Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror i Świat Mroku
Zarejestruj się Użytkownicy Oznacz fora jako przeczytane

Sesje RPG - Horror i Świat Mroku Zmierzch rozlewa atrament rodząc upiorny nocny pejzaż, a wszelki cień staje schronieniem dla przeróżnych stworzeń nocy. Wielkie miasta drzemią, nieświadome mrocznych sekretów skrytych w ich labiryntowych zakamarkach. Ciche i odludne tereny stają się repozytorium przedwiecznych tajemnic i azylem dla niepojętych koszmarów. Zajrzyj za zasłonę, wkrocz w cień spoczywający między wymiarami, odkryj co spoczywa w ciemnych zakątkach świata.


Odpowiedz
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 05-09-2021, 22:03   #1
 
abishai's Avatar
 
[Wampir] Martwe Wody: Sezon 1


Deszcz uderzał o szyby busa, którym jechała. Ciemność panująca za oknem zlewa się z mrocznymi pniami wiekowych drzew. Tu na krętej drodze gdzieś w Appalachach wydawało jej że opuszcza cywilizowany świat zostawiając za sobą bez.. cóż… znane światła Nowego Jorku, który to od dawna przestał być dla niej bezpieczny. Minęło już trochę czasu odkąd opuściła światło dnia wchodząc w strefę mroku Big Apple. Przywykła już do nowych reguł, nauczyła się unikać dużych drapieżników, niszczyć słabe, zyskała protektora… pozostając jednak nadal ratlerkiem kręcącym się pomiędzy łapami dużych psów.


Aż którejś nocy, sprawy poszły w złym kierunku. Jej towarzyszy ubito w groteskowy i brutalny sposób. Ona sama uniknęła tego losu. Kim byli napastnicy? Sabat? Cama? Łowcy? Diabli wiedzą. Może nawet i sami Diabli. Wiedział pewnie jej protektor, każąc natychmiast się jej spakować, podając namiary na busa i stwierdzając że zawiezie on ją do jego przyjaciela.
Jak to bywa u Tremere, jej opiekun lubił być tajemniczy, nawet gdy nie musiał. Nie bywał też nerwowy, do dzisiejszego wieczoru. Ona sama była płotką, więc nie wiedziała co się działo w gabinetach primogenów… ale nawet do poziomu ulicy dotarły drżenia ze szczytów.
Więc zrobiła co kazał.
Załadowała klamoty do busa, wsiadła i jechała w nieznane nie wiedząc co ją czeka.

W końcu po paru godzinach dotarli do przystanku gdzieś w lesie, przy którym to na szczęście, stała stara półcieżarówka forda z wściekle czerwonym lakierem, a o nią opierał się bladolicy mężczyzna z dużym parasolem mającym go chronić przed ulewą przetaczającą się nad nim. Dochodziła już północ, więc nic dziwnego że był tylko on. W taką pogodę, o tej porze i na przystanku prowadzącym donikąd nie powinno być nikogo. Więc musiał być tu z jej powodu.
W końcu bus się zatrzymał przy przystanku i nie pozostało jej nic poza wypłynięciem na głębię, w którą jej protektor ją wrzucił.

Czuła, jakby markotna pogoda, wraz z busem zmierzającym wprost do zapomnianego przez Boga zadupia Ameryki, tak pasowały do jej osoby. Miejsce, do którego została "zesłana" zapewne było porzuconym odpadkiem wielkiego świata, schowanym gdzieś daleko, daleko, byle nie pojawiało się na widoku, a przed ulewą każdy wolałby się uchronić, aby go nie tknęła.

Protektor nie powiedział Ann jak powinna się zachowywać wobec osoby, do której ją przerzucił, jednak dziewczyna zakładała, że wampirze zasady obowiązują tak samo w metropoliach, co i w małych miejscowościach. Nie oznaczało żadnej zmiany dla statusu Ann. Wszędzie brak statusu ciągnął za sobą takie same konsekwencje, może czasem tylko cięższe. Ponad pułap zera się nie wzniesiesz. Nie musiałeś przemierzać nocnego świata długo, aby zrozumieć proste zasady kolejki dziobania nie do końca martwych.

Przerzuciła przez ramię workowatą torbę, w którą wrzuciła swoje rzeczy na podróż (czyli w sumie wszystkie swoje rzeczy, jako że większość i tak zdobywała w razie potrzeby, nie na zapas) i wyszła z busu na rozmokłą ziemię. Szybko zaatakowały ją smugi deszczu, przed którymi broniła ją tylko słabo przemakalna (nieprzemakalna to byłoby za dużo powiedziane) kurta z kapturem. Ann dziękowała losowi, że znajomy Tremere zapewnił samochód, który uratuje ich przed pływaniem w błocie.
Do tego ta kurtka i nie mogła długo nie przepuścić wody, a buty jeszcze szybciej by się poddały. Może i zimno po śmierci nie było powodem do zmartwień, to chodzenie w ciężkich od zimnej wody ciuchach i obuwiu... nie było interesującą perspektywą.

