrozumienia malujący się na jego twarzy świadczył o tym, że raczej nie spodziewał się zastać tutaj kuglarki.

A żadne z tych spojrzeń nie było najbystrzejsze, choć ze zgoła odmiennych powodów.
Cóż, mogłaby się przed nim popisać, co by podtrzymać swoją opinię zła wcielonego w tutejszych prostych umysłach. To byłoby nawet zabawne. Mogłaby z miejsca zrobić fikołek, podskoczyć, zakręcić się w saltach ( ale tylko kilku, tak skromnie ) i całość zakończyć przerażającym szpagatem na czubku chałupy. Oczywiście, że mogłaby. Jedynie.. zwyczajnie nie miała na to ochoty. Nie czuła się w pełni swoich sił – musiało być tamto piwo w karczmie, pewno właściciel rozcieńcza je wodą z chlewnego koryta. Ale w innej sytuacji by to zrobiła, dokładnie tak jak sobie zaplanowała. Może z dodatkowymi fajerwerkami strzelającymi z jej kapelusza.
Czy ktoś w to wątpił? Czy ktoś miał czelność? Może ten wieśniak miał ca tyle ciemny umysł, aby wątpić?
Elfka przymrużyła ślepia, by przyjrzeć mu się w poszukiwaniu oznak powątpiewania w jej akrobatyczne umiejętności.

Łypała.
Zerkała
Zezowała, gdy jej jakoś uciekał z pola widzenia.
Ba! Nawet spode łba spoglądała!

Ale nie sposób było poznać, jaką minę przyjął on na swoją twarz nieznającą nawet cienia mądrości. Był jakiś taki.. zbyt niewyraźny. Powinien zwrócić się z tą przypadłością do jakiego okolicznego znachora, czy jakiej tam tutejszej czarownicy w chatce, której wywarom i gusłom wierzą chłopi.

Pewna, że cały czas ją nieufnie obserwuje, rozłożyła ręce wzruszając jednocześnie ramionami. Tak w jak najbardziej ludzkim geście.
Tyle, że nagle koniuszki jej palców zapłonęły jak świeczki na dwóch pięcioramiennych świecznikach.








Rozświetliły noc wokół Eshte, co wcale nie było kojącym widokiem. Nierówno padające światło zniekształcało jej drobną sylwetkę, upodabniając ją do jakiej przebrzydłej kreatury wprost z koszmarów.
Na domiar złego – tak, tak, elfce nie dość było wprowadzania zamieszania w niewinnych sercach wieśniaczków – uniosła jeden kącik warg, zębami zalśniła w świetle płomyczków i, nieomal przyprawiając patrzącego o omdlenie ze strachu, uśmiechnęła się krzywo! Widać tego było już zbyt wiele, o czym zaświadczyło gwałtowne trzaśnięcie drzwi za znikającym za nimi chłopaczkiem. Biedny. Prawdopodobnie będzie teraz przeszukiwał całą kuchnię za pętem czosnku do powieszenia nad łóżkiem.

Chichocząc rubasznie pod nosem, Eshte zanurzyła opuszkę jednego z ognistych palców w końcówce fajki. Zaskwierczało satysfakcjonująco. Następnie strzepnięciem dłoni pozbyła się płomyków, by móc w końcu spokojnie, z zadowoleniem zaciągnąć się ostrym aromatem. Aż łezka jej się w oku zakręciła od niego.

Ruszyła w dalszą drogę, ale niewiele czasu minęło, nim mogła z niejakim zaskoczeniem stwierdzić, że wioska jakoś tak się... rozrosła przez ten czas, który ona spędziła w karczmie. Tyle już przecież wędrowała, a dobrze pamiętała, że swój wóz postawiła na obrzeżach. Nie były one wtedy tak daleko od wioskowych chałup jak teraz. A może po prostu będąc niesioną na przygotowany dla niej stos, zwyczajnie.. nie miała okazji docenić tutejszego budownictwa ani wielkości wioski?

Nie była to najlepsza noc dla elfki. Pamiętała wiele lepszych. Niestety, pamiętała też wiele gorszych. Nie wspominając już o tych wszystkich, których zwyczajnie nie pamiętała.
Nie udał jej się występ, a wprawdzie dostała morze darmowego piwa i ograła w karty swoich kompanów, to droga do domu na kołach była wielce wyboista i kręta. Ciągle gdzieś znikała w gąszczach traw, ciągle starała się wywrócić Eshte jakimiś nagłymi dziurami. To było nie do pomyślenia.
Coraz poważniej zaczynała rozważać decyzję o powrocie do gospody. Mogłaby spróbować się powołać na znajomość z kowalem, aby wyłudzić u właściciela jakiś pokój z łóżkiem. Bądź czymś je przypominającym, choćby i w niewielkim stopniu. Mogłaby też zabłądzić do jakiejś stajni, przedrzemać na względnie czystym sianie. Nie było to idealne rozwiązanie, ale czuła się tak zmęczona, że zasnęłaby gdziekolwiek. Nie była bardzo wybredna, choć lubiła swoje domowe pielesze.

Już zamierzała zawrócić i wprowadzić swój plan w życie, gdy jakieś prychnięcie powstrzymało ją przed tym. Zadarła wysoko głowę, bo i tylko w ten sposób mogła spojrzeć prosto w błyszczące ślepia zimnokrwistej bestii, którą nieomylnie wcześniej wzięła za zapomnianą krowę. Jednak to były znajome ślepia, o wiele inteligentniejsze niż jakiejś byle krasuli. Posiadające je zwierze miało też na tyle więcej charakteru od byle hodowlanego, by móc zalśnić w dużych oczach wyraźnymi iskierkami ironii i zniesmaczeniu, po uważnym zlustrowaniu chwiejącej się postaci elfki.
Mały Brid' – strażnik jej niewielkiego majątku, towarzysz podróży ( niestety, gołębie nie bywały zbyt gadatliwe poza własnym gronem ), a koniec końców także i koń pomagający jej przemierzać kolejne drogi. Tak szeroki, że jedynie najbardziej gibkie, elastyczne i długonogie elfy lub ludzie mogliby spróbować go dosiąść. A też tak wysoki, że jeździec potrzebowałby dodatkowo z dwóch, albo trzech innych osób do podsadzenia go, lub wręcz wrzucenia na koński grzbiet. Na tyle potężny, aby samemu bez zmęczenia móc ciągnąć elfki domek na kołach. Daleko mu było do wychudzonych szkap, czy eleganckich koników jaśnie panów. Był olbrzymem wśród swej rasy.

Poklepała go dłonią po umięśnionej szyi, bardziej dla własnej przyjemności niż zwierzęcia, które pewno nawet tego nie poczuło. Już miała cofnąć rękę, ale sierść po jej dotykiem była tak mięciutka. Nie mogąc się powstrzymać, nie będąc obecnie w stanie sprzeciwić się swoim kaprysom, przesunęła po niej leniwie palcami. Niewiele jej było trzeba, by zaraz objąć jego szyję. Uwiesiła się na niej z całą lekkością swego ciałka, po czym głowę doń przytuliła.
Taki ciepły, taki przyjemny.. mogłaby tutaj po prostu zasnąć.
I po prawdzie to niewiele do tego brakowało. Elfka nie potrzebowała luksusów do spania, puchowych pierzyn i miękkich materaców, w które można się zapaść jak w kołysce. A będąc zmęczoną po ciężkiej rozmowie z krasnoludem, a później jeszcze cięższej grze w karty, nie miała wielkich wymagań co do miejsca na swój dzisiejszy spoczynek. Wystarczyłoby, że tylko zamknęłaby oczy na moment i...

Coś wkradło się brutalnie w jej prawie śnienie. Poczuła pociągnięcie włosów z tyłu głowy oraz obsunięcie się jej kapelusza. Towarzyszyło temu głośne zgrzytanie, najprawdopodobniej silnych zębów. To wystarczyło, aby elfka zadziwiająco trzeźwo odskoczyła od zwierzęcia, co wcale nie polepszyło jej sytuacji. Syknęła bowiem z bólu ciągniętych włosów, ale zaraz o tym zapomniała, gdy dostrzegła swój cenny kapelusz trzymany w pysku koniowatego. Pośpiesznie obmacała dłońmi czubek swojej głowy, upewniając się, że rzeczywiście nie ma tak przerażających zwidów.

-Nie, nie! - krzyknęła chwytając za rondo po przeciwnej stronie niż zatrzaskiwały się zęby zwierzęcia w stalowym uścisku. Bez większego wysiłku przewyższał ją siłą, że aż musiała zaprzeć się butami o ziemię.
-Nie wolno! - krzyknęła ponownie, zaciskając zęby na fajeczce w ustach, a palce na swoim skarbie. Był przecież jej niezbędny do występów! Bez niego mogłaby nie robić już takiego wrażenia! Może powinna sprzedać Brida za małą fortunę, i zamiast tego kupić sobie grupkę kucyków. Upartych, ale przynajmniej nie tak przerażająco silnych.
Jak na zawołanie, jak czytając jej myśli, bestia położyła po sobie uszy i.. puściła nagle. Po prostu. Było to tak gwałtowne i niespodziewane, że Eshte o mało co, a runęłaby tyłkiem na twardą ziemię. Cudem jednak, pomimo tego dziwnego zamącenia w głowie dzisiejszej nocy, zdołała utrzymać się na nogach. Chwiejnie bo chwiejnie, ale obeszło się bez siniaków. Kolejnych.

-Zły Brid' ! -klepnęła dowcipnisia karcąco dłonią po chrapach. Najprawdopodobniej tego nawet nie poczuł , bądź jedynie jako byle muśnięcie miast uderzenie.
Od niechcenia otrzepała kapelusz z resztek wilgotnej trawy spożywanej wcześniej przez konia -zapewne jutro chłopi będą się dziwić i poszukiwać jakichś nadprzyrodzonych przyczyn nagłego zniknięcia zieleni w tej okolicy. Ukontentowana potem jego stanem, niewiele odbiegającym od pierwotnego, zadowolona założyła go z powrotem, przykrywając swe roztrzepane,fiołkowe włosy.

Wykonała już krok w stronę stojącego nieopodal wozu, gdy znowu zatrzymało ją pociągnięcie. Kubraczka tym razem. I tym razem, przywołało to wesoły uśmieszek na wargach elfki. Ah, spryciarz! Musiał to wyczuć wcześniej, stąd też i te jego zaczepki, gdy ona sama o tym zapomniała. Potem tylko przeszkadzałoby jej w spaniu.
Obserwowana czujnymi ślepiami, sięgnęła dłonią za pazuchę. Nieśpiesznie, wręcz z ociąganiem, budując napięcie. Zacisnęła dłoń na upragnionym przez konia upominku i wyciągnęła teatralnie to, co okazało się być po prostu dorodnym jabłkiem zerwanym po drodze z czyjegoś drzewka. Podrzuciła je kilka razy w dłoni, drocząc się ze zwierzęciem, po czym wyciągnęła je ku niemu. Zniknęło w wielkiej paszczy z towarzyszącym temu donośnym chrupnięciem.

-Dobrej nocy, Brid' – wymruczała czule i skierowała się w stronę schodków prowadzących do wnętrza jej domu na kołach. Musiała się przespać, by mieć siły na dalszą podróż do wielkiego miasta.
 
Tyaestyra jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 06-02-2014, 23:38   #4
 
abishai's Avatar
 
Otruli ją ! Przeklęte kapustożerne wsioki nie mogąc dorwać ją bezpośrednio, otruły ją wczoraj w nocy!
Bo jak inaczej wyjaśnić głowę rozsadzaną bólem, światło wypalające wzrok, brzuch… czuła mdłości?
Co perfidna banda! To na pewno karczmarz.
Czuła się słaba i bezbronna. I jeszcze te mdłości. Żołądek podchodził do gardła i miała wrażenie że go wypluje… a jednak nic przechodziło jej przez zaciśnięty przełyk.
Otruli ją… pewnie czekają aż wyzionie ducha w męczarniach. I zabiorą jej majątek, upieką gołębie na rożnie, a jej przyjaciela Brid'a zapną do pługa.
O nie!

Nie zamierzała się poddać, ucieknie… to zrobi.
Nie podda się bez walki. Nie da im tej satysfakcji. Eshte zsunęła się z posłania i chwiejnym krokiem ruszyła do drzwi swego powozu.
Otworzyła je, blask słońca leniwie wznoszącego się nad horyzontem oślepił ją.



Hałas na tworze ranił jej nazbyt czuły słuch, ale do nozdrzy dolatywał apetyczny zapach duszonego na wolnym ogniu boczku wraz grochem i papryką. Skwierczenie też było obiecujące. Czując ten zapach Eshtelëa poczuła się bardzo… głodna. I to mimo, że nadal targały jej ciałem mdłości.
Wzrok powoli przyzwyczajał się do światła dnia i… Eshte w końcu zaczęła dostrzegać szczegóły. Spokojnie pasący Mały Brid' przy rowie jakoś nie wywiązywał się z obrony domostwa elfki, więc z jej ust wyrwało się niewyraźne słowo… zdrajca.
W pobliżu schodków do wozu bowiem, było ognisko. Nad ogniskiem mosiężny kociołek. W nim trochę wędzonego boczku i jarzyn. I łycha je mieszająca.



Łycha ta trzymana była przez dłoń młodego krasnoluda o bujnej brodzie spętanej mosiężnymi obręczami… tak lubianymi ozdobami przez tą rasę. Ciemna włosy, spojrzenie brązowych oczu i blizny… na obliczu, czyniły młodzika poważnym i dostojnym mimo młodego wieku. Blizny nadawały mu też zadziorności.
Tuż obok niego, leżał jego ekwipunek. Nieco zapasów związanych w tobołek lnianą chustą, stara skórzana zbroja wzmocniona metalowymi pasami, żelazny hełm, licha drewniana tarcza. I topór o długim zdobionym trzonku i uchwycie oplecionym rzemieniami. Jakieś ubrania zapewne spakowane w kolejnym tobołku.

