Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror i Świat Mroku
Zarejestruj się Użytkownicy

Sesje RPG - Horror i Świat Mroku Zmierzch rozlewa atrament rodząc upiorny nocny pejzaż, a wszelki cień staje schronieniem dla przeróżnych stworzeń nocy. Wielkie miasta drzemią, nieświadome mrocznych sekretów skrytych w ich labiryntowych zakamarkach. Ciche i odludne tereny stają się repozytorium przedwiecznych tajemnic i azylem dla niepojętych koszmarów. Zajrzyj za zasłonę, wkrocz w cień spoczywający między wymiarami, odkryj co spoczywa w ciemnych zakątkach świata.


Odpowiedz
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 29-05-2021, 20:45   #1
 
Ribaldo's Avatar
 
Oniryczne wojaże w poszukiwaniu esencji bytu - lovecraftian story


“Czerwonych z nami nie ma.
Jest za to czerwonka”
Lao Che - “Czerniaków”


Tu kiedyś stało miasto. Dumne i harde, nad Wisłą wzniesione i przez nią na dwoje rozdarte i podzielone. Na pozór tylko. Niewidzialne nici porozumienia, sploty relacji, widzialne i niewidzialne łańcuchy dostaw, spajają ten organizm w jeden niepodzielny twór..

Krwawa burza, niosąca ze sobą mór i pożogę, do szczętu spustoszyła lewy brzeg, prawy ledwie swym plugawym jęzorem muskając. To gorejąca rana na lata wrosła w całą tkankę miasta. Znamię o naturze ohydnej i podłej, gdyż na samo jego wspomnienie, każdemu mieszkańcowi ból serce rozdziera i z głębi duszy potoki słonych łez spływają.

Przeciągłe, melancholijne zawodzenie saksofonu, snuło się opustoszałymi ulicami miasta, ocierając się przy tym o obdrapane i pokiereszowane pociskami pozostałości ścian. Wibracje rozchodziły się poprzez spękane cegły, aż do samego jądra materii z której zostały stworzone. Harmonijne kręgi niosły się w każdym kierunku. Wkrótce także strzaskane chodnikowe płyty pulsowały i kołysały się w rytm ospałej melodii.
Ceglane kikuty dźwigały się ku górze. Koniuszkami swych fragmentarycznych konstrukcji pragnęły dotknąć nieba. Niema modlitwa. Bezgłośne błaganie. Milcząca prośba o rezurekcję.

Sześć lat pustej egzystencji, unurzanej w strachu, cierpieniu i śmierci. Pokurczeni, skuleni sami w sobie przemierzaliśmy ulice miasta i smakowaliśmy krew i kurz, które stały się chlebem naszym powszednim.
Dzisiaj, gdy przy szklance wódki wspominamy ten czas miniony, łzy same mimowolnie napływają nam do oczu i pocieszamy się wzajemnie, bo co nam innego pozostało. Wszak przyszłość rysuje się przed nami świetlana i tylko głupiec żyłby nostalgią za tym, co już nigdy nie wróci.
Wszystko, co u nas nowe, promienne, wszystko co się rodzi, rozwija i idzie naprzód, wszystko to zmierza do socjalizmu.
Oto walczył Lenin i Stalin. Ich sprawa żyje, rośnie i zwycięża.





Głębokie bruzdy znaczyły jego dłonie. Linia życia, pokręcona, poprzetykana licznymi uskokami i wyrwami. Linia serca, kręta, wykoślawiona i mroczna. Linia głowy… tu się głowy ścina.
Dłonie zrogowaciałe, spękane i wysuszone. To nimi wygrzebał, to miasto z popiołów i zgliszczy. Cegła po cegle. Sto czterdzieści procent normy. Trzydzieści tysięcy cegieł w ciągu zmiany.
Dużo?
Wystarczyło, by zdobył medal przodownika pracy i wydźwignąć miasto z gruzów.
Ite, missa est.


„Warszawiak”: Ty naprawdę chcesz tu zostać, Stefan?
Stefan Zabawa: A ty naprawdę chcesz odjechać?
“Baza ludzi umarłych”


Ile jest odcieni szarości?
Sto, tysiąc, a może sto tysięcy. Pospolity popiel, trywialny grafit, dystyngowany srebrny. Pełne spektrum, którym można oddać wszystkie barwy i emocje. Gdy nie ma różu lub turkusu, zastąpi go niezgłębiona siwość, co z wiekiem dojrzewa. Na deficyt karmazynu i purpury, dobra jest gołębia wielorakość. A gdy potrzebujesz podkreślić nostalgię i trawiący cię żal, niezrównany będzie szlachetny antracyt.
W takiej palecie barw egzystujemy, w takiej gamie tonacji mijają nasze dni, tutaj w dolinie Wisły

Trzy lata temu zaszło słońce.
Do dnia dzisiejszego łzy płyną mi po policzkach. Żal niewysłowiony i pustka w sercu. Wśród jego spadkobierców nie ma nikogo, kto miałby tyle siły, tyle charyzmy i i odwagi by nieść żagiew rewolucji po krańce ziemi. W drugim pokoleniu same zaściankowe umysły, które pragną pełnej miski i letniej daczy.
Próżniacy, faryzeusze i zdrajcy, niegodni by dzierżyć czerwony sztandar i prowadzić lud miast i wsi.


“Mędrcy dawnych wieków, zamykali się szukać skarbów, leków, trucizn. My niewinni, młodzi czarodzieje, szukajmy ich, aby odkryć własne swe nadzieje.”
“Niewinni czarodzieje”


Jazz - nasza miłość. Nasza wolność - ukochana i upragniona, za którą ginęły setki tysięcy. Dziś zanurzona w odmętach nikotynowego dymu, płynie na fali improwizacji, buja się w rytm swingowego kołysania i drżący przy ostrym, saksofonowym vibrato. W przyjacielskim kręgu żeglujemy wraz z nią od jednego jam'u do drugiego, od jednego kieliszka do następnego. Marzyciele, niewinni czarodzieje, którzy w plątaninie niewolniczych rytmów odnaleźli oazę wolności, zanurzoną w nieskończonej szarudze socrealistycznych odmętów.

Szare i smutne nasze narodziny. Ponura młodość, wyprana z kolorów i barw. I starość… jakże żałosna, przeraźliwie depresyjna, obezwładniająca. I tylko ona, gorzka i paląca, jak diabli, równie wybrana do cna z wszelkich kolorytów i niuansów, dodaje naszej egzystencji rumieńców, zdobi delikatnym laserunkiem szare dni powszednie.

Tylko jak długo można obijać się od burty do burty na tym naszym statku pijany? Jak długo można udawać, żeśmy artyści, myśliciele, wyzwoliciele? Jak długo… gdy przy każdym ruchu brzęczą nam kajdany i skrzypią nasze maski parszywe, wykrzywione w pełnym hipokryzji udawanym uśmiechu.





Wymarłe miasto, zmartwychwstało.
Stare Miasto, Nowy Muranów, MDM i górujący nad centrum miasta Pałac, dar narodu radzieckiego dla nas Polaków.
Rośnie Warszawa.

Jakub siedział w kawiarni przy Chmielnej, róg Marchlewskiego. Spoglądając za okno widział dwa przenikające się krajobrazy. Z lewej ruiny dawnych, tfu... prywatnych kamienic, a z prawej sięgający niebios nowy symbol stolicy, którego budowa zbliżała się wielkimi krokami do końca.
Młoda kelnerka przyniosła mu zamówioną Wuzetkę. Niezgrabnym ruchem położyła ją na stoliku obok stojącej już tam wcześniej filiżanki kawy. Wyostrzonym zmysłom Jakuba, nie uszedł uwadze pewien detal, który kobieta próbowała usilnie ukryć. Spod białego rękawa służbowej koszuli wystawał błękitno-siwy tatuaż. Ledwo pół ostatniej cyfry zdołało się wydostać spod szczelnej, powszedniej maskarady.
Auschwitz? Gross-Rosen? Ravensbruck?
- Coś jeszcze pan sobie życzy? - spytała, a jej oczy smutne, piwne, bez krzty nadziei wpatrywały się gdzieś w niedosięgłą dal.
- Nie, dziękuję. - odparł krótko, kładąc na blacie nowy pięciozłotowy banknot.

Popijając czarną lurę z białej filiżanki pozbawionej jakichkolwiek ornamentów, czy ozdobników, Jakub notował w wysłużonym notesie, co jeszcze musi kupić przed wyjazdem. Atrament wolno spływał po stalówce, wyznaczając błękitny szlak w poprzek białej kartki. W głowie ciągle dudniły mu słowa listu, który otrzymał tydzień temu.

“Szanowny Panie, z przykrością pragnę Pana zawiadomić, że wuj pański zmarł.”

Wuj, którego nigdy na oczy nie widział i o którego istnienia nawet nie podejrzewał.

“Zgodnie z wolą zmarłego, cały majątek do niego należący, zostaje przekazany w pańskie ręce. Warunkiem koniecznym dopełnienia ostatniego życzenia pańskiego wuja, jak i wszelkich formalności jest pański przyjazd do Bostonu”

Wyjazd... Tony papieru, setki pytań i trzy razy tyle odpowiedzi. Teraz gdy bilet na "Batorego" spoczywał w lewej kieszeni marynarki, wszystko zdawało się tylko odległym snem. Jutro wieczorem wsiądzie do pociągu zmierzającego nad morze, a parę godzin później będzie już na pokładzie transatlantyku i wszystko się zmieni. Jego życie i on sam ulegną całkowitej przemianie.

Dłoń Jakub mimowolnie zacisnęła się na ebonitowej oprawie pióra. Już miał wpisać kolejną pozycję na swoją listę zakupów, gdy impuls bezsprzecznie poetycki, anielski w swej wymowie i znaczeniu, kazał mu podnieść wzrok znad kartki.
Ledwo uniósł głowę, jego oczy skrzyżował się z jej spojrzeniem…





“Words like violence
Break the silence
Come crashing in
Into my little world
Painful to me
Pierce right through me
Can't you understand?”
Depeche Mode - “Enjoy The Silence”


Ten dzień zburzył jej cały świat. Budowany cegła, po cegle. Wolno, misternie, bez pośpiechu. Kroki stawiała uważnie, jakby w każdej chwili kruchy lód pod jej stopami mógł się załamać.
“Pani Barbaro mam zaszczyt poinformować, że to Pani będzie reprezentować nasz naukowy kolektyw na światowej konferencji ”
Zaszczyt? Będzie reprezentować?
- To jakiś niesmaczny żart, panie docencie? - spytała słysząc propozycję nie do odrzucenia.
- Ależ skądże… - padła odpowiedź. Zimna, oschła i bez emocji.
Klamka zapadła i nie miała żadnego wyboru. Wszak nie odrzuca się tego typu propozycji. Wszyscy jej zazdrościli, wskazywali palcami, pytali “dlaczego ona?” A przecież ona się wcale nie prosiła.

Dzień nie był słoneczny. Nawet nie należał do pogodnych. Kolejny szary dzień w ciągu takich samych pospolitych dni, podobnych do siebie jak dwie krople wody. Mimo to zdecydowała się, że do domu wróci pieszo.
Jej czółenka stukały rytmicznie, gdy szybkim krokiem przemierzała Marszałkowską. Nikt się za nią nie oglądał. Wtapiała się w szarobury tłum. Była jego częścią, nieistotnym elementem składowym. Tak samo nijaka i bez wyrazu, jak reszta jej rodaków.
Gdy zbliżała się do Chmielnej coś ją ukuła w dole brzucha. Dziwne uczucie niepokoju, niesprecyzowanego strachu. Wrażenie śmiertelnego zagrożenia, które w oka mgnienu chwyciło ją za gardło.
Nie zatrzymała się. Nie zwolniła nawet. Szła dalej, jak gdyby nigdy nic. Tego się nauczyła przez lata okupacji. Wyuczona zdolność, która pozwoliła jej przeżyć.
W uszach dudniły jej słowa docenta Walaskiewicza
“To dla panie wielka szansa. Boston. Wspaniały, wielki świat. Drzwi oszałamiającej kariery otwierają się przed panią otworem. Proszę tylko pamiętać, że nie może pani zawieść swojej ludowej ojczyzny.”

