Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Fantasy
Zarejestruj się Użytkownicy

Sesje RPG - Fantasy Czekają na Ciebie setki zrodzonych w wyobraźni światów. Czy magią, czy też mieczem władasz - nie wahaj się. Wkrocz na ścieżkę przygody, którą przed Tobą podążyły setki bohaterów. I baw się dobrze w Krainie Współczesnej Baśni.


Odpowiedz
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 25-01-2020, 21:05   #1
 
Arthur Fleck's Avatar
 
Reputacja: 11614 Arthur Fleck ma wspaniałą reputacjęArthur Fleck ma wspaniałą reputacjęArthur Fleck ma wspaniałą reputacjęArthur Fleck ma wspaniałą reputacjęArthur Fleck ma wspaniałą reputacjęArthur Fleck ma wspaniałą reputacjęArthur Fleck ma wspaniałą reputacjęArthur Fleck ma wspaniałą reputacjęArthur Fleck ma wspaniałą reputacjęArthur Fleck ma wspaniałą reputacjęArthur Fleck ma wspaniałą reputację
The Witcher RPG: Potwór wśród nas

POTWÓR WŚRÓD NAS


***

Nocą spadł rzęsisty deszcz a kiedy w końcu nastał chłodny poranek, trakt wiodący do Białego Mostu stał się błotnistą breją, bagnem, w którym grzęzły wozy, bryczki i furmanki. Konie ciągnące dobytek, kulały lub padały z wycieńczenia a im bliżej Pontaru tym częściej można było zauważyć zwierzęce truchła obsiadane przez muchy i larwy. Tak wyglądał przedsmak wojny. Kiedy tylko gruchnęła wiadomość, że wojska Nilfgaardu przekroczyły południową granicę Temerii i kierują się na Wyzimę, ludzie porzucili swoje domy, nieczęsto z takim trudem odbudowywane po poprzedniej wojnie.
Fala uchodźców uciekała na północ, do Redanii. Przypominała ruchome miasto na kółkach. Wiedźmin przez jakiś czas starał się unikać tłumu, trzymać z boku tej karawany przerażonych wieśniaków, mieszczan, rzemieślników, kupców i dezerterów. Każdego dnia od wschodu, zachodu i południa na trakt przybywało coraz więcej wozów, koni i ludzi. Chcąc nie chcąc Draugdin zmuszony był podróżować teraz wśród tej przerażonej tłuszczy, nieczęsto zazdrośnie spoglądającej na jego wierzchowca i dobytek schowany w jukach. Dwa miecze, jeden z czystej stali, drugi srebrny, na potwory, skutecznie odstraszały wszelakiej maści złodziei i szubrawców. Nie bały się go za to wszeteniczce, liczące chyba, że chuć mutanta pozwoli im napełnić puste żołądki. Może i wiedźmin korzystałby z tego rodzaju rozrywek, gdyby nie liczył teraz każdej korony, każdego grosza jaki pozostał mu w sakiewce. Redańczycy nie kwapili się, by przepuszczać przez Pontar uciekinierów z sąsiedniego królestwa. Pierwszeństwo mieli płatnerze, miecznicy, kowale, wszelka rzemieślnicza brać swoją ciężką pracą i talentem wspierająca zasoby armii. W drugiej kolejności przez most przechodzili tacy co wiedzieli komu i ile posmarować. I właśnie tutaj swojej szansy upatrywał najemny łowca potworów. Jeśli wierzyć temu co gadali ludzie, przychylność redańskich sierżantów kosztowała tysiąc novigradzkich koron. Liche to były ostatnie tygodnie dla wiedźmina. Naliczył więcej wydatków niż zleceń, a jeśli nawet się jakieś trafiały, zapłatą okazywała się najczęściej zwyczajna chłopska wdzięczność. Dopiero parę dni temu, podróżując traktem, natrafił na pierwsze od miesięcy, konkretne ogłoszenie przybite do drzwi porzuconej karczmy.

WIEDŹMIN PILNIE POSZUKIWANY!
Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie! Wiedźmina do pilnej roboty potrzebuję a za trud szczodrze się odpłacę. O szczegóły pytać w Nirh Haben, w posiadłości hrabiego de la Blanche.

Na kolejne ogłoszenia o podobnej treści natrafił jeszcze parę razy mijając czy to chałupki czy charakterystyczne drzewa rosnące przy drodze. Niektóre anonse wyglądały na mocno już sfatygowane deszczem, słońcem i wiatrem, inne zaś napisano chyba całkiem niedawno. Draugdin nie znał wszystkich osad i wiosek w Temerii, wiedział jednak, że Nirh Haben położone jest w dorzeczu Pontaru, dzień drogi na wschód od miejsca gdzie aktualnie obozował. Pytanie, czy ogłoszenie wciąż jest aktualne? Czy jego autor nie dał nogi na drugą stronę rzeki, gdy do królestwa nieżyjącego już Foltesta wkroczyli Czarni? Mutant z pewnością rozważał każdą ewentualność, trudno mu jednak było skupić myśli, mając za towarzysza Angusa. Poznali się dzień temu i o ile inni ludzie omijali Draugdina szerokim łukiem, druid Angus najwyraźniej uznał, że towarzystwo łowcy bazyliszków umili mu podróż. Starzec, mimo, że na głowie nie ostał się ni jeden włos a długa, gęsta siwa broda dodawała jeszcze więcej wiosen, wydawał się silny i dziarski. Trudy wędrówki nie robiły na nim wrażenia. Szedł w krok w krok za wiedźminem, chętnie dzieląc swoimi poglądami o polityce, historii, ekologii i ekonomii. Angus wprawiony był w każdym temacie, a przynajmniej tak mu się zdawało. Śmiałości zaś dodawała nalewka z mandragory trzymana w gąsiorku za pazuchą, po którą sięgał podejrzanie często. Czerwone żyłki na bulwiastym nochalu druida na pewno nie wykwitły tam przypadkiem.
- A wiecie jakie plotki o was wiedźmini chodzą? – zaczął nowy temat gdy skończył ubolewać nad losem ginącego gatunku wiwierny – Że te wojny to wszystko wasza wina. Że podobno, jeszcze za panowania Uzurpatora, królowa Calathe na ostrzu miecza miała parszywy łeb młodego Emhyra, ale wtedy wmieszał się w to wszystko jeden z waszych. Rzucił na nią urok czy coś i darowała skurwysynowi życie. To nie był przypadkiem ten sam wiedźmak, co go ostatnio znaleźli nad ciałem naszego umiłowanego Foltesta? Coś za dużo widzę tu przypadków, a w przypadki raczej nie wierzę. Nie dziwujcie się zatem, że ludzie na was plują a Radowid chce tą czarodziejską bladź palić na stosach. Swoją drogą, nie boicie się panie wiedźmin? Czyżbyście nie słyszeli o słynnych łowcach czarownic z zakonu Świętego Ognia?
 

Ostatnio edytowane przez Arthur Fleck : 25-01-2020 o 21:37.
Arthur Fleck jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 28-01-2020, 11:30   #2
 
Draugdin's Avatar
 
Reputacja: 22376 Draugdin ma wspaniałą reputacjęDraugdin ma wspaniałą reputacjęDraugdin ma wspaniałą reputacjęDraugdin ma wspaniałą reputacjęDraugdin ma wspaniałą reputacjęDraugdin ma wspaniałą reputacjęDraugdin ma wspaniałą reputacjęDraugdin ma wspaniałą reputacjęDraugdin ma wspaniałą reputacjęDraugdin ma wspaniałą reputacjęDraugdin ma wspaniałą reputację
“WIEDŹMIN PILNIE POSZUKIWANY!
Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie! Wiedźmina do pilnej roboty potrzebuję a za trud szczodrze się odpłacę. O szczegóły pytać w Nirh Haben, w posiadłości hrabiego de la Blanche.”

Ogłoszenie jak wiele innych, jakie wiedźmin już w życiu widział. Hrabia de la Blanche? Nic to nazwisko Draugdinowi nie mówiło. Narobiło się teraz tych hrabiów na każdym kroku. Jednak zlecenie jakie by nie było, a dokładniej rzecz ujmując wynagrodzenie za nie było mu teraz potrzebne jak ziemii deszcz. Był w takim położeniu, że nie mógł wybrzydzać. Z resztą ostatnio coraz gorzej w pracą dla wiedźminów także nikt nie mógł wybrzydzać.

Podróż w tłumie uchodźców nie należała do najprzyjemniejszych doznań jednak towarzystwo druida Angusa nie co łagodziło ten koszmar.

- Bać się Angusie? Widziałem chyba każde z wynaturzonych stworzeń jakie dane może być do spotkania zabójcy potworów, a ty mnie pytasz czy się boję? - Odpowiedział wiedźmin. - Wiem, że fanatycy potrafią być groźniejsi niż rozwścieczona kikimora, jednak ileż to już podobnych organizacji i grup zrzeszonych już było? Żyj i pozwól żyć innym.

Angus przejechał po swojej długiej siwej brodzie. Ktoś mógłby go uznać za mędrca, gdyby nie roznoszący się wokół niego odór gorzały.
- Głupim jest, zapomniałem, z kim rozmawiam. Nigdy nie zakochasz się w żadnej w dziewce, nie rozpłaczesz chowając przyjaciół, nie zatańczysz ze szczęścia na grobach swoich wrogów. A jak śmierć zajrzy ci w oczy nie narobisz w portki jak ci nie przymierzając tutaj – wskazał skinieniem na wieśniaków uciekających przed wojną - Wy wiedźmini nie czujecie nic i z jednej strony to jest straszne Draugdinie, ale z drugiej takie kuszące. Widzisz, ja na ten świat już patrzeć nie mogę, dlatego muszę się znieczulać. Twoje zdrowie.
Druid pociągnął z gąsiorka, potarł zaczerwieniony nochal po czym gładko przeszedł do następnego tematu.
- Kikimora….kikimora, to dopiero ciekawe stworzenie. Wiedziałeś, że kikimory żyją w rojach? Jak mrówki, mają swoją królową, robotnice…a robotnice chronią kikimory wojownicy. Uczyli was tego w waszych szkołach? Znacie zwyczaje tych stworzeń, czy tylko potraficie je tępić i zabijać?
Druid kontynuował swój wywód, ubolewając nad zrujnowanym przez wiedźminów ekosystemem i chwiejącą się równowagą w przyrodzie, ale uwaga Draugdina skupiła się na scenie rozgrywającej się nieopodal. Przy jednym z krytych wozów zrobiło się zbiegowisko.
- Dawajcie nam tu tą bestyję, sami się z nim kurwa rozprawimy! – krzyczał wieśniak uzbrojony w widły a wtórowało mu trzech innych, trzymających za siekiery. Próbowali dostać się do wnętrza wozu, ale drzwi ciałem zasłaniała starsza kobiecina w chuście i niewysoki brodaty mężczyzna w jej wieku.
- [i] Odejdźcie stąd, proszę! [i] – błagała kobieta zanosząc rozpaczliwym płaczem - On nic złego nie zrobił, pomyliliście się!
Agresor z widłami odpowiedział plaśnięciem. Zdzielił kobietę w twarz a gdy brodacz rzucił się jej na pomoc reszta wieśniaków z siekierami naparła na niego, powaliła na ziemię i zaczęła kopać.
Angus przerwał swój wywód o kikimorach i spojrzał na wiedźmina, chyba czekając na jakąś reakcję.

- Być neutralnym to nie znaczy być obojętnym i nieczułym. Nie trzeba zabijać w sobie uczuć. Wystarczy zabić w sobie nienawiść. - Zdążył jedynie powiedzieć Draugdin gdy z gdzieś z przodu rozpętała się niezła awantura. Normalnie nie zwróciłby na to uwagi. Neutralność to nie to samo co brak uczuć, a dodatkowo najczęściej oszczędza wielu kłopotów. Tym razem byłoby podobnie gdyby nie wymowne spojrzenia druida.
Co tak na mnie patrzysz - pomyślał sobie wiedźmin. Znamy się zaledwie od trzech dni, a to że bimber razem piliśmy to jeszcze nie robi nas nawet towarzyszami podróży - pomyślał, po czym powiedział tylko:
- Hmmm.
Spiął konia i naparł na rozdrażniony tłum.
- Cisza do kroćset! - wrzasnął tubalnym głosem. - Co tu się dzieje?
Resztę wrażenia wywołanego na tłumie - z resztą jak zazwyczaj w podobnych przypadkach - dokonywał sam wygląd wiedźmina, który najczęściej wystarczał za większość przeważających argumentów.


Napastnicy widząc napierającego na nich wierzchowca rozpierzchli się na boki jak karaluchy. Brodaty dalej leżał na ziemi, plując krwią. Kobieta, którą wieśniak z widłami zdzielił po twarzy dopadła do niego i rycząc przytuliła czule do piersi. Nawet jeśli bitne chłopy miały zamiar odpyskować wiedźminowi, zamarli widząc jego nienaturalne zielone kocie oczy. Wiedzieli już z kim mają do czynienia.
- Wyście jest wiedźmin? – spytał ten najodważniejszy, z widłami – No i dobrze to się składa, bo potwór jest do ubicia. Sami chcieliśmy się nim zająć, ale skoro trafił się taki profesjonał…
- Nie słuchajcie go panie! – krzyknęła kobiecina w chuście – Nasz Kosma niczemu winny, przysięgam na wszystkich bogów! Szukają kozła ofiarnego i trafiło na naszego synka!
- Wejdzie do wozu i sami zobaczcie co oni tam za poczwarę trzymają! Kto jak nie on zgwałcił i udusił Marzankę!? – tu widlarz zwrócił się do jednego ze swoich kompanów, krępego mężczyzny z siekierą – Rudolf, to była twoja córka, powiedz wiedźmakowi co się z nią stało!
Oczy Rudolfa zaszkliły się, a głos zadrżał.
- To prawda. Rankiem, dwa dni temu znalazłem ją pod lasem. Bieliznę miała opuszczoną do kostek, suknie podartą, krew między nogami. A na szyi fioletowe sińce. Udusił ją skurwiel…moją Marzankę, moją córeczkę…
Rudolf zacisnął pięści w gniewie.
- Rozejrzyj się człowieku! – krzyknął brodacz, podnosząc się z ziemi – [i] Tu co drugi to złodziej, morderca albo gwałciciel! Nasz Kosma to dobry chłopak, muchy by nie skrzywdził! A to że… wygląda jak wygląda to nie jego wina! [i]
- [i] Niech wiedźmin zobaczy i sam zdecyduje! – zaproponował prowodyr z widłami - [i] Kto jak kto, ale on na potworach to się zna! [i]
Kobieta w chuście i jej mąż zbledli. Popatrzyli na siebie niepewnie a potem przenieśli wzrok na Draugdina. Kobieta złożyła ręce w błagalnym geście.
- Litości panie…

Angus w co ty nas wmieszałeś - pomyślał sobie Draugdin. Jednak, żeby zachować przynajmniej pozory profesjonalizmu rzekł głośno nad głowami gawiedzi.
Mości drudzie zaprowadź tu proszę spokój i porządek, abym mógł tu rzetelnie ocenić zaistniałą sytuację. - Po czym pomyślał sobie - dobrze ci tak, nie będę się z tym wszystkim męczył sam.
Zsiadł z konia, a jego lejce podał temu którego zwali Rudolf. Nie musiał nic mówić. Sam wzrok z jakim na niego spojrzał, wystarczył, za wszelkie groźby co go czeka jak nie zaopiekuje się właściwie wierzchowcem.
Obrócił się dookoła, a gdzie nie spojrzał ludzie cofali się o krok. Tak, to zdecydowanie był ten efekt, który go zadowalał. Po czym zwrócił się do zaatakowanej kobiety.
- Pokażcie to tam macie i opowiedzcie mi wszystko tylko bez kręcenia. Uprzedzam, że potrafię bezbłędnie rozpoznać kłamstwo.

Angus niewiele myśląc wyciągnął gąsiorek i poczęstował, tego, który opłakiwał swoją zamordowaną córkę. Rudolf rękawem kubraka otarł łzy i bez słowa przejął gąsiorek, załyczył po czym podał go dalej, reszcie towarzyszy. Pomysł druida podziałał, przynajmniej na razie. Koło wozu powoli zbierał się mały tłumek gapiów, wśród nich Draugdin wypatrzył też takich co tylko szukają pretekstu do większej rozróby i nie zadawając pytań przyłączą do samosądu.
Starowinka i jej poobijany mąż przez chwilę jeszcze się wahali, ale zdecydowany i nie znoszący sprzeciwu ton wiedźmina podziałał na nich jak kubeł zimnej wody. Przestraszeni podprowadzili go pod drzwi wozu. Był to wóz mieszkalny, podobny do tych jakimi podróżują trupy cyrkowe. Prawie całkiem zabudowany, z boku znajdowały się małe kwadratowe okienka wpuszczające do środka odrobinę światła. Mężczyzna otworzył Draugdinowi i gestem zaprosił do środka. Wiedźmin przekroczył próg, za nimi weszli rodzice Kosmy od razu zamykając i ryglując drzwi. Wnętrze wozu przesiąknięte było aromatem ziół, mutant bez problemu wyczuł jaskółcze ziele, jemiołę, trawę żubrową i parę innych charakterystycznych roślin. Pomieszczenie oddzielała płachta z prześcieradła służąca za ścianę działową.
- Nasz syn nie jest żadnym potworem. To dobry i uczciwy człowiek – zaczęła swoją litanię starsza kobiecina
- A jaki mądry! Jaki zdolny! Wszystkie księgi zielarskie na pamięć zna – dowiedział z lekką dumą w głosie jej mąż - [i] Jak coś w krzyżu łupie albo w nodze strzyka maść zrobi i jak ręką odjął. A choroby? Choroby sam eliksirami leczy, prawda Dobrusia?
- Prawda, najprawdziwsza prawda! Jak spać nie mogę, wywaru z szyszek chmielu zaparzy i człowiek do rana śpi jak dziecko
- [i] Chcieliśmy posłać chłopaka do Oxenfurtu, na uniwersytet, żeby się w zakładzie nie marnował
- [i] Ale wtedy to się zaczęło…z dnia na dzień, bez żadnych objawów…Jakby jaki diaboł urok na chłopaka rzucił.
Wiedźmin słuchał i miał wrażenie, że to prości, ale szczerzy ludzie a w ich słowach nie ma krztyny przesady a tym bardziej łgarstw czy mataczenia. Przeszedł przez izbę, odsunął zasłonę. Medalion nie drgnął ani razu. Kosma siedział skulony w kącie i trząsł się jak osika. Płakał. Na głowie nosił kaptur zasłaniający twarz. Matka wyminęła Draugdina i przyklękła przy chłopaku. Próbowała uspokajać.
- Nie bój się synek, to pan wiedźmin. Na czarach się zna, to może coś doradzi, pomoże – mówiła.
- Przecież wszystko słyszałem! Wiem po co tu przyszedł! Może to i lepiej, może czas to już skończyć?. Jakie was czeka życie przy mnie matulu? I to jeszcze w Redanii! Przecie jak mnie tylko kto zobaczy, skończę na stosie, albo i gorzej.
Kobieta delikatnie odsunęła kaptur z głowy syna. Kosma uniósł wzrok i spojrzał w kocie oczy Draugidna. Wiedźmin przeżył sześćdziesiąt sześć wiosen, ubił dziesiątki bestii, czasem tak przerażających, że zwyczajny człowiek, na sam ich widok skończyłby w przybytku dla obłąkanych. Gdyby medyk próbował zbadać mu puls, uznałby, że Draugdin jest martwy. A jednak to co zobaczył mutant przekraczało ludzkie i boskie pojęcie a serce zaczęło bić mu mocniej. Nie patrzył na człowieka, lecz jego koszmarną karykaturę, chory żart, potworność nad potwornościami, czystą makabrę. Twarz chłopaka była plątaniną ohydnych guzów, narośli, wrzodów i kurzawek. Nie miał ust, lecz jamę gębową, przez którą można było zobaczyć cały rząd zębów. Gdyby Kosma spojrzał teraz w zwierciadło, te rozsypało by się na drobne kawałeczki, gdyby próbował się przyjrzeć w tafli jeziora, śnięte ryby zaczęłyby wypływać na powierzchnię.
- No i tak to właśnie wygląda – westchnął zrezygnowany ojciec, przerywając trwającą zbyt długo ciszę.

Wiedźmin zadumał się tylko. Dobrze, że niejedno już widział i mimo, że to co zobaczył bardzo nim wstrząsnęło, jednak jego twarz pozostała kamienna. Fakt faktem, że pierwszy raz widział coś takiego, a to, że jego medalion ani razu nie zareagował ani nie polepszało ani nie pogarszało sytuacji. Niestety nie działało to równie dobrze w temacie zgromadzonego dookoła wozu tłumu, który był skłonny zapłonąć dzięki byle najkniejszejszej rzucone im iskierce podejrzeń. Takim to dużo nie trzeba było, żeby kłuć widłami i rozpalać stosy.
Sięgnął pamięcią do całej posiadanej wiedzy i doświadczenia, żeby poszukać jakichkolwiek wskazówek. I nagle doznał objawienia. Przypomniał sobie. Zjawisko było niesamowicie rzadkie, tak więc rad był że sobie przypomniał.
To była klątwa. Klątwa o średniej potędze powodująca, że człowiek wyglądem przypomina bestię i uznawany jest za potwora. Jednak jak sobie przypomniał tego typu klątwa musiała zostać rzucona przez osobę pałającą do przeklętego straszna nienawiścią lub giewem.
- Uspokójcie się dobrzy ludzie. To tylko klątwa choć dosyć silna. Wasz syn nie jest potworem, a jedynie ma wyglądać jak potwór. Dla ludzi tam na zewnątrz to wystarczy. Mnie zaś nie tak łatwo wyprowadzić w pole. Powiedział wiedźmin.
- Macie może poczęstować czymś do picia? Muszę poznać jak najwięcej szczegółów: kiedy i gdzie do tego doszło, komu zaszliście za skórę, kto może darzyć was nieprzychylnymi uczuciami. Myślę, że trochę czasu nam zejdzie, także jeżeli to nie problem dla was to chętnie przepłukał bym gardło.
- Dobrodzieju! Nie wiem jak mam wam dziękować! – w oczach matki pojawiły się łzy wzruszenia i cień nadziei. Jej mąż przyniósł po chwili dwa kufle i beczułkę miodu
- Nic mocniejszego na przepłukanie gardła nie znajdę mistrzu wiedźminie – powiedział przepraszająco po czym rozlał trunku i podał kufel po czym wskazał miejsce przy małym rozkładanym stole. Kobieta miała na imię Dobromiła, jej mąż Zygfryd. Pochodzili z Wyzimy, gdzie mężczyzna prowadził zakład stolarski. Jak większość Temerczyków uciekali przed wojną, licząc, że w Redanii znajdą spokój i ocalą życie. Dochowali się jednego dziecka, syna, Kosmy. Młodzieniec w tym roku kończył dwadzieścia lat.
- Tak jak mówiliśmy, to się zaczęło dwie wiosny temu, zaraz po zimowym przesileniu. Wieczorem Kosma położył się spać, a gdy rano obudził się…no był już odmieniony
- Nie mieliśmy żadnych wrogów. Znaczy, mąż, wiadomo jak to rzemieślnik, trafił mu się czasem niezadowolony klient, ale, żeby ktoś zaraz źle nam życzył z powodu paru niewyheblowanych desek?
- [i] Opowiedz lepiej o swojej siostrze [i] – rzucił Zygfryd patrząc ostrożnie na żonę z ponad kufla.
- Nie, Sława, nigdy by czegoś takiego nie zrobiła…nigdy…
Kobieta wyraźnie obruszyła się słowami męża, więc to on dokończył za nią.
- Siostra Dobrusi, Sława, nie mogła mieć dzieci, trzy razy poroniła. Chłop ją w końcu z domu przegnał, wziął sobie młodszą, płodniejszą a ona zgnuśniała i wredna się stała. Ludzie potem gadali, że do lasu, do wiedźmy chodziła. Może to od niej się jakich uroków nauczyła?
Dobromiła ściągnęła usta w wąską kreskę, ale nic nie powiedziała. Do dyskusji za to dołączył Kosma. By nie zohydzić wiedźminowi delektowania się trunkiem, litościwie założył kaptur na swój zdeformowany czerep.
- Nieważne kto rzucił, ważne kto zdejmie! Wy jesteście przecież wiedźmin, znacie się na czarach, mam rację? Zrobię wszystko o co poprosicie, tylko mi pomóżcie, błagam!
Draugdin raczej rzadko narzekał na jakość trunków, w końcu los różnie się toczy, a nigdy nie narzekał gdy częstowano. Jednak z lekkim zaskoczeniem stwierdził, że miód pitny jakim poczęstował stolarz był przedniego gatunku. Odpowiedniej mocy i gęstości, a smak i aromat był wyśmienity.
- Znakomity trunek gospodarzu. - rzekł wiedźmin osuszając kufel do dna.
- Ogólnie mówiąc zdjęcie klątwy generalnie jest proste co jednak nie oznacza, że łatwy. Zazwyczaj potrzebny jest rytuał przy użyciu odpowiednich ingrediencji, ale kluczowa też jest w większości przypadków pora dnia czy nocy jak również miesiąca. Ile to mamy do pełni? - dokończył Draugdin spragnionym wzrokiem zerkając na beczułkę miodu.
Draugdin grzebał w zakamarkach pamięci i coraz więcej szczegółów mu się przypominało. Najprawdopodobniej mogła to być jakaś odmiana Klątwy Bestii. Nie widział czy wysiłki mózgu przyniosły pożądany efekt czy to działanie miodu pitnego jednak nagle przypomniał sobie pełną definicję:
Przy pełni weź małe zwierzę i poderżnij mu gardło. Krwi jego się napij. Truchło zawiń w zioła: po dwa pęki jemioły i wroniego oka. Połóż na nim trzy korzenie mandragory, po czym wrzuć do ognia. Gdy futro zwierzęcia zapłonie rzuć na nie fosforu garść. Gdy wszystko się spali, weź kości i uczyń z nich naszyjnik. Noś go, a klątwa ustanie. Na trzeci dzień zdjąć go już możesz.
Skąd ja takie rzeczy pamiętam nagle - pomyślał wiedźmin - no i pełnia pełnią ale skąd ja im kurwa na tym zadupiu wezmę korzenie mandragory - zaklął w myślach.
-[i] Zdjęcie klątwy nie jest niemożliwe jednak jak wspomniałem może nie być łatwe. Zrobię co będę mógł, jednak może to być trochę kosztowne. - Odezwał się Draugdin w myślach już układając plan jak tu uspokoić i rozgonić wzburzoną i chętną do czynów gawiedź.
Zygfryd, Dobromiła i ich syn każde słowo spijali z jego ust jakby był prorokiem albo cudotwórcą. Wiedźmin musiał jednak w duchu sam przed sobą przyznać, że metoda o której sobie przypomniał, wcale nie musi okazać się skuteczna. Że improwizuje a improwizacja rzadko przynosi zamierzony efekt. Kto, jak kto, ale zabójca potworów, który swoje umiejętności opierał na pamięci mięśniowej, wystudiowanym w bólach i trudzie tańcu z mieczem musiał to wiedzieć. Nie miał wątpliwości, że ci ludzie zapłacą tyle ile od nich zażąda, a przynajmniej tyle ile mają by ratować swoje dziecko. Na razie jedyne co mógł zrobić Draugdin, to sprzedać im nadzieję.
Kosma, spod kaptura łypał na wiedźmina zastanawiając się nad czymś.
- Zabierzcie mnie ze sobą panie – wypalił nagle.
- Co ty gadasz Kosma?
- Pozwólcie mi skończyć tatku! Wy mnie nie obronicie, a prędzej czy później przyjdą po mnie. Nie chcę mieć was na sumieniu! Tylko przy panu Draugdinie będę bezpieczny. Możemy podróżować razem, dopóki nie znajdzie się sposób na odwrócenie klątwy. Wy już swoje wycierpieliście. Co się oszukiwać, kiedy redańczycy przeszukają wóz na granicy i mnie znajdą, trafię do ciemnicy a was i tak nie przepuszczą. Cofną z powrotem do Temerii, prosto w łapska Nilfgaardczyków. Nie mogę tak, nie wybaczyłbym sobie. Pozwólcie mi odejść z wiedźminem. Zapłaćcie mu tyle ile zażąda. Gdy ten koszmar się skończy znajdę was w Tretogorze.
Następnie chłopak znów zwrócił się do Draugdina
- Nie będę ci wadził w podróży panie. A może i się na coś przydam, znam się na zielarstwie, opanowałem podstawy alchemii. Potrafię zważyć Biały Miód a jak zdradzisz mi składniki to zrobię i Jaskółkę i Puszczyka
Rozmowę przerwało walenie do drzwi. Najwyraźniej gąsiorek Angusa został opróżniony a wieśniacy stracili cierpliwość.

