Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Fantasy
Zarejestruj się Użytkownicy

Sesje RPG - Fantasy Czekają na Ciebie setki zrodzonych w wyobraźni światów. Czy magią, czy też mieczem władasz - nie wahaj się. Wkrocz na ścieżkę przygody, którą przed Tobą podążyły setki bohaterów. I baw się dobrze w Krainie Współczesnej Baśni.


 
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 07-05-2019, 11:49   #1
 
Dedallot's Avatar
 
Reputacja: 6697 Dedallot ma wspaniałą reputacjęDedallot ma wspaniałą reputacjęDedallot ma wspaniałą reputacjęDedallot ma wspaniałą reputacjęDedallot ma wspaniałą reputacjęDedallot ma wspaniałą reputacjęDedallot ma wspaniałą reputacjęDedallot ma wspaniałą reputacjęDedallot ma wspaniałą reputacjęDedallot ma wspaniałą reputacjęDedallot ma wspaniałą reputację
[autorski] Tales of Ballen: Butcherbird (Sesja 18+)

Już od dawna nie opuszczałaś murów klasztoru, pamiętałaś, że kiedyś jako dziecko brałaś udział jako pomoc do mszy, którą prowadził jeden z zakonników, podczas gdy lokalny kapłan zaniemógł.
Teraz byłaś już dorosła, a nawet więcej, sama już mogłaś ubiegać się o przywilej kapłaństwa.
Dziś jednak towarzyszyłaś swojemu opiekunowi, steranemu wiekiem i dość ponuremu duchownemu, który jak lubił sam to określać “wiedział na czym świat stoi”. Starzec wspinał się kamienistą ścieżką w kierunku samotnej chaty stojącej na wzgórzu nieopodal wsi.

Tereny wolnych ziem były dość sielskim regionem o umiarkowanym klimacie, choć była to chyba najbardziej zaludniona przez “nieludzi” część całego cesarstwa, dlatego też na znajdujących się wokoło polach częściej widać było krasnoludów, czy nawet elfów, niż przedstawicieli twojego gatunku.

Miałaś doskonały widok na jego łysą, pokrytą przebarwieniami głowę i zgarbiony, okryty białym jak śnieg habitem grzbiet… i choć starzec ten zdawało się, ledwie trzymał się na własnych nogach, wiedziałaś, że nie miał sobie równych w walce buławą i berdyszem.

– I jak ci się podoba na zewnątrz? – Zapytał nagle, pomiędzy stęknięciami.

- Ciepło i słonecznie. Przyjemna odmiana od zimnych korytarzy zakonu - skomentowałam dostosowując tempo swojego kroku do idącego przede mną mężczyzny. - Choć pewnie zmieniłabym zdanie, gdybym miała na sobie pancerz - dodałam, spoglądając na krótką chwilę w kierunku słońca, wystawiając twarz na jego promienie.

– I tak większą część czasu spędzasz w ogrodzie zielnym albo na placu treningowym – Zaśmiał się. – Trudno cię zagnać do sali operacyjnej albo do doglądania pacjentów… Tak czy siak… dużo myślałem o tobie ostatnio i rozmawiałem na twój temat z przeorem – Zaczął myśl, ale nie dokończył, jakby celowo trzymając cię w niepewności, musiałaś przyznać, że mistrz Galadriel był w wyjątkowo dobrym nastroju.

Uśmiechnęłam się słysząc komentarz mentora, który najwyraźniej cały czas miał mnie na oku, skoro był świadom jak wyglądał mój typowy dzień. Wbiłam spojrzenie w jego plecy, gdy wspomniał o rozmowie z przeorem.
- Żywię głęboką nadzieję, że oznacza to dla mnie jakąś pozytywną zmianę w monotonii życia zakonnego - odparłam oceniając to po sposobie w jaki o tym wspomniał.

– Zastanawiasz się może gdzie idziemy? – Zmienił - temat.

- Do rodzącej raczej nie idziemy, bo wtedy mielibyśmy szybsze tempo - skomentowałam, skreślając jedną z możliwości.