Na dźwięk skrzypiących schodków pod stopami wychodzącej z wozu elfki, młody krasnolud się uśmiechnął.-No… myślałem, że wstaniesz później. Pogratulować organizmu, tatko wygrał zakład. Jestem Kranneg syn Gruangala. Ojciec pewnie mówił o mnie?
Wczorajszy wieczór… zwłaszcza jego końcówkę zasnuwała mgła niepamięci. Elfka uznała jednak za niegrzeczne zaprzeczyć. Spojrzenie jej przesunęło się z krasnoluda na Małego Brid’a, potem znów na krasnoluda. Ten zrozumiawszy jej nieme pytanie, wzruszył ramionami dodając.- Jestem wszak synem kowala, umiem dogadywać się z końmi.
Po czym sięgnął po jakąś flaszkę z wściekle zielonym płynem.- Przecier z ogórków, zielonej papryki i… nie mam pojęcia czego jeszcze. Pij szybko… pomoże w twoim stanie.
Gdy Esthe sięgnęła po butelkę i nieufnie wąchała ową piorunującą mieszankę o ostrym zapachu, krasnolud kontynuował.- Nie wiem co ty zwykle jadasz na śniadanie podczas podróży, ale ja lubię obficie.
Poklepał dłonią po tobołku.- Nie martw się… spakowałem wystarczające zapasy dla nas obojga. No chyba, że ty będziesz dla kucharzyć, wtedy...cóż… otwarty jestem na nowe smaki.
Wraz z tymi słowami, w głowie półelfki budziły się wspomnienia rozmowy, pijatyki, wspomnienia obietnicy.
Czyżby… czyżby… w końcu zgodziła się zabrać gruangalowego potomka ze sobą?!
 
__________________
I don't really care what you're going to do. I'm GM not your nanny.

Ostatnio edytowane przez abishai : 07-07-2017 o 21:40. Powód: poprawki
abishai jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 09-04-2014, 07:07   #5
 
Tyaestyra's Avatar
 
Słyszała go, a i owszem. Wszak mówił tak głośno, że jego głos prawie rozsadzał jej biedną głowę. Tym bardziej, że mówił.. dużo, jak na przedstawiciela rasy często gburowatych brodaczy. Zarówno on, jak i jego ojciec, z tego co kojarzyła z poprzedniego wieczora, musieli mieć jaką krew wymieszaną z chochlikami czy innymi rozszczebiotanymi skrzatami. Nie było to możliwe, ale musieli. W obecnym stanie elfce nie przychodziło do głowy żadne inne wytłumaczenie tego zjawiska burzącego jej poranek.

Ale poza tym, że mówił dużo, to jego słowa nie układały się w jakikolwiek sens! Owszem, widziała jego usta poruszające się wśród gęstego zarostu, słyszała jego głos w zwielokrotnionym brzmieniu, ale jednak.. na daremno próbowała doszukać się w tym wszystkim jakiejś logicznej treści. Aż zaczynała się zastanawiać, czy to aby na pewno oda wczoraj padła ofiarą krasnoludzkich bliźniaków, a nie przypadkiem ten tutaj.. młodzieniaszek. Miał on niezwykle bujną wyobraźnię, z taką łatwością wymyślał doprawdy niedorzeczne rzeczy. Pamiętała wprawdzie coś niejasno, że Gruangal rzeczywiście chciał jej podrzucić swojego synalka, ale przecież nie zgodziła się na to.. prawda? Na pewno nie, nie byłaby tak skora i łatwa do przygarnięcia kogoś pod dach swojego wozu. Nie byłby on przecież też na tyle cwany, aby wykorzystać jej... późniejszy stan, prawda? Nie byłby tak hojny i skory do stawiania przed nią kolejnych kufli piwa, by tylko móc usłyszeć niewyraźną zgodę z jej ust... prawda? Prawda?!

Prawda?!

Niewiele brakowało, a rzeczywiście by się tak wydarła w gniewnym pytaniu, przy okazji rozbryzgując naokoło łykany właśnie trunek.
Ale nie. Jedyną reakcją, na nagłe zderzenie z ponurą rzeczywistością ostatniej nocy, była zaledwie delikatnie odkaszlnięcie. Życie bowiem, nauczyło Eshte poszukiwania okazji, a potem wykorzystywania ich. Teraz rozkoszna sposobność objawiała się w.. przecudownym zapachu jedzenia, który wypełniał jej nozdrza i przyprawiał prawie o zaślinienie się. Żołądek też postanowił zareagować na tę zachętę krótkim warknięciem z głodu, co tylko przypomniało elfce, że samo piwo, nawet jeśli w większej ilości, nie mogło zastąpić prawdziwej kolacji. Na dodatek teraz wyraźnie była pora śniadania,a ona nie do końca była w stan-nastroju na pichcenie.
Musiała zatem to odegrać strategicznie. Subtelnie. Dać brodatemu młodzikowi nadzieję, najeść się jego kosztem, a potem niech się wynosi.

-Wspominał coś ten Twój staruszek, wspominał.. -mruknęła niemrawo podchodząc do ogniska. Przysiadła sobie dostatecznie blisko kociołka, ale jednak na tyle daleko, by krasnolud nie mógł dostrzec jej wygłodniałego, wilczego spojrzenia, którym pozerkiwała w kierunku parującego jedzenia -Podobno to teraz Twoja kolej, by wyfrunąć z gniazdka i posmakować życia poza tą uroczą wioską, tak?
-Dokładnie… Pojedziemy do miasta i tam poszukam zajęcia w kompaniji najemników, a może nawet załapię się do orszaku jakiegoś rycerza? Ponoć na dalekim zachodzie… wojna.
- mruczał krasnolud nalewając jarzynową polewkę z boczkiem do miski i podając ją elfce.- Dobry wojak zawsze jest w cenie, a tatko wiele mnie nauczył.

I on sobie nabrał solidną porcję, by zabrać się do pałaszowania posiłku, jedynie od czasu do czasu zerkając na współbiesiadniczkę.
Trzeba było przyznać, że umiał gotować. Jedzenie było pożywne i smaczne… i bardzo tłuste. Co jednak w obecnej sytuacji wygłodniała kuglarka nie mogła uznać za wadę.

Aż długaśne uszy się elfce zatrzęsły podzwaniając zdobiącymi je kolczykami, kiedy wpakowała sobie do ust pierwszą łyżkę jedzenia. Głównie z początku poczuła żywy ogień gorących składników, ale także i to, jak spłynęły do jej pustego brzucha. Może i będzie ją później bolał, może i potem będzie musiała sobie odmawiać i nieco siermiężnie potrenować ciało. Wszak nie tłustymi daniami zachowywała taką sylwetkę, nawet jeśli czasem skromne posiłki nie były jej własnym wymysłem.
-Ah.. wycerhze.. - burknęła niewyraźnie, bo i z pełnymi ustami przecież. Najwyraźniej chcąc podkreślić swoje zdanie na temat tych zakutych jegomości, od niechcenia zamachała ręką w powietrzu. A raczej, zamachała drewnianą łyżką, jednocześnie będąc już w stanie przełknąć i dodać gwoli wyjaśnienia – Żem nie widziała nigdy takiego prawdziwego, co to w opowieściach ma lśniącą zbroję, jeździ na bieluśkim koniu i jeszcze na dodatek dostaje w nagrodę księżniczkę. Może bywają tylko na wojnach i w jaśniepańskich posiadłościach, to i nie sposób ich zobaczyć na byle ulicy – nim ponownie zatkała się kolejną porcją śniadanka, uśmiechnęła się chytrze do towarzysza -Tobie też marzy się taka przyszłość paniczyka?

-Mnie? Nie… ale…
- Kranneg pokazał ręką na wioskę.- Pewnie wiele takich wiosek widziałaś. Kilkanaście chałup wzdłuż drogi. W każdej ledwie kilku odmieńców…- westchnął ciężko.- Moja matula, tatko i ja… Jesteśmy tutaj jedynymi krasnoludami. Nie tylko roboty czy to jako najemnik, czy to giermek powinienem poszukać. Ale nade wszystko… żony.
Nabrał sobie jedzenia do miski dodając.-Poszwendam się po świecie jako najemnik, to zawsze bezpieczniejsze niż łażenie samemu. I może natknę się na jakąś ładną stateczną krasnoludzicę… Taki mam plan. A ty zawsze sa… ?
Przerwał wypowiedź i szybko rzekł.- Nieważne. Twoje życie, nie moja sprawa. Nie powinienem pytać.
-Nie szkodzi, nie szkodzi
– uspokoiła go pośpiesznie fiołkowowłosa elfka, zbyt zajęta jedzeniem aby poczuć się urażoną, zaskoczoną czy rozbawioną. Nie wiedziała też w sumie dlaczego urwał, wszak było to pytanie jak każde inne, nie był pierwszym i pewnie nie ostatnim, który je zadawał.

-Tak, zawsze sama powożę, ani Brid' ani ja nie mamy zaufania do obcych rąk trzymających lejce. I tak, także sama ozdobiłam wóz malowidłami. Miło, że pytasz – uśmiechnęła się ponownie, zadowolona z nakarmienia ciekawości krasnoluda. Leniwie memłając łyżkę w ustach, mamrotała w zamyśleniu -Po prawdzie... jak tak po.. pomyślę... to chyba nigdy nie widziałam krasnoludzicy. A już na pewno nie takiej... którą można byłoby uznać za ładną. Możliwe, że będziesz musiał się nieco naszukać za swoją idealną wybranką.
-My krasnoludy mamy inne gusta, niż wysocy ludzie…
- uśmiechnął się krasnolud. Po czym obrzucił spojrzeniem kształty Eshte, jakby się nad czymś zastanawiał. Następnie spojrzał na Brid’a mówiąc.- Eee tam... przesadzasz panienko. On tylko tak przerażająco wygląda… a w duszy jest potulny jak bernardyn. Widziałem już bardziej narowiste dzianety od niego. Pan na Grauburgu ma w stajni dwa takie diabły podkute…
Splunął gniewnie.- Jeden z nich omal mi łba nie rozwalił, jak miałem jakieś czternaście wiosen.- po czym kontynuował.- Przy nich twój to naprawdę milutkie zwierzę. Oczywiście trzeba wiedzieć jak zaskarbić sobie jego przyjaźń. Ale dupa byłby ze mnie kowal, gdybym tego nie potrafił. Natomiast… tamte, są nerwowe i kapryśne . I zdradliwe. Ale przyznaję...Piękne jak noc i grzechu warte.

-Ależ oczywiście, że jest spokojny. Czy wyobrażasz sobie, jak daleko bym dojechała z mym wozem, gdyby w uprzęży była jakaś gorącokrwista bestia? Brid' jest opanowany, choć...
- tu ton swego głosu zniżyła i pochyliła się nieznacznie w stronę krasnoluda, co by przypadkiem zimnokrwisty wilk nie usłyszał, że o nim mowa -.. kapryśny bywa, charaktery na dodatek i piekielnie inteligentny, nieczęsto bardziej niż co poniektóre wróżki, chochliki czy te inne skrzaty.
Wyprostowała się potem i dodała, przy czym łyżką lekko machnęła w stronę zwierza pożerającego resztki trawy spod jego potężnych kopyt -Jednak już same jego rozmiary wystarczą do odstraszenia złodziejaszków, którzy nie mają wprawy jako kowale, prawda.
-Ale nie bandytów…
-stwierdził Kranneg przyglądając się wierzchowcowi.- Dla nich to przynęta bardziej.
Po czym sięgnął po bukłak i upiwszy z niego trunku dodał z uśmiechem.- Ale o to przynajmniej do Grauburga nie będziesz się musiała martwić. Mój topór cię ochroni… razem dotrzemy bezpiecznie.
-Ano właśnie – zaczęła elfka z wolna, odkładając wyczyszczoną do czysta miskę na bok i zwyczajowo oklepując się po ubraniu w poszukiwaniu, zwyczajowo, zagubionej fajeczki.

-Ja to, widzisz, nie przypominam sobie, bym się zgadzała na propozycję Twojego staruszka. Co więcej, na pewno nie byłam zachwycona tym pomysłem, bo i zawsze sama podróżuję – ni na moment nie zaprzestając ruchów rękami, zerknęła spod rozwichrzonych po śnie włosów na swego gościa i kucharza, po czym skinęła głową z uznaniem -Ale śniadanie palce lizać, niech Ci Twój bóg w pięknej krasnoludzicy wynagrodzi.
-To dziwne, bo tatko powiedział że wszystko ustalone
.- podrapał się po brodzie krasnolud.-A mój tatko nie zwykł kłamać. Poza tym… jak zamierzasz sama dotrzeć do Grauburga, co? Jedna droga prowadzi przez bór w którym łatwo się zgubić, druga… przez wioskę, w której ostatnio… jakiś Zły rozrabia. Albo… Zła… I pewnikiem podejrzliwie patrzą teraz na obcych. Jak więc się wybierać do miasta, bez… przewodnika?
Krasnolud uśmiechnął się bezczelnie, pewny swoich racji i siły swych argumentów.