Nie może pani zawieść. Nie może…

Zatrzymała się wpół kroku. Ktoś na nią patrzył, ktoś się jej przygladał. Odwróciła głowę w prawą stronę.
Podniosła oczy znad chodnika w który wpatrywała się całą drogę. Oczy Barbary skrzyżowały się z jego spojrzeniem…
 
__________________
I never sleep, cause sleep is the cousin of death

Ostatnio edytowane przez Ribaldo : 02-06-2021 o 01:29.
Ribaldo jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 01-06-2021, 15:09   #2
 
Junior's Avatar
 

Gorzki smak kawy. Powiew luksusu w aromacie palonych ziaren. Mężczyzna zamykał oczy, wciągał głęboko powietrze nim usta zwilżył czarnym naparem. Rozkoszował się i oddawał chwili. Następnie odstawiał filiżankę z charakterystycznym dźwiękiem. I już. Znów otoczenie nabierało barw, słychać było gwar kawiarni, gdzieś za oknem przejechał samochód. Niezidentyfikowane odgłosy dobiegały z niedalekiej budowy Pałacu.

Mężczyzna usiadł twarzą zwrócony w stronę okna. Tak ja zwykli to czynić samotni bywalcy podobnych miejsc. Jakby chcąc dodać sobie otuchy i stworzyć pozory towarzystwa. Przed jego oczyma przewijał się cały korowód pieszych, a z za pleców słychać było gwar życzliwych i zaangażowanych rozmów. Można było przez chwilę się zagubić i uznać, że jest się wśród nich.

Samotna gość zdawał się jednak to ignorować. Głęboko zanurzony we własnych myślach coś notował skrzętnie. Przerywając jedynie kawowym rytuałem, który wyraźnie sprawiał mu przyjemność. Nagle spokój jego ciszy zakłóciła kelnerka przynosząc piękną WZtkę. Mężczyzna uśmiechnął się lekko i coś odpowiedział. Miał miły, choć melancholijny uśmiech. Mocno osadzone oczy, proporcjonalne rysy twarzy, szeroki, naturalny uśmiech. Mógł się podobać, ale w sposób nie oczywisty. Obraz budził jakiś niepokój czy niedostępność czający się w spojrzeniu. Był średniego wzrostu, raczej szczupły co oddawało charakter z jakim się nosił…

***

Pukanie do drzwi. Nieśmiałe. Dorota zrywa się z prędkim „ja otworze”. Stefan poprawia koszulę. Stoi przed pięknym lustrem w przedpokoju. Zdaje się nawet nie drgnął. Sygnet na ręku. Idealna biel koszuli, gładkie oblicze i zapach wody kolońskiej. Jest doskonały. Czemu więc ten mężczyzna sukcesu, młody bogacz czuje kołatanie serca i nerwy nad którymi z trudem panuje?
Szczęknięcie zamka. Głos Doroty.
- Jakub. Jak dobrze, że jesteś. Wejdź, wejdź. No nie stój tak w progu.
Głos odpowiada. Ciszej. Jakby wymuszając uważność. Zmienił się? Nie. Dla Stefana brzmi tak samo. I bez rozróżniania słów Stefan wie co powiedział. Wyczuwa jego krępacje. Wie jak ten kontestuje entuzjazm Doroty. Jak prześlizguje się obok niej.
- Stefan, no chodź.
Stefan ani drgnie. W wystudiowanej pozie taksuje swoją sylwetkę. Jakby kolejny ułamek sekundy miał mu dać wytchnienie. W końcu odwraca się i ich spojrzenia się spotykają.

***

Jakub patrzy na stalówkę. Myśli gdzieś uciekły. Podnosi wzrok i nagle widzi Ją. Dostrzega oczy, sylwetkę, ruch. W ułamek sekundy buduje Jej obraz w swojej głowie, a gdy tylko Ona widzi Jego, Jakub jak rażony spuszcza wzrok. Słaby. Niepewny. Krotochwila. Znów jest tylko pióro i kartka.
Spogląda raz jeszcze. A wtedy Ona jak prowadzona w tańcu unosi spojrzenie. W tej samej sekundzie. I teraz dzieli ich tylko niewidzialna tafla szkła. Prawie nic. Sekunda, dwie. Jakub uśmiecha się. Lekko, grzecznie. I opuszcza wzrok. Studiuje kartkę i nic nie widzi. Chciałby raz jeszcze spojrzeć ku Niej, ale brakuje mu odwagi.
Pisze coś, sam nie wie co. Robi minę i całą swoją sylwetką stara się zaakcentować, że musi poświęcić się czemuś bardzo ważnemu. Nie znoszącemu sprzeciwu i nie mogącemu czekać. A w myślach stara się poskładać układankę. Oczy, nos, usta. Podobne do Doroty. Ruch, gest. Łapie te wszystkie elementy nie pozwalając im uciec. Trwa to chwilę nim uspokaja się. Pociąga łyk kawy i notuje na kartce:

Już od tak dawna marzę o tej cudnej chwili
By objąć cię i głowę w tył przechylić


***

- Przepyszny obiad. Dawno nie jadłem nic tak pysznego. Dziękuję. – Jakub jest bardzo szczery. Komplementy sprawiają przyjemność Dorocie. Stefan lekko się uśmiecha wykonując niedbały gest. Jest małomówny. Obserwuje brata.
- Czy to prawda, że grasz na pianinie? Może miałbyś ochotę zagrać? A ja w tym czasie przygotuję deser?
- Czasem tylko piszę teksty piosenek. Komponuję.
- A to nie to samo?
Jakub uśmiecha się. Wymienia spojrzenie ze Stefanem. Przez ułamek sekundy łączy ich uśmiech i ta sama myśl. Jak przed laty.
- Jak matka się czuje?
- Dobrze.
- Dobrze?
- Tak, wszystko w porządku.
Chwilę spoglądają. Wszystko jest jasne. Jakub jakby czeka aż Stefan dopowie „przesyła pozdrowienia”, „pyta o Ciebie” lub „kazała uściskać”. Nic z tych rzeczy. Milczenie.
- A więc wyjeżdżasz, tak?
- Nie wyjeżdża, tylko… To brzmi jakby miał nas opuścić i nie wrócić. Wyjeżdża na wywczasy. Prawda? – to Dorota z kuchni. Stefan wciąż mierzy brata spojrzeniem. Ten wzrusza ramionami. Sięga po papieros.
- Nie wiem.
Milczą. Trudno jest w jednej chwili cofnąć czas i znów stać się dzieckiem. A teraz? Są dorośli i pewnych rzeczy nie wypada mówić. Obowiązuje ich konwencja. A jednak Stefan nie potrafi oderwać spojrzenia od brata. Chciałby go objąć i się rozpłakać.
- Kawa i ciasto. Nie zdążyłam przygotować nic więcej.
- Jak ty wyglądasz? Hm? – Stefan zdaje się ignorować ciastko. Jakub zmieszany spuszcza wzrok. Chowa ręce pod stołem, aby ukryć przetarcia na swetrze. Już od dawna pod stołem są jego buty. Jak najdalej od przypadkowych spojrzeń. – Nie możesz tak jechać.

***

Tekst sam spływa na kartkę. Jakub daje się ponieść chwili i notuje szybko. Później przyjdzie czas na poprawki. W myślach wygrywa melodię. Obiecał sobie skończyć przed wyjazdem. Koperta zaadresowana do Henryka już gotowa. Prezent na jego urodziny. Mała tradycja. A może pożegnanie?

Obok porzucona kartka, na której wynotował najpotrzebniejsze rzeczy. Dokumenty podróżne. Pióro, prezent od Wisławy. Zapałki i papierosy. Bielizna. Drugi garnitur, parę koszul, buty. Ciepły płaszcz. Kapelusz. Wszystko z szafy Stefana. I nieco pieniędzy. Parę dolarów. Na koniec wcisnął ciężki zawiniątko. „Uważaj. Nie daj sobie zrobić krzywdy!”.
Odmawiał, zaprzeczał, nie chciał. Ale przyjął rzucając zbędne „oddam wszystko”. Ale obaj wiedzieli. Stefan nie mógł przytulić brata i powiedzieć jak bardzo go kocha. Oddał mu co mógł, bo tylko w ten sposób mógł wyrazić swoje myśli. Jakub przyjmując odpowiedział tym samym. Uścisnęli ręce czując, że widzą się po raz ostatni.
- Może jak Jakub wróci to razem wybierzemy się za miasto na parę dni? Nie będę już ciebie męczyć pianinem.

 
__________________
To nie lada sztuka pobudzać ludzkie emocje pocierając końskim włosiem po baraniej kiszce.

Ostatnio edytowane przez Junior : 01-06-2021 o 15:16.
Junior jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 02-06-2021, 19:12   #3
 
kanna's Avatar
 
- Baśka, słyszałaś, Baśka! – chudy blondyn podrywa dziewczynę i okręca się z nią dookoła. Baśka piszczy zaskoczona - dziwnym , nie pasującym do niej , takim zupełnie niebaśkowym piskiem. Zaskoczona siłą drzemiąca w jego chudym ciele i niespodziewana bliskością z kimś, kogo traktowała prawie jak brata. A potem śmieje się.

- Postaw mnie, Maciek, no już! – rozkazuje mu poważnym tonem, ale szczęście i rozbawianie wypisane na twarzy nie pasują do głosu.
- Oczywiście, pani doktor – stawia ja ostrożnie, jakby bał się, że zbyt gwałtownie opuszczenie jej na podłogę rozbije filigranowe ciało dziewczyny.
- Dziękuje, panie doktorze – teraz śmieją się razem. Śmiech też nie pasuje do poważnego Instytutu, w którym pracują. Wpada na sine ściany z brunatną lamperia, odbija się jak kolorowy motyl od blatów paździerzowych biurek i przybrudzonych szyb.

Docent Walasiewicz staje w drzwiach pokoju i patrzy krytycznie, zimnym zniesmaczonym wzrokiem na swoich doktorantów.
- Więcej powagi, szanowni koledzy, więcej powagi – poucza ich. – Koleżanko, będzie pani reprezentować nasz Instytut i naszą ojczyznę, proszę o tym nie zapominać.
- Oczywiście, panie docencie – oczy Baśki gasną, zdmuchnięte zawiścią sączącą się ust przełożonego. Odsuwa się od Maćka.

- Jeszcze nie wiem, czy pojadę – szepce. Trochę do siebie, trochę do kolegi.
- No co ty, Baśka! – Maciek jest szczerze zdziwiony. – Przecież byłaś najlepsza na roku! Wiesz, oni też mają tam swojego Pawłowa. Skiner.
- Skinner – poprawia go.
Chłopak wydaje się nie słyszeć. – Tylko ty wybrałaś warunkowanie jako temat doktoratu. Pewnie dlatego ciebie wyznaczyli. No i znasz angielki.
- Indubitably, my dear Matthias – uśmiecha się nieśmiało Baśka. – Indubitably. Choć niedużo. Ale i tak nie wiem. To całkiem obcy świat.

Nigdy nie stałam przed tak trudnym wyborem.

Moje życie po prostu toczyło się, czasem nawet miałam wrażenie, że odgrywam rolę, którą ktoś dla mnie napisał. Studia, doktorat, mój skromny – ale z oddzielnym wejściem! - pokój na Powiślu. Wszystko było uporządkowane, przewidywalne, zaplanowane. Praktyczne i schludne, choć przy tym trochę nudne, jak moje pantofle, płaszcz i fryzura. Ale to mi pasowało. Nie szukałam przygód, podniet i wyzwań. Robiłam to, co do mnie należało, najlepiej, jak potrafiłam. A że nauka przychodziła mi łatwo – okazałam się wartościowym nabytkiem dla Instytutu. Byłam skrupulatna i dokładna. Zespół mógł na mnie polegać.

Az do teraz… Najgorsza była świadomość, że niezależnie od tego, co wybiorę moje dotychczasowe życie i tak się skończy. Ironia tragiczna. Tu nie było dobrego wyjścia. Jeśli zostanę – zawiść mnie zje. Jeśli wyjadę – nie wrócę już do moich szczurów, mojego Instytutu, mojej pracy…

- A może po prostu uciec? – przemknęło mi przez myśl. – Wyjechać w Bieszczady, albo nad morze, uczyć dzieci biologii w jakiejś wiejskiej szkółce. Nieść kaganek oświaty, rozpalać młode umysły, zarażać je ciekawością … to brzmiało kusząco.