– Jest w pewnym sensie całkowicie odwrotnie… choć nie do końca. – Powiedział niezbyt jasno. – Jak zapewne wiesz, nasza religia składa się z oddawania czci siódemce bogów… opiekunów wszystkich żywych istot i praw świata. My jesteśmy wykonawcami woli Toriela, Pana miłosierdzia i sprawiedliwości… choć mówienie ci tego jest powtarzaniem oczywistości… o pozostałych bogach możesz nie wiedzieć jednak zbyt wiele i to jest oczywiste, bo jako zakonnicy nasze życie poświęcamy całkowicie bogu, któremu służymy. W tej chwili idziemy spotkać się z kapłanką Eldrasa, boga śmierci i zapamiętania. Razem z nią udamy się potem do pewnego starszego wiekiem mężczyzny, który przed śmiercią prosił o spotkanie z kapłanami Toriela. Oczywiście zgodnie z obrządkiem musi być z nami strażnik spokojnej wędrówki, jak nazywają kapłanów Eldrasa – Wyjaśniał co jakiś czas gubiąc oddech. Mogłaś jednak dostrzec, że chata, do której było wam coraz bliżej nie prezentowała się jak miejsce dla duchownego, a raczej jak chałupa jakieś wiedźmy czy pustelnika.

Pokiwałam głową ze zrozumieniem. Popatrzyłam też ze współczuciem na Galadriela.
- Może zatrzymamy się na chwilę? - zaproponowałam. - Bo chyba kamień mi wpadł do buta i teraz uwiera - dodałam naprędce, że to niby wcale nie z jego powodu mielibyśmy zrobić przerwę we wspinaniu się na wzgórze.

– Dobrze… – Starzec zatrzymał się i wziął kilka głębszych oddechów. – Ale nie musisz się nade mną litować… Toriel daje mi jeszcze siły i jeszcze niejedno zamierzam dla jego chwały zrobić – Rzucił, a potem wykorzystał chwilę by przysiąść na jednym z przydrożnych głazów. – Jeśli chodzi o kapłanów Eldrasa… to wiedz, że nie są tacy jak większość duchownych… unikają tłumów, nie tworzą klasztorów, miast tego wolą osiedlić się niedaleko jakiejś osady i służyć, gdy trzeba kogoś poprowadzić ku łasce bogów. Są cisi i łagodni. Zawsze zamyśleni i… niemożliwe wręcz cierpliwi. Ponoć kiedyś jeden z nich czuwał przy umierającym przez dwa miesiące, nie odstępując od jego łóżka… choć to może być tylko legenda. Tak samo jak to, że nasza siostra Waleria z zachodu miała uzdrawiający dotyk, a jej łzy wskrzeszały umarłych – Zaśmiał się, ale jego śmiech zamienił się zaraz w kaszel. Po chwili uspokoił oddech. – To bzdury… ani człek, ani elf ani żaden śmiertelny tego nie potrafi. Tylko bogowie! – Uderzył się otwartą dłonią w kolano i wstał. – Chodźmy, bo nam zdąży nasz wierny umrzeć nim do niego doczłapiemy.

- Albo ktoś mu jeszcze zechce dotrzymać towarzystwa w jego drodze - powiedziałam z przekąsem, niejako w komentarzu do jego zadyszki. Nieśpiesznie skończyłam swoje przedstawienie z szukaniem kamienia w bucie, po czym założyłam go z powrotem na nogę. - Chodźmy zatem - skinęłam na niego głową, gdy stanęłam na obu nogach i się wyprostowałam.

– Nie kłopoczcie się… – Usłyszeliście nagle głos od strony chaty. Drogą w waszym kierunku podążała kobieta o dość potężnej budowie ciała, ubrana w czarny habit z kapturem, kaptur zaś połączony był z białą maską w kształcie czaszki, która osłaniała jej twarz. – Miło cię widzieć ojcze Galadrielu. – Powiedziała łagodnym, choć jakby nieobecnym głosem kobieta. – Widzę, że zabrałeś ze sobą uczennicę. Czy to o niej mi opowiadałeś ostatnio?

– Nic nie umknie twojej uwadze siostro Morrisano. – Powiedział uśmiechając się do niej. – Nie mogłaś się nas doczekać?

