Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Fantasy
Zarejestruj się Użytkownicy

Sesje RPG - Fantasy Czekają na Ciebie setki zrodzonych w wyobraźni światów. Czy magią, czy też mieczem władasz - nie wahaj się. Wkrocz na ścieżkę przygody, którą przed Tobą podążyły setki bohaterów. I baw się dobrze w Krainie Współczesnej Baśni.


Odpowiedz
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 31-10-2010, 19:44   #11
 
Feataur's Avatar
 
Reputacja: 454 Feataur jest po prostu świetnyFeataur jest po prostu świetnyFeataur jest po prostu świetnyFeataur jest po prostu świetnyFeataur jest po prostu świetnyFeataur jest po prostu świetnyFeataur jest po prostu świetnyFeataur jest po prostu świetnyFeataur jest po prostu świetnyFeataur jest po prostu świetnyFeataur jest po prostu świetny
Jiang Shi wydawał się mieć problemy z podjęciem decyzji. Bestia przyczaiła się nie wiedząc, czy atakować, czy uciekać. Trzy oddechy nęciły, zapach krwi...a przede wszystkim zapach strachu, kusił najbardziej. Problemem jednak był dźwięk tnącego powietrze miecza, który wymusił nagły odwrót. Stwór pamiętał o mieczu i niewątpliwie nie miał ochoty ryzykować tak łatwe swe nowe “życie”.
Sparaliżowany strachem Jinzo leżał na ziemi, na plecach opierając się o grunt łokciami. Spoglądał na stwora oddychając szybko i... nie mogąc zmusić swego ciała do panicznej ucieczki.
Kohen spojrzał na swoją ranę. *Cóż, brzydszy i tak już nie będę z kolejną blizną*, pomyślał ponuro, jednak na wszelki wypadek ścisnął kawałek płaszcza i owinął go wokół piersi. Przez chwilę obserwował, jak Jiang Shi unika miecza Sogetsu.
- Ma ktoś z was ryż? Najlepiej niełuskany? - rzucił w kierunku towarzyszy, a widząc ich miny dodał cicho - Tak myślałem...
Powoli przemknął w lewą stronę stwora. Jiang Shi był na szczęście ślepy i polegał na węchu. A Takami... Takami pachniał niemal jak oni. Sogetsu raczej też, gdyż również był łowcą. I posiadał coś, co Kohena w nim intrygowało.
Youjutsusha spojrzał na kulącego się Jinzo. Cóż, w tej chwili kupiec musiał cuchnąć tylko jednym - bezgranicznym przerażeniem. Co oczywiście działało na jego niekorzyść.
W normalnej sytuacji mag nie przejmowałby się zwykłym człowiekiem. Karma, jak to mówią. Jednak w tym wypadku nie walczył sam, a dodatkowo Jinzo był osobą, która go wynajęła.
Kohen pokręcił głową i wysunął do przodu dłoń. Z ust jest rozległ się cichy szept wypowiadający kolejne mantry składające się na zaklęcie przyzywające esencję żywiołu ognia, ściągającą do palca z okolicy niczym stado świetlików. Przed zakończonym długim szponem palcem wskazującym pojawiła się mała kulka ognia, objętością przypominająca przepiórcze jajo. Takami skierował palec w stronę oni i wypuścił magiczną kulkę.
Czar nie miał na tyle mocy, by zabić demona, lecz nie takie było jego zadanie. Każda energia magiczna posiadała aurę. Kohen nie wątpił, że zmysły ślepego demona były wyczulone na tą aurę. Jednak tak mała ilość mogłaby zostać przeoczona przez strach Jinzo unoszący się w powietrzu. A czar dosięgnąłby celu, odwracając uwagę od kupca na tyle, by ten mógł uciec.
Takie było założenie, lecz Takami miał świadomość, że demon mimo wszystko może uniknąć zasadzki, dlatego też czar nie pozostawał silny na tyle, by dokonać niechcianych zniszczeń.
Kulka z cichym sykiem oderwała się od Takamiego i ruszyła, niczym sokół spadający na ofiarę, w stronę demona.
***
Sogetsu był wściekły , mógł zakończyć walkę jeszcze zanim na dobre się rozpoczęła ale chybił. Jego wściekłość dodatkowo potęgował wewnętrzny ryk demona, jego obecność dawała się wyczuć jak ogromna żądza mordu, popychała do ataku. Kazama jednak wiedział że bezpośrednia szarża na przeciwnika, który skokiem pokonuje odległość dziesięciu metrów jest bezcelowa. Łatwo było się domyślić że następnym celem ataku oni nie będzie on, tylko albo ranny Kohen lub przerażony Jinzo którego aura strachu dodatkowo rozbudzała także Jinbeia. Demon szalał ale jego furia tylko rozbudzała czujność , nie pozwalała na żadna chwilę rozluźnienia.
Całkowicie zignorował dziwne pytanie Takamiego o ryż, korzystając z chwili w której demon po nagłym odskoku nie mógł zaatakować postanowił przemieścić swoją pozycję tak by znaleźć się między potencjalnymi celami a Jiang Shi. Nie odwracając ani na chwile wzroku od oni rzucił spokojnym stonowanym ale stanowczym głosem do Jinzo – Nie ruszaj się, nie krzycz i nie uciekaj gdy zaatakuje.
Youjutsusha coś mamrotał w tle, ruszał się a więc żył. Sogetsu nie miał czasu martwić się teraz jego ranami, zdawał sobie sprawę że nawet jeżeli rana okaże się poważna to jedyne co teraz może pomóc , to szybkie zakończenie tego starcia. Pozostawało poczekać i mieć nadzieję że oni pokusi się na krew Kohena lub aurę strachu kupca, a wtedy jedno celne cięcie zakończy tą walkę. Drugi raz nie miał zamiaru chybić.
***
Jiang Shi słyszał jak Kohen się zbliża, zauważył ruchy Sogetsu. Spięty i nerwowy... orientował się, że przeciwnicy szykują pułapkę. Nie wiedział jaką. Obracał głowę raz w jedną, raz w drugą stronę, to węsząc, to nasłuchując. Ognisty pocisk stworzony magią Kohena, wystrzelił w kierunku oni. Ten błyskawicznie skoczył...wysoko, unikając pocisku. Wystarczająco wysoko, by przeskoczyć nad Kazamą unikając jego tachi. Udało mu się.
Doskoczył do celu... kucnął na przerażonym kupcem, zbyt przerażonym by mógł próbować ucieczki.
Sogetsu obrócił się prawie w miejscu. Nie docenił skoczności bestii. Błąd... ale do naprawienia, jeśli szybko dopadnie bestię.
***
Kohen zaklął, kiedy pocisk minął cel. Zdziwił, kiedy tachi Sogetsu również zostało przeskoczone. I zaniepokoił, kiedy Jinzo był na skraju paniki.
Youjutsusha nie miał innego wyjścia, jak zastosować magię, która opanuje w pełni demona. Wątpił, czy Sogetsu zna się na rodzajach maho, ale w tym wypadku nie było mowy o wahaniu.
Takami wyciągnął z fałd płaszcza zwój i rozwinął go. Kawałek ryżowego papieru był podniszczony, a kanty miał nadpalone. Najwidoczniej ktoś w ostatniej chwili uratował go od pożarcia przez ogień.
- Ike, Sogetsu-san! - krzyknął do Kazamy a sam wyciągnął dwie dłonie przed siebie. W jednej trzymał rozwinięty pergamin, drugą zaś zaczął wykonywać skomplikowane gesty. Z ust maga zaczął wydobywać się cichy, aczkolwiek rytmiczny śpiew.
- HAN NYA HA RA MIT TA SHIN GYÔ KAN JI ZAI BO SATSU GYÔ JIN HAN NYA HA RA MIT TA JI SHÔ KEN GO UN KAI KÛ DO IS SAI KU YAKU... - słowa zaczęły nabierać szybkości i głośności - ...SHA RI SHI SHIKI FU I KÛ KÛ I FU SHIKI SHIKI SOKU ZE KÛ KÛ SOKU ZE SHIKI JU SÔ GYÔ SHIKI YAKU BU NYO ZE SHA RI SHI ZE SHO HÔ KÛ SÔ FU SHÔ FU METSU FU KU FU JÔ FU ZÔ FU GEN ZE KO KÛ CHÛ MU SHIKI MU JU SÔ GYÔ SHIKI!...
Dłoń Kohena zaczęła naśladować przeróżne figury geometryczne, a na wyciągniętym palcu wskazującym zaczęła gromadzić się ciemność. Nie osiągała ona określonego kształtu, a kierowana przez Kohena malowała w powietrzu czarne niczym dymy pochodni znaki. Gdyby ktoś miał czas przyglądać się temu przedstawienu, mógłby z łatwością rozpoznać kilka z nich. Szczególnie powtarzający się znak shi, oznaczający śmierć
oraz znak na kolejne shi, tym razem znać zatrzymania.
Takami zakończył inkantację, zaciskając lewą dłoń w pięść i kierując ją w stronę demona. Spojrzał w stronę Jiang Shi, chcąc zobaczyć czy czar się powiódł. Wyglądało na to, że tak, gdyż czarne smugi zaczęły oplatać dłonie i resztę ciała oni. Jego ruchy stały się wolniejsze, bardziej niezdarne aż demon znieruchomiał całkowicie. Kohen już miał otwierać usta, by rozpocząć ucztę, kiedy coś zaczęło się dziać. Mag zmarszczył brwi, gdy jego dłoń zaczęła lekko drgać. Po chwili spomiędzy zaciśniętych palców zaczęła cieknąć powoli krew. Takami spojrzał po raz kolejny na demona. Wyglądało na to, że ten powoli zaczynał się ruszać.
Kohen skrzywił się, bo nie docenił przeciwnika. Nie miał czasu na wykończenie go, więc musiał pozostawić to w kwestii Kazamy.
Sam zaś Kohen schował zwój i wyciągnął prawą dłoń. Z ust Takamiego popłynęła kolejna litania słów.
- MU GEN NI BI ZETSU SHIN I MU SHIKI SHÔ KÔ MI SOKU HÔ MU GEN KAI NAI SHI MU I SHIKI KAI MU MU MYÔ YAKU MU MU MYÔ JIN NAI SHI MU RÔ SHI YAKU MU RÔ SHI JIN MU KU SHÛ METSU - głos był teraz wysoki i syczący - DÔ MU CHI YAKU MU TOKU I MU SHO TOKU KO BO DAI SAT TA E HAN NYA HA RA MIT TA KO SHIN MU KEI GEI MU EI GEI KO MU U KU FU ON RI IS SAI TEN DÔ MU SÔ KU GYÔ NE!...
Palec prawej dłoni kreślił punkty przed sobą, układające się najczęściej w znak hi, ognia
oraz ori, oznaczającego klatkę.
Dłoń maga zaczęły powoli rozpływać się pod wpływem ruchu jego ramienia, nabierającego prędkości, tak samo jak słowa wypadające z jego ust. W jednej chwili przerwał, zaciskając dłoń kreślącą znaki ogniem, ustawił ją palcami do góry, tworząc coś na wzór klatki. Dłoń tą skierował na Jinzo.
- Jinzo-san, nie ruszaj się, bo zginiesz! - wrzasnął, gdy skończył zaklęcia, a jego głos na powrót był tym samym, jakim przywitał kupca w jego gospodzie.W tym samym momencie wokół Jinzo strzeliło w niebo słupy ognia. Miały około dwóch metrów wysokości i łączyły się w ognistą kopułę. Gdyby ktoś mógł zobaczyć, co działo się pod stopami kupca, mógłby dojrzeć, że te same płonienie łączyły się również pod nim.
- Zabij! - krzyknął do Kazamy, czując jak drogocenna krew spływa wraz z potem po dłoni.
***
Drugi błąd, dwie okazje na zakończenie tej walki i dwa razy okazał się zbyt wolny. Prócz tego demon miał teraz doskonała okazję by zabić Jinzo i uciec ze swoja świeżą zdobyczą a to oznaczałoby ich porażkę co było niedopuszczalne. Trzeba było działać szybko i skutecznie, demon potrzebował kolejnego celu, trzeba było go rozproszyć. Sogetsu jednym płynnym ruchem tachi rozciął swoje lewe przedramię. Świeża krew i kolejna ofiara powinno choć na chwilę wybić oni z próby niezwłocznego uśmiercenia kupca. Jednak krew Sogetsu rozbudziła Jinbeia jeszcze bardziej, rzadko mógł smakować krwi swojego strażnika, jego furia i aura stały się prawie fizycznie namacalne. Aura tak wyraźna że nawet osoby niewyczulone mogły wyczuć nagle żądze mordu i strach, uczucie podobne do tego które wywołuje spotkanie z wściekłym wilkiem, szczerzącym kły. U niektórych wywoływało to chęć walki do końca, gdy u innych poczucie ogromnej beznadziejności swoich wysiłków, Sogetsu zdawał sobie sprawę że Jiang Shi może wyczuć aurę Jinbeia jako obecność innego wrogo nastawionego oni. Ale jaki demon nie pokusi się na świeża krew ? Nawet gdy oznaczać ona będzie potyczkę z innym oni.
Kazama wiedział że teraz już nie może czekać na błąd swojego przeciwnika, teraz była pora na jego ruch. Jounin szybko zaszarżował w kierunku oni, był już w połowie odległości od demona gdy usłyszał krzyk - Zabij! - i ujrzał słupy ognia, które pojawiły się nagle przed Jinzo. Kolejne “zabij” zlało się w morderczą mantrę razem z bezustannym wewnętrznym krzykiem Jinbeia. Bez zastanowienia Sogetsu przerzucił balans na prawą stronę ciała opuścił miecz lekko w dół i wykonał odwrócone samurajskie cięcie. Cios skierowany od dołu do góry, z lewej do prawej, nie miał on takiej siły jak normalne cięcie od góry ale teraz demon uskakując w górę ryzykował stratę nóg a w przypadku bezpośredniego trafienia siła była wystarczająca by rozciąć oni na pół.
***
Stwór obrócił głowę spoglądając na atakującego jounina... na swoją zagładę. Niewidzialne łańcuchy mrocznej maho pętały jego ciało. Utrudniały mu ruchy i możliwość reakcji. Pisnął strachliwie, gdy ostrze Kazamy, przecinało ciało. Wyschnięta skóra nowo narodzonego Jiang Shi, pękała papier, zasuszone wnętrzności nie stawiły oporu. Dopiero kręgosłup okazał się twardszy i pękł z głośnym trzaskiem... ale Sogetsu tego nie słyszał.
Żądza mordu Jinbei’a tętniła mu w uszach, przyspieszając bicie serca. W takich chwilach Kazamie zdawało się, że demon polubił obecną sytuację. Ale to była tylko chwila, potem dołączył kpiący szept “Ja bym się tyle nie guzdrał, co ty”.
Jiang Shi nie miał szans, impet cięcia tachi, sprawił że górna połowa ciała bestii, grotesko zawirowała w powietrzu zanim wylądowała na ziemi. Z martwego ciała uniosły się ciemne pasemka dymu, które kotłowały się przez chwilę nad ciałem. Wreszcie pasemka się rozdzieliły, jedno uderzyło w oko Kazamy, drugie wnikło w oko Kohena. A rana zadana mu przez Jiang Shi błyskawicznie uległa uleczeniu.
Oni był matrwy, a Jinzo... nieprzytomny.
Kupiec nie był bushi, nigdy nie miał broni w ręku. Sama walka napawała go odrazą. A to ... czego był światkiem. Napełniło jego serce strachem. Zemdlał. I leżał nieprzytomny w ognistej klatce.
Może to i dobrze, bowiem pozwoliło to dwóm łowcom porozmawiać o sytuacji bez świadków. A ta... była kłopotliwa. Ten Jiang Shi był młody, nowo narodzony. Nie mógł zabijać podczas wcześniejszych nocy.
A to oznaczało, że stwory znalazły sobie inną kryjówkę przed słonecznym światłem. I że teraz grasowały w mieście. Na szczęście, w mieście bronionym przez trójkę pozostałych łowców.
 