Wyprostowałam się, zadowolona, podniosłam dumnie brodę. I wtedy nasze spojrzenia skrzyżowały się, spotkały, jakby przyciągnięte niewidzialną siłą. Facet zza kawiarnianej szyby uśmiechnął się do mnie a potem wrócił do pisania.

Nawet nie zarejestrowałam, jak wyglądał. Ale ta sekunda kontaktu otworzyła mi drzwi, które uważałam za zamknięte – tak, pojadę do Bostonu! Pojadę i zrobię światową karierę!

Poczułam – chyba pierwszy raz w życiu – że wszystkie możliwości są dla mnie dostępne. Mogłam wybierać.

I chciałam tego.
 
__________________
A poza tym sądzę, że Reputację należy przywrócić.
kanna jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 04-06-2021, 16:06   #4
 
Ribaldo's Avatar
 

“Wczoraj tak było tak, nie znaczyło zaś nie
Nie mieszało się nam czarne z białym co dzień”
Budka Suflera - “Za Ostatni Grosz”



Skrzyżowanie szlaków pośród wojennych ruin. Nader wymowny symbol naszej obecnej sytuacji. Nachalny, natarczywy, pozbawiony finezji, walący gołą prawdę prosto w oczy. Uporządkowane zgliszcza wśród których unosił się kurz odnowy. Huk młotów i szum betoniarek, mieszały się z gwarem ulicznego ruchu i siarczystymi przekleństwami robotników. Istne pandemoniczne crescendo.
Każdy kto przyjeżdżał do stolicy, trafiał od razu w to gniazdo szerszeni. Odnaleźć się w tej plątaninie drewnianych kładek, bezpiecznych skrótów i prowizorycznych tuneli podziemnych, nie było łatwo.
Nawet rodowici warszawiacy mieli nie lada kłopot, aby szybko i sprawnie poruszać się po tym niekończącym się placu budowy.
Dworzec z prawdziwego zdarzenia stanie w tym miejscu dopiero za dobrych parę lat. Teraz wszyscy podróżni musli tłoczyć się na nieprzystosowanym do tego przystanku stacji Warszawa Śródmieście.

Drobinki kurzu wirowały w przenikających wszystko wrześniowych promieniach słońca. Betonowy peron pokrywała wielokolorowa mozaika z ledwo, co spadłych liści, nawianych przez wiatr nie wiadomo z jak odległych stron, gdyż okolice stacji praktycznie pozbawione były jakichkolwiek drzew. Stojący w nich po kostki oczekujący na pociąg pasażerowie, ubrani w popielate i szarobure płaszcze i jesionki wyglądali zaiste jak wyjęci z jakiegoś surrealistycznego obrazu lub snu wariata.
- Pociąg relacji Warszawa Wschodnia-Gdynia Główny przez Łowicz, Konin, Poznań, Bydgoszcz, Tczew odjedzie z toru drugiego przy peronie pierwszym - trzeszczący głośnik rozniósł informację po całej stacji.

Nagle świst, nagle gwizd i wśród olbrzymich kłębów pary wjechał na peron pociąg. Lśniąca, czarna lokomotywa z czerwonymi wstawkami i sowiecką gwiazdą na przedzie, wyglądała niczym wyjęta z bajki lub wiersza dla dzieci. Rząd ciemnozielonych wagonów ciągnął się długim szeregiem za nią, jak kurczaki za kwoką.

Jakub stał w gęstym tłumie pasażerów próbując się dostać do wąskich drzwi wagonu. Mimo, że bilety mówił o konkretnym wagonie, przedziale i miejscu, to nikt się tym nie przejmował liczyło się tylko to, kto pierwszy zajmie dane miejsce. Ci silniejsi, szybsi i zwinniejsi za nic mieli i zasady kultury i dobre obyczaje. Kolejna powszednia sytuacja, która niczym luneta mikroskopu pokazywała, jakie imperatywy rządzą teraz w tym kraju. Wygrywają ci, którzy są na tyle bezczelni, na tyle samolubni i cyniczni, by innych traktować po chamsku z buta i nie patrzyli dalej niż czubek własnego nosa.
Popychany, trącany łokciami i ciężkimi walizami po piszczelach Jakub wdrapał się w końcu do wagonu. Nawet nie liczył na to, że zajmie swoje wyznaczone miejsce. Nie miał nawet żadnych złudzeń, że w ogóle uda mu się usiąść. Gdy tylko szarobury tłum przewalił się i rozsiadł się wygodnie, Towiański stanął w przejściu pomiędzy wagonami i przysiadł na walizce.

W Polsce kobiety od zawsze cieszyły się wielkim szacunkiem i poważaniem. Pocałunek w dłoń na powitanie, przepuszczanie przodem w drzwiach i inne drobne zwyczaje, zdawały się jednak nie obowiązywać jeżeli chodziło o zajmowanie miejsc w pociągu. Zdziczały tłum po równi deptał obowiązujące prawa i zasady, jak i stopy swoich współobywateli. Tak wyglądała socjalistyczna równość realizowana w codziennym życiu.
Gdyby nie silne ramię wysokiego blondyna ubranego w ciemnogranatowy, pasiasty garnitur, to Barbara skazana byłaby na zadeptanie i stratowanie przez nieokrzesany tłum. Mężczyzna z szerokim uśmiechem pomógł jej również wnieść walizę do wagonu oraz zająć miejsce zgodne z tym zapisanym na tekturowym bilecie.
Gdy Barbara usiadła przy oknie chciała podziękować za okazaną pomoc, ale blondyn uchylił tylko kapelusza, skłonił się i bez słowa ruszył w głąb wagonu. Dziwne uczucie smutku wypełniło jej serce. Nie tyle za mężczyzną w pasiastym garniturze, ile za przedwojennym światem, który umarł wraz z nastaniem pokoju i zawieszeniem czerwonego sztandaru z sierpem i młotem na ruinach Reichstagu.



Koła stukały rytmicznie, wyznaczając tempo i rytm podróży. Przez wszystkie wagony przelewał się gwar rozmów, pobrzękiwanie kieliszków i echa wznoszonych toastów. Ledwo pociąg ruszył ludzie powyciągali z koszyków tłuste pęta kiełbasy, pajdy chleba i flaszki domowej roboty okowity.
Jeszcze przed chwilą gotowi byli się wzajemnie pozagryzać, żeby tylko zdobyć lepsze miejsce, a teraz bratali się i nawiązywali nowe znajomości przy kieliszku wódki i zagryzce z Suchej Krakowskiej.
Barbara wpatrywała się w przesuwający się za oknem krajobraz. Migające drzewa, fragmenty trakcji i ceglane domki budziły w niej głęboką nostalgię. Opuszczała świat, który dobrze znała , w którym czułą się bezpiecznie i gnała w objęcia nieznanego.
Ostra woń alkoholu i przeczosnkowane kiełbasy drażniły i sprawiały, że mimowolnie odwracała głowę jeszcze bardziej w stronę okna.
- Panienka, to chyba z arystokracji - zagadał otyły mężczyzn w kraciastym berecie - że jej tak wódeczka capi, co?
- Daj spokój Staszek - skarcił go jego kompan od kieliszka - Nie widzisz, że to jakaś cnotka z dobrego domu. Polej lepiej.

Prowizoryczne siedzisko Jakuba kołysało się w rytm, jakim bujał się cały skład pokonujący kolejne kilometry pokrzywionych torów. Nie było jednak na co narzekać. Dzięki temu Towiański zwolniony był z wszelkich wymuszonych przejawów grzeczności i prób nawiązania rozmowy. Mógł w spokoju zanurzyć się w swoim świecie i notować na bieżąco wrażenia.


“Wysoko w górze niebieskie niebo
Na niebie uśmiech porannych zórz
Jednako kwitną wieczorne róże
Dla wszystkich ludzi dla serc i dusz”
Marian Hemar - “To samo niebo”


Monotonne kolejowe staccato przerwały nagle piszące dźwięki bandoneonu. W ciasnych korytarzach rozległa się znana wszystkim melodia przedwojennego tanga Pod koniec lat trzydziestych grano je w każdej restauracji, w każdym nocnym klubie i najpodlejszej knajpie Europy. Smętne nuty skomponowane przez Joe Rixnera potrafili zanucić wszyscy. Podpici pasażerowie ochoczo podchwycili tekst piosenki, który zaczął śpiewać kulejący harmonista ubrany w pocerowany i poszyty wyblakły prochowiec.
Monety i pogniecione banknoty obfitym strumieniem posypały się do wysłużonego Borsalino, które trzymał kilkuletni pomocnik grajka.
Szerokie uśmiechy rozświetliły wszystkie twarze. Także Jakub i Barbara poczuli radość i spokój.



Za oknami atramentowa ciemność zalała cały świat. Wszelkie rozmowy i tylko pojedyncze pochrapywania przerywały kolejową rapsodie wygrywaną przez stalowe koła pociągu.
Pasażerowie wtuleni w twarde oparcia foteli lub siebie nawzajem zapadli w sen.

Pod szeroko rozpostartym płaszczem Nyks, na dachu pociągu rozsiedli się pospołu Hypnos, Morfeusz i Tanatos. Wpatrzeni w siebie wiedli dysputę o naturze wszechrzeczy i człowieczym losie. Strzępy ich słów unosiły się na wietrze niczym ćmy, motyle nocy przeklęte. Zwiewne zwiastuny śmierci i przemiany, a kędy siadły tam jeno mary, zwidy i kir ciemny pętający zmysły.

Losy zostały rzucone.

“So slow the night
Going down the road
There’s the place
Where we met”
Chrystabell & David Lynch - All The Things



Jakub
Promienie słońca pieściły mu twarz. Ciepły, łagodny i kojący dotyk, jakiego nie dała mu ani matka, ani żadna kochanka. Powieki miał zamknięte i tylko oczami wyobraźni malował sobie otaczający go pejzaż. Żar tropików, szum oceanicznego wiatru i kołyszące się leniwie olbrzymie palmy. Niepojęty spokój przepełniał go z każdym kolejnym powiewem. Spokój jakiego jeszcze nigdy w życiu nie czuł. W końcu odnalazł swoje miejsce na ziemi.
Tylko, gdzie się właściwie znajdował i jak tutaj trafił?
Bał się otworzyć oczy, aby skonfrontować się z tym co go otacza i niesie takie ukojenie i błogość.

Zamiast tego napawał się chwilą. Wdychał morskie powietrze. Oczyszczające, intensywne i pobudzające do życia. Tego potrzebował i tego pragnął, choć od zawsze uciekał od takich myśli i fantazji. Nigdy ich nie szukał, a teraz one same znalazły jego.

Stopy zagłębiały mu się w miękkim, aksamitnym piasku. Drobne ziarenka otulały go niczym czułe dłonie ukochanej. Chciał, aby ta chwila trwała bez końca. Nie poruszał się, karmił się i sycił przenikającymi go wrażeniami

Szum fal bijących o brzeg wybrzmiewał niczym najcudowniejsza symfonia. Muzyka sfera dostępna tylko dla nielicznych. Rajskie tchnienie utracone przed wiekami przez ludzką głupotę.

Ocean zaszumiał złowrogo, a kolejna fala wzrosła w siłę i z o wiele większym impetem wdarła się w głąb lądu. Po raz pierwszy zimny oceaniczny jęzor musnął jego stopy.
Chłód głębin otrzeźwił go i wyrwał z idyllicznej ekstazy. Powieki nadal miał zamknięte, gdyż czuł jak otaczający go krajobraz przeobraża się i deformuje, wyciągając ku niemu swe krwiożercze szpony.

Zapragnął wyrwać się z tych dławiących go ramion, z tej napastliwej miłości, którą jeszcze chwilę temu pragnął jak niczego na świecie.
Powieki ani drgnęły, choć w tej chwili chciał już się przebudzić. Lęk, jaki zagnieździł się w jego sercu był zbyt duży. Mózg odmówił wykonania polecenia.
Trwał zatem w tym koszmarnym otępieniu, nie mogąc wykonać choćby najdrobniejszego ruchu.