Kobieta nic nie skomentowała, tylko podeszła do ciebie.
– Marion… Tak? – Kapłanka górowała nad tobą wzrostem.

Pokiwałam głową i spojrzałam pytająco na swojego mentora, zastanawiając się co takiego ten mógł dla mnie szykować przy okazji wypełniania ostatniej woli konającego.

– Zapewne nie powiedziano ci dlaczego zależało twojemu zakonowi, abyś się ze mną spotkała… – Pokiwała głową. – Nie szkodzi. Po tym jak wypełnimy naszą misję, będziemy mogły w spokoju porozmawiać. – Dodała i ruszyła w dół ścieżki. Twój mistrz spojrzał na ciebie z szelmowskim uśmiechem i ruszył za ubraną na czarno kapłanką.

Droga do wsi mijała wam w ciszy, obecność Morrisany, budziła jakieś takie uczucie melancholii i sprawiała, że wolało się wybrać milczenie nad rozmowę. Nawet wieśniacy widząc trójkę kapłanów pochylali głowy i zdejmowali kapelusze, choć miałaś raczej wrażenie, że jest to reakcja na pojawienie się strażniczki spokojnej wędrówki.
Mogłaś łatwo dostrzec, że ciało Morrisany ledwie mieściło się w jej stroju, jakby nie należało do łagodnej kapłanki, a do zaprawionej w bojach wojowniczki, którą tylko przebrano w zakonne odzienie.

Po kilku chwilach wasza trójka dotarła do niewielkiego dworku, zapewne należącego do najbogatszego z tutejszych. Budowla miała przed wejściem dwie kolumienki z drewna, a przed wejściem czekała elfia niewolnica, która gięła się w pokłonach wpuszczając was do środka.

W sieni jednak czekało na ciebie niemałe zaskoczenie, ponieważ zamiast, jak się tego spodziewałaś, wejść by zobaczyć się z umierającym, twój mistrz odwrócił się do ciebie i rzekł.

– Proszę cię, abyś pozostała tutaj i zaczekała na nas. Podczas rozmowy z gospodarzem tego domu musimy pozostać sami. – Powiedział starzec, a później wraz z odzianą na czarno weszli w głąb domu.
Pozostałaś w sieni wraz z niewolnicą. Młodsza od ciebie elfka stała zesztywniała jakby czekając na rozkaz, z twojej strony.

Co chwilę zerkałam na drzwi, za którymi zniknęli moi towarzysze. W końcu jej skupiłam uwagę na osobie niewolnicy.
- Przynieś jakiegoś napitku - nakazałam jej.

– Tak proszę Pani. – Skłoniła się dziewczyna, była ubrana prosto, w strój posługaczki, złożony z płóciennej sukienki, fartucha, i czepka na głowie, jak większość wieśniaków była bosa. O jej stanie świadczyło to, że na policzku miała wypalone znamię. – Czego chcesz się napić wielebna? – Zapytała zaraz.

- Cokolwiek byle szybko - odparłam i odwróciłam spojrzenie od niewolnicy, znów interesując się zamkniętymi drzwiami.

Dziewczyna szybko czmychnęła wejściem do kuchni, by po chwili wrócić z pełnym kubkiem.
– Nasz Pan kazał podjąć was najlepszym co tylko mamy… szkoda, że kapłan i kapłanka niczego sobie nie zażyczyli. – Powiedziała usłużnie młoda kobieta podając ci naczynie.

- Weźmiemy na drogę - odparłam i wzięłam do ręki kubek. Powąchałam zawartość zanim zdecydowałam się napić.

Ciecz okazała się winem, a zapach wskazywał, że stosunkowo dobrym, być może nawet porównywalnym z tym z klasztornych piwnic.

– Oczywiście… – Powiedziała elfka – ... Mój Pan… – zaczęła a potem przełknęła ślinę i kontynuowała. – Mój Pan gdy tylko wynajęty medyk powiedział mu, że nie dożyje jesieni, natychmiast zaczął zabiegać, aby spotkać się z wami wielebni… nikt ze służby nie wie dlaczego… – westchnęła. – ...tak naprawdę martwię się co czeka nas potem… co czeka mnie… wiem, że zostanę sprzedana… ale tak bardzo się boję, że trafię do burdelu… albo… jeszcze gorzej. – Stan kapłański Marion skutecznie ośmielił niewolnicę, być może była to najdłuższa wypowiedź na jaką elfka do tej pory zdobyła się przy osobie wolnej.

