Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror i Świat Mroku
Zarejestruj się Użytkownicy

Sesje RPG - Horror i Świat Mroku Zmierzch rozlewa atrament rodząc upiorny nocny pejzaż, a wszelki cień staje schronieniem dla przeróżnych stworzeń nocy. Wielkie miasta drzemią, nieświadome mrocznych sekretów skrytych w ich labiryntowych zakamarkach. Ciche i odludne tereny stają się repozytorium przedwiecznych tajemnic i azylem dla niepojętych koszmarów. Zajrzyj za zasłonę, wkrocz w cień spoczywający między wymiarami, odkryj co spoczywa w ciemnych zakątkach świata.


Odpowiedz
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 26-09-2021, 23:51   #1
 
Ribaldo's Avatar
 
Mo-Czary - "Atrofia Baydura”



“Deszcze torukowe, torturą dla dusz naszych”
przysłowie ludu Molsuli


Ulewy nieustanne i niepomiernie obfite od ponad tygodnia nawiedzały ziemię rejonu Olcheyo. Równina ta już z dawien dawna słynie z mnogich terenów, które na siedliska się nadają, a nawet by bydło na nich wypasać.Osad wiele tutaj pobudowano i choć skryte są pośród gęstego świerkowego lasu, który liczne grzęzawiska i mokradła posiada, to wszystkie połączone są doskonale utrzymaną siecią kładek i duktów pniami wyłożonymi.

W Rubieżanach rok ten źle się już zaczął, gdy wraz z nadejściem pierwszych ciepłych dni, Asfura, żona naczelnika wioski, zmarła w ciężkich bólach i agonii straszliwej. Ledwo jej ciało na żertwę dla Kaytula oddano, a już Nurbek, śniarz, co go każdy cenił i po porady doń chodził, rzekł po wieczornicy:
- Mrok i zimnica, co litości nie znają, ku nam bieżą.
Sam świadomości nie miał, że proroctwo najprawdziwsze tejże chwili wypowiedział.

W ony czasy, nikt do serca sobie tego nie wziął, a i prawdę mówiąc, to i mało kto słuchał. Wiadoma wszak rzecz, że śniarze pośród dwóch światów kroczą i nie raz, nie dwa pod nosem coś mruczą, po wielokroć bez ładu i składu. Za takie też mamrotanie, każdy te słowa miał. Dopiero, gdy wydarzyło się, to co się wydarzyć miało, ten i ów nurbekową wyrocznię sobie w skrytości ducha wspomniał. Próżno już jednak było, żeby naukę z tego brać i tylko dla potomnych nową przestrogą, to stać się mogło.

Gdy upalne dni przeminęły, a muzdak* w pełni swe oblicze ukazał. Wtedy to w niespełna dziesięć dni, sześć sztuk gymroków z kajtusowego stada padło. Zły to znak, naturalnie, ale stare to były sztuki, a dwie od maleńkości chorowite niczym elbeny. Choć żal cała gromada odczuwała, to nikt jeszcze tego za straszliwy omen nie uważał. Śmierć, co dzień i co noc pośród ludzi i zwierząt krąży, więc nic w tym dziwnego nie było, że gymroki padły. Szkoda bydlątek, ale co zrobić… taki los.

Dopiero, gdy małoletni Baydur rytuał wieczornicy splugawił, część rubieżan zaczęła dostrzegać oznaki zbliżającej się tragedii. Żaden z nich daru jasnowidzenia nie miał i przyszłości odczytać nie umiał. Stąd też tylko złorzeczyli i pod nosem przekleństwa ciskali, nie wiedząc z której strony licho przylezie. Nikt, więc na to co nadeszło, przygotować się nie mógł.



“Żałość Kaytula, strumieniami na nas spływa, byśmy się opamiętali, grzech nasz odrzucili, i pokutę odprawili krwawą”
antyfona na święto Oczyszczenia


Tak się nici losu plotły, że w dniach następnych ciemno i pochmurno się zrobiło. Wiatr srogi ze wschodu dąć zaczął i w dzień i w nocy okiennicami łomotał, jak wściekły. Od wieków, gdy w ten sposób Toruk** przychodzi, wiadomy to znak, że czas gnicia nie tylko będzie długi, ale i niezwykle ciężki.

W Rubieżanach wszystko już na nadchodzące trudne dni przygotowano. Zapasy turzycy w spichlerzu zgromadzono, a w wędzarniach klanowych, ślimaki nad dymem osmalano. Każdy kum wedle własnych potrzeb tundurmę składował, a do naczelnikowskiej chaty do komory specjalnej, wszystkie rody daninę dla Kaytula znosiły, by na przybycie Siewcy Pustki oczekiwała.

Tajemnicą nieodgadnioną, to pozostanie jak w czasie pluchy, gdy deszcz nieustannie od świtu, po zmierzch z nieba wielkimi strugami spadał, pożar w spichlerzu wybuchł. Rzeczą nawet dla najstarszych kumów nieprzeniknioną będzie, jak to się stało, że niezliczone litry deszczu, ognia nie ugasiły.
Trwoga i żal nieopisany całą gromadę zdjął i tylko dzięki Boorgowi i Doorgowi, zwergom mocarnym, co własnością klanu Żabielników byli, część zbiorów ocalić się udało. Niewolnicy bez żadnego rozkazu, ani bez bata, sami w ogromne płomienie wskoczyli i kilka worków turzycy wyciągnęli. Czynem tym zapewne wiele istnień od głodowej śmierci ocalili.

Nazajutrz, gdy cała gromada przy pogorzelisku się zebrała, nikt już wątpliwości nie miał, że licho je w osadzie i srogo sobie poczynia.
Naczelnik do zgliszczy się zbliżył, ukląkł i w dłoń wilgotnego popiołu nabrał. Po czym wstał i pięść zaciśniętą w górę uniósł.
- Dashath - co ponoć w Protosie znaczyło tyle, co “śmierć nad nami wisi, śmierć nam pisana” Słowo, to wypowiadali przed wiekami żołnierze Imperium, gdy do bitwy z dzikimi elbenami ruszali. W onym czasie, był to zaśpiew bitewny, co na duchu podnosił. Tera wszyscy ludzie, za straszliwe przekleństwo, to uważają.

Echo zziębnięte poniosło krzyk naczelnika hen daleko, w prastare i ostępy leśne, gdzie tylko najdziksze ayklesy*** bytują. Gdy głos przestał pośród wysokich drzew dudnić i od topieli się odbijać, cisza zaległa i smutek wypełnił serca wszystkich kumów w gromadzie.
Widmo śmierci w oczy im zajrzało i łypało na ich groźnie.

- Kumowie! Kumowie mili! - rzekł noktambulista Nurbek, przed gromadę wychodząc - Zły to czas, ale nadziei pogrzebać nam nie można. Wokół gromad mnogość. Z każdą w zgodzie żyjem i każda nam pomoc dać może. Gdyby nam nawet iściec zaciągnąć, to nic to, wszak zwarta z nas gromada i rychło go spłacimy.
- Ryj kurwiu! - wrzasnął ktoś z tyłu - To twego smarka wina.
- Dobrze godo! Smark licho ściągnął. - dodał inny.
- Tak żeś synalka wychował, że w dupie mo gromadę i obyczaj stary.