Ostatnio edytowane przez Feataur : 31-10-2010 o 19:47.
Feataur jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 02-11-2010, 01:15   #12
 
Tyaestyra's Avatar
 
Reputacja: 1509 Tyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumny
[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=wo4-mmiNoKA[/MEDIA]



Było pięknie. Całym urokiem był księżyc, dumny pan gwiazd, który tej konkretnej nocy pozwalał się podziwiać w swym pełnym majestacie, samemu będąc specjalnym uczestnikiem polowań. Wchłaniał całe światło migoczących naokoło niego punkcików i obdarowywał nim śmiertelników. I nie tylko ich.
Było przyjemnie i taka noc aż zachęcała do wykorzystania jej w przyjemny sposób. Ale nie tutaj, nie w tej okolicy oraz jej najbliższej. Bowiem w Nagoi, tym pozornie pogrążonym w rozkosznym śnie mieście, miała się polać krew. A to nigdy nie był dobry znak.

Wiatr delikatnie podwiewał kobiecie czarne pasmo włosów, ukazując tym samym światu to co zwykle skryte przed nim bywa. A było to.. oko, bliźniaczo podobne do drugiego. Nie szpeciło go żadne dziwactwo w postaci tęczówki o nienaturalnej barwie, mlecznej mgły wskazującej na ślepotę czy też wiejącego pustką oczodołu. Ot, całkiem zwyczajne i niczym się nie wyróżniające, co tylko mogło oznaczać, że takie opadanie włosów było zaledwie kaprysem kobiety i jej fryzury. Ale dzięki tej parce o piwnym, wpadającym w pomarańcz odcieniu, mroki nocy nie czyniły Leiko trudności w dostrzeżeniu oni. Wręcz to ułatwiały, bowiem w jej oczach jarzył się on światłem. Nie tym bladym, rzucanym na niego przez księżyc, ale prawdziwie żywym i wyraźnym, rozpraszającym otulające go ciemności. Jakąż ironią to było, że umiejętności nabyte przez zabicie jednego demona, tak dobrze ułatwiały ubicie innego.

Obserwowanie tego pojedynku byłoby trudne, a już na pewno przyprawiające o zawrót głowy. W niektórych chwilach japonka i oni zdawali się być tylko zlepkiem mieniących się barw. Ona ciało swe zmuszała do wykonywania wręcz akrobatycznych uników, dzięki którym szpony demona przeszywały tylko powietrze w miejscu, gdzie przed chwilą się znajdowała. Innym zaś razem natrafiały na rozłożoną parasolkę i miast ją rozedrzeć na strzępy jak to być powinno, odbijały się od niej pozostawiając chowającą się za nią kobietę nienaruszoną. Sztylet tanto wprawdzie był tylko błyskiem w rękawie kimona, ale przy każdym jej ataku uderzał niczym żądło rozdrażnionej osy. Drobne rozcięcia skóry nie były w stanie zakończyć tego wszystkiego tak szybko i ona o tym dobrze wiedziała. Niewątpliwie byłyby poważnym zagrożeniem dla człowieka, gdyż Leiko kierowała się swymi naukami dotyczącymi czułych punktów ludzkiego ciała, ale dla takiego plugastwa były mało znaczące. Bawiła z nim, chciała go zmęczyć i rozdrażnić, aby ukazał jej swój słaby punkt, w który mogłaby uderzyć. A odznaczała się szybkością i zwinnością większą od swego przeciwnika. Zazwyczaj.

Pierwszy krzyk zawtórował tej walce. Nie był głośny, można by rzec, że nikt znajdujący się w pobliżu nie byłby świadomy jego zaistnienia. Krzyk rozdzieranego pazurami kimona, który z łatwością został zagłuszony następującym po nim sykiem Leiko. Powodem jego powstania nie był ból, bo i oni po rozerwaniu materiału na udzie kobiety zdołał tylko lekko zadrapać jej jasną skórę. Ale zaskoczył ją, a to wystarczyło. Była też pewna, że wydał wtedy z siebie pełen entuzjazmu.. odgłos.
Wytrącona z równowagi zdołała odskoczyć na bezpieczną odległość. Pozwoliła sobie na złapanie głębszego oddechu, aby z powrotem sięgnąć harmonii i przygotować się do dalszej części łowów. Ostrożnie poświęciła też kilka sekund na przyjrzenie się, w jakim stanie znajdował się oni. Ciągle był pełen werwy oraz szczerej żądzy zabicia i skosztowania jej słodkiej krwi, co oznaczało, że pierwotny plan Leiko nie miał szans powodzenia, bo prędzej ona by straciła siły. Sytuacja wymagała od niej stworzenia nowej strategii, która niewątpliwie zaczęła się już tworzyć w jej głowie, wypychając z niej nieudaną poprzedniczkę.

Kobieta ponownie rzuciła się w wir przecinających powietrze ostrzy i pazurów. A było to jak taniec. I ni na chwilę w tym zabójczym tańcu nie pozostawali na dłużej w jednym miejscu. Wszystko się działo szybko i bez choćby cienia wytchnienia dla przeciwnika. Same cienie uliczek zaś były przyjaciółmi Leiko w tej walce i to właśnie w nich się kryła po każdym jednym ciosie wymierzonym w demona. Nie polegała bowiem na brutalnej sile olbrzymich, nieporęcznych mieczy czy tam na magicznych sztuczkach tworzonych przez pstryknięcie palcami. Po swojej stronie miała zręczność i gibkość swego ciała, które w połączeniu z szybkością i atakowaniem z zaskoczenia potrafiły być śmiercionośne, szczególnie u pozornie bezbronnej kobiety. Mozaika tworzonych przez nią uników i ataków była zarówno piękna, jak i groźna jednocześnie. Wirowała w umykających piruetach, opadała i wznosiła się w swym tańcu. Styl poruszania się dopasowywała do gwałtownych ruchów oni. Poprzez zaczepki niewielkim ostrzem sztyletu zapraszała go oraz prowokowała do tej zabawy o śmierć i życie. To znowu zmieniała się i zwiewnie niczym motyl prawie fruwała naokoło niego, obrotami omijając kierowane ku niej ciosy. Ciągle też uciekała starając się zachować odpowiedni dla niej dystans, kiedy odległość zbyt drastycznie się pomiędzy nimi zmniejszała. W jej sztuce walki brakowało miejsca na chaos i mamiącą zmysły agresję. Nie był to jednak już pełen wachlarz jej możliwości.

Gdy rzucił się na nią, starając się powtórzyć swój wcześniejszy udany atak, to tym razem nie miał szans jej zranić. Po raz wtóry przyjęła pozycję obronną poprzez rozłożenie przed sobą parasolki na jej pełną objętość. Nieznacznie, niezauważalnie wręcz dla kogokolwiek innego poza nią, zmieniła ułożenie palców i nacisnęła ukryty przycisk. Poczuła ruch mechanizmu zamontowanego w drewnianej rączce, a potem..
Zanim zdążył jej sięgnąć potwór upadł na ziemię wydając z siebie pisk strachu... nie bólu. Z jego kolana triumfalnie sterczała długa nasadka, dotąd zwieńczająca czub parasolki. Zaostrzona i doprowadzona do wystrzału dzięki skomplikowanemu urządzeniu, zdołała wbić się z impetem w prawe kolano bestii, strzaskać rzepkę i przeciąć więzadło. Takie zniszczenia nie mogły przejść bez echa, nawet u takiej istoty. Leiko tanecznym gestem wywinęła parasolką łuk w powietrzu i złożyła ją z głośnym trzaskiem, na dźwięk którego oni prawie podskoczył w przestrachu. Prawie. Z rozwalonym kolanem nie był w stanie skakać, nie mógł już nawet tak szybko się poruszać jak wcześniej to robił. Acz nawet jeśli był okulawiony, to nadal stanowił zagrożenie przez swoje pazury mogące z łatwością rozszarpać jej gardło. Zraniona bądź złapana w pułapkę zwierzyna zawsze bywa niebezpieczna w swej szaleńczej próbie przetrwania. Wycofywał się od niej powoli, łapami wymachując w powietrzu w geście rozpaczliwiej obrony.
Ostrze sztyletu zniknęło, schowane gdzieś w odmętach obszernego rękawa, a zaraz i parasolka zawisła smętnie zaczepiona o pas obi. Leiko odprowadzała oni czujnym spojrzeniem, ale sama ni jednego kroku ku niemu już nie zrobiła. Tylko patrzyła jak się stopniowo oddala i dopiero po czasie niedługim się poruszyła, aby zniknąć w najbliższym cieniu. Podarowała plugawemu stworzeniu nadzieję na przeżycie.
Naiwną, złudną i jakże krótką, ale zawsze nadzieję.
Będąc już na tyle daleko, aby nie mógł jej wyczuć żadnym ze zmysłów, wspięła się zwinnie po ścianie niewysokiego domu, na którego dachu zaraz też stanęła. Nieszczęściem dla demona, a szczęściem dla drapieżnika na niego polującego było to, że architektura miasta raczej była niska i często poprzytulana dla siebie. Zaś samo nadążanie za oni nie było dużym wyzwaniem, zważywszy na ranę nogi, która umiejętnie utrudniała mu poruszanie się. Człapał pokracznie przed siebie, od czasu do czasu tylko próbując podskoczyć równie niezgrabnie co kura próbująca wzlecieć. A Leiko obserwowała go z góry, poszukując i czekając na dogodną chwilę do zadania ostatecznego ciosu temu stworzeniu. Idąc takim leniwym chodem, bardziej pasującym do spaceru niźli polowania, sięgnęła w końcu za kokardę wieńczącą jej pas na plecach i z nonszalancją wysunęła wakizashi z pochwy.

Skoczyła. Widzem jej był księżyc, spoglądający z góry swym cyklopicznym okiem. A było coś urokliwego w tym locie kobiety. Jak ptasi drapieżnik zwiastujący bliską śmierć, aczkolwiek nadal pięknie tańczący w przestworzach, tak właśnie ona była jemu podobna. Skrzydłami jej była szata łopocząca w pędzie powietrze, szponami zaś wakizashi bojowo wzniesione niby miecz anielski mający zbawić świat od zła. Spojrzenie ni na chwilę nie uciekało od wypatrzonej ofiary.
Ale i wdzięku nastał koniec.
Opadła z impetem na plecy swego przeciwnika i przygwoździła go do ziemi. Usta rozwarł i w odpowiedzi na ten atak wrzask chrapliwy z siebie wydobył, który rozdarł ciszę nocy i poniósł się długim echem ponad miastem. Leiko wtedy jedną ręką szarpnęła za jego głowę i sprawiła, że ruszyła ona na prędkie i brutalne powitanie z ziemią. Palce drugiej dłoni zacisnęła mocno na oplecionej czernią rękojeści i zamachnęła się. Na sekundę zaledwie blask pełni odbił się w smukłym ostrzu, które zaraz opadło i zagłębiło się głęboko w oni, docierając aż do jego czarnego, zgniłego serca. Rzucił gwałtownie swym ciałem. Jeden, drugi i trzeci raz, przy każdym jednak wyraźnie tracąc siły. Kobieta zaś nie miała zamiaru mu tego ułatwiać, to i poruszała swoją bronią jeszcze bardziej otwierając ranę. Krew pulsowała z rozcinanego ciała, a towarzyszyło jej stłumione, nieludzkie, zwierzęce wycie bólu. W końcu demoniszcze żałosne tchnienie z siebie wydało, po którym zadrżało i znieruchomiało bezwładnie. Jednak zabawy nie było czarnowłosej dosyć, bo to właśnie swe wakizashi ponownie uniosła i gładkimi cięciami poczęła oddzielać paskudną głowę od reszty ciała. Potem zaś zmieniła pozycję i przykucnęła przy truchle, aby poprzez manewrowanie ostrzem wydobyć nasadkę z kolana stwora. Nazbyt trudno było coś takiego zdobyć bez zwracania na siebie podejrzliwych spojrzeń, aby miała tę błyskotkę tak po prostu porzucić.

Wsunęła krótki miecz na jego dawne miejsce i podniosła się. Otrzepała kimono w kilku miejscach starając się je doprowadzić do dawnego ładu, ale rozcięcie na udzie wywołało w niej ciężkie westchnienie pełne rezygnacji. Polowania na oni zawsze były dla niej bardziej uciążliwe niż pełne ekscytacji z wizji przelewania ich krwi. Zabicie bestii było koniecznością, która nie ciągnęła za sobą wzniosłości i radości z tego zwycięstwa. Jej myśli w tym momencie bardziej oscylowały wokół zanurzenia się w czystej, gorącej, relaksującej wodzie, po wcześniejszym odnalezieniu wdowy Chen i dowiedzeniu się, czy owa w swych zdolnościach posiada też i szycie na wysokim poziomie.
Leiko dokończyła poprawianie się. Tu wygładziła, tam poprawiła, a i włosy do porządku przywołała, co by w nieładzie po walce nie pozostawały. Wprawionymi już, zręcznymi ruchami wpasowała nasadkę na czubek parasolki, a następnie rozłożyła ją i skryła się pod napiętym materiałem. W taki oto sposób na powrót przyjęła pozę godną ucieleśnienia delikatności i kruchości. Kroki swe, tym razem już o wiele wolniejsze, wdzięczniejsze i z charakterystycznym stukotem, skierowała w stronę zapamiętanego miejsca, gdzie ostatni raz widziała Kirisu.
Po drodze uśmiechnęła się czarująco do mijanego patrolu i popłynęła dalej ciemną uliczką. Trzymana za długi warkocz, podskakująca na wybojach drogi i wiernie sunąca za kobietą głowa oni tylko wykrzywiła się do nich w zastygłym, zmasakrowanym grymasie.