Odnaleziona, także ze zwyczajowym triumfem, fajeczka zamiast od razu powędrować do usteczek kuglarki, została oskarżycielsko wycelowana w krnąbrnego krasnoluda -Słuchaj no, kto tu całe życie jeździ od miasta do miasta swoim wozem, a kto próbuje dopiero się wyrwać ze swojej wioski, omszały kamyczku? Wiem więcej o przetrwaniu w drodze niż Ci się wydaje.
-Może… możliwe panienko.
- trzeba było przyznać że krasnolud był równie uparty co ojciec.- Ale o drogach do Grauburga to ty nie wiesz nic. O tutejszej puszczy także nie.
Pogłaskał się po brodzie.- I jak mi mój bóg wynagrodzi ugoszczenie, tak i ciebie może ukarać za niehonorowanie umów. To akurat ten sam bóg i jest strasznie surowy.
-Aj ta...
- już miała zareagować od niechcenia na mądrzenie się krasnoluda, podkreślając swoje stanowisko w tej sprawie kolejnym ruchem ręki w powietrzu, ale.. ale akurat dotarło do niej znaczenie jego kolejnych słów. Bezczelny. W jednej chwili jej lekceważący ton zmienił się w warknięcie, a machnięcie w zaciśnięcie dłoni w pięść -CO?!

Aż ją podniosło, no. Ta złość wymieszana z niemałym zaskoczeniem i oburzeniem, co dało iście wybuchową mieszankę i ból przeszywający łepetynkę. Ze złości aż jej palce zapłonęły żywym ogniem, a jeszcze trochę i pewnie para buchnęłaby spod czupryny -Ty mię tu szantażem chcesz podejść? Wmawiać nieistniejące umowy i straszyć bożym gniewem? To Gruangal na takiego kmiotka swojego syna wychował?
-Ja… straszę?-
zdziwił się zaskoczony Kranneg i łyknął trunku z bukłaka. Uśmiechnął się bezczelnie dodając.- Ja tam niczym nie straszę. Umowa została zawarta, więc… cóż…
Wzruszył ramionami dodając.- Możesz oczywiście złamać swoje słowo. Mnie nic do tego… Ja tylko wskazuję te… no… konsw… konce… kon...no… możliwe efekty takiej decyzji. Gdzieżbym śmiał panienkę straszyć. Po prostu zwracam uwage, na aspekty sprawy, które uwagi panienki umknęły.

-Nie było żadnej umowy – syknęła przez zaciśnięte zęby Eshte, ale syknęły także i płomienie gasnące w jej dłoni. Iluzja dla prostych chłopków czy faktyczny, czasem nieobliczalny ogień wskrzeszony magią płynącą w krwi elfki oraz równie żarliwym gniewem? Krasnolud z całą pewnością poznałby odpowiedź na to pytanie ( tak samo jak i na to, jak bardzo jest przywiązany do swej brody ), gdyby tylko siedział nieco bliżej.

-Niczego nie podpisywałam, na nic się nie zgadzałam – fajeczka spoczęła zaczepiona o spiczaste ucho, bo i z przyjemnego odpoczynku po śniadaniu, sytuacja zmieniła się w zajadłą walkę o swój.. może nie honor, wiele go kuglarka nie posiadała, ale z całą pewnością była to walka o swoją rację.
Wstała i otrzepując dłońmi porteczki, dodała nie bez hipokryzji -Chyba będę musiała się rozmówić z Twoim staruszkiem, co to wy tu obaj mi wymyślacie. Nie godzi się przecież tak wykorzystywać obcych.
-Oj, oj… na twoim miejscu… to bym uważał. Niektórzy wciąż się palą to spalenia wiedźmy…. Wczoraj mój tatko ich przekonał, ale… nie dawaj chłopom powodu do zmiany zdania.
- rzekł konspiracyjnie Kranneg rozglądając się dookoła.- Mówiłem już… Ostatnio zrobiło się nerwowo. Niektórzy już szukając kozłów ofiarnych do nabicia na widły. Lepiej się nie popisuj, dla własnego dobra.

Elfka przystanęła w pół kroku poczynionego już w kierunku wioski i domniemanego domu Gruangala. Jakkolwiek z początku stanowczo powzięła się na pójście do niego, to nie wiedziała wszak gdzie ten mieszka, a także i ostatnia droga powrotna jawiła jej się.. mglisto. Gdyby nie została zatrzymana siłą znaczenia słów krasnoluda, to jeszcze by błądziła, albo musiałaby poradzić się któregoś ze strachliwych miejscowych.
-Masz pewne.... - odkaszlnęła - .. argumenty..
Chcące się wyrwać na wolność przekleństwo, zostało szybko i dyskretnie przełknięte. Niech ich wszystkich... ! Nie zdziwiłaby się, gdyby cała ta wczorajsza szopka z paleniem jej i ratowaniem przez krasnoluda z rąk wieśniaków, była zwyczajnie ukartowana przez całą wioskę, by synalek kowala mógł za darmo zabrać się z nią do miasta. Za darmo! Obrzydliwość!

Westchnęła ciężko, ze zmęczeniem. Nie dość, że noc miała ciężką, to teraz jeszcze tak trefny poranek -A co mnie powstrzyma przed po prostu.. odjechaniem stąd? Uczepisz się mojego wozu i będziesz trzymał aż zgodzę się Ciebie przygarnąć, albo aż dojedziemy do miasta?
-Nie żartuj sobie… ma za krótkie nogi, nie dogonię wozu. Po prostu wyruszę sobie później sam.
- wzruszył ramionami Kranneg śmiejąc się rubasznie.- A potem… hmmm…
Wzruszył ramionami krasnolud.- Potem ty pobłądzisz w lesie i wilcy cię zjedzą. Po ostatnim Małym Gonie, nie ma co pchać się do w leśne ostępy nie mając przewodnika. Skoro światowa jesteś, to pewnie wiesz jak niebezpieczne są przemienione lasy. Oczywiście możesz wybrać podróż przez drugą wioskę. Tę w której ginie dziatwa...
Nie musiał dokańczać, by Eshte zrozumiała sugestię. W drugiej wiosce, pewnie jest jeszcze bardziej nerwowa atmosfera.

Chciała kląć, puścić z dymem jego brodę, co by pozbawić go tej denerwującej pewności siebie.
Dramatyzował, przesadzał i straszył, tak samo jak i jego ojciec. Musieli mieć to we krwi. Widać nigdy nie zajechali dalej niż do miasta i nie zboczyli ze swojej obranej ścieżynki, skoro te okolice jawiły im się jako najstraszniejsze zło. Tu coś zobaczyli, tam coś usłyszeli, może nawet musieli z raz się bronić przed jakimi krwiożerczymi bestyjami. Ona też już sporo w swoim życiu widziała, jeszcze więcej słyszała i wiele razy po prostu zręcznie.. uciekała. Każdy radził sobie tak jak potrafił najlepiej.

A okoliczni wieśniacy też nie byli wiele lepsi. Niewdzięcznicy jedni. Powinni się cieszyć ze ślubu, przyozdobić drogi kwiatami i białymi szarfami, a podróżników zmierzających na wesele witać z otwartymi ramionami. Kranneg miał jednak nieco racji, co z niechęcią musiała mu przyznać – nie było jej w smak znowu spierać się z chłopami wyposażonymi w widły, pochodnie i wrogość wobec innych ras. Naiwnie było liczyć, że znowu trafi się jakiś dobroduszny kowal do uratowania jej tyłka.

Długo trwały te jej wewnętrzne rozważania, pod koniec których miała ochotę tylko wznieść oczu ku niebu i powyzywać śmiejących się z niej bogów. Ale jedynym ich owocem było gburowate machnięcie ręką w stronę naprzykrzającego jej się gościa, oraz prychnięcie, w którym dało się rozpoznać jakieś marudzenie na cały krasnoludzi ród i ich oślą upartość.

Które Kranneg zinterpretował na swoją korzyść, zupełnie jak jego ojciec. Był niemal skórką zdartą z kowala.
-Więc kiedy wyruszamy? I którą drogą?- zapytał z bezczelną pewnością siebie i uśmiechając się promiennie.
-Główną drogą, tak jak miałam w planach. Od jednej wioski do kolejnej, bo skoro będę miała ze sobą Twoją urocza, lubianą twarzyczkę, to obędzie się bez kolejnego palenia wiedźm, prawda? - uśmiechnęła się do niego, ale na próżno było w tym geście szukać rozbawienia, czy radości z bycia zmuszoną do ciągnięcia ze sobą jakiegoś krasnoluda. Ale skoro już wepchnął się na siłę w jej podróż, to niech przynajmniej się do czegoś przyda, no. Niech okiełzna wieśniaków, zamacha toporkiem nad drewnem do ogniska, wysprząta w klatce wywyższających się gołębi i wyczesze dokładnie konia, co by ona mogła się przejrzeć w jego sierści.

-I najpierw musimy się przygotować. To znaczy ja muszę, a Ty musisz Brid'a. Jesteś kowalem, więc na pewno sobie z nim poradzisz – idąc w stronę wozu z zamiarem schowania się w nim i przystosowaniu do nowej sytuacji, kuglarka przystanęła przy zwierzęciu i dla podkreślenia swych słów poklepała je po boku.
-Jasne jasne… zaprowadzę go do kuźni, sprawdzę kopyta i oporządzę go… żaden problem.- uśmiechnął się krasnolud i podrapał po karku.- A ty… zamierzasz… się kąpać czy cuś? Jak tak to uważaj, bo każda nowa baba w takiej wiosce jest … podglądanie dziewuch w kąpieli to typowa wiejska rozrywka. Więc lepiej po temu wynaj…- machnął ręką ze śmiechem.- Co ja ci będę mówił oczywiste rzeczy. Przecie ty światowa jesteś.

Spojrzał na pasącego się spokojnie konia.- Myślę że w trzy… cztery perunowe modlitwy się uwinę. Tyle czasu ci wystarczy na… przygotowanie?.
Po czym położył dłoń na czole zwierzęcia i pogłaskał je. Brid uniósł pysk, by przyjrzeć natrętowi, a krasnolud tylko na to czekał. Dłoń Krannega zanurkowała do jego kieszeni i wyjęła z niej małe zielone jabłuszko. Podsunięty pod pysk owoc szybko znikł z dłoni krasnoluda.
Brid to przekupny łasuchu!
Krasnolud delikatnie ujął dłonią uprząż przyjaciela Eshte i zaczął prowadzić konia w głąb wsi, zapewne ku kuźni.
-Nie więcej niż cztery modlitwy.- przypomniał.
 
Tyaestyra jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 09-04-2014, 07:09   #6
 
Tyaestyra's Avatar
 
Ona zaledwie burknęła coś pod nosem niezrozumiale. Mogło to być jednocześnie pożegnanie swego nowego towarzysza, co i litania przekleństw, zresztą też skierowanych do niego. Nadal była wściekła, że tak się dała podejść tej dwójce krasnoludów. Nie okazywała tego ( za bardzo ) w towarzystwie, ale długo po tym jak już jej tu nie będzie, gdy będzie już daleko ze swoim wozem, to okoliczni wieśniacy przechodzący przez to miejsce będą widzieli gdzieniegdzie powypalaną trawę. Zupełnie, jakby ktoś się na niej wyżywał za wszelkie zło jakie mu zgotował los w jednym dniu.

Zbyt późno dotarło do niej, że oddała swego przyjaciela, swego wiernego rumaka w ręce obcego! Przecież ten krasnolud najzwyczajniej mógłby go.. porwać! Skusić słodkimi marchewkami i soczystymi jabłkami, żeby przekabacić na swoją stronę! I wtedy ona już nigdy się stąd nie wydostanie! Albo co gorsza – będzie musiała gdzieś iść na piechotę! Nie do przyjęcia.
Wątpiła jednak, by był on tak dobrym jeźdźcem, aby wierzchem dojechać na Małym Bridzie do samego miasta. Jeśli w ogóle by się na niego wdrapał, do czego potrzebowałby drabiny, albo pomocy ze dwóch chłopów mogących go wrzucić prosto na grzbiet. Potem jeszcze zostałby mu problem utrzymania się na takiej wysokości, że nie wspominając już o panowaniu nad zwierzęciem tymi krótkimi nóżkami. Najwyżej mógłby sobie nimi pomachać w powietrzu jak dziecko. Nie było zatem większych obaw o kradzież jej jedynego sposobu na wyruszenie w dalszą drogę. Szczególnie, że Brid dobrze wiedział kto ma dla niego najsmaczniejsze kąski.

Aczkolwiek Kranneg miał rację. Raz mu się zdarzyło. Ciekawscy wieśniacy rzeczywiście mogliby stanowić problem w czasie jej porannego doprowadzania się do stanu używalności. Może i wczoraj z gorącą pasją chcieli ją sprawić na stosie, ale zapewne dzisiaj jej odmienność nie byłaby żadną przeszkodą, do popatrzenia sobie na nagie ciało elfki. A choć pewnie niejedna tutejsza kwoczka domowa mogła się pochwalić bardziej..wylewnymi kształtami, to i tak Eshte nie przepadała za podglądaczami. A nawet przypiec takich jegomości by nie mogła, bo zaraz znowu widły i pochodnie poszłyby w ruch. Powtarzalność chłopów bywała męcząca.

Właściwie, to czy była brudna? Nie, nie, nie. Odpowiedniejszym byłoby pytanie – czy było ją tak mocno czuć, że mogłaby odstraszyć od siebie potencjalnych widzów? O ile, w przypadku narzucającego się jej krasnoluda byłoby to jak najbardziej wskazane ( chociaż też w przypadku tej rasy pewnie musiałaby się zdobyć na naprawdę powalający smrodek, aby nawet gruboskóry i uparty brodacz nie mógł go wytrzymać ), o tyle nie chciała odrzucić od siebie kolejnych wieśniaków, gdy tylko wjedzie do ich miasteczka! Z miejsca gotowi byliby ją spalić, albo co bardziej prawdopodobne – utopić, i to bez względu na jej przynależność do szpiczastouchego rodu wyklętego!
Ujęła palcami za materiał swego kubraczka na piersiach, po czym lekko naciągając go ku górze, sięgnęła doń nosem. Pociągnęła nim lekko.. i nie została zwalona z nóg, co było dobrym znakiem. Ot, mieszanka zapachowa dymu, piwa, konia i łez mężczyzn przegrywających swe ostatnie grosze. Woń nie najgorszego dnia dla elfki. Mogła z tym żyć do czasu, aż dotrze do następnej wioski. Może nawet w tamtejszej karczmie będą mieli jakąś łaźnię, może nawet odseparowaną w miarę szczelną ścianą od głównej izby?! Oh, toż to byłby szczyt marzeń. Chociaż mało prawdopodobny.