Nie pozostało mu nic innego jak krzyczeć. Wrzeszczeć i błagać o pomoc, aby ktoś go wyrwał z tej upiornej butaforii.



Barbara
Wokół niej ze wszystkich stron ściany białe, na podobieństwo płacht prześcieradeł rozpostarte, zwisały bezwiednie bez początku i końca. Trwały nieprzerwanie przez eony i miriady lat świetlnych. Ona ziarenko pyłu, lewitujące pośród potęg niezbadanych, sił nieznanych, tych co losem ludzki władają.
Pod stopami rozciągała się przeogromna wykuta w tafli lodu szachownica.


Astralna peregrynacja.
Trwoga wypełniła każdą cząstkę jej jestestwa. Pragnienie ucieczki zawładnęło jej umysłem. Lodowaty chłód bijący od kosmicznej szachownicy nasycał i skuwał ją w arktyczne kajdany.

Uciekaj! - wrzeszczała sama do siebie.

Szarpała się i motała z całych sił, bez opamiętania, niczym zwierzę w potrzasku. Arktyczny chłód nie ustąpił, ani krok. Z wolna pożerał ją dalej, centymetr po centymetrze.

Kolejny zryw, Kolejne szarpnięcie. Ostatni przepotężny wysiłek w który włożyła resztki sił. Ostateczna determinacja, eksplozja eskapizmu i…

I nic.
Tak się zdawało w pierwszej chwili. Dwa uderzenia serca później, gdy całkowicie opadła z sił i pogodziła się z nieuniknionym, przestrzenią wstrząsnęła implozja.

Szachownica rozpadła się, a ona zaczęła spadać, spadać bez końca.




Gdynia o świcie przypominała wymarłe miasto wyrwane wprost z apokaliptycznego snu. Szare, pozbawione wszelkich ozdób betonowe budynki wzniesione wedle modernistycznych prawideł odpychały i budziły podświadomy niepokój.
Nieliczni przemykający w cieniu architektonicznych monstrów przechodnie bardziej przypominali popielate zjawy, niż prawdziwych ludzi.

Do odprawy “Batorego” pozostało dobrych kilka godzin. Czas, który niewątpliwie będzie się dłużył niemiłosiernie, ale nie było żadnego sposobu, aby przyspieszyć jego bieg.
 
__________________
I never sleep, cause sleep is the cousin of death
Ribaldo jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 05-06-2021, 12:05   #5
 
kanna's Avatar
 
Pożegnania… ręce ściskające jej dłonie, obejmujące ją, klepiące po placach. Słowa szczere, przepełnione smutkiem rozstania ale też zimne, pełne lodowatej zawiści. Prezenty, drobne zawiniątka wypełnione wspomnieniami po, o lepszym życiu. „Oddasz mi jak wrócisz, Basiu”. Próbowała protestować, ale wydawało się, ze znajomi, uwięzieni w szarości nowej ojczyzny, chcą choć symbolicznie wysłać cząstkę siebie z ocean, w postaci pożyczonego szala, książki, pończoch, czy pierścionka. Nie wiedziała, nie przypuszczała, że tyle osób poruszy jej wyjazd. Sukienka z kompletnie niepraktycznego, absolutnie cudownego jedwabiu, zdobytego nie wiadomo jak przez jej koleżanki, krawcowa, która w środku nocy brała miarę… „Musisz jakoś wyglądać…”. Trochę za ciasna, za mocno opinająca jej biust i kibić , nieco za krótka, jak się Basi wydawało, tak niepodobna do przydużego fartucha, który zwykle nosiła. Zawinęła ją z nabożeństwem w czysty papier i włożyła do – również pożyczonej , na wieczne nieoddanie – walizki z lakierowanej tektury.

Tłum na dworcu przeraził ją – nie znosiła ciżby, zaduchu, zbyt dużej ilości dźwięków, dotyków, obrazów, spojrzeń. Bodźców. Przytłaczały ja, powodowały chęć natychmiastowej ucieczki, skrycia się, rozpłynięcia. Dlatego tak dobrze czuła się w swoim laboratorium, w jego ciszy, przerywanej tylko popiskiwaniem szczurów, sterylności i przewidywalności.

Przyszła bardzo wcześnie, bała się spóźnić, nie lubiła pośpiechu. Czekała na peronie a ten coraz bardziej zapełniał się ludźmi. Pogrążona w lekturze, która odcinała ją od świata, dawała bezpieczną przestrzeń, początkowo nie zwracała na to uwagi. Kiedy w końcu zorientowała się, że ludzi jest tak dużo, zdecydowanie za dużo jak na jeden pociąg, chciała uciec, zrezygnować, ale było już za późno. Tłum otaczał ją, osaczał, żył własnym życiem, nie pozwalał oddalić się, odejść, czekał zwarty falujący. Nie wypuszczał ze swoich objęć.

A potem, niesiona jego energią, wspierania ramieniem nieznajomego blondyna, znalazła się w pociągu. Wciśnięta w kąt dochodziła do siebie, próbując odseparować się od głosów, dźwięków, obrazów, zapachów, które znów ją przytłaczały. Sięgnęła do kieszeni płaszcza i wyciągnęła niewielki, szklany pojemniczek, zaczopowany korkiem. Otworzyła go i wciągnęła znajomy zapach – zapach laboratorium. Szczury, ich sierść, wydzieliny, trociny, pleśń. Zapach uspokajał, odcinał od smrodu niemytych ciał. Przymknęła oczy. Zaczęła w myślach powtarzać imiona: Aksel, Rózia, Grubcio, Sprytek.. Każdemu nadała imię, choć w papierach opisywano je tylko numerami i sygnaturami.

Wynurzyła się za snu jak spod powierzchni wody po zbyt długim nurkowaniu – przestraszona, upojona pierwszym łykiem powietrza, z mroczkami po powiekami i szumem w uszach. Płuca ściśnięte, koniuszki palców zimne.
Przez parę długich sekund rozglądała się nieprzytomnie dookoła, myśląc gdzie jest, czemu nie poznaje tych ludzi i tego miejsca. Nie krzyczała, krzyczała tylko jako dziecko, potem nauczyła się zamykać krzyk w sobie. Krzyczeć do środka.

Oddychała szybko, płytko. Powoli przypomniała sobie, na początek wskazówki odnośnie oddychania. Wdech na 6. Przytrzymaj na 5. Wydech na 8. Pomogło, zwykle pomagało. Potem wróciła pamięć.

Do snu nie chciała, nie planowała wracać. Nie zdziwił jej, w sytuacji przeciążenia organizm często odreagowywał w taki sposób. Zdążyła się już przyzwyczaić.

W Gdyni spędziła kiedyś całe lato, jako dziecko, albo wczesna nastolatka. Pamiętała wszystko dokładnie – puste plaże, wysoki brzeg z lasem, zimne morze, które najczęściej miało kolor sino-niebieski. Kochała to morze.

Puste, szare miasto przygarnęło ją, otoczyło monotonią, ciszą, ostrym wrzaskiem mew i dalekim szumem morza. Odetchnęła głęboko raz i drugi.

Wyszła z budynku dworca, zostawiając uprzednio walizkę w przechowalni i ruszyła prosto nad morze. Zeszła na plażę, ściągnęła pantofle i zaczęła iść w stronę Orłowa po ubitym, zimnym pasku na granicy wody i plaży.

Było pusto. Zdjęła sukienkę, zostając w samej bieliźnie. Schowała ubrania w lesie a potem weszła do morza. Woda była cieplejsza, niż się spodziewała, nagrzana po lecie, cieplejsza niż powietrze. Przeszła kilka kroków, pozwalając, żeby drobne kamyczki i muszle wbijały się w jej stopy, a potem zaczęła płynąć. Oddech, wyrzut ramion, Oddech, wyrzut ramion. Płynęła, upajając się ciszą i samotnością. Potem przekręciła się na plecy i pozwoliła unosić się wodzie. Leżała, łapiąc pojedyncze, nieśmiałe promienie słońca, kołysana falami. Wypełniała ją pustka i spokój.

Potem wyjdzie na brzeg, pozwoli, żeby wiatr osuszył jej ciało, ubierze się, zbierze do kolejnej próbówki trochę wodorostów zmieszanych w z wodą i morskim piaskiem, tworząc sobie kolejną kotwicę zapachową. A potem poszuka terminala…

Ale to potem. Teraz była tylko ona i morze.
 
__________________
A poza tym sądzę, że Reputację należy przywrócić.
kanna jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 09-06-2021, 18:20   #6
 
Junior's Avatar
 
W koło gwar rozmów, śmiechy, piski i wszystko w rytm charakterystycznego turkotu żelazowych kół. Rytmiczne uderzenia nadawały rytm. Słowa, kroki, nawet oddechy zdawały się podążać za rytmem kolei.

Gdzieś obok jakaś para przysiadła na podłodze. Byli młodzi i szczęśliwi. On usiadła na podłodze, a ona jemu na kolanach. Uśmiechali się. Młodzi i zakochani. Coś szczebiotali do siebie, ale odgłos pociągu zagłuszał. A nawet jeśli nie? Jakub nie zwracał szczególnej uwagi. Z drugiej strony tęższa pani zaparła się o ścianę, gdyż tusza nie pozwalała usiąść. Wymownie sapiąc i przewracając oczyma szukała wzrokiem pasażerów, którzy zajęli miejsca siedzące. Co kolejnym „o jejku” i sapaniem próbowała udowodnić, że to jej należy się miejsce siedzące.

Także i na nią Jakub nie zwracał szczególnej uwagi. Po pewnym czasie kobieta zniknęła. Nie liczyła się. On spoglądał prze okno i łowił obrazy. Próbując zlepić z nich pamiątkę. Chłopak pędzący po polu motorem. Rodzina pracująca w polu. Przekupki sprzedające coś przy drodze. Dziewczyna z pięknymi warkoczami czekające przy przejeździe kolejowym. A ponad nimi szybujące ptaki. Klucz żurawi. Wysoko, majestatycznie. Myszołów szybujący nisko nad polem. Kaczki zrywające się z jeziora spłoszone nadjeżdżającym pociągiem. Sierpówka czy stado kwiczołów przy tym samym przejeździe kolejowym co dziewczyna na rowerze. Lecieli, jechali.

***

- A co pan tak ciągle pisze?
- Przepraszam? – Jakub odwrócił się. To była jego sąsiadka z pociągu. Teraz stali na peronie podczas zmiany lokomotywy.
- Przecież widziałam. Ciągle coś pan notuje.
- Ach takie tam. Lubię pisać.
- To tak jak mój Gustaw – dziewczyna przytuliła się do swojego chłopaka. Był wysoki, szczupły, miał szerokie ramiona i dłuższe włosy które co rusz nachodziły mu na oczy. Jakub od pewnego czasu śledził tę grę z wiatrem.
- Naprawdę? To ciekawe. – Jakub autentycznie zainteresowany posłał uśmiech Gustawowi. Ten spojrzał na Jakuba i na dziewczynę. Wszystko było jasne.
- Tak, Gustaw pisze dla mnie piosenki. Bo wiesz. Mam głos. Chciałabym zostać śpiewaczką. Wystąpić w radio. Aby inni mogli mnie poznać.
Jakub spoglądał chwilę w zamyśleniu. Miała ładny uśmiech. Czego w życiu trzeba, aby marzenia się spełniały? Może wiary. Na przekór Gustawowi, który wyraźnie stremowany i zły kręcił butem próbując zapaść się pod ziemię.
- Chyba już kończą. Wracajmy do pociągu.

***

Znów miarowy turkot. Słońce skryło się za horyzontem. Jakub do ostatniej chwili skrzętnie pisał i notował. W końcu złożył plik kartek i schował do kieszeni. Wystarczy. Wyjrzał przez okno, gdzie już tylko szare kształty przemykały na wpół niewidoczne. Pozwolił ponieść się hipnotycznej nocy, a sen spłynął niepostrzeżenie.