- Bardzo się spóźnił? - Ann odezwała się cicho do mężczyzny, gdy podeszła bliżej, czując jak wnętrze kaptura zawilgotniało.
- Trochę.- odparł mężczyzna o twarzy młodzieńca, którego twarz promieniowała urodą i charyzmą. Pozwalało to… zgadywać z dużą szansą na trafienie z jakiego jest klanu. Uśmiechnął się i dodał.- Ty jesteś Ann? Ja jestem William, William Blake. Cyril poprosił bym się tobą zaopiekował. Witamy w Stillwater.
- Ann Paige. - wampirzyca nie wiedziała czy być szczęśliwa, że trafił się jeden z Toreadorów. Oni miewali bardzo... małą cierpliwość do tych, no, z poziomu gruntu - Nigdy nie byłam w czy nawet blisko Stillwater, a pan Sauveterr nie powiedział dużo o miejscu.
A nawet w ogóle nic...
- Czy... Są tu jakieś prawa, które mam spełnić? Książę?
- Książę… mamy tu takiego. - przyznał William po chwili namysłu. - Poznasz go jutro, całkiem sensowny facet jak na klan, z którego pochodzi. Prawa to… nie wychylaj się za bardzo, bo Maskarady pilnujemy. Bądź co bądź w małych miejscowościach plotki rozchodzą się szybko. Poza tym, zapoznam cię jutro z ogólnymi zasadami co do żerowania w tym mieście. A póki co mam kilka woreczków z krwią w lodówce. Nie jesteś chyba Tremere, co?
- Czemu o to pytasz? - Ann poczuła się na niepewnym gruncie.
- Bo mamy jedną z tego klanu w mieście, która ponoć wypełnia tajną misję i dostałaby szału gdyby pojawił się tu jakiś Tremere bez jej wiedzy. Oboje chyba nie chcemy robić z twojego przybycia skandalu, którego echo dotrze do Nowego Jorku. Skoro Cyril przysłał ciebie do mnie, to znaczy, że uczynił to bez wiedzy reszty klanu w Wielkim Jabłku. - wyjaśnił William i zaśmiał się.- Ale wiesz co? Po co mamy dalej moknąć. To wszystkie twoje rzeczy?
Alarm ostrzegawczy rozbrzmiał w głowie Ann. On nie wiedział!
- Tak, to wszystkie, nie obładowuję się na podróż. - postarała się jak najspokojniej uśmiechnąć. Co ona powinna powiedzieć?! - Nie, spokojnie, nie sprawię kłopotów. Z panem Sauveterrem nie wiążą mnie Klanowe podobieństwa.
- To dobrze… nie lubimy tu kłopotów. - odparł żartobliwie Kainita, otwierając drzwi do samochodu i wsiadając. Następnie otworzył drzwi Ann.
- To jaki klan reprezentujesz?
Gdyby Ann musiała oddychać, teraz by nagle zaprzestała. Nie wiedziała czy William nie uzna, że nie ostrzegając go wcześniej nie zrobiła jakieś gafy, cholera wie z tymi klanowymi szlachciurkami...
Obawiając się, że zaraz zamknie jej drzwi przed twarzą, gdy dowie się prawdy... po prostu wpierw skorzystała z zaproszenia do środka samochodu.
- Dziwi mnie, że mój patron nie powiedział ci o mnie więcej zawczasu. - spojrzała przed siebie, na szybę przednią - Nie należę do żadnego z Klanów…
- Nie jesteś chyba cienkokrwistą co?- zapytał nieco zaniepokojony mężczyzna, ruszając samochodem.- Z tego co wiem, w dużym mieście zrobiło się nagle gorączkowo i trzeba było działać szybko. Dowiedziałem się wczoraj o twoim przyjeździe i że mam się tobą zaopiekować.
- Nie, nic z tego. - pokręciła głową - Krwi nie mam tak rozrzedzonej jak tamci.- mogło być gorzej, William przyjął to dobrze - Tak, zrobiło się zamieszanie, ale tornado poczęło się od góry, więc nie znam szczegółów.
- Ja też nie.- przyznał William ruszając i spojrzał na Ann.- Możesz podawać się za Toreadorkę, z chęcią poświadczę, że należysz do mojego klanu. Będzie to nawet wygodne dla mnie, bo oszczędzi paru pytań. O ile oczywiście parasz się jakąś dziedziną sztuki?
Ann zastanowiła się, ale po chwili tylko wykrzywiła usta.
- Umiem ustawiać towary na półkach i wytrzymuję kłótliwych klientów. - odparła cicho - Wykorzystywanie Klanu jako swojego... - wetchnęła - Nie robi się tego jeżeli chce istnieć. To może być prosta droga do kłopotów, także i dla ciebie…
- Jakby kogokolwiek obchodziło co się dzieje w Stillwater. Moglibyśmy założyć sektę ku czci Przedpotopowców i nikt w Nowym Jorku nawet by nie spojrzał w naszą stronę.- odparł sarkastycznie William, gdy jechali przez las.- Stillwater to miejsce, gdzie zsyła się niewygodne wampiry, by o nich zapomnieć. Mało kto wraca z powrotem. Możliwe, że tu utknęłaś na resztę swojego nieżycia.
Zamknęła oczy.
- Jestem... Nie taka zła w czynieniu sztuczek, takich jak w TV, iluzji, ale nie jak robią to ci... Ravnosy. - od razu dodała - I w bardzo małym stopniu kiedyś malowałam, to też umiem w jakimś stopniu, ale artystą nie jestem. Bardziej zrozumienie koloru pozwala mi wiedzieć co mi pomoże się skryć…
- Cóż… nocna zmiana w sklepie to też zawód. Bo jakąś robotę musisz mieć. To za małe miasto, byś mogła być anonimowa. Wszyscy mamy jakieś zajęcia. Ja na przykład jestem historykiem sztuki i żyję z napisanych na ten temat książek.- wyjaśnił Toreador.
- Może być i praca w sklepie, miewałam gorsze fuchy. -wzruszyła ramionami.
- Fajnie… nawet wiem, kto cię może wziąć pod skrzydła. Larry… tylko nie dawaj mu się wciągnąć w pogaduchy o polityce.- odparł William i spytał znienacka.- Lubisz psy?
- Staram się ich cierpliwości nie nadwyrężać, ale mi nie przeszkadzają. Tylko wiadomo, zwierzaczki nas nie zawsze lubią…
- Ja mieszkam tylko z psami, karmionymi moją krwią… więc nie są to zwykłe psiaki. - wyjaśnił William, gdy zza zakrętu wyłoniła się brama przecinająca drogę i otoczona z obu stron kamiennym murem. - Nie mam zaufania do ludzkich sług. Psy są wierniejsze.
- A nie będą zazdrosne o mnie? - spojrzała przez szybę - Mogą uznać, że ich ukochany pan ich podmienia lub ja chcę go tylko dla siebie.
- To są zwierzęta… bardziej inteligentne i wierne, ale nadal zwierzęta. Posłuszne zasadom stada, którego ja jestem przewodnikiem. - odparł William i otworzył bramę pilotem. - Stillwater leży nad jeziorem Martwym. W okolicy pełno jest willi zbudowanych blisko niego w latach 60-tych, większość obecnie jest pusta lub używana tylko w okresie letnim. Moda na wypady tutaj już dawno umarła. Pamiętaj, że nie wolno ci udawać się na północny brzeg jeziora. To terytorium klanu wilkołaków i nie lubią jak łamiemy… porozumienie. Nie wolno ci też polować i wypijać czerwonoskórych którzy zjawią się w Stillwater bo są oni pod protekcją tych stworów.- ciekawym był fakt, że William użył archaicznego i całkowicie niepoprawnego politycznie określenia na rdzennych amerykanów. Musiał więc być dość starym wampirem.
- Jakie Klany są obecne? - zapytała cicho.
- Brujah kilka, jedna Ventrue… Tremere, o której już wiesz. Jeden Gangrel i… chyba to tak ogólnie wszyscy. - miało się wrażenie, że William coś… pomija, gdy przejeżdżali przez bramę i wjeżdżali w głąb posiadłości.
- A Książę to... - Ann patrzyła na swojego gospodarza.
- Brujah… ale należy do tych myślących.- odparł pół-żartem pół-serio William podjeżdżając do typowej małej leśnej willi. Do samochodu podbiegła piątka psów.