Iskra drobna, wnet pożar ludzkich serc wznieciła i skrywane dotąd urazy, lęki i pretensje na wierzch w jednej chwili wypłynęły. Kumowie jeden przez drugiego krzyczeć zaczęli, złorzecząc, a nawet jawnie grożąc noktambuliście.

- Pognać dziada! Z nim licho odejdzie! - padło na sam ostatek.
Po tych słowach naczelnik znowuż naprzód wystąpił i ręce z lepkiego popiołu otrzepując, po całej gromadzie wzrokiem potoczył.
- Cichajta kumowie! Licho je we wiosce, to pywne. Skąd i jak przylazło, to nie nam rozsądzać. Zmrok już blisko, wieczornica zara. Przy watrze spocznijmy i pociechę w ględzie erzahlera najdźmy. Nie ma co w gorączce działać. Jutro się naradzim, co z tą sprawą zrobić należy.
I posłuchali kumowie naczelnika swego, bo mądry był z niego człowiek i dobrze gromadą gospodarzył. Nikt wiedzieć jednak nie mógł, że noc co właśnie zapadała, krwią i posoką spłynie i nie będzie ona, o zgrozo, na ołtarzu Kaytula przelana.




“Zabij człowieka, tyś morderca. Milion zabij, a królewską koronę przywdziejesz.
Zabij wszystkich - Bogiem się staniesz.
Z dłoni krew kapie... Jeśli to sen, błagam obudź mnie.”
dumka “Blasfemia na ród ludzki” autor nieznany


Dojmujący krzyk kobiecej rozpaczy, tego poranka postawił wszystkich na równe nogi. Wrzask tak donośny się z wdowiej już gardzieli wydobył, że puchacze i yooki**** srebrzyste, przerażone poderwały się do lotu.
Mrok nocy, ledwo co zaczął ustępować, a już kolejna porcja niedoli spadła na mieszkańców osady.

Wszyscy przed swe chaty wybiegli, by sprawdzić, czyj to krzyk i co też znowuż za tragedia się wydarzyła.

Na środku placu, półnaga, cała we łzach klęczała, Ryoosa, żona erzahlera Baktygula. Choć ją baby otoczyły i zaczęły tulić i uspokajać, to krzyk niepojęty nieprzerwanie dobywał się z jej gardła.
- Zamordowali go! - wydusiła z siebie i oskarżycielsko wskazała palcem na chatę noktambulisty Nurbeka i jego małoletniego syna.

W mig się gromada na trzy grupy podzieliła. Jedni wściekli, z pianą ściekającą z ust ruszyli w stronę domu Nurbeka. Drudzy, wśród których większość bab i podlotków była, przy Ryoosie się zebrali. Trzecia grupa, pod wodzą naczelnika Drunga do chaty erzahlera się skierowało, by miejsce zbrodni obejrzeć i zbadać.



________
* Muzdak - jedna z trzech pór roku. Czas, gdy panuje chłód, deszcze obfite i wszystko wolno obumiera.
** Toruk - jedna z trzech pór roku. Mroźna i mroczna pora, kiedy deszcze padają nieustannie, świat roślin i zwierząt pogrąża się w letargu. Nazywany czasem śmierci i uznawany przez Kabalarzy za czas kary i pokuty za grzechy ludzkości. W tym czasie składa się największe i najbardziej krwawe ofiary, by przebłagać Kaytula i przyspieszyć zakończenie Toruka.
*** Ayklesy - gatunek kopytnych, charakteryzujących się rozłożystym porożem. Ich naturalnym środowiskiem są bagna i grzęzawiska. Świetnie nadają się na wierzchowce, ale bardzo trudno je schwytać i oswoić.
**** Yooki - niewielkie ptaki o srebrzysto szarym upierzeniu. Prowadzą nocny tryb życia i są często postrzegane, jako zwiastun niebezpieczeństwa.
 
__________________
I never sleep, cause sleep is the cousin of death

Ostatnio edytowane przez Ribaldo : 27-09-2021 o 01:30.
Ribaldo jest teraz online   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 27-09-2021, 09:57   #2
 
Deszatie's Avatar
 
Cytat:
Mówi się, że przeznaczeniem synów mgły i dzieci wiatru jest nieustanna wędrówka. Powołani zostali do tego za sprawą iskry pradawnej Osobliwości, która nadała im pęd ku nieznanemu i zaszczepiła pragnienie poznawania coraz to nowych obszarów, zgłębianie tajemnic świata. Subtelni jak mgła nad bagniskiem, nieuchwytni jak wiatr przemykający między ruinami, czujący niewytłumaczalną więź z naturą, nawet o tak okrutnym, spotworniałym i trującym obliczu. Zdarza się jednak, iż nawet Molsuli usłyszy głos Przeznaczenia, który chwilowo odmieni jego charakter i zmieni ścieżkę nieustannej wędrówki, na przystań o znamiennej aurze. Zlekceważyć taki znak od Bogów byłoby czynem wielce nierozsądnym. Nawet jeśli decyzja wiąże się z niedogodnościami i wyrzeczeniami, ludzi tak miłujących samostanowienie, to mało który z nich otwarcie przeciwstawi się woli bóstwa i wewnętrznemu przeczuciu. Wie bowiem, że jest jego częścią i nie bez powodu rezygnuje z wolności, by częstokroć zyskać coś o wiele bardziej cennego…
Wcześniej…

Nawet doświadczeni znawcy bagiennych ścieżek i tropiciele nie mogą czuć się bezpiecznie w dzikich ostępach mokradeł. Tak było z częścią grupy nomadów przemierzającej zdradliwą Głębiel Ygiath. Kiedy pojęli, że wkroczyli na terytorium hypmydry było już za późno. Potwór staranował tratwę, część załogi znalazła się w mętnawej wodzie. Nim ujrzeli ponownie chropowaty grzbiet agresora, minęło kilka sekund. Pojedyncze strzały nie mogły powstrzymać bestii, która czuła się wybornie pośród zielonkawej toni i dywanu rzęsy wodnej. Kostropate ramiona wystrzeliły w kierunku najbliższej ofiary. Nieszczęśnik zamłócił rękoma i woda zabarwiła się jeszcze ciemniej, niczym rozlany atrament. Po chwil tafla wody znów poruszyła się, tworząc pienistą falę. Ostre odnóże wystrzeliło spod niej, trafiając kolejnego pechowca i ściągając go w kipiel. Aranaeth zaklął szpetnie, wyszarpał włócznię z rąk niezdecydowanej Olathe, jego szaro-mgliste oczy roziskrzyły się gniewnym błyskiem. Poczuł kołysanie kiedy stwór zanurkował pod tratwą, obliczył miejsce gdzie za chwilę winien objawić się podobny do pniaka tułów. Instynktownie skoczył, dźgając z impetem grzbiet hypmydry. Drzewce wbiły się głęboko w cielsko, mężczyzna nie puścił włóczni, wpadając w odmęt. Brudna woda natychmiast zalała mu nozdrza, a ubiór zlepił do ciała, utrudniając pływanie. Zacisnął dłonie na drzewcu, kiedy potwór sunął dalej miarowo tnąc wodę płetwowatym odwłokiem. Wyraźnie słabł, lecz nadal był groźnym przeciwnikiem. Aran nie zdołał utrzymać włóczni, która wyślizgnęła mu się z rąk. Wir wciągnął go pod wodę, Molsuli umiejętnie zawinął rękoma, nie poddając panice. Wyrwał się na powierzchnię, łapiąc głęboki oddech. Tratwa dryfowała kilka metrów dalej. Usłyszał ostrzegawcze wołanie i wiedziony przeczuciem obrócił się w stronę, gdzie znad lustra wody sterczał znajomy kikut włóczni. Bestia pruła wodę, kierując się wprost na niego, wiedział że nie zdąży dotrzeć do zbawczej tratwy…