Słońce, piasek, relaks, szczęście. Był to ten rodzaj snu, któremu towarzyszyła świadomość. Niczym sen w śnie! Z przeświadczeniem, że możesz się obudzić. Ale nie chcesz. Piasek przerodził się w ocean. Gorąc słońca w chłód głębin.

Nagle fala poderwała Jakubowe ciało. Uniosła wysoko i dziko rzuciła w głębiny. Jakub lubił wodę. Tomasz nauczył go dobrze pływać tak że czuł się pewnie. Zaczerpnął powietrza i pozwolił się ponieść prądom oceanu. Spodziewał się, że odbije się od dna i wypłynie na powierzchnie. Odliczył raz, dwa, trzy… i nic.

Otworzył szerzej oczy. Woda wciąż kotłowała się w koło. Wyczuwał zimny prąd, który omiatał go lodowatym chłodem i czymś jeszcze. Lękiem. Znajdował się kilka metrów pod powierzchnią. Rozgląda się w koło próbując odnaleźć orientacje. Daremnie! Gdzie jest dno? Gdzie płynąć? Nagle wypuścił zapas powietrza, ale nim obserwować zbawienne pęcherzyki powietrza jedynie krzyknął! Niczym przerażone dziecko.
- Mamo!!

***

Opuścił pociąg spiesznie. Nie podnosząc głowy. Bojąc się spojrzeń innych pasażerów, którzy poznali jego sekret. Nie podnosił wzroku, a jednak czuł jak inni się gapią. Jego plecy ciężkie były od spojrzeń i słów rzucanych ukradkiem. Nie zareagował na proste „do widzenia” rzucone ładnym dziewczęcym głosem. Obserwował jedynie buty Gustawa przeciskając się w wąskim przedziale.

A jednak. W ułamku sekundy namacał zwitek kartek w kieszeni i wsunął w kieszeń marynarki Gustawa. Tam będziecie bezpieczne – pomyślał. I uciekł.

***

Odnalazł ciszę i spokój w szczebiocie mew. Pośród piaskownic zwyczajnych i turzyc skrył się dla innych nie widoczny. Zaraz przed nim szumiało morze. Usiadł na piasku i dopiero teraz spojrzał w górę, w niebo. Tuż nad nim mewa rozłożyła ramiona i szybując na wietrze pozostawała niemal w miejscu. Lekko tylko kołysała się na prądach wiatru. Jakub zapłakał.
 
__________________
To nie lada sztuka pobudzać ludzkie emocje pocierając końskim włosiem po baraniej kiszce.
Junior jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 12-06-2021, 00:49   #7
 
Ribaldo's Avatar
 


“Morza szum, ptak śpiew…”
Czerwone Gitary


Wejście na pokład transatlantyku było niczym wkroczenie do innego świata. Feeria barw, zapachów, a nawet odgłosów uderzała w nawykłych do szarzyzny i nijakości pasażerów niczym świetlisty grom. Większość wchodząc na pokład rozglądała się dookoła z otwartymi ustami ze zdziwienia lub załzawionymi oczami ze wzruszenia i nostalgii za światem, który w ich mniemaniu odszedł w niebyt.
“Batory” zwodowany jeszcze przed wojną, stanowił ostatni klejnot rodowy upadłej familii. Każdy mebel, każda dekoracja, każdy najdrobniejszy element wyposażenia nawiązywał do statusu i aspiracji, jakie miała Rzeczpospolita zanim wojenna zawierucha doprowadziła do całkowitego przepoczwarzenia się kraju i ustroju w socjalistyczny koszmarek.

Pasażerowie, gdy tylko wdrapali się po stromy trapie na pokład statku witani byli przez kapitana i jego dwóch zastępców. Oficerowie ubrani w galowe mundury ukłonem i uściśnięciem dłoni honorowali uczestników rejsu, zapraszając do tego, aby ci rozgościli się i czuli, jak u siebie w domu. Serdeczność, gesty, drobne słowa i komplementy rzucone niby przypadkiem sprawiały, że każdy z miejsca stawał się wyjątkowym gościem i wiedział, że jest tu mile widziany i może liczyć na pomoc i opiekę.
Kapitan Jan Ćwikliński dopełniwszy najdrobniejszych detali powitalnego ceremoniału udał się na mostek i dał rozkaz do wypłynięcia.



Pierwsze popołudnie
“Batory” sunął bez przeszkód po niemalże płaskiej tafli Bałtyku. Morze tego dnia emanowało spokojem i ciszą, jaka niezwykle rzadko występuje w naturze. Fale nieśmiało i niemal bezgłośnie rozbijały się o kadłub statku.
Nudności? Choroba morska? O nie, nic z tych rzeczy nie miało prawa wystąpić nawet u najbardziej wrażliwych i niedoświadczonych pasażerów.
Morze łagodnie wprowadzało ich w swą niezmierzoną domeną, a nowoczesne stabilizatory dbały, by przy nawet największym sztormie pokład nie kołysał się za bardzo.

Wrześniowe popołudniowe słońce i świeża morska bryza sprawiła, że większość pasażerów ledwo rozgościła się w swoich kajutach, a już wyległa na pokład słoneczny, gdzie na leżakach lub ławeczkach opalali się w złocistych, jesiennych promieniach.
Także Barbara i Jakub znaleźli się w tej grupie.

Barbara
Echo fal uderzających o burty statku mieszało się z jednostajnym szmerem okrętowych silników. Wbrew pozorom dźwięki te idealnie się komponowały i tworzyły kojącą morską symfonię. Barbara oparta o barierkę chłonęła atmosferę, jaka panowała na słonecznym pokładzie. Czuła się lekko wyobcowana wśród gęstego tłumu pasażerów. Zazwyczaj w takich okolicznościach towarzyszył jej podświadomy i głęboko ukryty lęk. Każdy człowiek w takim tumulcie zdawał się jej wrogi i nieprzychylny.
Teraz było inaczej.
Spoglądała na ludzi, którzy prowadzili niezobowiązujące rozmowy, obserwowali odległy horyzont lub grali w tenisa na korcie umieszczonym niemal na samym dziobie statku. Nie znała żadnego z nich, a mimo to zwyczajowy strach, nie dręczył jej. Każda z osób, która znajdowała się w pobliżu emanowała przyjazną aurą, niemal zachęcającą do nawiązania znajomości, jakby samo wejście na pokład transatlantyku odmieniało ich. Zniknęła gdzieś codzienna niechęć, zapalczywość i agresja. Czas zwolnił swój bieg, a wszyscy wokół przesiąkli atmosferą miejsca, która była praktycznie wyczuwalna gołą ręką.

Coś niepojętego i niedorzecznego - powiedziałaby gdyby ktoś jej to opowiedział. Stojąc na słonecznym pokładzie, także ledwo mogła uwierzyć w to co się właśnie dzieje.
Skrzekot mew krążących nad statkiem wyrwał ją z zamyślenia.

Coś uderzyło ją w łydkę. Spojrzała w dół. U jej stóp wylądowała dmuchana, sześciokolorowa piłka plażowa. Zaraz też pojawił się jej właściciel. Niespełna ośmioletni chłopiec o kręconych, blond włosach i dziarskim uśmiechu.
- Przepraszam panią serdecznie - rzekł z wielką powagą - Czy byłaby pani tak uprzejma i podała nam piłkę? Kolega... gapa z niego… nie złapał mojego podania i przez przypadek pani oberwała. To całkowity zbieg okoliczności i mam nadzieję, że nic się pani nie stało.
Uśmiechnęła się słysząc te słowa. Co też mogłoby się jej stać? Dmuchana piłka w żaden sposób nie mogła zrobić jej krzywdy. Nawet nie była w stanie urazić jej dumy i honoru.
Schyliła się i podała chłopcu sześciokolorową pompowaną zabawkę. Gdy się podnosiła, jej wzrok skrzyżował się ze spojrzeniem mężczyzny siedzącego kilka metrów dalej. Jego także rozbawiła ta sytuacja, co było widać po szerokim uśmiechu goszczącym na pociągłej twarzy.
Gdy tylko zorientował się, że Barbara na niego patrzy, natychmiast spuścił głowę i wrócił do przerwanej lektury.


Jakub
Obserwacja, ona zawsze stanowiła wstęp do rozważań nad ludzką naturą, do badań zachowań i charakterów. Tworzyła podstawę do dalszych przemyśleń i nie raz to w niej zawierała się inspiracja i natchnienie do dalszego pisania i tworzenia.
Jakub ukryty w cieniu wielkiego komina, stał oparty o ścianę i z lubością przyglądał się współpasażerom.

W pierwszej chwili jego wrażliwy umysł wyłapywał piękne kobiety, których nie brakowało na pokładzie transatlantyku. Mimo wczesnej jesieni i niezbyt gorącego dnia, większość z nich przyodziana w kolorowe kostiumy kąpielowe, prezentowała swoje wdzięki wylegując się niczym kotki na rozkładanych leżakach. Skryte za ciemnymi okularami, ukradkiem wypatrywały, jak wiele spojrzeń kieruje się w ich stronę.
Wyszukiwały potencjalne ofiary przygodnego romansu. Rejsowe upojenie zmysłów, które marzy się niejednemu. Pełne szczęścia sidła miłości.

Na tarasie uwagę Jakuba przykuła także grupa zakonnic, które stanowiły jakby moralną i estetyczną przeciwwagę dla roznegliżowanych, nęcących kobiecych ciał.
Biało-czarne habity przepędzały precz wszelkie marzenia o lepszym, wspanialszym świecie. Ściągały na ziemię i przypominały skąd właśnie odpłynęli. Z szaroburej ludowo-demokratycznej ojczyzny, która w ten siermiężny sposób nie dawał o sobie zapomnieć.

Kolejne linijki spostrzeżeń pojawiały się w notesie Jakuba. Jego wzrok skupił się na stojącym, tak jak on samotnie mężczyźnie. On także coś skrupulatnie notował. Jego fizjonomia nijak jednak nie kojarzyła się z wizerunkiem poety, czy literata. Wręcz przeciwnie, jego szorstkie, twarde rysy, szczurze ślepia i zaciśnięte nerwowo wargi, budziły zgoła odmienne konotacje.
Zimny dreszcz przebiegł Jakubowi po plecach. Instynktownie spuścił wzrok.i jeszcze bardziej skrył się w cieniu wielkiego komina.
Znajomi ostrzegali go, że szpicle i kapusie czają się wszędzie, że przed nimi nie da się uciec.

Czy to był właśnie jeden z nich? - zastanawiał się Jakub.




“Pod papugami nawet wtedy, gdy muzyki brak
Pod papugami w kolorowe muszle gwiżdże wiatr”
Czesław Niemen


Wieczór przyniósł silne północne wiatry i iście arktyczny chłód. Starzy marynarze mówili, że wróży to rychły sztorm i złą pogodę przez cały dalszy rejs. Na razie nikt nie brał ich słów na poważnie.
Pasażerowie chłonęli pełnymi garściami wszystkie wrażenia, jakie dostarczał im rejs. Pierwsze znajomości zostały zawarte i życie towarzyskie zaczęło tętnić w pełni.

Wszyscy pasażerowie zebrali się w największej sali jadalnej znajdującej się na pokładzie spacerowym. Wedle programu miała się tutaj odbyć powitalna kolacja i każdy, niezależnie od klasy wykupionego biletu chciał się tutaj znaleźć.

Wchodzących do sali, witały dźwięki znanej wszystkim piosenki chóru Czejanda “Budujemy nowy dom”. Utwór do którego klaskali zarówno sekretarze Komitetu Centralnego, robotnicy, jak i studenci. Pieśń, która z pozoru socjalistyczna w treści, miała w sobie nutkę przedwojennego sznytu.
Okrętowa orkiestra zdecydowała się na zagranie tego znanego utworu w rytm skocznego Charlestona. Pulchny wokalista z prawdziwą jazzową swadą wyśpiewywał tekst piosenki.
W jego ustach wers “budujemy betonowy, nowy dom” brzmiał, jak najostrzejsza satyra z socjalistycznego ustroju panującego w Polsce.