Takiego obrotu sprawy Draugdin się nie spodziewał. Co prawda nie miał zamiaru brać zapłaty za robotę z góry. Wiedźmin wiedźminem, ale jakiś kodeks honorowy trzeba mieć. Rzadko kiedy brał zapłatę z góry. Jedynie w przypadku wyjątkowo trudnych zleceń gdy podejrzewał najgorsze. Tutaj była to prosta sprawa choć jak sam powiedział nie łatwa, ale zapłatę by wziął jedynie po udanym zdjęciu klątwy.
Wiedźmin wyrwany z zadumy waleniem w drzwi, a co gorsza oderwany od dobrego trunku to wiedźmin zły. Zerwał się na równe nogi z szybkością o jaką nie można by było podejrzewać normalnego człowieka i z całym impetem otworzył drzwi na zewnątrz nie dbając o to czy kogoś nie trafi. Gdyby to był jeden z rozwścieczonych wieśniaków to Draugdin miałby przynajmniej odrobinę satysfakcji. Gdyby jednak to był Angus… No cóż ryzyko zawodowe. Sam ich w ten bałagan wciągnął.
- Co jest kurwa i kto śmie przeszkadzać wiedźminowi podczas pracy? - Ryknął tubalnym głosem.
Draugdin otworzył drzwi z taką szybkością i siłą, że aż wyłamał skobel a skrzydło uderzyło w jednego z wieśniaków, który nie zdążył odskoczyć i poleciał w błocko. Siedział zamroczony a na czole puchnął mu guz. Trzech kolejnych wycofało się, z trwogą patrząc na mutanta. Ten odważny, z widłami, w końcu jednak wyszedł przed szereg. Wiedźmin zauważył, że wkoło wozu zebrał się niemały tłumek gapiów. Część mężczyzn uzbrojona była w drewniane pałki, siekiery i bosaki, jednak uważne oko łowcy potworów wychwyciło też paru takich, co nosili przy sobie krótkie miecze, niektórzy w łapskach trzymali, nie podpalone jeszcze pochodnie.
- Coś wam długo wiedźminie ta robota schodzi – odparł widlarz – Wpuść nas, to cię sami wyręczymy. Tam na wierzbie uwiązaliśmy już sznur. Nie chcesz pomóc, to chociaż nie przeszkadzaj, wsiadaj na konia i pokój z tobą *
Wiedźmin tylko pokręcił głową. Prosty lud szuka zawsze prostych rozrywek. To kogoś powiesić albo spalić czy na widły nabić. Takie lokalne atrakcje niezależnie od szerokości czy długości geograficznej. To się chyba nigdy nie zmieni. Ciemnogród i zabobon, a jedynym sposobem rozwiązywania problemów jest gwałt i przemoc.
Cisza mi tu bo mieczem spłazuję, i i kopa w dupę dołożę na odchodne. - Ryknął Draugdin tak, żeby usłyszało go jak największa ilość osób. - To nie jest żaden potwór, a jedynie wynik rzuconej na człowieka klątwy. Powtarzam. Kluczowe w tym zdaniu jest słowo CZŁOWIEK. Niniejszym oświadczam, że do czasu znalezienia sposobu zdjęcia uroku rzuconego na obecnego tu Kosmę, biorę go pod swoją osobistą opiekę. - Dodał dziwiąc się samemu sobie i wierząc, że nikt nie będzie na tyle głupi żeby wystąpić przeciwko zabójcy potworów.
Przez tłum gapiów przeszedł szmer gniewnych pomruków i bluzgów. Widać, Draugdin miał rację. Tych ludzi nie obchodziło kto zgwałcił i udusił dziewczynę, większość pewnie nawet nie wiedziała, czego tyczy się spór, za co Kosma ma zostać powieszony.
Prowodyr z widłami stał przez chwilę z rozdziawioną gębą.
- Widział ja przecież tą pokrakę – wystękał – Co to za kurerwskie czasy nastały, żeby nawet wiedźmin z bestyjami się bratał, pod kuratelę swoją potwory brał. Śmiechu warte!
Z tłumku wyszedł Angus i stanął ramię w ramię przy wiedźminie.
- Kto jak kto, ale chyba mistrz wiedźmin najlepiej wie, jak odróżnić bestię od człowieka. Nic tu po was ludzie, rozejdźcie się w pokoju, zakończmy już ten spór! Przykro mi z powodu twojej córki Rudolfie, ale ślepa zemsta nie przywróci jej życia. Wierzę, że mordercę spotka zasłużona kara, a przeznaczenie nie będzie dla niego łaskawe. Wracaj do swoich, rodzina cię potrzebuje.
Rudolf machnął ręką, odwrócił się i odszedł. Po chwili wokół wozu nie było już nikogo prócz Draugdina, Angusa i chłopa z widłami. Prowodyr widząc, że został sam na placu, spojrzał gniewnie na wiedźmina, splunął pod nogi, odwrócił się i sobie poszedł.

Draugdin odprowadził jeszcze wzrokiem ostatniego najbardziej kłótliwego chłopa tak długo, żeby gdyby się przypadkiem obejrzał to miał napotkać wzrok, od którego kury przestają nieść jajka przynajmniej na tydzień. Podziękował Angusowi za wsparcie i za szczerą zgodą Zygfryda i Dobromiły zaprosił go do wnętrza wozu, aby również spróbował doskonałego trunku. Gdy już siedzieli wszyscy przy stole wiedźmin odezwał się po dłuższej chwili.
- Słuchajcie tak jak powiedziałem zaopiekuję się Kosmą do czasu zdjęcia klątwy tym bardziej, że jak widzę sam jest chętny i może ma rację, że póki decyzja syna może wam oszczędzić podobnych sytuacji w przyszłości. Zrobię co będę mógł, a do tej chwili chłopak będzie ze mna bezpieczny. Umiejętność warzenia eliksirów będzie bardzo pomocna. - Mrugnął do Kosmy.
Przy dobrych trunkach i w miłym towarzystwie czas leci szybko. Na szczęście wiedźmin dokładnie pilnował wyczucia czasu i gdy nadeszła pora oświadczył, że nadszedł czas rozstania gdyż musi się udać w kierunku Nirh Haben w celu podjęcia tam prawdopodobnie zlecenia wymienionego w ogłoszeniu.
Na odchodne Zygrfyd przekazał Draugdinowi sakiewkę, w której było sto novigradzkich koron i obiecał drugie tyle gdy spotkają się znowu w Redanii, a klątwa zostanie zdjęta. Kosma pożegnał się z rodzicami i zabrawszy ekwipunek podręczny ruszył w drogę z wiedźminem.
 
__________________
There can be only One Draugdin!

We're fools to make war on our brothers in arms.
Draugdin jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 28-01-2020, 17:05   #3
 
Arthur Fleck's Avatar
 
Reputacja: 11614 Arthur Fleck ma wspaniałą reputacjęArthur Fleck ma wspaniałą reputacjęArthur Fleck ma wspaniałą reputacjęArthur Fleck ma wspaniałą reputacjęArthur Fleck ma wspaniałą reputacjęArthur Fleck ma wspaniałą reputacjęArthur Fleck ma wspaniałą reputacjęArthur Fleck ma wspaniałą reputacjęArthur Fleck ma wspaniałą reputacjęArthur Fleck ma wspaniałą reputacjęArthur Fleck ma wspaniałą reputację
***

Słońce stało w zenicie, gdy Draugdin i jego nowy podopieczny zeszli z gościńca i ruszyli na wschód, do Nirh Haben. Kosma zdążył się jeszcze wyściskać z matką i ojcem, a wiedźmin zamienił parę słów z Angusem. Kompanioni pożyczyli sobie powodzenia na szlaku i pomyślności w podróży a toast zapili, a jakże, nalewką z mandragory. Kosma okazał się mniej rozmowny od druida, ale nie był też milczkiem. Istotnie jego rodzice mieli rację, chłopak imponował oczytaniem, z pamięci cytował księgi, które dawno temu i Draugdin studiował w Kaer Morhen. Potrafił oddzielić ludowe bajanie od nauki, wiedział, że wiedźmini to ludzkie dzieci przemienione w mutanty, a nie jak czasem gadano, bękarty czarownic, parzących się z psami. Dociekał czym jest Próba Traw, jakie eliksiry zastosowano, by poddać kandydatów genetycznym przemianom. I nawet jeśli Draugdin niechętnie dzielił się tajemnicami swojego fachu, miło było posłuchać młodego wykształciucha.

Chłopak nosił czarny płaszcz z kapturem zasuniętym głęboko na twarz a kiedy mijali kolejnych uchodźców, pochylał wzrok ku ziemi, świadomy, że jeśli ktoś zobaczy jego gębę, w najlepszym wypadku ucieknie z krzykiem, a w najgorszym, spróbuję ubić maszkarę. Po kilku godzinach wędrówki trakty zaczęły świecić pustkami. Wiedźmin i jego podopieczny mijali opuszczone wioski i osady, puste domy i chałupki, pozamykane karczmy i warsztaty. Wyglądało jakby wszyscy ludzie i nieludzie przestali nagle istnieć a na świecie ostały tylko świerszcze i ptaki. Gdy przed wieczorem słońce po raz ostatni wyjrzało zza chmur, mogli nacieszyć oczy skąpanymi w pomarańczowym świetle falami pszenicy poruszanymi przez jesienny wietrzyk . Na łąkach wciąż kwitły polne kwiaty, a przezroczyste potoki pełne były tłustych ryb. I Draugdin i Kosma mieli świadomość, że na wiosnę w tym samym miejscu zastaną tylko popiół i kurz, w potokach pływać będą fragmenty pokiereszowanych zbroi, a na polach miast kwiatów wyrosną usypane naprędce groby i kurhany.
- Emhyr, ty w rzyć kopany chwoście. Chuju – mamrotał dziad proszalny, którego pod wieczór, mijali na polnej drodze. Żebrak w nienawiści do cesarza Nilfgaardu nie ustępował w niczym druidowi Angusowi. Na wiedźmina i zakapturzonego młodzieńca nawet nie zwrócił uwagi. Szedł z rozprutym worem założonym na ramię powtarzając litanię przekleństw.

Gdy nastał zmrok zatrzymali się przy jednej z opuszczonych przy drodze chałupinek by nie spać pod gołym niebem. Drzwi nie były nawet zaryglowane, cały dobytek, od poduszek i pierzyny, po cynowe kubki wyniesiono. Wiedźmin zajął drewniane łóżko w sypialnej izdebce, Kosma zaległ na piecu gdzie urządził sobie legowisko. Rankiem, po śniadaniu byli gotowi do dalszej podróży. Przed południem na horyzoncie zamajaczyła niebieska nitka ciągnąca się nieprzerwanym ciągiem od wschodu do zachodu. Pontar. To znaczyło, że Nirh Haben jest już niedaleko.

To wiedźmin pierwszy usłyszał jeźdźców.
Pociągnął za uzdy, zatrzymując wierzchowca, spojrzał za ramię.
- Co się dzieje? – spytał Kosma, zupełnie nieświadomy tego, że ktoś się do nich zbliża. Dwa uderzenia serca później, zza pogórka wyjechało dwóch mężczyzn na bojowych rumakach. Jeden nosił ciężką płytową zbroję, głowę osłaniał kolczy kaptur, do pasa przytwierdzony miał dwuręczny miecz. Drugi, starszy i o głowę niższy od kompana, ubrany był w szary powiewający na wietrze płaszcz, pod którym Draugdin zauważył przyszywanicę. Szerokie rondo czarnego kapelusza rzucało na jego twarz złowrogi cień. Z nozdrzy wierzchowców buchała para, konie ciężko oddychały, wydawały się zmęczone. Jeźdźcy musieli je długo forsować, jakby kogoś ścigali. Widząc wiedźmina i jego towarzysza zwolnili i stępem podjechali bliżej. Jeździec w kapeluszu wskazał na chłopaka.
- Ty jesteś Kosma, syn Zygfryda? Odsłoń kaptur chłopcze, pokaż nam no tu swoją gębę. Do ciebie wiedźminie nic nie mamy, możesz odejść. Nie szukamy zwady, zepnij lejce i jedź tam gdzie miałeś jechać.
Dopiero po chwili Draugdin zauważył przyszyty do płaszcza jeźdźca herb Zakonu Płonącej Róży
 
Arthur Fleck jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 31-01-2020, 10:43   #4
 
Draugdin's Avatar
 
Reputacja: 22376 Draugdin ma wspaniałą reputacjęDraugdin ma wspaniałą reputacjęDraugdin ma wspaniałą reputacjęDraugdin ma wspaniałą reputacjęDraugdin ma wspaniałą reputacjęDraugdin ma wspaniałą reputacjęDraugdin ma wspaniałą reputacjęDraugdin ma wspaniałą reputacjęDraugdin ma wspaniałą reputacjęDraugdin ma wspaniałą reputacjęDraugdin ma wspaniałą reputację
Draugdin przywykł już dawno do podobnego traktowania także spłynęło to po nim jak po kacze, jednak dziś miał wyjątkowo kiepski nastrój po nocy spędzonej na twardych deskach. Wiedźmin wiedźminem, ale swój honor miał. Tym bardziej, że wziął już pieniądze za zlecenie, a to rzecz święta w każdym fachu. Przynajmniej tak powinno być.
- Nie wiedziałem, że jesteś tak popularny. - Zdążył szepnąć do Kosmy gdyż zdążył już nawet polubić tego inteligentnego młodzieńca. Po czym spokojnym chociaż stanowczym głosem odezwał się do nowo przybyłych.
- Wiedźmin zrobił swoje, wiedźmin może odejść? Nie tak szybko panowie. Ten młody człowiek jest pod moją opieką także zacznijmy może od początku. Kim panowie jesteście i jaki macie interes do mojego podopiecznego.
Wielka łapa jeźdźca w zbroi spoczęła na rękojeści miecza a usta skwasiły się w nienawistnym, pełnym oburzenia grymasie.
- Ty parszywy kundlu, jak się odzywasz do wielkiego mis…
Drugi mężczyzna natychmiast uciszył kompana unosząc dłoń i nakazując ciszę. Poprawił rondo kapelusza i wyprostował się w siodle.
- Myślę, że wiedźminowi rzeczywiście należą się słowa wyjaśnienia. Nazywam się Reginbald Flack, starszy mistrz Zakonu Płonącej Róży. Nie wdając się w szczegóły, moim zadaniem jest dopilnować żeby przez Biały Most nie przedostał się podejrzany element. Działam z bezpośredniego rozkazu jego wysokości, króla Radowida, ale przede wszystkim ku chwale Wiecznego Ognia. Nieludzie dostali prosty wybór. Mogą przed nami uciekać, albo zostać w Redanii i na własnej skórze poznać czym jest żar naszej wiary – zakonnik uśmiechnął się wymownie a potem wskazał palcem na Kosmę – Ten tutaj, jak donieśli życzliwi naszej sprawie wieśniacy, nie tylko nie zamierza uciekać, ale korzystając z twoich usług i protekcji wiedźminie dostać się na drugą stronę rzeki, by zbrukać swoim obrzydliwym jestestwem naszą ukochaną ziemię pobłogosławioną przez Wieczny Ogień. A na to, jak sam wiesz, nie mogę pozwolić.

Kurwa zaklął w myślach Draugdin. Nie ma to jak rozmawiać z fanatykami, a jeszcze gorzej rozmawiać z żarliwymi fanatykami. Jak to mówią kozła wystrzegaj się od przodu, bo bodzie, osła wystrzegaj się od tyłu, bo kopie, natomiast fanatyka wystrzegaj się ze wszystkich stron, bo nigdy nie wiadomo kogo ugryzie, a kogo opluje. Westchnął tylko ciężko i zaczął mówić spokojnym choć stanowczym głosem:
- Przede wszystkim nie mamy zamiaru , przedostawać się przez Biały Most tylko udajemy się do posiadłości hrabiego w Nirh Haben zgodnie z ogłoszenie typu - wiedźmin poszukiwany. Po drugie nie wiem, co wam mości panowie nagadał zabobonny lud, ale jakem wiedźmin słowem zaręczam, że ten tu znajdujący się pod moja opieką Kosma jest w stu procentach człowiekiem. Jego wygląd natomiast jest jedynie wynikiem rzuconego na niego uroku, który podjąłem się zdjąć i zamierzam tego dokonać. A po trzecie… Nie chce mi się gadać.
Draugdin wątpił, żeby tego typu argumentacja cokolwiek zmieniła jednak miał cichą nadzieję, że może zostawią ich w spokoju i pozwolą kontynuować podróż w zaplanowanym kierunku.
- Tak, wiedźminie, wiemy, że zmierzacie do Nirh Haben, inaczej byśmy was tak szybko nie znaleźli. Wiemy, też że tutejszy władyka posiada promy, i bez żadnych glejtów ani pozwoleń, swobodnie się przemieszcza z jednego brzegu na drugi. Nie traktuj mnie więc jak skończonego głupca i prostaka. Zapłacono ci byś przemycił to stworzenie. To czy jest człowiekiem, zdecyduję ja a nie ty najemniku. Daję ci ostatnie ostrzeżenie. Mój towarzysz z ochotą rozwali ci ten łysy czerep, zobacz jak się w nim gotuje. W przeciwieństwie do niego, uważam, że wy wiedźmini jesteście czasem pożyteczni, dlatego pozwalam ci odejść. To jaka jest twoja decyzja, słucham?
Gdyby nie to, że Draugdin przywykł już po latach do podobnego traktowania to ciśnienie skoczyło by mu pewnie niewyobrażalnie. Zachowując spokój powtórzył to co mówił wcześniej akcentując mocniej ważniejsze słowa.
- Zobligowałem się do zdjęcia klątwy z tego człowieka i zrobię wszystko, żeby tego dokonać, a gdy się okaże, że to jednak nie klątwa, a potwór jak sami twierdzicie to sam osobiście załatwię tę sprawę, mości rycerzu.
Draugdin znał swoje możliwości. Przypuszczalnie nie powinien mieć większych problemów z zabicie tych dwóch rycerzy nawet bez wspomagania się eliksirami jednak wolałby tego uniknąć. Nie żeby się przejmował, jednak miał silna osobistą motywację do tego, żeby pomóc Kosmie, jak również liczył na zarobek za wykonanie najbliższego zlecenia. Nie potrzebował na tą chwilę robić sobie więcej wrogów i ściągać na głowę połowę bractwa Zakonu Płonącej Róży.
Flack spojrzał na swojego towarzysza i lekko skinął głową. Rycerz zeskoczył z siodła, wydobywając wielki dwuręczny miecz z mahakamskiej stali.
- Teraz porozmawiamy po mojemu odmieńcze - powiedział tubalnym głosem.

Puls Draugdina nie podskoczył nawet o pół tętna, jego twarz pozostawała zupełnie beznamiętna, nawet wtedy gdy za plecami usłyszał tętent kopyt. Sześciu…nie, siedmiu ludzi zbliżało się od strony lasu. Ani mistrz zakonny ani jego pomagier nie mieli o tym pojęcia, skupili się na wiedźminie. Rycerz, dzierżąc w rękach długą, zdobioną rękojeść zakończoną rzeźbionym kwiatem róży zdążył zrobić trzy kroki w kierunku przeciwnika, kiedy nagle stanął jak wryty patrząc mu przez ramię. Jeźdźcy zbliżali się galopem, przewodziła im młoda dziewczyna z burzą rudych, kręconych loków. Po chwili konie przystanęły, a rudowłosa wyjechała przed szereg i popatrzyła zuchwale na nieznajomych.
- Kim jesteście i co robicie na ziemiach mojego ojca?
Draugdin już w sumie cieszył na okoliczność możliwości dania nauczki samozwańczym obrońcom wiary. Jednak z tego wszystkiego nawet nie zdążył zsiąść z konia. Może dlatego, że w przeciwieństwie do mistrza zakonu i jego przydupasa słyszał zbliżających się jeźdźców już od dobrej chwili. Siedmiu konnych pojawiło się niemalże znikąd i stanęli szpalerem dookoła jak mniemał dowodzącej nimi pięknej, młodej, ognisto rudowłosej dziewczyny. Mimo, że puls wiedźmina nadal nie uległ zmianie jednak gdzieś w dole poczuł przyjemne mrowienie. Co on mógł za siebie, że rudowłose strasznie go kręciły.
- Jeżeli jesteś pani córką hrabiego to pozwól mi się przedstawić. Nazywam się Draugdin i jestem wiedźminem. Udajemy się z moim towarzyszem podróży do Nirh Haben w odpowiedzi na ogłoszenie, a ja nigdy nie odmawiam, gdy potrzebne są moje usługi. - Powiedział jak zwykle spokojnym głosem patrząc przez cały czas kobiecie prosto w oczy.
- Ci zaś panowie próbują nam to uniemożliwić nastają na mojego towarzysza, który jest pod moją osobistą opieką. - Dokończył wiedźmin bardzo ciekaw jak teraz potoczą się wydarzenia w zaistniałej sytuacji.