Młoda kapłanka słuchała tej wypowiedzi z nieprzeniknionym obliczem. Popijała w tym czasie wino, które faktycznie było dobre. Pozwoliła wygadać się niewolnicy i nie było po niej widać by jakkolwiek złościło ją to, że zawraca jej głowę. A mogła przecież spokojnie ją pogonić.

- To udowodnij, że jesteś warta więcej - odezwałam się w końcu. Mówiłam tonem mędrca, takim który sprawiał, że wieśniacy uznawali mówcę za wszechwiedzącego. - Nikomu nie opłaci się oddać do burdelu na przykład zręcznej kucharki.

– Mój Pan nie ma dziedziców… jeśli umrze, jego włości i wszystko co do niego należy zostanie sprzedane podczas licytacji… wiem to… – Westchnęła. – Jestem tylko zwykłą posługaczką, do tego młodą i niedoświadczoną… nie mogę liczyć na wiele… ja… ja chciałam tylko prosić o modlitwę w mojej intencji, wielebna. – Powiedziała błagalnie.

- Pan miłosierdzia i sprawiedliwości sprzyja nam wszystkim. Pomodlę się za ciebie po powrocie do zakonu - odparłam nie chcąc dalej pouczać elfki, bo jeśli faktycznie były to już ostatnie dni nim jej pan wyzionie ducha, to było już mocno za późno uczyć się przydatnego fachu. Oddałam też zaraz niewolnicy pusty kubek.

– Dziękuję ci Pani – Oczy dziewczyny rozbłysły jakby wlaną w nią nadzieją. Było to o tyle zaskakujące, że elfy w większości czciły swoją jedną boginię i tylko do niej kierowały modły. No cóż, zgodnie z nowymi prawami cesarza nie było już nowych niewolników z łapanek, więc można było się domyślić, że ta tutaj urodziła się w niewoli. Dziewczyna odebrała naczynie i zaraz zapytała. – Czymś jeszcze mogę ci służyć, pani? Może przyniosę choć zydel, byś mogła sobie usiąść?

- Tak, to dobry pomysł - skinęłam głową, chwaląc pomysł niewolnicy.

Nim dziewczyna zdążyła jednak wykonać posługę, drzwi otwarły się. Stanął w nich mistrz młodej kapłanki. Jego dłonie drżały, a twarz miał bladą. Wyglądał teraz bardziej ponuro niż kiedykolwiek, jego poranny, dobry nastrój był jak dawno zapomniany sen. Starzec zachwiał się i oparł dłonią o framugę drzwi. Mogłaś zauważyć, że prawa ręka mężczyzny ocieka krwią.

Zamarłam. Pierwszym moim odruchem było sięgnięcie dłonią do pasa, do rękojeści miecza który zawsze miałam przy sobie.
- Co się stało?! - syknęłam i doskoczyłam do mężczyzny, gdy początkowe zszokowanie mi minęło, chcąć pomóc mu ustać. Od razu zaczęłam przyglądać się gdzie mógł zostać raniony mój mentor.

– To nie moja krew… – Rzucił szorstko. – Talarian nie żyje. – Mruknął.

Na te słowa niewolnicy gliniany kubek wypadł z dłoni i rozbił się o klepisko.

– Zanim zabrałaby go choroba chciał wyznać swoje grzechy i oczyścić się przed bogami… – Oparł się plecami o framugę. – Udzieliłem mu miłosierdzia i sprawiedliwości Toriela… przez tyle lat… tyle lat… – warknął i ruszył do wyjścia z chaty.

Wyjaśnienie do kogo należała krew zaraz mnie uspokoiło. Natychmiast zabrałam dłoń od miecza i spojrzałam na niewolnicę.
- Przynieś butelkę z winem. Już! - powiedziałam, dodając na koniec ponaglenie ostrym tonem.

Dziewczyna była w takim szoku, że nie zdołała się ruszyć, dopiero twój ton ją ocucił i natychmiast pobiegła spełnić żądanie.