 

Ostatnio edytowane przez Tyaestyra : 05-10-2014 o 01:40.
Tyaestyra jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 03-11-2010, 01:07   #13
 
Cytryn's Avatar
 
Reputacja: 438 Cytryn jest po prostu świetnyCytryn jest po prostu świetnyCytryn jest po prostu świetnyCytryn jest po prostu świetnyCytryn jest po prostu świetnyCytryn jest po prostu świetnyCytryn jest po prostu świetnyCytryn jest po prostu świetnyCytryn jest po prostu świetnyCytryn jest po prostu świetnyCytryn jest po prostu świetny
Kohen spojrzał na martwy zezwłok oni, a następnie na Kazamę. To, co czuł, kiedy Sogetsu zaatakował demona, nie było przewidzeniem. Powoli podszedł do Kazamy, tym razem szepcząc ciche mantry, a dłonią schowaną pod płaszczem, palcami wykreślał małe wzorki. Nie wiedział, czego spodziewać się po szermierzu, ale nie chciał ryzykować. Demon był demonem, a ten tutaj, nawet jeśli był człowiekiem, nie był nim do końca. Niezauważalne pasemko ognia wężowym ruchem okrążyło ciało Takamiego, po czym zniknęło nad jego głową. Temperatura wokół maga podniosła się, gotowa w każdej chwili odgrodzić napastnika od youjutsusha.
Zatrzymał się w bezpiecznej odległości od Kazamy i przyglądał się mu z podejrzliwością. Teraz, gdy jego oko było nasycone, czuł się silniejszy.
- Kim jesteś, Sogetsu-san? - zapytał cicho, uważnie spoglądając na dłonie szermierza - Co z ciebie za oni?
- Oni ? Kazama mruknął bardziej do siebie niż do Takamiego. Spokojnie wytarł tachi o rąbek szaty, uniósł lekko w górę by przyjrzeć mu się dokładnie przy świetle księżyca i płynnym ruchem schował do pochwy. Jinbei jeszcze nie wyciszył się po krótkiej bitwie, ciągle czuł krew i sączył do umysłu Sogetsu słowa nienawiści „Zabij, atakuj, nikt nie widzi, powiesz że ubił go oni”, jounin jednak umiał odgrodzić się od jego słów, całkowicie je ignorując wręcz ich nie słyszał.
Nie jestem żadnym oni, Kohen-san – odparł spokojnie patrząc prosto w oczy youjutsusha – Może po prostu wyczuwasz ode mnie posokę świeżo ubitego Jiang Shi ? Albo to zapach pola bitwy którym przesiąkłem dawno temu ? Swoją drogą oskarżasz mnie o bycie demonem a z tego co widzę ludzkie rany nie goją się tak szybko jak twoje. Ale czas na pogawędki znajdziemy później wpierw zajmijmy się panem Jinzo, jakbyś mógł zlikwidować te płomienie to moglibyśmy go zanieść do domu a później rozejrzeć się jeszcze po mieście. Ten oni na pewno nie był jedyny który prześladował Nagoję. Może po drodze zechcesz mi opowiedzieć coś o tych swoich czarach, muszę przyznać że robią wrażenie Sogetsu uśmiechnął się lekko i lekkim krokiem ruszył w stronę Jinzo.
Kohen odprowadził spojrzeniem Kazamę, zastanawiając się nad jego słowami. Nie przekonywały go. Każdy łowca śmierdział demonem, jednak to, co wyczuł mag, to nie był zapach. To coś więcej... Coś, co pobudziło zmysły youjutsusha i nastawiło go agresywnie. Znał to uczucie, jednak nie czuł go nigdy w obecności człowieka. Czy na pewno?..., zastanowił się, wpatrując w plecy Sogatsu, jakby miał zamiar przewiercić go na wylot. Zobaczymy...
Szybkim ruchem dłoni wykonał parę gestów, a słupy ognia otaczające Jinzo zniknęło. Sam zaś kupiec zapadł się odrobinę pod ziemię, gdy gleba, przeorana ognistym czarem zapadła się pod ciężarem kupca..
- To był młody demon, Sogetsu-san - powiedział Takami, kiedy stanął koło szermierza - I to nie on jest odpowiedzialny za ataki. Coś jeszcze czyha pomiędzy ulicami Nagoi.
Jakby szukając potwierdzenia swoich słów zerknął w kierunku miasta. Pokręcił głową, zastanawiając się, jak powodzi się pozostałym. Jeśli to Jiang Shi powstało dopiero teraz, miał nadzieję, że bestie rosły w siłę z czasem. inaczej ich towarzyszy czekała ciężka walka.
- Zatroszczysz się o Jinzo-san? - zapytał Kazamę, spoglądając na nieprzytomnego kupca - Mi, jak widzisz, raczej nie starczy sił, by udźwignąć go. I możesz się nie obawiać. Nie wbiję ci sztyletu w plecy, gdy się odwrócisz. Jesteś zbyt... interesujący, niż możesz przypuszczać.
Posłał Kazamie lekki uśmiech, odsłaniając przy tym krzywe i łopatowate zęby.

Szermierz bez słów podźwignął nieprzytomnego Jinzo biorąc go pod ramię. – No cóż, nie pozostawiasz mi wyboru. Raczej nie wypada nam go tutaj zostawić. Tylko że i tak musisz iść przodem i prowadzić bo tylko ty znasz drogę do domu kupca.Sogetsu spojrzał w stronę miasta, które wyglądało jak zwykłe uśpione miasto. Nie ujrzał jakiś wyraźnych śladów walki, dymu ani ognia. – Co do miasta to masz całkowitą rację Kohen-san, coś tam jeszcze czyha ale prócz demonów jest tam jeszcze nasz kompan, Genba Hario co wcale nie napawa mnie zbytnim optymizmem. – Spoglądając na Takamiego i niosąc nieprzytomnego kupca, Kazame naszło pewne pytanie – Powiedzcie mi panie youjutsusha, czemu pańskie płomienie które odgrodziły oni od Jinzo, nie poparzyły też i jego ?

Na wieść o Genbie Hario Kohen spochmurniał. Jak widać, nie tylko on martwił się o niecodziennego olbrzyma. Przez chwilę szedł przodem, zastanawiając się nad odpowiedzią dla Sogetsu. Magowie rzadko wyzbywali się swoich sekretów. Kohen nie należał w tym wypadku do wyjątków. Postanowił więc dać odpowiedź, która zarówno tłumaczyłaby pobieżnie działanie czaru, jak i powinna była usatysfakcjonować Kazamę.
- Chodzi o rozstaw ognia, jak i jego natężenie - wyjaśnił - Jeśli Jinzo próbowałby się wydostać, moc ognia wzrosłaby, niechybnie powodując jego śmierć. Tak samo byłoby z oni, gdyby zaatakował je z zewnątrz. Ogień szerzy się w kierunku , z którego nadchodzi niebezpieczeństwo.
Zerknął za siebie, przez chwilę będąc całkowicie zazdrosnym o tężyznę fizyczną Kazamy. Lecz tylko przez chwilę. Bo być może, już wkrótce... Potrząsnął głową. Nie było teraz czasu na marzenia.
- Na szczęście dom Jinzo-san nie jest daleko - powiedział po chwili - Jeśli w drodze nic nas nie zaskoczy, to powinniśmy być tam za kilkanaście minut. A teraz moje pytanie.
Odwrócił się do Sogetsu i poczekał chwilę, aż niemal zrównał się z nim.
- Aura, która biła od ciebie w momencie ataku na Jiang Shi... - zaczął niepewnie - Czym była? To nie zwyczajny gniew, jaki można spotkać na wojnie. Coś głębszego.
Spojrzał na twarz Kazamy.
- Brałeś udział w wojnie Onin? Czy to, co widziałeś, mogło zmienić człowieka, by w momencie zabójstwa przeradzał się w bestię?
Sogetsu szedł dłuższą chwilę zastanawiając się nad odpowiedzią która zadowoliłaby ciekawskiego youjutsusha. Demon był czymś co raczej należałoby ukryć, zbyt niebezpieczne byłoby ujawniać te informacje, należało na razie z tym poczekać. Jinbeiowi na rękę byłoby udostępnienie informacji gdyż ciekawość mogła pokusić wielu do spróbowania swoich umiejętności w walce z nim, możliwe że kończąc w ten sposób jego niewolę. Sprawdził czy Jinzo nadal jest nieprzytomny i rzekł do Takamiego
Cóż, Kohen-san uważasz że utraciłem już swoje człowieczeństwo na rzecz bestii ? – pytanie to było bardziej stwierdzeniem w obliczu kolejnych oskarżeń
Gdy człowiek raz się podda i pozwoli bestii na przejęcie swego człowieczeństwa, nie ma już wtedy odwrotu. Nie można sobie pozwolić na utratę czujności, jeżeli pozwoli się bestii zabijać będzie ona zabijać już zawsze. Jeżeli poddałbym się bestii jak to określiłeś mój miecz nie zatrzymałby się już tylko na Jiang Shi. – po tych słowach sprawdził czy jego tachi jest dobrze zamocowane i ciągle na swoim miejscu lekko je poprawiając
Zawiodę cię niestety jeszcze raz, nie jestem ani oni ani nie tracę kontroli nad sobą na rzecz żadnych bestii. Tylko spokój i rozwaga mogą zapewnić zwycięstwo nad demonami. – Zatrzymał się na chwilę i spojrzał Kohenowi prosto w oczy
To co wyczułeś podczas walki, to nie byłem ja. Sogetsu spuścił wzrok i wpatrywał się przez chwilę tylko pod swoje nogi i po chwili milczenia kontynuował, jednak było widać że każde kolejne słowo wypowiada z trudem - Kiedyś podjąłem się walki której nie miałem szans wygrać, przypłaciłem ten wyskok prawie swoim życiem. Walka która miała stać się moją chwałą stała się moim przekleństwem, stałem się strażnikiem. – po tych słowach zawiesił głos gdyż rechot Jinbeia zaczął zagłuszać jego własne myśli „Powiedz mu, powiedz mu wszystko. Wiesz że zawiedziesz, wiesz że nie możesz mnie zabić. Ja mam czas młodziku, czas nie jest moim panem. A ty ? Umrzesz, zestarzejesz się, zabiją cię i wtedy ja wygram. Ludzkie życie jest takie kruche, nie możesz wiecznie żyć. Poczekam.” Każde słowo demona wywoływało wizje śmierci, konających ludzi i bitewnych trupów. Kazama stanął i rozejrzał się w około gdy uświadomił sobie że przerwał swoją wypowiedź w pół słowa, zorientował się też że muszą być już gdzieś w okolicach domu kupca.
Chyba już jesteśmy blisko celu, będziemy musieli dokończyć tą rozmowę kiedy indziej Kohen-san. Teraz najważniejsze jest odstawić pana Jinzo bezpiecznie do domu.
Kohen skinął głową. Jeszcze będzie czas, pomyślał. Ruszył w stronę widocznego już domu Jinzo.
 
__________________
I wiedzie nas siedem demonów, co nami się karmią...
Cytryn jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 03-11-2010, 16:50   #14
 
abishai's Avatar
 
Reputacja: 23292 abishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputację
Czarna krew... Jiang Shi miał czarną gęstą posokę. W konsystencji i zapachu przypominającą smołę.
I to właśnie kropelki tej krwi znaczyły drogę Leiko. Zawieszona na warkoczu owiniętym wokół głowa oni krwawiła tą smolistą breją. Jednak nie psuło to humoru kobiety, tak bardzo, jak wyraźne rozdarcie, ślad po pazurze oni, które odsłaniało więcej niż potrzeba. A choć Leiko nie była pruderyjna i pokazywanie mężczyznom więcej niż się powinno, nie przeszkadzało dziewczynie (zwłaszcza, gdy dzięki temu mogła wypełnić swoje cele), to jednak... szkoda było pięknego kimona.
Oznajmiając stukotem geta swoją obecność Leiko minęła patrol łuczników Hachisuka. I choć jej uroda robiła na nich wrażenie, to bladło ono z efektem jaki na bushi wywoływało jej trofeum, ciągnięte przez nią niczym dziecięca zabawka.
Dlatego jedynie uśmiechnęli się blado, kłaniając się lekko w powitaniu. A Leiko ruszyła dalej cichymi uliczkami zmierzając w kierunku, gdzie po raz ostatni widziała swego „partnera”.
I jak się okazało, nie próżnował on.
Spotkali się na wąskim moście, pośrodku drogi... Kirisu nabił swoje trofeum na ostrze jednej z halabard, nonszalancko opartej o jego ramię.
-Oi oi... jak mam dbać o twoje bezpieczeństwo Leiko-chan, gdy ty mi ciągle umykasz przy pierwszej okazji.- westchnął na jej widok Kirisu. Zerknął na jej trofeum, dodając bez zdziwienia.- Jak widzę, nie narzekałaś na brak towarzystwa.
Po czym spojrzenie „kogucika” przesunęło się po zgrabnej nodze Leiko, na udo obnażone ciosem szponów Jiang Shi. Uśmiechnął się zawadiacko.- Chyba to mój szczęśliwy dzień Leiko-chan.
A po krótkiej wymianie zdań, zaproponował.- Dwa oni, to całkiem niezły połów jak na jedną noc. Co powiesz na powrót do karczmy...i może... świętowanie tego sukcesu. Możemy pójść okrężną trasą. A nuż się napatoczy kolejny oni i zdobędę kolejną głowę, którą pokażę Kohen-san?
W sumie ...plan był całkiem dobry, zwłaszcza że to Leiko prowadziła ich wędrówkę. I to od niej zależało, jak szybko dotrą do Szczęśliwej Brzoskwinki.

I gdy tak szli drogą, podczas której Kirisu relacjonował swój bój z oni, podkreślając przy swą odwagę i umiejętności, do uszu obojga dobiegły odgłosy walki. Ruszyli w tamtym kierunku i widok który zastali, był wielce ciekawy. To nie bushi Hachisuka toczyli walkę z Jiang Shi, ani Genba Hario... ani nawet Kohen bądź Kazama.
Ktoś inny wkroczył na ich scenę i odgrywał ich rolę walcząc oni.
Młodzieniec o ciemnych włosach, którym księżycowa noc nadawała niebieskawy odcień. W dłoni trzymał katanę pozbawioną tsuby. Oczy miał lekko przymknięte.


I unikał pazurów atakującego go Jiang Shi, lekko się odchylając do tyłu i na boki, minimalnie schodząc z drogi atakującemu go oni. I ani razu nie kontratakował. Trzymana w prawej dłoni katana przesuwała się leniwie, gdy zmieniał pozycję szermierczą z jednej w drugą. Był jak wąż, kiwający się na boki tuż przed atakiem, jedynym atakiem, za to zabójczym. Czekał na otwarcie, na moment kiedy oni odsłoni się na tyle, by mógł mu zadać zabójczy cios. Przyczaił się.
Nagle jego oczy otwarły się całkiem, katana dotąd leniwie się poruszająca, zatoczyła błyskawiczny łuk. W powietrze trysnęła krew...


... czarna krew.
Oni zatrzymał się i opadł bezwładnie na ziemię, a odcięta głowa potoczyła się w kierunku Leiko i Kirisu.
-Ładnie, ładnie... ale my tu mamy papierki na zabijanie.- krzyknął do samuraja towarzysz Leiko. A samuraj jednym ruchem strzepał posokę z ostrza swej katany, schował ją energicznym ruchem do saya. Pokłonił się obojgu i... rzucił do ucieczki, nie odezwawszy ani słowem.

Także i Kazama z Kohenem, napotkali kogoś. Gdy zmierzali wąskimi uliczkami Nagoi, drogę zaszedł im Genba Hario. Olbrzymi łowca oni poruszał się pewnie i władczo nie rozglądając się na boki, zupełnie nie przejmując się niebezpieczeństwem jakim były Jiang Shi. Z drugiej strony i Sogetsu i youjutsusha nie wątpili, że Hario potrafiłby o siebie zadbać.
Olbrzym oparł dłoń o rękojeść swojego no-dachi i obrzucił spojrzeniem obu łowców. A następnie zerknął na nieprzytomnego Jinzo. Uśmiechał się. Ale obaj łowcy wyczuwali, że nie jest zadowolony z tego co widzi.
- Żyje?- spytał Hario wskazując na kupca palcem, nie bardzo jednak interesując się odpowiedzią na to pytanie.
Po czym przeszedł do rzeczy.- Znalazłem kryjówkę owych oni. Powinniśmy się tam szybko udać, by je wybić.
Znalazł... tak po prostu. Trudno było w to uwierzyć. Jeszcze trudno było uwierzyć samemu Hario, który wzbudzał nieufność, swym wyglądem, postawą i zachowaniem. Ale... nie można było zlekceważyć.
A Genba Hario nalegał, by wyruszyć już... w tej chwili. Jego niecierpliwość, zdawała się budzić nieufność zarówno u Sogestu jak i u Kohena. Niemniej...