Młoda hrabianka nieznacznie uśmiechnęła się kącikiem ust, być może wyczuwając w spojrzeniu wiedźmina pewną śmiałość i zainteresowanie. Choć ubrana była w męski strój do jazdy, Draugdinowi nie umknęły jej kształty, przebijające się przez ćwiekowane spodnie i oliwkową tunikę.
- Istotnie jestem córką Richeliusa de la Blanche. Długo kazałeś na siebie czekać wiedźminie. Boję się czy nie za długo, ale to już przedyskutujesz z panem ojcem. Czuj się zaproszony, twój towarzysz, oczywiście też niech skorzysta z naszej gościnności – dodała. Kosma wbił mocno wzrok w ziemię, za wszelką cenę próbując ukryć swoją szpetotę, ale podziękował uprzejmym skinieniem.
- Chwileczkę – Reginbald Flack starał się mieć niewzruszony wyraz twarzy, ale nie był wiedźminem, tylko zwyczajnym człowiekiem, Draugdin bez problemu dostrzegł jak drży mu powieka – Wiedźmin, może iść z wami, ale tym drugim my się zaopiekujemy
- Doprawdy? A kto tak powiedział? – rudowłosa posłała zakonnikowi litościwy uśmieszek a powieka fanatyka zadrżała jeszcze mocniej.
- [i] Jestem Reginbald Flack, jeden ze starszych mistrzów Zakonu Płonącej Róży. Działam na mocy prawa nadanego mi przez jego wysokość, króla Radowida. Ten tutaj, jak przypuszczamy, jedynie podaje się za człowieka a w istocie jest bestią, którą mamy obowiązek…
Hrabianka natychmiast przerwała tyradę.
- Sram na króla Radowida i jego prawa. Przypominam ci starszy mistrzu, że tu JESZCZE jest Temeria. A dokładniej, od tamtych wzgórz, aż po Pontar to ziemie Richeliusa de la Blanche. Którego reprezentuję ja, Igrid de la Blanche. I to ja tutaj ustanawiam prawa. Jeśli najdzie mnie ochota by wychłostać w gołą rzyć każdego, kto na sztandarach nosi symbol Wiecznego Ognia, myślisz, że coś mnie powstrzyma?
- Bluźnisz pani….
- Oj, nie słyszałeś jeszcze jak potrafię bluźnić, dopiero się rozgrzewam. Chcecie się organoleptycznie przekonać czy blefuję? Czy podniosę rękę na świętobliwych mężów? W odróżnieniu od kompana, wyglądasz na takiego co myśli głową, nie kutasem. Jak ci się wydaje mistrzu Flack, jestem kobietą czynu, czy raczej rzucam słowa na wiatr?
Flack się więcej nie odezwał. Przeniósł rozgniewane spojrzenie na Draugdina i Kosmę, spiął lejce, zawrócił konia i ruszył w tym samym kierunku z którego przybył. Jego towarzysz przez chwilę stał, gapiąc się na Igrid jak malowane ciele po czym schował miecz i poszedł w ślady swojego mistrza. Hrabianka uśmiechnęła się promiennie do wiedźmina.

- Czy ten zakapior naprawdę chciał iść z tobą na miecze mistrzu Draugdinie? Wygląda na to, że uratowałam mu życie.
Draugdin tylko uśmiechnął się rozbrajająco do pięknej Igrid i zauważył w jej oczach, że to wystarczy za odpowiedź. Widział tą kobietę pierwszy raz w życiu i nie wiedział skąd posiadała taką wiedzę na temat wiedźminów jednak domyślał się, że nie miała wątpliwości co do wyniku ewentualnego starcia. Mimowolnie już ją lubił.
- Nic dodać nic ująć piękna Pani. Tak jak niezliczone są mniej lub bardziej wiarygodne podania o wiedźminach, tak zabobon i żarliwość wiary na pokaz są równie niezmierzone. Jak sama zauważyłaś nie, żebym sobie nie poradził, jednak niezmiernie jestem rad za pomoc i jestem wdzięczny za nią. - Odezwał się Draugdin po czym uprzedzając pytania i niedomówienia dodał:
-[i] Zwą mnie Draugdin, a ten tutaj młodzieniec to Kosma. Jego niespotykany wygląd jest wynikiem rzuconego uroku. Ja natomiast zgodziłem się wziąć go pod opiekę do czasu znalezienia sposobu na odczynienie klątwy. Obiecałem to jego rodzicom. Postanowiliśmy zejść z głównego szlaku, żeby uniknąć podobnych sytuacji, a że przy okazji było po drodze do Nirh Haben tak też znaleźliśmy się tutaj Jednak jak sama Pani widziałaś kłopoty same nas też znalazły.
Mówiąc te słowa Draugdin przy pomocy wyuczonego i dopracowanego do perfekcji zmysłu szybkiej obserwacji przyjrzał się dokładnie wybawicielom. Sześciu zbrojnych lekko opancerzonych i uzbrojonych. Ja mniemał stawiali na szybkość i mobilność przed siłą pancerza. Po ich ogorzałych od wiatru twarzach wywnioskował, że byli zaprawieni w bojach i znali się na swoim fachu.
Co do samej dziewczyny widać było na pierwszy rzut oka, że daleko jej było to schematu ubranej w koronkowe suknie i mdlejącej od byle czego hrabianki. Męski strój do jazdy konnej jedynie podkreślał jej kobiece kształty i dawał duże pole do popisu wyobraźni, a tej Drauginowi nie brakowało.
Uśmiechnął się rozbrajająco i zapytał:
- Wtajemniczysz mnie Pani po drodze choć trochę w czym tkwi problem czy to nie rozmowa na tu i teraz?
- Oh, mistrzu Draugdinie, z chęcią bym ci opowiedziała całą historię, ale pan ojciec mi nie daruje, jeśli odbiorę mu tą przyjemność. Biadaczek stracił już nadzieję, że ktokolwiek odpowie na jego ogłoszenie. Nie mam jednak nic przeciwko byś stanowił moją eskortę – zatrzymała spojrzenie na oczach Draugdina i znów nieznacznie uśmiechnęła - Moi ludzie zaopiekują się twoim przyjacielem, nie traćmy więc czasu, w drogę.
Igrid pociągnęła za wodze, jej klacz parsknęła po czym ruszyła kłusem w kierunku lasu.

Wydarzenia potoczyły się lepiej niż mógłby oczekiwać tym bardziej, że wiedźmini bardzo rzadko byli tak serdecznie witani i z taka niecierpliwością wyczekiwani.
- Kosma nic ci nie grozi z ludźmi hrabiny, także zobaczymy się później. - Powiedział do zakapturzonego młodzieńca. Ten kiwnął mu głową, że zrozumiał i zgadza się.
Draugdin spiął boki konia i ruszył kłusem żeby dogonić Igrid. Gdy zrównał się z nią wyrównał tempo tak żeby jechać równolegle z rudowłosą pięknością.
- Swoją drogą zaintrygowała mnie pani. - Rzekł, a odpowiadając na jej zaciekawione spojrzenie dodał: - Musisz Pani Ingrid dużo wiedzieć o wiedźminach skoro aż tak mi zaufałaś zamieniając eskortę sześciu zbrojnych na towarzystwo jednego zabójczy potworów. Hmmm. Bardzo interesujące.
 
__________________
There can be only One Draugdin!

We're fools to make war on our brothers in arms.

Ostatnio edytowane przez Draugdin : 31-01-2020 o 10:53.
Draugdin jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 31-01-2020, 13:14   #5
 
Arthur Fleck's Avatar
 
Reputacja: 11614 Arthur Fleck ma wspaniałą reputacjęArthur Fleck ma wspaniałą reputacjęArthur Fleck ma wspaniałą reputacjęArthur Fleck ma wspaniałą reputacjęArthur Fleck ma wspaniałą reputacjęArthur Fleck ma wspaniałą reputacjęArthur Fleck ma wspaniałą reputacjęArthur Fleck ma wspaniałą reputacjęArthur Fleck ma wspaniałą reputacjęArthur Fleck ma wspaniałą reputacjęArthur Fleck ma wspaniałą reputację
***

Hrabianka i wiedźmin wjechali w gęsty las pozostawiając daleko w tyle Kosmę i strażników.
- Wiem o was tyle, ile opowiadała mi moja stara niania, gdy byłam… – zrobiła wymowną pauzę i spojrzała na Draugdina – …niegrzeczną dziewczynką. Oj nasłuchałam się, wtedy ja, nasłuchałam. Że dziatki z domów porywacie, na wioski napadacie i krew dziewic pijecie. Niania gadała też, że wiedźmini mają uwiąd w portkach i dlatego tak ludzi nienawidzą, a te miecze to taka namiastka utraconej męskości. Teraz rozumiecie, mości Draugdinie dlaczego nie boję się jechać z tobą sama przez ten straszny las?
Igrid przyjrzała się reakcji wiedźmina a potem wybuchnęła perlistym śmiechem.
- Dworuje sobie z was panie, nie bierzcie sobie tego do serca. Gołym okiem poznam jak wygląda zdrowy mężczyzna, a niania, teraz to widzę, łgała jak najęta.
Dziewczyna całą drogę przekomarzała się z wiedźminem, czyniła mu aluzje, prowokowała. Raz była złośliwa, raz dwuznaczna. Zniechęcała do siebie, by za chwilę przypadkiem powiedzieć coś co wydawać się mogło obietnicą łóżkowych igraszek. Ciśnienie podnosiło się Draugdinowi nie tylko w spodniach.
W końcu dotarli do Nirh Haben. Była to bogata wioska położona w dorzeczu Pontaru, pełna podmurowywanych chałup, budynków gospodarczych, stajni i stodół. Gospodarzom pod rządami hrabiego dobrze się musiało powodzić, senior raczej nie wyzyskiwał swoich chłopów i płacił przyzwoite dniówki. Wieś, tak jak wszystkie pozostałe, które Draugdin i Kosma mijali po drodze wyludniała, między budynkami hulał wiatr, co jakiś czas jakaś okiennica trzasnęła złowieszczo.
Posiadłość władyki znajdowała się na wzniesieniu, gdzie postawiono niewielki zameczek, bez murów i basztów, za to z wysoką wieżą rzucającą cień na wioskę. Draugin i Igrid wjechali na kamienistą dróżkę prowadzącą na sam szczyt pagórka. Zbliżając się do zamku wiedźmin zauważył w bramie ludzi, pakujących dobytek na zaprzęgnięte wozy.
- Tak jak wspominałam Draugdinie, obawiam się, że przybyłeś za późno –melodyjny głos Igrid przerwał ciszę– Jutro opuszczamy Nirh Haben.
Po chwili wiedźmin i szlachcianka wjechali na dziedziniec. Podbiegło do nich dwóch chłopców stajennych, którzy od razu zajęli się końmi. Igrid poprowadziła wiedźmina do ciężkich, kutych drzwi przez które weszli do przestronnego holu. Jak w każdym zamku, mury były zimne w środku panował nieprzyjemny chłód. Wąskim korytarzem ruszyli w stronę komnat. Ściany korytarza zdobyły portrety nieżyjących już członków rodziny hrabiego. Przy ostatnim dziewczyna zatrzymała na chwilę wzrok. Na portrecie znajdowała się kobieta uderzająco do niej podobna, lecz zamiast burzy rudych loków, miała ciemne długie włosy spływające swobodnie po piersiach aż do pasa.
Igrid otworzyła drzwi i puściła Draugdina przodem. Hrabia Richelius podrzucał właśnie drwa do kominka, grzejąc dłonie w blasku tańczących leniwie płomieni. Był wysokim postawnym mężczyzną w średnim wieku, rude włosy, miał krótko i starannie przystrzyżone, jego twarz wydawała się surowa a spojrzenie bardzo nieprzyjemne. Słysząc kroki, wyprostował się.
- Ojcze, masz gościa. –Igrid wskazała na Draugdina - Przybył do Nirh Haben w odpowiedzi na twoje ogłoszenie
Hrabia zmarszczył brwi, podszedł bliżej, przyglądając się niezwykłym oczom łowcy potworów.
- Wiedźmin – stwierdził beznamiętnie - Lepiej późno niż wcale. Siadajcie
 
Arthur Fleck jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 03-02-2020, 23:28   #6
 
Draugdin's Avatar
 
Reputacja: 22376 Draugdin ma wspaniałą reputacjęDraugdin ma wspaniałą reputacjęDraugdin ma wspaniałą reputacjęDraugdin ma wspaniałą reputacjęDraugdin ma wspaniałą reputacjęDraugdin ma wspaniałą reputacjęDraugdin ma wspaniałą reputacjęDraugdin ma wspaniałą reputacjęDraugdin ma wspaniałą reputacjęDraugdin ma wspaniałą reputacjęDraugdin ma wspaniałą reputację
Draugdin był lekko zaskoczony tak bezpośrednim przywitaniem i tak przepełnionym poczuciem beznadziejności. Często spotykał podobne nastawienie ludzi, dla których miał pracować, a wiedźmin był już naprawdę przysłowiową ostatnią deską ratunku. Ostatnią nadzieją. Jednak tu to odczucie było znacznie bardziej intensywne. Być może dlatego, że czas rzeczywiście naglił, a pożoga wojenna z dnia na dzień była coraz bliżej. Mógł się jednak mylić i sedno problemu mogło leżeć jeszcze gdzieś indziej lub gdzieś znacznie głębiej niż tylko strach przed wojną.
Za dużo już w życiu widział, żeby dziwiły go takie rzeczy jednak nigdy nie ustawał w wysiłkach niesienia pomocy. Chciał czy nie w ten sposób przecież zarabiał na życie i miał opinię dobrego fachowca.
-Mości hrabio jak sam pewnie wiesz czasy są trudne, a wiedźminów coraz mniej niestety. Ja sam znalazłem się tu całkowitym przypadkiem, a i wasze ogłoszenie zauważyłem dziwnym zrządzeniem losu. Czasy są trudne i każdy grosz się liczy tym bardziej w moim wymierającym fachu, tak więc proszę przyjmij na słowo moje zapewnienie, że przybyłbym znacznie szybciej gdybym wcześniej się o tym dowiedział. - Odezwał się Draugdin uważnie przyglądając się zarówno hrabiemu jak i jego córce. Podobieństwo było uderzające.
Jednocześnie rad był docierającego do niego ciepła z pobliskiego kominka. Wiele dni na szlaku i wczorajsza noc w opuszczonym domostwie dawały mu się już pomału we znaki. Także z satysfakcją korzystał z tych drobny i chwilowych przyjemności jakie oferowało mu życie.
- Daleko mi do sławy Białego Wilka, jednak wieść niesie, że jestem nienajgorszym fachowcem, a sprawy beznadziejne zjadam na śniadanie bez popitki. Także rad bym był dowiedzieć się w czy leży sedno problemu, a wtedy będę w stanie powiedzieć coś więcej. - Powiedział Draugdin, gryząc się język, nie chcąc by niezamierzona przenośnia nie została odebrana przez hrabiego, że chamsko i bezczelnie podmawia się o poczęstunek.

- Nie będziemy gadać tak, o suchym pysku mości wiedźminie – stwierdził hrabia jakby podłapując o czym myśli Draugdin i skinął na Igrid. Dziewczyna opuściła komnatę, a po chwili w pomieszczeniu pojawiło się dwóch służących. Położyli na stole półmiski pełne kiełbas, smalcu i chleba, a do pucharów rozlali czerwonego wina. Draugdinowi daleko było do wykwintnego smakosza, potrafił jednak odróżnić parszywego węgrzyna od czerwonych win z Toussaint. Pewnym było, że Richelius nie ma węża w kieszeni i nie żałuje swojemu gościowi dobrego trunku.
- By dokładnie nakreślić wam mój problem, muszę się cofnąć nieco w czasie. Wyglądacie młodziej niż ja panie Draugdin, lecz przypuszczam, że to tylko efekt tych waszych…czarów? Mutacji? Na pewno więc dobrze pamiętacie pierwszą wojnę z Nilfgaardem, rzeź Cintry, królową Calanthe. Już wtedy wiedziałem, że van Emreis, dopiero się rozkręca, że ostrzy sobie kły na Rivię i Lyrię, a następna w kolejności będzie Temeria, Kaedwen i Redania. I co kurwa, myliłem się? Przewidziałem wszystko, ale głupcy, nie chcieli mnie słuchać. Próbowali się układać z tym syczym synem.
Spojrzał gorzko na wiedźmina i pociągnął łyk z pucharu. Nie czekając na jego komentarz kontynuował opowieść.
- Mury ani fosy nie są dla czarnych i ich magów żadną przeszkodą. Jaki więc sens się zbroić? Minęły już te czasy gdy de la Blanche mieli pod rozkazy swoją własną armię. Co więc zrobiłem wiedźminie? Sprowadziłem z Mahakamu czterech krasnoludzkich inżynierów, żeby zaprojektowali pod zamkiem sieć podziemnych korytarzy. Skończyli kopać w ostatniej chwili, gdy Emhyr zerwał rozmowy z Foltestem a jego wojska ruszyły na Temerię. Rozumiesz do czego zmierzam? Czarni mogli podbić moje ziemie, spalić wioskę, zburzyć zamek, ale przysiągłem sobie, że nie dostaną żywcem ani jednego mojego człowieka. Ani mojej Igrid – wymawiając imię córki głos hrabiego wyraźnie złagodniał – W piwniczce znajdowało się sekretne przejście a tunel i różne jego odnogi prowadziły do przejść poukrywanych pod mchem w lesie i na przystani. Jak wiesz Czarni nigdy nie dotarli do Nirh Haben, w Cintrze podpisano traktat pokojowy, ale moje kłopoty się wcale nie skończyły…a dopiero zaczęły.
Mężczyzna wstał od stołu, po czym podrzucił do kominka parę szczapek drewna. Płomień rozjaśniał, ale Draugdin mógł przysiąc, że zrobiło mu się zimniej. Gdy hrabia zasiadł z powrotem w krześle, jego wzrok wydawał się ponury i zamglony, jakby wracał do jakichś nieprzyjemnych wspomnień.
- Siedziałem w tej komnacie z Igrid, tak jak z tobą teraz, zbliżał się czas kolacji. Poprosiłem mojego domarada…Gustav mu było…żeby zszedł do piwniczki i przyniósł na zaś parę butelczyn. Ledwo zaczęliśmy wieczerzać usłyszeliśmy jak po korytarzach echem krzyk się niesie. Od razu poznałem, że to Gustav. Złapałem co miałem pod ręką i pobiegłem sprawdzić co się stało. Zbiegając do piwniczki, zobaczyłem tylko jego głowę i ręce wyciągnięte do przodu. Coś wciągało go w głąb tunelu, biedak płakał, darł się w niebogłosy, próbował walczyć, paznokcie wbił w posadzkę, do dzisiaj są tam jego ślady.
Richelius mętnym wzrokiem zapatrzył się w opróżniony niemal do dna posrebrzany puchar, wzrok wciąż pozostawał nieobecny.
- Nie minęła chwila jak zniknął w szybie. Gdyby mnie wtedy Ingrid nie przetrzymała, przysięgam, pobiegłbym za nim i nigdy, tego jestem pewien, nie spotkalibyśmy się przy tym stole mości wiedźminie. Co najwyżej mógłbyś sobie popatrzeć na mój portret w korytarzu. Richelius de la Blanche, zwany Głupcem, tak by pewnie ten obraz nazwano.
Hrabia chwycił na butelkę, rozlał następną kolejkę, kontynuując.
- Rankiem zebrało się sześciu chłopa. Stare wiarusy, zabijaki jak się patrzy. Aż się rwali, żeby wejść do tunelu i potwora posiekać. Tylko jeden wrócił. Zanim coś zdążył powiedzieć, oczy krwią mu zaszły, żyły poczerniały i skonał biedak w męczarniach. Wiedziałem już wtedy, że to nie byle utopiec czy nekker lecz poważniejsza sprawa. Wejścia do szybów kazałem zasypać, a gońcom do zamku wiedźmina sprowadzić. Przez parę miesięcy spokój był i każdy myślał, że straszydło zdechło z głodu. W końcu Drzazga, najmłodszy syn miejscowego szewca, wymyślił sobie, że do tunelu wejdzie i sprawdzi czy bydle ciągle tam siedzi. W nagrodę zażądał czterech morg ziemi pod lasem i oczywiście ręki mojej Igrid. Kazałbym chama zakuć w dyby i wychłostać, ale pomyślałem, że zaczekam aż wróci z dobrą nowiną. No i wrócił, ale to nie był już ten sam Drzazga. Cokolwiek tam zobaczył odebrało chłopakowi rozum. Wejście zasypaliśmy z powrotem i od tego czasu nikt tam już nie wszedł. Czasem w bezwietrzną noc słychać pod podłogą skrobanie. To coś tam ciągle siedzi wiedźminie a ja od trzech lat nie mogę przestać o tym myśleć. Słabo sypiam. Dużo piję.
Hrabia westchnął i jako na dowód prawdziwości swoich słów jednym haustem opróżnił puchar.