Ostanie dźwięki wygrywane przez lśniący saksofon, wybrzmiały i burza oklasków wypełniała salę jadalną. Zachwycona publiczność na stojąco podziękowała kapeli za tak wyjątkowe powitanie.
Na scenę wkroczył kapitan i gestem dłoni podziękował i jednocześnie uciszył wciąż rozbrzmiewające brawa.
- MS “Batory” wita państwa! - zaczął, a jego basowy głos dudnił potężnie w każdym zakątku sali - W imieniu swoim, jak i całej załogi z wielką przyjemnością witam wszystkich na tej uroczystej kolacji. Czeka nas długi, wielodniowy rejs i chciałbym, aby w czasie jego trwania wszyscy czuli się swobodnie, jak u siebie w domu. Zarówno ja i każdy członek mojej załogi jest do państwa dyspozycji dwadzieścia cztery godziny na dobę. Czegokolwiek by państwo nie potrzebowali, proszę śmiało informować o tym stewardów. Zrobimy wszystko, co w naszej mocy, aby zaspokoić państwa potrzeby i sprawić, aby podróż minęła w jak najbardziej komfortowej atmosferze. Przeżyliśmy sześć lat wojny, żeglując wśród niemieckich u-bootów, przeżyjemy i to - zakończył kapitan Ćwikliński nie do końca sygnalizując, czy ma na myśli sztorm o którym mówili najstarsi marynarze, czy socjalistyczny ustrój panujący w Polsce.


Barbara
Za kompanów w tej uroczystej kolacji Barbara miała czwórkę młodych ludzi. Dwie rozszczebiotane i niezwykle radosne pary.
- Jestem Stefan - przedstawił się wysoki blondyn, zaczesany na bok - To moja narzeczona Maria. A to mój najlepszy przyjaciel Andrzej i jego wybranka serca, Małgorzata.
- Za nasz rejs - Andrzej, pucułowaty brunet w przyciasnej marynarce, sięgnął po kieliszek szampana, który właśnie serwowała obsługa i wzniósł toast - I nasze nowe życie!
Zadźwięczało szkło i wszyscy spełnili toast najprawdziwszym szampanem, którego próżno było szukać na sklepowych półkach w Warszawie, nie wspominając o jakimkolwiek innym mieście w Polsce.

Kuchnia “Batorego” znana była nie tylko w całej Polsce, ale także na świecie. Miała renomę wprost niezrównanej. Tego wieczoru szef kuchni zaserwował swoim gościom sandacza w śmietanie podanego na zasmażanych porach oraz raki w białym winie.
Zapach podawanych potraw oszałamiał zmysły i zwiastował iście boską ucztę .

Niezwykle czuły nos Barbary wyłapywał niezliczoną ilość aromatów i przypraw. Czosnek niedźwiedzi zasmażany na prawdziwym maśle, kusząca woń lubczyku, majeranku i kolendry, cierpki aromat wina i słodki zapach mięsa pospolitego kiedyś, a będącego dzisiaj rarytasem skorupiaka, przyprawial o drżenie i niemy zachwyt. Bukiet kulinarnych wonności sprawił, że Barbara przez kilka chwil zatonęła we własnym świecie oddalonym o setki kilometrów od rzeczywistości w której się znajdowała. Nie skosztowała jeszcze ani kęsa, a już potrafiła zachwycić się kunsztem rzemiosła okrętowego szefa kuchni i w ciemno potwierdzić prestiż, jakim cieszył się on na całym świecie.

Rozmowy czwórki młodych ludzi przepływały, gdzieś obok. Barbara rejestrowała je tylko gdzieś na granicy świadomości. Rozkoszowała się smakiem i aromatem potraw, zapominając o reszcie świata. Zadawała sobie samej pytanie, czy te luksusy to nie jest zbytek na który nie może sobie, czy może wróżba na najbliższą przyszłość?

- A pani, co zamierza robić w Ameryce? - zapytał Stefan, jak wynikało z dotychczasowej wymiany zdań, syn prominentnego działacza PZPR, który dzięki koligacjom ojca załatwił znajomym wyjazd na Zachód z którego nie zamierzali już wracać.


Jakub
O ile powitalny utwór przypadł Jakubowi do gusty i wywołał na jego twarzy szeroki uśmiech, to towarzystwo przy stoliku nie nastrajało go optymistycznie. Trzech smętnych jegomości w szarych i nijakich garniturach, spoglądało na siebie wilkiem i nie trzeba było być jasnowidzem, żeby wiedzieć że w powietrzu wisi polityczna kłótnia.
Gdy kapitan zakończył przemowę, a kelnerzy przynieśli talerze z apetycznie wyglądającymi potrawami, najstarszy z trójki mężczyzn, wzniósł kieliszek i rzekł:
- Za naszą ukochaną ojczyznę, którą zostaliśmy zmuszeni opuścić.
- Pan wybaczy - odparł na to siedzący po jego lewej stronie, brodaty jegomość z czerwoną gwiazdą z sierpem i młotem, wpiętą w klapę marynarki - Wydaje mi się, że nikt pana z Polski nie wygania. Sam pan uciekasz, jak tchórz i tyle. Przejściowe trudności pana zniechęciły, proszę szczerze przyznać. Gdyby nie lata wyzysku i drenowania klasy pracującej przez burżujów i potentatów w innym miejscu byśmy teraz byli. Każden jeden mógłby tera raki kosztować, a nie tylko wybrani.
- Szanowny panie z przykrością muszę stwierdzić, że mylisz się pan z prawdą całkowicie i kompletnie. To właśnie ustrój, który tak pan chwalisz i nasz bezalternatywny, na wieki wieków, sojusznik na wschodzie jest odpowiedzialny za obecną sytuację.
- Jak pan śmie! Gdyby nie Związek Radziecki, nie bylibyśmy w stanie się podnieść z wojennych zniszczeń i nadal tkwilibyśmy w dziewiętnastowiecznej gospodarce i mentalności.

Koszmar, tylko to słowo było w stanie opisać to co się działo przy stoliku Jakuba. Coraz bardziej absurdalne argumenty, coraz bardziej złowrogie spojrzenia i rosnąca wciąż werbalna agresja. I na koniec to pytanie. Pytanie, które sprawiło, że Jakub niemal zakrztusił się kawałkiem przełykanej ryby.
- A pan, co sądzi panie Jakubie? Gdyby nie zdrada w Jałcie, czy nie bylibyśmy teraz w zupełnie innym położeniu? - zapytał najstarszy z grona siedzących przy stole.
- To jest źle postawione pytanie - opanował brodacz z czerwoną gwiazdą w klapie - Trzeba zadać pytanie, czy ten sojusz…..
- Niech pan pozwoli się wypowiedzieć panu Jakubowi - przerwał mu bezceremonialnie senior stolika.
Wszystkie oczy i cała uwaga skupiła się na Jakubie. Tak bardzo nie lubił tego uczucia, gdy społeczeństwo wymagało od niego wypowiedzenia się i określenia po którejś ze stron. Teraz nie miał wyjścia, musiał coś odpowiedzieć, aby zachować twarz.



“Tutaj ludzie złych profesji
Mają swoje oceany
Śmierć im podpowiada przyszłość
I co noc, co noc z nich drwi
Strzeż się tych miejsc…”
Lech Janerka


Mrok otulił korytarze swym ciepłym ramieniem. Objął w całkowite i niepodzielne władanie. Słudzy zła dostali wolną rękę i każdy na własny rachunek zaczął działać. Wyłożone puszystymi dywanami grodzie komunikacyjne, tłumiły każdy krok, każdy dźwięk. Wokół panowała niczym nie zmącona cisza. Wędrówka poprzez ich dojmującą głębię, przypominała surrealistyczny sen wariata.
Jakub i Barbara zmierzali wolno do swoich kajut. Zmęczeni, radości i upojeni pierwszymi wrażeniami z rejsu, szli wzdłuż długich korytarzy. Nie spodziewali się, że za rogiem czai się niezgłębiony mrok, który wyciąga swe pazury po ich dusze.

Migoczący kinkiet oświetlał im drogę. To właśnie w tym pulsującym nerwowo świetle ujrzeli niedomknięte drzwi do swoich kajut. Dobitny dowód pogwałcenia ich prywatności.
 
__________________
I never sleep, cause sleep is the cousin of death

Ostatnio edytowane przez Ribaldo : 13-06-2021 o 18:26.
Ribaldo jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 16-06-2021, 09:32   #8
 
kanna's Avatar
 
Przejście trapem było jak podróż w czasie.

Początkowo nie rozumiała tego uczucia spokoju i bezpieczeństwa, które ją ogarnęło na pokładzie „Batorego”. Barbara rozglądała się dookoła, zaciekawiona, ale też spokojna i zrelaksowana. Tłum przestał jej przeszkadzać. Ludzie zdawali się poruszać wolniej niż pamiętała, też spokojni, z relaksowani, uśmiechnięci. Uprzejmi i otwarci na innych. Chętni do rozmowy. Świat zwolnił swój pęd.

Początkowo nie rozumiała – czyżby zaraziła się tym spokojem od innych? Nie, to nie było to. Dzieci wrzeszczały, jak to dzieci, gdzieś jakaś para kłóciła, się, mężczyzna burczał na żonę. Ale z jakiegoś powodu nie poruszało jej to tak, jak zwykle. Wszyscy byli lepiej ubrani, niż pamiętała. Odświętnie?
Dopiero widok krzątających się wokół ludzi w mundurach – uniformach otworzył wrota pamięci. „Serdecznie witamy” „W czym mogę być pomocny?” „Jestem do usług” dobiegało do niej zewsząd. Wypowiadane z szacunkiem, bez uniżoności.

Znała ich. Concierge. Recepcjoniści. Dyrektorzy.

Poczuła, jak czas nagle się cofa, jak lata wojny zacierają się jej w pamięcią a ona znów jest beztroską nastolatką, która spędza czas z rodzicami w kolejnych, i kolejnych luksusowych hotelach. Rzym. Paryż. Londyn. Moskwa. Sopot.

MS Batory był po prostu takim pływającym hotelem. A nawet więcej – był pływającym, przedwojennym miastem. Niewielkim, ale miastem. Mieścił wszystko, czego eleganccy, bogaci ludzi potrzebowali do życia. Restauracje, baseny, hole z miękkimi fotelami, sale do tańca.

Basia mogłaby tu zamieszkać na stałe. Oczywiście, takiej opcji nie było, ale przyjemnie było poudawać, że ostatnie dziesięć lat się nie wydarzyło. I po prostu to zrobiła – potrafiła zakładać różne maski, zmieniała je, jak przed wojną sukienki. Teraz przebrała się za inteligentną, oczytaną, obeznaną w świecie nastolatkę, jaką była kiedyś. Nieco zbyt dojrzałą jak na swój wiek. Ale z dużym urokiem.

Flirtowała z eleganckimi mężczyznami. Wiodła uprzejme rozmowy o przedwojennych spektaklach ze starszymi damami. Śmiała się z nieśmiesznych żartów zażywnych jegomościów. W basenowej szatni wypożyczyła kostium i od razu wskoczyła do wody. Pływała, a potem grała w piłkę. A na koniec popołudnia rozciągnięta na leżaku, spod półprzymkniętych powiek przyglądała się ludziom.

- A pani, co zamierza robić w Ameryce? - zapytał Stefan, jak wynikało z dotychczasowej wymiany zdań, syn prominentnego działacza PZPR, który dzięki koligacjom ojca załatwił znajomym wyjazd na Zachód z którego nie zamierzali już wracać.

Barbara ubrana w swoją nową - jeszcze wczoraj obcą zupełnie, a teraz tak pasującą jej - jedwabną sukienkę uśmiechnęła się do mężczyzny, nie przejmując się zupełnie jego narzeczoną. Do niej zresztą też się uśmiechała, podobnie jak do wszystkich na statku.
- Podpisałam kontrakt – powiedziała. – Z amerykańską wytwórnią filmową. Na razie jeden film, ale jeśli się spodobam… to kto wie. Oczywiście, rola nie jest wielka, ale znacząca. Uciekinierka z Europy poznaje amerykańskiego żołnierza. Dlatego ważny jest wschodni akcent, rozumieją państwo. Oczywiście, wszystko objęte jest klauzura poufności, nie powinnam wcale o tym wspominać… Ale czuje z wami taką bliskość. Jesteśmy w podobnym wieku.. może po prostu przejdziemy na ty?
- Oczywiście! – Stefan strzelił palcami na kelnera. – Wódeczkę poprosimy!
- Służę.