Mycie zębów też już miała za sobą, można powiedzieć. Trunek podany jej przez Krannega miał mocny smak mydlin, i pewnie pozbywał się każdego brudu tak samo jak one. Mimo to podeszła to stojącego przy wozie wiaderka. Może i nie potrzebowała kąpieli, ale odświeżenie się po męczącej nocy było jak najbardziej wskazane. Dlatego przykucnęła przy nim i nachylając się, skrzyżowała spojrzenie ze swym własnym odbiciem zniekształconym w wodzie. Jak gdyby chciała się do niego upodobnić, na ten widok skrzywiła się w niezadowoleniu i potarła palcami swój policzek.
Ahhh.... najwyraźniej położyła się wczoraj spać przez ówczesnego zmycia całego makijażu. Stąd i teraz ta rozmazana, czarna plama na policzku i wokół oka, która jeszcze niedawno była misternie namalowanym.. cóż, zawijasem.
Zanurzyła dłonie w chłodnej wodzie i ukryła w niej wargi, policzki i nos. Gdy też tego było jej mało na pobudkę ze snu, z koszmaru wręcz w jakim teraz najwyraźniej nadal była, to skulając się jeszcze bardziej schowała w wiadrze caluteńką twarz. Potrząsnęła weń głową, po czym gwałtownie wyprostowała, łapiąc przy okazji głęboki haust powietrza w płuca. Niesforne, krótkie kosmyki fiołkowych włosów poprzyklejały się jej do skóry. Czarna plama spłynęła z policzka jak zaledwie tusz i teraz ostatnimi kroplami skapywała do wiaderka. Na twarzy zaś pojawiło się rozkoszne, błogie zadowolenie. Które jednak szybciutko prysnęło, gdy po krótkiej analizie otoczenia doszło do wniosku, że nadal się nic nie zmieniło. Jej koszmar dalej trwał.

Jęknęła żałośnie, co jakiś okoliczny łowczy mógłby wziąć za wycie zranionego zwierza. To by się zdziwił, choć może wtedy elfka namówiłaby go na zakończenie jej męki. To było jedno rozsądniejszych rozwiązań, jakie przychodziły jej do głowy, by wydostać się z tej okropnej sytuacji.

Podciągając się rękami o malowaną ścianę wozu, znalazła się w końcu na wysokości sporawej klatki umieszczonej bezpiecznie na czymś, co szumnie można było nazwać drewnianym parapetem okienka. Uśmiechnęła się chytrze, spoglądając na siedzące wewnątrz napuszone, białe kulki. Wsunęła smukły palec do środka i opuszką dotknęła pieszczotliwie główki najbliższej z nich, mówiąc -Nasracie temu krasnoludowi na głowę, prawda?
Nic się nie wydarzyło. Jedynie co poniektóre gołąbki mało subtelnie poobracały się do niej ogonami, a ten obudzony jej dotykiem z olbrzymią pretensją uniósł niechętnie powieki. Ale nie na to liczyła kuglarka. Oczekiwała przyklasku dla jej genialnego pomysłu, chociaż jednej iskierki pocieszenia w mroku swego przygnębienia. Nie, to było za mocno słowo dla mieszających się w niej emocji. Była bardziej.. zgnębiona niż przygnębiona.
Wyprostowała się i sięgnęła po woreczek leżący przy klatce. Uniosła go potem nad nią i potrząsnęła, powtarzając nieco głośniej o dobitniej -Nasracie mu na głowę czy nie?
I od razu reakcja była bardziej satysfakcjonująca. Nie to, żeby elfka wierzyła, że ptaki ją rozumieją, a na dodatek jeszcze odpowiadają na jej pytania. Przecież, że nie! Kto by tam rozmawiał z jakimiś ptakami, ha ha ha... hah...
Jednak zachęcone odgłosem swego śniadania przewalającego się po mieszku, wszystkie zgodnie nagle odżyły i zaaprobowały istnienie Eshte. To jej wprawdzie wystarczyło, ale tutaj nawet ze dwóm się wyrwało zagruchanie – no po prostu pełnia szczęścia dla kuglarki tłamszonej od samego rana.




Łaskawym ruchem rzuciła im jedzenie do klatki. Trochę tylko, nie mogła wszak pozwolić im się roztyć. Przestałyby się mieścić w rękawach, kapeluszu, a zamiana choćby jednego z nich w małego ognistego ptaka byłaby bardziej wymagająca niż teraz. Były pierzastymi gwiazdami prawie każdego jej występu.

Właściwie, kiedy tak sobie pomyślała – po uprzednim zapaleniu fajki i kilkukrotnym wydmuchaniu z ust pachnących zielskiem kółeczek dymu – to dokuczanie krasnoludowi w trakcie ich wspólnej wyprawy brzmiało jak kolejne dobre rozwiązanie. Może jej towarzyszy by się zniechęcił po kilku dniach ciężkiej, uwłaczającej mu pracy i zrezygnowałby z darmowej podróży jej wozem? Trochę spania codziennie na zimnej ziemi poza wozem, dbanie o dobre zdrowie i samopoczucie Brida, przygotowywanie posiłków, odgrywanie roli nieruchomej statuy dla gołębi dla rozprostowania skrzydeł i, oczywiście, bycie pierwszym zaszczyconym, na którym sprawdzałaby swe nowe sztuczki. Może nawet pozwoliłaby mu wystąpić w jednej. Występ z ognistą brodą brzmiał kusząco..

Było to pewne złośliwe pocieszenie w nieszczęściu. Pokaże temu bezczelnemu synowi kowala jak ciężkie są takie wędrówki! Nieco przesadnie, owszem. Ale przecież młodzieniaszek ma się uczyć życia, czy tak? Gruangal będzie zadowolony.
 
Tyaestyra jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 12-04-2014, 17:37   #7
 
abishai's Avatar
 
Podróż pełną kolein drogą, nie była nowością dla elfki.


Wóz kołysał się na boki, ale daleko mu było do wywrócenia. Mały Brid' z wrodzonym dla siebie flegmatyzmem ciągnął jej mały domek na kółkach w kierunku kolejnej wsi. A obok niej… siedział on. Krasnolud. Kranneg z tą swoją pewną siebie miną i ciekawie rozglądający się po świecie. Aż chciało się mu podpalić brodę…
Ale w tej chwili nie mogła. Podobnie jak napuścić na niego swych drogocennych gołębi. Siedziała za blisko niego, a jej podopieczni nie grzeszyli celnością. Ale niech tylko dotrą na najbliższy postój, to już mu ona go urozmaici. Będzie miał się z pyszna, ten gruangalowy potomek.
Właściwie nie wiedziała do końca co czuć… Niby już od dawna podróżowała sama, przez drogę odzywając się tylko do Małego Brid’a. Teraz musiała z niechęcią lub wyższością odpowiadać na pytania i zaczepki krasnoluda.
Przypomniało się jej, że nie zawsze tak było… że kiedyś nie podróżowała w samotności i ciszy. Że miała rodzinę. Że została…
Diabli nadali tego krasnoluda, przez niego popadała w melancholię. Pocieszające jednak było to że będzie jej zatruwał życie swą obecnością, zaledwie przez trzy-cztery dni. Albo krócej, jeśli go przepłoszy.



Na razie jechali powoli błotnistym traktem prowadzącym wzdłuż obrzeży lasu. Gęstego i ciemnego lasu, pradawnej puszczy niemal. Widok taki był dobrze znajomy Eshte… w wyniku częstych Małych Gonów i działalności druidów Dzikuna, wiele obszarów dawnego Cesarstwa tak właśnie wyglądało. Pocieszającymi dla elfki dźwiękami były odgłosy zwierzyny i ptactwa dobiegające z puszczy rozciągającej się na prawo od traktu, którym podążała. Obszary nawiedzone niedawno przez Gon były upiornie ciche.

Wynurzająca się zza zakrętu wioska jednak sprawiła, że kłopoty z krasnoludem wydawały się drobnostką. Sama wioska robiła bowiem upiorne wrażenie. Było cicho, nie widać było ni jednego dzieciaka na drodze. Poszczególne chaty wydawały się chylić ku ziemi, przyciśnięte wiekami. Stare chatynki zbite ze zmurszałych bali, pokryte strzechą… wioska umierająca. Wioska, która nie zwiastowała uśmiechniętych wieśniaków gotowych wesprzeć artystkę miedziakami. Wioska oznaczająca wszystko co groźne: pomór bydła, głód,wojnę, zarazę lub biedę… i zawsze problemy.

I te problemy wyskoczyły z krzaków, w postaci wąsatego żołdaka i trójki jego towarzyszy. Najemników uzbrojonych w łuki… albo bandytów.


W każdym razie nie wyglądali na typków, których się dało wystraszyć prostą kuglarską sztuczką. Tym bardziej że już napięli łuki gotowi wystrzelić strzały w dwójkę siedzącą na koźle wozu. I to zapewne celnie.Wystarczyłoby tylko, by Kranneg zaczął coś robić z toporem za który chwycił, a Eshtelëa zaczęła się popisywać. Jeden niepotrzebny podejrzany ruch i… śmierć dosięgłaby elfką śmigłą strzałą.
Szczęściem w nieszczęściu ci tutaj wojownicy nie byli bandytami czy dezerterami. Nie. Te tutaj typki byli żołnierzami na kontrakcie Zakonu Peruna z siedzibą w Grauburgu. Okazało się bowiem, że grupka rycerzy przybyła do tej wsi, zwanej Heimlitz.
Widać prośby wieśniaków zostały wysłuchane.

Niemniej Eshtelëa wraz Krannegiem została wzięci w niewolę i zabrani do przywódcy zakonników Peruna, która dowodził tą wyprawą i śledztwem. Eshte nie była z tego powodu zadowolona. Mimo że wiara w Peruna, jako jedna z niewielu, była powszechna to jednak sam Zakon Peruna… choć pozornie monolityczny, w rzeczywistości był dość wewnętrznie podzielony. Poszczególne komturie różnie podchodziły do swego zadania. Jedne były pełne paladynów poświęcających się dla dobra innych, inne zawzięcie tropiły heretyków do których zaliczały wszystkich… także i pozbawionych talentu odmieńców.
Nie zdążyła się wypytać, jacy są tutejsi zakonnicy i inkwizytorzy. Teraz zaś miała się okazję przekonać, że są…

… strasznie młodzi.
Kuglarka stała wraz z Krannegiem, przed dwójką siedzących mężczyzn z rasy ludzi.
Dowodzący tą wyprawą rycerz, był młody i przystojny.


Miał piękne zielone oczy i białe włosy i delikatne rysy twarzy… jak panienka. Pewnie wzdychało do niego wiele miejscowych dziewcząt. Niemniej był bardzo młodziutki i zdecydowanie nie pasował do wyobrażeń Eshte dotyczących przywódcy grupki fanatycznych zakonników. To był paniczyk z mlekiem pod nosem i śladem elfiej krwi w żyłach, która nadawała mu tak delikatną urodę.
No cóż...Może to i lepiej. Pewnie był jeszcze niedoświadczony na tym stanowisku. Dumny jak paw. I łatwy do manipulowania pochlebstwami.

Problem stanowił ten drugi. Na pewno nie był rycerzem. Raczej uczonym.


Równie młody co tamten, młodzian o ciemnobrązowych włosach i mizernej posturze. Jego szare oczy przenikliwie patrzyły na Eshte przez szkła okrągłych okularów. Dłonie w skórzanych rękawiczkach co jakiś czas poprawiały je na nosie. A ironiczny uśmieszek wydawał się złowieszczy. Zresztą cała jego postać była… podejrzana. W przeciwieństwie do rycerza nie wydawał się łatwym obiektem do omotania miłymi słówkami.

Esthe i Kranneg znajdowali się obecnie w karczmie, w której Zakon urządził sobie tymczasową siedzibę na czas pobytu w wiosce. Karczma wyglądała bardziej solidniej w środku niż na zewnątrz. Izba jadalna w której obecnie się znajdowali, była przestronna, schludna i czysta. Choć małe okienka z szybkami z krowiego rogu nie wpuszczały zbyt wiele światła.
Eshte naliczyła jeszcze trzech zakonników, o twarzach zakrytych przyłbicami zbroi i około dziesięciu najemnych mieczy… przeważnie uzbrojonych w łuki. Całkiem spory oddziałek.
Teraz dwóch tych typków pilnowało drzwi wyjściowych z karczmy.

Przez chwilę białowłosy i ciemnowłosy młodzian naradzali się po cichu, przy milczących świadkach, jakim była elfka i krasnolud. Oboje dla bezpieczeństwa z dłońmi skrępowanymi za plecami i pozbawieni broni. Przynajmniej tej widoczniej. Mimo, że żołdacy sumiennie obszukiwali Eshte to skupili się na obszarach jej krągłości, pomijając mniej interesujące miejsca. I za cenę obmacania ciała kuglarka przemyciła parę sztylecików. Nie pierwszy raz zresztą.
- A więc… Jestem Zygryf von Gerstein, obecnie zakonnik Peruna w komandorii grauburskiej i przywódca tego oddziału wysłanego w celu zbadania zaginięć w pobliskiej okolicy. Kim wy jesteście i po co przybyliście do tej wsi?- zapytał butnym głosem, zapewne po to by brzmieć władczo. Nie brzmiał… Podobnie jak twarz jego głos był miękki i melodyjny. I choć niewątpliwie dodawał mu uroku, to ciężko było brać poważnie tego paniczyka.
 