Draugdin słuchał z uwagą całej historii opowiadanej przez hrabiego delektując się zarówno jadłem jak i trunkiem. Tak smacznego mięsiwa to już dawno nie kosztował, a i wino czerwone, którym częstowano bez umiaru musiało niewiele ustępować tym słynnym wyrobom z Toussaint. Wiedźmin słuchał uważnie starając się wyłowić jak najwięcej szczegółów. Identyfikacja potworów zazwyczaj była w miarę prosta jednak czasem w rzadkich przypadkach wymagała jednak dużo więcej zachodu, a nawet czasem po prostu przypadku lub w najgorszym przypadku identyfikacji oko w oko. Te ostatnie były najmniej korzystne, gdyż zostawiały bardzo niewielu lub nawet w ogóle czasu na przygotowanie.
Słuchając cały czas hrabiego Draugdin intensywnie myślał. Ani nekker ani utopiec to na pewno nie był. Ghul raczej też nie gdyż one preferowały egzystencję w małych stadach. Poza tym ghul potrzebował dostępu do w miarę stałych “dostaw” ciał lub innej padliny. Z całego tego opisu najbardziej skłaniał się do pomysłu, że może to być upiór. Upiory do zjawy ludzi i nieludzi, którzy umarli gwałtowną śmiercią lub pozostawili ważne, a niedokończone sprawy. Jedna sprawa jednak nie dawała mu spokoju. W bardzo rzadkich przypadkach powstanie upiora związane było z rzuconym potężnym przekleństwem utrzymującym upiora przy życiu. Byłby to już drugi przypadek związany z klątwą lub urokiem, z którym spotkał się i to jednego dnia. Draugdin nie wierzył w takie przypadki. Ktoś tu się igrał z mocami, których nie pojmował i nie kontrolował.
Mości hrabio, zazwyczaj łatwo jest mi zidentyfikować potwora, z którym mogę mieć do czynienia jednak zdarzają się rzadkie trudniejsze przypadki. Mówiąc w prostych żołnierskich słowach “sposób na potwora” i czas na przygotowanie się jest wprost proporcjonalny do powodzenia operacji oraz zwiększa przeżywalność wiedźmina. Dlatego wiedza jest ważna, a resztę robi doświadczenie i umiejętności. Nie zmienia to jednak fakt, że jak już wspomniałem, że mogę się mylić, a wolałbym być przygotowany niż zaskoczony tym co zastanę na miejscu. *
- Rozumiesz jednak wiedźminie, że czasu nie ma dużo? Jeśli chcesz ubić bestię, musisz to zrobić najpóźniej do jutrzejszego wschodu słońca. Rankiem wypływamy do Kaedwen. – powiedział hrabia - [i] Jeszcze jedna rzecz mi się przypomniała. Nie wiem czy to ważne, ale te tunele podmyła powódź. Tam jest wilgotno jak w kanałach a przynajmniej tak przedstawiała się sytuacja zanim nie zasypaliśmy wejścia /i]
Rzeczywiście czasu było bardzo mało i nie było nawet marginesu na to żeby go marnować. Draugdin wiedział, że na przeprowadzenie standardowego wiedźmińskiego śledztwa miał bardzo mało czasu, góra ledwie kilka godzin o ile nie mniej. Czas naglił, a okoliczności nie sprzyjały. Swoją drogą wiedźmina zastanawiało tylko jedno. Skoro hrabia ostatecznie i nieodwołalnie zamierzał jutro i tak opuścić posiadłość nie wiadomo na jak długo i czy w ogóle z opcją powrotu tu kiedyś to dlaczego aż tak mu zależało na wyjaśnieniu tej sprawy i ewentualnym jej załatwieniem. Przypuszczalnie tu właśnie leżało sedno tematu i miał wrażenie jakby mówiono mu nie całą prawdę. Cóż nie byłby to pierwszy i prawdopodobnie nie ostatni raz. O ile prościej by było znać całą prawdę niż jej samemu dochodzić lub odkrywać krok po kroku.
Wytarł usta i dłonie w ozdobną w jedną z ozdobnych chust, które leżały przy każdej zastawie stołowej, jednym haustem dopił wino, po czym zdecydowanym i mocnym głosem powiedział.
-Dziękuję za wyśmienity poczęstunek mości hrabio, ale czas mi brać się do pracy by zapracować na moje wynagrodzenie. Mamy naprawdę mało czasu. Chciałby jak najszybciej osobiście przesłuchać świadków lub tych, którzy widzieli lub słyszeli chociażby cokolwiek, a potem chciałbym obejrzeć ślady na miejscu. Moje wprawione zmysły wiedźmina na pewno coś zarejestrują. Także za pozwoleniem jaśnie hrabio, ale czas nagli…
- Świadków…hmmm….jedyny świadek, który widział bestię a przynajmniej wlazł do tych tuneli i wrócił żywy to Drzazga. Alem tak jak mówił, chłopak oszalał. Ojciec go do lasu wyprowadził, szkoda mu było takiego durnia w domu trzymać. Drzazga wrócił po paru dniach, ale szewc go do domu nie wpuścił. Żeby nie zdechł z głodu, wziąłem go na szczurołapa. Jeśli chcecie zbadać wiedźminie jakieś ślady, zaraz każę chłopom odgruzować przejście w piwnicy. Tyle że to chwilę potrwa
-Nie zwlekajmy dłużej. Może twoim sługom zajmie to tyle czasu co mnie przesłuchanie tego Drzazgi. - Powiedział energicznie wiedźmin gotów do działania. Najedzony i ogrzany był w dobrym nastroju pełen nadziei i chętny do ruszenia tej sprawy z miejsca. - Mam jeszcze tylko prośbę mości hrabio o zaopiekowanie się równie gościnne jak mną moim towarzyszem, który wkrótce powinien tu dotrzeć z obstawą pani Igrid. I proszę się nie dziwić jego wyglądowi. Jakem wiedźmin zapewniam, że jest to tylko i wyłącznie wynikiem rzuconej klątwy, którą mam zamiar odczynić. To gdzie ten świadek? - Powiedział Draugdin.
Hrabia kazał swoim ludziom znaleźć Drzazgę a sam wyszedł z komnaty by dopilnować prac przy odgruzowaniu tunelu. Chwilę później, drzwi się otworzyły a jeden ze strażników kopniakiem w dupę wprowadził do środka szczurołapa. Drzazga nie mógł być starszy niż Igrid czy Kosma, lecz włosy na jego głowie miały barwę czystego śniegu. Chłopak całkowicie osiwiał, miał rozlatane oczka, którymi nerwowo mrugał w jakimś nerwowym tiku. Na twarzy nie ostała się ani jedna oznaka inteligencji. To rzeczywiście był przygłup.

Strażnik wyszedł. Drzazga rozglądał się nerwowo na boki, po czym zatrzymał wzrok na wiedźminie.
Wystarczyło jedno spojrzenie na Drzazgę, żeby Draugdin się zorientował, że raczej niczego się od młodzieńca nie dowie. Gdyby mieli więcej czasu mógłby poeksperymentować z kilkoma miksturami… Na pewno by mu już bardziej nie zaszkodziły, a może coś byłby w stanie pomóc. Młodzieniec najprawdopodobniej rzeczywiście postradał rozum w wyniki bardzo silnej traumy. Beznadziejny przypadek pomyślał sobie, ale z drugiej strony czy nie do takich właśnie zazwyczaj wzywani są wiedźmini? No cóż nic nie wadzi chociaż spróbować, a że chłopak w tym momencie skupił swój wzrok na nim Draugdin zapytał spokojnym głosem:
-Drzazga słyszysz i rozumiesz mnie? Jeśli tak to czy pamiętasz cokolwiek z dnia gdy poszedłeś do tunelu? Co tam widziałeś lub słyszałeś?
Szczurołap spojrzał na wiedźmina wzrokiem z którego ziała przerażająca pustka. Draugdinowi jednak wydawało się, że twarz chłopaka dygnęła, gdy wypowiadał słowo „tunel”.
- [i] He? /i]
Wiedźmin pstryknął gwałtownie palcami żeby utrzymać na sobie skupienie młodzieńca jak najdłużej. Szok musiał być potężny żeby spowodować tak głęboką traumę. Draugdin pstryknął jeszcze raz i powtórzył z nadzieją w sercu słowo klucz.
-Tunel! Co jeszcze pamiętasz?
Drzazga impulsywnie zaczął kręcić głową, wydął usta jak obrażone dziecko.
- Ni, ni, ni, ni, ni
Wyglądało na to, że chłopak próbuje się skryć we własnym świecie, nie dopuszczać do siebie żadnych wspomnień.
- Drzazga wracać! Drzazga wracać, szczury łapać! – wyjąkał po czym zaczął cofać do drzwi.
Tak jak przypuszczał trauma była za głęboką. Słyszał kiedyś o bardzo podobnym przypadku jednak nigdy się z takim nie spotkał osobiście. Przypadek beznadziejny. Przypomniał sobie jednak, że kiedyś ktoś mu opowiadał iż czasem jedyną słuszną metodą ostatniej szansy w podobnych przypadkach jest terapia wstrząsowa. Klin klinem. Nie miał nic do stracenia, najwyżej powoła się na doświadczenie wiedźmina i przeprosi.
Dłużej się nie zastanawiając błyskawicznie uderzył młodzieńca z otwartej dłoni prosto w twarz. I krzyknął.
-Drzazga! TUNEL! *
Szczurołap złapał się za policzek, popatrzył na wiedźmina rozżalony a potem rozpłakał się żałośnie.
- Drzazga wracać, szczury łapać! Drzazga wracać szczury łapać, DRZAZGA WRACAĆ SZCZURY ŁAPAĆ!!! – mężczyzna zaczął krzyczeć coraz głośniej i bić się po głowie, jakby sam chciał się za coś ukarać. Cóż, niektórych chorób umysłu nie da się wyleczyć bez pomocy magii. Nie wiadomym, też było, czy na takiego głupka podziała znak Axii, których wiedźmini w wyjątkowych sytuacjach używali by wymusić na kimś swoją perswazję.
Przypomniał sobie jeszcze o możliwości użycia znaku Axii jednak zrezygnował z tego pomysłu. Znak ten pomagał gdy trzeba było chociażby uspokoić znarowione zwierzę lub narzucić chwilowo komuś swoją perswazję jednak w tym przypadku jak mniemał wiedźmin niewiele by to pomogło. Przez chwilę się jeszcze zastanowił czy gdy dotrze to Kosma, mógłby jego zapytać. Podobno był utalentowanym zielarzem, a nóż a widelec by coś poradził. Szansa ku temu jednak było nikła.
Hrabia miał rację, że przesłuchanie świadka nic nie da. Drzazga po prostu stracił rozum w wyniku bardzo silnego szoku. Być może gdyby miał więcej czasu mógłby nad nim trochę popracować jednak tu czas naglił nawet bardziej niż nadciągająca wojna. Może chociaż przeszukanie tunelu i zbadanie śladów, jakie tam mogły zostać coś pomoże i przybliży go do zidentyfikowania potwora.
Jedna myśl cały czas nie dawała mu spokoju. Dlaczego hrabiemu Richelius de la Blanche tak bardzo zależało na rozwiązaniu zaistniałego problemu skoro i tak jutro wszyscy opuszczają to miejsce i nawet nie mają ani krztyny pewności, że będą w stanie kiedykolwiek tu jeszcze wrócić. Niby wiedział, że tak jest tak w wielu przypadkach i często się takie sytuacje powtarzały jednak nigdy się nie przyzwyczaił do tego że rzadko kiedy mówią mu całą prawdę. Być może to i lepiej. Tak przynajmniej przez cały czas musi zachować wzmożoną czujność i nieufność, a to natomiast uratowało mu już życie nie raz i nie dwa.

Wiedźmin poddał się, uznając przypadek szczurołapa za beznadziejny. I gdy Drzazga już miał wyjść zanosząc się szlochem, za oknem zapiał kur. To co się za chwilę wydarzyło, przeszło najśmielsze oczekiwania Draugdina. Chłopak padł na ziemię, zasłonił głowę rękami i zaczął wrzeszczeć jakby obdzierano go żywcem ze skóry. Wił się po podłodze, wyjąc z bólu, to było czyste przerażenie powodujące wręcz fizyczny ból. Widać było, że chłopak cierpi potworne katusze.
Krzyk Drzazgi rozniósł się po korytarzach zamku, więc po chwili przyleciało dwóch strażników a za nimi Igrid.
- Co tu się dzieje!? Co mu zrobiłeś? – zapytała z pewnym wyrzutem dziewczyna.
Wiedźmin pozostał niewzruszony. Raz, że miał czyste sumienie -no może poza tym policzkiem jakim zaserwował młodzieńcowi - dwa, że nie było czasu na tłumaczenia, a trzy nieraz już był w podobnych sytuacjach i wiedział, że rozemocjonowany czy speszony, a już tym bardziej tłumaczący się ze swoich czynów wiedźmin był super nieprofesjonalny.
Wcześniej odrzuciwszy tą metodę, jako raczej nieskuteczną tym razem się nie wahał ani chwili. Pomoże czy też nie jednak na pewno uspokoi młodzieńca skoro potrafi zadziałać na znarowionego konia czy też inne dzikie zwierzę. Nie zastanawiał się dłużej żeby nie pozwolić wypadkom potoczyć się w niewłaściwym kierunku.
Złożył szybko palce w bardzo dziwny i skomplikowany układ i rzucił na wrzeszczącego wniebogłosy młodzieńca znak Axii.
Biały blask otoczył dłonie Draugdina i głowę Drzazgi. Igrid i strażnicy zrobili krok w tył przestraszeni, nigdy wcześniej nie widzieli wiedźmina czyniącego znaki. Nie był to przyjemny widok. Szczurołap jeszcze przez chwilę kwilił i wił po podłodze jak opętany, lecz nagle płacz zamarł mu w ustach. Rozpaczliwa pustka w jego oczach zaczęła się wypełniać czymś co można nazwać świadomością. Widać było jednak, że Drzazga próbuje się opierać, ukryć znów w swoim szaleństwie. Wiedźmin nie miał wiele czasu
Draugdin był zdumiony, że działanie znaku dało aż tak dobry efekt jednak ani przez moment nie dał tego po sobie znać. Przynajmniej ni musiał się martwić Igrid i strażnikami gdyż to co zobaczyli na własne oczy wystarczyło by powstrzymać ich od jakiegokolwiek działania czy przeszkadzania wiedźminowi. Wiedział też, że czasu miał bardzo mało i trzeba to było wykorzystać do maksimum.
-Drzazga skup się na moim głosie. Tunel. Co tam się wydarzyło? Co widziałeś lub ci Cię spotkało? - Draugdin utrzymując cały czas znak mówił głosem stanowczy i jednostajnym. Wiedział, że szansa na uzyskanie jakichkolwiek wiadomości była właśnie i teraz i mogła się już nie powtórzyć. *
- Drzazga iiiiidzie…Drzazga widzi koooości! Potwora nie ma, Drzazga się cieeesszy….dostanie ziemię pod lasem, wydupczy Iiiiigrid. Drzazga wracaaaaaa, Drzazga czuje jak woda pod stopami falujeeeeee, Drzazga się odwracaaaaa…i….i…..
Wiedźmin czuł jak chłopak walczy. Choć miał rozum dziecka a jego wolę złamał strach i obłęd opierał się, nie chciał wracać do wspomnień, które kaleczyły jego umysł. Udało mu się jednak przetrzymać znak.
- Ma dziób….dziób jak kuuuuur! I zębyyyyy…. pazuryyyy, ogooon, skrzydłaaaaa – chłopak zaczął żałośnie skowyczeć [i] – Drzazga rzuca pochodnię, ucieeekaaaa, uciekaaaaa….słyszy kuura…słyszy syk….kur syczyyyyy….kur głodny….kur zje Drzaaaazgę! Drzazga ucieka…ucieka w zły tunel…nie wie jak wyjść…słyszy kura…kur głodyyyyy….kur go szukaaaa!
Chłopak wydał siebie przeciągły jęk po czym padł nieprzytomny na ziemię. Igrid, wyraźnie poruszona tym co zobaczyła, zwróciła się natychmiast do strażników.
- Wynieście go stąd i ocućcie. A jak się obudzi dajcie mu coś do picia. Najlepiej wódki
Strażnicy natychmiast wykonali rozkaz hrabianki. Igrid patrzyła na Draugdina z mieszaniną strachu, złości, ale i zafascynowania.
- Co tu się wydarzyło Draugdinie?
Jednak opłacało się zaryzykować w ostatnim desperackim pomyśle. Draugdin wiedział już wszystko... Bazyliszek. Stwór może niezbyt wymagający jednak nie znaczy to, że mniej niebezpieczny. W końcu gdyby banda chłopów z widłami była w stanie zabić takiego bazyliszka to on sam mógłby swoje dwa miecze powiesić na kominku i zacząć strugać fajki na sprzedaż. Póki co jednak wiedźmini nadal byli potrzebni.
- Już wszystko wiem Pani Igrid. To bazyliszek. Wyglądem przypomina koguta tyle tylko, że wielkości konia jak nie lepiej, no i dodatkowo uzbrojony w szpony i pazury, które potrafią dorosłego człowieka rozpłatać na pół. Jednak najniebezpieczniejszy jest jego jad, który jest jedną z najsilniejszych trucizn znanych człowiekowi. - Powiedział spokojnie wiedźmin.
- Czy to prawda co ludzie gadają, że wzrok bazyliszka zamienia w kamień? - Zapytała hrabianka już trochę uspokojona po wydarzeniach, które zastała w komnacie.
Draugdin uśmiechnął się pod nosem po czym kontynuował:
-To akurat są bujdy i ludzkie gadanie. Nie mniej jest to potwór bardzo niebezpieczny i uciążliwy gdy już osiądzie na danym terytorium. Swoją drogą ciekaw jestem co go tu przywiało. Na szczęście mam wszystko co jest potrzebne do jego pokonania czyli wiedzę i umiejętności, a potrzebne eliksiry zawsze mogę zdążyć uwarzyć tym bardziej, że mój nowo poznany towarzysz Kosma jest uzdolnionym zielarzem. Z tego co pamiętam to bazyliszki paradoksalnie polują głównie za dnia także mamy czas do wieczora, a ja zdążę się przygotować.
Draugdin mówił jednocześnie obserwując, jak Igrid dosłownie spija każde słowo z jego ust. Nie wiedział tylko czy w wyniku chęci czerpania wiedzy czy też fascynacji wiedźminem
-Drzazga pomału dojdzie do siebie. Może zawsze już będzie lekko głupawy jednak trudno mu się dziwić po tym co zobaczył. Cud, że udało mu się przeżyć. Bazyliszek musiał być nażarty. Jak go ocucicie, przyłóżcie mu proszę zimny okład do lewego policzka z przeprosinami od wiedźmina. - Dodał Draugdin.
Potrzebował się przygotować do czekającej go walki. Ważne było to, że wiedział z czym będzie miał do czynienia, choć kilka elementów jeszcze mu nie pasowało do tej dziwnej układanki. Głównym z nich natomiast było pytanie dlaczego hrabiemu tak bardzo zależało na wyjaśnieniu tej sprawy.
 
__________________
There can be only One Draugdin!

We're fools to make war on our brothers in arms.
Draugdin jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 07-02-2020, 18:35   #7
 
Arthur Fleck's Avatar
 
Reputacja: 11614 Arthur Fleck ma wspaniałą reputacjęArthur Fleck ma wspaniałą reputacjęArthur Fleck ma wspaniałą reputacjęArthur Fleck ma wspaniałą reputacjęArthur Fleck ma wspaniałą reputacjęArthur Fleck ma wspaniałą reputacjęArthur Fleck ma wspaniałą reputacjęArthur Fleck ma wspaniałą reputacjęArthur Fleck ma wspaniałą reputacjęArthur Fleck ma wspaniałą reputacjęArthur Fleck ma wspaniałą reputację
***

Po rozmowie z Igrid wiedźmin został zaprowadzony przez służącą do jednego z gościnnych pokoi. Większość mebli i wyposażenia zdążono już wynieść na wozy, zostało samo łóżko, koc, poduszka. Po chwili służba doniosła blaszaną miskę, wiadro wody i trochę pachnideł. Draugdin mógł odświeżyć się po trudach podróży, ale na dłuższy odpoczynek i relaks nie było czasu. Kosma dostał pokój naprzeciwko. Gdy wiedźmin skończył się myć, chłopak zapukał nieśmiało, po czym wszedł do izby. Zamknął za sobą drzwi, ściągnął kaptur odsłaniając przerażającą zdeformowaną twarz, na widok której tylko pozbawionego emocji mutanta nie cofało w żołądku.
- I pomyśleć, że jeszcze wczoraj o mało co nie zawisłem na sznurze. Nie wiem jak mam ci dziękować Draugdinie. Uratowałeś mi życie, nigdy ci tego nie zapomnę – zaczął wyraźnie poruszony.
Draugdin ucieszył się, z wizyty Kosmy i z tego, że młodzieniec miał lepszy humor niż wczoraj. Fakt faktem, że na pewno uniknął śmierci. Śmierć zaś z “ręki” rozgorączkowanego zabobonnego tłumu rzadko jest szybka i bezbolesna. Przyjrzał się jeszcze na spokojnie jego twarzy. do definitywnie był klątwa, jednak z bardziej paskudnych jakie dane mu było widzieć. Zdjęcie jej nie jest niemożliwe jednak będzie trudne. Tym jednak zajmą się później i gdzie indziej. Chciał powiedzieć bezpieczniejszym miejscu jednak pomyślał sobie gdzie i czy w ogóle teraz znajdą takie miejsce w obliczu wojny posuwające się za plecami z dnia na dzień coraz dalej. Nastał czas miecza i topora. Wiedźmin wyrwał się z zadumy.
Cieszę się Kosma, że jesteś dobrej myśli, a dziękować mi będziesz gdy uda mi się zdjąć z ciebie tą klątwę. Jednak mamy teraz pilniejsze sprawy. Jutro świecie ta posiadłość opustoszeje. Hrabia z całą swoją świtą odpływa - czytaj dalej ucieka przed wojną - do Kaedwen. Jeżeli uda mi się wykonać to zlecenie dla niego wierzę, że uda mi się wynegocjować jego protekcję i możliwość zabrania się z nimi. Oczywiście mówi o tobie i o sobie. - Zaczął Draugdin obserwując jak Kosma słucha z uwagą i spija każde słowo z jego ust.
Mamy tu bazyliszka. Typowa robota dla wiedźmina choć wcale przez to nie łatwiejsza. Mam zamiar wieczorem ruszyć do tunelu i rozwiązać ten problem. Potrzebny olej przeciw drakonidom powinienem mieć gdzieś głęboko w jukach, jednak jest jedna sprawa, w której być może będziesz w stanie mi pomóc. Potrzebuję eliksir o nazwie Wilga. Zakładam, że potrafisz go zrobić tylko pytanie czy masz wszystkie składniki. Jeśli tak to potrzebuję dwie porcje. Jedną do zażycia przed walką natomiast drugą… Na w razie gdyby mnie potwór zatruł. - Dokończył Draugdin stawiając przed Kosmą dwa flakoniki.
Chłopak spojrzał niepewnie na flakoniki a potem wiedźmina.
- Schlebiacie mi, ale tak jak mówiłem wcześniej, potrafię zrobić tylko Biały Miód, nie znam wszystkich wiedźmińskich receptur i wątpię by ktokolwiek je znał, chyba że któryś z twoich braci postanowił je spisać i sprzedać, ale o takim przypadku nie słyszałem. Gdybyście podali mi chociaż substancje, potrzebne by uwarzyć taki eliksir, pomógłbym ze składnikami.
- Rebis, Vermilion, Caelum. - Jednym tchem wyrecytował wiedźmin.
- [/i] Rebis mogę pozyskać z jaskółczego ziela, a Vermilion z tojadu. Gorzej z Caelum. Najłatwiej go wydestylować z języka utopca albo baby cmentarnej, ale z tego co pamiętam, użyć też można zielonej pleśni lub przestępu. Będę musiał połazić po okolicy, rozejrzeć się. Przestęp czasem rośnie na murach. [/i] – wyjaśnił Kosma. Rozległo się pukanie do drzwi. Chłopak szybko założył kaptur a gdy drzwi się otworzyły spuścił głowę w dół. W progu stanęła Igrid.
- Przepraszam, myślałam Draugdinie, że jesteś sam – powiedziała spoglądając na Kosmę. Ten szybko przemknął obok hrabianki a wychodząc zwrócił jeszcze na odchodne do Draugdina.
- Wrócę gdy znajdę to czego potrzebujesz – i zamknął za sobą drzwi.
Mądry i zaradny młodzieniec pomyślał sobie Draugdin co jedynie upewniło go w tym, że podjął właściwą decyzję biorąc chłopaka pod swoją opiekę. Tego typu przypadkowe spotkania często zmieniające losy życiowe obu stron nie przestawały go fascynować. A może jednak przeznaczenie, o którym wszyscy tak często i tak dużo zwykli mawiać maczało swoje widmowe palce w takich przypadkach?
Z zamyślenia wyrwało go pukanie do drzwi. Spodziewając się sługi z jakimś pytanie czy też doniesieniem czego czego nawet nie wiedział, że potrzebował tym bardziej widok hrabianki go zaskoczył. Kosma zdążywszy narzucić kaptur na głowę dyskretnie wycofał się z pomieszczenie. Mądry chłopak.
Przybrawszy najbardziej rozbrajająco-zaskoczony wyraz twarzy zapytał szarmancko:
Czym sobie zasłużyłem na prywatną wizytę?
- Pan ojciec kazał przekazać, że odgruzowywanie potrwa jeszcze parę godzin, osobiście nadzoruje prace . Wie już o bazyliszku i mam ci w jego imieniu podziękować, że tak szybko rozwiązałeś zagadkę.
Wiedźmin dostrzegł zawahanie w oczach dziewczyny. Nie przyszła tu tylko jako posłaniec. Za jej wzrokiem kryło się coś jeszcze. Obawa? Niepokój? Miała już wycofać się i wyjść, kiedy zawróciła.
- Draugdinie, jesteś profesjonalistą. Z niejednego pieca jadłeś chleb. Ale zrozum, ci żołnierze, których pozabijał bazyliszek też wiedzieli z której strony trzymać miecz. Nie podoba mi się, że idziesz na żywioł, zupełnie nieprzygotowany. Obiecałeś ojcu przyjąć zlecenie, ale nie jest za późno, żeby się wycofać. On zrozumie. Napalił się, bo przez trzy lata szukał wiedźmina a bestia napsuła mu przez ten czas krwi. Wierzy, że wojna się skończy, zamek ocaleje i kiedyś tu wrócimy. Ale jeśli się myli, twoje poświęcenie nikomu się na nic nie przyda.
Igrid podeszła bliżej zaglądając Draugdinowi w jego intensywnie zielone, kocie ślepia. Przejechała delikatnie palcami po jego bliźnie na policzku.
- Ludzie boją się was, nienawidzą. Ale ja postrzegam was inaczej. Jesteście unikatami. Ginącym gatunkiem. Nie chcę, żeby coś ci się stało.
Draugdin zastanowił się nad słowami dziewczyny. Czyżby rozwiązanie zagadki determinacji hrabiego było aż tak banalne. Trzeźwo patrzył w przyszłość. Wojny przychodzą i wojny odchodzą, a granice często się przesuwają to w jedną, to w drugą stronę. Być może hrabia po prostu rozsądnie zakładał, że kiedy wichry wojny zmienią kierunek lub ucichną to będą w stanie tu wrócić i ponownie zamieszkać. Prawdopodobnie dlatego chciał mieć pewność, że będzie miał gdzie wrócić. Być może do zniszczonej jednak bezpiecznej posiadłości, a tylko wiedźmin - niestety nauczony niemiłym doświadczeniem - podejrzewał jakieś drugie dno.
Pani Igrid nie miałem zbytniego wyboru co do mojego zawodu, ale to raczej dość długa i smutna historia. Jednak w tym co robię jestem dobry, a gdyby najlepiej nawet wyszkoleni żołnierze byli w stanie pokonać w walce bazyliszka, kikimorę czy choćby strzygę moje usługi nie byłyby potrzebne. Mimo, że jestem wyszkolony, doświadczony i odpowiednio przygotowany każda taka walka jest bardzo niebezpieczna, a jej wynik niepewny. Dlatego też pierwszym krokiem do śmierci wiedźmina jest popadnięcie w rutynę. Do każdej walki z każdym potworem trzeba się dobrze przygotować i podchodzić do niej jakby to było pierwszy raz. Jednak nie chciałbym cię zanudzać takimi smutnymi lub nawet smętnymi opowieściami Pani.
Igrid skinęła głową bez większego przekonania po czym bez słowa wyszła z sypialni Draugdina. Godzinę później ze swojej ekspedycji wrócił Kosma. Szczęśliwy trzymał w ręku kilka kwiatków przęstępu, które udało mu się znaleźć nieopodal zamku.
- Nie ma tego za wiele Draugdinie. Będziemy mieli tylko jedną próbę – stwierdził chłopak. Ze swojego ekwipunku wyciągnął cały swój sprzęt alchemiczny, szklane naczynia, menzurki, malutki żelazny kociołek. Wiedźmin kazał przygotować służbie palenisko w kuchni i przynieść źródlanej wody ze studni. Gdy wszystko już było gotowe, przystąpili do pracy. Chłopak nie miał żadnych problemów z wydestylowaniem Substancji jednak Draugdin nie miał spisanej receptury Wilgi, musiał posiłkować się własną pamięcią. Przekazywał Kosmie co ważniejsze szczegóły, licząc, że żaden z nich nie pomyli się i nie zmarnuje składników bo i tak czasem niestety bywało przy warzeniu eliksirów.
Draugdin wiedział, że równie dobrze potrafiłby uwarzyć ten eliksir sam. Jednak postanowił dać zajęcie młodzieńcowi i zobaczyć jak podejdzie do tematu. Z tego wszystkiego zaangażowanie i własna inicjatywa Kosmy bardzo pozytywnie go zaskoczyła. Potwierdziło to jedynie, że podjął słuszną decyzję biorąc go pod swoją opiekę. Odrobina człowieczeństwa w tym gwałtowny, niesprawiedliwym i niebezpiecznym świecie. Odrobina człowieczeństwa i to okazane przez wiedźmina. Koń by się uśmiał, a na pewno mało kto by w to uwierzył.
Kosma wydestylował Substancje, lecz to do Draugdina należało to najważniejsze, najtrudniejsze zadanie. Chłopak pomimo dobrych chęci nie wiedział jak precyzyjnie odmierzyć składniki, jak je pomieszać, kiedy je odpowiednio przygrzać a kiedy schłodzić. To wszystko było w głowie łowcy potworów, który zdawał sobie sprawę,, że wiedźmińska alchemia to nie zabawa, że drobny błąd czasem może się skończyć ciężkimi poparzeniami lub ślepotą. I kiedy ostrożnie wymierzał kolejną porcję ekstraktu, pchnięta wiatrem okiennica strzeliła głośno i wiedźmin stracił na moment koncentrację. Metalowa miarka, którą trzymał w palcach wylądowała w bulgoczącym płynie, a z kociołka buchnął cuchnący dym. Kosma cofnął się przestraszony a potem spojrzał na wiedźmina i wybuchnął śmiechem. Nie był to jednak śmiech złośliwy, szyderczy. Raczej serdeczny i radosny.
- Draugdinie, twoje brwi… – Kosma odruchowo zasłonił dłońmi otwór który kiedyś był ustami, próbując opanować chichot.
Istotnie, brwi wiedźmina, jedyne owłosione miejsce na jego głowie były teraz osmolone, przez co najemny zabójca potworów wyglądał jeszcze groźniej niż zazwyczaj. Tak czy inaczej Draugdin miał pewne wątpliwości, czy to co uwarzył, ochroni go przed jadem bazyliszka.
Draugdin zaklął szpetnie przekleństwem jakiego Kosma jeszcze w swoim życiu nie słyszał. Cholerne okno. Powinien to przewidzieć tym bardziej, że mieli tylko jedno podejście. Eliksiry były ważnym elementem ekwipunku wiedźminów, jednak on sam nigdy nie był w tym za dobry. Raczej wolał polegać na swoich umiejętnościach walki mieczem i umiejętności posługiwania się znakami. Na tym głównie skupiał się w trakcie treningu i był w tych dziedzinach dobry.
No cóż. Nie mam pewności co do wyniku i poprawności działania tego eliksiru. Zostawię go w takim razie na koniec. To znaczy jak by mnie przypadkiem jednak dziabnął to już niewiele będzie wstanie mi pomóc chyba, że cud. - Powiedział zes pokojem wiedźmin. Po czym widząc jednak lekko zmartwione spojrzenie młodzieńca dodał.
Nie przejmuj się to nie twoja wina, a warzenie eliksirów to nie to samo co warzenie piwa. Nie mam zamiaru dać się zabić nie zdjąwszy z ciebie klątwy tak jak obiecałem. Mam jeszcze kilka forteli w zanadrzu.
Draugdin próbował trochę nadrabiać miną, żeby uspokoić chłopaka. Z drugiej strony przecież to nie pierwszy raz gdy miał walczyć z potworem nie do końca w pełni przygotowany. Bycie wiedźminem niosło za sobą tego typu ryzyko. Póki co dożył swoich lat i nie zamierz dożyć końca swoich dni tu i teraz. Chciał jeszcze pożyć chociażby by zdjąć klątwę z Kosmy. Jego dzisiejsze zaangażowania, szczera troska i chęć pomocy sprawiły, że mimochodem polubił tego chłopaka. Poza tym nie lubił nie dotrzymywać danego słowa.
Sięgnął pamięcią by wykorzystać w pełni całą swoja wiedzę przypominając sobie co jeszcze wiedział o bazyliszkach. Potrzebował czegoś by wyrównać swoje szanse w starciu z tym wynaturzonym kurem. Bazyliszki przy całej swojej aparycji miały jedną słabość, były bardzo podatne na ogień. Draugdin już wiedział. Będzie musiał zastawić pułapkę. Będzie potrzebował wnuków na niedźwiedzia najlepiej ze dwie czy trzy sztuki i coś łatwopalnego. Resztę dopełni znak Igni, jego umiejętności walki i srebrny miecz pokryty olejem przeciw drakonidom.
Zapowiadał się intensywny wieczór. Na pewno nie nudny.
Muszę porozmawiać z hrabią. - Powiedział Draugdin.
Kosma domyślnie zebrał swoje zielarskie akcesoria i oddalił się do swojego pokoju, a wiedźmin ruszył zdecydowanym krokiem by znaleźć hrabiego i porozmawiać z nim w temacie uzyskania odpowiedniego wyposażenia.