Takeome zamachał nad głową liną zakończoną ostrym hakiem i wypuścił ją ze świstem. Trafił stwora w grzbiet, bestia nagle skręciła i raptownie pociągnęła nomada za sobą w ciemną toń. Zatoczyła kolejny krąg, czując pulsujące ciepło ofiary. Aranaeth nie zwlekał i ruszył na pomoc przywódcy zaplątanemu w linę. Podpłynął do niego i zaczął przecinać nożem oploty, ale mimo wprawy, czynił to zbyt wolno. Potwór wpadł na nich obu, czarnowłosy tropiciel dostrzegł bulwiaste oko stwora i z okrzykiem pełnym nienawiści zatopił w nim metalowe ostrze, aż po rękojeść. Poczuł uderzenie i stracił przytomność…

Zewsząd otaczała go mgła. Nawet tak wytrawny tropiciel jak on, był zdziwiony gęstością obłoków. Grunt był miękki i pokryty łozowiskiem. Stąpał po nim ostrożnie, nie będąc pewnym, co też czyha ukryte w torfowisku. Czuł dreszcz spotęgowany złowróżbną ciszą. Nie słyszał zwierząt, rośliny zdawały się uwiędłe, wiatr całkowicie ustał, bez szeptania żadnych podpowiedzi. Nagle wydawało mu się, że usłyszał ciche łkanie chłopca… tęskne i rozczulające nawet serce wojownika. Podążył w tym kierunku, wiedziony instynktem… Mgła nagle przerzedziła się, wyczuł, że było to zjawisko nienaturalne. Dzięki temu dojrzał samotne dziecko, stojące pod konarami obumarłego drzewa. Chłopiec wpatrzony w wyżłobiony pień wypowiadał jakieś słowa. Mężczyzna pojął, że to echo dawnego języka, który potrafił wpływać na rzeczywistość. Chciał krzyknąć, lecz nie mógł dobyć głosu, jakby ciało nie należało już do niego i przypatrywał się całej sytuacji całkiem bezwolnie...

Ocknął się na tratwie, obolały i zmęczony. Z trudem łapał oddech, czując ucisk szyi, a w ustach wyraźny jeszcze posmak bagiennej wody. Cumowali wśród oczeretów, mrok nocy rozpraszały jedynie świetliki pochwycone w lepkie maty. Oprócz niego na tratwie byli tylko Olathe i Takeome. Dziewczyna odprawiała modły nad rannym przywódcą, jego stan musiał być poważny. Tropiciel dostrzegł poszarpane odzienie i okropne rany. To cud, że nomad żył jeszcze mimo takich obrażeń. Molsuli wstał z trudem i niemal na klęczkach zbliżył się do umierającego mentora. Nie wiadomo czy modły kapłanki, czy przyrządzone driakwie chwilowo obudziły świadomość przywódcy. Takeome spojrzał na niego z niemal ojcowskim uczuciem. Gestem wskazał na torkwes, wiszący na szyi.

- To teraz twoje dziedzictwo, Aranie… - rzekł z wyraźnym trudem. – Nie mogę ci wiele wyjaśnić, bo sam ocaliłem ledwie skrawki tej wiedzy. Niech szept Anuka i mądrość Nefele prowadzą twoje serce. Nigdy nie zwątpij w siłę naszych bogów, bo nadejdzie czas, że Oni jako pierwsi sięgną po utracone dziedzictwo, a wtedy Cymelia odkryje prawdę i odmieni los okaleczonego świata…

Wysiłek spowodował, że zamilkł, przymknąwszy powieki, a ciało zdawało się emanować jakąś niewytłumaczalną mocą. Olathe spojrzała na niego szczerze wzruszona. Wiatr miotał trzcinami, niosąc dawno zapomniane pieśni nomadów łączące ból utraty, z nadzieją na przyszłe odrodzenie….

Teraz…

Kiedy Baktygul oczami swemi szalonymi i rozpalonymi niczym groty z kuźni Zwergów wiercił chłopca, czarnowłosy mężczyzna z nietypowym torkwes zdobiącym szyję, nie tylko nie spuścił wzroku, lecz bacznie przyglądał się całej scenie ukłuty jakąś niewidzialną siłą. Nie robiły na nim wrażenia słowa i mowa ciała erzahlera. Był synem mgły, nie potrzebował ględy i moralizującej powiastki, aby rozumieć istotę bytu i świata, bo po prostu namacalnie ją przeżywał. Miast tego poczuł dziwną więź z chłopcem, którego talent był równie wielki jak dziecięca pochopność.

Tropiciel Aranaeth nie był częścią tej wspólnoty, przywiódł go tu głos z półświata, nakazujący Molsuli przystanek na ścieżce wędrowca. Do tej pory nie rozumiał powodu, dla którego zesłał go w te miejsce. Teraz zaś w obliczu wiszącej w powietrzu klątwy, wszystko stawało się jaśniejsze, dawna projekcja nabierała wyraźniejszych konturów, chociaż daleko było jej jeszcze do pełni czytelności…

Mężczyzna oddalił się od zgromadzenia, przegryzając uprażone pędy ożypin. Swój niewielki szałas rozbił na opłotkach osady, na podgniłych kładkach, nie chcąc drażnić tutejszych, a i pewniej czując się naturalnym otoczeniu. Przywykły do niedogodności, przenikliwego chłodu i wilgoci, znosił lepiej te trudy, niż większość osiadłych. Ale nawet jemu chłód nocy, zapowiadający panowanie Toruka dawał się coraz bardziej we znaki. Skromne ognisko dawało nikłe źródło ciepła, lecz i ta iskra wystarczała Molsuli, by przetrwać. Sen zmógł go późno, bo długo roztrząsał wydarzenia z watry, wsłuchany w odgłosy zwiastujące nadejście nocy.

Poranek rześkim i zimnym powiewem skościł jego ciało, jednak Molsuli dość sprawnie i żwawo ogarnął się do wyzwań kolejnego dnia. Panująca wokół cisza była dziwnie zastanawiająca i dopiero po chwili przeciął ją okrzyk kobiecej rozpaczy. Aranaeth nie tracił czasu, zgarnąwszy skromny ekwipunek niezwłocznie ruszył truchtem do wioski, rozgrzewając ciało po przenikliwym chłodzie nocy.