__________________
I don't really care what you're going to do. I'm GM not your nanny.

Ostatnio edytowane przez abishai : 07-07-2017 o 21:52.
abishai jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 19-06-2014, 06:18   #8
 
Tyaestyra's Avatar
 
-Ah.. dostojni Panowie mogli jeszcze o mnie nie słyszeć w tych stronach – odparła elfka beztrosko, kiwając głową ze zrozumieniem. To przecież wszystko wyjaśniało! Gdyby tylko wiedzieli kim jest, gdyby tylko rozpoznali te fiołkowe włosy wystające spod kapelusza, to ani by myśleli o łapaniu jej. Nie to, żeby była jakąś ważną personą.. gdziekolwiek. Ot, po prostu byłoby stratą czasu i uwłaczaniem ważności braci zakonnych, takie interesowanie się byle drobną złodziejką i sztukmistrzynią jak ona. To było zadanie miastowych strażników i przesądnych chłopów.

Wykonała swym ciałem, a raczej zaledwie ramionami, gwałtowniejsze szarpnięcie, które mogło zaniepokoić stojących naokoło żołdaków i postawić ich na baczność w razie jakichś sztuczek. Wszak mogła mieć jakieś poukrywane w rękawach! I było tak, tyle że te niestety były skrępowane mało delikatnie, o czym elfka zdała się zapomnieć na moment. A przecież przedstawianie się wymagało odpowiedniej teatralności, z której ją teraz.. ograbiono!

Zdołała jakoś pochylić się w ukłonie, na tyle eleganckim, na ile pozwalały jej trudne warunki.
-Niezwykła Eshtelëa Meryel Nellithiel del Taltauré. Wędrowna kuglarka, uliczna artystka i, oczywiście, wierna przyjaciółka Zakonu, do usług – wyprostowała się, czemu przy takich okazjach zwykły towarzyszyć niewielkie fajerwerki strzelające z jej palców, lub ogniste gołębie wylatujące z rękawów, więc teraz jedynie uśmiechnęła się zawadiacko i pewnie siebie. Jak gdyby całe to uwięzienie było tylko niewielką niedogodnością i pomyłką.

Skinęła w kierunku Krannega -A to mój.. krasnolud – powiedziała to takim tonem głosu, jakby była to najbardziej oczywista rzecz na świecie. Zresztą, jak inaczej miała go określić? „Wymuszony kompan” mogło nie być zbyt jasne dla rycerzy -Zmierzamy do Grauburga, a ta.. urocza wioska, jest akurat po drodze, czyż nie?

Białowłosy młodzik spojrzał na swego kompana w okularach, który bezradnie wzruszył ramionami. Dla Eshte od dziecka uczonej obserwacji publiki i odczytywania jej nastrojów, ta ich mowa ciała była dość czytelna. Zygryf pytał swojego zapewne bardziej obytego kompana o to czy słyszał o elfce. Odpowiedź była przecząca. Nie słyszeli…

A krasnolud elfki zaś postanowił coś wtrącić.- Kranneg jestem, syn Gruangala... Kowala z Vilizgotz. Bohatera, który pomógł…-
Zanim Kranneg się bardziej rozgadał Zygryf uciszył go gestem dłoni.- Wiemy, wiemy… Dobrze jest mi znana historia lorda Faelgirsta i Zarazy Białego Płomienia. Jesteśmy tu także z tego powodu. Czy ktoś jednak może potwierdzić Twe słowa?
-Wszyscy w tej wiosce mnie znają.
- odparł butnie Kranneg.
-A ją?- dopytywał się białowłosy zakonnik, a wtedy krasnoludowi zrzedła mina i nic nie powiedział.
Zygryf zwrócił się więc do samej Esthe.- A więc panno Eshtelëo Meryel NelluNelle...Nellithil… wszystko jedno.
Odetchnął głęboko po tym łamańcu językowym i spytał wprost. -Dlaczego wybrałaś ten szlak akurat, podczas gdy inni kucharze, kupcy i kurty… artystki wszelakiej maści zdążają do Grauburga, szerokim i wygodnym traktem handlowym ? Dlaczego ty rozbijałaś się po drogach, na które pies z kulawą nogą się nie zapuszcza?

Gdy tak białowłosy mówił, dłonie jego ciemnowłosego kompana wykonywały dyskretne gesty, a usta jego szeptały coś cicho. Eshte od razu zorientowała się, że ów osobnik musi być czarownikiem na usługach Zakonu. Stąd ten strój bardziej pasujący do uczonego.
Był czarownikiem i rzucał zaklęcie, którego celem była niewątpliwie elfka.

Przyglądała się temu ponuro spode łba. To nie mogło być nic dobrego. O ile jej sztuczki były, przeważnie, niegroźne i miały głównie zachwycić, czasem przestraszyć jej „ofiary”, o tyle w dobre intencje tego tu pana.. niezbyt wierzyła. Szczególnie, że już na początku jakoś krzywo na nią patrzył. Na co zakonnikom właściwie czarownik w ich szeregach? Czy to nie kłóci się z jakimś ich.. kodeksem? Czy nie powinni go pilnować i spalić przy pierwszej lepszej okoliczności? TERAZ, na przykład?!

-Czy podróż innymi drogami jest w tych okolicach zabroniona? Nikt nie raczył mnie uprzedzić.. - twarzyczka elfki była w tym momencie uosobieniem najszczerszego zaskoczenia. Patrzyła na białowłosego nie dowierzając takim zasadom, ale też i nieco przepraszająco, że nieopacznie udało jej się je złamać. Jednocześnie usilnie starała się ignorować mamrotanie mężczyzny ze szkiełkami na nosie. Może jak nie będzie na niego zwracać uwagi, to sobie pójdzie?
-Gdybym wiedziała, że macie tutaj takie zwyczaje, to ani bym myślała zbaczać ku bocznym ścieżkom. Nie pomyślałam nawet, że zainteresuję tym Zakon – poszurała nerwowo butem o ziemię, jak w poszukiwaniu odpowiedniego dla siebie wytłumaczenia dla takiego przewinienia. Znalazła je szybko, i wypowiedziała tonem głosu o długich latach doświadczenia w temacie -Główne trakty na tyle tracą swój urok, iż po wizycie tych wszystkich handlarzy, artystów i mistrzów sprzedaży wszystkiego oraz niczego, sakiewki mieszkańców tamtejszych wiosek gwałtownie.. pustoszeją. Bez zarobku nie ma jedzenia, a nie sposób przecież dotrzeć do Grauburga o pustym brzuchu, prawda? Nie wspominając już o gospodach zapełnionych podróżnikami, kiedy ktoś może mieć kaprys wyspania się w łóżku i wykąpania w łaźni.
-No…. to nie jest… zabronione…
- zaczął się tłumaczyć białowłosy młodzik, wyraźnie zmieszany jej słowami.- Widzi panienka, w okolicy giną ludzie i każdy odmie… każdy obcy w okolicy jest podejrzany. Zwłaszcza elf.

Tymczasem okularnik zakończył swe mamrotanie i jego oczy przez moment zabłysły na czerwono.
Po czym rzekł dość mocnym i władczym głosem, jakoś nie pasującym do dość wątłej postaci.- W okolicy grasuje szalony mag, być może nawet jakiś demonolog, który w swych paktach posunął się za daleko. Wieści o ginących dzieciach z pewnością dotarły do sąsiednich wiosek, prawda panie krasnoludzie?
-No tak…
-skinął głową Kranneg. Zaś czarownik kontynuował.- Myślę, że można uwolnić ich z więzów, choć… nie wypuścić. O ile dobrze usłyszałem, mienisz się Eshtelëo wędrowną kuglarką i przyjaciółką Zakonu. Zapewne więc cię ucieszy możliwość udowodnienia i jednego i drugiego.
-Co ty właściwie planujesz Tancriście?
- spytał Zygryf podejrzliwie zerkając czarownika.
-Wszystko w swoim czasie.- odparł Tancrist wzruszając ramionami i dodając po chwili.- Niemniej pewnie znów przyjdzie ci sięgnąć do sakiewki.
Splótł dłonie razem i zza nich intensywnie przyglądał się uwalnianej z więzów elfce. Po chwili żołdacy uwolnili i Krannega, a czarownik Tancrist rzekł.- Więc… Może będziesz tak dobra i pokażesz nieco swych kuglarskich sztuczek ze swego przedstawienia?
-Moich kuglarskich.. sztuczek?
- powtórzyła te słowa powoli i niepewnie, w oczekiwaniu aż ktoś jej przerwie. Musiała być równie zdumiona słowami czarownika co Zygryf. Spoglądała w niezrozumieniu to na jednego mężczyznę, to na drugiego, bo może tylko się przesłyszała i czarownik wcale nie chciał oglądać jej popisów. A może dzięki temu chciał ocenić, czy nie jest ona tym szalonym magiem? Doprawdy, chyba powinien przetrzeć te swoje szkiełka, skoro nie potrafił odróżnić elfki od jakiegoś tam pomyleńca.

Kiedy przez dłuższą chwilę nikt nie wyprowadzał jej z błędu, Eshte mruknęła ostrożnie, acz ze słyszalną nutą pretensji -Pierwszy raz się zdarza, że ktoś mi najpierw grozi, a potem bierze w niewolę, tylko by móc obejrzeć moje sztuczki. Wystarczyło poprosić, skoro dostojnym panom brakuje tu rozrywek. - w międzyczasie rozmasowała nadgarstki zbolałe od więzów, po czym rozprostowała kilka razy zdrętwiałe palce, czemu towarzyszyły trzaski podobne do iskier strzelający z ogniska. Spojrzała urażona na białowłosą panienkę -Doprawdy macie tu dziwaczne zwyczaje.
-Nie wzięliśmy cię w niewolę panno Eshtelëo Meryel.
- wyjaśnił rycerz, przechodząc w moralizatorski ton.- Zostałaś jedynie zatrzymana, na przesłuchanie. Prawi wszak Perun w swych objawieniach, że nawet piękny kwiat może skrywać truciznę. Nie należy więc ulegać pozorom słabości, bo nawet w niej ukryta może być zdradziecka siła.
Po tych słowach lekko się zarumienił zdając sobie sprawę ile osób było świadkiem jego duchowego uniesienia i zamilkł. A czarownik dodał na koniec.- Twierdzisz panno, żeś jest kuglarką więc dajemy ci szansę udowodnienia prawdziwości twych słów.
-Nie macie chyba kwiatów w tych swoich zamkach i klasztorach zakonu, prawda?
- burknęła na odchodne Eshte, wcale nie będąc uspokojoną słowami rycerza. Paniczyki i ich kaprysy. Miała tylko nadzieję, że potem pogrzebią w swych kieszeniach w poszukiwaniu zapłaty dla niej za cały ten trud. Nie zwykła przecież urządzać osobistych pokazów za darmo, nawet Zakonowi.



[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=A3j9-9hdtQs[/MEDIA]


Mając w końcu wolne ręce, poprawiła kapelusz na głowie. A potem jeszcze raz, bo jakoś za mało lub za bardzo przekrzywiony był. I ponownie, bo widać w czasie szarpaniny na drodze, któryś z żołdaków jej ozdoby śmiał ruszyć. Po kilku kolejnych takich próbach doprowadzenia się do względnego porządku, tupnęła w niezadowoleniu lekkim butem o podłogę i zerwała kapelusz z głowy. W złości odrzuciła go od siebie, a raczej.. podrzuciła, wysoko aż ku powale izby.

Z roztrzepanymi niesfornie fiołkowymi włosami pochyliła się przed mężczyznami w ukłonie nareszcie odpowiednim do okazji – teatralnym, przerysowanym bardzo, z dużą ilością rozkładania rąk. A gdy się zaraz wyprostowała, to.. już przestać nie mogła. Napięła swe ciało jak w szerokim przeciąganiu się, ale w momencie, gdy każdy normalny człowiek czy elf już nie mógłby się bardziej odchylić, ona kontynuowała dalej, aż jej dłonie zetknęły się z podłogą, tak samo zresztą jak i stopy. W zaledwie krótkim momencie. Szybko bowiem te drugie uniosły się w powietrze, ostrożnie jedna za drugą, zrzucając cały ciężar ciała na ręce Eshte. Ale nie wydawało się to być trudnością dla jej mięśni, nawet nie zadrżała. A cały ten ruch był wykonany płynnie, jakby nie przeszkadzała jej natura czy jakieś bzdurne rzeczy typu kości. Jakby tych w ogóle nie miała.

W tym czasie podrzucony wcześniej kapelusz zaczął opadać, a w trakcie tego lotu zajął się ogniem jak spadająca gwiazda. I zbliżał się nieuchronnie ku elfce, powracającej już do pozycji wyprostowanej. Zadziwiająco, tym razem na nogach, choć te poprzekładane z wdziękiem nad resztą ciała, lądowały teraz miękko po drugiej stronie. Tylko zetknął się z włosami o nienaturalnej barwie,a i te pochłonęły płomienie. Nie wypaliły krótkich kosmyków obcinanych nożem, ale.. stały się nimi. Potem zaczęły pochłaniać resztę odzienia kuglarki, na koniec także i rękawy przywodziły na myśl skrzydła jakiego ognistego ptaka.