Czarnych jak noc, o lekko świecących oczach i powarkujących złowrogo. William wyszedł z wozu.
- To Ann, będzie tu mieszkała. Należy teraz do sfory.- rzekł i to je uspokoiło.
Bezklanowa wyszła powoli z samochodu patrząc na opite wampirzą krwią bestie, z którymi nie chciałaby musieć się mierzyć... Kiedykolwiek. Nawet martwa.
- Z włamywaczami nie masz problemu... co najwyżej nakarmią twoje pupilki, jak się już zjawią.
- Tak. Tolerują mnie. Teraz ciebie, a poza tym gosposię, która raz na tydzień przyjeżdża zrobić tu porządki.- wyjaśnił William gdy zbliżali się do budynku zbudowanego gdzieś tak w latach 60-70 tych, dalekiego od klasycznych rozwiązań, ale zdecydowanie nie nowoczesnego.
- Książę nazywa się Joshua Smith i pełni też rolę szeryfa w tej domenie, jak… i zastępcy szeryfa. Pracuje oczywiście tylko w nocy. - dodał jej gospodarz.
- A Bezklanowcy się tu znajdują? - zerknęła na wampira - Może mniej pożądane Klany, które przemilczałeś? - prawdę mówiąc Ann dużo o innych Klanach nie wiedziała poza Camarillą, może troszkę z Sabatu... Wiedziała, że są jakieś inne, ale nie znała większości.
- Czasami. - przyznał William i wzruszył ramionami. - Zwykle przejazdem. Mało kiedy szychom z wielkiego miasta zależy na tym, by ktoś twojej... pozycji… pozostał żywy. Tu zaś wrzuca się tych, których jeszcze opłaca się utrzymywać przy egzystencji, czyli zwykle klanowców.
- Żadnych problemów z Sabatem? - zapytała, ignorując temat swojego zerowego statusu i powodu, że jeden ekscentryczny Tremere chciał ją zachować.
- I tak i nie. Sabat zwykle woli większe cele, do nas trafiają jedynie odpryski. Niewielkie sfory które zgubiły drogę, niedobitki uciekające z bitew. Staramy się je szybko i dokładnie unicestwiać. - odparł William otwierając drzwi. - Zresztą jeśli uda się je skierować na północ, to wilkołaki same się nimi zajmą. A wierz mi, są w tym lepsze od nas.
Ann weszła z zaproszeniem do środka, patrząc tylko bezradnie jak z wciąż niewyschniętej kurtki skapuje na posadzkę woda. Przynajmniej była wycieraczka by buty obetrzeć.
- Wybacz…
- Nie przejmuj się. Przypłynąłem tu statkiem, przeciekającym wszędzie. Wilgoć nie jest mi obca. - odparł Blake odkładając parasol do kosza na te przedmioty i podchodząc do miecza, który leżał na podłodze… długiego i ciężkiego miecza. Oręż ów nie wyglądał na ozdobę był dość masywny i jakiś taki prostacki , jak nóż do krojenia w kuchni. Tyle że ten pewnie potrafił pokroić znacznie większe kawały mięsa. Toreador kucnął i uniósł miecz stawiając go w pionie w kącie.
- A skoro jesteśmy przy Sabacie to… masz z nim na pieńku? Lub z kimkolwiek w Nowym Jorku? Ktoś tu może wpaść z wizytą? No i… jak sobie radzisz w temacie obrony? Nie mam co prawda żadnej broni palnej, bo nie polubiłem jej. Ale da się załatwić potrzebny ci oręż, gdybyś rzeczywiście jakiegoś potrzebowała. - zapytał dla odmiany.
Ann obserwowała uważnie zachowanie Toreadora, teatralnie obchodzącego się z orężem.
- Nie... Sabat po prostu... No, znalazłam się kiedyś za blisko i nie chcę powtarzać. Nie była w nim, nie, nie. - zaprzeczyła - Tylko nie chcę się do tych przyjemniaczków przysuwać. Ktoś z miasta... - westchnęła - Zależy jak daleko zaniesie młodego Ventrue urażona duma. Dokonał samoponiżenia, nie moja wina... - mruknęła - A walka... Lepsza jestem w ukrywaniu się, ale ostra pomoc nie zawadzi. Strzelam nie tak świetnie, tyle o ile.
- Masz jakąś broń?- zapytał William zamykając drzwi za Ann.
- Już nie. - mruknęła, wspominając stratę niewielkiego ostrza, jakie pewien czas trzymała z łaski Tremere. Oczywiście nim wykopał ją tutaj, zabrał swoją zabawkę, która pomagała Ann w wielu... "zleceniach" dla Cyrila.
- Pogadamy z Joshuą i załatwimy ci jakiś rewolwer.-odparł z uśmiechem William ruszając przodem i wskazując dłonią co chwila gdy mówił. - Tu jest salon, z telewizorem i anteną satelitarną oraz telefonem stacjonarnym. Internetu… komputera nie mam nawet, a sieć komórkowa tu działa słabo. Tam jest kuchnia, tam jadalnia, tam mój gabinet. Pracuję kilka godzin w nocy i zamykam się wtedy. Więc resztę domu będziesz miała dla siebie. Na górze są sypialnie, co piątek należy narobić w nich bałaganu, co by Rosalita nie nabrała jakichś podejrzeń. Sypiamy bowiem w piwnicy. Do wyboru łóżko lub trumna… co kto lubi. Przygotowałem już pokoik dla ciebie. Musiałem się spieszyć, więc… wszystko tam tymczasowe i do zmiany.
- Dziękuję za wszystko, to naprawdę dużo. - Ann skłoniła się, kładąc złożone razem dłonie na piersi, jak to i Cyril ją nauczył - Wszystko już ogarnę.
- Drobiazg. - uśmiechnął się William. - Rzadko miewam gości, więc to przyjemność. Na razie rozgość się w salonie. Przyniosę coś do popicia. Grupa A może być?
Fakt, że Williama cieszył nawet gość w postaci Caitiffa był na tyle niecodzienny, że Toreador naprawdę ekscentryzmem próbował dogonić Cyrila.
- Oczywiście. - zgodziła się.