Kiedy ujrzał zbiegowisko, potwierdziły się jego obawy. Przez gęsto padające wokół słowa i zarzuty wyłowił domniemanego sprawcę i ofiarę. Wzburzony tłum domagał się samosądu, sycony przez pierwotne instynkty i zapalczywość. Aran postanowił podążyć za rozgorączkowanymi osadnikami, aby zaślepieni nienawiścią, nie popełnili jakiegoś szaleńczego czynu o poważnych następstwach…
 
Deszatie jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 28-09-2021, 10:23   #3
 
Obca's Avatar
 
Czarcie Jagody były nietypowym klanem, na pewno drugiego takiego nie uświadczył ten las. Pierwotna założycielka była pra babka Morry. Pierwsza kobieta wódz klanu, która wyszła z cienia swojego męża a potem jego jak i każdego innego mężczyznę który próbował ją wrzucić do “kobiecych spraw” zgniotła pod swoim obcasem. Lata powstawania klany były burzliwe i usłane przeróżnymi konfliktami a także ofiarami.

W tej chwili Czarcie jagody mają swoją silną pozycję choć nadal ich inność budzi nieufność, strach a nawet nienawiść. Budzą też ciekawość. Są jedynym klanem gdzie kobiety przewodzą i ich zdanie liczy się bardziej niż mężczyzn. Dziewczynki są bardziej cenione, a chłopcy mogą liczyć na pozycje opiekunów czy obrońców, decyzje podejmowane są za nich od ich profesji do branek jakie dzięki takiej unii mogą znaleźć się pod opieka klanu. Dziwne zwyczaje w tych Czarcich jagodach.

Do tego te ich dziwne rytuały, po których te kobiety stają się inne, a niektóre popadają w szaleństwo albo i giną. Barbarzyństwie tradycje - szepczą złośliwi po kątach. W noc pożaru właśnie temu tajemniczemu rytuałowi poddała się Morra. Bała się ale miała pewną przewagę nad innymi, Morra była krwią z krwi pierwszej założycielki jej babka była aktualna matroną klanu a jej ciotka prawdopodobnie będzie wybrana jako jej zastępczyni. Przez te więzy Czarcia Jagódka miała większe szanse przejść próbę klanu ale i czuła wielką presję nie zawiedzenia linii krwi.
Dziewczyna długo pracowała na swoją pozycję była dobrym zwiadowcą ale jeszcze lepszym mykes, pomagała dzięki znajomości największego daru lasu dla jego mieszkańców, grzybów.

Ranek

Dziewczyna a raczej już młoda kobieta obudziła się w ciepłej chacie okryta skórami, w powietrzu unosi się zapach ziół. Lepki pot spływał z niej jak w gorączce.
“To normalne” pomyślała i rozejrzała się po pomieszczeniu. Jej dwie kuzynki przesypiały przy ognisku, pewnie całą noc czuwały nad nią i już pewnie mogły nie wytrzymać. Trzecia osobą była Sumowka, jedna z branek która przeszła probe parę lat wcześniej,

- Wo..dy..- Powiedziała Morra cicho i chrapliwie.

- Morra, udało ci się! - Sumówka była przy niej prawie natychmiast, jej kuzynki też się rozbudziły i zaczęły krzątać się po pokoju w właściwie jedna druga wyleciała z chaty pewnie ogłosić radosną nowinę reszcie klanu.

- O rany! Twoje oczy...są jak...te dzikie drzewne fiołki!- Jej młodsza kuzynka patrzyła w twarz Morry zafascynowana tą zmianą. Sumowka w tym czasie pomogła jej usiąść i podała jej chochlę z wodą którą ta wypiła prawie że duszkiem. Dopiero po odpowiedziała swojej kuzynce.

- Taak? - Zapytała zaciekawiona, zmiany w wyglądzie nie były rzadkością ale i klan jeszcze nie wiedział jakie są korelacje między nimi a tym co działo się w Aeynechen.

- Tak! Patrz! - Kuzynka pobiegła do kufra i wróciła z kawałkiem rozbitego lusterka. Morra mogła przekonać się na własne oczy że ich kolor zmienia się z ciemno brązowych na jasno fioletowe. Jednak zanim cokolwiek innego wydarzyło się do ich uszu dotarł przeraźliwy krzyk. Potem wraz z innymi dołączyli do zbiegowiska i dowiedziały się co się działo.

Nie były to dobre wiadomości, morderstwo ale i rozdarcie i oskarżenia wewnątrz społeczności nigdy nie kończyły się dobrze.
 
Obca jest teraz online   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 30-09-2021, 11:19   #4
 
obce's Avatar
 
I tylko krew nas łączy...



WCZEŚNIEJ

Ku chacie Durgi ruszyła, gdy tylko przybyła do osady. Zrzuciła obszyty futrem plecak na ziemię i kucnęła koło starej kobiety, która rozsiadła się na kolorowym kocu i grzebała we wnętrznościach rozprutego od szyi do tyłka ptaka. Nachyliła się, podała nóż, który wypadł ze starych palców o pogrubiałych stawach. Babka Baktygula - Durga z rodu Torhani - łypnęła na nią spod brwi, skrzywiła w wyrazie niechęci ciemną i pomarszczoną jak łupina orzecha twarz.

- Śmierdzisz - mruknęła jak zawsze.

Rune wzruszyła ramionami, obróciła w ustach owoc krzyżowca, splunęła ciemną od jego soku plwociną w wysoką trawę. Co miała poradzić? Zapachy trzymały się jej jak pchły sierści gymroka. Zapachy zwierząt. Zapach przelanej juchy i ciepłych jeszcze wnętrzności. Zapach mokradeł i szarej mgły. Pachniała wszystkim tylko nie człowiekiem. Nie wiedziała, który z nich tak naprawdę kobiecie przeszkadzał.

- Zdychasz - odburknęła mało serdecznie, mierząc kosym spojrzeniem skarlałą, zgarbioną sylwetkę staruchy, która była stara nawet wtedy, gdy Rune była małym dzieckiem. - Mogłabyś się tylko z tym bardziej pośpieszyć.

- Wszystko zdycha, głupia dziewucho. Tobie już raz się udało.

Wrona wzruszyla ramionami ponownie, uśmiechnęła się nieładnym, kwaśnym uśmiechem. Siadła na trawie, podwinęła pod siebie bose, brudne od błota i zielonego soku traw stopy.

- Hegnar pozdrowienia przesyła. Ochre dziękuje za radę - przekazała krótko wiadomości od dalekich krewnych Durgi. Przechyliła głowę, podała kobiecie owinięte w skóry zawiniątko. - Asyr skattur na twoje ręce składa. - Odłożyła na chwilę złośliwość, wiedząc, że podarunek nie radość przyniesie, ale smutek i ból. Na ile stara potrafiła jedno i drugie odczuwać.

Starucha przejęła pakunek po długiej chwili ciężkiego milczenia. Powoli rozwiązała sznur spleciony z ludzkich włosów - które Asyr z własnej głowy musiała obciąć - pozwoliła rozwinąć się barwionej szkarłatem skórze. Rune czekała. Pomimo wzajemnej niechęci łączyła je krew: prababka Wrony była siostrą Durgi. A przyjęcie skattur, tego rzadkiego wykupu z zobowiązań wobec rodu, wymagał świadka. Nawet jeśli tym świadkiem miała być stracharka, która tak naprawdę nigdzie nie miała swojego leża. Obydwie popatrzyły na dwa palce serdeczne: zdrewniałe, magią pokrzywione i oderwane. Asyr zrywała więzi, odcinała się od swojej krwi, spłacała mięsem i kością dług i teraz żaden Molsuli, żaden Torhani nie miał prawa prosić ją o pomoc i żadnego z nich nie miała prawa prosić ona. Oddawała kawałek siebie najstarszej żyjącej z rodu i szła dalej. Bez nazwiska. Bez imienia matki i ojca. Sierota prawdziwa. O ile Durga ją uwolni. O ile Durga wypowie Słowa i rozleje swoją juchę.

