lastinn

lastinn (http://lastinn.info/)
-   Sesje RPG - Fantasy (http://lastinn.info/sesje-rpg-fantasy/)
-   -   [BRP] Nóż Czarnoksiężnika - cz.3 - Yarakan (http://lastinn.info/sesje-rpg-fantasy/17887-brp-noz-czarnoksieznika-cz-3-yarakan.html)

xeper 09-05-2018 21:17

[BRP] Nóż Czarnoksiężnika - cz.3 - Yarakan
 

Trzem irunoiskim kupcom nie pozostało nic innego, jak przystać na propozycję awanturników. W ten sposób wilk był syty i owca cała. Ciało młodego szejka miało trafić do jego ojca w Yarakanie, a bohaterowie po załatwieniu swoich spraw w tym mieście zobowiązali się do podróży do Sabol i ponownego spotkania z kupcami. Upokoina nie wyglądał na zadowolonego z takiego obrotu sprawy, mamiąc bohaterów dodatkowymi pieniędzmi, ale ci mając na widoku zyski płynące z powiadomienia Rasula ibn Raula al Alabema o przedwczesnym połączeniu duszy jego syna z ukochanym bogiem Fahimem, pozostali niewzruszeni. Nie minął dzień i Irunoi, w towarzystwie nowo najętych w Vazikh strażników ruszyli na północny zachód, ku górom Res Horab.

Awanturnicy także spakowali swoje mienie, ogarnęli tabun koni, który wiedli dla szejka i ruszyli na zachód. Droga wiodła przez monotonny, falujący step, od czasu do czasu urozmaicony kępami drzew lub porozrzucanymi po okolicy krzewami. Daleko przed sobą widzieli niewyraźne kontury pierwszych wzniesień Res Horab, które Ianus w swojej mowie nazywał Hortorum. Gdzieś przed nimi był Yarakan, a dalej znów step i Imperium Thoertianum, potężna kraina, odwieczny wróg rusanamańskich sułtanatów.

Miasto zlokalizowane było na wznoszącej się ponad otaczające morze traw skalnej ostrodze. Przed wiekami wykuto w niej drogę i trzy tunele, a na krawędziach wzniesiono obronne mury. Centralne miejsce zajmowała cytadela i towarzyszący jej minaret meczetu al'Irbijja. Wokół, między murem cytadeli i zewnętrznymi fortyfikacjami znajdował się labirynt uliczek, domów, placów i zaułków, tak charakterystyczny dla każdego rusanamańskiego miasta. Niezliczone warsztaty, sklepiki, kawiarnie i palarnie pozwalały zanurzyć się w atmosferze miasta i dostać dokładnie to, czego się oczekiwało. U stóp skały, na której wybudowano miasto rozciągało się skupisko mniej lub bardziej prowizorycznych budynków, chat i namiotów. Yarakan rozwijał się w ten sposób, nie mogąc pomieścić większej liczby mieszkańców na ograniczonej murami przestrzeni na górze.

Gdy czteroosobowa kompania wiodąca tabun koni zbliżyła się do miasta, pozostawiając za sobą unoszący się nad stepem pióropusz kurzu, powietrze przeszył dźwięk surmy. Już po chwili w stronę awanturników pędził oddział kawalerii w zielonych kubrakach. Na włóczniach powiewały proporce z godłem szejka - gwiazdą i bramą, a broń i zbroje lśniły w popołudniowym słońcu.

Kawalerzyści zmienili formację rozjeżdżając się na boki i tworząc wklęsły półksiężyc, którego ramiona opasały nadciągających awanturników. Na ich spotkanie wyjechał niemłody już oficer w zawoju ozdobionym pokaźną szmaragdową broszą. Wzniósł w górę bułat w geście ni to pozdrowienia, ni to groźby.

- Saalam! - krzyknął. - Opowiedzcie się coście za jedni i niech Fahim porazi Wasze członki, jeśli skłamiecie! Wjechaliście do domeny miłościwie nam panującego z woli Boga, Rasula ibn Raula al Alabema, niech Siedmiu Proroków wstawia się za nim u Jedynego i tylko za jego przyzwoleniem możecie tu pozostać! Mówcie, byle w jakimś zrozumiałym języku! - ostatnie zdanie wypowiedział widząc już, że zbliżająca się kompania w większości składa się z obcokrajowców.

Kerm 10-05-2018 11:33

Mieć konia - to plus podczas podróży.
Mieć trzy konie - to już zbędny luksus.
Miec cały tabun koni... To po prostu było kłopot i utrudnienie w podróży.
Faktem było, iż dwa tuziny koni poruszały się szybciej, niż stado wołów, ale i tak Cedmon miał świadomość, że bez tego 'dodatku' dotarliby do Yaraskan dużo szybciej.
Na dodatek to na niego spadła wększa część obowiazków związanych z karmieniem i pojeniem całego stadka. No ale nie narzekał. Jakby nie było, to między innymi on zaproponował, by do Yaraskan odwieźć nie tylko ciało syna szejka, ale i oddać wszystkie wierzchowce, wcześniej noszące na grzbietach członków świty młodego Khalilla ibn Rasula.