Po zwyczajowym bruderszafcie, kolejnych opowieściach o wymarzonym życiu za oceanem, deserze , winie, oraz tańcach Barbara wymknęła się w końcu z objęć swoich nowych przyjaciół („Nie Marysiu, nie ma potrzeby, wytłumacz narzeczonemu, przecież to nie jest Praga nocą, tylko elegancki statek.”). Umówieni już byli na śniadanie, potem na wspólne gry i relaks na pokładzie słonecznym. Oraz – oczywiście – tańce i koncert wieczorem.

Szła korytarzem, otulając się cisza, a gwar rozmów i muzyki milkł powoli, oddzielony od niej stalowymi grodzami. W końcu stanęła przed drzwiami swojej kajuty. Nie wyróżniały się niczym na tle dziesiątek takich samych drzwi. Teraz jednak Basia dostrzegła różnicę. Drzwi były niedomknięte.
Zatrzymała się w pół gestu, ujęta nagłym niepokojem. Oczywiście, była lekko pijana, mocno zmęczona emocjami, słońcem i tańcem, a przede wszystkim odgrywaniem postaci, którą nie była. Ale zakodowane głęboko w komórkach jej ciała mechanizmy nie zawodziły. Przeżyła ostatnie lata tylko dlatego, ze nauczyła się wtapiać w tłum, ufać intuicji i minimalizować ryzyko.
Dlatego teraz cofnęła dłoń i szybkim krokiem wróciła psutym korytarzem.
Nie musiała iść daleko, stewarda znalazła tuż przy wejściu na schody, prowadzących na wyższy pokład.
- Przepraszam – odezwała się. – Mam problem.
- W czym mogę pomóc? – ciemnowłosy, przystojny mężczyzna, podszedł do niej – Mam na imię Witek. Nie może pani znaleźć kajuty? – zapytał, odnosząc się najwyraźniej do swoich wcześniejszych doświadczeń z pasażerami.
- To nie to – pokręciła głową, a na twarzy mężczyzny pojawił się zaciekawienie. – Drzwi nie są zamknięte… może pan towarzyszyć mi? Nie chcę tam wchodzić sama.
- Oczywiście - zaciekawianie zniknęło, zastąpione lekko dostrzegalnym napięciem. – Jaki numer?
- 330.
Mężczyzna skinął głową. – Pójdę przodem – powiedział.

Po chwili stanęli ponownie przed drzwiami.
- Pozwoli pani? – zapytał, a kiedy skinęła głową wszedł pierwszy do środka. – Proszę poczekać.
Po minucie wyszedł. – Nikogo nie ma. Jest pani pewna, ze zamknęła pani drzwi? – zapytał, nieco protekcjonalnie, co zaowocowało gniewnym ściągnięciem brwi u Barbary.
Zauważył to.
- Przepraszam, musiałem zapytać, taka procedura – tłumaczył się,
Basia weszła do środka. Jej rzeczy leżały w nieładzie. Ewidentnie ktoś je przed chwilą przeglądał, jakby czegoś szukał i nie zdążył schować na miejsce. Nie wyglądało to jak miejsce po przeszukaniu, ale panował nieład. Na pierwszy rzut oka miejsce nie wzbudzało podejrzeń, wyglądało tak jakby Basia sama rozrzuciła rzeczy przed wyjściem na kolację, i nie zdążyła ich poskładać.

Ale kobieta pamiętała, że wszystko było starannie poukładane.
- Wszystko poskładałam przed wyjściem – tłumaczyła stającemu ciągle w drzwiach kajuty stewardowi. – Wygląda, jakby ktoś tu wszedł i przeglądał moje rzeczy… Jak to możliwe, na takim eleganckim statku?! – zaatakowała.
- Proszę się uspokoić. Czy coś zginęło?
- Nie… - pokręciła głową. – Wszystko jest, nawet biżuteria.
- Oczywiście zgłoszę tą sytuację. – zapewnił ja steward. – Dołożymy wszelkich starań, żeby wyjaśnić , co się stało.
- A jeśli ta osoba wróci? Ma klucz! – denerwowała się Basia.
- Nie wejdzie, jeśli zasunie pani zasuwkę – wskazał mechanizm na drzwiach. – Mam dyżur całą noc, będę zwracał szczególną uwagę na pani kajutę. A gdyby coś… - sięgnął do kieszeni bluzy i wręczył jej mały, metalowy przedmiot. – To gwiazdek sygnalizacyjny. Proszę go użyć, jeżeli coś panią zaniepokoi. Dobiegniecie tutaj zajmie mi około 45 sekund. – wyjaśnił.
- Dziękuję – kobieta wyciągnęła dłoń.
- Dobrej nocy – powiedział steward i wyszedł, zamykając delikatnie drzwi.
Basia zasunęła zasuwkę.

Wbrew swoim obawom zasnęła natychmiast po tym, jak ułożyła się w pachnącej czystością pościeli.
 
__________________
A poza tym sądzę, że Reputację należy przywrócić.

Ostatnio edytowane przez kanna : 16-06-2021 o 09:35.
kanna jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 21-06-2021, 00:14   #9
 
Ribaldo's Avatar
 

“Can you dig it”
Ice Cube


Ktoś dokonał kwerendy. Przejrzał, skatalogował ich intymność wedle własnych prawideł i uznania. Gwałt kameralny, który wyszedł na jaw tylko przypadkiem. Jeden toast więcej, jeden wydłużony taniec i nikt nie poznałby prawdy. Predestynacja wiarygodności została dokonana i zadekretowana. Subtelna, a jakże bolesna i destrukcyjna w swych skutkach operacja. Spowita w mroku i sekrecie, wyszła na jaw i dokonywała spustoszenia w anturażu i prywatności.

Noc.
Ciemna i duszna, nie przyniosła ukojenia. Wręcz przeciwnie sieć obaw i lęków zgęstniałą, niczym beszamel na patelni okrętowego kuchara. Lepka sieć zacieśniała się z wolna.

Zaduch, parny i bezwzględny, dusił swymi łapskami i nie pozwalał zapomnieć o tym, co się stało.

Gwałt kameralny.





Szum, jednostajny dominował. Trzask rozbijających się o kadłub fal odmierzał rytm dnia. Wolny, monotonny i całkowicie pospolity.

Śniadanie, obiad, kolacja,
Rano, popołudnie i wieczór.

Jesienne słońce wyznaczało metrum. Jasne jego promienie budowały nastrój i pobudzały pasażerów do aktywności i wyzbycia się wszelkich obaw. Każda kolejna upływająca godzina zbliżała tych, którzy tak niedawno patrzyli na siebie spode łba. Wyzwoleni z komunistycznych okowów, osobliwych zwyczajów i norm, zaczynali zachowywać się tak, jak przed laty. Porządnie, przyjaźnie, po prostu zwyczajnie.
Nikt się nikogo nie obawiał, nie lękał się denuncjacji i fałszywych oskarżeń. Upływające mile morskie przybliżały ich do absolutnej wolności...

... za którą krew przelały setki tysięcy ich braci i sióstr.


Czy to kwestia statusu? Bogactwa? Czy też oddalenia od krwawego stalinowskiego reżimu?
Faktem jest tylko to, że w ludziach nastąpiła wyraźna zmiana.
Przestali się bać. Okowy lęku ustąpiły.
Nikt nie spoglądał wrogo na nikogo. Każdy wzrokiem szukał kontaktu i zrozumienia.
Mir i harmonia zapanował na wszystkich pokładach.





Barbara
Noc nie należała do spokojnych. Ciągłe przebudzenia, złe myśli i narastająca obawa, nie pozwalały Barbarze spać w spokoju. Budziła się wielokrotnie i ciągle chciała krzyczeć. Jedynie wyuczony instynkt sprawiał, że wciąż milczała, dusiła w sobie każdy, nawet najdrobniejszy jęk. Kosztowało ją to wiele wysiłku, ale nikt nie dowiedział się o jej obawach. Tylko to się liczyło.

Rano, gdy steward zaprosił ją na mostek wyglądała świeżo i radośnie, choć pod skórą kipiała burza emocji i obaw.

- Muszę panią zapewnić, że tego typu incydent nigdy nie miał miejsca na naszym statku. - rzekł kapitan, po krótkim, formalnym przywitaniu - To haniebne, że coś takiego panią spotkało. Rozkazałem przenieść już pani rzeczy do kabiny pierwszej klasy, gdzie zabezpieczenia są o wiele lepsze, a i patrole częstsze. Prosiłbym aby uważała pani na siebie i meldowała mi o każdym podejrzanej sytuacji. To mój statek i nie pozwolę tutaj na żadne ekscesy służb. Rozumie pani. Niezależnie, czy to będą służby sowieckie, czy amerykańskie. Wszyscy pasażerowie są moimi gośćmi i nie ma mowy, aby ktokolwiek próbował ich nagabywać. Na morzach i oceanach cała władza należy do mnie. Proszę się niczego nie bać. Dopóki jest pani na pokładzie “Batorego” nic pani nie grozi.

Nocny incydent sprawił, że Barbara była traktowana jako pasażer specjalnej kategorii. Mimo, że posiadała bilet drugiej klasy, wszyscy odnosili się do niej wyjątkowo i z niezwykła sympatią oraz swadą. Kelnerzy wręcz jej nadskakiwali, starając się spełniać nawet niewypowiedziane życzenia.
Przywilej i namaszczenie, które tak samo uwznioślało ją, jak i ciążyło.


Jakub
Nocna interwencja tylko pogłębiła depresyjny stan Jakuba. Ktoś za nim podążał i nawet nie krył się ze swoją obecnością. Dawał mu do zrozumienia, że nigdzie nie zdoła uciec. Smutni panowie kroczyli za nim i dawali prztyczka w nos, pokazując, jak bardzo mają w poważaniu wszelkie panujące prawa i normy.
Jakub przewracał się z boku na bok na swoim kojo i w wył w bezgłośnej bezsilności. Krzyk oniemiały rozdzierał każdą cząstkę jego jestestwa.





“Niech żyje Bal!
Bo to życie, to Bal jest nad Bale!
Niech żyje Bal! Drugi raz nie zaproszą nas wcale!
Orkiestra gra!
Jeszcze tańczą i drzwi są otwarte!
Dzień warty dnia!
A to życie zachodu jest warte!”
Agnieszka Osiecka



Pary wirują, jak szalone. Spocona orkiestra daje z siebie wszystko. Dmą, szarpią i piłują z całych sił swe instrumenty, jak cień ostatniej szansy. Pijany Orfeusz porywa kolejne, niewinne Eurydyki do tańca. Burza hormonów wije się w hipnotycznym rytmie dźwięków pulsujących w powietrzu.
Kolejne prawdopodobne romanse rozkwitają i więdną w jednej chwili, nim zdążą na dobre zaistnieć. Jeden oddech, jedno mrugnięcie powieki i miłość umiera w okowach lęku. Festiwal niespełnionych nadziei i niespełnionych pragnień. Zaduch erotyczny dławi wszystkich i wymusza instynktowne reakcje sprzeczne z rozumem. Obcy lgną do siebie, jak ćmy do lampy. Na oślep, bez opamiętania i rozumu, byle spełnić swe żądze, teraz i tu.
Tej nocy jęki ekstazy wybrzmiewać będą w wielu kajutach.

Duszność namiętna dławi zmysły i obezwładnia wszelkie myśli. Ciała spragnione pieszczot lgną do siebie, jak wypuszczony z rąk magnes, a orkiestra grać nie przestaje. Powietrze drga i wibruje, wzbudzając niepokojącą, pełną sensualnego wrzenia atmosferę. Muzyka wznieca potężny pożar, któremu nikt nie potrafi się przeciwstawić. Pasażerowie zawieszeni w potężnym uścisku bezwzględnych mocy górujących nad nimi absolutnie. Marne, nic nie znaczące pyłki rzucone na wiatr niepohamowanej chuci. Bezsensowna walka z przeznaczeniem. Bezwolne pionki we władaniu sił niezmierzonych, instynktów i ponęt bezwzględnych, muszą polec.