- Była ci winna, stracharko.

- Spłaciła dług - wykrzywiła się Wrona niezadowolona. - Nie chciałam, ale oddała co winna była. Pytałam. Dlatego przyszłam tak późno. Rozliczyła się ze wszystkimi co do jednego. Nikt nie rościł pretensji. Nikt kogo znam. Nie przywiążesz jej tak do nas. Nie powiedziała czemu. Wiesz?

- Nie wiem. Podejrzewam.

- Przez ciebie?


Durga milczała. Gdzieś za chatą wydzierał się sterkus, gdzieś z boku słychać było jak Kasym zagania rozkrzyczane owoce swoich lędźwi do roboty. Rune obróciła głowę ku Chali, która powoli podchodziła coraz bliżej i bliżej, węsząc za tajemnicami, odliczając zapewne uderzenia serca do momentu, gdy będzie mogła rozpuścić swój przeklęty jęzor. Przymrużyła oczy, ostrzegawczo wyszczerzyła ku niej ostre zęby, zjeżyła się cała dopóki kobieta nie wycofała się z powrotem pod ścianę swojego domu. Pomiędzy nią i Durgą mogło nie był serdeczności i ciepła, ale co krew to krew. To było jej - ich - i stracharka nie miała zamiaru oddać z tego ani kawałka.

Durga milczała. Rune wyciągnęła drzazgę, która wbiła jej się w stopę a potem czekała, niecierpliwie zrywając i splatając razem źdźbła traw. W końcu stara sięgnęła po nóż i rozcięła serdeczny palec lewej dłoni od opuszka po nasadę. Krew wypełniła głębokie linie losu i słońca, spłynęła ku nasadzie dłoni i dopiero stamtąd spadła gęstymi kroplami na złożony skattur.

Durga rozlała swoją juchę.
A potem powiedziała Słowa.
Całkowicie nie te, których Wrona się spodziewała.


⧫⧫⧫


Jak zwykle przyszła wraz z deszczem. Wślizgnęła się do wnętrza chaty tuż po tym jak erzahler nabrał tchu, by rytuał wieczornicy rozpocząć a grube krople uderzyły o strzechę i wszystko wypełnił jednostajny szum deszczu. Jak zwykle kucnęła w cieniu wpół otwartych drzwi, poza kręgiem skupionych wokół Baktygula ludzi. Bose stopy zaparte mocno o ziemię, przedramiona swobodnie oparte na kolanach, głowa lekko w tył odchylona. Blask żaru lepił się do jej palców, wydobywał z cieni kawałek policzka, błysk oczu spod rzęs, kościaną biel ozdób wplecionych w ubranie i włosy. Baktygul snuł swoją gawędę. Znała jej słowa. Rozumiała ich wagę. Cieszyła się ich barwą. Były jak spokojna, znajoma rzeka, w której można było się zanurzyć wiele razy. A jednak nie dla nich tam była. Cienkie smugi siwego dymu wiły się pośrodku pomieszczenia jak rozleniwione węże za nic mając sobie rytm wyznaczany przez gromki głos erzahlera. Przez ten ruchomy woal patrzyła na maskę, która teraz była twarzą Haruka. Jeszcze niedawno był najpiękniejszą rzeczą, jaką kiedykolwiek obdarzyła spojrzeniem. Z tym swoim trochę za dużym nosem, trochę zbyt szeroko rozstawionymi oczami, z trochę zbyt krzywym uśmiechem na przeciętej blizną twarzy. Teraz zza ciemnej, wzmacnianej drewnem i przepalonej zdobieniami skóry obserwowały ją całkowicie inne, obce oczy.

- Ignys! - wrzasnął Baktygul.

Rune wykrzywiła się do Haruka, w nagłym rozbłysku płomieni wyszczerzyła do niego zęby, błysnęła wyzywającym, rozgorączkowanym spojrzeniem.

- Teyrra! - zagrzmiał erzahler.

Wyprostowała się powoli, poruszyła ramionami. Spod rozchylonej koszuli zapulsowało gwałtownie nieludzkie serce uwięzione w klatce żeber.

- A ayther!? - zapiszczał niespodziewanie Baydur.

Nie drgnęła nawet, nie zwróciła uwagi, przez dym i żar wiążąc na sobie wzrok stojącego po drugiej stronie pomieszczenia mężczyzny. Ale jego oczy były inne i obce, mające w sobie tyle ciepła, co wygasłe z dawna palenisko. A jednak Wronę ciągnęło ku niemu nawet teraz.

- Niech cię Topiel pochłonie - warknęła gardłowo głosem ściśniętym goryczą. Słowa wyrwały się z niej nieprzemyślane, nagłe i boleśnie słyszalne w grobowej ciszy jaka rozlała się po pomieszczeniu. Zabrzmiało jakby obwiniała dzieciaka, jakby rzucała oskarżenie. Choć powinna przecież. Zabrzmiało arogancko, jakby rościła sobie prawo do ferowania wyroku. Zabrzmiało jakby przerwanie ględy wbiło jej nóż głęboko w ciało. Zabrzmiało jak prawda, choć było przecież kłamstwem.

Dopiero wtedy odwróciła od niego wzrok.


⧫⧫⧫


TERAZ


Noc spędziła skulona w dziupli starego jak czas cyprysu. "Wronie Gniazdo" mówili o nim miejscowi, od kiedy stracharka obwiesiła je wietrznymi dzwonkami, wyłożyła legowisko darnią i uznała za swoje. Przez długie godziny słuchała tylko dochodzącego z osady echa rozmów, pomrukiwania gymroków, matowego grzechotania drewnianych dzwonków poruszanych co jakiś czas niewidzialnymi palcami. I dopiero po godzinie północnic zapadła w płytki sen pełen trzepotu ptasich skrzydeł, smaku starej krwi, urwanych w niedopowiedzeniu słów i masek splecionych z ludzkich palców. Palców Asyr, palców Haruka, pociętych nożem palców Durgi.

Gdzieś w ciemnych godzinach przedświtu śmierć przyszła do osady i Wrona miała wrażenie, że wiatr niesie ze sobą zapach padliny, nieruchomego, stygnącego mięsa. Jakby w samym powietrzu krew przelana odcisnęła swój stygmat. Obydwa serca pulsowały niepokojem i zwiastunem burzy. To ludzkie: szybko, w pośpiechu. To drugie - ciemne i obce - wolniej, ale znacznie mocniej. Tym ciężkim, nieustępliwym rytmem, którego nie da się powstrzymać i który dyktował rytm jej własnych kroków. Jak zew. Jak wiatr wiejący w plecy. Jak bęben centarysty.

Jak krew wołająca do niej z ziemi i powietrza.