Prawdę mówiąc nie liczył na dodatkowe zyski, ale miał nadzieję, że wierzchowce uwiarygodnią całą historię.

* * *

Miasto Yarakan liczyło, jak sie okazało, nie tylko na siłę murów, ale i miało oddziały konne, które pilnowały, by nikt niepowołany nie zakłócił spokoju mieszkańców miasta i jego władcy. A dzięki temu, że jeden z takich oddziałów stanął na ich drodze, można było liczyć, że dostaną się przed oblicze szejka dość szybko, bez konieczności opowiadania się każdemu napotkanemu strażnikowi czy pałacowemu urzędasowi.
Taką przynajmiej nadzieję miał Cedmon.

- Saalam - odparł, do powitania dołączając ukłon, jednak niezbyt uniżony. - Jestem Cedmon syn Angusa - przedstawił się. - Wraz z towarzyszami spieszymy przed oblicze szejka Rasula ibn Raula al Alabema, niech Fahim przedłuży jego dni, a słońce opromienia ścieżki, po których stąpa. Przynosimy wieści, niestety złe, o jego synu, Khalillu.

Prince_Iktorn 10-05-2018 11:34


Egil Ragnarsson, przez swoich zwany Egilem Sternikiem, siedział w cieniu palarni, chroniąc się przed żarem słońca. Na pierwszy rzut oka był dość młodym, wysokim mężczyzną, silnej budowy ciała. Jego blond włosy, wcześniej barwy zboża, teraz, pod wpływem bezlitosnego południowego słońca, pojaśniały niemal do białości. Jego skóra natomiast nabierała miejscami jasno czerwonego koloru – tak jak inni Relhadowie, opalał się głównie na czerwono. Poszarzały od brudu i pyłu, dawniej biały zawój chroniący głowę i ramiona przed słońcem, spoczywał przewieszony przez dużą, okrągłą tarczę, pomalowaną na jednolicie jasnozielony kolor, obecnie wyblakły i miejscami odchodzący od drewna. Każdy obeznany z kulturą ludzi północy wiedziałby, że taka tarcza to oznaka człowieka do wynajęcia.

Niebieskie jak niebo oczy Relhada obserwowały miejski rynek Yarakanu. Ten wielki plac, gdzie tylko najbogatsi kupcy rozstawiali swoje towary. W odróżnieniu od targu poza murami miasta, tutaj oferowano to co najlepsze, za najwyższe ceny. Tłum sprzedających i kupujących przelewał się przez plac tworząc zadziwiającą mieszaninę kolorowych strojów, pokrzykiwań, przemieszanych z kłótniami, obowiązkowym targowaniem się i brzękiem monet. Ten dźwięk sprawiał, że Egil mimowolnie się krzywił. Pogryzając daktyle spojrzał na sakiewkę, leżącą przed nim na blacie stołu. Zawartość nie prezentowała się imponująco. Ozdobioną rzemieniem z drewnianymi paciorkami ręką rozgarnął monety. Topornie bite miedziane szekle, kilka sztuk srebra. Mało. Wiedział, że to wystarczy na kilka dni życia, ale potem trzeba będzie znaleźć sposób na większy zarobek, w przeciwnym razie jego poszukiwania znów się przedłużą. Spoglądał na plac, gdzie niewolnicy nosili za swoimi panami zakupione towary, a zakryte zawojami kobiety często w towarzystwie mężczyzn, czy to krewnych, czy to strażników, przeglądały zwoje tkanin, kosze wielkich owoców, czy zawartość straganów piekarzy.

W myślach prześledził swoją drogę. Ze Skajold, wyspiarskiego królestwa na południe od Uppse, przepłynął statkiem do Feturm, pierwszego miasta południowców, jakie zobaczył w życiu. Potem najęcie się jako strażnik na statku kupieckim, płynącym po Wielkiej Rzece Anan przez Al’Hagię i Al’Safiję do Subatu, a tam załapanie się najpierw jako pomocnik sternika, a potem jako drugi sternik na jednej z łodzi łowiącej rzeczne bestie, zwane tutaj hipopotamami. Z łowcami dopłynął do Nahaji, a stamtąd jako strażnik i pomocnik woźnicy w karawanie kupieckiej dotarł do Yarakanu. I tutaj trop się urwał. Poszukiwany przez niego człowiek jakby zapadł się pod ziemię, a pieniądze zarobione w podróży zaczęły kończyć się coraz szybciej.