Starzec stał teraz przed chatą oparty o jedną z jej ścian. Smutny i wściekły jednocześnie.

Zmarszczyłam brwi, bo cokolwiek wprawiło, tego starego prawie jak świat człowieka, w taki stan nie mogło być zwykłym przewinieniem. Podeszłam do niego, ale gdy zatrzymała się przed nim, nie odezwałam się, wyłącznie patrzyłam na niego pytająco.

– Oszukiwał nas wszystkich przez tyle lat… – Westchnął. – Był nadwornym kapłanem hrabiny Karien… nie znasz jej, była władczynią tych ziem nim się urodziłaś… została ona zabita przez swoją niewolnicę… – Walnął pięścią w deski. – ... Niewolnicę, nad którą, razem się pastwili… pastwili się nad dzieckiem… gwałcili ją i katowali… Ten… ten… – Powstrzymał się. – Zbrukał swoje kapłaństwo… dopuścił się potwornych czynów… i ukrywał to przez tyle lat… a teraz… teraz żeby nie zdychać w męczarniach choroby… wykorzystał miłosierdzie Toriela… – Spojrzał ci w oczy. – Wyciągnij lekcję… tacy bywają ludzie… i to nawet, nawet pośród nas… – Przygryzł zęby. – Teraz niech bogowie go sądzą… wierzę w ich rozsądek. Ale strzeż się… strzeż się, aby nigdy nie dać się zwieść złu… bo nawet kapłan nie jest na nie odporny.

Dziewczyna zaraz przybiegła z butelką wina i kubkami. Kapłan odebrał je od niej i skinął z podziekowaniem.

– Właśnie dlatego… oprócz broni, nosimy też bandaże… by nie dać się pochłonąć ciemności… broń… – Mówiło mu się coraz ciężej, – Broń daje władzę… a władza nas psuje… Zapamiętaj to. – Musiał na chwilę zamilknąć by odzyskać oddech, potem nalał sobie wina i opróżnił kubek jednym ciągiem.

Kiwałam tylko głową na słowa wypowiadane przez Galadriela. Bo cóż miałabym powiedzieć? Byłam zbyt młoda i niedoświadczona, żeby z nim dyskutować. To było okrutne o czym opowiedział, ale niestety nasza posługa taka właśnie była. Mieliśmy karać, ale musieliśmy okazywać miłosierdzie nawet takim zwyrodnialcom, zapewniając im szybką śmierć. Tak po prawdzie jeszcze do końca nie docierała do mnie waga zbrodni ukaranego.
- Gdy wrócimy zaparzę coś na twoje nerwy - powiedziałam cicho, dość nieporadnie starając się zmienić temat. Żałowałam teraz, że nie zabrałam ze sobą jakiś suszonych ziół na drogę. - Co teraz będzie z jego majątkiem? Jego sługami? - zapytałam mentora.

– Nie wiem… – Westchnął. – A ty nie wracasz ze mną dziś do klasztoru.

– Dziś pójdziesz ze mną siostro Marion – Powiedziała wychodząc z chaty Morrisana. – Przeor nalegał abym na jakiś czas wzięła cię do siebie. Jeśli zaś chodzi o majątek i sług naszego brata, który bardzo zbłądził, zostaną sprzedane. Porozmawiam jednak w tej sprawie z włodarzem. Jak sądzę, po tym wyznaniu, i przeor waszego klasztoru uzna za słuszne zabrać głos w tej sprawie. Jednak to sprawa dnia jutrzejszego. A teraz – Zwróciła się do starca. – Poradzisz sobie z powrotem?

– Jestem stary, nie kaleki – mruknął i nalał sobie kolejny kubek wina. – Przepraszam, że nieświadomie wciągnąłem cię w tak paskudną sprawę Marion – Powiedział do swej uczennicy – Nie tego się spodziewałem idąc tutaj... Na pewno nie tego…

– A zatem… zechciej iść za mną moja siostro – Powiedziała wysoka kapłanka i ruszyła przez wieś, miała szybki krok, ale wyraźnie pozwalała młodszej z kobiet się dogonić.