Płonęła żywcem, tak jak według niektórych ciemnych umysłów powinny płonąć wszelkie wiedźmy i odmieńce. Tyle, że te ofiary na stosach miały w zwyczaju wrzeszczeń w wniebogłosy z bólu. A Eshte jedynie uśmiechnęła się spomiędzy płomieni liżących jej twarz. .
I z całą pewnością, choć sama nie miała wątpliwej przyjemności się w pełni przekonać, ktoś skazany na taką karę nie był w stanie się ruszać. Zarówno z powodu krępujących go więzów, co i cierpienia obezwładniającego ciało i duszę. A ona wręcz przeciwnie – rozłożyła szeroko ręce pławiąc się falującymi na nich płomieniami. Bawiła się nimi leniwie, poruszając się giętko niczym waż. Przypominało to odrobinę taniec, ten pochodzący z wyjątkowo ciepłych zakątków świata, gdzie kobiety mogą tańczyć w zwiewnych, kolorowych szatach odsłaniających brzuch i ramiona. Tyle, że w jej przypadku ruchy nie były aż tak kuszące, a ciało nie mogło się pochwalić odpowiednio dużymi kobiecymi atrybutami mającymi usidlić dusze i serca oglądających mężczyzn. I dobrze! Nie chciała nawet, żeby jakieś przerośnięte półkule jej nie dość, że ciążyły, to jeszcze odciągały uwagę od sztuczek i iluzji! Była kuglarką, a nie jakąś elfką z miastowych zamtuzów!

Płomienie nieco urosły w trakcie tych wewnętrznych rozmyślań i złości Eshte, ale to nie przerywało jej pokazu. Przeparadowała raz koło obserwujących to żołdaków. Nie dotknęła żadnego z nich, nawet nie musnęła, ale już samo przejście obok otulało gorącem z otaczającego ją ognia. A miała ochotę, taką straszliwą i nęcącą, aby nastraszyć tego jednego osobnika, który śmiał ją zmacać w czasie przeszukiwania. Ale się powstrzymała.

Kiedy wróciła na środek izdebki, zaczęła się obracać. Szybciej i szybciej, przebierając w miejscu nogami i unosząc ręce. Płomienie syczały oplatając sylwetkę elfki jak kokon, stara i zniszczona podłoga pojękiwała cicho.

Zatrzymała się na zaledwie mrugnięcie, po którym ognie wybuchły. Ale nie w sposób, który rozsadziłby budynek pozostawiając same węglące się zgliszcza. Ten wybuch postraszył głównie głośnym hukiem,a jedynym co zostało z płomieni były niewielkie ogniste gołębie, które też same po kilku uderzeniach skrzydeł wypaliły się do cna.

A Eshte? Zniknęła. Nie było jej tam, gdzie według wszystkich praw powinna dalej się znajdować. Ni popiołu, ni resztek ubrań. Nawet kapelusz po niej nie został.

Cisza jaka nastąpiła była pełna napięcia. Oczekiwania na kolejną zaskakującą sztuczkę, w której elfka powstanie z popiołów. Tyle, że czas mijał, a czekanie stawało się męczące, nużące i nieco drażniące może też. Tym bardziej, jeśli z każdą upływającą sekundą coraz bardziej prawdopodobne stawała się jedna, niedopuszczalna myśl - uciekła! No prosto spod nosa całej grupki rycerzy zakonu i ich zarozumiałego czarownika! Jakież byłoby to przemyślanie z jej strony, aby wykorzystać daną sobie okazję do czmychnięcia. Nie tylko by ich tym występkiem ośmieszyła, ale też zmusiłaby do ruszenia nieba i ziemi w poszukiwaniach. Ale tym razem była łaskawa. Albo nie zgłębiła na tyle popisu ze znikaniem, by móc go zastosować przeciwko prawdziwemu mistrzowi sztuk magicznych.

Dlatego kolejny huk obwieścił jej przybycie. Tym razem nie towarzyszył temu ogień, ale pojawienie się tuż przed Zygryfem, owionęło jego śliczniutką twarzyczkę gorącym powietrzem. Nie było już śladu po płomieniach, ani ubranie elfki nie było nadpalone, ani skóra poparzona, ani nie unosił się z niej dym.
Pochyliła się przed rycerzem i zwinnym ruchem łapiąc w dłoń opadających z głowy kapelusz, wyciągnęła go ku niemu, jak w domaganiu się zapłaty za swe trudy i doświadczonego nieprzyjemności ze strony zakonu. Byłoby to bezczelne, owszem, ale także jak najbardziej na miejscu w jej przypadku.

Ale nie. Pozwoliła młodzianowi ocenić jak bardzo puste było wnętrze kapelusza, po czym cofnęła go ku sobie. Zanurzyła weń dłoń, pogrzebała trochę, poruszała palcami, a gdy wyciągnęła ponownie, to trzymała kwiat. Piękny, będącym w pełnym rozkwicie, tyle.. że stworzony z ognia.






Wyciągnęła go ku niemu, uśmiechając się przy tym zachęcająco. Ale nim zdołał sięgnąć doń swymi palcami, lub chociaż napatrzeć się na jego niezwykłość, ten powoli zaczął się zmieniać. Mieniące się co dopiero płatki poczerniały, jakby kwiecie nagle zaczęło gnić, ale zamiast wysuszyć się i opaść martwo na ziemię, ono rozpływało się z wolna w smolistą maź podobną płynnemu dymowi. Nie był to zbyt piękny widok. Ciągnęło się to to, gęste było i lepkie paskudnie. Brudziło smukłe palce elfki.

Podniosła spojrzenie na białowłosego, wzruszyła ramionami bezradnie – widać, akurat ten śliczny kwiat, zgodnie ze słowami Peruna, okazał się faktycznie mieć w sobie samą truciznę. Klasnęła głośno w dłonie i ciecz zniknęła, nie pozostała po niej ani jedna kropelka.
A po ich otwarciu, w miejscu, gdzie co dopiero spływała cała ta czarna obrzydliwość, leżała teraz pełna gracji fajeczka. Eshte ujęła ją w palce, i zwracając się do obu mężczyzny, od niechcenia zatoczyła nią okrąg w powietrzu -Oczywiście, to wszystko należy sobie wyobrazić w ładniejszym otoczeniu, z większą ilością białych gołębi i gawiedzią akompaniującą mi swymi odgłosami niedowierzania.

Zachwyt … nawet w oczach czarownika był widoczny, choć lekko kamuflowany krzywym ironicznym uśmieszkiem. Ale w oczach rycerza zakonnego i krasnoluda zachwyt był szczery. Podobnie jak u dwóch żołdaków, tyle że u tamtych podszyty zabobonnym strachem. Zygryf zaczął pierwszy bić brawo, potem Tancrist, Kranneg i reszta zgromadzona w izbie karczemnej. Głośne oklaski były miłe, ale pewnie jeszcze milsze byłyby brzęczące monety. Jednakże ni rycerz, ni mag nie sięgnęli ku swym mieszkom.

Niemniej Tancrist uśmiechnął się rzekł.- Nie jest to ona, więcej… oboje się mogą przydać. Zajmij się Zygryfie najęciem krasnoluda, ja zajmę się elfką. Ale sam… zabierz swoich ludzi.
-Co ty znowu knujesz?
- zapytał podejrzliwie zakonnik, wychodząc wraz żołdakami i próbując wyprowadzić krasnoluda.
-Tylko to co konieczne, jak zawsze. Nie martw się.- uciął sprawę czarownik. Zygryfowi to wystarczało. Kranneg jednak się zbuntował.- Nigdzie nie idę. Odpowiadam za jej bezpieczeństwo. I nie zostawię jej sam…
-Klnę się na mój honor, że włos jej z głowy nie spadnie.
- rzekł Zygryf i spojrzał badawczo na Tancrista. Czarownik zaś rzekł uroczyście.- Będzie cała i zdrowa ci zwrócona, krasnoludzie.
To najwyraźniej wystarczyło Krannegowi, który zawierzył rycerskiemu honorowi i wyszedł zostawiając Eshte z czarownikiem. Ten zaś wskazał dłonią na krzesło przed sobą.- To było imponujące. Nie tylko masz spory potencjał, ale też nad nim nieźle panujesz. Niemniej… nie potrafisz go wykorzystać w pełni. A ja chętnie bym z niego skorzystał… za odpowiednią cenę.

Nim elfka zdążyła coś powiedzieć, sprzeciwić się pozostawianiu jej sam na sam z czarownikiem, czy chociaż skrzyczeć krasnoluda za mówienie bredni o pilnowaniu jej bezpieczeństwa, wszyscy już wyszli. Znaczy.. nie do końca wszyscy. O ile bycie zostawioną tylko sobie samej przyjęłaby z niejakim zadowoleniem, to porzucenie jej na pastwę tego mężczyzny miało całkowicie odmienny efekt.

Powoli obróciła się ku niemu, a spojrzenie jakim go obrzuciła było wyjątkowo wilcze. Jego słowa zaś nie miały dla niej większego znaczenia, jakieś pewno jego intrygi, z którymi nikt o zdrowych zmysłach nie chciałby mieć nic wspólnego.

-Bez urazy Thaaaneekriście – wypowiedzenie jego imienia było nie lada wyczynem, pewnie porównywalnym do jej własnego zlepku imion i nazwisk. Kiedy zaś jej się udało, to tylko dzięki odpowiedniemu powykrzywianiu warg, a i tak miała wrażenie, że jakoś inaczej brzmiało w ustach tamtego rycerza - Ale chcę tylko ruszyć dalej w drogę, bo mi wesele w Grauburgu ucieknie. Krasnoluda możecie sobie zostawić.
 
Tyaestyra jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 19-06-2014, 06:26   #9
 
Tyaestyra's Avatar
 
-Uczciwe postawienie sprawy, acz nierozważne z twej strony. Nie należy bowiem odmawiać, nie znając sytuacji.- skinął głową Tankrist. Uśmiechnął się ironicznie i dodał.- Odmówić zawsze można zdążyć.

Wykonał prosty gest dłoni i pomiędzy palcami zamigotał blady ogieniek intensywnie niebieskiej barwy. Nie sztuczka i nie iluzja. Coś innego.- To jest czysta moc. Wbrew temu co się wydaje maluczkim, dość powszechna… zwłaszcza u dzieci. Każde niemal dziecko ma pewien potencjał ku magii, w większości przypadków niezbyt silny. I szybko zaprzepaszczany. Gdzieś w okresie dojrzewania, gdy dzieci stają się dorosłymi ten potencjał magiczny zwykle zanika całkiem. Dlatego wśród szlachty tak dużo jest magów. Wielmożów stać, by dzieci mogły rozwijać swój potencjał… zamiast marnować czas na pomaganie przy obejściu czy warsztacie. Dzieci z pobliskich wiosek, z racji przeszłości tych ziem, mają nieco większy potencjał.
Płomień w dłoni maga urósł nieco.-Większy tylko odrobinę. Mimo to, wystarczający jednak by ktoś, postanowił go zebrać.

Płomyczek zaczął szybko dzielić się na kolejne identyczne płomienie, niebieskiej barwy.- I zaczęły ginąć dzieci i dorośli obdarzeni talentem. Problem z którym jednak zaczął się borykać nasz porywacz, polegał na tym, że…- płomyczki zaczynały szybko gasnąć jeden po drugim, aż został tylko jeden.- Że dzieci w tej wiosce prawie się skończyły, w dodatku… pojawiły się wojownicy, którzy mogli poradzić sobie z jego sługami. Pewnie skieruje więc swe potwory ku innej wsi. Ale… na szczęście pojawiłaś się ty.- płomyczek unoszący się nad jego dłonią, nagle urósł do płomienia sporej pochodni.-Osoba obdarzona dużą mocą, która w dodatku nie potrafi właściwie nią władać. Czyż to nie szczęśliwa okazja.
Tankrist spojrzał wprost w oczy Eshte.- Odmówiłaś i możesz odjechać. Jestem pewien, że przyciągniesz jego uwagę i że cię złapie. No cóż… tak czy siak, jako przynęta wskażesz nam do niego drogę. Oczywiście, jeśli będziesz w jego łapach… mogę nie mieć dość siły by cię odbić.
-Nie
– odparła mu krótko i stanowczo elfka unosząc karcąco swój palec wskazujący. Poruszała nim na boki przy każdym kolejnym wypowiadanym przez siebie zaprzeczeniu -Nie, nie, nie. Wcale nie. Jeśli, mając na uwadze to ostrzeżenie o pomylonym magu, wyruszę dalej tą drogą pozwalając mu się złapać, to będzie to tylko i wyłącznie z mojej własnej woli. Tyle, że mogę teraz zawrócić na główny trakt, prawda?

Mogła. Nie było to jej w smak, bo nie przepadała za nadrabianiem drogi, ale jeśli miała wybierać pomiędzy porwaniem przez jakiegoś dziecioluba, a dodatkowym dniem w podróży, to wybór był całkiem oczywisty.

-Jeśli zaś zgodzę się wziąć udział w Twoich knowaniach, to będę musiała być przynętą i wierzyć, że pomoże mi dopiero co napotkany czarownik z zakonu. To nawet dla mnie brzmi wielce nieprawdopodobnie-rozłożyła bezradnie ręce. Nie było przecież jej winą, że tak ciężkie było zaufanie obcym, szczególnie, gdy od nich miało zależeć jej życie. Nic nie mogła na to poradzić. Tak po prostu było.

Dopiero teraz zainteresowała się wcześniej wskazanym jej krzesłem. Nonszalanckim ruchem kapelusza otrzepała siedzenie z ewentualnych pyłków czy tam okruchów, i potem usadowiła się na nim wygodnie wyciągając nogi przed siebie i krzyżując je w kostkach, tak samo jak ręce na piersi -Nie przywitaliście mnie i mojego kompana zbyt ciepło. Nie możesz oczekiwać, że się radośnie zgodzę na taki pomysł.
-To prawda, możesz zawrócić. Ale myślę, że on… uderzy gdzieś w okolicy. Możesz nie dotrzeć do traktu nim ponownie jego sługi zapolują.-odparł w odpowiedzi Tankrist. Jego oczy się lekko zmrużyły.- Może jednak ci się uda, może nie...
Czarownik oparł się wygodnie plecami o oparcie krzesła.- Możesz też dać się wynająć na jedną noc. Próbuję już kilka dni wytropić jego kryjówkę z miernym skutkiem. Jednakże udało mi się zawęzić obszar poszukiwań. I może mając ciebie jako żagiew, uda mi się rozświetlić mroki tej nocy. I nie będziesz ryzykowała za darmo. Zostaniesz sowicie opłacona w dowolnej walucie jaką wybierzesz. Czy to będzie złoto, czy też moc, czy nawet wiedza. Może i nie napawać cię entuzjazmem ta współpraca, ale nawet ty musisz przyznać, że Zakon to uczciwy pracodawca. Możesz być pewna, że dług wobec ciebie zostanie spłacony. Zresztą…- sięgnął do pasa i położył na stole ciężką sakiewkę.-... jak widzisz, na gołotę nie trafiłaś. Możesz więc podjąć się zadania i otrzymać zapłatę, możesz ryzykować swoje życie uciekając samotnie na trakcie. Twój wybór panienko. Jeśli potrzebujesz czasu do namysłu, to zapraszam na wieczerzę. Jeszcze nie jadłem posiłku.
Po tych słowach wstał i szybko zagarnął kieskę doczepiając ją do swego pasa.