Odruchowo dotknął piersi. Pod skórzanym napierśnikiem i koszulą wisiał mały kamień słoneczny, cenny, ale obok, na drugim rzemieniu spoczywał powód dla którego Relhad wyruszył w świat. Mała sakiewka z wyszytym srebrnym wzorem nadal była na swoim miejscu, podobnie jak jej zawartość.

Dosyć czekania. Dojadł resztę daktyli, dopił podany mu kumys. Przypiąwszy pas z bronią zarzucił tarczę na plecy, zawinął zawój na głowę, po czym ruszył do wyjścia z placu, odprowadzany niechętnymi spojrzeniami strażników. Jak wszędzie, tu też nie lubią najemników bez zajęcia. Dziarskim krokiem skierował się w stronę karawanserajów poza kamiennymi murami miasta. Może tym razem spotka kogoś, kto będzie coś wiedział o poszukiwanym przez niego człowieku? A jeśli nie, to musi zacząć szukać pracy.

liliel 10-05-2018 22:00

W Vazikh Zahija zniknęła bez uprzedzenia na ponad dobę. Wróciła nazajutrz w okolicy przedpołudnia. Usiadła w karczmie, sztywna i wyprostowana, na miękkich poduszkach i nakazała małemu służącemu sprowadzić Ianusa.
Gdy legionista przysiadł do stołu, zastał Zahiję pochyloną nad miseczkami pełnymi potraw, w większości nietkniętych. Obficie popijała wino, nie zważając na wczesną porę. Strugi czerwieni łapczywie znikały w gardle wiedźmy jakby miały za zadanie coś w jej wnętrzu utopić.
- Dziękuję, że przyszedłeś – mruknęła cicho i uciekła spojrzeniem do miseczki pełnej daktyli. Skubnęła bez przekonania suszone owoce, za którymi zwykle przecież przepadała. Jej dłonie pokrywał nalot z krwi, którą próbowała chyba wyszorować ale nie zdołała. Świeża i ciepła krew miała to do siebie, że wnikała głęboko w skórę tworząc rozległą sieć przebarwień.
- Chciałabym pożyczyć trochę srebra. Może nawet sporo, nie wiem. Okaże się w Yarakanie jaka kwota wchodzi w grę. - Zahija podniosła na legionistę oczy, zaczerwienione i nieco podpuchnięte, może z niewyspania a może z innego powodu.
Thoer z kolei sprawiał wrażenie całkiem dobre. Umyty z wszędobylskiego kurzu i piachu i nawet ogolony, przypominał już bardziej jakiegoś legata niż dezertera. Orzeł Octaviusa na piersiowej blasze dumnie wyciągał pazury po złamany gladius. Widać wyczyszczenie loriki było dla Accipitera sposobem na zabicie wczorajszej nudy. Lub czegoś innego.
Sięgnął po wolny kubek i nalał sobie… wody. Niezbyt skrycie przyglądając się jej wyglądowi i wszystkiemu co odbiegało od normy.
- Jak bardzo nie chcę wiedzieć co robiłaś i czemu tak wyglądasz?
Zignorował pytanie o pieniądze.
- Nie ma powodu dlaczego miałoby cię to interesować - odparła Zahija pozornie spokojna. Prawda była taka, że jej ciałem wstrząsały niewielkie acz nieprzerwane dreszcze, które wprawiały w monotonne drganie paciorki przy czarnym woalu i to one zdradzały jej stan ducha. - Zrobiłam co musiałam.
Westchnął, pokiwał głową i wychylił cały kubek.
- Ale jest powód, żeby interesowało mnie pożyczanie Ci pieniędzy?
Spojrzał na nią bez cienia uśmiechu. Krytycznie. Z wyraźną reprymendą. Albo z czymś innym jeszcze. Ciężko było orzec. Ciężko było orzec zza topornego żołnierskiego oblicza.
- Nie. Możesz przecież odmówić - dystans legionisty wzbudził w wiedźmie niechciane rozdrażnienie. - Posłuchaj... Chyba lepiej żebyśmy sobie wyjaśnili pewne niedopowiedzenia bo ty chyba... - przyłożyła do ust kubek i wypiła do dna. - Masz wobec mnie jakieś oczekiwania.
Przez chwilę wyglądał jakby zastanawiał się nad tym co powiedziała.
- Mów dalej.
- Jestem wiedźmą boga krwi. Do niego należę. Mam wobec niego... powinności - znów uciekła w bok wzrokiem. - Po prostu... ja nie jestem dobrym człowiekiem. Lepiej żebyś przyjął to do wiadomości. Nie rozczarujesz się w przyszłości.
Patrzył na nią chyba oczekując dalszej części wypowiedzi, po czym nabrawszy powietrza skinął głową.
- W porządku - odparł w końcu.
- To tyle? - Ianus mógłby się założyć, że usta pod czarnym woalem zwarły się w cienką wściekłą kreskę. - Ty nic nie powiesz?
Powiódł wzrokiem po nietkniętych miskach z jedzeniem.
- Nie jesteś dobrym człowiekiem i chcesz pożyczyć pieniądze. W porządku - powtórzył i tym razem spojrzał w jej oczy - Bo coś zmieni jeśli ci opowiem jak wyglądało zdobywanie rusamanamskich osad w Hortorum? Że spojrzenia jakimi mnie tu częstują mają bardzo, ale to bardzo głębokie podstawy?
Zmarszczył brwi.
- Nie jestem Zahija taki za jakiego mnie masz. Choć… chciałbym być. Chciałbym, żeby ostrzeganie mnie przed złymi ludźmi miało sens…
Tym razem on odwrócił wzrok i wstał od stołu.
- Pożyczę ci ile będzie trzeba.
- Za jakiego cię mam? - rzuciła pośpiesznie do jego pleców.
Zatrzymał się i odwrócił się połowicznie z chrzęstem blaszek loriki, a na jego twarzy po raz pierwszy w trakcie tej rozmowy pojawił się uśmiech.
- Teraz? Chyba za takiego, do którego dotrze w końcu, że wiedźmie krwi nie należy ufać.
Przez chwilę patrzył na nią, po czym pokręcił głową nad jej wyglądem.
- Bóg krwi nie obrazi się chyba jeśli jakiś medyk da ci coś na wzmocnienie, co? Przyślę kogoś.
- Oj, przestań - warknęła Zahija i uczyniła ruch ręką jakby podkreślała nieistotność tego wszystkiego wokoło. - Nie potrzebny mi medyk. Potrzebny mi... - miała coś dodać, kontynuować tym głosem z nagła miękkim i tkliwym ale urwała. Przez ułamek chwili w jej oczach błysnęła wilgoć. Ale może to było jedynie załamanie światła. Złudzenie.
- Potrzebne mi srebro – sprostowała już swoim zwykłym ciężkim i mrukliwym głosem, którego ludzie zwykle się bali. - Nie martw się, oddam.