Kryjówka oni.
Jeśli ją odnalazł, to była to szansa, której nie mogli zmarnować. Więc obaj postanowili wyruszyć, choć bez entuzjazmu... i z bagażem w postaci nieprzytomnego Jinzo.
Hario nie zgadzał się bowiem, by podejść do domu kupca i zostawić go tam. Twierdził, że to marnowanie czasu. A obaj łowcy nie chcieli się rozdzielać. Iść tylko z Hario. Każdy z nich wolałby zmierzyć się z Jiang Shi sam na sam, niż wędrować po pustych uliczkach Nagoi jedynie z Hario za plecami. Udali się więc we trójkę, a Kazama dźwigał nieprzytomnego kupca. Genba bowiem odmówił dźwigania Jinzo.

Kryjówką oni, wedle Hario, miałaby zdewastowana podczas ostatniej wojny, a obecnie opuszczona posiadłość... zapewne kiedyś należąca do bogatego kupca.


I Kohen z Sogetsu musieli przyznać olbrzymowi rację. Ta posiadłość idealnie się nadawała do tego celu. Stała na uboczu, dachy miała całe. Dobre miejsce na schronienie się przed palącymi promieniami słońca i wścibskimi spojrzeniami. Sogetsu złożył nieprzytomnego kupca koło uszkodzonej bramy, Hario rzekł.- Proponuję taki plan. Jeden z nas pilnuje Jinzo, dwa pozostali wchodzą do posiadłości i... zabijają potwory. Co wy na to?
 
__________________
I don't really care what you're going to do. I'm GM not your nanny.

Ostatnio edytowane przez abishai : 03-11-2010 o 18:51.
abishai jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 08-11-2010, 23:16   #15
 
Tyaestyra's Avatar
 
Reputacja: 1509 Tyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumny
-Och, bezczelny.. – krótko podsumowała Leiko całą zaistniałą sytuację.
Nim zdążyła w jakikolwiek większy sposób zareagować, samuraj już rzucił się do ucieczki uliczką dając jej zaledwie możliwość obserwowania tego biegu. I tylko warkocz zdobiący głowę Jiang Shi, dotąd trzymany pomiędzy smukłymi palcami kobiety, opadł z nieprzyjemnym plaśnięciem na ziemię.
- On nam zabrał naszą zwierzynę, Kirisu-kun – wprawdzie słowa kierowała do swego młodziutkiego towarzysza, ale wzroku spod długich rzęs ani na chwilę nie spuszczała z oddalającego się mężczyzny. Sama zaś do przodu wysunęła się o dwa, drobne kroczki. Parasolkę dotąd rozłożoną i chroniącą ją przed ciekawskimi spojrzeniami całego świata, złożyła i oparła o swe ramię, na kształt nonszalanckiego gestu Kirisu z halabardą – Ale przecież nie pozwolimy mu tak po prostu uciec, prawda?
-Właściwie to głowę pozostawił. –powiedział Kirisu wbijając na halabardę ucięty łeb Jiang Shi. Uśmiechnął się do kobiety zawadiacko i rzekł.- Ale nie wypada mi się chwalić przed Kohen-san, tym czego nie ubiliśmy. Poprowadzisz te łowy na samuraja Leiko-chan?
Tymczasem tajemniczy samuraj oddalał się szybko, kierując w gąszcz uliczek Nagoi... nie dość szybko, by zgubić potencjalnych łowców.
-Teraz zostawił, ale pomyśl ile jeszcze mógłby ubić tych paskudnych stworów i ich głowy zostawić dla siebie, a potem nagle zacząć się domagać za nie nagrody. Już wystarczy nam tamta trójka – odparła w odpowiedzi na tak beztroskie zachowanie Płomienia i wzruszyła ramionami.
-W takim razie Ty rusz bezpośrednio za nim, a ja trochę zboczę z trasy w pobliskie uliczki. Postaram się go wyprzedzić i zajść drogę, aby nie miał już nam gdzie uciec- całemu jej spiskowaniu przeciwko samurajowi towarzyszył figlarny gest, wykonywany przez nią dzięki wyciągnięciu przed siebie wolnej ręki i wprowadzeniu palców w ruch, jakby one same biegły. Następnie tymi samymi pstryknęła w powietrzu na zakończenie.
Kobiece biodra otulone miękko kimonem zakołysały się przyjemnie dla oka, gdy ich właścicielka przeszła się trochę przed siebie, zapewne mając zamiar już zaraz rzucić się w pogoń. Zatrzymała się jednak i przez ramię na swego towarzysza zerknęła.
-Ah, i Kirisu-kun.. nie ociągaj się, bo znowu gdzieś umknę. I co wtedy będzie? – powiedziała i pozwoliła, aby pytanie zawisło pomiędzy nimi. Sama najwyraźniej nie oczekiwała odpowiedzi, bo tylko uśmiech mu posłała i.. i już ruszyła w pościg. Szybko i zwinnie pomimo obuwia pozornie nie stworzonego do takich wyczynów oraz ubraniem wprawianym w taniec wokół jej ciała przez pęd powietrza i wiatr. A gdy wpadła w najbliższą ciemną uliczkę, tedy nie zwalniając kroku skupiła się i sięgnęła w głąb swej duszy, aby rozbudzić swój instynkt drapieżcy.

Kirisu nie zdążył odpowiedzieć, gdy błyskawicznie znikła mu sprzed oczu zostawiając po sobie ulotny zapach kobiecych pachnideł. Uśmiechnął się więc i ruszył w pościg, rozpoczynając łowy na tym razem ludzką zwierzynę.
Leiko poruszała się szybko i zwinnie. Korzystając z doświadczenia i swych akrobatycznych umiejętności, odnajdowała skróty, które niewielu by było w stanie pokonać. Z dachu na dach przeskakiwała, coraz bardziej zbliżając się do celu i zostawiając Kirisu w tyle. Wiedziała, że dotrze do samuraja przed nim.




A ścigany zatrzymał się nagle i błyskawicznie sięgnął po miecz. Przez chwilę się rozglądał i nasłuchiwał, po czym powoli schował z powrotem. Stał przez chwilę w milczeniu, po czym uśmiechnąwszy się rzekł.- Wygląda na to, że bardzo chcesz ze mną porozmawiać, pani.

Leiko została zaskoczona, z jednej strony mile, a z drugiej już nie. Nieznajomy przywitał ją uprzejmie, bez zbytniego okazywania agresji, czy choćby prób wystraszenia jej. Było to coś nowego w momencie, gdy z każdego możliwego miejsca mógł wyskoczyć na nich spragniony krwi oni. Ale także wyraźnie ją zdołał wyczuć, co było niespodziewane, nawet jeśli nie kryła się jakoś bardzo. Zmusił ją tym samym do gwałtownego zatrzymania się i wysunięcia czarnowłosej głowy za krawędź dachu, by spojrzeć na niego.
-Bo widzisz, panie samuraju.. uciekałeś – powiedziała swobodnie i takim tonem głosu, jakby mówiła o czymś równie niezwykłym jak pogoda - Kiedy indziej, kiedy nie zabiłbyś oni na oczach moich i mojego towarzysza, to może nie zwróciłabym na to uwagi...
Rozluźniła mięśnie, acz ciągle czujną pozostawała i kroków kilka zrobiła, aby koniec końców usiąść na granicy pomiędzy stabilnym dachem, a upadkiem na ziemię. Zwieszone nogi wygodnie założyła jedną na drugą.
-Ta noc jednak jest wyjątkowa – ręką wykonała w powietrzu ruch godny jakiego kuglarza popisującego się swą sztuczką, chcąc tym samym zwrócić jego uwagę na wyjątkowość tejże pory. Zatoczyła nią łuk, aż łokieć wsparła o udo, a zaraz potem policzek usadowiła na dłoni. Uśmiechnęła się, przy czym psotne iskierki dały o sobie znać w jej oczach -A Ty nam robisz konkurencję. Nie wolno dołączać do gry w samym środku jej trwania.
-Hai...Ta noc jest wyjątkowo piękna.- rzekł bushi spoglądając na Leiko i z nie skrywanym zachwytem podziwiając jej długie, zgrabne nogi. Uśmiechnął się, lekko pochylając głowę.-Muszę się jednak nie zgodzić, pani. To wy robicie konkurencję mnie. Zostałem bowiem zatrudniony dzień przed waszym przybyciem. -przez chwilę milczał, szukając zapewne odpowiednich słów, nim zaczął tłumaczyć.- Stwory te grasują w Nagoi już długo i zabiły wiele osób. Między inni z ich rąk zginęło rodzeństwo. Brat i siostra. Jedyne dzieci kupca Wu Shen. On mi zapłacił 50 ryo, za to bym się zemścił w jego imieniu.
Splótł ramiona razem zerkając dyskretnie w górę, na krągłości Leiko.- Nie potrzebuję dowodów dla mego pracodawcy. Ty i twój towarzysz, możecie mienić swoimi, moje zwycięstwa. Co prawda, on nie wygląda na wystarczająco bystrego, by wpaść na ten pomysł, ale... jestem pewien, że w twych zgrabnych palcach jest glinką łatwą do urobienia w dowolny kształt. Wy będziecie mieć cichego wspólnika, ja będę miał pewność, że moja obecność w Nagoi pozostanie tajemnicą... za co byłbym wdzięczny.- ostatnim słowom samuraja towarzyszył głęboki ukłon, dworski ukłon. Mężczyzna nie mógł być zwykłym szeregowym bushi. Nauczono go bowiem etykiety.
-Te same paskudne cele, a jednak pracodawcy inni. Dlaczego ktoś miałby działać na własną rękę, skoro już od jakiegoś czasu było wiadomo o ściąganiu żądnych grosza łowców do miasta? Przecież te 50 ryo mógł dorzucić do głównej nagrody za uwolnienie mieszkańców od oni. Im więcej łowców, tym większa szansa powodzenia, tym boleśniejsza i słodsza zemsta, czyż nie? Skąd w takim razie potrzeba działania na boku? - pytania bezlitośnie cisnęły się kobiecie na usta i gładko, zupełnie niezatrzymywane je opuszczały. Zadawała jedno i bez czekania na reakcję zaraz wyrzucała z siebie kolejne, posyłając je bardziej ku światu jako takiemu niż samemu mężczyźnie w dole. Bezwiednie nogami kilka razy kiwnęła w powietrzu, wprawiając w falowanie luźniejsze partie kimona.
-Ty zaś nie jesteś zwykłym bushi, oni nie polują na te demony. Czyli musisz być łowcą, jak ja i reszta. Pytaniem pozostaje dlaczego się nie zgłosiłeś na nasze łowy. Brak potrzeby rywalizowania z innymi? Nie. Chęć niesienia pomocy pojedynczym jednostkom? Możliwe. Coś głębiej się w tym kryjącego? Bardziej prawdopodobne. Nie wierzę w całkiem niewinne pobudki kierujące ludźmi.
Leiko nieprzerwanie zmuszała nieznajomego do słuchania jej głosu, gdy to sama sobie tym razem udzielała domniemanych odpowiedzi. Wprawdzie na moment pogrążyła się w pełnym zadumy milczeniu, ale w końcu pochyliła się lekko do przodu, aby baczniej mu się przyjrzeć. Cały czas w czarujący sposób odsłaniała biały zęby kontrastujące z wargami o barwie soczystej śliwki.
-I jeszcze chcesz pozostać tajemnicą? To wszystko jest takie ciekawe, panie samuraju.
-Zemsta, pani...Nie kieruje się rozsądkiem. Nie wiem czemu kupiec nie chciał się dołożyć do nagrody. Pewnie miał jakieś swoje powody, w które nie wnikam.-wzruszył ramionami samuraj delektując się widokiem zarówno twarzy Leiko, jak i figlarnymi ruchami jej nóg. Zupełnie jakby podziwiał malowidło na jedwabiu. Westchnął cicho.- I rozczaruję cię pani. Nie jestem łowcą. Po prostu umiem zabijać. I nie ma dla mnie znaczenia, co zabijam. Jestem tylko roninem...psem bez pana.
Podrapał się po głowie w zafrapowaniu.- Masz sporo pytań. Nie wiem czy odpowiedzi będą warte twej ciekawości. Bowiem powód dla którego nie zgłosiłem się do Jinzo, jest prosty. Zbyt rzucacie się w oczy. A mi nie zależy na rozgłosie, gdy wrogowie moi czają się za płotem.
-Ronin? Tylko ronin? Jeśli to prawda, to temu i owemu umniejszyłaby się nieco duma z posiadanego tytułu łowcy – zaśmiała się melodyjnie na samą myśl. Wstała ostrożnie, gdyż byle kroczek dzielił ją od upadku, po czym kilkoma ruchami otrzepała tylną, krągłą część swego ciała, na której dotąd siedziała.
-Zaś mnogość pytań zradzają noce takie jak ta, kiedy wszystko wydaje się być niezwykłe, chociaż blednie w świetle słonecznym. Nie mam powodów, aby nie wierzyć Twoim słowom.. chociaż nie mam też powodów, aby ufać w pełni nieznajomemu. Jednakże gdybyś był oni, to już przystrajałbyś tę uliczkę jako rozciągnięte truchło. W takiej zaś sytuacji..
Kobieta wyprostowała się na swą pełną wysokość i atrakcyjność, której mistycyzmu dodawał fakt, że prawie idealnie za nią uplasował się księżyc, wyjątkowo tej nocy przyjemny dla oczu.
-Jesteś chwilowym zjawiskiem dostarczającym mi rozrywki, zanim znowu będę zmuszona się rzucić za jakimś cieniem – dokończyła beztrosko i nawet z nutką rozbawienia, acz sposób w jaki bez choćby cienia wahania poruszała się po tym miejscu zwykle niedostępnym dla ludzi, z góry wykluczał ją jako potencjalną osobę do bycia uznaną za mało rozgarniętą trzpiotkę. I właśnie z powodu tej znajomości siebie i możliwości swego ciała czarne geta Leiko musnęły samo powietrze i zsunęła się ona z kocią gracją z dachu. Trzymała przy tym dzielnie dłonią poły kimona, co by nie musieć sprowadzać szału lubieżności na ten ziemski padół.
Bezimienny bushi nie odsunął się zbytnio, gdy zeskakiwała... Wprost przeciwnie, przybliżył się do niej, tak że gdy Leiko stuknęła swymi geta o bruk uliczki, tajemniczy ronin znalazł się bardzo blisko niej.





Zbyt blisko, by nie można było uznać tej bliskości za prowokującą. Za to mającą ten plus, że dziewczyna mogła się przyjrzeć jego twarzy. Młodej... był niewiele starszy od Kirisu, ale wydawał się dojrzały. Ciemne włosy były zadbane, rysy ostre, a spojrzenie przenikliwe.
Uśmiech zagościł na jego wąskich ustach, gdy mówił spokojnym tonem głosu.- A ty, tajemnicza piękności? Czy nie zawstydzasz wielkich łowców pokonując demony? Z tego co zauważyłem niosłaś trofeum, którego nie powstydziłby się żaden samuraj.
Nie czekał na odpowiedź, odchylił głowę w bok jakby nasłuchując i po chwili... rzekł.- Zbliżają się. Patrol klanu Hachisuka z jednej, a twój towarzysz z drugiej strony. Pozwolisz się porwać, czy pozwolisz mi się oddalić? Wolałbym nie spotkać się z bushi, którzy wam pomagają.
Miał rację, w ciszy nocy słuchać było zbliżanie się osób, z dwóch stron. Pojedyncze szybkie kroki biegnącego Kirisu, oraz miarowe kroki patrolu łuczników. Ledwo było je słychać...ale rzeczywiście ronin miał rację, zbliżali się.
Nie odskoczyła, ani też nie spłoszyła się, kiedy nieznajomy naruszył granicę przyzwoitości. Jakkolwiek rozłożyła parasolkę i powoli opuściła niczym ciężką kurtynę, aby odgrodzić się nieco od niego i przesłonić się nią na kształt wstydliwego gestu. Flirt flirtem, ale ona była tworem ukształtowanym do bycia pożądanym, naprzemiennie dającym siebie podziwiać i odbierającym siebie okrutnie. Chodzącą, rozkoszną pułapką.
Zza napiętego materiału sięgnęła ręką ku mężczyźnie i palcami dwoma tknęła jego klatki piersiowej, chcąc tym drobnym ruchem go odepchnąć od siebie. Osiągnęła tylko tyle, że sama się od niego odsunęła na różnicę dodatkowego kroku.
-Zatem lepiej już zacznij biec, panie samuraju.. nie, nie. Tylko ro-ni-nie – powiedziała akcentując dobitnie ostatnie słowo, dostrzegając w nim coś niebywale interesującego. Parasolkę w międzyczasie przechyliła, aby twarzy trochę odsłonić i zmrużonymi ślepiami na niego zerknąć.
Uśmiechnął się... cofnął parę kroków obserwując ją. Skłonił dwornie się dodając.- Do następnej nocy, pani.
Był bezczelnie pewien, że będzie następna... że będzie następne spotkanie. I ruszył do biegu, szybko niczym ścigany lis. A po chwili znikł w jednej z uliczek.