Miała mu wygarnąć zły dobór słów, że jeśli szuka kobiety do wynajęcia na jedną noc, to porwał złą elfkę, ale widok sakiewki i brzęk monet wystarczająco ją uciszył. W tej kwestii. Teraz zaś miała ochotę mu zarzucić skąpstwo i brak znajomości zasad istniejących pomiędzy kuglarzem a jego publiką. Przecież tak się nie robiło! Patrzenie nie było za darmo! Co za niewychowane paniczystko.

Wiedza i moc były jej zbędne. Nigdy wprawdzie nie sprawdzała, ale głęboko powątpiewała, aby karczmarze przyjmowali je w formie zapłaty. Co oznaczało, że nie mogła się nimi najeść, napić ani umyć. Wiedza na dodatek bywała niebezpieczne, a moc.. cóż, jeszcze jej nieświadoma mogłaby rzeczywiście doprowadzić do prawdziwego wybuchu w czasie występu. Ale monety.. one potrafiły zmiękczyć serce tej elfki. Odrobinę.

-Ale właściwie, to czemu sam nie postawisz się w roli przynęty, co? - zapytała podejrzliwie, unosząc jedną brew wysoko pod rondo nasuniętego na głowę kapelusza -Przecież też jesteś magiem. Wystarczy, że pozbędziesz się tej aury wielkiego pana czarownika i tez okażesz się być wystarczająco kuszący do porwania. Potem tylko czekać, aż uratuje Cię ten Twój białowłosy rycerz na równie białym koniu.
- Czemu…? Bo jestem magiem właśnie.
- odparł Tankrist zatrzymując się w pół kroku. Potarł dłonią podbródek w zastanowieniu zerkając na elfkę.- Jakby ci tu… to… hmmm… Może tak…
Zadowolony z tego że znalazł odpowiednie porównanie, zaczął perorować tonem doświadczonego maga, tak nie pasującym do fizjonomii gołowąsa młodszego przecież od Eshte.

-Jesteś diamentem Eshtelëo Meryel, pięknym i błyszczącym. Kuszącym blaskiem, ale i nieoszlifowanym. Twoja magia i aura płoną mocą, ale też są pełne nierówności. Jesteś surowym materiałem ledwie dotkniętym jeno przez dłuto jubilera. Ja zaś …- skłonił się dwornie.- ...ja zaś jestem brylantem, błyszczącym mocą i potęgą, ale i wyszlifowanym dyscypliną i kontrolą. Doświadczony badacz magii zauważy to nawet, gdybym przebrał się w strój żebraka. Owe stwory czy też sługi, też pewnie potrafią to wyczuć… ergo… postrzegają pewnie świat w sposób odmienny niż ty czy ja…
Po czym uśmiechnął się ironicznie odwracając kota ogonem.- A więc wpadł i w twoje oczka najmłodszy dziedzic hellsmirskiej ziemi, co? Nie tobie pierwszej i nie tobie ostatniej. Powściągnij jednak swój ostry języczek. Ja mogę być wyrozumiały, on naiwny, ale w Grauburgu będzie sporo szlachciców, a każdy ze sługami…. którzy sprawnie wymierzą plagi na plecy pyskatej elfki, która nieopacznym słowem obraziła ich pana.
Obrócił się do niej plecami kontynuując.- Wierz mi, niewielu z nich potrafi do cenić cięty języczek. Znacznie bardziej wolą uległe usta dookoła swej kuśki. Na szczęście dla ciebie, ja cenię buńczuczne dziewczęta, zwłaszcza jeśli są wygadane. To jak… masz ochotę na posiłek za darmo, czy też wolisz się unieść dumą i płacić za tutejsze wiktuały? Bądź pewna, że nie są warte ceny które przyjdzie ci za nie zapłacić.
-To nie tak, że któryś z was zapłacił mi za pokaz, czyż nie?
- syknęła w odpowiedzi elfka, jednocześnie wstając z krzesła, co by czarownik przypadkiem nie poszedł bez niej. Nie dość, że popisywała się przed nimi za darmo, że się tym zmęczyła, to jeszcze pomimo braku zarobku miałaby płacić za posiłek? Chyba był śmieszny, że w ogóle wychodził z tak absurdalną propozycją -Mieszkańcy poprzedniej wioski też sobie popatrzyli, ale sięgać do sakiewki to już nie było komu. Jedynie krasnoluda mi podrzucili, a tego to żaden karczmarz nie weźmie w formie zapłaty. Za brzydki.

Wzruszyła ramionami. Nie skomentowała ani słów mężczyzny o „wpadnięciu jej w oko” białowłosego młodzika, ani tych o diamencie i pięknie. Pierwsze musiały być wynikiem głodu jaki pewno nękał maga i nie pozwalał do końca myśleć rozsądnie. A drugie.. brzmiały jej nienaturalnie. Przyzwyczajona była do słuchania, że jest elfim bękartem, demoniszczem, odmieńcem, podpalaczką, tym, „nie zbliżaj się córciu” i wieloma innym przydomkami o podobnych znaczeniach. Diament do nich nie pasował.

-Ale Ty możesz sobie go zostawić za darmo, bo macie coś wspólnego. Mówienie o oczywistościach z takim przekonaniem, jakbyście arkana podróżnicze i sztuki kuglarskiej otwierali przed jakim niedorostkiem – wykrzywiła wargi w zadziornym uśmiechu, czarującym na swój prowokacyjny sposób -Jakże udało mi się tak długo przeżyć bez waszych złotych rad?
-No właśnie. Jak długo?
- zapytał retorycznie Tankrist nie przejmując się jej zadziornością.- Jak długo podróżujesz sama? Nie widziałem jeszcze elfiej kuglarki podróżującej samotnie. W grupach, elfy widywałem nader często… Samotne, co najwyżej wiszące na drzewach. A czasem…- wzdrygnął się nagle i dodał przepraszającym tonem.- Wybacz... Skierowałem rozmowę na nieprzyjemne tory.

W niedużej małej izbie do której ją zaprowadził, stał już gnący się w pokłonach gruby karczmarz, który patrzył spode łba zarówno na Eshte, jak i na czarownika. Tyle że Tankrist wzbudzał nim dodatkowo strach.
- Donieś i dla mnie.- rzekł mag do karczmarza wykładając dwie monety na stole, które po chwili znikły błyskawicznie pod jego fartuchem. Zaś sam mag usiadł naprzeciw żytniej polewki z pajdą razowego chleba i kuflem cienkiego piwa do popitki, wyraźnie tym dając znak że elfka nie musiała czekać na posiłek.
Następnie położył kilka monet przy samej misce. Widać było że subtelna sugestia kuglarki wystarczyła, by zapłata jednak się pojawiła.

Po prawdzie to nie była pewna, czy bardziej cieszyła się z posiłku – ciepłego i darmowego, nawet jeśli niezbyt obfitego, czy może z widoku tych monet, tak ślicznie błyszczących w oczach ciężko pracującej elfki. Zwinnie zagarnęła zapłatę dłonią, prawie jak w sztuczce polegającej na znikaniu przedmiotów (czasem bez wiedzy właściciela) tyle, że po chwili jedna z błyskotek zaczęła obracać się pomiędzy jej palcami.
-Wiem już, że moja skromna pomoc jest Tobie i rycerzykom niezbędna – sposób, w jaki to powiedziała wcale nie wskazywał na jej wielkie poczucie skromności, czy miłosierności względem tego czarownika i jego potrzeb. Już przeliczała je na kolejne podzwaniające słodko monety -Ale na co wam Kranneg? Chcecie go rekrutować na kolejnego braciszka Zakonu? Bo chyba nie jest jakim.. krasnoludzkim magiem ukrywającym się po wioskach jako kowal, którego chcecie przebrać za tutejszego dzieciaka i wypuścić jako przynętę? Nie to, żebym nie chciała tego zobaczyć..
Zachichotała sobie cicho oglądając ten obraz jaki podsunęła jej wyobraźnia.

-Dodatkowy topór czy miecz… zawsze się przyda.- odparł spokojnym głosem Tankrist, aczkolwiek z ironicznym uśmiechem na obliczu.- Nasze siły tutaj nie są zbyt liczne. Mam wrażenie, że komturia w Grauburgu nie potraktowała tej wyprawy poważnie. A raczej podesłała patrol dla świętego spokoju. Co by lamentujący wieśniacy nie zakłócili zbliżającego się ślubu swym lamentowaniem.
Po chwili zjawił się karczmarz z posiłkiem dla czarownika, za co otrzymał od niego kilka monet.
-Niemniej otrzymasz swojego krasnoluda z powrotem.- dodał pomiędzy jednym, a drugim machnięciem łyżki.
Eshte zdjęła z głowy kapelusz, po czym położyła go na blacie stołu. O dziwo, tym razem nie zajął się ogniem.
-Oh, bez obaw. Młody ma się uczyć życia, po to właśnie się wyrwał ze swojej wioski, a ja przecież nie mogę zawieść zaufania jego ojca. Nie trzeba go oszczędzać – odparła mu stanowczym tonem o zadziwiająco wychowawczym brzmieniu.

Sama nie była tak ufna do jedzenia jak czarownik. Nim zanurzyła weń łyżkę, najpierw długo przyglądała się zalewajce, czy aby ponury gospodarz nie postanowił przyprawić jej czymś od siebie. Tak specjalnie dla dwójki adeptów sztuk magicznych, niespodzianka karczemna. Ciężko jednak byłoby odróżnić jego plwociny od reszty dania, więc elfka jedynie przy przełykaniu zerkała na tamtego mężczyznę, czy przypadkiem nie uśmiecha się jakoś podejrzliwie satysfakcjonująco -I tutejsi nie wydają się być zachwyceni wizytą wysłanników Zakonu. Czy to może jedynie wina Twojego uroku, a białowłosego panicza goszczą z uśmiechami i stołami ze swoimi najlepszymi specjałami?
-Giną dzieci, magiczne sługi je porywają… Niechęć do czarowników jest więc uzasadniona
.- stwierdził w odpowiedzi Tankrist, nie mając takich obaw jak ona, co do składu posiłku. I szybko wyprzedzając elfkę.- Jak i strach przed nazwiskiem von Taelgrim
A ona nie zdołała spytać o to nazwisko, bo do izdebki wpadł Kranneg przyglądając się badawczo kuglarce.- Wszystko w porządku? Nie narzuca ci się on? Cosik długo tu sobie gruchacie.
-Czyżby… między wami coś było?
- spytał okularnik z bezczelnym uśmieszkiem goszczącym na obliczu. Niewątpliwie wizja elfio-krasnoludzkich umizgów bardzo go bawiła.

I się zakrztusiła elfka, tak niespodziewane były te wszystkie pytania. O ile te krasnoluda nie były jeszcze aż tak zaskakujące, o tyle to zadane przez czarownika..
Z jego winy właśnie, coś poszło nie tak w trakcie przełykania jedzenia przez Eshte. Jaka grudka poleciała nie tam gdzie powinna, gdy ta chcąc się obronić przez tymi zarzutami, jednocześnie próbowała także pośpiesznie przełknąć i prychnąć śmiechem w rozbawieniu. Zakończyło się to na gwałtownym kaszlu i równie zażartej próbie złapania powietrza w płuca. Zdołała to opanować dopiero po chwili, i po kilku uderzeniach dłonią w mostek, po których zapłakana mogła w końcu odpowiedzieć kowalowi słabym głosem -Chce mnie zabić, widzisz? A nawet jeszcze nie zdecydowałam, czy chcę im tu pomóc.
-Właśnie widzę…. dziwny sposób na zabijanie. Mi też zaproponowano krótki kontrakt, ale obiecałem cię doprowadzić całą i zdrową do Grauburga, więc nie mogę zdecydować bez konsultacji z tobą.
- stwierdził Kranneg troskliwym, acz poważnym tonem głosu. A sam czarownik uśmiechając się ironicznie przyglądał się Eshte.
-Coś nie wywiązujesz się najlepiej ze swojej obietnicy, prawda? Poskarżę Twojemu ojcu - ucięła krótko kuglarka, będąc niezadowoloną zarówno z niezręcznej troski krasnoluda, na którą przecież się wcale nie zgadzała, jak i ze spojrzenia czarownika zza szkiełek okularów, które z nonszalancją starała się ignorować. -I wiele do wyboru nie mam w tej decyzji. Obecny tu Thaaaneekrist jasno mi wytłumaczył, iż mogę dać mu się wynająć na jedną noc – specjalnie użyła podobnego sformułowania co wcześniej mężczyzna, co by jego zamiary wobec niej brzmiały jeszcze bardziej złowieszczo - Albo zaufać własnemu szczęściu w dalszej podróży. A ono mi coś nie sprzyja na tych waszych ziemiach…
-Na jedną noc? Nie wypa… da ?
- Kranneg niewłaściwe zrozumiał wypowiedź Eshte, ale też nie znając zbytnio elfki nie wiedział jak na nią zaregować, co znów wywoływało ironiczny uśmieszek maga. Który zwrócił się wpierw do Krannega mówiąc.- Wypada, wypada… można wynająć na jedną noc jeśli nie złotem, to klejnotami lub czułymi słówkami. Wszystko zależy od waluty, a ty…
Spojrzenie zza okularów spoczęło na Eshte.- Możesz mi Puchacz mówić moja droga, skoro masz takie problemy z mym imieniem.