*

Wreszcie Yarakan.
Wiedźma przysypiała w siodle kiedy zbliżali się do miasta. Odkąd opuścili Vazikh zdawała się nieswoja. Milcząca. Niewyspana. Cokolwiek stało się w czasie spędzonej przez nią samotnej nocy odcisnęło na niej jakieś smętne piętno.
Nie zareagowała żywiej gdy pojawili się strażnicy w barwach sułtana. W końcu Cedmon już wyjaśniał sprawę ale skoro zażądali cywilizowanego języka Zahija wtrąciła w rodzimym nienagannym rusanamańskim.
- Będziemy wdzięczni za pomoc przy koniach. Winny trafić do sułtańskich stajni. Zwracamy Rasulowi ibn Raulowi al Alabem to co do niego należy.

Marrrt 14-05-2018 14:22

Wschodnie pogórze Hortorum było ziemią równie jałową, co zachodnie. Możnaby dziwić się w nieskończoność o co dwa bodaj największe mocarstwa toczą tu od wieków wojny. Żwir, piach i skały, na których jedyne co może wyrosnąć to kępy suchych traw i ostrokrzewów. Nie dziwował się jednak nikt, bo stal jaką kuto z wydobywanych we wzgórz metali znana była jak świat długi i szeroki, a i thoertiańscy i rusmanamscy rzemieślnicy prześcigali się w jej obróbce tworząc dzieła, które nawet Ianvs Accipiter potrafił docenić. Sam Yarakan miał podobnież kilku znanych mistrzów metalurgii i legionista ciekaw był, czy będzie mu dane zobaczyć taki zakład. Tymczasem jednak pozostawało mu liczyć dni wędrówki urozmaicone pomaganiem Cedmonowi przy opiece nad zagonem i obserwowaniem Zahiji, która od pamiętnej nocy wyglądała słabo i do sił zdawała się wracać dość powoli. Cokolwiek wymyśliła, odbiło się to na jej zdrowiu i nie mogło ujść niczyjej uwadze. Jedyne jednak co legionista mógł na razie zrobić to pilnować by wiedźma piła wodę i nie spadła z konia. Pierwszego dnia wędrówki mimo stanowczego sprzeciwu zwyczajnie wsadził ją na siodło Resiny i jechali razem.
- Daj spokój - mruknął gdy zaczęła się wzbraniać.
Drugiego już obwiązał ją i przymocował do siodła jej dzianeta, żeby się trzymała. Potem uznał, że da sobie radę sama.
Saadiego jednak ani to co wymyśliła, ani kierunek ich wędrówki zdawały się nie interesować. Nie odzywał się i nie dawał o sobie znaku życia. Jakby wiedział, że zemsta już mu nie ucieknie i nic jej nie powstrzyma. Co o ironio, w jakiś sposób uspokajało legionistę.