- My! Ze spalony wsi! My z głodujących miast! - zanucił wodzirej piskliwym głosem, który niczym ostra igła przebił nadęty balon, kipiącej namiętności. Gorączka opadła i większość odurzonych sobą par otrzeźwiało w momencie. Ciche “przepraszam”. Nieme błaganie o wybaczenie i zapomnienie. Policzki płonące ze wstydu i kompromitacji. Wzrok wbity w ziemię i pospieszna ucieczka w najciemniejszy kąt sali.

Tylko najodważniejsi trwali nadal w swych ramionach. Wbrew melodii i panującym obyczajom nie odskoczyli od siebie. Wręcz przeciwnie, ich ciała jeszcze mocniej splotły się ze sobą, zwiastując rychłe dopełnienie ceremoniału.


Barbara
Karuzela twarzy i emocji porwała ją w obłędną woltą. Sama nie potrafiła powiedzieć, jak to się stało, że gdy tylko rozległy się pierwsze dźwięki orkiestry, dała się ponieść rytmowi. Jej ciało wibrowało w takt kolejnych wygrywanych szlagierów. Radość, swoboda i beztroska wypełniły ją w pełni. Nie odmawiała, gdy kolejni mężczyźni prosili ją do tańca.
Nigdy nie czuła się tak wolna i niezależna. Nawet, gdy orkiestra jakby wbrew sobie zaczęła grać “Marsz Gwardii Ludowej” nie opuściła parkietu.
Zespolona niemalże w jedno ciało z wysokim brunetem, kołysała się zupełnie poza rytmem i wygrywaną melodią.

Nie byli jedyną parą na parkiecie, która zatraciła się w tańcu. Obok bujało się kilka osób, które także oderwały się od tego miejsca i czasu.

Światła przygasły i gęsty mrok obejmował ich swymi ramionami, tuląc do swej lepkiej piersi. Gdzieś w tle jazzowa synkopa pulsowała, niczym niewidoczny mięsień władający czasoprzestrzenią.

Kropla potu spłynęła jej po skroni. Żar wypełniał każdą cząstkę jej ciała. Biceps wysokiego bruneta, to napinał się,to rozluźniał w takt ruchów i melodii. Mięśnie ocierały się o nią, niczym kot dopominający się głaskania. Karmiła się tą siłą i tężyzna zatracając się w jego ramionach, zapominając o wszystkim co wokół. Nie było konsekwencji. Nie istniało “potem”. Było tylko tu i teraz.



“Lubisz to się bawisz”
Sokół - “Sen”


Jakub
Stał z boku, jak zawsze. Był tu i teraz, ale nie brał czynnego udziału w niczym. Wieczny obserwator. Bezstronny i niezaangażowany. Niemy świadek toczących się wydarzeń. Bezpieczny na swej bezludnej wyspie, spisywał kroniki życia, nie wiadomo dla kogo.

Ludzie bezmyślnie wirowali w parach. Oddawali się swoim pierwotnym instynktom i pragnieniom. Łaknęli wspólnoty, jedności. Zanurzeni w muzyce, rytmie i melodii, odczuwali plemienną bliskość utraconą przed wiekami.
Wszędzie pachniało dziką żądzą, tłumioną tylko społecznymi normami. Jakub odwrócił twarz i ujrzał biały księżyc zawieszony nisko nad horyzontem. Jego blade oblicze odbijało się w rozkołysanej powierzchni morza. Wypaczało je i zniekształcało. Cienie przeszłości przemykały cicho pomiędzy tancerzami.

Orkiestra nie ustawała w wysiłkach, a zimny i obcy kosmos w milczeniu przyglądał się wszystkiemu.





Druga noc
Srebrzysty księżyc wisiał nisko nad horyzontem. Wzburzone fale rozbijały się pienistymi bałwanami o kadłub statku. zagłuszając swym hukiem pracę okrętowych śrub.
Muzyka ucichła i wszystkie pokłady pogrążyły się w długo wyczekiwanej ciszy. Jedynie w maszynowni, gdzie łomot tłoków nie ustawał nigdy, mechanicy przerzucali się kartami i opowieściami o sztormach i lubieżnych kobietach.
- Zaczyna bujać - stwierdził Heniek, młodszy mechanik.
- Taaa - potwierdził Zbyszek, jego przełożony i najlepszy kumpel - Wieje z północy i pewnie dowali nam, jak tylko dopłyniemy do kanału.
- Czesiek mówi, że ma złe przeczucia, a wiesz że on się nigdy nie myli.
- Eeee taam… Gadanie… Taki z niego jasnowidz, jak z koziej dupy trąba. Nie raz już wróżył i złorzeczył. Pamiętam, jak biadolił, że nas Szkopy udupią i co… i nic. Co ma być to będzie. Tyle. Graj lepiej, a nie życie zatruwasz, jakimiś proroctwami.
 
__________________
I never sleep, cause sleep is the cousin of death

Ostatnio edytowane przez Ribaldo : 21-06-2021 o 18:45. Powód: stylistyka
Ribaldo jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 23-06-2021, 17:24   #10
 
Junior's Avatar
 
Skrzypienie kadłuba. Te tak dobrze przypominały, że stalowe statki pochodzą z tej samej rodziny co aeroplany. Zatopione w materii z pozoru sobie obcej i nieprzystępnej. Dla laika niemożliwe, aby trwać. Grawitacja prędzej czy później upomni się o swoje prawo. Niczym nóż ciśnięty w morską toń nie wypłynie. Tak samo spada z najwyższej półki zamiast pofrunąć. Za ten dar trwania zarówno aeroplany jak i statki morskie muszą składać hołd swym Panom. Więc uginają się. Dopasowują. Meandrują. Skrzypią.

Jakub leżał na łóżku wpatrując się w sufit. Nie mógł zasnąć. Wciąż nasłuchiwał. Gdy wrócił do swej kajuty i spostrzegł nieporządek poczuł złość. Jakby złodziej gdzieś tu był, wnet zaserwował by mu w podbródek! A jak! Trwało to jedną chwilę. Złodziej? A co zniknęło? A jakby on okazał się wysłannikiem Ojca? W głowie Jakuba obmalował się obraz jak wszyscy pasażerowie stoją w koło niego pośrodku kajuty i dyskretnie śmieją. Drwią sobie z niego. A co zniknęło? A może kolega za dużo wypił, hę? Ktoś przyszedł ukraść cerowane galoty! Nieudacznika. Słabeusza. Może idź poskarżyć się tacie? Ach, pardon. Przecież on nie chce Ciebie znać…

Nie mógł zasnąć. Czuł dziurę w piersi. Palącą pustkę nicości. Bezsens. Samotność.

***

Spojrzał raz jeszcze w lustro. Przystojna młoda twarz. Typ raczej intelektualisty, w którym kochały się dziewczęta w zbyt dużych okularach. Mocno zarysowane usta. Obiecujące. Mocne spojrzenie. Pogładził właśnie ogolony podbródek. Wstawał nowy dzień. Lepszy. Tak też postanowił. Pokład delikatnie się bujał. Statek niczym wieloryb leniwie obracał się na falach. Wszystko odbywało się w zwolnionym, a jednak mocno wyczuwalnym tempie. Jakub wyjątkowo dziarsko radził sobie z kołysaniem. Zadowolony pogwizdując pomaszerował w stronę kajuty. By tam zawiązać krawat, założyć modną marynarkę i udać się na śniadanie.

Wyszedł właśnie na pierwszy pokład, gdzie mieściła się restauracja. W myślach zastanawiał się czemu pokład ten nosi numer pierwszy, kiedy w rzeczywistości był piątym lub szóstym pokładem licząc od najniższych. Nagle wpadł na tęgiego mężczyznę. Rozpoznał. Kownacki. Brodaty towarzysz dnia minionego o socjalistycznych afiliacjach. Panowie wymienili powitania, ale Jakubowi nie umknęło lekko drwiące spojrzenie Kownackiego. Jakub przeprosił zmieszany tłumacząc, że jest z kimś umówiony i wielce się spieszy. I oddalił od Kownackiego i wspomnień rozmów dnia poprzedniego. O jednym i drugim pragnąc czym prędzej zapomnieć.

***

Był już późny wieczór. Muzyka, śmiech i wirujące ciała zlewały się w jedno na parkiecie. Jakub stojąc w podcieniu hojnie częstował się winem musującym. Z każdym kieliszkiem podawanym przez kelnera czuł jak w kontrolowany sposób coraz mocniej szumi w głowie. Jakub akceptował ten stan. Bardzo.

Nie kryjąc się z tym obserwował. Mężczyzn przemykających z dwoma kieliszkami szampana w stronę Pań radosnych, roześmianych, rozbawionych. Przynajmniej kilka z nich było atrakcyjnych. Jakub czuł ich zapach, ruch, zapał, śmiech. Alkohol szumiący w głowie napędzał myśli w kierunkach co bardziej dzikich i odważnych. Wszystko jednak działo się w bezpiecznym oddaleniu. Jakub do nikogo się nie zbliżył. Do nikogo nie zagaił. Czy napędzał go lęk? Czy może niechęć?

Brakowało mu wieczorów na Krupniczej 22. Tam wszystko było inne. Tam istniał prawdziwy Olimp, a Oni spoglądali na zwykły świat z góry. Zbyt szary, przyziemny, nudny i wyprany z ambicji, aby móc w niego zstąpić. A teraz? Batory huczał banalnością i jednocześnie śmiał się z nędznego pisarczyka. Zbyt nędznego i nieznaczącego, aby odnotować jego istnienie. Na mapie planów pasażerów Transatlantyku literatura nie miała znaczenia. Zwłaszcza w tańcu.

Jakub wyszedł zapalić. Jakub wyszedł przewietrzyć głowę. Sam nie wiedział czego bardziej pragnął. Ostudzić myśli czy może poczuć strzał nikotyny. Wyszedł na pomost wkomponowany w kadłub tak że stanowiąc pewne podwyższenie i wysuniętym będąc poza obrys burty oferował doskonałą widoczność. Kilka par szukał wytchnienia od tańca. Tu też negocjowano niewinny dotyk czy pierwsze pocałunki. Jakub wiedziony instynktem skręcił w bok i ujrzał ją. Stała w lejącej się jedwabnej sukience koloru burgundu, tak że ta podkreślał jej zgrabną sylwetkę z mocno zarysowanym acz delikatnym biustem. Mocny makijaż i burza ciemnych włosów. Była namiętna i kobieca w tańcu. Wiedział to. Obserwował Ją wcześniej na parkiecie. Teraz gdy ich spojrzenia się spotkały, Jakub stał jak wryty, a ona uśmiechnęła się bez krępacji taksując jego spojrzeniem. Czy było jej zimno? Marynarka. To na taką okazję otrzymał od brata marynarkę z angielskiej wełny. Może nie idealną na wieczorny bal, ale doskonałą by ogrzać zmarzniętą piękność.

- Tu jesteś Klaudio – silny męski głos. Był wyższy od Jakuba. Widział go, gdy zręcznie wyminął Jakuba i podszedł do swojej towarzyszki. Wręczył jej jeden z dwu kieliszków. Ta z uśmiechem przyjęła, spojrzał jeszcze niby przypadkiem na Jakuba, który stał nie wiedząc co uczynić. A później zniknęła już całkiem dla niego.

***

Obudził się w środku nocy. Spocony. Nie pamiętał snu. Czy aż tak trudno zerwać z kajdanami przeszłości? Zły na samego siebie podniósł się. Spojrzał na zegarek. Spał najwyżej dwie godziny. Alkohol szumiał w głowie. Poczuł, że statek zaczął inaczej obracać się na falach. Zmieniła się amplituda. To krótka fala Kanału napotykała na oceaniczne Behemoty z okolic Plymouth. Coś dobiegało końca. Poczuł niemal fizycznie jak coś traci. Niewidzialna nić łącząca go z domem pęka. A inna siła porywa gdzieś daleko w nieznane.
 
__________________
To nie lada sztuka pobudzać ludzkie emocje pocierając końskim włosiem po baraniej kiszce.

Ostatnio edytowane przez Junior : 23-06-2021 o 17:32.
Junior jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Odpowiedz



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 02:05.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168