Kilkanaście sekund później pojawił się Kirisu. Rozejrzał się dookoła i nie widząc "zwierzyny" rzekł z pewnym rozczarowaniem w głosie.- Umknął nam, Leiko-chan?
Westchnęła teatralnie i z równie łatwo wyczuwalnym niezadowoleniem.
-Niestety, Kirisu-kun. Ale skoro chcemy naszą nagrodę, to nie powinniśmy marnować czasu na bieganie za nim. Jeśli nie będzie nam wchodził w drogę, to nie ma co przejmować tym osobnikiem – rzekła ze spokojem, wzruszając przy tym ramionami. Kroczek za kroczkiem zaczęła stawiać powoli przed siebie -A my jeszcze mamy oni do upolowania.
Nie podobało się to Kirisu... widać było po jego minie, że wolałby skorzystać z okazji pobycia sam na sam z Leiko w Szczęśliwiej Brzoskwince. Niemniej ruszył za dziewczyną, niosąc aż trzy głowy nabite na trójząb. Młodzieniec jak zwykle dwuznacznie zasugerował cichym tonem głosu.- Noc będzie chyba zimna, warto by się przed snem pokrzepić ciepłą sake, a potem… Może razem spędzić noc pod futonem, ne Leiko-chan? Nic tak nie rozgrzewa jak obecność drugiego ciała na wyciągnięcie dłoni.
Gdy to mówił, obok nich przeszedł patrol bushi Hachisuka, skłonili się oni z szacunkiem obojgu łowcom. Zwłaszcza widok trzech głów, wyraźnie wzbudzał w nich ten szacunek.

Leiko odprowadziła ich spojrzeniem. Ów ronin obawiał się spotkania z nimi. Dlaczego?
Nie wyglądali na groźnych. Przy jego umiejętnościach nie byli dla niego zagrożeniem. Tego była pewna.
A może kwestią była jego chęć pozostania tajemnicą? Oficjalnie tylko oni powinni się kręcić pośród uliczek, więc ktoś taki wyjątkowo zwróciłby na siebie uwagę. Zabicie patrolu tylko dodatkowo powiadomiłoby wszystkich o obecności jakiejś trzeciej strony w polowaniu. Była skora uwierzyć w taką wersję, ale nie do końca. Zawsze było zbyt dużo niewiadomych, a i ona bywała nazbyt podejrzliwa, aby naiwnie wierzyć we wszystko co tak łatwo było przedstawiane.

-Na wyciągnięcie dłoni, na odległość spragnionych ust i drżącego ciała.. – zamruczała z rozmarzeniem w odpowiedzi swemu towarzyszowi. Opuściła z błogością powieki i zwilżyła wargi poprzez przejechanie po nich czubkiem języczka, chociaż w jej głowie dawały o sobie znać słodko-gorzkie myśli o tym jak przewrotne bywało życie z takim ciałem jakie ona posiadała. Było jednocześnie jej potężną bronią, jak i przekleństwem czasami.
-Kusisz Płomieniu, kusisz.. już teraz jest chłodno, więc może później nie odrzuciłabym tak bliskiej obecności ognia.. – dopowiedziała szeptem, ale zaraz kolejne westchnienie z siebie wydała. Tym razem było ono pełne bólu, że Leiko musi opuścić swoją jakże słodko działającą wyobraźnię. Otworzyła oczy powracając do pogrążonej w ciemnościach Nagoi -Ale jeszcze trochę i pomyślę, że błędem było towarzyszenie Tobie w łowach. Tylko Twoją uwagę od nich odciągam i narażam na przegraną..
-Dwie głowy zdobyte i trzecia... znaleziona, to niezły połów jak na jedną noc, ne Leiko-chan?- spytał Kirisu spoglądając na swe trofea. Przez chwile bił się z myślami rozważając sytuację i przyglądając się trzeciemu z trofeów.- Szkoda by było spędzić tak piękną noc, jedynie na wędrówkach po pustych uliczkach., tym bardziej, że nie zauważyłem jak dotąd innych oni. Może je przepłoszyliśmy?
Tu Leiko musiała przyznać rację Płomieniowi. Ona też ni zauważyła innych śladów oni, a ilość ofiar świadczyła o tym, że grasuje w Nagoi jedynie mała grupka Jinag hi. Śmierć trzech z nich, to duża strata dla tej sfory demonów.
Spojrzenie Kirisu zawędrowało w górę, spoglądał na rozgwieżdżone niebo pełne gwiazd i księżyc w pełni. Z jego ust wyrwały się słowa.- To, gdzie teraz Leiko-chan?
-Może rzeczywiście masz rację.. – w rozterce powiodła wzrokiem najpierw po uliczce, potem ku górze, ale jej zainteresowanie tym kierunkiem nie mieściło w sobie romantycznego podziwiania nieba. Bardziej przyziemnie przyjrzała się dachom w oczekiwaniu na zobaczenie całego stada demonów. Kiedy ni jedna sztuka nie dała o sobie znać, kobieta tylko machnęła wolną ręką w powietrzu.
-Wracajmy do gospody. Jeśli po drodze nie spotkamy żadnego oni, to uznamy to za koniec polowania na dzisiaj – podjęła decyzję, ale po chwili postanowiła jeszcze coś od siebie dodać, co wyjaśnione być powinno zanim dotrą na miejsce. Dodatkowo dłonią przesunęła delikatnie, niczym muśnięcie skrzydeł motyla, po ramieniu łowcy jak.. jak.. rzeźbiarz po glince właśnie, aby nadać jej odpowiedni dla siebie kształt -Ah, i Kirisu-kun.. Lepiej będzie nie wspominać nikomu o tamtym samuraju. Ktoś mógłby zacząć wątpić w to, że sami zdobyliśmy te głowy. A przecież nie chcielibyśmy, aby cudza zazdrość zniszczyła nam nastrój, prawda?
-Hai...-w głosie Kirisu słychać było pewne wahanie. Jednak cichnące powoli, wraz z jego spojrzeniem wędrującym po jej palcach. Hipnotyzowały go, odbierając mu resztki woli.- Nie widziałem żadnego samuraja, ne Leiko-chan?
To było zbyt proste, ale Płomień nie był skomplikowanym człowiekiem. W spojrzeniu młodego łowcy łatwo było dostrzec iskierki pożądania, co nie było dziwne. Prosty człowiek, ma proste i łatwe do przewidzenia potrzeby. Więc Leiko nie zdziwiło kolejne pytanie.- Co będziemy robić w gospodzie Leiko-chan? W końcu, zapewne pozostali będą siedzieli na cmentarzu do rana.
-Tak ciekaw, taki niecierpliwy.. – śmiech kobiety wypełnił wąską uliczkę ,a dłoń cofnęła się i spoczęła wraz z drugą na drewnianej rączce parasolki. Zakręciła nią wychwytując blask księżyca, gdy weszła w blady strumień jego światła -Skorzystamy z Twojego pomysłu i najpierw odpoczniemy po łowach przy ciepłej sake. Należy nam się, a skoro Brzoskwinka będzie pusta i będziemy tylko we dwoje, to powinno być naprawdę.. przyjemnie.

Słowa i gesty bardziej lub mniej subtelne.. nieważne, bowiem każde z nich od samego początku jej gierki było słodyczą sięgającą do pragnień tego młodego wilczka. Obiecywały ziszczenie fantazji i podszeptywały do jego uszu, nawet gdy sama Leiko już przestawała mówić. Wciągały głębiej w jej pajęczynę. Ona zaś na zewnątrz tylko uśmiechała się, chociaż było to jedynie delikatne wygięcie kącików ust o bliżej nieokreślonym znaczeniu.
 
Tyaestyra jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 09-11-2010, 21:12   #16
 
Feataur's Avatar
 
Reputacja: 454 Feataur jest po prostu świetnyFeataur jest po prostu świetnyFeataur jest po prostu świetnyFeataur jest po prostu świetnyFeataur jest po prostu świetnyFeataur jest po prostu świetnyFeataur jest po prostu świetnyFeataur jest po prostu świetnyFeataur jest po prostu świetnyFeataur jest po prostu świetnyFeataur jest po prostu świetny
Kohen niepewnie spojrzał na posiadłość. Niby wszystko się zgadzało... Prócz planu Hario. Takami za nic w świecie nie chciałby zostać z tym olbrzymem sam na sam w zamkniętym i tak łatwopalnym pomieszczeniu. Zbytnio cenił sobie swoje życie. Rzucił szybkie spojrzenie na Sogatsu.
- Wydaję mi się, że to, że odkryłeś tę kryjówkę już jest wielkim sukcesem, Hario-san - powiedział ostrożnie do olbrzyma - Twój plan jest również całkiem sensowny, dlatego proponuję, abyś został tutaj z szacownym Jinzo-san, jako jego yojimbo, dopóki ja wraz z Sogetsu Kazama-san nie pozbędziemy się oni.
Youjutsusha
wiedział, że stąpa teraz po krawędzi, lecz mimo to ciągnął dalej.
- To jest najlepsze rozwiązanie z kilku powodów - oznajmił - Po pierwsze, żaden z nas nie jest dość potężnie zbudowany, aby równocześnie móc dźwigać Jinzo-san i odpierać ataki demonów. Tutaj twa wspaniała postura sprawdzi się najlepiej. Po drugie, miałem już dziś okazję walczyć wspólnie z Sogetsu-san, więc będzie nam łatwiej się zsynchronizować. A po trzecie i najważniejsze, jeśli ty zostałbyś ranny w budynku, w co oczywiście wątpię, nie dalibyśmy rady wynieść cię pojedynczo, a pozostawienie Jinzo-san samemu sobie jest proszeniem się o nieszczęście.
Hario splótł ramiona razem w spokoju wysłuchując długiej wypowiedzi Kohena. Nie odezwał się ani słowem, aż do czasu, gdy youjutsusha skończył swą wypowiedź. Dopiero wtedy rzekł.
- Zgoda. Idźcie
„Taaa, maho ognia i papierowa chata, a ty w środku. Świetny plan, nie sądzisz drogi Sogetsu? A na dodatek jakiś wielki czubek będzie czekał ciebie jak wyjdziesz, wręcz wybornie się składa.”
– szydził demon. Kazama ignorował go ale jednak musiał przyznać mu trochę racji, cała ta sytuacja go niepokoiła. Jeszcze ta nierozwiązana sytuacja z Hario. Ciągle nie wiedział czego on od niego może chcieć. Gdy usłyszał słowa Kohena o wynoszeniu olbrzyma z budynku ledwo co nie wybuchnął śmiechem. Przez jego twarz tylko przez moment przebiegł ślad uśmiechu. Sytuacja taka musiałaby wyglądać komicznie, ale co najważniejsze w życiu by się nawet nie ruszył żeby go szturchnąć nogą, a co dopiero ryzykować za niego życie. Zmazał z twarzy resztkę uśmiechu, wyciągnął tachi z pochwy zwieszając je z lewej strony ciała w gotowości do uderzenia, lekko wysuwając prawą nogę.
- Niech tak będzie, pójdę przodem, a ty ubezpieczaj mój tył – rzucił szybko i ruszył w kierunku frontowych drzwi posiadłości. Gdy oddalili się od Hario, cicho prawie niczym szelest wiatru szepnął do youjutsusha – Kohen-san tylko proszę, uważaj trochę swoje sztuczki, sporo tu łatwopalnych rzeczy a mi nie śpieszno do bycia pogorzelcem - po czym ostrożnie przekroczył próg kryjówki oni.
Kazama ruszył pierwszy, powoli i cicho przemierzał korytarze opustoszałej posiadłości.
Stare drewno od czasu do czasu skrzypiało, pod jego stopami. Wiatr czasami wywoływał dziwaczne odgłosy. Ale po za tym, było cicho, zbyt cicho.
Mężczyzna rozglądał się wyszukując kłopotów, ale żadnych nie mógł znaleźć... Przynajmniej, nie takich, jakich się spodziewał. Żadnych tajemniczych cieni, żadnych podejrzanych ruchów. Nic. Jedynie ulotny zapaszek, zbyt słaby, by którykolwiek z nich mógł go zidentyfikować. Choć obu wydawał się znany.
Kohen wszedł drugi do domu, przez chwilę pilnując tyłu Kazamy.
Krok za krokiem youjutsusha, przemierzał pustą posiadłość, w której czas powoli zacierał dawny splendor. Kiedyś musiała tu żyć, duża rodzina. Ojciec matka, może nawet trójka dzieci. A dziś to miejsce było martwe. Do nozdrzy mężczyzny dochodziły różne zapachy, butwiejące drewno, stary papier... typowe dla takich miejsc. Rozmyślania ich przerwał hałas.
Nagle bowiem usłyszeli kroki za sobą i zobaczyli ... Genba Hario?!
Olbrzym spoglądał na Kohena z tym z swoim ironicznym uśmieszkiem i po chwili cicho zaczął mówić.
- Naprawdę mi przykro Kohen-san, że dałeś się wciągnąć w sprawy, które cię nie dotyczą. Tym bardziej mi przykro, iż zabicie czarownika przynosi pecha jego zabójcy. Niemniej, stoisz pomiędzy mną, a moją ofiarą Kohen-san. Ale... nie zabiję cię. - po czym przesunął spojrzenie, na Kazamę i na jego tachi - Miałeś okazję sprzedać ten miecz. Oferowano ci za niego dobrą cenę.
To prawda... Sogetsu pamiętał, że kilka razy trafiali się bogaci samuraje, których jego tachi przypadło do gustu. Jedni oferowali pieniądze, niektórzy posuwali się do rękoczynów, by zdobyć jego miecz. Ale Kazama nie mógł go sprzedać.
Tymczasem Hario kontynuował.
Wynajęto mnie, bym zdobył twój oręż wszelkimi sposobami. Jednak dobrze wiem, że go nie sprzedasz, a przekonywać cię nie mam zamiaru. Wolałbym cię zabić w inny sposób i odebrać ci, gdy będziesz konał, ale... - Genba uśmiechnąl się złowieszczo.- ...nie jestem głupcem, by próbować walczyć uczciwie z dwoma łowcami oni.
Hario uśmiechnął się i cisnął na ziemię to co trzymał w dłoni kryjąc ją za sobą, zapalony wiecheć ryżowej słomy. Od niego podłoga zajęła szybko... zbyt szybko!
I youjutsusha oraz jounina otoczyły ogniste płomienie. A Kohen i Sogetsu zrozumieli, czym był zapaszek, który czuli. Oliwa tłoczona z soi! To miejsce było pułapką! Ściany i podłogę pokrywały plamy z oliwy.