***

Przy powitaniu jakie zgotowała im yarakańska gwardia, nie odzywał się. Cedmon i Zahija mogli tu najwięcej wskórać, a jego słowa mogły tylko zaszkodzić. Zatrzymał więc konia obok wiedźmy i strzepnąwszy z blach pustynny kurz, ciekawie przyglądał się uzbrojeniu żołnierzy. Zapewne stanowili niecodzienną czwórkę podróżnych, ale zgadywał, że nie za wielu rusamanamskich mężów będzie bez nijakiej obawy wchodzić w drogę wiedźmie krwi, która za obstawę ma thoerskiego legionistę. W najgorszym razie okażą ciało młodego szejka, które choć już nadpsute i wyczuwalne nosem, nadal książęce rysy twarzy dla poddanych przecież rozpoznawalne, nosiło. Może trzeba było dać Enki z jeden dzień, żeby go choć trochę spreparowała… Choć nie sądził by Ghaghanka marzyła o balsamowaniu trupa.

xeper 18-05-2018 12:35

Przez twarz kawalerzysty przemknął cień, gdy Cedmon wspomniał o synu szejka. Nie dopytywał się jednak o nic więcej, tylko wydał rozkaz swoim ludziom, żeby ogarnęli tabun prowadzony przez awanturników i powiedli go do miasta. Sam natomiast zwrócił się do bohaterów. – Skoro macie wieści o czcigodnym Khalilu, należy się Wam stawić przed obliczem szejka. Pojedziecie ze mną!

W asyście dziesięciu jeźdźców awanturnicy ruszyli w stronę miasta, najpierw mijając tętniące życiem podgrodzie. Przejazd jeźdźców wzbudził normalne w takich sytuacjach zainteresowanie, ludzie z zaciekawieniem patrzyli kto jedzie w asyście gwardii. Kramarze i rzemieślnicy podnosili głowy, dzieci i psy uciekały spod kopyt. Awanturnicy też z ciekawością przyglądali się temu, co działo się dookoła. Sklepikarze w typowy dla Rusanamani sposób zachwali swoje towary; przechodnie przy straganach oglądali i targowali się, nawet nie mając zamiaru kupować; większość warsztatów była otwarta wprost na zapyloną ulicę i można było dostrzec jak rzemieślnicy lepią garnki, wyplatają kosze i maty, szyją ubrania, tkają dywany lub pieczołowicie produkują misternie wykonaną biżuterię. Z kilku warsztatów dobiegał stukot młotków – to stolarze wytwarzali skrzynie, krzesła i stoły, a z okazałej kuźni zlokalizowanej niemalże przy bramie wiodącej na wznoszącą się ku górze drogę do miasta wydobywały się kłęby dymu.

Niezatrzymywani przez strażników przejechali przez wrota i po chwili wjechali do krótkiego tunelu, aby zaraz znów wyjechać na otwarty teren i znowu zniknąć w przejściu wykutym w skale. W końcu na szczycie wzgórza zatrzymali się przed kolejną bramą. Oficer okrzyknął strażników i solidna drewniana konstrukcja rozwarła się, ukazując prostą, wybrukowaną ulicę wiodącą na przestrzał przez Yarakan.

W oczy awanturników uderzyła biel murowanych budynków i złocenia znajdującego się na końcu alei pałacu szejka. Dowodzący oficer bez słowa wskazał na pałac i oddział pokłusował w tamtą stronę. Na górze było znacznie spokojniej niż w podgrodziu, jednak i tutaj ludzie z zaciekawieniem przyglądali się przejazdowi. Pod bramą pałacu dowódca zeskoczył z konia i zamienił kilka słów z wystrojonymi, silnie uzbrojonymi gwardzistami pilnującymi wrót ozdobionych złoconymi napisami zaczerpniętymi ze świętych ksiąg. Po chwili czekania brama rozwarła się i można było wjechać na otoczony krużgankami dziedziniec.

Na spotkanie przyjezdnych wyszedł potężny, łysy mężczyzna odziany w proste białe szaty i czarny fez. Skłonił się nisko, przytrzymując czapeczkę. – Saalam. Niech Fahim czuwa nad Wami w domu mego pana. Jestem Harmas, zarządzający domem szejka Rasula ibn Raula al Alabema. Nakazałem przygotować łaźnię i skromny poczęstunek. Gdy odświeżycie się po znojnej podróży, władca tej ziemi przyjmie Was i wysłucha wieści, jakie dla niego macie.