Powiodła wzrokiem za chmarą przepłoszonych kobiecym krzykiem ptaków i wiedziała, że nie wróci już na moczary tego dnia. Minęła Ryoosę i towarzyszące jej płaczki bez słowa. Przeszła obok zawodzących kobiet jak zły omen: w zaciętym milczeniu, otoczona cichym klekotem kościanych i drewnianych ozdób; z błyszczącymi jak w gorączce oczami i ustami zaciśniętymi w wąską, bladą kreskę. Pod bosymi stopami trawa była zimna i wilgotna jak skóra umrzyka, ziemia uginała się lekko jak świeżo zasypany grób.

Już z daleka dostrzegła stojącą przy chacie erzahlera babkę Baktygula i skierowała się prosto ku niej. Wyminęła naczelnika Drunga i idącego dwa kroki za nim Haruka. Serca zapulsowały gwałtowniej, zmusiła się, by nie odwrócić spojrzenia i głowy ku Harukowi w tej przeklętej masce shyty na zawsze już przyżeganej do jego twarzy. Ale kątem oka widziała przecież.

W kilku długich krokach dopadła celu. Nachyliła się nad starą, przegięła giętko grzbiet zbliżając przemalowaną popielnikiem twarz do jej twarzy.

- Masz co chciałaś - warknęła oskarżycielsko bez żadnego wstępu, podwijając górną wargę, szczerząc ku niej zęby. - Nie oddałaś krwi, więc krew została ci zabrana. Zagrałaś skattur po swojemu. Warto było? Warto było, >krewniaczko<?

Z erzahlerem łączyła ją krew.
To było jej - ich - i stracharka nie miała zamiaru wybaczyć nawet kropli.

 

Ostatnio edytowane przez obce : 30-09-2021 o 12:35.
obce jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 30-09-2021, 12:00   #5
 
GreK's Avatar
 
Kiedyś
Szedł, mimo że krew zalewała mu oko, zlepiała powiekę lepką, kleistą skorupą.

- Nie przemywaj rany bagienną wodą.

Huczały mu w głowie nauki rodzica

Więc szedł, nie zatrzymując się na dłużej niż odegnanie tłustych, brzęczących gomygów. Ciągnęły za nim, zwabione słodkim zapachem juchy.

- Nie pozwól…

Pouczał dalej.

- Tato, nie dam rady…

Szeptał suchymi, spękanymi wargami.

- Musisz. Musisz.

Więc upadał, lecz wstawał. Zawsze wstawał. Tylko nie miał już sił odganiać się od brzęczącego, natrętnego paskudztwa. Gomygi chodziły mu po twarzy. Składały jaja w świeżej ranie.

Niedawno
Odwaga uleciała razem z dymem gdy tylko uchylił skórę zasłaniającą wejście do jurty. Tego drugiego było jeszcze jednak sporo w środku pokaźnej chaty. Gryzł go w oczy wyciskając na zmęczoną twarz Barylo łzy, które spływały teraz przekraczając kratery zmarszczek. Pod, za szeroką na chuderlawą posturę mężczyzny, kapotą zapiszczało coś, poruszyło się niespokojnie. Przycisnął stwora żylastą dłonią, nie pozwalając się wyrwać.

- Halo…

Chciał zawołać, oznajmić przybycie, lecz jego głos niewiele się różnił od piśnięcia przestraszonej pod połą ubrania żywizny. Przeklął w duchu swoją trwożliwą naturę, wszak obiecał sobie, że z goła inaczej postąpi. Za każdym jednak razem było tak samo. Na próżno starał się przebić wzrokiem mrok zmieszany z dymem, wypatrzeć postać starca, który niechybnie gdzieś tam tkwił, naigrywając się z niego. Im bardziej starał się go dostrzec, tym bardziej piekły go oczy, tym bardziej zalewał się łzami. Nie mógł zrozumieć jak ktoś mógł przebywać w takim miejscu z własnej woli dłużej niż kilka oddechów. Pociągnął nosem niczym zasmarkany, przerażony chłopiec.

- Czego chcesz?!

Gorący, suchy szept musnął płatek ucha. Barylo podskoczył zaskoczony. Odwrócił się nagle, prawie wypuszczając wiercącą się pod materiałem maszkarę. Nikogo. Tylko siwy dym. I mrok.

- Ochrony - szepnął w końcu, a słowa wypłynęły z niego jak z dziurawej tykwy, szybkie, płochliwe, - przed tym co nas czeka, przez smarkacza Nurbekowego, który Ględę przerwał, żeby go bagna pochłonęły, Baydura znaczy, nie Nurbeka, z resztą może ich obu, mnie tam na jedno…

Urwał, przestraszony, że swym ględzeniem mógł imorytę, co ciągle się nie objawił, w rozdrażnienie wprowadzić. Raz jeszcze wytężył czerwone już ślepia próbując coś wypatrzyć, na darmo.

- Ochrony - powtórzył słabo.

Czuł gorąco i słabował coraz bardziej od duchoty. Bać się począł, że tutaj zemdleje jeśli to dłużej potrwa. Do tego ukryte pod kapotą zwierzę pazury wbiło mu boleśnie w brzuch. Nie piszczało już. Łkało teraz jak małe dziecię. Wtem w jurcie zrobiło się jaśniej. Kłęby dymu ustąpiły jakby je przewiał nagły podmuch wiatru, chociaż wygarbowana skóra ciągle przysłaniająca wejście do chaty ani drgnęła. Barylo odetchnął głębiej czystym powietrzem.

- Co tam trzymasz człowieku? - spytał Stracharz.

Animur stał przed nim, oparty o kostur a jego twarz wykrzywiały w upiorne grymasy tańczące płomienie ogniska. Timoryta przesunął język po suchych wargach.

- Dziećpierz - mlasnął starzec, lecz przybyły nie mógł wyczytać czy jest to oznaka uznania, czy irytacji nietrafionym podarkiem. - Wyjmij żesz go w końcu człowieku nim ci się do flaków dobierze!

Teraz
Śmierć. Animur prawie czuł jej cierpki smak na końcu języka. Po plecach przebiegł mu dreszcz podniecenia, który miłym ciepłem spłynął w okolice lędźwi. Stracharz wybrał się do osady zwabiony przez nocne skrzeczenia yooki. Posłańcy Kaytula zwiastowały zło.

Spojrzał na półnagą Ryossę otoczoną przez baby i powoli ruszył za Drungiem, torując sobie drogę wśród ciżby kosturem. Chciał zobaczyć, posmakować, może zrozumieć.
 