***



Hrabia urzędował w piwniczce z winami, to właśnie tam odgruzowywano przejście do tunelu, zasypane po tym jak Drzazga wrócił stamtąd obłąkany. Richelius nie ograniczał się do wydawania komend robotnikom, sam aktywnie uczestniczył w pracach, przerzucając kamienie. Wejście już było prawie odsłonięte, broniła go jedynie kupka kamieni oraz parę desek, którymi zabito otwór w ścianie. Mężczyzna dopiero po chwili zauważył, że za jego plecami stoi Draugdin.
Poruszasz się jak kot wiedźminie – stwierdził – Potrzebujesz czegoś?
Draugdin nie okazał tego po sobie, ale był zadowolony z postępu przygotowaniach. Rzadko się zdarzało, żeby zleceniodawcy tak gorliwie współpracowali z wynajętym wiedźminem. To dobrze wróżyło. Szkoda tylko, że były to odosobnione przypadki. Jednak w tym zimnym i okrutnym świecie w jakim przyszło im żyć wszystko było jakieś takie porąbane.
Mośći hrabio widzę, że ostro przyłożyliście się do pracy. Doceniam, gdyż uwierz mi na słowo, że wiedźmin zazwyczaj ma pod górkę. Aż mi głupio prosić o jeszcze jedną pomoc. Potrzebuję pułapki na grubego zwierza najlepiej ze dwie czy trzy. Zakładam, że macie coś podobnego w swojej posiadłości. Na koniec zaś potrzebne mi będzie coś łatwopalnego. - Powiedział Draugdin widząc jak hrabia słucha go z uwagą.
No i jeszcze jedno. Nie rozmawialiśmy bodajże jeszcze o nagrodzie. Przepraszam, że tam bezpośrednio, jednak zlecenia które wykonuję kończyć się mogą różnym skutkiem, jak na przykład zakładając nie tyle najgorsze, ale że pójdzie źle mogę w wyniku odniesionych ran być kilka dni nieprzytomny. Oby nie! Jednak zazwyczaj i na w razie czego wolę pewne rzeczy ustać z góry. - Dokończył wiedźmin.
Hrabia potarł przybrudzone pyłem dłonie o kolana.
- Tak, tak, nagroda, oczywiście, z tego wszystkiego zapomnieliśmy o najważniejszym. Nie wiem ile bierzecie za bazyliszka, nie wiem w ogóle, jakie macie stawki, powiem jednak od razu, że więcej jak osiemdziesiąt…., no może sto, novigradzkich koron nie zapłacę. Dorzucę jeszcze najwyżej parę butelek dobrego rocznika – wskazał na zakurzone półki z winem – [i] Sami rozumiecie mości Draugdinie, czasy są niespokojne i każdy grosz się teraz liczy. A pułapki…kłusownicy, te skurwysyny czasem zostawiają wnyki na niedźwiedzie w moim lesie, to na pewno coś tam się znajdzie.
Richelius przypomniał sobie po chwili o ostatniej prośbie wiedźmina.
- Coś łatwopalnego mówicie? Ale co to miałoby niby być? Krasnoludzki spirytus? Tylko to przychodzi mi do głowy
Draugdin wiedział, że czasy są trudne. Gdyby nie poprzednie przypadkowe zlecenie to jego sakiewka wiałby pustką. Tak czy inaczej i mimo całej sympatii do hrabiego i jego córki, którą zdążył ich już obdarzyć stwierdził, że za za zabicie bazyliszka nie może zawołać mniej niż za zdjęcie klątwy. Może ryzykował podejmując negocjacje jednak z drugiej strony chciał się przekonać na ile rzeczywiście hrabiemu zależy na wykonaniu zlecenia. Dlatego też wiedźmin postanowił postawić wszystko trochę na jednej karcie.
-Hrabio mniej niż sto koron novigradzkich za zabicie bazyliszka nie mogę wziąć. Także myślę, że to będzie dobra cena dla obu stron. Jeżeli dorzucisz kilka butelek przedniego wina to nie odmówię, jednak pod warunkiem, że wypijemy je razem. Zmierzam do drugiej części oferty. Dodatkowo chciałbym cię prosić o to, żeby mój towarzysz i ja moglibyśmy zabrać się z wami jutro do Kaedwen. Ze swojej strony oferuję nie tylko towarzystwo ale i eskortę. Wiem, że mówią iż wiedźmini walczą tylko z potworami jednak najpotworniejsze monstra często objawiają się w ludziach właśnie. Natomiast towarzystwo wiedźmina w dzisiejszych czasach przypuszczam jest ofertą trudną do odrzucenia, gdyż z góry zazwyczaj odstrasza co mniejszych złoczyńców. Taka jest moja propozycja. - Powiedział Draugdin wierząc, że nie przesadziła ze śmiałością oferty w stosunku do rozsądku hrabiego.
Hrabia zasępił się, ale po chwili na jego wieczne surowej twarzy pojawiło coś co można nazwać uśmiechem.
- A myślałem, że wy wiedźmini potraficie tylko robić mieczem. Oczywiście, oczywiście! Że sam na to nie wpadłem, kurwa mać.
Władyka uderzył się w czoło, nie mogąc chyba uwierzyć, że Draugdin wykazał się takim pomyślunkiem. Potem obdarzył jednak wiedźmina powątpiewającym spojrzeniem.
- Jesteście pewni, że ubijecie tą bestię? Bo jeśli mam wybierać, truchło bazyliszka czy eskorta wiedźmina, to nawet się nie będę zastanawiać. Te osiemdziesiat…no, niech będzie…sto koron zarobisz jako mój przyboczny. A jak przyjdzie nam kiedyś wrócić do Nirh Haben dokończysz robotę o ile potwór sam nie zdechnie.
Draugdin spojrzał na hrabiego z lekkim zdumieniem. Dotychczas sądził, że tak bardzo zależało mu na pozbyciu się bestii, że przez cały czas podejrzewał i szukał jakiegoś drugiego dna. Jednak teraz? Przez usta stojącego przed nim człowieka przemawiały mądrość i rozsądek. Coraz bardziej go lubił. Fakt faktem, że wiedźmini byli zabójcami potworów, a nie najemnikami, jednak czasy się zmieniają prawda. Jak to los czy też przeznaczenie się różnie toczy stawiając na naszej drodze wiele wyborów, których poprawności nigdy nie możemy przewidzieć. Tu i teraz zawsze możemy próbować wybrać mniejsze zło, choć zło jest zawsze złem tylko następstwa naszych wyborów mogą potem być słabsze lub poważniejsze.
Draugdin kiwnął prawie niezauważalnie do hrabiego Richeliusa sugerując oddalenie się z zasięgu słuchu pracujących ludzi, a ten od razu domyślił się o co chodzi i podreptał za wiedźminem.
Nie spodziewałem się takiego rozsądku z pana strony i takiego obrotu sprawy. Szczerze przyznam, że nie jestem w pełni przygotowany do tej walki, a życie póki co mi jeszcze miłe. Bazyliszek zaś to wymagający przeciwnik, a jego jad jest jedną z najpotężniejszych trucizn na świecie. Ewentualne zranienie bez specjalnej mikstury odtruwającej to pewna śmierć nawet i dla mnie. Także mości hrabia jeśli tak stawiasz sprawę to chociaż wiedźmini nie są najemnikami to chętnie przyjmę twoją propozycję, a nawet obie. Chociaż wydawało mi się, że wybitnie zależy ci na ubiciu tego stwora… Tak jak powiedziałem, przyjmuję twoją ofertę by towarzyszyć Wam w podróży, ale również gdy dane nam będzie tu wrócić dokończę zadania i tym razem będę w pełni przygotowany.
Wiedźmin powiedział co jak sądził było właściwe w tej sytuacji. Gdy hrabia tak przedstawiał obrót spraw szkoda by nie skorzystać. Bazyliszek może poczekać. Był już pomału zagrożonym wyginięciem gatunkiem. Zresztą tak samo jak wiedźmini, dlatego też Draugdin tym razem postanowił posłuchać wewnętrznego głosu rozsądku.
To co? Może pomogę przy zasypywaniu? - Z przelotnym uśmiechem zapytał hrabiego już wyobrażając sobie miny służących hrabiego. Odgruzować, teraz zasypać… Samo życie.
Kiedy wiedźmin poczuł jak medalion zaczyna lekko drżeć było już za późno na reakcję. Bestia okazała się szybsza, sprytniejsza i bardziej zdeterminowana. W jednej chwili deski, którymi zabito wejście do tunelu zatrząsały się pod wpływem potężnego uderzenia szarżującego potwora, jedna z desek pękła na pół, na reszcie pojawiły siateczki pęknięć. Bazyliszek wściekle sycząc łypał swoimi złymi ślepiami na ludzi w piwnicy. Trzech robotników, którzy znajdowali się najbliżej zaczęło wrzeszczeć po czym rzuciło do ucieczki. Hrabia zamarł…Tymczasem potwór wycofał się w głąb tunelu by znów zaszarżować.
Gdyby nie drżenie medalionu ułamek sekundy przed Draugdin byłby równie mocno zaskoczony jak reszta ludzi. Jednak swoje nieprzygotowanie nadrabiał szybkością reakcji i doświadczeniem. Dobrze chociaż, że ludzie nie stanęli jak wryci tylko gnani strachem zaczęli sami uciekać. Hrabia jedynie zamarł z wrażenia.
Kurwa! - Wrzasnął wiedźmin nie zważając na konwenanse.
To wystarczyło, żeby hrabia wyrwał się z osłupienia. Draugdin zaważył jak Richelius kątem oka jakby na coś wskazywał. Był to gąsiorek około dwóch litrów pojemności. Jeżeli Draugdin się dobrze domyślał to mógł być ten krasnoludzki spirytus, o którym wspomniał hrabia. Trunek mocny na tyle, że potrafił skutecznie przeczyści jelita na drugą stronę i palny jak diabli.
Nic już nie ryzykował. Musieli się szybko wycofać z piwniczki i każda uzyskana sekunda była na miarę przeżycia. Wszystkie nabyte i wyćwiczone przez wiedźmina instynkty i umiejętności zaczęły działać automatycznie. Miał tylko ułamki sekund na reakcję korzystając z faktu, że bazyliszek cofnął się do tunelu by nabrać nowego rozpędu.
Jednym płynnym ruchem chwycił gąsiorek i rzucił go w kierunku wejście do tunelu. Niemalże w tym samym momencie gdy szklane naczynie rozbiło się o podłogę, a zawarty w nim płyn rozprysnął się we wszystkich możliwych kierunkach złożył palce w znak Ingi i podpalił spirytus. Bazyliszki były bardzo wrażliwe na ogień. Liczył na to, że to da im wystarczająco dużo czasu.
Nie tracą ani chwili więcej chwycił hrabiego za kubrak i ruszyli biegiem do wyjścia z piwniczki gdzie ludzie Richeliusa juz szykowali się do zabarykadowania drzwi.
Wiedźmin rzucił znak i w jednej chwili krasnoludzki spirytus zamienił się w buchające płomienie. Wyglądało jakby sam smok zionął ogniem, Draugdin aż musiał zmrużyć oczy a na policzkach poczuł piekący żar. W tym samym momencie bazyliszek znów zaszarżował na deski, które też zajęły się ogniem. Łeb bestii roztrzaskał drewno, potwór w całej swej okazałości pokazał się w jamie, która przez ostatnie lata była jego pułapką. Draugdin wychwycił, że to nie jest bazyliszek z jakimi do tej pory walczył. Ten wyglądał…dość żałośnie. Przypominał kundla uwiązanego powrozem do drzewa w lesie, to była sama skóra i kości, żebra niemal przebijały jego szarą śliską skórę. Bestia żeby przeżyć musiała żreć przez te wszystkie lata jakieś małe gryzonie, więc kiedy wyczuła ludzi stała się zdeterminowana jak żaden inny bazyliszek, nie zachowywała już jak typowy przedstawiciel tego gatunku, czający się w ciemnościach i atakujący z zaskoczenia. Za wszelką cenę chciała się wydostać z pułapki, zabić kogoś i się nażreć. Kiedy poczuła jednak na skórze ogień, z sykiem cofnęła się krok w tył łypiąc z nienawiścią na wiedźmina i hrabiego, którzy już ruszyli schodami na górę.
Wbrew przypuszczeniom Draugdina nikt nie zamierzał ryglować drzwi, robotnicy uciekli w popłochu. Mutant więc sam musiał się tym zająć, popchnął skrzydło, w szczelinie dostrzegając bazyliszka, który wyskoczył już z tunelu i wbiegał na schody. Drzwi zamknęły się a hrabia wsunął skobel w chwili gdy łeb bazyliszka uderzył w nie z impetem. Richelius stracił równowagę i poleciał na tyłek.
- Kurwa…kurwa – powtarzał, blady i przerażony. Bazyliszek zaczął drapać w drzwi, uderzać w nie swoim pyskiem. Choć wyglądały solidnie, bestia nie poprzestawała w wysiłkach by wydostać się z piwnicy i zapolować.
Draugdin oparł się plecami o drzwi , a pięty stóp maksymalnie zaparł o podłogę. Wiedział jednak, że w starciu nawet z tak wychudzonym bazyliszkiem na długo to może nie starczyć.
Pale! Przynieście jakiekolwiek pale lub belki. Cokolwiek do podparcie byle szybko. - Krzyknął w kierunku hrabiego by zmotywować go do wydania poleceń swoim ludziom. Czas naglił, a bestia nie ustawał w swoich staraniach. Swoja drogą wiedźmin zastanawiał się nad determinactją stwora. Nie dziwił się jego stanowi w zaistniałej sytuacji, jednak też chyba nigdy jeszcze nie widział potwora tak zagłodzonego. Tym bardziej dziwił się skąd bazyliszek miał jeszcze tyle sił będąc tak niedożywiony.
Będzie się zastanawiał nad tym później. Oczywiście jeśli dożyje, a słudzy hrabie zdążą na czas z zabarykadowane drzwi. Kolejne łupnięcie spowodowało, że aż go odepchnęło. Na szczęście póki co drzwi, zawiasy i skobel jeszcze trzymały, ale jak długo.
Hrabia wyrwał się z odrętwienia, podniósł na równe nogi po czym pobiegł korytarzem, wydzierając się na całe gardło. Wiedźmin mocno się zaparł, trzymając drzwi, słyszał pod drugiej stronie wściekłe syki wygłodniałej bestii, jej pazury darły drewno jak papier, choć nie przebiły go na wylot. Nie wiadomo ile wytrzymałby Draugdin i same drzwi, gdyby w pewnym momencie potwór nie stracił animuszu. Jeszcze parę razy uderzył cielskiem by za chwilę po drugiej stronie drzwi zaległa cisza. Czy stracił siły? A może niezbyt inteligentne stworzenie wymyśliło sobie, że przyczai się jak to ma w zwyczaju bazyliszek. Że jakiś jeszcze głupszy od niego osobnik otworzy drzwi a ten go pożre? Na to pytanie Draugdin nie zdążył sobie odpowiedzieć, bo za chwilę w korytarz wpadł Richelius razem ze strażnikami Część z nich wiedźmin rozpoznał, to oni towarzyszyli Igrid gdy spotkali łowców czarownic. Niektórzy, uzbrojeni w tarcze i miecze szli Draugdinowi na odsiecz, reszta taszczyła komody, sekretarzyki, stoły. To najszybciej udało im się znaleźć. Gdy tylko bestia wyczuła ruch i usłyszała ludzkie głosy znów wściekle naparła na drzwi, przetrzymywane przez Draugdina. Pazurami masakrowała kolejne partie drewna. Strażnicy zaczęli barykadować drzwi, podsuwając meble. Gdy skończyli bazyliszek zaniechał ataków, zapadła cisza. Hrabia wytarł pot z pobladłego czoła
- I co teraz wiedźminie!? Myślisz, że to go zatrzyma? -
Draugdin przyjrzał się naprędce zbudowanej barykadzie. Fachowym okiem ocenił jej solidność w stosunku do wymizerowanego bazyliszka i stwierdził, że przynajmniej przez jakiś czas powinno wytrzymać. Dla pewności zaproponował, żeby dostawić jeszcze ze trzy ciężkie meble i postawić tu kilku strażników, a sam z hrabią pójdą się naradzić w spokoju. Wystraszonych strażników uspokoił stwierdzeniem, że będą w pomieszczeniu obok w zasięgu słuchu. Jednocześnie nie chcąc się już oddalać z tego miejsca poprosił hrabiego o to by ktoś przyniósł jego rzeczy z komnaty ze szczególnym zachowaniem ostrożności w przypadku podłużnego pakunku.
Nie miał zamiaru już dać się zaskoczyć bez srebrnego miecza pod ręką. Trzeba było podjąć szybko jakieś konstruktywne decyzje. Gdy zostali w pobliskim pomieszczeniu sami z hrabią Draugdin zaczął rozmowę.
Powiem szczerze, że pierwszy raz widzę tak wymizerowanego stwora czyli zakładam, że nie ma tam drugiego wyjścia z tunelu, a bazyliszek żywi się jedynie małymi gryzoniami, które w jakiś magiczny sposób zawsze się wszędzie wcisną. Swoją drogą to cud, że on jeszcze żyje. Jednak jak sam hrabio widziałeś nadal jest to bestia niezwykle niebezpieczna. Niestety straciliśmy przewagę pozycyjną także moja propozycja, żeby wszelkimi możliwymi sposobami zablokować wejście do piwniczki i tak to zostawić. Szkoda tylko tych trunków tam pozostawionych. Mrugnął na koniec Draugdin próbując rozładować napięcie.
Swoją drogą i tak jutro opuszczają posiadłość i nikt tu nie zostanie. Niech się martwią ci, którzy wejdą tu z linia frontu i zaczną plądrować. Może to i postawa niegodna wiedźmina, który powienien ludzi bronić przed potworami, ale jeśli chodziło o ramie Nilfgardu nie miał wyrzutów sumienia. Może przy okazji problem rozwiąże się sam. Pomyślał czekając na to co odpowie hrabia i niecierpliwie wyczekując służącego mającego przynieść jego ekwipunek.
Hrabia próbował dojść do siebie, wyglądało jakby w ciągu tych paru chwil grozy przybyło mu pięć dodatkowych wiosen, uwadze Draugdina nie uszedł fakt, że ręce wciąż telepały mu się ze zdenerwowania.
- Musiałbym tylko zabrać wszystkich z zamku…w wiosce jest pełno pustych chałup, tam spędzimy noc. Ty wiedźminie zostaniesz tutaj i dopilnujesz by straszydło nie wylazło z piwnicy. Dam ci do pomocy moich najlepszych ludzi. A rankiem odpłyniemy do Kaedwen – zdecydował w końcu Richelius.
Po chwili do izby wszedł służący, lecz to nie on przyniósł wiedźmiński ekwipunek lecz Kosma, który najwyraźniej poczuł się w obowiązku strzec majątku Draugdina.
Draugdin miał własnie to samo zaproponować. Jednak zanim się odezwał, wzruszony postawą Kosmy odebrał od niego swój ekwipunek. Skinieniem głowy podziękował mu i bez słowa wziął się do pracy. Podłużny pakunek położył na stole i ostrożnie odwinął zapakowany w skóry srebrny miecz. Rzadki to był widok, gdyż ta broń wiedźmińska obrosła niemalże legendami. Także zgromadzeni wu hrabia i Kosma mogli zaliczać się do grona szczęśliwców. Z samego dna jednej z sakiew wygrzebał małą fiolkę wypełniona ledwie do połowy oleistym płynem. Nie zwlekając kawałkiem czystej szmatki dokładnie nałożył olej na obie strony długości ostrza. Fiolkę zamknął i schował po czy sakwę i skórę w którą owinięty był miecz oddał Kośmie, który uczynnie zaopiekował się powierzonymi mu rzeczami.
Chwycił pewnie miecz i uniósł go przed siebie uważnie przyglądając się ostrzy. Srebrne ostrze niemalże świecić własnym blaskiem.
Jestem gotów panie hrabio. Proszę wydaj polecenia zbudowania najmocniejszej możliwej barykady, a jednocześnie niech wszyscy przygotowują się do ewakuacji. To dobry pomysł, żeby tę noc spędzić poza posiadłością. I jeśli wolno mi coś sugerować hrabio proponuję strażników, którzy mają tu zostać ze mną wybrać czy wyznaczyć jedynie z grona ochotników. Nie potrzebni mi tu ludzie z przymusu. - Odezwał się w końcu Draugdin. *
- Zapewniam cię wiedźminie, że moi ludzie nie są miękką kuśką robieni, ale skoro sobie tego życzysz, zostaną z tobą sami ochotnicy – odpowiedział hrabia przyglądając się lśniącemu ostrzu srebrnego miecza, które dodatkowo namaszczone wiedźmińskimi olejami wydawało się zwierciadłem przerobionym na broń.
Po chwili hrabia wyszedł pokrzykując i wydając rozkazy. W ciągu godziny zamek opustoszał a w korytarzu został tylko Draugdin i sześciu wojaków. Każdy jeden uzbrojony w miecz i tarcze. Igrid i Kosma jako jedni z ostatnich opuścili posiadłość, podopieczny wiedźmina życzył mu powodzenia, córka hrabiego okazała bardziej wylewna.
- Cieszę się, że jednak zmieniłeś zdanie i dogadałeś z ojcem. Jeszcze bardziej się cieszę, że płyniesz z nami do Kaedwen – w jej oku pojawił się błysk. Igrid była wyjątkowo piękną kobietą i każdy mężczyzna marzyłby, żeby dostać choć namiastkę takiego spojrzenia jakim obdarzyła ona wiedźmina.
Kiedy zapadł zmrok, Draugdin i sześciu śmiałków rozpoczęło swoją wartę. Drzwi zabito dechami i zawalono ciężkimi meblami. Bazyliszek co jakiś czas syczał i drapał pazurami w drewno, ale na niewiele to się zdało. Wyglądało na to, że znów mu przyjdzie spędzić kolejne dni w niewoli. Przynajmniej dopóki Nilfgaardyczcy nie zaczną plądrować zamku.
 