- Nie ja cię uśmiercę Kohen-san, tylko ogień, którym władasz. Sogetsu- san, naprawdę mi przykro, że nie będę mógł osobiście zakończyć twego życia, ale cóż... okoliczności nie są sprzyjające ku temu. – zachichotał Hario i rozpruwając podłogę budynku jednym zamachnięciem olbrzymiego miecza. Rozrzucając płonące kawałki drewna na boki, wyciął sobie w ten sposób drogę w ścianie płomieni. I rzucił się do ucieczki z płonącego budynku.
Pod tym względem on miał łatwo... wszak to on zaplanował tą pułapkę, w którą Kohen i Kazama weszli.
Pozostali dwaj łowcy oni, znaleźli się w samym środku gwałtownie płonącego budynku.
- Powinienem go zabić, póki była okazja! - zaklął Kohen z niepokojem spoglądając na rosnące płomienie. To, że był youjutsusha ognia nie pomagało pokonać wizji własnego, spopielonego truchła. Niemniej przybliżył się do Sogetsu, stając plecami do niego.
- Sogetsu-san - rzucił, próbując przekrzyczeć odgłos płomieni - Osłoń czymś twarz i trzymaj się blisko mnie!
I módl się, żeby dach nie zawalił się nam na głowy...
, pomyślał. Nie czekając na reakcję, przyklęknął na jedno kolano. To, co miał zaraz zrobić, było niebezpieczne. Cholernie niebezpieczne, nawet dla niego, jako maho. Dotknął ziemi jedną dłonią, zaczynając recytację. Kazama słysząc słowa płynące z ust Takamiego nie słyszał japońskiego. Słowa wymawiane były obcym dla wojownika języku.
- Arya-avalokitesvaro bodhisattvo gambhiram prajnaparamitacaryam caramano vyavalokayati sma: panca-skandhas tams ca svabhavasunyan pasyati sma - głos Kohena był poważny. To zaklęcie wymagało nie tyle skupienia, co dokładnego wymawiania słów, tak trudnych w obecnej sytuacji - iha sariputra rupam sunyata sunyataiva rupam, rupan na prithak sunyata sunyataya na prithag rupam, yad rupam sa sunyata ya sunyata tad rupam; evam eva vedana-samjna-samskara-vijnanam.
Drugą dłonią wyciągnął zza pasa sztylet tanto i naciął lekko przedramię. Krew spłynęła na ziemię żałośnie powolną strużką. Nie zniszczyło to na szczęście koncentracji maga.
- Iha sariputra sarva-dharmah sunyata-laksala, anutpanna aniruddha, amala avimala, anuna aparipurnah - Kohen wciąż wypowiadał słowa, dodając kolejne komponenty czaru - tasmac chariputra sunyatayam na rupam na vedana na samjna na samskarah na vijnanam. na caksuh-srotra-ghrana-jihva-kaya-manamsi. na rupa-sabda-gandha-rasa-sprastavya-dharmah. na caksur-dhatur yavan na manovijnana-dhatuh. na-avidya na-avidya-ksayo yavan na jaramaranam na jara-marana-ksayo. na duhkha-samudaya-nirodha-marga. na jnanam, na praptir na-apraptih.
W miejscu, w którym spadły krople krwi, youjutsusha rozsypał garść popiołów z kości kruka. Następnie, wykonując skomplikowane gesty skaleczoną ręką, dodał sproszkowany ogon salamandry, którą uważano za ogniste stworzenie Amaterasu.
Takami kontynuował zaklęcie, czując jak dym powoli zaczyna wsiąkać w jego ubranie, skórę i, co najgorsze, płuca. Nie miał wiele czasu, lecz postanowił wykorzystać go jak najlepiej.
- Tasmac chariputra apraptitvad bodhisattvasya prajnaparamitam asritya vibaraty acittavaranah. cittavarana-nastitvad atrasto viparyasa-ati-kranto nistha-nirvana-praptah - spojrzał w miejsce, przez które wydostał się Gemba. Rozrzucone deski i sucha ziemia dawały dodatkową szansę na pokonanie żywiołu - tryadhva-vyavasthitah sarva-buddhah prajnaparamitam asritya-anut-taram samyaksambodhim abhisambuddhah.
Ostatnie słowa wypowiadał jednym tchem, starając się nabierać jak najpłyciej powietrza, niemal pochylając się nad poziomem podłogi.
- Tasmaj jnatavyam: prajnaparamita maha-mantro mahavidya-mantro 'nuttara-mantro samasama-mantrah, sarva-duhkha-prasamanah, satyam amithyatvat. prajnaparamitayam ukto mantrah. tadyatha - Kohen czuł, że być może się udać. Ostatnim tchem wysyczał do płomieni - gate gate paragate parasamgate bodhi svaha!
 
Feataur jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 10-11-2010, 00:39   #17
 
Cytryn's Avatar
 
Reputacja: 438 Cytryn jest po prostu świetnyCytryn jest po prostu świetnyCytryn jest po prostu świetnyCytryn jest po prostu świetnyCytryn jest po prostu świetnyCytryn jest po prostu świetnyCytryn jest po prostu świetnyCytryn jest po prostu świetnyCytryn jest po prostu świetnyCytryn jest po prostu świetnyCytryn jest po prostu świetny
Strugi ognia wystrzeliły ziemi spychając tworząc okrąg ognia dookoła obu mężczyzn, okrąg ten przesuwał się na zewnątrz pochłaniając wrogie płomienie, ale też i powietrze. Kohenowi zaczynało brakować tchu w płucach. A choć umysł miał silny, to ciało słabe. Tracił przytomność osuwając się na ziemię. Krąg ognia zgasł wraz z przytomnością Kohena, zrobił jednak dość dużo miejsca, wypalając drewno i wchłaniając w siebie płomienie. Ogień naruszył też konstrukcję dachu, która trzeszcząc zaczynała pękać.
Kazama wyszedł z tej sytuacji bez szwanku... prawie. Bowiem i on nałykał się dymu i on czuł się słabiej,
Nadal otaczały ich płomienie, ale ściana ognia była już wąska. Przebiegając przez nią szybko, nawet będać obciążonym, Sogetsu mógł się spodziewać jedynie lekkich poparzeń i osmalenia ciała. Niewielka cena za uniknięcia przygniecenia ciężarem spadającego dachu.
Wszystko wydarzyło się bardzo szybko, przez myśli Sogetsu przebiegło że mimo poparzeń mógłby próbowac gonić Hario przebijając się przez ogień. Jednak na całe szczęście Kohen zareagował szybciej obniżając ścianę płomieni, Dopiero teraz do Kazamy doszła cała wściekłość na Hario na to co zrobił, na zdradę i cios w plecy. Jeżeli chciał walczyć mógł go otwarcie wyzwać na pojedynek, powinien wiedzieć że nie odmawia on takim wyzwaniom. Teraz już tylko chęć zemsty napędzały Jounina, jednak natychmiastowy pościg za nim byłby głupotą a poddawanie się emocjom jest złym przewodnikiem. Rozejrzał się spokojnie za możliwą drogą wyjścia, schował jednym płynnym ruchem tachi do pochwy i wziął Kohena na ręce. Pozostawienie go tutaj byłoby oczywistą głupotą po pierwsze przyniosłoby na pewno nieszczęście, a po drugie pozbawiłoby go dobrego sprzymierzeńca przeciwko Hario. Zresztą był mu to winien za to że uniknął dzięki jego magii rozległych oparzeń. Jinbeia bawił ten widok, ogień i zniszczenie. Napawał się zdradą, do pełni szczęścia brakowało mu tylko czyjejś śmierci „A mówiłem ci głupi człowieku żebyś zaatakowało go od razu gdy wszedł do karczmy ? Ale miałeś rację teraz jest jeszcze lepiej, dużo więcej zabawy” rzucał rozbawione myśli demon. Sogetsu zgadzał się z oni że należało pozbyć się olbrzyma wcześniej jednak jego zniszczenia już nie bawiły. Dopiero zemsta będzie zabawą ale wpierw należało zadbać o bezpieczeństwo potencjalnego sojusznika. Z youjutsusha na rękach wyszukał najkrótsza drogę na zewnątrz, szybko przyśpieszył do sprintu i wyskoczył przez płomienie starając się w miarę ochronić głowę Takamiego. „Piękny to on nie jest ale nie ma co go szpecić jeszcze bardziej” przeszło mu przez głowe.
Gdy udało mu się wydostać z płonącego budynku stara się znaleźć miejsce gdzie zostawili Jinzo, jego też nie należałoby tu zostawiać. Jednego z nich będzie trzeba przebudzić, dwóch naraz nie dam rady dźwigać. Złożył Kohena obok kupca i sięgnął do swojego podręcznego bukłaka z wodą, by polać twarze towarzyszy.
Obecnie gonitwa za Hario mogłaby być błędem. Zwłaszcza, że ciałem jounina targał suchy kaszel. Zbyt wiele się dymu nawdychał, zbyt wiele sił kosztowało go wydostanie się z ognia. W obecnej chwili Hario miałby przewagę w pojedynku.
 
__________________
I wiedzie nas siedem demonów, co nami się karmią...

Ostatnio edytowane przez Cytryn : 10-11-2010 o 00:41.
Cytryn jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 10-11-2010, 13:56   #18
 
abishai's Avatar
 
Reputacja: 23292 abishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputacjęabishai ma wspaniałą reputację
Noc była piękna i spokojna pomijając incydenty z oni i z tajemniczym roninem.
Kirisu i Leiko przemierzali uliczki kierując się do karczmy, którą oddano im na użytek.
Podczas tego spacerku, Płomień stawał na wyżyny swej elokwencji, by rozbudzić w kobiecie płomień pożądania, który jego już trawił. Obsypywał ją przy tym komplementami i mniej lub bardziej dwuznacznymi żarcikami i sugestiami. Było to nawet zabawne i miłe zakończenie wieczoru.
I mogło być początkiem ciekawej nocy.

Szczęśliwa Brzoskwinka... karczma nie nazywała się tak bez powodu. Z tyłu przybytku bowiem znajdował się malowniczy ogródek kwiatowy. Zaś w jego centrum rosła przepiękne kwitnące obecnie, drzewo brzoskwiniowe.


Otaczała go żwirowa ścieżka, którą natomiast otaczał, krąg różnych roślin kwiatowych, oraz przy której postawiono drewniane ławeczki .
O ile kwiaty pewnie posadzono niedawno, o tyle drzewko rosło już tu kilka lat.
A ślady sadzy n a korze świadczyły, że nie wszystkie te lata były szczęśliwe.
Mimo to było to piękne miejsce, Kirisu dobrał dobrze plac boju, a i oręż jaki ze sobą zabrał. Buteleczkę pełną ciepłej sake oraz gliniane czarki... Uzbrojony w alkohol i słodkie słówka przystępował do podboju, którego celem była alkowa Leiko. Ale przeciw sobie miał przeciwniczkę o wiele bieglejszą w rodzaju walki, do której się szykował.

Miłosne gierki, przerwało jednak głośny dźwięk dzwonu z wieży strażniczej. Na tel nocnego nieba widoczna była ciemna smuga dymu.


Zarówno Kirisu jak i Leiko, wiedzieli co to oznacza. W Nagoi wybuchł pożar!
Smuga dymu była daleko od Szczęśliwej Brzoskwinki, w opuszczonej części dzielnicy bogatych kupców.

Ogień przyciągnął uwagę, wielu osób w okolicy. Pożar był bowiem czymś, czego lękano się w każdym mieście. Pustoszące pożary pamiętano z czasów niedawnej wojny. Więc gdy tylko rozbrzmiał dźwięk alarmowego dzwonu, mieszkańcy Nagoi pobiegli do płonącej posiadłości, z wszelkimi naczyniami jakie udało się ich chwycić po drodze. Należało ugasić pożogę, zanim przeniesie się na zamieszkałe domostwa. Strach przed oni, ustąpił starszemu i bardziej swojskiemu lękowi przed ogniem.

Woda orzeźwiła Kohena przywracając mu przytomność. Ale nie siły. Potrzebował kilku godzin odpoczynku, by móc stanąć do boju. A i Kazama, choć z niechęcią, też musiał przyznać, że w tej chwili mógłby mieć problemy w walce z Hario. Obaj stanowili teraz łatwy łup, więc... czemu nie atakował?

Nie mogli wiedzieć, że Genba Hario wpadł we własne sidła. Nie docenił kruchości domu i tego jak szybko się rozprzestrzeni pożar. Gdy wychodził, cześć dachu runęła na niego.
Ale ten wypadek nie był w stanie go zabić, czy poważnie jego sił. Naznaczył jednak twarz olbrzyma. Jedni by rzekli, że to ironia losu, inni dodaliby krócej.- Karma.
Tak czy siak...z poparzoną od ognia twarzą, obolały Hario stracił ochotę, na ewentualne starcie. I wydostawszy się spod zawalonego fragmentu dachu oddalił od płonącego domostwa się wierząc, że jutro wyjmie tachi z pogorzeliska tej posiadłości.

Nie mogli tego wiedzieć, więc pierwsze kroki jakie usłyszeli, były niepokojące. Ale okazały się krokami łuczników klanu Hachisuka. Kolejne zaś należały do mieszkańców Nagoi...
Szybko się zorganizowali i zajęli gaszeniem pożaru, zużywając wodę z zatęchłego stawu na tyłach posiadłości, oraz ze studni przy pomieszczeniach gospodarczych.
Pomogli też w cuceniu Jinzo. A gdy kupiec odzyskał przytomność, rozejrzał się dookoła wyraźnie zdezorientowany i spytał łowców obu łowców oni.- Co się stało? Ostatnie co pamiętam to cmentarz i... oni próbujące mnie zabić.


Nastał ranek...Nagoja budziła się do życia, zapominając o dramatycznych wydarzeniach z nocy. O oni, o pożarze i innych mniej znanych wydarzeniach.
Strachy kryjące się w mroku nocy, ustępowały przed światłem dnia. Nastał nowy dzień i czas działania. Wczorajszej nocy zginęły cztery oni, z czego trójka z rąk Kirisu i Leiko, co Płomień często podkreślał przypominając czarownikowi ognia, o ich zakładzie.
Wspaniałomyślnie, co zresztą też często podkreślał, uznał że zakład powinien być rozstrzygnięty dopiero gdy wybite zostaną wszystkie demony kryjące się w Nagoi.
Nastał nowy dzień, czas odpoczynku. Ale i czas działań. Hario przepadł, ale Kazama wiedział, że jego wróg przyczaił się czekając na kolejną okazję do ataku.
Kohen wiedział, zaś że oni nie czają się na cmentarzu, ale kryją gdzieś w mieście. Wojna Onin sprawiły, że w odradzającej się Nagoi było jeszcze wiele opustoszałych budynków. Wiele potencjalnych kryjówek, dla tych nieumarłych.
A Leiko? Jak każda tajemnicza kobieta, miała swoje sekrety i swoje plany. No i wypadałoby spytać wdowę Chen, czy jest dość biegła w szyciu, ne?
 