__________________
Aktualnie gram w:
Dreamcatcher. Horror. Storytelling. Dokąd prowadzi tunel z koszmaru?
Atrofia Baydura. Postapokaliptyczny świat tonący w strugach deszczu.
GreK jest teraz online   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 30-09-2021, 19:15   #6
 
Caleb's Avatar
 
Poprzedniego dnia, kiedy pożoga trawiła spichlerz, młody elben stanął z tyłu zbiegowiska. Aaron przybył do wioski jakiś czas temu, lecz znał swoje miejsce. Gdy w ludziach buzowała krew, to dla zielonoskórych dziwadeł mądrzej było trzymać się z daleka.
Rubieżanie nie widzieli zatem z jakim przejęciem ribaldo doglądał całe zajście. Jego złote oczy pilnie śledziły żywą gestykulację i nerwowe gesty zgromadzonych. Jednocześnie po smukłej twarzy Aarona przebiegało całe spektrum stale zmieniających się grymasów, jakby ten co najmniej słabował na umyśle.
Zgodnie ze swoim zwyczajem tłum począł szukać winnego i szybko odnalazł go w latorośli śniarza. Bard dobrze wiedział o co się rozchodziło. Był w izbie tego wieczoru, gdy młodzian przerwał opowieść erzahlera. Sam zwykł grywać wieczorami na swoim instrumencie, który zwał vandelem, by choć w ten sposób odwdzięczyć się za gościnę. Wtedy jednak nie pozwolił ani jednej nucie wlać się między kwieciste opisy gawędziarza. Wiedział jaką wagę ma opowieść i że nic nie może jej zaburzyć. A jednak malec, który bodaj Baydur się nazywał, przerwał perorę, przez co teraz tłum złowrogo wymachiwał w kierunku jego ojca. Aaron, choć z fascynacją to wszystko obserwujący, zdawał się być kontent, że naczelnik odegnał widmo samosądu. Ostatecznie przecież sprawcą zamieszania był zwykły smarkacz. Gdyby los faktycznie chciał karcić każdy wybryk młodości, na świecie ostaliby się tylko bezzębni starcy.
Następny dzień przyniósł jednak wydarzenia, których nie mogło już załagodzić kilka rozsądnych słów. Jak każdego poranka Aaron obudził się w odrapanej izbie, która po wielu wędrówkach była dla niego zbytkiem luksusu. Otrzymał lokum w chacie samego Drunga, który dbał o to, aby rasowe uprzedzenia nie stanęły ponad zwyczaj azylu. Przynajmniej do czasu.
Gdy elbena doszedł tumult, zerwał się niczym owad na chitynowych nóżkach i szybko zmierzył bezpośrednio na plac. Wszystkie żyłki i naczynka, które były widoczne pod jego cienką skórą, pulsowały teraz jak pełzające po deszczu robaki. Młodzian ledwo ukrywał podniecenie i cokolwiek się właśnie działo, to nie chciał nic stracić z całego zajścia.
Na miejscu szybko pojął sytuację. Baktygul był martwy, zaś mieszkańcy zdali się wydać wyrok, nim z opuchniętej twarzy wdowy spłynęły pierwsze łzy. Rubieżanie zbili się w kilka grup, z których najbardziej rozedrgana zmierzała do chaty Nurbeka. Sam Aaron zawahał się na krótką chwilę. Dobrze wiedział, że ludzie na ogół nim wzgardzali, a gdy jego pieśni milkły, rozmarzone myśli na powrót hartowały się, zaś dłonie zaciskały w pięści. Był gościem i nie brakowało mu strawy oraz ciepła, lecz nikt nie miał tu słuchać podrzędnego elbena, szczególnie gdy sprawiedliwość zdawała się być wyciągnięcie ręki.
Przerwał swe rozmyślania, które zresztą niejednokrotnie wprawiały go w stan bliski letargu. Postanowił podejść pierw do wdowy oraz reszty niewiast. Z tego co zdążył zaobserwować, ludzkie kobiety na ogół wykazywały się większą rezerwą od znacznie mniej powściągliwych mężczyzn. Ryoosa była w stanie głębokiego wzburzenia i nie liczył na oratorskie cuda, ale coś musiał zrobić.
Delikatnie wsunął się między płaczki, odnajdując lukę w ich ciasnym kordonie. Nachylił się do wdowy, chcąc przemówić do niej możliwie uspokajającym głosem, jakby wręcz nucąc do jej uszu. Zaczął możliwie najprościej:
- Co się stało? Spróbuj nam opowiedzieć.
 

Ostatnio edytowane przez Caleb : 16-11-2021 o 18:33.
Caleb jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 03-10-2021, 23:59   #7
 
Ribaldo's Avatar
 

“Krew powrozem, dusz naszych”
pradawne porzekadło elbenów


Złocisty blask Oeyna, mroki nocy rozpraszał z wolna. Niebo jasno błękitnym pledem ziemię otulało i ani jedna chmura deszczowa na nim się nie ukazała. Złudzenie można było ulec, że to nie pierwsze dni Toruka, ale że Hajot się właśnie rozpoczyna.
Szloch Ryoosy, co serce całej gromady rozdzierał i żałość straszliwą we wszystkich wzbudził, siłę miał wielką, bo także ziemią i niebiosami wstrząsnął.
Zafrasowało się wielce świetliste oblicze Oeyna i wnet za sinymi chmurami się skryło. W oddali, gdzie bór gęsty się zaczyna, a ziemia grząska i namoknięta do granic możliwości, huk grzmotu dało się słyszeć.
Wzburzyły się żywioły i głośny dały temu wyraz. Krew niewinnie przelana o pomstę wołała.




Tuzin chłopów, gniewem i wściekłością wypełniona, ku chacie Nurbeka zmierzało. Facjaty ich od krwi nabrzmiałe, a żyły niczym postronki napięte im na skroniach wystąpiły. Każden coś pod nosem mruczał i pięścią przy tym wygrażał. Z dala ich głosy, jako rój szerszeni zacietrzewionych brzmiał. Choć nikt rozkazu nie dał, to każden wiedział, co czynić im wypada. Prawo i zwyczaj po ich stronie były, a wina Nurbeka oczywista, jak ten że w nocy pierwszy Aeyn się ukazuje, a dopiero za nim brat jego Teyn.

Noktambulista, jak każdy inny krzykiem Ryoosy ze snu wyrwany, przed chatę stał tylko w koszulę cienką ubrany..
- Na kolana kurwiu! - wrzasnął jeden z chłopów.
- Gdzie bękarta masz? - wspomógł go drugi.
- Dawaj go tu do nas! Potańczymy se z nim, jako prawo nakazuje!

Nurbek, nic nie odrzekł i tylko głowę na piersi zwiesił, jakby z losem swoim się w pełni pogodził.
- Naczelnik prawa strzeże - rzekł donośnie Aranaeth na czoło grupy wychodząc i jakby pomiędzy nią, a śniarzem stanął - On tylko sędziom w sprawie może być.
Chłopy wzburzone po sobie spojrzeli, bo nikt się czegoś takiego spodziewać nie mógł.
- Rację mosz - odparł Tahmin, jeden z Rzemieślników, co o stan przepraw i kładek dbał - Prawo je w rękach Drungi, ale jasno przeta ono mówi, że kto plugastwem się para, temu jeno stos pisany. Na co nom czekać?
- Taaa jest! - wsparli go inni chłopi, nogami gniewnie tupiąc i dłonie w pięść zaciskając.
- Przecież wam on nie ucieknie - próbował dowodzić guślarz, chcąc emocje wyciszyć.
- Łun może i nie - rzekł Tahim - ale bękart jego to niby gdzie?
Nim Aran słowo zdążył wyrzec, milczący do tej pory noktambulista wyszeptał niemal:
- Jeszcze wczoraj na mokradła poszedł. Na noc do domu nie wrócił.

Słysząc te słowa kłamliwe, chłopom aż piana z ust poszła. Ruszyć już na Nubreka mieli, by go żywcem na strzępy rozerwać, gdy śpiew czarowny w ich serca i umysły się wlał.