Arthur Fleck jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 15-02-2020, 05:50   #8
 
Draugdin's Avatar
 
Reputacja: 22376 Draugdin ma wspaniałą reputacjęDraugdin ma wspaniałą reputacjęDraugdin ma wspaniałą reputacjęDraugdin ma wspaniałą reputacjęDraugdin ma wspaniałą reputacjęDraugdin ma wspaniałą reputacjęDraugdin ma wspaniałą reputacjęDraugdin ma wspaniałą reputacjęDraugdin ma wspaniałą reputacjęDraugdin ma wspaniałą reputacjęDraugdin ma wspaniałą reputację
Na szczęście Hrabia Richelius okazał się mądrym i rozsądnym człowiekiem. Nie dość, że przychylił się do rad wiedźmina to jeszcze z własnej inicjatywy dokonał poprawek. Barykada była tak mocna, że trzeba by czterech koni, żeby to ruszyć z miejsca. Sam osobiście wybrał ze swoich żołnierzy, który zgłosili się na ochotni sześciu najlepszych ludzi. Draugdin wiedział, że mimo, że nie zostało to powiedziane, hrabia musiał cenić znajomość z wiedźminem mimo, że znali się ledwie od kilkunastu godzin. Draugdin doceniał to również, gdyż było to niezwykle rzadkie zjawisko w przeciwieństwie do obelg, przekleństw i spluwania na jego widok. To było coś nowego.
Zamek powoli opustoszał i zapadła cisza. Bazyliszek jeszcze od czasu do czasu drapał w drewniane drzwi z tamtej strony po czym zapadła całkowita cisza. Cisza przerywana jedynie oddechami i nerwowymi pokasływaniami żołnierzy. Było nie było najmężniejsi wojowie potrafili narobić w gacie na widok szarżującego strzygi czy szarżującego bazyliszka. Draugdin już dawno zdążył się przyjrzeć każdemu ze strażników. Chłopy jak dęby jeden w drugiego, jednak nie można było nie zauważyć nerwowych spojrzeń i mężnych ponad miarę min. Postanowił rozluźnić trochę atmosferę. Tacy nerwowi i niewyspani do niczego się nie przydadzą w razie czego.
Przedstawił się gdyż, nie wszyscy go jeszcze znali poza tym, że był łowca potworów, po czym rozładowania napięcia, które aż wisiało w powietrzu dowiedział się po kolei ich imion. W ten sposób poznał Gustawa, Bjorna, Freda, Folkiego, Rajmunda i Gaweina. Od razu zauważył, że zagadani mężczyźni odrobinę się rozluźnili, a dokładnie o tyle o ile ich myśli nie były skupiony tylko i wyłącznie na tym co było uwięzione w piwniczce.
-Dobra panowie nic nam nie przyjdzie z tego, że przed świtem będziemy wszyscy półprzytomni z niewyspania, także proponuję, a nawet nalegam na wprowadzenie wart. Trzech śpi trzech czuwa i zmiany co dwie godziny. Sam potrzebuję jednej godziny snu na trzy godziny, a sen mam tak czujny, że nim bazyliszek do końca pierdnie ja już będę na nogach. - Powiedział Draugdin powodując salwę coraz mniej nerwowego śmiechu wśród żołnierzy. Widział też w ich oczach, że byli doświadczonymi wojami i z aprobatą przyjęli jego propozycję.
Draugdin nie był na sto procent pewien jednak w zaistniałej sytuacji nie spodziewał się kłopotów z zamkniętym bazyliszkiem. Jednak dla zwiększenia szans i dla uspokojenia ludzi, którzy z nim zostali mieli rozłożone trzy pułapki na niedźwiedzia, a w zasięgu ręki stały dwa gąsiorki z krasnoludzkim spirytusem.
-Bazyliszki są aktywne głównie w ciągu dnia także są bardzo małe szanse , żeby stwór nas niepokoił w nocy. Poza tym jest bardzo wygłodniały czyli niestety zdesperowany, ale też bardzo wychudzony i osłabiony. Także tak jak mówiłem. Jedni odpoczywają gdy drudzy czuwają. Byle byśmy przed nastaniem świtu wszyscy byli na nogach czujni i gotowi.
Gustaw, Fred i Rajmund pierwsi poszli złapać trochę snu. Zmieniali się na warcie w ustalonym trybie. W nocy zamek był cichy i mroczny. Mrok rozświetlały jedynie pochodnie strażników, a cisza była taka, że słychać było przymykające w ciemności szczury. Dobrze, że tylko szczury.
Noc upłynęła spokojnie i tak jak zaplanował wiedźmin tuż przed świtem wszyscy byli w gotowości. Gdzieś w najczarniejszej godzinie nocy wiedźmin wpadł na pewien wyjątkowo parszywy dowcip nawet jak na łowcę potworów. Na ścianie jednej z szaf zastawiających wejście do piwniczki wydrapał nożem napis: “Nie otwierać pod żadnym pozorem.” Teraz gdy widział zdziwione spojrzenia strażników czytających ten napis pomyślał, że chyba tylko jego on bawił. Bawił go tylko i wyłącznie dlatego, że jako znawca nie tylko potworów, ale też i charakterów ludzkich wiedział, że to co zakazane tym bardziej ciągnie to tego by to sprawdzić. Już oczami wyobraźni widział co tu się będzie działo gdy chorobliwie ciekawscy żołdacy Nilfgardu zaczną odgruzowywać wejście do piwnicy. Żałował jedynie, że na samych drzwiach piwniczki nie zdążył zostawić napisu: “Nie mówcie, że nie ostrzegałem.”

Zaczęło świtać i nastał nowy dzień. Dzień podróży do Kaedwen.
Strażnicy kolejno zaczęli wychodzić na zamkowy dziedziniec, ostatni swoją warte opuścił wiedźmin. Rześkie poranne powietrze i promienie budzącego się do życia słońca były miłą odmianą po nocy spędzonej wśród starych zimnych murów i zatęchłych korytarzy. Posiadłość wyludniła się, jedynym jej mieszkańcem przez jakiś czas miał pozostać bazyliszek. Przed zamkiem stały wozy, na który spakowano cały dobytek. Część tego dobytku skończyła jako barykady mające powstrzymać potwora przed wydostaniem się z piwnicy. Za chwilę konie pociągowe zostaną zaprzęgnięte i pokierowane na przystań, gdzie czekały już zacumowane przy brzegu statki hrabiego.
Schodząc po kamienistym zboczu, wojacy przerzucali się żartami. O ile jeszcze wczoraj każdy jeden oplułby wiedźmina i przeklął jego matkę, tak po wspólnej warcie, przekonali się, że nie taki diaboł straszny. Że ktoś taki jak Draugdin to nie tylko pozbawiona duszy maszyna do zabijania, lecz swój chłop. I dobrze go mieć po swojej stronie. Nic nie podnosiło bowiem morale żołnierzy bardziej niż obecność człowieka, który nie zna strachu, kpi z niebezpieczeństwa a w razie potrzebny pierwszy rzuci do ataku gotowy sam pozabijać wrogów.
Przy jednym z drzew rosnących obok podmurowywanej chałupy wiedźmin zauważył jakieś zamieszanie. Gdy podszedł bliżej spostrzegł służące ukrywające twarz w dłoniach, zanoszące się rozpaczliwych szlochem. Strażnicy, parobki, woźnice, chłopcy stajenni odwracali od czegoś wzrok, niektórym szkliły się oczy.
Hrabia klęczał nad ciałem swojej córki głaszcząc ją po włosach. Igrid leżała na ziemi a jej ćwiekowane spodnie były opuszczone do kostek. Na udach zaschła krew. Na szyi znajdowały się fioletowe sińce. Jej jasne oczy patrzyły w szare niebo. Najgorsze były usta, otwarte jak do krzyku. Richelius spojrzał na wiedźmina. W jego oczach też już nie było życia. Tylko czysta wszechogarniająca rozpacz. Tego ranka człowiek ten stracił wszystko. Stał się żywym trupem, niezdolnym nawet wydusić z siebie szlochu, który zamarł mu w gardle. Znów przeniósł wzrok na córkę, nie przestając głaskać jej po rudych włosach. Nikt nie odważył się podejść, nikt nic nie powiedział. Ciszę przerywał tylko szloch kobiet.
Draugdin zaklął tak szpetnie, że szlochające kobiety zatkały usta, a pobliscy żołnierze, chłopy na schwał zaczerwienili się.
Wiedźmin stał jak wryty. Tego się nie spodziewał, co gorsza nie było żadnych przesłanek żeby móc coś takiego podejrzewać. Na pierwszy rzut oka widać było co się tu wydarzyło. Igrid została Uduszona i niestety zgwałcona. Pobieżne oględziny na tą chwilę nie były w stanie mu dać odpowiedzi czy została najpierw uduszona i potem zgwałcona, uduszona po gwałcie czy też może wszystko się działo równocześnie. Być może nie miało to większego znaczenia gdyż efekt końcowy był i tak ten sam jednak kolejność wydarzeń mogłaby mniej więcej ukazać preferencje chorego umysłu zabójcy. Jedno było pewne. Ktoś musiał być potwornie silny. Na szyi dziewczyny widoczne były wyraźne ślady palców. Igrid nie należała do słabych kobiet i widać było, że musiała się wyrywać. Stąd też wniosek jaki wyciągnął wiedźmin. Ktoś musiał być bardzo silny.
Draugdin widział, że z hrabiego uszło całe życie. Nie można się było dziwić. Sam był zaskoczony i zrozpaczony. Jednak nie mogli tu zostać. Spojrzał na niebo w kierunku gdzie ciemność nocy ustępowała przeć jasnością dnia. Pojawił się tam jeszcze inny odcień. Czerwona łuna pożogi wskazywała wyraźnie linię nadciągających wojsk Nilfgardu ciągnących za sobą pożogę wojenną. Mieli już naprawdę niewiele czasu i potrzebny był ktoś, kto zmusi obecnych do działania. Ktoś do wydawania rozkazów.
-Hrabio nie możemy tu zostać nawet w zaistniałej sytuacji. W ciągu kilku godzin będą to wojska Nilfgardu. - Mocnym ale spokojnym głosem zaczął wiedźmin wskazując w kierunku łuny pożarów na horyzoncie.
-Przynieście proszę jakiś pled. Z całym szacunkiem owiniemy zwłoki Igrid i zabieramy je ze sobą do Kaedwen. Czas na żałobę będzie potem. Natomiast Richelusie obiecuję ci, że gdy znajdziemy winnego - a na to też będzie odpowiedni czas- sam osobiście wypruje mu flaki i zrobię to za darmo. - Dokończył Draugdin po raz pierwszy zwracając się do hrabiego bezpośrednio po imieniu licząc na to, że wyrwie go z rozpaczy.
Po oczach hrabiego zauważył, że prawdopodobnie jego argumentacja zaczynała działać, a wisząca nad głowami groźba nadciągającej armii była elementem przeważający.
Jednocześnie Draugdin złapał się na myśli, że w każdej innej sytuacji gdy nie goniłby ich czas szybko ktoś by wpadł na pomysł, że jedynymi obcymi i nowymi osobami w otoczeniu byli on sam i Kosma - co równałoby się z byciem głównymi podejrzanymi. Z tego wszystkiego Draugdin póki co miał świadków w postaci sześciu żołnierzy, z którymi spędził całą noc na warcie, ale Kosma. Złapał się na tej myśli jednak sam nie chcąc w to wierzyć. Będzie lepszy czas, żeby się nad tym zastanowić. Trzeba było ruszać w drogę.
Hrabia nic nie odpowiedział, nie wiadomo nawet czy usłyszał wiedźmina. W końcu jeden ze starszych wojów podszedł do niego, złapał pod łokcie. Richelius przez chwilę jeszcze się opierał, po chwili jednak podniósł się na nogi. Z jego gardła wydobył się szloch. Żołnierz odprowadził go do jednej z chat, hrabia szedł na ugiętych nogach, podtrzymywany, pod ramię. Inny z mężczyzn przyniósł białą płachtę i przykrył nią ciało Igrid. Nikt nie zwracał większej uwagi na Draugdina. Mutant powoli wyrównywał oddech i tętno, jego sytuacja też dotknęła i dopiero kiedy ochłonął w głowie zabójcy potworów zaczęły pojawiać się fragmenty rozmów.
Zauważył, że jego wierzchowiec uwiązany jest do płotka przy jednej z chat nieopodal.

Draugdin zauważył swojego konia przywiązanego nieopodal. Zrobił swoje, to znaczy zmotywował ludzi do działania. Nie chcąc przeszkadzać w tej dość osobistej scenie podszedł do swojego wierzchowca. Chciał sprawdzić ekwipunek, gdyż ktoś wyją
tkowo przygotował go za niego, A jednocześnie potrzebował chwili na uboczu aby zebrać myśli. Ku jego zdziwieniu koń był poprawnie osiodłany, a jego rzeczy spakowane były tak jak lubił. Musiał jedynie dołożyć srebrny miecz, który nadal miał w zasięgu ręki.
Natłok myśli był tak intensywny, że musiał się skoncentrować by wyłonić co ważniejsze frazy:

Rankiem, dwa dni temu znalazłem ją pod lasem. Bieliznę miała opuszczoną do kostek, suknie podartą, krew między nogami. A na szyi fioletowe sińce. Udusił ją skurwiel…moją Marzankę, moją córeczkę…

A jaki mądry! Jaki zdolny! Wszystkie księgi zielarskie na pamięć zna. Jak coś w krzyżu łupie albo w nodze strzyka maść zrobi i jak ręką odjął. A choroby? Choroby sam eliksirami leczy, prawda Dobrusia?

Prawda, najprawdziwsza prawda! Jak spać nie mogę, wywaru z szyszek chmielu zaparzy i człowiek do rana śpi jak dziecko

...klątwa musiała zostać rzucona przez osobę pałającą do przeklętego straszna nienawiścią lub gniewem.


Wszystkie te określenia dotyczyły Kosmy. Draugdin zasępił się. Coś mu się tu bardzo mocno nie zgadzało. Młodzieniec był szczupły niemalże wątły, Wydawało się,że nie byłby w stanie zadusić dorosłego człowieka gołymi rękami. Chyba, że działały tu jeszcze inne siły… Tak czy inaczej na ta chwile to były tylko i wyłącznie domysły i to póki co niczym nie potwierdzone. Jeżeli nawet to Draugdin wiedział, że osobę, która dokonuje tych czynów będzie musiał ująć na gorącym uczynku. Wolałby, żeby to nie był Kosma, Gdyż zdążył już chłopaka polubić. Czy mógł się aż tak pomylić w jego ocenie?
Wiedźmin sprawdzając juki zauważył, że ma części ekwipunku, co wydawało się logiczne, Kosma musiał go pilnować by nie padł ofiarą zakusów jakichś złodziejaszków. Przez okiennicę w chacie, przy której uwiązano wierzchowca dostrzegł swojego podopiecznego. Chłopak właśnie pakował się, wkładając coś do jednego z tobołków, które zabrał w podróż.
Po dokładniejszych oględzinach stwierdził, że ekwipunek był co prawda spakowany spakowany tak jak lubił jednak zorientował się, że brakowało mu kilku rzeczy. Ruszył w kierunku chaty gdzie przez okno zaobserwował Kosmę. Postanowił coś sprawdzić nawet wbrew własnym zasadom i przekonaniu, że każdy jest niewinny dopóki nie udowodni się mu winy lub nie złapie na gorącym uczynku. Zaczął rozmowę próbując jak najuważniej przyjrzeć się reakcjom młodzieńca.
-Jak spałeś Kosma? i chciałem jeszcze zapytać gdzie jest reszta moich rzeczy, bo zauważyłem, że jeszcze nie wszystko jest spakowane? - Powiedział dokładnie mu się przyglądając. Nie wiedział czego szukał jednak był niemal że pewien, że będzie wiedział gdy to zauważy.
Kosma podskoczył na głos Draugdina, który w zwyczaju miał poruszać się jak kot, bezszelestnie. Po chwili uśmiechnął się swoim otworem gębowym przez który wystawały zęby i dziąsła.
- Spałem jak zabity panie, dopieruśko co wstałem. Cieszę się, że widzę cię w zdrowiu. Nie mogę się doczekać jak wsiądziemy w końcu na ten statek. Nigdy nie płynąłem statkiem. A twoje rzeczy? Są tam - wskazał.
Wiedźmin zauważył, że jego rzeczy, istotnie leżą w kącie, nieruszone. Zauważył też coś jeszcze. Na prawej dłoni chłopaka, między kciukiem a palcem wskazującym znajdował się świeży ślad po ugryzieniu. Kosma jakby od niechcenia cofnął dłoń ukrywając ją przed wzrokiem Draugdina, zamknął swój worek.
- Pomyślałem, że przed podróżą może zrobię nam jakieś śniadanie. – zaproponował.
- Zacny to pomysł choć nie wiem czy mamy wystarczającą ilość czasu na takie dobrodziejstwo jak śniadanie. Mam jednak do ciebie prośbę. Skocz no tak na jednej nodze i zorientuj się od stojących tam jeszcze strażników czy potwór dawał jakiekolwiek znaki swojej obecności od świtu. Worek możesz zostawić, bo ja tu będę zabezpieczał do juków mój srebrny miecz. Poza tym jak będziesz miał wolne ręce może gdzieś po drodze chwycisz coś do przekąszenia na szybko. - Powiedział spokojnym i beztroskim głosem wiedźmin będąc ciekawym reakcji chłopaka.
Kosma skinął, ale wydawało się, że jego entuzjazm i dobry humor zniknął, gdy wiedźmin poprosił go o opuszczenie chatki. W końcu, niezbyt chętnie, ociągając się, chłopak wyszedł z chatki zaciągając wcześniej kaptur na głowę. Draugdin został sam. Draugdin dzięki swojemu nadludzko wyostrzonemu słuchowi wiedział dokładnie kiedy Kosma oddalił się wystarczająco daleko i wiedział też ile czasu zajmie mu zlecone przez niego zadanie. Potrzebował jedynie chwili także czasu miał w nadmiarze. Szybkimi kocimi ruchami starając się nie zmieniając za bardzo położenia worka rozsupłał go i po następnej sekundzie zauważył to czego szukał. Mały pakunek, który Kosma tam schował gdy myślał,że nikt go nie widzi. Był bardzo ciekaw co zawierał, chociaż obawiał się jego zawartości.