Wystrój salonu tylko podsycał to wrażenie ekscentryczności. Było oczywiście gustownie i na bogato. Boazerie na ścianach i podłodze, stare meble. Rzeźby i obrazy uznanych artystów. Telewizor może nie najnowszej generacji, ale plazmowy. Łatwo było jednak zobaczyć pewien powtarzający się motyw, który najbardziej rzucał się w figurce stojącej obok nowoczesnego telefonu ustylizowanego na tarczowy. Figurka młodzieńca z mieczem, była co prawda tylko jednym z wielu dzieł sztuki dekorujących ten salon, ale pozostałe trzymały się tego samego tematu. Młodzieńcy i mężczyźni, nadzy lub częściowo ubrani. Żadnych kobiet.
Gdy Ann to kontemplowała… zadzwonił telefon.
 
__________________
I don't really care what you're going to do. I'm GM not your nanny.

Ostatnio edytowane przez abishai : 05-09-2021 o 22:13.
abishai jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 06-11-2021, 15:23   #2
Edgelord WoDu i Horroru
 
Zell's Avatar
 



Wystrój salonu tylko podsycał to wrażenie ekscentryczności. Było oczywiście gustownie i na bogato. Boazerie na ścianach i podłodze, stare meble. Rzeźby i obrazy uznanych artystów. Telewizor może nie najnowszej generacji, ale plazmowy. Łatwo było jednak zobaczyć pewien powtarzający się motyw, który najbardziej rzucał się w figurce stojącej obok nowoczesnego telefonu ustylizowanego na tarczowy. Figurka młodzieńca z mieczem, była co prawda tylko jednym z wielu dzieł sztuki dekorujących ten salon, ale pozostałe trzymały się tego samego tematu. Młodzieńcy i mężczyźni, nadzy lub częściowo ubrani. Żadnych kobiet.
Gdy Ann to kontemplowała… zadzwonił telefon.

Dziewczyna została wyrwana z zamyślenia przez dzwonek, który od dłuższego czasu kojarzył jej się tylko z nadchodzącymi dla niej kłopotami lub nieprzyjemnościami.
Nie, otrząśnij się dziewczyno! Nie jesteś warta tyle, aby ktoś cię tu próbował skrzywdzić!

Tylko jesteś tu sama, bez protekcji...

***


Ann spojrzała wyczekująco na Toreadora.
- Wybacz… muszę odebrać.- odparł nieco speszony tym niespodziewanym wtrąceniem Willam. Podszedł do staroświeckiego telefonu z tarczą i odebrał.
- Hallo? Garry? Co u ciebie? - zapytał, po czym zaczął pospiesznie uspokajać.- Opanuj się chłopie. Jakie zagrożenie, jaki problem? O czym ty mówisz?
Przez chwilę toreador milczał, a potem rzekł cicho.- Żadna wizja. Żadna przepowiednia. Nie dramatyzuj. Nic złego się nie stanie. Nic straszne… żaden upiór się nie czai. Przedobrzyłeś to wszystko.
Znów długa pauza milczenia nim padły słowa. - Zjawię się jutro, albo pojutrze wieczorem to pogadamy. Szeryfa zawiadomiłeś? I co?
Znów przerwa.
- Nie dziwi mnie to. Więc jak widzisz nie ma powodu do paniki. Daj sobie spokój i nie strasz dziewczyn.- odparł William i po chwili wybuchł śmiechem dodając. - Właśnie. Więc do jutra.
Odłożył słuchawkę i zwrócił się do Ann. - To był Garry, poznasz go wkrótce. Jak to mówią młodzi… spoko gość.
- Co się stało? - zapytała Ann, której nie podobało się, gdy wpierw natrafiła na kłopoty po przyjeździe.
- Nic ważnego. Garry miał wizję i go ta wizja przeraziła.- wzruszył ramionami Toreador. - Nic nowego. Nic niezwykłego. On często ma wizje.
- Wizje? - zdziwiła się - To Malkavianin?
- Malk? Nie. Na szczęście nie. To Gangrel, guru małej hipisowskiej sekty. Wiesz… love, peace and drugs. Dużo prochów. Bardzo dużo. Wszyscy jego podwładni i ghule chodzą naćpani, a on z nich spija, więc… jest nawalony marihuaną dwadzieścia cztery godziny na dobę. I stąd te wizje.- wyjaśnił ze śmiechem William.- Gangrele się chyba wstydzą pokrewieństwa z nim, bo żaden nie zjawił się w okolicy od lat. A może to przez wilkołaki? Nie wiadomo. Garry z wilkołakami się dogadać potrafi. Pewnie przez wspólną miłość do ziółek.
- Och. Radośnie tu. - uśmiechnęła się niemrawo - A o czym była ta wizja? O butach, co nas zjedzą?
- O ognistym zwiastunie zagłady, który dziś przybył do miasta, o upiorze ukrywającym się w zamku. O władcy nieumarłych, który zostanie zjedzony przez szczury. Krwawa łuna i takie tam… jak dla mnie, kiepski zjazd po prochach. - William wyraźnie nie przejął się słowami Garry’ego.
- Kiedyś w ogóle spełnił się jego bełkot?
- No… wiesz… raz na rok czasem trafi się ślepej kurze ziarno. Niektóre z jego wizji dałoby się nagiąć do rzeczywistych wydarzeń. Niemniej sama rozumiesz, są one tak bardzo plastycznie mętne, że można do ich symboliki nagiąć to co się stało naprawdę.- wzruszył ramionami Toreador.
- Jako wróżka na telefon mógłby zarobić dobrze. Ta sama szansa na ziszczenie się przepowiedni. - zażartowała.
- Coś w tym rodzaju. Wróżki się przynajmniej znają na swojej robocie, a Garry plecie trzy po trzy. Zapewne za dwie noce nawet nie będzie pamiętał wizji z dzisiejszego dnia.- ocenił William i podrapał się po karku.- Ale ja tu gadam, a ty jesteś pewnie nieco głodna.