__________________
I don't really care what you're going to do. I'm GM not your nanny.
abishai jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 16-11-2010, 06:48   #19
 
Tyaestyra's Avatar
 
Reputacja: 1509 Tyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumnyTyaestyra ma z czego być dumny
Leiko znajdowała się w samym środku małego raju.
Elegancko, a jednocześnie skromnie siedziała na jednej z ławeczek, także i sobą dodatkowo ozdabiając ogród. Musiała przed samą sobą przyznać, że to miejsce było jednym z bardziej urokliwych do zakończenia łowów. Piękne i spokojne.. wręcz tak bezwstydnie nieprawdziwe, gdy się pomyśli o tak przecież niedawnych wydarzeniach z oni. Niby niewielka iskierka nadziei w ogarniętym strachem i śmiercią mieście, oczyszczała ciała z metaforycznego brudu po demonach, a umysłom pozwalała zapomnieć chociaż na trochę o żywych nocnych koszmarach.
Tak, ta kobieta potrafiąca z łatwością zadać dotkliwy ból każdym możliwym zaostrzonym przedmiotem, posiadała w sobie i romantyczną duszę. Potrafiła zachwycać się dziełami stworzonymi przez naturę, od tych drobnych jak barwne płatki kwiatów, po naprawdę majestatyczne niczym księżyc w pełni.
Nie było tedy nic zadziwiającego w tym, że delektowała się otoczeniem, którego zaledwie nieznacznym mankamentem był Płomień. Tolerowała jego towarzystwo nie z powodu lubieżnych możliwości jakie dawała ta znajomość, bo przecież nie była wiecznie spragnioną takich przygód chodzącą rozwiązłością. Powodem też nie były komplementy, gdyż tych się w swoim życiu nasłuchała już wielu. Ten pogardzany przez innych wilczek ją bawił.. w pozytywny sposób. Wprawdzie wyraźnie dawały o sobie znać jego nachalność, dwuznaczności oraz cel jaki ma w tym wszystkim, ale przecież ona nie była jakąś tam nieśmiałą dziewką. Na jego zaloty reagowała ze stoickim opanowaniem, podziwiając przy tym skrycie jego cierpliwość i wytrwałość. Uprzyjemniał jej czas, a takich beztroskich chwil bez ukrytego pod nimi drugiego, mrocznego dna nie miewała wiele. Naturalnie, i teraz Leiko sobie po cichu do czegoś dążyła, ale było to względnie niewinne.

- Noc coraz chłodniejsza, a my nadal pod rozgwieżdżonym niebem mając do rozgrzania się tylko sake. W końcu ono się skończy albo przestanie spełniać swą rolę i wtedy trzeba będzie sięgnąć po inne jakże przyjemne sposoby rozpalające ciała -powiedziała powoli i dokładnie, w sposób wskazujący na dogłębne analizowanie całej sytuacji w jakiej oboje się znaleźli – Jesteś przebiegły, Kirisu-kun.
W jej głosie zawibrowała nutka dumy po dobrze wykonanej przez szczeniaczka sztuce. Na dodatek jeszcze uśmiechnęła się figlarnie i spojrzała na młodego łowcę spod wachlarzy długich rzęs.
-Może troszeczkę Leiko-chan.- chłopak pokraśniał z dumy na tą pochwałę i nalewając sake do czarek dodał.- Uważam, po prostu, że to miejsce pasuje do ciebie. Jest równie urokliwe i tajemnicze, co ty. Na razie delektujmy się sake, by potem delektować się ciepłem naszych ciał.
Ostrożnym ruchem podał czarkę Leiko spoglądając jej w oczy, jakby pragnąc wyczytać jej intencje.
Obecnie wydawał się bardziej młodym wilczkiem, niż wilkiem. Zwłaszcza, gdy odłożył na bok swe trójzęby, czy jak je on sam nazywał, jumonji-yari. Wydawał się taki bezbronny.
-Trafnie wybrałeś, trafnie.. a z taką nazwą spodziewałam się jakiegoś żartu ze strony właściciela gospody. Albo ukrytej innej, bardziej rozrywkowej funkcji Szczęśliwej Brzoskwinki. Miłe zaskoczenie- odparła pomijając kwestię delektowania się. Złożyła parasolkę dotąd będącą jej ewentualną ochroną przed resztą świata oraz możliwą zbytnią nachalnością jej towarzysza, i położyła ją obok siebie na ławce. Ujęła w dłoń czarkę i uniosła ją lekko w geście toastu.
-Za udane polowanie i pomyślną współpracę, mój partnerze – przeciągając spojrzenie zbliżyła czarkę do swych ust, aby wypić niewielki łyk… a raczej, aby zaledwie zwilżyć alkoholem wargi, przy okazji odbijając ich ciemnofioletowy kształt na naczynku.




-Za przyjemności nocy.- zaproponował młodzieniec entuzjastycznie. Wręcz wbijając błyszczące od kipiącej w nim energii oczy w postać Leiko.
Po chwili się okazało, Kirisu również wybrał tą samą metodę, upił jedynie łyczek zerkając na nadal pełną czarkę kobiety. Widząc, że nie wszystko idzie zgodnie z planem, starał się bezskutecznie zamaskować rozczarowanie sytuacją, pytając pozornie bez zainteresowania. - Czyżby ta sake, nie smakowała ci Leiko-chan?
-Skąd taki pomysł? Bo nie piję łapczywie? – rzuciła ze skarceniem, że w ogóle coś takiego mogłoby mu wpaść do tej jego niesfornej głowy . Ah, Leiko była okrutną kobiecą kreaturą wysyłającą młodzianowi tak mylne znaki, to zainteresowania jego osobą, to znowu subtelnego zniechęcenia mogącego całkiem zniszczyć jego plany na resztę nocy. Kwintesencją tego już było odwrócenie od niego wzroku i zawieszenie go na trzymanej czarce - Może tylko wolę smakować powoli, czym sprawdzę Twoją cierpliwość? Albo lubię mieć wyostrzone zmysły na doznania jakie mogą mieć potem miejsce? Kto wie Kirisu-kun, kto wie..
-A jakie doznania rozpalają krew w twych żyłach?- spytał zaciekawiony Kirisu obserwując Leiko i drobnymi łyczkami popijając sake. Wyraźnie naśladował ją w tej czynności. Po czym sięgając do pamięci, rzekł.- Spotkałem kiedyś żonę młynarza, która szczególne upodobanie żywiła do pieszczot swych stóp. Bardzo to lubiła i każda igraszka zaczynała się od...
Kirisu pokraśniał opuszczając nieco głowę . Chyba uznał, że taki temat nie nadaje się na tą chwilę, tak romantyczną wszak.
Uśmiechnęła się na jego słowa i zachowanie, tak nie pasujące do tego pewnego siebie kogucika. Aż budził w niej zalążki opiekuńczych uczuć. Ale zaledwie zalążki, które w żaden sposób nie zmuszały jej sumienia do zakończenia gierek.
-Jako taki znawca kobiet powinieneś sam namacalnie odkryć najlepiej na mnie działające pieszczoty. Ale dobrze, powiem Ci Płomieniu..
Na powrót zwróciła na niego swe porcelanowe lica, którym uroku jeszcze dodawał blask księżyca spływający z nocnego nieba. W jednej dłoni balansowała czarką, aby nie wylać zeń sake, drugą zaś sięgnęła do łowcy.
-Szyja jest zawsze dobrym początkiem. . – szepnęła, a opuszkami długich palców przetańcowała po jego skórze właśnie w tym miejscu – Nawet najdrobniejsze muśnięcia są w stanie przywołać przyjemny dreszcz rozchodzący się po całym ciele. Pozornie niewinne odgarnięcie kosmyka włosów.. – jak powiedziała, tak też zrobiła na moment dotyk swój przesuwając w stronę karku. Ale to nie było tylko to, bo całemu jej opisowi wtórowało prezentowanie danych czynności oraz zmysłowy, wręcz hipnotyczny ton głos - .. jest w stanie rozbudzić pragnienie. Bardziej delikatne, ledwie wyczuwalne wodzenie niż masaż. Bezwiedne kreślenie wzorów i muskanie całej długości szyi, aż wargi się rozchylą wypuszczając słodkie westchnienie z niemą prośbą o więcej..
Mężczyzna drżał pod zmysłową pieszczotą kobiecych paluszków. Cóż...Leiko wiedziała jak zadać ból, wiedziała też jak sprawić przyjemność.
-Piękne słowa i czyny, ale aż proszą się o to by się odwdzięczyć.- rzekł Kirisu spoglądając na nią z lekko zaczerwienionymi policzkami i płonącym niemal spojrzeniem.- Pozwolisz mi sprawić tobie tą przyjemność Leiko-chan?
Kogucik właśnie wyprowadził kolejne "uderzenie" w tym flircie.
Jednak jego partnerka w tym skomplikowanym boju przepadała za igraniem sobie. Oczywiście, tylko wtedy, gdy to ona była tą igrającą stroną, a w tym momencie była to zabawa z ogniem. Dawała mu się rozpalać coraz bardziej, dzięki sztuczkom wykonywanym przez jej palce.
-Jakże mogłabym się na to teraz zgodzić, kiedy doznania nie byłyby już tak mocne. Coś takiego powinieneś zacząć powoli i niedostrzegalnie, aby w moich reakcjach doszukać się przyzwolenia na pieszczoty. Mylę się, Kirisu-kun? – słowa opuszczały jej usta, ale choć jeszcze mianem szeptu można byłoby je nazwać, to ostatecznie oddalały się już od tej namiętności, której przed chwilą były pełne.
Jeszcze jedno muśnięcie, po nim drugie i trzecie kończące, ale zahaczające o linię szczęki łowcy. A pozostało to zaledwie wspomnieniem, kiedy kobieta cofnęła rękę. Umknęła, a miast szyi Płomienia, krawędź czarki dostała swoją porcję czułości poprzez kilkukrotne przesunięcie po niej opuszkami.
-Hai.- rzekł kogucik spoglądając na palce wędrujące po czarce. Widać było że Kirisu rozważa kolejny krok. Jego niecierpliwość stawała się bardzo widoczna. Niecierpliwość wszak pobudzona dotykiem Leiko. Młodzieniec przysunął się bliżej niej. Ostrożnie, wręcz delikatnie musnął swymi palcami jej dłoń, mówiąc.- Masz takie delikatne palce Leiko-chan. Aż trudno uwierzyć, że są takie niebezpieczne... te paluszki.
-Oh? Zatem uważasz mnie za niebezpieczną?- zapytała z beztroską w głosie bardziej pasującą do roześmianej dziewczynki niż kobiety, która tak niedawno zupełnie sama z zimną krwią zarżnęła oni. I uśmiech rozpromieniający jej twarz jakoś nie komponował się z zarzutami bycia groźną. Był przecież tak ujmujący.. i tym samym tylko dodatkowo podkreślający sprzeczności jakich Leiko miała w sobie wiele -A mimo to siedzisz tutaj ze mną, w ciemnościach i bez nikogo innego w pobliżu.. Lubisz nieznane, fascynujące ryzyko, prawda?
Nie dała sobą w jakikolwiek poznać, że zauważyła tą nieznaczną zmianę odległość pomiędzy nimi czy też dotyk na swej dłoni. Ale była czujna i kątem oka uważnie śledziła jego nieśmiałe poczynania.
-Gdybym nie lubił ryzyka, nie polowałbym na oni, ne Leiko-chan? W końcu niewiele istot jest od nich groźniejsze... a ty jesteś i piękna i groźna. Czyż to nie fascynujące połączenie?- mruknął cicho Kirisu spoglądając w oczy kobiety. Czubkami palców wodził po dłoni łowczyni, muskając jej czubków palców, po nadgarstek... ostrożnie, acz z wyczuwanym przez zmysły Leiko napięciem. Był trochę jak tygrys w klatce, krępowany jej sugestiami, a pragnący więcej i więcej.
-Skromność nie pozwala mi się z Tobą zgodzić, ale Twoje oczy, Kirisu-kun.. – przerwała i ucałowała wargami czarkę. Wysączyła powoli znajdującą się w niej sake i przechyliła głowę, aż zafalowało czarne pasmo włosów, odsłaniając nieco zakryte dotąd oko -Tak płoną, że nie sposób nie uwierzyć w tą fascynację. To mi schlebia. Rozkoszuj się tym uczuciem, aby nie wypaliło się szybko pozostawiając po sobie tylko mgliste wspomnienia, które z łatwością mogłyby zostać zastąpione przez igraszki z żonami kolejnych młynarzy..
Przekręciła dłoń tym razem jej wnętrze poddając dotykowi Płomienia. Zgięła lekko palce, aby ich opuszkami natrafić na te należące do jego własnych. Był to ruch drobny, ale tak samo jak lękliwa, pierwsza próba chwycenia się za dłonie zakochanych, tak też i ten dotyk wysyłał jego ciału impuls przyśpieszający bicie serca i przyprawiający o łaskotanie w brzuchu oraz jego okolicach.
-A przecież nie chciałbyś tak po prostu o mnie zapomnieć – ni na moment wyraz twarzy Leiko nie uległ zmianie gdy mówiła. Jednak oczy o jarzących się, piwnych tęczówkach wpatrywały się bezlitośnie w ślepia wilczka niosąc ze sobą uporczywe przekonanie, że na taką kobietę szczęściarz trafia może raz w życiu, że jest wyjątkowa w porównaniu do innych przedstawicielek płci pięknej z jakimi miał i kiedykolwiek będzie miał styczność.. a zepsucie tej znajomości byłoby potworne w skutkach.
-Hai Leiko-chan. Jesteś wyjątkowa i niezwykła.- w tych słowach kryło się przekonanie, pewność niemal. Kirisu patrzył w oczy kobiety z oddaniem, a ona wiedziała że powoli okręca kogucika wokół swojego małego paluszka... ale, czy do końca? Czy na pewno była panią tej sytuacji? Palce Kirisu pieszczotliwie przesuwały się po wnętrzu dłoni Leiko, delikatnie muskając jej skórę. Co było miłym uczuciem, przynoszącym przyjemny dreszczyk rozchodzący się po ciele kobiety.
Płomień wpatrywał się w twarz kobiety z uśmiechem, nieco bladym i nerwowym. Nigdy chyba nie był w takiej sytuacji i z kobietą o takiej osobowości. Więc by dodać sobie odwagi, wypił swoją czarkę sake.