Harmas osobiście poprowadził bohaterów do skrzydła pałacu, w którym mieściły się łaźnie. Trzech niewolników czekało już z wodą, płótnem i rózgami, a w przyległym do łaźni pomieszczeniu przygotowano wino, chleb i bakalie. Po czasie niezbędnym do odświeżenia się zjawił się Harmas i długimi korytarzami, na ścianach których wiły się wymalowane rusanamańskie motywy, poprowadził bohaterów do komnaty, w której czekał szejk.

Władca spoczywał na stosie kaszmirowych poduszek, wachlowany przez dwie odziane w zwiewne szaty, jasnowłose niewolnice. Trzecia, czarnoskóra niewolnica stała tuż obok, trzymając tacę z daktylami. Sam szejk był siwowłosym, brodatym mężczyzną o wydatnym brzuchu, na którym nawet luźna, biała szata, w którą był odziany wyraźnie się opinała. Pulchną, opierścienioną dłonią sięgnął po kolejny smakołyk, gdy jego goście wchodzili do komnaty. Zaszczycił ich spojrzeniem, ale nawet nie wstał.

- Pochylcie głowy przed szejkiem Rasulem ibn Raulem al Alabemem, władcą z bożej łaski Yarakanu, Hal-Halamiri, Geteheni i ziem aż po horyzont widzianych z minaretu al’Ibima, najpokorniejszego sługi Fahima, wiernie żyjącego nakazami Siedmiu Proroków, obrońcy swego ludu i pogromcy niewiernych z zachodu.


Egil znów kręcił się po ulicach podgrodzia, wypytując o Ahmeda, człowieka za którym przebył pół kontynentu. Trop urywał się w Yarakanie lub jego okolicach. Relhad był pewien, że wcześniej nie zgubił śladu, co znaczyło, że tajemniczy Rusanamani musiał być w mieście lub zmienił kierunek podróży w jego okolicach. To, że Egil był obcokrajowcem wcale nie ułatwiało poszukiwań, gdyż mieszkańcy nie darzyli go zaufaniem, co z kolei przekładało się na ilość pieniędzy, jakie musiał inwestować w zdobywanie informacji. W sakiewce widać już było dno, a trop był nadal zimny.

Sternik zaczął więc rozpuszczać wieści o tym, że poszukuje czegoś do roboty. A że w pobliżu Yarakanu nie było żadnej żeglownej rzeki… w pobliżu Yarakanu nie było żadnej rzeki, Relhad musiał zająć się czymś innym. Przez jakiś czas rozważał możliwość ochraniania jakiejś wyruszającej z miasta karawany, ale to by znaczyło, że opuści miasto, a tym samym już permanentnie straci trop Ahmeda. Chciał też zatrudnić się jako strażnik w pałacu szejka, powiedziano mu jednak, że najemników nie potrzeba, bo gwardia złożona z samych synów rusanamańskiej ziemi jest w zupełności wystarczająca. Miał też kilka innych pomysłów, ale w końcu praca przyszła do niego sama. Pod postacią kobiety…

- Jestem Sabiha – powiedziała, gdy usiadła naprzeciw niego w kawiarni. Musiała należeć do sekty Yarywitów, gdyż poza ciemnymi, niemal czarnymi oczami nie widział nawet kawałka jej ciała, ukrytego pod czarną, ozdobioną srebrną nicią burką. Z drugiej strony nikt nie pozwoliłby yarywickiej kobiecie przebywać samej na ulicy, a tym bardziej rozmawiać z obcym mężczyzną. – Szukasz pracy. Ja taką dla Ciebie mam. Zjaw się po zachodzie słońca na tyłach pałacu Jajira ibn Raula, brata szejka Rasula – po tych słowach wstała z siedziska i szybkim krokiem oddaliła się.

Kerm 18-05-2018 14:05

Yarakan przyciągał wzrok i Cedmon wnet doszedł do wniosku, że warto by tu spędzić kilka dni - na rozrywkach wszelkiego rodzaju. Niestety - w perspektywie mieli nie tylko spotkanie z kupcami w odległym Sabol, ale - przede wszystkim - czekało ich spotkanie z szejkiem, a przekazywanie niepomyślnych wieści mogło się skończyć na przykład wręczeniem nagrody i wydaleniem ich z miasta.
To była wersja optymistyczna. Były też i inne, mniej wesołe, więc Cedmon, miast rozkoszować się widokami, zastanawiał się, jak ubarwić prawdę o śmierci czcigodnego acz bezmyślnego Khalila, by szejk nie wpadł w (nieuzasadnioną - zdaniem Cedmona) wściekłość.

* * *


Gość w dom...
W rodzinnych stronach Cedmona ofiarowanie wody i poczęstunku oznaczałoby przynajmniej dobę spokoju i bezpieczeństwa pod dachem tego, co przygarnął wędrowca. W cywilizowanych kręgach mogło to oznaczać tyle, że szlachetny szejk nie chce, by rozmówcy zasmrodzili mu komnaty i by im burczało w brzuchach podczas rozmowy.
Ale Cedmon nie wnikał w motywy, jakimi kierowali się gospodarz, i jego służb, i bez chwili wahania skorzystał i z łaźni, i z poczęstunku.
Zostawił też Hundura pod opieką wyznaczonych przez Harmasa ludzi.