Kiedy rozwinął woreczek, w środku znalazł kosmyk rudych włosów obwiązanych szarym sznurkiem, niczym pakunek. W porównaniu z innymi kosmykami, zapakowanymi w ten sam sposób te wciąż pozostawały świeże, pachniały rosą. Draugdin zdążył naliczyć osiem kosmyków zanim usłyszał kroki, rozpoznał chód Kosmy. Niemożliwe, żeby chłopak tak szybko zdążył wykonać polecenia wiedźmina.
Draugdin tym razem nie dał się zaskoczyć tak jak to się stało w przypadku bazyliszka. Słuch miał wyjątkowo dobry także kroki usłyszał za wczasu. Upuścił woreczek z kosmykiem rudych włosów, jednym płynnym ruchem dobył stalowego miecza i z obnażonym ostrzem stanął na wprost drzwi w których za chwilę miał się pojawić Kosma. Jego tętno nie zmieniło swojego tempa ani na ułamek sekundy, a oddech miał spokojny jak zwykle. Jedynie jego myśli pędziły jak stado galopujących koni.
- Kosma co to jest? - Zapytał bez owijania w bawełnę gdy tylko młodzieniec pojawił się w zasięgu wzroku. Jego głos był równie spokojny jak jego puls jednak ton tego głosu potrafił by zamrozić kałużę.
Kosma nie wydawał się zaskoczony. Wręcz przeciwnie. Wrócił by skonfrontować się z wiedźminem, było to widać w jego oczach. Zamknął za sobą drzwi a jego potworne oblicze przybrało coś co można nazwać smutkiem.
- Żałuję, że tak się to skończyło. Naprawdę cię polubiłem Draugdinie – powiedział a potem przyjął żałosną minę – Popatrz na moją gębę. Nawet najgorsza portowa kurwa ucieknie z krzykiem na mój widok. To nie moja wina…to silniejsze od mnie, rozumiesz? Jestem młodym mężczyzną i mam swoje potrzeby.
Co najbardziej mogło zaskoczyć Draugdina, to fakt, że Kosma próbował stawiać się w roli ofiary. Brać go na litość.
- Wiem kto rzucił klątwę, tylko nie wiem jak ją zdjąć. Ciotka zawsze mi się podobała. Myślałem, że ja jej też, że skoro mąż ją przegnał z domu to ja się nią zaopiekuję, dam jej dzieci. No ale źle odczytałem zamiary. Nie powiedziała mojej matuli co zrobiłem, zamiast tego pobiegła do wiedźmy…
Kosma w gniewie zacisnął pięści.
- Rozumiesz teraz dlaczego mam taką gębę? To miała być kara. Żebym nigdy więcej nie zbliżył się do kobiety. Bo która się da omamić takiej szkaradzie? Miałem jechać do Oxenfurtu, studiować alchemię…poznać kogoś, założyć rodzinę. A ta kurwa zniszczyła mi życie.
Kosma nie przestawał się nad sobą użalać. Był chyba przekonany, że jego opowieść wzruszy wiedźmina do łez.
Draugdin nie dał się ani zwieść ani zaskoczyć. Już nie tym razem, Miecz trzymał jakby niedbale i od niechcenia jednak wystarczył nieznaczny ruch nadgarstka czy ręki, żeby zareagować na jakikolwiek atak z dowolnej strony. Mała i ograniczona przestrzeń działa tylko na korzyść wiedźmina, który nie raz i nie dwa musiał walczyć w wąskich przestrzeniach jaskiń, nor czy też korytarzy. Wolałby nie zabijać Kosmy zanim nie pozna wszystkich okoliczności, a chciał je poznać, żeby zrozumieć.
-Jeśli próbujesz mnie brać na litość i współczucie to źle trafiłeś. Nie słyszałeś, że wiedźmini nie mają uczuć? Mów co chcesz powiedzieć, ale bez opowiadania rzewnych bajek. Pozwól mi zrozumieć zanim… - Nie dwuznacznie nie dokończył Draugdin.
- Zrozumieć co? Przecież powiedziałem ci… – Kosma spojrzał na miecz wiedźmina. Sam nie był jednak uzbrojony, jeśli chował broń to schowaną gdzieś za koszulą. Zanim zdążyłby ją wyjąć jego głowa pewnie potoczyłaby się po drewnianej podłodze, więc nawet nie drgnął – Zrozum, to nie moja wina! To silniejsze od mnie! Gdybyś ty miał taką gębę i widział jak te cycate, dorodne dziewki cię prowokują, co byś zrobił? Całe życie zaspakajał się ręką!?

Wyglądało na to, że w opowieści Kosmy nie ma czarnych plam. Nie powiedział że zgwałcił i zamordował co najmniej osiem kobiet, lecz nie musiał tego mówić wprost. To było wyznanie winy. Pewnie na torturach opowiedziałby ze szczegółami co robił swoim ofiarom, podał ich imiona albo rysopisy. Powiedziałby też, że wykorzystując swoje talenty, podawał ojcu i matce zioła na sen i wymykał się gdy ci spali. A włosy zostawiał sobie na pamiątkę, by później odtwarzać w pamięci swoje makabryczne zbrodnie i jak to ujął, zaspakajać się ręką. Ale czy było to teraz tak istotne?
- [i] Nie wydasz mnie chyba hrabiemu? [i] – zdziwił się ciągle wpatrując się w miecz – Po prostu zapomnij o tym co widziałeś i słyszałeś, niech każdy pójdzie w swoją stronę. Pamiętaj coś obiecał moim rodzicom, za co ci zapłacili. .
Draugdin pokiwał ze smutkiem głową. Był bardzo zawiedziony. Jak mógł dać się tak wyprowadzić w pole i nie zauważyć wcześniej przesłanek, że coś tu jest mocno nie tak jak powinno być. Czyżby tracił czujność i wyczucie na stare lata. Nie spuszczał oczu z młodzieńca i śledził każdy nawet najmniejszy jego ruch. Jakby przynajmniej miał do czynienia z potworem. Przecież w sumie miał… Z potworem w ludzkiej skórze.
-Kosma jak mogłeś mnie tak zawieść. Mimo, żem wiedźmin to poruszyła mnie twoja historia i z czystego serca zaoferowałem więc pomoc. Tym bardziej żałuję że tak bardzo się pomyliłem - Draugdin mówił spokojnym zabarwionym smutkiem głosem, nie tracąc ani przez moment ani czujności ani koncentracji.
-Kosma tu nie ma mniejszego czy większego zła. Zło to zawsze jest ZŁO! Ironią losu musisz niestety tylko i wyłącznie dokonać tego samego wyboru przed, którym paradoksalnie uratowałem cię ostatnio. Wolisz śmierć szybką i niemal że bezbolesną tu i teraz czy chcesz umierać długo i w niewyobrażalnych cierpieniach z rąk żądnych zemsty ludzi. No i Kosma, żeby nie było złudzeń. Wziąłem pieniądze za opiekę nad tobą i zdjęcie klątwy. To drugi za chwilę nastąpi, gdyż nie widzę innej opcji zdjęcia uroku bez poniesienia kary za twoje winy. - Dokończył Draugdin. Był gotowy na każdy rozwój wypadków. Tym razem nie da się zaskoczyć, musi zrobić to co nieuniknione. Kto inny miałby to zrobić w zaistniałej sytuacji jak nie wiedźmin - zabójca potworów.
- Nie…nie wiedźminie…. Ja chcę żyć! Nie zrobiłem nic złego, mówiłem ci, że to silniejsze od mnie! – obruszył się Kosma. Najwyraźniej w tym chłopaku nie było wyrzutów sumienia, dalej próbował stawiać się w roli ofiary. – Hrabia ci nie zapłacił za mnie tylko za bazyliszka, więc nie mieszajmy go do tego. I nie zapominaj, że też jesteś odmieńcem. Jesteśmy tacy sami, powinniśmy się trzymać razem! Jeśli mnie wydasz, sam skażesz się na śmierć!
Nim wiedźmin zdążył odpowiedzieć usłyszał za oknem znajome kwilenie. Wciąż obserwując uważnie Kosmę, kątem oka zauważył w okiennicy grupkę strażników, którzy popychając i kopiąc Drzazgę prowadzili go w kierunku drzew. Jeden z mężczyzn trzymał sznur. Drzazga szlochał i rozpaczał, najwyraźniej nie wiedząc co się dzieje, strażnicy przeklinali i grozili chłopakowi.

Draugdin kiedyś usłyszał od jednego ze swoich braci z Kaer Morhen, że każdego wiedźmina prędzej czy później czeka jego własne Blaviken. Że uciekając przed wyborami, w końcu stanie przed takim, przed którymi nie ma ucieczki. Będzie musiał opowiedzieć się po którejś ze strona a każda decyzja może przynieść straszne konsekwencje.
Chłopak intensywnie trzymał się swojej wersji. Nie można było mu się dziwić, w końcu próbował trzymać się życia. Zastanowiła go sytuacja za oknem. Nie wiedział czym Drzazga zawinił jednak stan szaleństwa w jakim się znajdował raczej nie pomógłby mu dokonać brutalnego gwałtu i zabójstwa. Niemniej było to zastanawiające tym bardziej, że sytuacja była patowa jak tridamskie ultimatum.
-Kosma powtarzam ja cię nie oceniam, bo nie taka moja ani rola ani powołanie. Dla mnie nie jest ważne dlaczego to robiłeś i czy mogłeś się oprzeć pokusie czy było to silniejsze od ciebie. Interesuje mnie tylko czy to ty zabiłeś. Zresztą pokaż mi to ugryzienie na prawej dłoni. Czy to są ślady ludzkich zębów? A z resztą… Bądź mężczyzną choć raz w życiu i powiedz prawdę. Nie ja cię będę oceniał ani rozgrzeszał. Skoro wolisz umierać w męczarniach to wołam ludzi hrabiego. - Powiedział Draugdin przez cały czas skupiony i gotowy na każdy obrót sprawy.
Kosma znów wyraźnie zdziwił się pytaniem. Popatrzył na swoją dłoń, na której znalazły się ślady po ugryzieniu, wahał się, przez chwilę, po czym wystawił ją w kierunku wiedźmina. Być może Draugdin nie był ekspertem od ludzkich zębów, częściej miał do czynienia z ostrymi jak brzytwa kłami potworów, lecz, teraz patrząc z bliska nie miał wątpliwości, to były świeże ślady po ugryzieniu i nie zrobiła tego żadna bestia.
- Nie miałem wyboru…gdybym zostawiał je przy życiu…przecież takiej gęby nie da się zapomnieć…Zrozum Draugdinie, one były nikim. Nikim! Potrafią się tylko wdzięczyć, prowokować…same się o to prosiły! Jeśli coś czułeś do tej… – Chłopak wydawał się nie rozumieć okropności czynów jakich się dopuścił a swoje ofiary traktował jak przedmioty. Nie potrafił nawet wypowiedzieć na głos imienia Igrid – …dziewki, to przepraszam. Nie traktuj tego jako coś osobistego. Widzę, że się wahasz skoro jeszcze rozmawiamy. I słusznie. Podejmij jedyną rozsądną decyzję, wypuść mnie i zapomnij o tym co tu zobaczyłeś. Jesteś wiedźminem, a nie strażnikiem porządku, zostałeś stworzony, żeby zabijać potwory. Jeśli ci się wydaje, że możesz być człowiekiem, że ci tam to twoi przyjaciele mylisz się. Jesteś dla nich dziwadłem, tak jak ja. Chcą cię zabrać do Kaedwen tylko po to, żebyś ich bronił przed jeszcze gorszymi od siebie. Gdy przestaniesz być im potrzebny, porzucą cię jak stary śmieć. Pozostań neutralny i nie mieszaj się do spraw, które cię nie dotyczą, płyń do Kaedwen. Teraz otworzę drzwi i wyjdę i nigdy więcej mnie nie zobaczysz.
Kosma wysunął ugryzioną dłoń i złapał za klamkę, nie spuszczając Draugdina z oczu, jakby badając jego reakcję.

Draugdin nie miał już wątpliwości. to było jawne i bezpośrednie przyznanie się do winy. Choć mu trochę ulżyło, że poznał prawdę jednak nie zmieniło to poczucia żalu. Był zawiedziony. Szkoda, że tak się pomylił, gdy zdążył już chłopaka polubić. Nie było wyjścia. Nie miał wątpliwości. Trzeba było zrobić to co było jedynym słusznym rozwiązaniem w tej sytuacji. Jednego był pewien. Poznał prawdę. Nie będzie to jego Blaviken. Całkowicie puścił koło uszu aspekty moralne i uczuciowe jakimi młodzieniec chciał na niego wpłynąć. Takie numery nigdy na niego nie działały.
Nie zastanawiał się dłużej. I tak zmarnował tu już masę czasu. Widząc rękę Kosmy unoszącą się do klamki odezwał się.
-Nie Kosma. Mylisz się. Fakt, że nie jestem strażnikiem, ale jak sam podkreśliłeś jestem WIEDŹMINEM. Zabójcą potworów, którego głównym zadaniem jest chronienie ludzi przed potworami. Mówiłem Ci już raz, że czasem największe potwory czają się w samych ludziach. Do tego właśnie zostałem stworzony. Do eliminacji potworów.
Bez ostrzeżenia zaatakował, a atakujący wiedźmin porusza się błyskawicznie i bezszelestnie jak atakująca kobra. Skrócił dystans i wykonał cięcie znad głowy po przekątnej w dół. Nie mógł chybić. Zrobił to co obiecał. Szybka i bezbolesna śmierć. Z tej odległości nie mógł czynić. Coup de grace.
Potwór w ludzkiej skórze nie zdążył nawet mrugnąć czymś co na zdeformowanej twarzy przypominało powieki. Wiedźmin zadziałał szybko, pewnie i precyzyjnie, głowa Kosmy potoczyła się po podłodze a ciało runęło ciężko na deski. Po chwili Draugdin zauważył coś co przypuszczał lub nawet przewidział. Twarz Kosmy zaczęła się zmieniać. Guzy i wrzody zaczęły wchłaniać się w skórę, jednocześnie odrastały mu usta, kości policzkowe, nozdrza. Wyglądało jakby niewidzialna siła formowała ciasto, nadawała mu kształtów. Śmierć odwróciła klątwę. Nie minęła chwila jak twarz chłopaka wróciła do normalności. Był to urodziwy i przystojny młodzieniec o błękitnych, przyciągających wzrok oczach. Niejedna kobieta mogła by stracić dla niego głowę. Ostatecznie głowę z rąk Draugdina stracił on, seryjny morderca z Wyzimy i jeśli kiedyś ktoś o tej historii usłyszy powstanie na pewno rzewna ballada. Każdy wiedźmin miał swoje Bleviken, ale każdy też miał swoją pieśń.
Skowyt Drzazgi mieszał się z przekleństwami mężczyzn, którzy najwyraźniej uznali, że tylko chory umysłowo przygłup mógł dopuścić się tak nikczemnej zbrodni.
- Drzazga nic nie zrobił, Drzazga kochał Igrid! Drzazga nigdy…nigdy….
- Zamknij mordę przygłupie, przecież słyszałem, coś mówił jak cię wiedźmin zahipnozytował! Powiedziałeś, że wydupczysz Igrid!
Wydawało się, że Draugdin wrócił do punktu wyjścia. Jak bardzo starał się pozostać neutralny, zawsze musiał stawać przed wyborami. Chronić ludzi przed ich błędami, czy pozostawić ich samym sobie, ich bucie, arogancji, nienawiści i pogardzie? Jakiej decyzji by nie podjął, ta zawsze jednak niosła konsekwencje.

 
__________________
There can be only One Draugdin!

We're fools to make war on our brothers in arms.

Ostatnio edytowane przez Draugdin : 15-02-2020 o 05:53.
Draugdin jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 15-02-2020, 08:41   #9
 
Arthur Fleck's Avatar
 
Reputacja: 11614 Arthur Fleck ma wspaniałą reputacjęArthur Fleck ma wspaniałą reputacjęArthur Fleck ma wspaniałą reputacjęArthur Fleck ma wspaniałą reputacjęArthur Fleck ma wspaniałą reputacjęArthur Fleck ma wspaniałą reputacjęArthur Fleck ma wspaniałą reputacjęArthur Fleck ma wspaniałą reputacjęArthur Fleck ma wspaniałą reputacjęArthur Fleck ma wspaniałą reputacjęArthur Fleck ma wspaniałą reputację
Draugdin mimo niewdzięcznego czynu jaki musiał popełnić odetchnął z ulgą. Przyznanie się do winy było oczywiste i jednoznaczne i co by kto nie mówił, to nie było innego wyboru. Nikt mu nie mógł zarzucić podjętej decyzji. Zrobił to co musiał i to co dyktowało mu sumienie. Seryjny morderca to też potwór jakby na to nie patrzeć. Natomiast automatyczne zdjęcie klątwy po śmierci Kosmy dało wiedźminowi do myślenia. Urok musiał być naprawdę niesamowicie silny i zaczął się nawet zastanawiać czy w ogóle byłoby możliwe jego odczynienie. Paradoksalnie zrobił to do czego został wynajęty. Zdjął klątwę z Kosmy jednak nie miał zamiaru zgłosić się do jego rodziców po resztę zapłaty. Lepiej pochować młodzieńca tu w bezimiennym grobie i nie przysparzać jego rodzicielom więcej niepotrzebnych trosk. Wina spadnie pewnie na pożogę wojenną. Tak czy inaczej był rad, że sie ni pomylił i że nie było to jego Blaviken. Choć z drugiej strony w myśl tej niepisanej zasady było ono w takim razie wciąż przed nim.
Nie było jednak czasu do stracenia. Można było uratować drugie życie pozbawionego rozumu ale bogu ducha winnemu tej sytuacji Drzazgi. Draugdin chwycił resztę swojego ekwipunku razem z porzuconym plecakiem Kosmy i z mieczem zakrwawionym wciąż trzymanym w ręce wybiegł przed chatę. Wstrząsnął z całą mocą płuc w kierunku mającego się za chwilę rozegrać samosądu.
-Wstrzymajcie się!!! - Draugdin widział zwracające się w jego stronę kolejne spojrzenia, ale on szukał tylko jednego - wzroku hrabiego Richeliusa.
Jeden ze strażników już zarzucał linę na gałąź, reszta trzymała Drzazgę, który szarpał się i skomlał jak jagnię idące na rzeź. Słysząc donośny krzyk wiedźmina, mężczyźni odwrócili głowy. Nie było wśród nich Richeliusa, lecz po chwili hrabia wyszedł zza jeden chałup, wciąż podtrzymywany przez jednego ze swoich starych wiarusów.
- Co tu się dzieje – zapytał słabym głosem, ledwo szeptem, który chyba tylko wiedźmin był w stanie usłyszeć i zrozumieć.
Póki co Draugdin zdążył na czas, jednak czy uda się przemówić do rozsądku rozgorączkowanemu tłumowi to już była inna sprawa. To nigdu nie było łatwe. Dlatego siły tłumu nie można nigdy lekceważyć. Jednak póki co uwaga wszystkich była skupiona na nim.
-Drzazga nie jest winny jest tylko być może nieodwracalnie upośledzony. Wiem, że niewiele to zmienia, ale znalazłem mordercę Igrid i bodajże siedmiu innych kobiet… Tak jak obiecałem Ci hrabio nie wahałem się ani przez chwilę. Tam w chacie znajdziecie jego zwłoki. Poza przyznaniem się do winy, które z niego wyciągnąłem tu jest reszta dowodów. - Streścił szybko wydarzenia Draugdin podając hrabiemu plecak Kosmy. Wiedział, że niewielka to pociecha jednak kara dopadająca winowajcę, często jednak pomagała w poradzeniu sobie z żalem po stracie.
Hrabia patrzył na wiedźmina a w jego spojrzeniu budziło się coś…coś niepokojącego. Odepchnął od siebie mężczyznę, który z takim z namaszczeniem i troską go przetrzymywał pod ramię. Przed chwilą zgarbiony, pozbawiony sił do życia człowiek, teraz szedł wyprostowany w kierunku Draugdina. Biła od niego siła i determinacja, miał wzrok człowieka, który gotowy jest podpalić cały świat i zniszczyć wszystko dookoła tylko po to, żeby się zemścić.
Wyrwał Draugdinowi plecak z ręki, spojrzał do środka a potem go odrzucił w trawę. Jeden ze strażników, który jeszcze chwilę temu przetrzymywał Drzazgę podbiegł.
- Panie, złapaliśmy mordercę. To ten przygłup…Jędryka słyszał się panience Igrid przy wiedźminie odgra…
Strażnik nie zdążył dokończyć bo hrabia odwrócił się i zmierzył swoim lodowatym wzrokiem.
- Zawrzyj kurwa gębę albo zaraz ciebie każę powiesić.
Władyka odwrócił się i stanął w drzwiach chałupy, przyglądając się temu co tam leżało. Wydawało się, że chwila trwa w nieskończoność, czas zatrzymał się w miejscu. Tymczasem ludzie zaczęli zbierać się na pustym placu, po środku wioski.
W końcu Richelius zamknął drzwi. Jeszcze przez chwilę stał, plecami do wiedźmina po czym odwrócił się i spojrzał na niego oczami, w których nie pozostało nic prócz bólu i żądzy ślepej zemsty.
- Nasza ostatnia rozmowa dotyczyła ciebie wiedźminie. Powiedziała, że z nas wszystkich ty jesteś najbardziej ludzki. Że to my jesteśmy potworami, którzy niszczą swój świat i siebie nawzajem, a ty dajesz przykład jak powinno wyglądać prawdziwe człowieczeństwo. Może miała rację? Chciałeś dostrzec w tym czymś człowieka, chciałeś go ochronić przed takimi jak ja i resztą bezwzględnej hołoty – wskazał na strażników nie przestając wpatrywać się w kocie ślepia mutanta.
- Ale moja Igrid nie żyje. A ty sprowadziłeś to coś do mojego domu. I nigdy ci tego nie daruję mutancie
Richelius uniósł w górę pięść, dając znak swoim ludziom. Momentalnie w koło wiedźmina zaczęli zbiegać się strażnicy. Część miała miecze i tarcze, część już napinała cięciwy łuków i zakłada strzały. Ci, którzy jeszcze w nocy wartowali z Draugdinem i zaśmiewali z jego żartów, teraz zwrócili się przeciwko niemu.
- Wyciągnąłeś mnie wczoraj z piwnicy i nie dałeś pożreć bestii. Dlatego pozwolę ci więc umrzeć jak mężczyźnie. Jak wiedźminowi, nie jak zdrajcy – zwrócił się do grupki robotników- Rozwalić studnie. Bazyliszek jest głodny.
Draugdin pokręcił tylko ze smutkiem głową. Zło jest zawsze złem sam w wierzył, jednak podobnie było z szaleństwem. Hrabia był zaślepiony żalem i gniewem. Był n agranicy szaleństwa o ile już nie oszałał. W zaistniałej sytuacji było to skrajnie niebezpieczne tym bardziej, że obcowali z wygłodniałym jak diabli bazyliszkiem, a wojska Nilfgardu były już w zasięgu wzroku. Wiedźmin był zmęczony. Niby wiedział, że każde działanie pociąga za sobą łańcuch przyczynowo skutkowy i często efekt końcowy jest całkiem odmienny od tego zamierzonego. Sytuacja diametralnie zmieniła się na trudną jednak nie na beznadziejną. W końcu nadzieja umiera ostatnia. Draugdin nie panikował. Wychodził z gorszych opresji, jednak nie chciał tu robić rzezi z powodu szaleństwa i obłędu jednego człowieka. Zanim dojdzie do jakichkolwiek nieodwracalnych czynów postanowił jeszcze spróbować przemówić do rozsądku. Nie do rozsądku hrabiego, gdyż ten już go dawno postradał i zaślepiony był żalem. Jedyna szansa była przemówić do rozsądku żołnierzy. Czasem w radzeniu sobie z tłumem wystarczyło zdobyć przychylność lub przekonać do swojej racji jedna czy dwie osoby i już jedność i siła grupy potrafiła się zacząć łamać. Nie licząc na wiele postanowił spróbować.
Hrabio otrząśnij się z tego szaleństwa. Myślisz, że gdybym wcześniej wiedział o tym to czy ciągnął bym tego potwora w ludzkiej skórze ze sobą i nie zakończył tego wcześniej? Sam całe życie byłeś nieomylny? Choć może tak, bo jak to mówią ten się nigdy nie myli co nic nie robi, choć z tego co Cię zdążyłem poznać raczej nie należysz do tej kategorii ludzi. Dlatego też odwołuję się do twojego człowieczeństwa jeżeli nie chcesz tu rzezi o której będą śpiewać pieśni zaraz po balladzie o rzezi w Blaviken. Chyba nie chcesz być aż tak sławny. Nie grożę wam jednak próbuję zwrócić uwagę jeśli ktoś zapomniał, że jeden wiedźmin jest mniej więcej tyle wart co dziesięciu żołdaków. Jednak nie do tego zmierzam. Bazyliszki wykazują główną swoją aktywność w dzień… Właśnie wstaje nowy dzień. Ten potwór, który póki co jest jeszcze od nas odgrodzony jest na tyle wygłodniały i wściekły, że jeśli ja polegnę z nim w walce, a on wydostanie się z lochów zabije wszystko i wszystkich w okolicy. I uwierzcie mi, że nie będą to miłosierne i szybkie zgony. Wybór jest prosty. Śmierć z ręki wiedźmina czy bycie rozszarpanym i pożartym przez wściekłego bazyliszka. - Spokojnie przemówił Draugdin dobitnie akcentując ważniejsze fragmenty. Jednak równocześnie był skoncentrowany i ze smutkiem stwierdzając gotowy na swoje własne prywatne Blaviken. Wciąż wierzył, że ktoś się opanuje, być może któryś z żołnierzy, którzy spędzili z nim nocną wartę i zdążyli trochę go poznać. *
Hrabia zmrużył oczy, był coraz bardziej rozgniewany.
- Próbujesz nas zastraszyć? Mówiłem ci, że moi ludzie nie są miękką kuśką robieni. Wielu z nich znało Igrid od chwili jej narodzin. Oddali by za nią życie a ty śmiesz ich straszyć bazyliszkiem.
Cześć żołnierzy pokiwało głowami zgadzajac sie z hrabią. Tymczasem on kontynuował tyradę.
- A jeśli wydaje ci się, że dwunastu mężczyzn przestraszy się wiedźmina, nawet tego nie skomentuję, myślałem, że masz więcej oleju w głowie mutancie. Nawet gdybyś jakimś cudem pozabijał ich wszystkich w walce, potem musiałbyś zarżnąć mnie, kobiety, starców i dzieci– wskazał na gapiów, którzy tłoczyli się na placyku – tak by nikt nigdy nie dowiedział się co tu się wydarzyło. Daję ci ostatnią szansę, odrzuć miecze i poddaj się. Uratowałeś mnie przed bazyliszkiem więc pozwolę ci umrzeć jak mężczyźnie zamiast cię powiesić.
Draugdin już stracił już całą nadzieję na w miare pokojowe rozwiązanie zaistniałej sytuacji. Hrabia miał bardzo silną osobowość i ciężko było przełamać próg jego motywacji podbudowanej i wzmocnionej żalem i gniewem. Liczy na to, że może jednak któremuś z żołnierzy przemówi do rozsądku, a często wystarczała jedna rysa w sile tłumu, żeby odwrócić bieg wydarzeń. Jednak psychicznie i fizycznie szykował się już na to co mogło za chwilę nastąpić. Słyszał kiedyś, że słynny Biały Wilk potrafił odbijać w locie strzały puszczone w jego kierunku, jednak nie wiedział ile w tym było prawdy, a ile legendy wolał nie sprawdzać na własnej skórze. Jednak już w głowie układał plan ewentualnie walki, żeby poruszając się kolejno od jednego do drugiego celu zadać jak najwięcej strat schodzą w miarę możliwości z linii strzału i utrudniać celowanie. Dobrze, że przynajmniej oba miecze miał przy sobie.
- Nie miałem zamiaru Was zastraszać jednak przemówić do rozsądku, gdyż w obu przypadkach mogę okazać się pomocny. Tak jak w spotkaniu z żołdakami Nilfgardu mogę okazać się bardzo pomocnym, tak w walce z Bazyliszkiem beze mnie nie macie żadnych szans. Na to tylko chciałem zwrócić waszą uwagę.
- Powtarzam raz jeszcze wiedźminie. Nie przestraszysz ani mnie ani moich ludzi. Zaczynam mieć wątpliwości, czy Igrid nie myliła się co do ciebie. Może w istocie jesteś podstępnym, zepsutym do szpiku kości odmieńcem, kłamcą i mącicielem. Może od początku wiedziałeś, czym jest to bydle, może zapłacił ci byś próbował go ochronić przed sprawiedliwością. A gdy wymknął ci się spod kontroli, postanowiłeś go ukatrupić, by nie zdążył powiedzieć nam za dużo.
Wśród strażników przebiegł szmer aprobaty. Żaden z nich ani na moment nie zwątpił w poczytalność hrabiego, słowa Draugdina zupełnie ignorując. Wszyscy wydawali gotowi walczyć i czekali na rozkaz swojego pana.
- Gdybym wiedział, że jesteśmy bez szans nie wysyłałbym moich żołnierzy na głupią śmierć. To ty przeceniasz swoje możliwości. Wolisz zginąć w walce z bazyliszkiem czy z ręki człowieka? Wybieraj – rozkazał zimnym głosem Richelius.
Cóż wszelkie próby negocjacji zawiodły. Jednak przecież nie trzeba było być mędrcem, żeby wiedzieć, że wiedźmini mają mniej więcej tyle umiejętności społecznych co młot kowalski delikatności. Szkoda, gdyż liczył na pokojowe rozwiązanie tym bardziej, że łudził się , iż podjął właściwą decyzję i nie żałował swoich czynów. Najgorsze było to, że wcale nie było pewne czy nawet jeśli uda mu się pokonać bazyliszka, to czy będzie to wystarczające dla przekonania rozżalonego hrabiego, do jego wartości jako zabójcy potworów i było nie było człowieka.
-Skoro więc jednak nie chcecie posłuchać głosu rozsądku zrobię to do czego mnie stworzono. Muszę się tylko chwilę przygotować. - powiedział Draugdin odkładając na bok nie potrzebny mu teraz ekwipunek poza oboma mieczami. Tak czy inaczej ty razem wolał mieć je oba w zasięgu ręki. Nie wiadomo, jak jeszcze potoczą się wydarzenia.
- Nie bądź bezczelny wiedźminie. Do niczego nie będziesz się przygotowywał. Odrzuć swoje miecze odmieńcu albo giń – hrabia skinął w stronę dwóch łuczników, którzy napięli mocno cięciwy łuków mierząc w Draugdina. Pozostałych dziesięciu schowało się za tarczami, mocniej ścisnęło miecze, zrobiło krok w kierunku wiedźmina. Richelius zwrócił się do trzech mężczyzn, który poprzedniego dnia zajmowało się odgruzowaniem przejścia w piwnicy.
- Rozwalcie studnie. Jak skończycie, wrzucimy tam mutanta. Pozostali niech zbiorą się przy wozach, spotkamy się niedługo przy brzegu. I…proszę…zabierzcie Igrid.
Gdy władyka wymówił imię córki głos znów mu się złamał a oczy zaszkliły. Ludzie zaczęli się rozchodzić. Strażnicy obserwowali uważnie łowcę potworów i czekali na dalsze rozkazy hrabiego.
Draugdin miał dosyć tego wszystkiego. Już nawet nie chodziło o to, że gdy ludu kupa to i wiedźmin dupa, jak mawiali. Chociaż żeś w Blaviken temu przeczyła, ale to wyjątek potwierdzający regułę… Draugdin chciał, żyć, ale też nie chciał zrobić tu rzezi i przejść do legendy jako rzeźnik z Nirh Haben. Cóż zrobić będzie musiał robić to co potrafił najlepiej - dostosować się i improwizować.
Odłożył zawinięty w pled swój srebrny miecz. Powolnym ruchem odpiął drugi miecz, którego rękojeść dotychczas wystawała nad jego prawym ramieniem i położył go obok. W geście niemej akceptacji rozłożył ręce na bok i chociaż na usta cisnęły mu się najgorsze z możliwych przekleństw milczał. Jednak wzrok, który bez strachu w bił w prosto w oczy władyki zdawał się mówić jedno. “Nie godzi się tak panie Hrabio. Nie godzi się!”
Gdy tylko Draugdin rozłożył ręce w geście kapitulacji, strażnicy podbiegli, odkopali jego miecze. Jeden z nich zamachnął się tarczą, uderzając wiedźmina w potylicę. Ciepła krew popłynęła mu po na skórze a potem wszystko wokół zaczęło wirować. Czuł jakby ziemia rozstąpiła mu się pod nogami a on sam zaczął spadać w przepaść. Dwa uderzenia serca później leżał nieprzytomny twarzą w ziemi.
 