Ann zawsze była łasa, ale tylko na jeden z rodzajów krwi... a nawet jeden egzemplarz, jednak tym razem musiała o nim zapomnieć.
- Nie odmówię posiłku. - Caitiffka czuła się trochę zagubiona w tej zbyt serdecznej relacji z klanowym wampirem.
William skinął głową i opuścił Ann na chwilę zostawiając ją samą w swojej posiadłości.
Wampir powrócił wkrótce z dużymi kielichami wypełnionymi krwią i ironicznym uśmiechem.
- Na szczęście mamy honorowych krwiodawców. I dobrze, w końcu możemy pożywiać się w cywilizowany sposób.
Ann przyjęła kielich od wampira.
- Tylko tak się żywisz? Znaczy... Nie polujesz sam?
- Nie lubię polować.- przyznał wprost wampir. - I nie poluję jeśli nie muszę. Ale ty nie musisz się tym martwić. Są w Stillwater tereny łowieckie, jeśli wolisz sama dobierać sobie źródło krwi. Więcej na ten temat dowiesz od Lucrecii. Ona pilnuje tych kwestii.
- Kim jest Lukrecja?
- Miejscowa Ventrue… zarządza burdelem, hotelem, pubem i elizjum zlepionym w jedno miejsce. - wyjaśnił William siadając i popijając trunek. Uśmiechnął się do siebie. - Mmm… moja ulubiona grupa krwi. A więc… Lucrecia podaje się za Lucrecię Borgię. Była to arystokratka żyjąca w renesansowym Rzymie. Słynna skandalistka. Jeśli chcesz zyskać w jej oczach, to udawaj że wierzysz w jej historię i uszanuj jej… ekscentryzmy.
- Jakie... ekscentryzmy? - Ann wzięła większy łyk z kielicha.
- Manieryzmy typowe dla… osoby wywodzącej się z renesansowej Italii, wtrącenia na temat dawnej glorii i takie tam bzdurki. Jeśli oglądałaś jakieś filmy historyczne to… łatwo sobie wyobrazić jej zachowanie w gronie kainitów i ghuli. - odparł ze śmiechem William.
- A ona naprawdę może mieć choć połowę tych lat? - zapytała racząc się krwią.
- Ćwierć najwyżej.- wyjaśnił Toreador. - Przemieniono ją tak w okolicy drugiej wojny światowej. We Włoszech, więc przynajmniej narodowość się zgadza.
- Wierzyć w każdą historyjkę. Zapamiętam. Ktoś jeszcze taki mitomaniak?
- Wszyscy.- zaśmiał się wampir i dodał.- Każdy na swój sposób. Ale trzeba im wybaczyć. Nudzą się.
- Ty też? - dopiła krew.
- Też. Tyle że ja rymuję i wysyłam do wydawcy. - odparł ze śmiechem William.
- Aaaale ty nie jesteś jak Lukrecja, prawda? - Ann miała problem ze zrozumieniem, jakby tak znana osoba mogła ujść oku publiki w tych latach.
- No… nie bardzo. Ani sławny. Obawiam się że moja poezja nie zyskuje uznania w uszach śmiertelnych. Nieśmiertelnych też. - westchnął ciężko Toreador.

Spojrzała w stronę rzeźb młodzieńców.
- To twoje dzieła, tak? - zaryzykowała. Nigdy nie była dobra, jeżeli chodziło o wiedzę o dawnych artystach, ale....
- Nie. Szczerze powiedziawszy umiem tylko pisać poezję. Rzeźba i malarstwo mnie przerastają. Taniec zresztą też. - westchnął William i dodał rozważając głośno. - A skoro już omówiliśmy sprawy kainitów czas poruszyć sprawy żywych. Otóż… Stillwater to nie Big Apple. Nie możesz tu liczyć na bycie anonimową osobą w tłumie, więc… potrzebujesz legendy dla śmiertelnych. Na szczęście w swoich cyklach umierania i odradzania dorobiłem się całkiem sporej grupki “krewnych” więc… możesz podawać się zaaa… hmm… o już wiem. Za córkę siostry mojego ojca.
- Brzmi wystarczająco odlegle. - zgodziła się - W sumie... - nie mogła się powstrzymać - Jak długo znacie się z panem Sauveterrem?
- Kilka dziesięcioleci. Poznałem go w latach czterdziestych… i znać… to za duże słowo. Znam go nieco, co prawda i mam u niego dług do spłacenia, ale nie jesteśmy sojusznikami czy przyjaciółmi. Po prostu on czasem pomaga mi, a ja jemu.- wyjaśnił Toreador wzruszając ramionami. - Nasze terytoria nie pokrywają się, więc nie mamy wspólnych interesów. Ale też nie ma żadnych sporów między nami.