Zachowania jej ciała niejako przywołało Leiko do porządku. O ile nad swym umysłem z łatwością panowała, o tyle ono potrafiła nadal działać samoistnie, szczególnie gdy w grę wchodziły przyjemności. Były mamiące i.. cóż, należały do jej sztuczek, a nie przepadała za byciem atakowaną własną bronią. Subtelne wyjście z tego odnalazła w sake, a konkretniej to w jej braku.
-Napijesz się jeszcze? Wprawdzie wydaje mi się, że przy kolacji jakoś sprawiało Ci to większą radość, ale chyba nie odmówisz skoro mamy dla siebie całą buteleczkę..- niewiele czekając na odpowiedź wyswobodziła swoją dłoń i nachyliła się tuż przy swoim towarzyszu, aby sięgnąć po butelczynę wypełnioną sake stojącą na drugim końcu ławki. Tym samym znalazła się z nim prawie policzek w policzek , z czego ten jego został muśnięty przez jakiś pojedynczy, niesfornie tańczący w powietrzu kosmyk jej włosów.
Ujęła buteleczkę za szyjkę i już miała się wycofać, lecz zamarła, gdy jej wzrok powędrował na chwilę ku niebu i tam oprócz księżyca oraz gwiazd dostrzegła coś czego być nie powinno.
- Kirisu-kun.. zwróciłeś wcześniej uwagę na tę smugę dymu? Zdaje się, że to gdzieś z miasta.. – powiedziała bardziej zaintrygowana niż przestraszona. Zaskakująco pozbawione to było podtekstów mających na niego wpłynąć.. jedynie będąc w takiej pozie nieświadomie, a jakże, kobiecymi pachnidłami nęciła zmysł węchu młodego łowcy.
-Nie, ale chyba gdzieś uderzano w dzwon alarmowy. A może to mi waliło serce tak szybko? -odparł rozkojarzonym głosem Płomień, po czym zwrócił spojrzenie w kierunku dymu. I rzekł oceniając odległość.- To pożar, z dala od nas i z dala od cmentarza którego pilnują Kohen-san i Kazama-san. Pewnie miejscowi go wkrótce zgaszą...-dłoń Kirisu pieszczotliwie objęła dłoń kobiety, na krótki moment tylko. Ale wystarczył by poczuła jak silna i delikatna jest jego dłoń. Dłoń zręcznego żonglera, takie było jej skojarzenie
-Nie pozwólmy by taki drobiazg przeszkodził nam w tym wieczorze, Leiko-chan.- Ton jego słów był niemal błagalny. Następnie dodał nieco żartobliwym głosem.- Twoja obecność bardziej upaja niż sake.
-Nie myślałam o nich.. była nas piątka, z czego trójka w mieście. Nie jesteś ni odrobinę ciekaw co się wydarzyło? Nie słyszałam, aby ostatnimi czasy w Nagoi były jakieś pożary, a tu nagle jeden wybucha akurat w noc naszych łowów.. - kobieta usłyszała swoje własne słowa i nazbyt rzeczowe jej się wydały jak na rozmowę z tym młodzianem, który był już w stanie odbiegającym od racjonalnego myślenia.
Jak gdyby nigdy nic na nowo napełniła obie czarki w sposób iście potulny i z głuchym stuknięciem odstawiła buteleczkę na jej miejsce. Odsunęła się odrobinę, upiła łyczek sake, a potem westchnęła cicho -W końcu tylko Ty miałeś mi pokazać ten ogień, który masz w sobie, a tam wyraźnie ktoś Ci robi konkurencję, Płomieniu..
-Konkurencję? Tak, bo odwraca twoją uwagę ode mnie.- zauważył, że się odsunęła od niego i rzekł.- Mój płomień ogrzeje cię Leiko-chan, nie oparzy. Nie ma co od niego uciekać.
Pijąc sake z czarki, powoli przesuwał palcami po ławeczce, by dotrzeć do jej palców i pieszczotliwe po nich wodził swoimi. Leiko domyślała się że niecierpliwego łowcę, te podchody nużyły już nieco... lecz je kontynuował, wierząc że nagroda jest tego warta.

Nie chciała się do tego wcześniej posuwać, ale potrzebowała czegoś spektakularnego, aby się wydostać z tej sytuacji, której na razie jedyny możliwy koniec był zabarwiony erotyką. Uwodzenie przychodziło z łatwością, inaczej się nieco miały sprawy z wywinięciem się z tego w taki sposób, aby mężczyzna nie poczuł się dotknięty i dalej równie gorąco pożądał.
Najpierw splotła swoje palce z jego, by zaraz całą jego dłoń bez skrępowania poprowadzić za siebie i jej podróż zakończyć na boku kobiety. Nie był to byle jaki bok, bo Leiko wybrała takie miejsce, aby obejmując ją łowca mógł wyraźnie wyczuć zagłębienie w talii. Śmiało przysunęła się do niego bardzo blisko.
-Nie byłam z Tobą do końca szczera, Kirisu-kun.. Chyba przez to ciągłe, rozbudzające się we mnie pragnienie, którego w żaden sposób nie chciałam zatrzymywać i tylko cieszyć się dłużej tym wieczorem - ton jej głosu miał w sobie smutek tak bardzo rozdzierający serce, jak będący nieprawdziwym.
-Moje ciało jest zmęczone po podróży i polowaniu, a zadrapanie na nodze zaczęło mi się dawać we znaki.. – to mówiąc lekko odsłoniła swe udo i tak już obnażone przez plugawego stwora, który zbezcześcił jej ulubione kimono. Na jasnej skórze odznaczały się wprawdzie nie tak poważne, ale i tak czerwone, spuchnięte nieco podłużne draśnięcia. Na ich widok prawie się czuło szczypanie na swym własnym udzie -Gomen nasai. Czy z równą chęcią innej nocy zaprezentujesz mi swoje umiejętności rozpalające kobiety? Ty zaś miałbyś możliwość odczucia na sobie pełnej gibkości mego wypoczętego ciała bez skaz..
Kirisu długo wpatrywał się w odsłonięte udo, wędrując po nim spojrzeniem, tak jak i dłonią po jej kimonie, zupełnie jakby chciał przyciągnąć do siebie. Jej słowa jednak sprawiły, że na twarzy młodego łowcy wykwitł wyraz zawodu. Jednak jakoś się pozbierał, bowiem rzekł spokojnym tonem głosu.- Pozwolisz więc się zanieść do pokoju, byś mogła wypocząć w spokoju?
Mimo pieszczotliwie wędrującej dłoni Płomienia po jej ciele skrytym za materiałem kimona, Leiko nie wyczytała w jego głosie podstępu. Kirisu był zbyt niedoświadczony i prostolinijny, by umieć wykorzystać nadarzającą się okazję.
Odstawiła na ławkę zbędną jej już czarkę. Rękami przesunęła powoli po ramionach łowcy, aż splotła je wygodnie na jego karku. Czule tak wręcz, z obawą o swój możliwy upadek.. i oplatając jego szyję z kilku stron niczym parka ślicznych węży mogących mu wyrządzić krzywdę.
-Z chęcią. Jeśli tylko ze złości nie postanowisz mnie gdzieś porzucić po drodze - powiedziała psotnie, acz i z podejrzliwością się w tym czającą. Dała tej emocji upust poprzez uniesienie podbródka, z którym do góry i jedna czarna smuga brwi się wzniosła.
Podejrzliwość Kirisu kończyła się jednak na dotykaniu dłonią jedwabistej skóry uda Leiko. Mężczyzna uniósł ją w górę jakby nic nie ważyła. Mimo chudej sylwetki łowca był dość silny.
-W moich ramionach Leiko-chan, jesteś bezpieczna.- rzekł cicho szepcząc do uszka kobiety, musnął je przy tym wargami. A Leiko stwierdziła, że pojętny z niego uczeń. Chociaż nie była przyzwyczajona do takiego poczucia bezbronności, to ten raz pozwoliła sobie na odstępstwo od swych reguł. W nagrodę za jego opanowanie, pomimo tak upojnie się zapowiadającej nocy.
Kirisu spokojnym krokiem niósł kobietę Leiko do karczmy, drżał nieco z żądz, które w nim wyzwoliła, ale kontrolował je. Zaniósł ją do jej pokoju i dopiero tam odstawił dodając.- Śnij o nas Leiko-chan, bo ja będę śnił na pewno. Śnij o tym, jak mogła skończyć się ta noc.
Po czym opuścił ją ruszając w kierunku swojej sypialni.
Niegdyś w swych młodzieńczych latach Leiko w takim momencie wydałaby z siebie ciężkie, znużone westchnienie, a w myślach pomarudziłaby na mężczyzn i swoje mięśnie mimiczne twarzy bolące od ciągłego uśmiechania się. Ale to dawniej, gdy jeszcze rządziły nią jej własne kaprysy, potrzeba droczenia się z całym światem i przeświadczenie o tym, że inni istnieją dla jej rozrywki. Dlatego właśnie odprowadziła męską sylwetkę z czymś w oczach, co można byłoby uznać za chłodne iskierki satysfakcji. Nie potrzebowała od niego wyciągnąć żadnych informacji, ani też zaszkodzić mu bądź nawet zlikwidować tego młodego wilczka. Znać zatem było, że jej zainteresowanie jego osobą było czysto trywialne, z możliwymi korzyściami dla obu stron. A to, że ona z perfidią lubiła sprawdzać granice jego męskiej wytrzymałości i opanowania tylko to potwierdzało. Zaś jego sukces w tej próbie mógł być wart swej ceny.
 

Ostatnio edytowane przez Tyaestyra : 16-11-2010 o 10:07.
Tyaestyra jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 17-11-2010, 22:51   #20
 
Feataur's Avatar
 
Reputacja: 454 Feataur jest po prostu świetnyFeataur jest po prostu świetnyFeataur jest po prostu świetnyFeataur jest po prostu świetnyFeataur jest po prostu świetnyFeataur jest po prostu świetnyFeataur jest po prostu świetnyFeataur jest po prostu świetnyFeataur jest po prostu świetnyFeataur jest po prostu świetnyFeataur jest po prostu świetny
Kohen przebudził się, gdy tylko polano mu twarz wodą. Lekko zamroczonym wzrokiem rozejrzał się dookoła, po czym spoglądnął na tlący się budynek za nim.
- Żyjemy... - westchnął z ulgą, po czym od razu naprężył się - Gdzie Hario?
- Nie wiem gdzie podział się nasz olbrzymi przyjaciel, ja na jego miejscu czekałbym przed domem by dokończyć zaczętą wcześniej pracę. Musiał mieć coś ważniejszego do roboty, albo po prostu jest tchórzem i bał się podjąć uczciwą walkę.
- Sogetsu uśmiechnął się lekko, oddychając z ulgą, walka z olbrzymem w tym stanie mogłaby okazać się błędem. Chociaż furia i chęć zemsty były wystarczającym czynnikiem by popchnąć jounina do rozpoczęcia pościgu i natychmiastowej walki, to zdrowy rozsądek zalecał poczekać i rozpocząć walkę na własnych warunkach. - Lepiej na razie wypocznijmy i zajmijmy sie Jinzo, Hario będziemy martwić się później - powiedział do Kohena po czym skierował swój wzrok w kierunku z którego zdawały się nadbiegać coraz głośniejsze kroki.
Kroki... głośne odgłosy biegnących ludzi, przyciągnęły uwagę łowców. Najpierw pojedyncze, co mogło zwiastować przybycie Hario. Potem kolejne... Zjawili się łucznicy klanu Hachisuka, potem zwykli mieszkańcy Nagoi. I rozpoczęło się gorączkowe gaszenie pożaru.
A nad miastem słychać było odgłos dzwonu alarmowego. Powoli formowano szeregi duszono ogień w zarodku, zanim przeniesie się na zamieszkane domostwa.
Sogetsu spokojnie obserwował jak sprawnie trwa walka z ogniem, rozmyślając gdzie ktoś postury Hario mógł się ukrywać by pozostać niezauważonym. Nie wiedział też czy olbrzym mógł mieć jakiś jeszcze wspólników w mieście oraz czy to miejscowy kupiec mógł go wynająć. Jego rozmyślanie przerwało pytanie przebudzonego Jinzo.
- Co się stało? Ostatnie co pamiętam to cmentarz i... oni próbujące mnie zabić.
Nagła trzeźwość kupca zdawała się szermierzowi bardzo na rękę, był miejscowy i na pewno wiedział co się w mieście dzieje. Mógł pomóc szybko zlokalizować kryjówkę Hario, a wtedy to on stanie się zwierzyną. “Teraz masz szansę, powiedz że Hario chciał go zabić albo po prostu zagroź że ty go zabijesz. Zdobądź informację i idziemy po olbrzyma” -jak zwykle gwałtowny Jinbei starał się popchnąć Kazame do czynów. Jednak w tej sytuacji spokój zdawał się być lepszym sojusznikiem niż gwałtowne działania.
- Wpierw panie Jinzo musisz wypocząć, jak widzisz przeżyłeś a w skrócie powiem jeszcze że Genba Hario nie ubiega się już o nagrodę za zabicie oni. Resztę opowiem w karczmie gdy już trochę wypoczniemy. - Po tych słowach dźwignął kupca z ziemi i podał rękę Takamiemu by wstali i mogli skierować się już do karczmy. - Chyba że wolisz podziwiać ten piękny pożar ? - w tym zdaniu dało się bardziej wyczuć chęci demona niż jego własne.
-Wolałbym dowiedzieć się teraz.- odparł kupiec i jego spojrzenie przesunęło się na płonący budynek, by na twarzy kupca wywołać wyraz przerażenia.- Pożar? Co, na szlachetnych przodków, tu zaszło?
Najwyraźniej nie chciał z wyjaśnieniami czekać do powrotu do karczmy.
Kohen z powątpiewaniem pokręcił głową. Wolał, żeby Jinzo nie wiedział o pułapce Hario. Chociaż..., w umysł maga wkradł się niecny plan.
- To robota Hario-san - stwierdził youjutsusha - Hario-san powiedział, że znalazł gniazdo oni i chciał się pozbyć wszystkich za jednym zamachem. Podpalając dom, w którym miały być...
Mag zrobił smutną minę.
- Próbowaliśmy go odwieść od tego planu, jednak było już za późno. Budynek stanął w płomieniach, a Hario-san uciekł. Mieliśmy zamiar go ścigać, jednak nie chcieliśmy zostawiać ciebie, Jinzo-san, samego. Co by się stało, gdyby, nie daj bogowie, pojawił się jakiś demon?
Takami zawiesił głos, czekając aż prawda słów dotrze do kupca.
- Niestety! - dodał po chwili z najprawdziwszym smutkiem - Okazało się, że w tym budynku nawet nie było demonów. Hario-san okazał się zwykłym oszustem. Boję się, że jeśli nie zostanie powstrzymany, więcej tego pięknego miasta może pójść z dymem. Jeśli taki człowiek, uważa, ze tylko w ten sposób można pozbywać się oni... Powinniśmy to omówić z resztą łowców, Jinzo-san. W razie, gdyby Hario-san spróbował tego jeszcze raz, czy nawet chciał pozbyć się “konkurencji”.
Kohen zakończył, czekając na reakcję kupca. Miał nadzieję, że Sogetsu poprze jego wersję na wieczornym spotkaniu. Ale o tym zamierzał jeszcze z nim porozmawiać później.
Szermierz tylko kiwnął głową na potwierdzenie, nie chcąc dać poznać że ta wersja wydarzeń lekko mija się z prawdą. Chodź w sumie ta wersja była dla niego dużo lepsza, rozpowiadanie że Hario nie przybył po demony tylko po niego mogło roznieść niepotrzebne plotki. Mógł się tylko domyślać co za plan wymyślił youjutsusha, ale póki miał on za zadanie pogrążenie wrogiego mu olbrzyma było mu to jak najbardziej na rękę.
Jinzo zaskoczyły te słowa, przez chwilę mamrotał pod nosem.
- To nie może być. Co teraz...Co zrobić, co zrobić. - Wreszcie, gdy atak paniki minął, Jinzo westchnął ciężko. -Trzeba będzie jakoś złapać Genba Hario.
Przyłożył dłoń do czoła w geście desperacji.
- Jakoś... Hario-san rzuca się w oczy. Poinformuję odpowiednich ludzi i plotka sama okrąży miasto. A odpowiedni ludzie zajmą się resztą.
Kupiec jednak nie wydawał się chętny do powiedzenia, kim są owi “odpowiedni ludzie”.
- Doskonały pomysł,. Jinzo-san - pokiwał głową Kohen, jednocześnie zastanawiając się kim są ci “ludzie” i czy nie przeszkodzą oni mu i Sogetsu w dotarciu do Hario pierwszym. Nie, żeby żywił osobistą zemstę do niego... ale gdy ktoś próbuje zabić cię i twierdzi, że “tak wyszło”, zasługuje na karę - Tymczasem proponuję powrócić do karczmy. To była ciężka noc, a my zabiliśmy niestety tylko jednego oni. Miejmy nadzieję, że reszcie powiodło się o wiele lepiej niż nam.
-Oby...
-odparł kupiec nerwowym głosem. Widać wizja Hario-podpalacza utkwiła mu w głowie.
 
Feataur jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Odpowiedz



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 07:08.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166