Arthur Fleck jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 22-02-2020, 12:21   #10
 
Draugdin's Avatar
 
Reputacja: 22376 Draugdin ma wspaniałą reputacjęDraugdin ma wspaniałą reputacjęDraugdin ma wspaniałą reputacjęDraugdin ma wspaniałą reputacjęDraugdin ma wspaniałą reputacjęDraugdin ma wspaniałą reputacjęDraugdin ma wspaniałą reputacjęDraugdin ma wspaniałą reputacjęDraugdin ma wspaniałą reputacjęDraugdin ma wspaniałą reputacjęDraugdin ma wspaniałą reputację
Wiedźmin obudził się na starcie gruzu, kamieni i mokrego błocka zalegającego na dnie studni. Nie pamiętał jak się tam znalazł, lecz czując na plecach bolesne siniaki i zadrapania domyślił się, że wrzucono go do jamy jak worek ziemniaków. W głowie wciąż mu dzwoniło, w ustach czuł posmak krwi. Dno studni pogrążone było w mroku, nie docierało tam słoneczne światło lecz koci wzrok Draugdina szybko przyzwyczaił się do ciemności. Niemal od razu zauważył wybite w bocznej ścianie przejście prowadzące w głąb tuneli. To nie była prawdziwa studnia, a przynajmniej przestała nią być w chwili gdy z Mahakamu przybyło do Nirh Haben czterech krasnoludzkich inżynierów, którzy zaprojektowali dla hrabiego de la Blanche sieć podziemnych korytarzy.
Draugdin wyczuł ruch. Ale nie z korytarzy, gdzie leże miał bazyliszek. Podniósł wzrok i zauważył twarz przygłupa. Drzazga gapił się na wiedźmina znad otworu studni. Po chwili w jego ręku pojawił się jakiś przedmiot owinięty w płachtę. Chłopak puścił przedmiot, a ten z głośnym brzdękiem wylądował u stóp Draugina. Płachta rozchyliła się i wiedźmin dostrzegł swój srebrny miecz.
- Zabrali drabinę i porąbali na kawałki! Drzazga nie wie jak pomóc! Drzazga przeprasza – usłyszał pełen wyrzutów głos chłopaka.

Niespodziewany obrót losu pomyślał sobie Draugdin, jakby na potwierdzenie starego stwierdzenia, że konsekwencje naszych czynów zawsze nas dopadną. Czy konsekwencje te będą dobre czy złe w większości przypadków zależy to od podjętych wcześniej decyzji. Przynajmniej hrabia zachował się po ludzku oszczędzając Drzazgę, choć ani po ludzku ani honorowo nie zachował się w stosunku do wiedźmina. Draugdin wierzył, że los jeszcze skrzyżuje ich drogi ze sobą.
Jednak, żeby to się mogło stać trzeba się było skupić na tu i teraz. Sytuacja była trudna jednak teraz już nie beznadziejna. Przynajmniej miał swój srebrny miecz, a jego ostrze nadal pokryte było olejem zabójczym dla drakonidów. Przynajmniej nie był bezbronny. Srebro, miecz, znaki, doświadczenie i wiedźmiński refleks i doświadczenie w stosunku do zagłodzonego i wychudzonego bazyliszka niemalże wyrównywać szanse. Jednak nadal ten stwór był zabójczo niebezpieczny. Z resztą jak każdy inny potwór.
- Drzazga lina! Szukaj jakiejś liny lub czegokolwiek innego. - Powiedział szeptem, ale na tyle by chłopak usłyszał. Głowa młodzieńca zniknęła. Marna to była nadzieja jednak zawsze nadzieja. Draugdin nie mógł się powstrzymać od refleksji, że zakończył jedną żałosną egzystencję dla uratowania innej równie żałosnej. Miał tylko nadzieję, że tym razem dokonał dobrego wyboru.
Jego koci wzrok sprawiał, że widział w ciemnościach dokładnie tak samo jak w biały dzień. Jednego był pewien. Nie było sensu się ukrywać czy chować. Było więcej niż pewne, że wyczulony słuch bazyliszka na pewno zarejestrował odgłos upadającego miecza. Wiedząc, że potwór zacznie poszukiwania od miejsca gdzie zlokalizował odgłos Draugdin korzystając z wyuczonej umiejętności poruszania się poruszania się równie bezszelestnie co kot odsunął się maksymalnie od miejsca gdzie stał. Poprawił uchwyt miecza.
Teraz już tylko zostało jedno - czekać na rozwój wypadków. Czekać i zrobić wszystko by przeżyć.
Nie minęła jednak chwila czasu jak Draugdin zauważył, że dno studni może okazać się za wąskie i ciasne, a jeśli bazyliszek wskoczy z korytarza do środka, zmuszony będzie walczyć w zwarciu, bez możliwości wykonywania piruetów, wykonując jedynie proste szermiercze pchnięcia a nawet te na tak małej przestrzeni nie były pewną formą obrony przed wściekłą, zwrotną, silną bestią. Drzazga zniknął, nie wiadomo czy usłyszał wiedźmina, czy w ogóle go zrozumiał. Czuły słuch łowcy potworów nie wychwycił żadnych hałasów, śladu ludzkiej obecności. Najwyraźniej hrabia i jego ludzie zdążyli już się oddalić, zostawiając obłąkanego idiotę w Nirh Haben, na jego własną zgubę.
Draugdin wyostrzył swoje zmysły do granic możliwości, lecz nie był w stanie określić gdzie znajduje się potwór. Jeśli bazyliszek go usłyszał, to na razie czekał. Wiedźmiński medalion wciąż pozostawał w bezruchu.

Póki co to na jedną rzecz mógł zawsze liczyć - na działanie wiedźmińskiego medalionu. Nie było jeszcze sytuacji w jego, życiu żeby medalion nie zdążył zadrżeć. W końcu wykrywał najdrobniejsze przejawy magii w okolicy. Skoro medalion wisiał bez ruchu było bezpiecznie. Oczywiście jeśli można było mówić o bezpieczeństwie względem gdzieś obok znajdującego się potwora.
Póki co ufając mocy medalionu postanowił znaleźć odrobinę lepsze miejsce strategiczne do ewentualnego podjęcia walki. Tu było za wąsko i nie byłby w stanie wykorzystać wszystkich swoich umiejętności walki jakie posiadał. Widział w ciemnościach doskonale także mógł bezszelestnie stawiać stopy dokładnie tam gdzie chciał, żeby czegoś nie potrącić lub czegoś nie nadepnąć. Kluczowym elementem było zachowanie ciszy jak długo się da.
Nie znając układu korytarzy ruszył przed siebie licząc na znalezienie miejsca gdzie nie będzie tak ciasno. Wszystkie jego zmysły poza wzrokiem który działał tak jak w biały dzień były napięte do granic możliwości. Próbował wyłonić chociażby najcichszy dźwięk.
Hrabia w trakcie rozmowy z wiedźminem wspominał, że gdy wody Pontaru wylały, korytarze zostały podmyte. Przypominały teraz miejskie kanały, tyle, że zamiast w gównie, Draugdin musiał grzęznąć w lepkim błocku co nieco utrudniało ciche poruszanie. Gdzieniegdzie kałuże sięgały kostek a nawet kolan, był to trudny teren, jednak nie dla Draugdina, który w ciągu swojego długiego życia widział znacznie bardziej parszywe zakamarki. Tunel, którym poruszał się łowca potworów był wąski, trudno było rozkrzyżować ręce nie dotykając ścian, w takich warunkach bazyliszek mógł mieć przewagę, więc wiedźmin uparcie parł do przodu, uważnie nasłuchując. Medalion ani razu nie zadrżał, potwora nie było w pobliżu. Być może wygłodzona bestia poświęciła wszystkie siły by wydostać się z piwnicy i odpoczywała, albo postanowiła zmienić taktykę i poczekać aż ofiara sama do niej przyjdzie. Draugdin co jakiś czas napotykał na fragmenty szczurzych, krecich i mysich kości. To przez ostatnie lata była prawdopodobnie dieta bazyliszka, który ostatni porządny posiłek zjadł, gdy sześciu ludzi hrabiego de la Blanche weszło do tuneli. Szkielet jednego z nich wiedźmin zauważył wychodząc z ciasnej szczeliny wprost do pomieszczenia przypominającego pieczarę. Trup wciąż miał na sobie buty, skórzane spodnie i przeszywanicę, w brudnej wodzie leżał jego pordzewiały miecz. Draugdin dostrzegł też w pieczarze trzy tunele. Środkowy musiał prowadzić do zamkowej piwnicy, dwa pozostałe do lasu i nad rzekę. Już miał zrobić kolejny krok do przodu, gdy woda pod jego stopami nieznacznie zafalowała. Jakby malutki kamyczek wpadł i zmącił spokojną, nienaruszoną toń. Wiedźmiński medalion zadrżał, by po chwili wpaść w rezonans, wściekle drżąc na szyi Draugdina niczym magicznie ożywiony przedmiot.

Medalion podskakiwał na jego szyi jak szalony koliber. Spełnił swoje zadanie aż za dobrze. W oddali tunelu Draugdin zauważył nadbiegającego w jego kierunku bazyliszka. Pomyślał, że trochę wąsko jak na walkę z potworem w korytarzu jednak potem uzmysłowił sobie jedną rzecz. Gdyby miał do czynienia z pełnowymiarowym i dobrze odżywionym bazyliszkiem miałby przerąbane jak w krasnoludzkiej kopalni. Lecz to co zbliżało się do niego było tak wychudzone, że z dwoma takimi stworami minął by się w tym korytarzu, a przynajmniej z tym jednym będzie wystarczająco miejsca może nie tyle na manewry ale na ewentualne uniki.
Postanowił zrobić coś czego pewnie rozszalały z głodu i nienawiści stwór się nie będzie spodziewał. Wyczekał do ostatnich chwil. Zdążył jeszcze pomyśleć, że chciałby zobaczyć ilu z żołnierzy hrabiego ustałoby w miejscu do tego momentu, ilu by już uciekło, a ilu stało by już w kałuży swoich własnych ekskrementów nie zdolni do zrobienia choćby jednego kroku. Przelotny uśmiech zagościł na jego twarzy.

Bazyliszek był już dosłownie w odległości kilku metrów szarżując zaciekle w kierunku celu czyli w jego kierunku. Wiedźmin w ostatnim momencie rzucił się do przodu skracając dystans do biegnącego potwora zaburzając mu w ten sposób wyczucie odległości do celu. Uniósł miecz i ciał wzdłuż ciała bazyliszka schodząc w ostatniej chwili z linii jego szarży niemal że ocierając się o ścianę korytarza pozwalając w ten sposób żeby potwór chybiwszy celu przeleciał obok niego w pełnym rozpędzie. W ten sposób nie musiał wyprowadzać wielce precyzyjnego cięcia, a jedynie trzymać miecz. Resztę powinien zrobić pęd mijającego go bazyliszka. Ciasność korytarzy działała zarówno na niekorzyść jak i na korzyść gdyż tak jak wiedźmin nie mógł w pełni wykorzystać swoich umiejętności w walce tak i bazyliszek tracił dużo na swojej manewrowości.
Ostrze chlasnęło potwora po nodze, trysnęła czarna krew, bazyliszek wyskakując z tunelu zapiał głośno z bólu. Wyhamował, zawrócił i rzucił z nienawiścią na wiedźmina próbując go rozorać swoimi ostrymi jak brzytwa pazurami.
W wąskim korytarzu manewrowanie było utrudnione i nie był w stanie wykorzystać wszystkich swoich umiejętności i piruetów podczas walki. Widząc skierowane w jego stronę pazury bestii błyskawicznie zasłonił się mieczem jednocześnie schodząc z bezpośredniej linii ataku. Woła być zabezpieczony wykonaniem uniku gdyby miecz nie trafił gdzie trzeba lub zamiast przeciąć, ześlizgnął się jedynie po ciele bazyliszka.

Draugdin bez najmniejszego problemu sparował cios potwora, szpony ześliznęły się po klindze miecza nie czyniąc przeciwnikowi żadnej krzywdy.
Stal zgrzytnęła o pazury. Przez sekundy stali naprzeciwko siebie - człowiek i potwór. Draugdin żałował jedynie, że olej przeciw drakonidom już pewnie wywietrzał z ostrza gdyż takie choćby nawet lekkie cięcie pozwoliło by już na działanie trucizny. Rzeczywiście bazyliszek był wychudzony do granic możliwości, aż cud, że tak niedożywiony miał w sobie jeszcze tyle żywotności. Jednak pomału determinacja wiedźmina zaczynała dorównywać determinacji stwora. Nieprzygotowany do końca do walki, nieprzygotowana broń ani nie był pod działaniem żadnego eliksiru. Totalny kanał. Nie miał już za bardzo nic do stracenia. Nic poza własnym życiem.
Kilka sekund nie więcej. Nie było na co już czekać. Czuł niemalże oddech bazyliszka na swojej twarzy. Jedno było pewne- - stwór był w zasięgu długości ostrza. Jedno było pewne i zostawało mu to jako ostatni deska ratunku. Bazyliszki były bardzo wrażliwe na ogień. Ponownie użył znaku Igni i puścił strumień ognia prosto w stojącego tuż przed nim stwora licząc na to, że ponownie wstrząs wywołany płomieniami być może nie odrzuci ponownie bazyliszka, ale być może na ułamek sekundy go zdezorientuje.
Ułamek sekundy dla wiedźmina to cała wieczność. Zaraz za znakiem wyprowadził zabójcze cięcie. W większości przypadków każdy cios wyprowadzony przez przedstawicieli jego profesji należałoby traktować w kategorii “zabójcze”. Draugdin liczył po cichu, żeby jego cięcie tym razem okazało się takowym.

Gdy z palców Draugdina trysnęły iskry potwór zatrzymał się w pół kroku a potem próbował wycofać. Za późno. Płomień wystrzelił a rachityczne skrzydła bazyliszka nagle zajęły się ogniem. Nim bestia zdążyła zakrzyczeć z wściekłości i bólu wiedźmin znów chlasnął potwora mieczem po nodze a ogień zaczął rozprzestrzeniać po wychudzonym cielsku zamieniając bazyliszka w żywą pochodnie. Stwór w zwierzęcym przerażeniu rzucił się w błoto. Piszcząc, tarzał się po ziemi, próbując ugasić płomienie.
Znak zadział wyjątkowo skutecznie. Bazyliszek rzucił się na ziemię i tarzał się we wszystkie strony próbując ugasić ogarniające go płomienie.Niestety nie ułatwiło to wiedźminowi wyprowadzania celnych ciosów. Gdyby tylko miał przy sobie srebrny łańcuch mógłby o wiele skuteczniej unieruchomić stwora choćby na tyle by zadać dobrze wymierzony cios. Jedynym co teraz wydawało się najsensowniejsze było spróbować dobić potwora póki się jeszcze nie podniósł. Obrócił szybkim ruchem miecz czubkiem ostrza do dołu, chwycił pewnie w odnie dłonie i uderzył z góry na dół w wijące się przed nim płonące cielsko.
Z ciała potwora wystrzeliły iskry, które oślepiły wiedźmina w momencie, gdy zamierzał zadać decydujący cios. Bazyliszek w ostatniej chwili zauważył opadającą klingę i odskoczył i stanął na równe nogi. Potwór, którego największa słabością był ogień dymił się a odór spalonego ciała nawet w Draugdinie powodował mdłości. Bestia już nie przypominała żyjącej istoty, lecz spalony skwarek mięsa, który jakimś cudem utrzymywał się na nogach. Być może gdyby był to zdrowy silny okaz, miałby jeszcze siłę i determinację by zaatakować. Po chwili jednak potwór padł pyskiem w błocko i zaczął drżeć w konwulsjach. Dogorywał.
Dobrze, że wiedźmini są tacy jakby trochę bardziej odporni na wiele rzeczy. Normalny człowiek już dawno pożegnał by się z zawartością żołądka. Oślepiony na chwile Draugdin powoli odzyskiwał wzrok. Pierwszym co zobaczył był ponowny upadek bazyliszka na ziemię. Musiał przyznać sam przed sobą, że tym razem miał więcej szczęścia niż rozumu. Gdyby walczył z bazyliszkiem dobrze odżywionym i pełnym sił tamten już pewnie dawno obgryzałby jego kości z mięsa. Ten jednak był tak wymizerowany, że jedynym co mógł zrobić to skrócić jego cierpienie. Potwór nie potwór - wiedźmin nie wiedźmin ale człowiek trzeba też być.
Nie zastanawiając się dłużej czysto i precyzyjnie wyprowadził cios łaski.
Klinga gładko weszła w poczerniałe cielsko, łeb odpadł od reszty ciała, które jeszcze przez chwilę drżało w jakichś pośmiertnych skurczach. Bazyliszek był martwy, jego męki zostały zakończone na zawsze. Nie minęła chwila jak Draugdin usłyszał echo niosące się korytarzami tuneli. Rozpoznał głos Drzazgi. Gdy wrócił z powrotem tą samą drogą do studni, syn szewca stał u góry trzymając linę, na której zdaje się, kilka godzin wcześniej o mało co nie zawisł.

Draugdin wytarł dokładnie srebrne ostrze. Potem będzie musiał się zająć ekwipunkiem i przede wszystkim bronią jak należy. Wyraz ulgi pojawił się na jego twarzy gdy usłyszał wołanie Drzazgi, a reszty dopełnił jego widok z liną w rękach. Jak to było próbowała sobie przypomnieć? Dobro dane - dobro wraca.. Nawet do wiedźmina.
Bez większych problemów wydostał się ze studni. Pozbierał swój ekwipunek i załadował go na konia. Rad był tylko temu, że hrabia nie do końca zachował się jak kompletna świnia. Jednak jak mawiają mądre baby oliwa zawsze sprawiedliwa i na wierzch wypływa. Oby drogi wiedźmina i hrabiego się już więcej nie skrzyżowały. Jednak jak to często bywał życie pisze własne scenariusze.
-Drzazga, dziękuję ci za ofiarowaną pomoc. Niedługo będą tu wojska Nilfgradu… Jeżeli chcesz to podążaj razem ze mną w bezpieczniejsze krainy. Tyle mogę się odwdzięczyć. - Powiedział Draugdin dosiadając konia.
 
__________________
There can be only One Draugdin!

We're fools to make war on our brothers in arms.
Draugdin jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Odpowiedz



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 04:18.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169