Ann spojrzała w stronę rzeźb.
- Zgromadziłeś miłą kolekcję męskiej muskulatury.
-Tak. Jestem sentymentalny z natury. - przyznał wampir z uśmiechem rozglądając się i dodając z nostalgią. - I miłośnikiem sztuki. Przynajmniej tej sprzed impresjonizmu. Impresjonizm zresztą był ostatnim trendem sztuki, który akceptowałem. Potem… jest tylko tanie poszukiwanie skandali.
Ann nie była specjalistką w sztuce, ale mogła w tym jednym przyznać rację, nawet wagarując na zajęciach w szkole dotyczących sztuki.
- To musisz mieć ciężko w Stillwater? Zero rozrywek, wystaw?
- Z pewnością jest to problem, ale zważywszy na to jak… gardzę nowoczesną sztuką ta niedogodność staje się coraz mniej niedogodna. A książki mogę sobie zamówić, także i tomiki poezji. - następnie wskazał na telewizor dodając.- No i mam jeszcze to. Zadziwiający wynalazek. Masz jednak rację pod jednym względem, Stillwater jest ciche. Nie ma tu wystaw, nie ma ważnych wydarzeń społecznych. Jesteśmy na poboczu dziejących się wydarzeń, więc wszelkie zawieruchy nas omijają. Tak jak i sfory Sabatu, co najwyżej obrywamy odpryskami tego co uderzy w Nowy York.
Upił nieco wina dodając z kwaśnym uśmiechem.- Osobiście uważam koterię Toreadorów z Nowego Jorku za snobów równych jeśli nie przewyższających Ventrue. A oni… ci którzy jeszcze mnie pamiętają, darzą mnie podobną estymą. Ja lubię to miasteczko.
Ann uważała za snobów większość klanowych wampirów, ale, lepiej tego nie mówić na głos.
- Więc osiedliłeś się tu z własnej woli?
- W tamtych czasach… sytuacja była nieco… inna… skomplikowana. Ale to prawda. Nie mam ochoty ni powodu by wracać do Nowego Jorku. - przyznał Toreador i uśmiechnął się pytając. - Liczysz na możliwość powrotu do wielkiego miasta?
- Jeszcze nie wiem... - powinna raczej powiedzieć, że nie wie co Cyril sobie wymyśli, ale poprzestała na tym.
- Jeszcze nie wiesz czy chcesz wracać?- zdziwił się wampir i zaczął głośno rozważać.- Kainici zesłani z polecenia księcia lub klanowych primogenów zazwyczaj już nie wracają do Nowego Jorku. To miejsce stoi jedynie oczko wyżej ponad oficjalną egzekucją. Niemniej Cyril, o ile wiem, primogenem nadal nie jest. A poza tym nie jesteś z jego klanu. Teoretycznie możesz wrócić kiedy chcesz. Musisz być dla niego cennym zasobem, skoro cię tu wysłał.
- Zawierzę w jego ocenę sytuacji i decyzję o wysłaniu mnie tu. - odparła wymijająco.
- Wracając do naszej sytuacji to masz rację. Stillwater jest nudne i zapóźnione w porównaniu z wielkim światem. Wifi jest dostępne tylko w centrum miasta. A komórki nie działają w okolicznych lasach. - wyjaśnił wampir ze śmiechem.

Po czym wstał i rzekł.
- No to pozwolisz, że obejrzymy mieszkanie. Wyjaśnię ci co i jak, a następnie udamy się na spoczynek. Wkrótce zacznie świtać.
Dziewczyna poczuła jak wykręca się jej w brzuchu. Zaraz zacznie świtać.
Przyjdzie znowu sen...

- Kuchnia jak widzisz jest dobrze wyposażona. W lodówce jedzenie co jakiś czas trzeba zmieniać, dla zachowania pozorów. Krew trzymam w skrytce umieszczonej w lodówce, zamkniętej na szyfr. Oficjalnie jestem koneserem drogiego wina, mam też piwniczkę na wino, ją zobaczysz na końcu. Kod do skrytki podam ci później…- mówił oprowadzając Ann po kolejnych pomieszczeniach.- Tu jest biblioteczka, a tu mój gabinet w którym pracuję. Do gabinetu klucze mam tylko ja i pokażę ci go jutro jeśli będzie cię interesował. Tu jest łazienka, drzwi z niej prowadzą na mały taras do wanny z jacuzzi. Nigdy z niego korzystałem, ale Lukrecja je lubi. Na piętrze mamy pokoje. Dwa gościnne, moją sypialnię i twoją sypialnię. Tam będziesz mogła rozłożyć swoje rzeczy. Nie korzystamy z nich, ale od czasu do czasu trzeba tam robić bałagan, by sprzątaczka miała co robić.

Cały ten dom miał poziom budżetu, jakiego i za życia Ann nie posiadała, a teraz... w sumie jak powinna się z nim obchodzić, aby nie narobić sobie kłopotów? William był dla niej miły, wyrozumiały... ale do jakiego stopnia będzie? To Toreador, ona jest Bezklanowa. Możliwie nie byłby taki, gdyby nie posiadała protekcji Cyrila, z którym wiąże go znajomość i przysługa. Lepiej nie nadużywać...
Przynajmniej lekko zaszaleć dla sprzątaczki może.

Ostatnim punktem tej “wycieczki” były schody prowadzące w dół do piwniczki z winem. Schodki były wąskie i małe, pomieszczenie ciemne, a drzwi pancerne i zamykane też na kod.
Te zabezpieczenia miały sens, zważywszy że piwniczka z winem, oprócz butelek trunku umieszczonych gęsto w ścianach, zawierała małe pomieszczenia. Nieduże cztery klitki w których to były łóżka, nieduże szafki na ubrania i trumny. Po jednym łóżku i trumnie na pomieszczenie.
- Ja sypiam w tamtej, a ty wybierz sobie dowolną inną. Jak widzisz może wedle tradycji lub na łóżku. - dodał z uśmiechem Toreador i zerknął na zegarek. - Czas już na nas, resztę pytań zadasz następnej nocy. Dobranoc.

***


Czy inni Spokrewnieni także co noc cierpieli na koszmary? Czy William widział w snach zniszczone rzeźby mężczyzn, zastąpione plakatami nagich kobiet z PlayBoya?

Ann narzuciła na głowę kołdrę z przyzwyczajenia z życia. Kiedy była dzieckiem też chowała się w ciemności perzyny, aby nie widziały jej potwory... ale teraz w sumie też jednym z nich była.
Potworem bojącym się potworów.
Niestety, podobne jej potwory nie uważały jej za pełnoprawnego z ich rodzaju. Ba! Niektóre nie uważały jej nawet za jednego z nich. Ot, kundel, abominacja, odrzut. Słyszała to już wiele razy i musiała nauczyć się ignorować te obrazy. Spuszczać łeb i nie odzywać się, uważać, gdzie staje, kiedy wejdzie komuś w pole widzenia. Początkowo było to trudniejsze do ogarnięcia, kiedy zaczynała uczyć się, iż jest tu więcej martwych, którzy bytują. Jej niezrozumiałe umiejętności ofiarowały szansę na skrycie się poza wzrokiem... wszystkich, a przynajmniej tak myślała.
Później było nie tyle co trudniej, co bardziej skomplikowanie.