Byłam skołowana tym wszystkim. Wpierw wizyta u umierającego, który okazał się być zboczeńcem chcącym oszukać swoje przeznaczenie konania w bólach, przez wyznanie swych grzechów kapłanowi, który nie mógł pozostawić tego bez reakcji. A teraz bez uprzedzenia, miałam iść z zupełnie obcą mi kobietą.
- Mogłeś uprzedzić, żebym spakowała się... - mruknęłam do mentora, starając się z całych sił ukryć w głosie pretensję. Chwilę wahałam się, przez co miałam kawałek by nadgonić Morrisanę. Szybkim krokiem udałam się w jej ślad, zgrzytając zębami w niezadowoleniu. Starałam się nie patrzeć za siebie.

– Złość? – Zapytała łagodnym, ale pełnym opanowania głosem ubrana na czarno i zamaskowana kobieta. – Teraz z przyjemnością odpowiem na twoje pytania. – W jej głosie zagrała nuta wesołości. – Bo jak domyślam się masz ich sporo.

- Raczej konsternacja... - odparłam z kwaśną miną, na pytanie kapłanki Eldrasa. - Tak mam pytania. Będę wdzięczna za odpowiedzi - powiedziałam z szacunkiem. Niepewnie spojrzałam przez ramię, tam gdzie został jej mentor. - Czemu idę z tobą, siostro?

– Najbardziej oczywiste pytanie. Przeor twojego klasztoru uważa, że płonie w tobie ogień… ogień gorliwości, zaiste szlachetny u samych swych podstaw, jednak… nieokiełznany. Z tego co mi o tobie powiedziano jesteś wychowanką klasztoru od najmłodszych lat. A jednak, twoje wybory i decyzje dowodzą, że bycie zamkniętą za murami nie leży w twojej naturze, z drugiej jednak strony wypuszczenie cię abyś pielgrzymowała też uważają za nadmierne ryzyko, sądzą że zbyt szybko mogłabyś zobaczyć na drogę gniewu i zemsty. A zatem masz spędzić kilka dni pod moimi skrzydłami, a ja mam nauczyć cię kilku rzeczy, które wiem, na temat właściwego ukierunkowywania tego ognia. – Mówiła nie zatrzymując się. – Czy rozumiesz już dlaczego idziesz ze mną?

Milczałam, rozważając co powinnam odpowiedzieć. Do tej pory wydawało mi się, że całkiem dobrze się nie ujawniałam z tym co ostatecznie sprawiło, że znalazłam się tu i teraz, podążając w ślad za kapłanką w czerni. Wręcz zaniepokoiło mnie stwierdzenie o obawach zakonu, które blokowały mnie przed wyruszeniem w pielgrzymkę. Czyżby to miała być jakaś moja ostatnia szansa? Chyba powinnam być wdzięczna, że przełożeni szukali dla mnie rozwiązania zamiast zastosować drastyczne środki. Nawet nie chciałam myśleć jakie mogły one być.

- Bo masz w tym doświadczenie? – odparłam bardzo zachowawczo.

– Nie często kapelanem zostaje kapłan boga umarłych. Mimo, że nie my przenosimy śmierć, aż nazbyt jesteśmy jej bliscy i wielu czuje przy nas lęk. A przesądni uważają nas za zły omen. A jednak mi przypadł ten obowiązek. Byłam wtedy młodsza od ciebie. Nie były to czasy cesarza, a chan orków z północy często wysyłał oddziały grabieżcze w te regiony. Przelewałam krew… dużo krwi.- Powiedziała odrobinę nieobecna. – Poznałam śmierć. Nie taką jak ta, która jest wolą mojego pana, łagodna i cicha, w otoczeniu bliskich umierającego, który nie zostaje zapomniany. Nie. Widziałam śmierć brutalną, okrutną i łapczywą, taką która pożera nawet wspomnienia. Mój ogień wtedy niemal zgasł. Twój zakon nie chce by stało się to i tobie, lecz nie chce też by zamienił się w niszczycielski pożar, jak to kiedyś było ze mną.