Usta elfki zadrżały niebezpiecznie. Tym bardziej był to nieodpowiedni moment, że przecież starała się dojeść do końca swoją zalewajkę, a tu prawie znowu by się zakrztusiła, gdyby nie powstrzymała zbierającego w niej rechotu. A powodem był.. Puchacz. Tak, właśnie tak. Jej przewrotnie rubaszny umysł przywołał na myśl jakże podobne temu przezwisko, różniące się jedynie pierwszą literą. Nijak jednak nie pasowało ono do siedzącego naprzeciwko mężczyzny, bo i postura nie taka, zachowanie za mało prostackie. Nawet ni razu nie raczył jej wspomnieć o swym mocarnym wyposażeniu, któremu nie potrafi się oprzeć żadna kobiet od gór, po morza i lasy!

-Nie, nie. Zostańmy przy Thaanekriiście, tak będzie bezpieczniej – odparła po tym, jak powstrzymała swój krótki chichot, którego nijak nie mogła utrzymać w ukryciu. To rozbawienie też sprawiło, że zamiast obruszyć się na sugestie wiszącą w powietrzu po mylnym odebraniu jej wypowiedzi, ona zaledwie błysnęła psotną iskierką w jednym oku. Pozostawienie krasnoluda w takim przeinaczeniu było całkiem zabawne.
-Słodkie słówka pewnie i bywają w cenie, ale nie w tym przypadku. Ale z chęcią przyjmę wszelkie drogocenne błyskotki, tak jak i błyszczące monety. A sama noc ma zawierać tylko to o czym rozmawialiśmy - w trakcie mówienia łyżka opadła ze stuknięciem na pustą już misę, a sama kuglarka mając wolne dłonie, zaplotła ręce na piersi w stanowczym geście. Uniosła także podbródek wytrzymując spojrzenie czarownika -Inaczej nie ma umowy.
-Błyskotki? Nie. Albo pieniądze , albo moc. Nie wszystko na raz
.- stwierdził stanowczo mag, dając tym do zrozumienia o jakich “błyskotkach” myśli. O klejnotach w które zdolny mag potrafił wlać nieco magicznej energii i zmagazynować ją. A także wydobyć z nich w chwili potrzeby. Nie były to klejnoty służące tylko do ozdoby, choć często i tę rolę pełniły wprawione w sygnety, bransolety, naszyjniki czy diademy.
-Pięćset srebrnych cesarskich, nieskrawanych. Tyle mogę zaoferować… to znaczy Zakon może. Zgoda?- zapytał po chwili w ramach negocjacji. Trzeba było przyznać, że suma robiła wrażenie, tym bardziej że wyrażona w monetach wszędzie akceptowanych, bo pochodzących sprzed upadku Cesarstwa. Kiedy jeszcze wszędzie obowiązywały takie same miary kruszcu w monetach.

Rozmarzyła się na samo wyobrażenie wagi sakiewki zawierającej tyle monet, że nie wspominając o cudownym brzmieniu ich pobrzękiwania i blasku takiej ilość. Jak gwiazdy zamknięte w skórzanym mieszku tylko na jej własność. Ileż mogłaby kupić za taką zapłatę, będąca równowartością przynajmniej dwóch miesięcy kuglarskich sztuczek i okazjonalnego podkradania możnym ich błyskotek! Mogłaby sobie pożyć trochę w luksusie z codziennymi posiłkami, kąpielami i nowymi ubraniami. Może nawet wyjątkowo zleciłaby komuś ich uszycie, zamiast jak zwykle sama się tym zajmować?

Jeszcze kilka chwil takich kuszących wizji, a Eshte musiałaby wytrzeć sobie ślinę ściekającą z kącika jej ust. Zdołała się jednak w porę pohamować, co by nie dać czarownikowi więcej możliwości do żartowania sobie jej kosztem. Nie chciała także dać mu odczuć, że może sobie z niej zrobić swoją marionetkę po byle zawróceniu jej w głowie pokaźnymi kwotami pieniężnymi. Nawet jeśli było w trochę iskierki prawdy, to Thanekrist nie musiał o tym wiedzieć.

Dlatego po napełnieniu brzucha podniosła z wolna swój tyłeczek z krzesła, mówiąc od niechcenia – Podziękowania za posiłek, ale zgody nie ma. Muszę się jeszcze zastanowić nad Twoją propozycję, ale.. to chyba nie robi problemu, prawda? Wszak to nie tak, że Ty i reszta rycerzyków gdzieś się wybieracie.

Uśmiechnęła się do niego słodziutko. Miała przecież rację. Grupka wysłana przez Zakon niejako tutaj utknęła, dopóki nie rozwiążą sekretu dzieci znikających z okolicy. Mogliby najwyżej zmienić wioskę na kolejną niechętną obcym, ale nie na powrót do jednego ze swoich zamczysk czy tam innej twierdzy. Potrzebowali jej, by móc się stąd wynieść. Ona ich zresztą też.
Tak troszeczkę.
 
Tyaestyra jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 19-06-2014, 06:30   #10
 
Tyaestyra's Avatar
 
Myślała, aby przejść się po wiosce, odszukać każdego z żołdaków, który śmiał obejrzeć jej występ za darmo, i domagać się od nich zapłaty niczym jaki lichwiarz. Nie była to typowa praktyka w czasie popisów, bo i zwykle widownia była tak rozemocjonowana, zaskoczona i zadziwiona jej sztuczkami, że monety same wlewały się miedzianymi, czasem srebrnymi strugami do kapelusza elfki. Naturalnie, była to lekka przesada, ale Eshte miała nadzieję, że i tak się w końcu zdarzy ku jej uciesze.
Aczkolwiek porzuciła ten zamysł. Pachołki Zakonu zapewne nie posiadały zbyt pękatych mieszków, a całą swoją skromną zapłatę woleli wydawać na trunki, hazard lub mało wymagające kobiety, niż odpowiednio docenić sztukę kuglarską. Nie zdziwiłaby się także, gdyby chcieli przed łaskawym wrzuceniem monety jeszcze trochę zmacać jej ciałko. Co w sumie już zrobili co poniektórzy z nich, i za co też powinna im policzyć według najstarszych reguł świata.

Potem pomyślała, aby poszukać Zygryfa i na nim wymóc jedną, większą zapłatę za wszystkie oczy jakie miały czelność za darmo oglądać jej spektakl. W tym także i jego, o długich rzęsach niczym wachlarze wypudrowanych szlachcianek. Tak, miała okazję się przyjrzeć, kiedy prezentowała mu ognisty kwiat – obserwacja była przecież ważnym elementem jej profesji. Nie wątpiła, że odpowiednim doborem słów, głównie traktujących o jej ciężkim życiu zarówno na trakcie jak i w miastach, byłaby w stanie poruszyć w tej panieneczce potrzebę wspomożenia słabszej, długouchej istotki.
Ale i ten pomysł postanowiła w końcu odrzucić. Wystarczyło do tego wyobrażenie sobie ironicznego uśmieszku na ustach czarownika, czemu towarzyszyłyby kolejne insynuacje jakoby patrzyłaby na rycerzyka inaczej niż tylko jak na źródło łatwego zarobku. Głupoty jakieś. W końcu, gdyby odczuwała potrzebę znalezienia sobie towarzysza na samotne, zimne noce w wozie, to na pewno nie szukałaby sobie takiej panienki bardziej kobiecej od niej. Wymarzony mężczyzna kuglarki powinien być... i mieć... a jego... cóż, nie wiedziała jaki właściwie powinien być. Jakoś życie na trakcie nie sprzyjało romansom, jeśli nie gustowało się w szczerbatych chłopach, zwalistych strażnikach, karczemnych łachudrach lub synach kowala. Ale była pewna, że jeśli kiedyś trafi na odpowiedniego, to jakieś tajemnicze reakcje w ciele od razu ją o tym powiadomią.

Zatem skoro żaden z jej planów się nie urzeczywistnił, a sama wioska nie posiadała w swych granicach zbyt wielu atrakcji, elfka wróciła do swojego wozu stojącego na jej obrzeżach.
Przysiadła sobie ciężko na schodkach prowadzących do środka jej skromnego domku na kołach, po czym odetchnęła.. równie ciężko i głęboko na dodatek. Sprawiała wrażenie zmęczonej, i to nie tylko na duszy przez przyprawiające ją o ból głowy rozmowy z czarownikiem. Przede wszystkim na ciele, jak gdyby te dzisiejsze arystokratyczne popisy wyssały z niej zbyt wiele sił. Nie była to do końca prawda, choć zapewne ta częściowa była mniej wstydliwa niż rzeczywistość, w której tak duże użycie magii do wzniecenia iluzorycznych płomieni wyczerpywało ją bardziej niż jakikolwiek wycisk na tle fizycznym. Mięśnie i gibkość ciała mogła wytrenować, ale ta moc płynąca w jej żyłach.. ona była jak zupełnie inne istnienie żyjące w niej i pozwalające z siebie korzystać. Nie do końca okiełznana, jak najbardziej przydatna, a ceną za jej pomoc była energia elfki. Czy warto zatem było opierać swoje popisy na czymś tak bardzo niepewnym? Oczywiście.

I właśnie z powodu tego zmęczenia, które zaczęła odczuwać jeszcze zanim poszli zjeść posiłek w gospodzie, Eshte poczuła potrzebę zniknięcia z oczu zarówno przezabawnego Thanekriista, co i zadziwiająco opiekuńczego krasnoluda. Ten pierwszy zapewne uśmiechnąłby się ironicznie dodając, że przecież on nigdy nie ma takich problemów, może nawet przez sen wzniecić płomienie, a i tak się bardzo dobrze wyśpi. Przemądrzalec jeden.
Kranneg zaś, z winy jakiejś podejrzanej tajemnicy złożonej swojemu cwanemu ojcu, zaraz zacząłby skakać wokół niej, bo może czegoś potrzebuje, może coś jej zaszkodziło, może jedzenie, a może ten łotr czterooki jednak jej zrobił co niedobrego. Być może gdzieś w jego żyłach płynęła kropla krwi chochlika?

Nie, nie. Nie miała nerwów, żeby się na pierwszego jeszcze bardziej złościć, a drugiemu tłumaczyć i wymigiwać. Stąd i potrzeba „namyślenia się” co do przedstawionej jej propozycji, chociaż tak naprawdę już podjęła decyzję jeszcze siedząc przy stole. A raczej pięćset srebrnych cesarskich, nieskrawanych podjęło ją za nią, bo i nie było to coś, czemu się łatwo odmawiało. Wszak kobieta musiała jakoś sobie radzić w życiu i zarabiać na swoje kaprysy, samotne przetrwanie w cywilizacyjnej dziczy.
Kiedyś zaś miała możliwość mało zachęcającego wyboru pomiędzy zdaniem się na łaskę przesądnych wieśniaków, zgodzeniem się na bycie przynętą dla jakiegoś okolicznego szaleńca i zatrudnieniem się w jednym z elfich zamtuzów w mieście, to odpowiedź była oczywista.







***






Słońce już chyliło się ku zachodowi, kiedy elfka odnalazła czarownika znowu w karczmie, zajadającego się tym razem kolacyjnymi pomyjami tutejszego mistrza kuchni.

Zniknęła na cały dzień, tłumacząc się potrzebą przemyślenia jego propozycji, jednakże tak naprawdę tylko czerpała złośliwą, wewnętrzną satysfakcję z podtrzymywania go w niepewności. A to, że większość ze swych „rozmyślań” spędziła słodko drzemiąc w swym wozie, pozostawało jej tajemnicą. Jednakże dzięki temu odetchnięciu w ciszy i spokoju zdołała ponownie nabrać sił, tak na kolejne magiczne sztuczki, co i na droczenia się z Thanekristem. Nie wierzyła bowiem, że ten tak po prostu przyjmie jej decyzję, nie racząc jej jakiś prześmiesznym zapewne komentarzem. Cóż, była na to przygotowana.

Lekkim kopniakiem otworzyła sobie drzwi wcześniej wspomnianej gospody, choć ta nazwa tak naprawdę była komplementem dla przybytku. Jakże urocza, spoglądająca niechętnie spode łba sylwetka właściciela także niezbyt zachęcała podróżnych, a przecież Eshte widziała już w swoim życiu niejednego karczmarza. Przeważnie, ci o podobnej aparycji prowadzili lokale pełne zabijaków, gdzie równie niebezpiecznie było przebywać, jak i próbować coś zjeść. Ale.. ten tutaj równie dobrze mógł być wyjątkiem od reguły, prawda?
Na próbę posłała mu jeden ze swoich czarujących uśmiechów, na który zareagował grymasem i jakimś mamrotaniem pod nosem.

Nie przejęła się ni odrobinę tym, że postawny mężczyzna nie dołączy do grona miłośników jej popisów. Była już bowiem w drodze do czarownika, zdecydowanie wyróżniającego się na tle towarzystwa, któremu bardziej pasował wystrój izby. Przystanęła pewnie przy jego stole, i bez żadnego „witaj”, „smacznego” ani choćby „udław się”, powiedziała:



Masz swoją przynętę, Thaneekririście.




Splunęła na swoją prawą dłoń pozbawioną osłony delikatnej rękawiczki i wyciągnęła ją ku niemu. W oczach o fiołkowych tęczówkach tańcowały zadziorne kurwiki.
 
Tyaestyra jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Odpowiedz



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 01:31.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168