Ciemność dawała iluzoryczną ulgę. Ann czuła się w niej bezpiecznie. Może nie powinna? Jednak to dzięki niej mogła unikać prawdziwych kłopotów, ot schować się w jej ramionach. Mogła też... zrobić więcej.
Zaczynała rozumieć dlaczego Cyril Sauveterr zdecydował się okłamać Księcia Nowego Yorku, czemu okazał łaskę błąkającemu się Caitiffowi, który swoimi czynami łamał prawo Camarilli. Tremere ze swoją Piramidą musieli być cwani, aby móc w niej się wybić, a Cyril podnóżkiem nie był. Do tego jest na tyle blisko Księcia Nowego Yorku, by ten jemu zlecał sprawdzenie krwi nowoprzybyłego Bezklanowca. Nigdy wcześniej nikt nie wykrył zbrodni Ann, więc i ta nie wiedziała, że to możliwe, jednak jej krew zdradziła dawne postępki...
Dowiedziała się także, że normalnie nie trzeba magii, aby dojść tego, ale z niezrozumiałego powodu to nie miało wpływu na nią, więc tak długo jej tajemnica była bezpieczna. Oczywiście nie od razu Ann wiedziała, że diabolizm to jest coś karalnego w Camarilli czy chociażby stoi na szczeblu morderstwa z kanibalizmem (szczegółów nie poznała), ale przy Cyrilu wiedziała już, że to okrutna zbrodnia karana śmiercią...
Martwy może umrzeć znowu... ostatecznie.

Ale Tremere miał lepszy plan niż wydać nowoprzybyłego na egzekucję, do czego miał pełne prawo i czego Ann się spodziewała. Tłumaczenie, że nie znała praw i nie rozumiała co się dzieje nic nie znaczyło. Dlaczego mianoby traktować ulgowo kundla? Bo miał smutną historię?
Gdyby Cyril nie miał innego pomysłu na zutylizowanie Caitiffa, Ann czekałaby niechybna Ostateczna Śmierć jeszcze tamtej nocy.
Nawet te lata temu, dziewczyna nie była naiwna. Wiedziała, że nie trafiła szczęśliwie na kogoś czyniącego przysługę charytatywnie. Mogła do końca nie rozumieć z czym wiąże się zapłata za wspaniałomyślność Sauveterra i jak wielką cenę godzi się zapłacić, ale czy miała inne wyjście? Obawa przed konsekwencjami tej umowy z diabłem zniknęła jednak bardzo szybko.

Kiedy tylko pierwszy raz Ann posmakowała krwi Cyrila.

Wszystko, czego dowiedziała się Ann, musiała sama zdobyć. Nie było Stwórcy, który by choć podstawy jej podał. Nie każdy też chciał nawet strzępami podstaw podzielić się za darmo ze skundlonym wampirem, porzuconym od razu po Przemianie. Dziewczyna dowiadywała się głównie przypadkowo, łącząc ochłapy zasłyszanych faktów. Nie mogła oczywiście ufać w każdy z nich, jak i być pewna ich prawdziwości. Mogła sama coś przekręcić, źle zrozumieć lub nawet nakarmiono ją fałszem.
Spokrewnieni posiadali własną skalę skurwysyństwa, większą niż mieli ją żywi.

Zamknęła oczy. Bała się snu, który nadejdzie. Bała się znowu tego przeżywać.
Bała się, że kiedyś sen pokaże jej za dużo.

I nie obudzi się z niego nigdy.


 
__________________
How the birds can sing a tuneless song?
How can they stay in the sky?
Maybe they’re just screaming
Maybe it’s not music and it’s all a lie
Zell jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 11-11-2021, 19:57   #3
 
abishai's Avatar
 


Woda… ciemna, zimna i błotnista. Mroczna gęsta breja odbierająca oddech Ann. Dusiła się desperacko próbując wydostać się na powierzchnię. Mijała unoszące w toni wodnej zwłoki. Były dla niej cienistymi sylwetkami pozbawionymi szczegółów, ale… wiedziała kim są i to ją.
Teraz jednak starała o tym nie myśleć i pospiesznie parła ku powierzchni. Byle szybciej, byle zdążyć zanim…
Pamiętała jeszcze co oznaczało “zanim”, ale znów... starała się o tym nie myśleć. Jeszcze kilka ruchów rękami, jeszcze trochę wysiłku.Już widziała rozmyty kształt księżyca w nowiu wskazujący jej kierunek płynięcia. W końcu wynurzyła się, zaczerpnięcie powietrza było cudownym uczuciem.


Ale gdy oddechu zakosztowała pojawił się kolejny znajomy popęd, wykręcający kiszki głód. Rozejrzała się dookoła. Toń wodna była ograniczona granicą drzew. Jezioro otoczone lasem. Wciągnęła nozdrzami zapachy, poczuła zwierzynę. Popłynęła w jej kierunku, powoli i spokojnie. Teraz gdy nie musiała walczyć o oddech mogła sobie pozwolić na relaks i ekscytację z powodu zbliżania się do zwierzyny. Czas na polowanie.
Powoli zbliżała do brzegu, czuła zapach ofiary i coraz lepiej ją widziała. Jej cel nie był świadomy tego, że się do niego zbliżała, a jego zapach tylko pobudzał jej apetyt i drapieżne zapędy. Musiała się jednak hamować swój zapał by chlupot wody nie zdradził jej obecności i nie spłoszył jej ofiary. Była blisko… coraz bliżej… zobaczyła jak jej cel podchodzi do brzegu.
Teraz… wyskoczyła z wody, rzuciła się na kobietę. Mackami i pazurami masakrowała zaskoczoną ofiarę rozrywając jej ciało do kości. W końcu oderwała głowę i spojrzała w jej oblicze… swoje własne. Bo zabitą ofiarą była sama Ann właśnie.
Spoglądała na głowę… krwawy ochłap zamarły w grymasie bólu i przerażenia. Odrzuciła ją po chwilę i zabrała się za najbardziej smakowite kąski… serce, wątrobę, trzustkę. Szarpała ciało i wyrywała kości by dostać się do smakołyków.