* * *

Tak czasami bywało, że szacunek należało okazać nie temu, co na niego zasługiwał... a tylko głupiec nie okazałby szacunku komuś, kto ma do dyspozycji parę setek wojowników, a komu - na dodatek - przynosi się złe wieści o jego synu.
Ci, co przywożą dobre nowiny, nie narażają się na gniew władców. Pozostali powinni uważać na każde słowo.

- Niech Fahim ześle ci pociechę, szlachetny szejku - Cedmon skłonił się nisko - bowiem syn twój, czcigodny Khalil, zginął w walce z pradawnym, przeklętym złem. Przybyliśmy za późno, by ocalić mu życie i mogliśmy jedynie pomścić jego śmierć. I przywieźć jego ciało, by można go pochować z szacunkiem i zgodnie z tradycją.

Prince_Iktorn 18-05-2018 14:51


Karawanseraje na podgrodziu wrzały tumultem przekrzykujących się ludzi.
- Kup pan papugę! Bardzo ładna papuga, nawet mówi! Zna wszystkie wersety świętej księgi Fahima…
- Gaaarnki, świeżo wypalane gaaarnki…
- Konie, konie wierzchowe i juczne, pierwszoroczniaki, jakie tylko chcecie, z najlepszych stad wokół Yarakanu…
- Papugę, kup pan papugę!

- Ja tylko pytam, czy nie znacie przypadkiem wędrownego handlarza, Ahmeda Alhazreda?
- Oj panie, nie pamiętam, tylu tu ludzi handluje...

Wyciągnięta w stronę relhada ręka drgnęła lekko. Egil z cichym westchnieniem położył kolejne monety na wyciągniętej dłoni kupca. Ten uniósł je pod światło, uważnie obejrzał jeden z miedziaków, ugryzł go, po czym wyrzucił pod sąsiednią zagrodę, gdzie trzymano stado wielbłądów.
- Ten był fałszywy. Wyrzuciłem go, bo jak straż cię złapie, to za fałszywe monety ręce ucinają. – dodał z błyskiem w oku.

Egil zmiął w ustach przekleństwo.
- To jak, znasz Ahmeda?
- Od kiedy tu jestem, to jest od ośmiu dni, nikogo takiego nie widziałem, ani o nikim takim nie słyszałem. – kupiec odparł ze śmiechem.
Egil poczerwieniał ze złości, a ręka mimowolnie opadła na rękojeść miecza. Na ten widok kupiec cofnął się lekko i spuścił z tonu.
- Spokojnie, spokojnie, przybyszu. Rozumiem, że to dla ciebie ważne, inaczej byś nie płacił. Mogę ci obiecać, że popytam o niego.
- Tak zrób. Za kilka dni powinienem tu wrócić, wtedy porozmawiamy. – Egil uspokoił się nieco, w czym pomógł widok pół tuzina strażników sułtana. Wojownicy w swoich lśniących łuskowych pancerzach, spiczastych hełmach osłoniętych chroniącymi przed słońcem zawojami, uzbrojeni, zwracali uwagę na wszystkie zalążki kłopotów. Relhad zawinął się szczelniej zawojem, po czym ruszył dalej, w głąb podgrodzia.

***

Poszukiwania nic nie dały, a sakiewka była już prawie pusta. Najwyżej jedna noc. Na tyle stać go w Yarakanie. A co najgorsze, nigdzie go nie chcieli. Czy oni zmuszają ludzi do rozboju? Różne myśli przebiegały przez głowę Egila. Na szczęście pojawiła się owa tajemnicza Sabiha. Co dla Sternika było podejrzane, to to, że nie widział ani kawałka jej ciała. Pod tymi szatami mógł się skrywać każdy. Miejsce i czas spotkania także sporo mówiły. Pałac brata szejka, po zmroku. Relhadzkie rodziny trzymały się razem, to był niemal warunek ich przetrwania na surowej północy, ale i tam zdarzały się zdrady. Te, które wywoływały największe tragedie. Czego mógł chcieć od niego ktoś tak wysoko postawiony, a czego nie mógłby załatwić dostępnymi mu środkami?
Egil siedział w wynajętym namiocie, ostrząc broń. Relhadzki miecz przeszedł z nim drugą drogę, do tego za pas sztylet i topór. Sternik nie miał zamiaru wchodzić w nieznane. Pozostałą mu część dnia chciał poświęcić na obejście okolicy Pałacu Jajira ibn Raula, poznanie uliczek dokoła niego, odległości od bram miejskich. Chciał także popytać miejscowych, czy nie znają tej Sabihy, i co sądzą o bracie szejka.
Nie wypływa się w rejs bez przygotowania, prawda?