Przyglądałam się starszej siostrze w posłudze bogom. Jej spokój i opanowanie sprawiało, że trudno było uwierzyć, że mogłaby ona kiedyś stracić nad sobą kontrolę. Ale mimo to po jej opowieści wydawało mi się, że może faktycznie była ona właściwą osobą by pomóc mi zapanować nad tym co czasem gotowało we mnie.
- I zaledwie kilka dni miałoby mi pomóc? - spytałam, starając się nie brzmieć zbyt sceptycznie.

– Byłaby to naiwność tak sądzić. Ja mam przygotować cię do drogi, którą potem będziesz iść sama. Powiem ci tylko jak uniknąć pułapek w które ja wpadłam. – Wieś pozostała już za waszymi plecami i teraz szłyście przez pola w kierunku wzgórza, na którym stała chatka kapłanki. – Powiedz mi, szczerze, co pragniesz robić jako osoba duchowna?

Westchnęłam przeciągle.
- Chce jak najlepiej wypełniać swoją rolę - odpowiedziałam. - Nie wiem jakie obawy względem mnie ma mój zakon, bo niestety nikt ze mną o tym nie rozmawiał - dodałam, niezbyt dobrze kryjąc w tej wypowiedzi pretensję o to. - Ale zapewniam, że jest moim celem przestrzegać zasad, które zostały mi wpojone przez te lata.

– Nie podważam tego, jednak interesuje mnie co ciebie osobiście motywuje do tego aby żyć zgodnie z tymi zasadami. Dlaczego chcesz ich przestrzegać? – Spojrzała na swoją towarzyszkę, a ty mogłaś zobaczyć dwoje zielonych, łagodnych oczu, spoglądających wprost z oczodołów porcelanowej czaszki.

- Ta droga została wybrana za mnie - zaczęłam. - Nie będę kłamać, że nie zdarza mi się zazdrościć, gdy pomyślę, że moi bracia opływają w dostatek i luksusy. Ale to mi mija, jak tylko przypomnę sobie czemu służy nasza rola. Naprawdę wierzę w naszą misję. - Kara musi dosięgać winnych, żeby zwyrodnialcy nie czuli się bezkarni.

– I uważasz, że to właśnie jest misja twojego zakonu i wola twojego boga? – Zapytała, w jej głosie nie było sarkazmu ani krytyki, tylko szczere, dociekliwe pytanie. – Usiądźmy tutaj przy drodze – Wskazała ci trawiasty wzgórek znajdujący się na skraju jednego z pól.

- To jest na pewno ta część, która najbardziej do mnie przemawia - odpowiedziałam. - Zapewne zostałaś już uprzedzona, że nie jestem dobra we wszystkich aspektach posługi dla mojego boga - kontynuowałam, gdy usiadłyśmy przy drodze.

Kobieta zsunęła buty i zdjęła maskę. Jej twarz nie była surowa jak mogłoby się wydawać. Miała delikatne rysy twarzy i jedyną poważną skazą była długa blizna ciągnąca się od czoła, przez nos aż po podbródek. Zsunęła kaptur ukazując długie włosy w kolorze jesiennych liści.

– Uważa się, że my jako kapłani boga śmierci chcemy by ludzie umierali… że nasz pan chce śmierci… – przeczesała włosy palcami rozpuszczając je na wietrze. – Nasz pan nie chce by ktokolwiek umierał… ale gdy już po kogoś przychodzi śmierć, on jest blisko by go przyjąć do swej krainy pamięci. Tak samo my… nie pragniemy patrzeć na śmierć, ale gdy ktoś odchodzi, chcemy być blisko by w tej ostatniej chwili nie był sam… Pragniesz karać złych… ale gdy ten zły kona, nasz Pan tak samo przychodzi mu towarzyszyć. Karać… złych… – Powtórzyła te słowa jakby ważąc na języku każde z nich, ich ciężar. – Lecz każdego z nich najpierw zawsze zachęcacie do okazania skruchy? Czy zastanawiałaś się nad tym dlaczego? Dlaczego tak zależy waszemu Panu na skrusze grzesznika, jeśli ona i tak nie ocali jego życia?
 
__________________
Czy widział ktoś Ikara? Ostatnio kręcił się przy tamtych nietestowanych jetpackach...

Ostatnio edytowane przez Dedallot : 10-05-2019 o 09:57.
Dedallot jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
 



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 05:21.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169