Obudziła się nagle przerażona tym co widziała podczas snu. Nawet jeśli detale szybko ulatywały z jej głowy, to ogólnego wątku snu Ann zapomnieć nie mogła. Jak i uczucia oślizgłego płynu na skórze jakim była woda ze snu. Na szczęście to było tylko doznanie wyniesione z koszmaru. Nie była pokryta żadną lepką mazią.

- Wszystko w porządku?- zapytał William wchodząc i nie czekając na jej odpowiedź, sam kontynuował. - Pierwsze noce w nowym miejscu bywają ciężkie, ale nie martw się. Szybko przywykniesz. Dam ci chwilę na przygotowanie się, bo zaraz wyjeżdżamy. Mamy kilka miejsc do odwiedzenia i osób do poznania.


Pół godziny później jechali razem samochodem. William z początku milczał i przestrzeń pojazdu wypełniały dźwięki radia.
- … mam nadzieję, że wślizgnęliście już w coś wygodnego. Ja tak zrobiłam.- mruczał sugestywnie kobiecy głos w radiu. - Do północy zostało jeszcze kilka godzin, ale noc czarów już się zaczęła wraz z waszą ulubioną wróżką. Więc dzieci nocy, czas odkryć przeznaczenie ukryte w gwiazdach i kartach. Wasza Jaine Love już czeka na wasze telefony…-
Dziwny gust miał William, ale też i bardzo staromodny. Kto obecnie słuchał audycji radiowych niszowych lokalnych stacji ?
Jaine uwodziła głosem rozmówców wróżąc ich los z kart. Kolejny “prorok” jaki się pojawił na obrzeżach jej życia w ciągu ostatnich nocy.
-... widzę gorącą miłość kochanie w twoim życiu. Pełną emocji i zwrotów akcji... - mruczała Jaine kusząc, a mężczyzna odezwał się nagle. - Może… może byśmy się spotkali,co? Skoro widzisz miłość…-
Perlisty śmiech Jaine przerwał jego wypowiedź.- Wybacz skarbie, ale umowa ze stacją nie pozwala na takie umawianie się na antenie. Spróbuj mnie złapać poza radiem, może ci się poszczęści.
- Jaine… przecież twoje karty mówią, że jesteśmy sobie prze…- William nagle wyłączył radio i rzekł do cicho do Ann.
- Gadałem z Joshuą. Zdarzył się jakiś wypadek. Coś niepokojącego.- zaczął niepewnym głosem, po czym uśmiechnął się przepraszająco.- Więc niestety muszę nieco zmienić kolejność odwiedzin. Podrzucę cię do Larry’ego i tam zostaniesz, aż do mojego powrotu. Zajmie mi to jakieś dwie godziny, góra trzy.

Dojeżdżali do … stacji benzynowej, która wyglądała bardziej jak jakaś szopa na pustkowiu.


Idealna sceneria dla budżetowego slashera. I ona miała tu pracować?
William zatrzymał się przed stacją benzynową i zatrąbił przywołując uwagę dwóch dwumetrowych niemalże osiłków o potężnej muskulaturze i grubo ciosanych rysach twarzy. Któryś z nich mógł być brujah, bo na takich wyglądali.
- Luc, zawołaj szefa.- rzekł William wysiadając z samochodu. Bardziej zarośnięty na głowie osiłek skinął w milczeniu głową i wszedł do warsztatu, podczas gdy drugi nadal zajmował się układaniem skrzynek obok sklepu.
Larry okazał się niższy od swoich pomocników, którzy przypominali bardziej cielesne golemy niż ludzi. Szczupły mężczyzna był niewątpliwie wampirem, wytatuowany i o drapieżnym spojrzeniu mógł być jednym z najniebezpieczniejszych wampirów napotkanych przez Ann. Choć to zagrożenie mogło być tylko bezpośrednie. Nie było żadnej finezji w postawie tego mężczyzny, żadnej subtelności. Jego wygląd, mimika i ruchy sugerowały czystą drapieżność i nic więcej.
Ów Larry początkowo nie zwracał na nią uwagi skupiając swoje spojrzenie na Williamie.
-Hej. Co cię tu sprowadza? Chyba nie problemy z wozem. Zrobiłem przecież przegląd niecały miesiąc temu.- zaczął rozmowę, a opiekun wampirzycy od razu odpowiedział.
- Nie. Nic z tych rzeczy.- po czym wskazał na nią.- To jest Ann Paige, kainitka z Nowego Yorku. Zamieszka u nas w Stillwater.
- Acha…- teraz dopiero przyciągnęła uwagę Larry’ego. Przyjrzał się jej badawczo i z wyraźnym zaciekawieniem.- Joshua już wie? A reszta.
- Joshua wie… reszty nie miałem okazji zawiadomić.- wyjaśnił William. - A teraz jeszcze coś podejrzanego się zdarzyło i nie chcę ją tam ciągnąć ze sobą. - po czym dodał żartem.- Jeszcze sobie wyrobi złe zdanie o naszej miejscowości. Zaopiekuj się nią na razie, wrócę za godzinę lub dwie i wyjaśnię wszystko. Zresztą liczyłbym na to byś ją wziął do siebie na ekspedientkę w sklepie. Sprawdzi się lepiej niż twoje mruki.
- Coś w tym jest, niemniej nie zarabiam na sklepiku na tyle…- zaczął rozważać Larry, a William przerwał mu. - Pogadamy o tym jak wrócę. Na razie… zaopiekuj się nią do mojego powrotu.
Po czym wsiadł do samochodu i ruszył gwałtownie pozostawiając Ann z wampirem którego ledwo znała i ghulami których nie znała w ogóle.
- Więc… Ann, tak?- zwrócił się do niej Larry spoglądając z zainteresowaniem. - Za co trafiłaś do naszego pierdla? Bo nie miej złudzeń, jesteś za kratkami. William z Joshuą mogą udawać milutkich i sprzedawać ci Stillwater jako wakacyjną miejscówkę. Ale pod całym tym słodkim różowym lakierem kryje się brudna rdzawa prawda. Jesteśmy w więzieniu, a ta dwójka jest jego strażnikami. Więc... za co?
 
__________________
I don't really care what you're going to do. I'm GM not your nanny.
abishai jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Odpowiedz


Narzędzia wątku
Wygląd

Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 11:48.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168