***

Gdy nastał wieczór, zgodnie ze słowami kobiety, Egil znalazł się pod bramą pałacu brata szejka Yarakanu. Jego ciało osłaniała opończa, odznaczając się na ramieniu, przez które przewieszona była tarcza. Relhad trzymał dłoń na rękojeści miecza, mając jednak nadzieję, że nie będzie musiał go użyć.

Marrrt 22-05-2018 23:25

Minął co prawda ledwie tydzień podróży, ale legionista z przyjemnością zrzucił z siebie zbroję i pozwolił się obmyć niewolnikom. Z jedzeniem tylko sobie specjalnie nie pofolgował. Bakalii powoli zaczynał mieć dość, a i apetyt jakoś mu nie sprzyjał. Przełknął kilka kęsów pokrytego kminem rusamanamskiego chleba, popił winem, przywdział na powrót lorikę i był gotowy na spotkanie z szejkiem.

***

- Ave szlachetny szejku. Twoja wielkość i niezłomność znana jest po obu stronach Res Horab i sięga daleko w głąb Imperium - legionista pochylił głowę i pokłonił się przed władcą Yarakanu zgodnie z zaleceniem jego majordomusa. Miał wrażenie, że ugięty pokornie orzeł Octaviusa może przypaść do gustu władcy. Bo tytułowanie wybrał takie nie przez jakąś źle pojętą uszczypliwość, ale dlatego iż to oblicze szejka było mu rzeczywiście znajome - Potwierdzenie słów mego druha Cedmona znajdziesz u wszystkich od Vazikh po Hazalah. Z ciałem syna wiedziemy również konie jego, które powiodły go na tę ostatnią wyprawę.

xeper 25-05-2018 22:07

Dłoń szejka zastygła w połowie drogi do ust. Wachlarze trzymane przez niewolnice nagle przestały się poruszać. Wszystko na moment stanęło w miejscu. Potem daktyl upadł na podłogę, a Rasul zerwał się na równe nogi, co przy jego tuszy wydawało się niemożliwe.

- Kłamiecie! - ryknął i zaczął targać brodę, tocząc pianę z ust. - Nie wierzę! Nieeee! Jak? Dlaczego? - krzyczał i miotał się naokoło. Zrobił się cały czerwony na twarzy i dopiero towarzyszący awanturnikom Harmas szybko podszedł do niego i siłą usadził z powrotem na poduszkach. Przez chwilę mówił coś do szejka przyciszonym głosem, a ten stopniowo się uspokajał, zatapiając twarz w dłoniach. Jego ciałem wstrząsały spazmy. Harmas dał znak służce, aby przyniosła wody. Władca Yarakanu wypił cały puchar i podniósł czerwone, mokre oczy na awanturników.

- Mówcie, jak to się stało - rozkazał. Gdy wyjaśniali, majordom zorganizował wszystko, co trzeba aby odpowiednio zadbać o ciało Khalila. Szejk słuchał w milczeniu, a jego usta poruszały się w bezgłośnej modlitwie do Fahima. - Zostaniecie wynagrodzeni. Teraz zostawcie mnie samego z mym synem - powiedział na koniec, kiedy wniesiono do komnaty mary z leżącymi na nich, przykrytymi białym całunem zwłokami młodzieńca. Harmas przysłał sługę, który poprowadził bohaterów do przeznaczonych dla nich komnat.


Relhad czekał już dosyć długo i zaczynał obawiać się, że został wystrychnięty na dudka. Szykował się nawet do odejścia, gdy z cieni po przeciwnej stronie placu wychyliła się jakaś postać i dała mu znać, żeby podszedł. Okazało się, że była to Sabiha. Tym razem również była ubrana na czarno, ale burkę zastąpiła luźnymi szarawarami i wygodnym kaftanem. Czarne włosy miała upięte pod chustą i Egil mógł przyjrzeć się jej twarzy. Wedle rusanamańskich standardów była piękna...

- Miałeś czekać na tyłach, a nie przed główną bramą - zrugała go. - Chyba jednak nie do końca znasz nasz język. Chodź!

Obeszli pałac, tak aby znaleźć się na tyłach budynku. Tam, w bramie jakiegoś domu czekał jeszcze jeden człowiek. Mężczyzna również odziany na czarno. Przy jego boku zwisał długi, zakrzywiony kindżał. - To Osam - przedstawiła go Sabiha, na co ten tylko skinął głową.

- Czekaj tu na nas i pilnuj, żeby ta droga była wolna. Przez cały czas! Jak ktoś się pojawi to go spław, albo załatw, nic mnie to nie obchodzi. Zrozumiałeś? - zapytała.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 11:58.

Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0


1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166