Aaron, elben, co w Rubieżanach od kilku tygodni pomieszkiwał, niczym wiatr, bezszelestnie pomiędzy baby, co przy Ryoosie klęczały i zgryzotę z nią przeżywały, łzy i jęk bolesny wznosząc, się wsunął i przy wdowie klęknął. Dłoń wiotką i gładką niczym alabaster na jej ramieniu złożył. Szmaragdowe refleksy na jego skórze, niczym talizman prastary, uwagę ściągały, a słabsze umysły w trans wprowadzały.
Słowa ledwo słyszalne, popłynęły z jego ust i wprost we wdowie serce, wniknały.

Niebo posiniało i wiatr mroźny ze wschodu napłynął. Ryoosa zawyła upiornie, na podobieństwo kyryoków, co Aeynechen zamieszkują. Wnet jej jęk żałosny w przecudne alikwoty się zmieniły, które niczym matczyne pieszczoty, serca i umysły całej gromady koiły. Mało kto się spostrzegł, że śpiew duszę przenikający i mocą aytheru ją nasycający, nie z gardła owdowiałej Ryoosy pochodzi. Aaron, co wędrownym ribaldo był, dziwy te wyczyniał. Taką moc ów rab posiadał.


I zasłuchała się cała gromada we wdowi śpiew.

Zabiliiiii! Ubilliii! Usiekliii Luby mój nie żyje!
Zabiliiiii! Ubilliii! Usiekliii Luby mój nie żyje!

Śmierć zdradziecką mu zadali
Karmazynowe broczyny pierzynę barwią
Strugi rubinowe drogę wskazują
Kędy mąż mój poszedł

Zabiliiiii! Ubilliii! Usiekliii Luby mój nie żyje!
Zabiliiiii! Ubilliii! Usiekliii Luby mój nie żyje!

Cień! Cień smolity w progi me wlazuje
Cień smolisty, a z nim pospołu glizd mrowie
Robactwo oślizgłe duszę mu wyżera
Ubili go i jaźni pozbawili

Zabiliiiii! Ubilliii! Usiekliii ukochanego mego!
Zabiliiiii! Ubilliii! Usiekliii ukochanego mego!


Ryoosa z sił opadła i wprost w ramiona Aarona legła. Baby, co wokół się zebrały, westchnęły głośno i ciasnym kręgiem ich otoczyli, a niebo sine swymi łzami żałość z nich zaczęło spłukiwać.




Drunga, co naczelnikiem Rubieżanów był, pierwszy do chaty erzahlera wkroczył. Ledwo stopy jego klepiska dotknęły, a wnet nogi się pod nim ugięły. Mocarny był z niego chłop i choć lat już wiele po ziemi chodził, to siłę i krzepę miał. Widok trupiszcza na łożu rozciągniętego, po prawdzie ohydny był, bo wszędy krew z rozerwanej piersi rozlewała się na podobieństwo rzeki wzburzonej. Nie zezwłok szkaradnie okaleczony naczelnika wzburzył i osłabił, tylko fetor co się w chacie erzahlera unosił. Trup jeszcze niemal ciepły był, więc to nie od niego owa woń pochodziła. Śmierć zawsze powietrze naznacza i każdy od razu ją wyczuje, ale tym razem coś plugawego i bezbrzeżnie wstrętnego wyczuć się dało. Z całej grupy, jedynie Animur stary, co niejedno już widział, nie cofnął się z obrzydzenia. Wręcz przeciwnie tajemny odór, wręcz zachęcająco na niego działał. Jak muchy do łajna ciągną, tak też stracharz wolno do ciała Baktygula podszedł. Każdą cząstkę odrażającej woni w swe płuca wciągał i smakował ją z lubością. Zachowanie jego sprawił, że żaden inny chłop kroku już dalej nie postąpił. Wszyscy tylko spoglądali, co też Animur wyczynia. Jedni z przerażeniem, a nawet ze wzgardą na to patrzyli, a inni zaś z zaciekawieniem i lękiem jednocześnie.

Stracharz woni tej szkaradnej nie znał, co dziwnym mu się zdało, bo ze śmiercią niemal od dziecka za pan brat był. To ona towarzyszką jego zabaw dziecięcych, jak i akuszerką praktyk przez wszystkich wzgardzonych. Lepki i kwaśny posmak na języku odczuwał i z bytami, co Topiel zamieszkują i na padlinie żerują, mu się to kojarzyło. Dłonie drżeć mu zaczęły, gdy w rozszarpaną pierś erzahlera spojrzał. Strzępy skóry i krwi rozbryzgi jasno mówiły, że pierś od środka rozerwana została. Nachylił się Animur nad trupem i powietrzem mocniej się zaciągnął. Oczy mu bielmem zaszły i ciężkie westchnięcie z jego piersi się wydobyło. Słowa nie wyrzekł żadnego, nie dlatego, że go lęk zdjął, abo temu, że nikt by jego gadania nie pojął. Stracharz poprzez warstwy wszechświata spojrzał i mrok pradawny, na niego też oczy skierował.

- Wynieść go stąd! - polecił naczelnik Drunga - Chatę spalić, bo licho w niej się zagnieździło.

Czterech chłopa ku posłaniu z gałęzi sosnowych podeszło i je wespół dźwignęło. Reszta z chaty wyszła i smętną pieśń nucić zaczęli.




Cała gromada się na placu zebrała i kołem stanęła. W jego centrum ciało Baktygula na łożu sosnowym spoczywało. Rana, co w piersi ją miał, niczym krater mroczny na zgromadzenie spozierała i pomsty się domagała. Czara nieszczęść, klęsk i fatum złośliwego pełna po brzegi, wylała się niczym smoła czarna z kotłów węglarzy.

Rubieżanowa gromada w strugach deszczu stała i żałością zdjęta w milczeniu na zwłoki erzahlera spoglądała. Piorun świetlisty niebo rozciął, a po nim grzmot uderzył straszliwy. Wtedy to też naczelnik Drunga w środek kręgu wstąpił i corylusem dębowym trzy razy w ziemię uderzył.
- Kumy i kumoszki - rzekł donośnym głosem, by go każden jeden słyszał - Zło się hańbiące wydarzyło i owoc skażony wydało - przy tych słowach laskę na zwłoki erzahlera skierował - Radzić, nie ma co, bo i wszystko jasne, jako lico Oeyna, co od wieków na nas spoziera. Bękarta trza naleźć i krew z niego utoczyć, by z grzechu straszliwego jucha jego parszywa nas obmyła.
Nurbeka w dyby zakuć, coby nigdzie nie czmychnął. Chatę Baktygula i jego jego spalić wedle zwyczaju pradawnego, by licho z wioski wypędzić. Kiedy druga tercja wybije, na powrót na placu się zbierzem i otokę odprawimy, by łowczych Kaytul sam wybrał i naznaczył.

Naczelnik Druga zamilkł i wzrokiem surowym na swych kumów spojrzał, wypatrując, czy kto głosu nie chce zabrać.
Po czym znowuż trzy razy corylusem w ziemię uderzył, znak dając, że wiec zakończony.
 
__________________
I never sleep, cause sleep is the cousin of death

Ostatnio edytowane przez Ribaldo : 04-10-2021 o 03:01.
Ribaldo jest teraz online   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 04-10-2021, 10:04   #8
 
Deszatie's Avatar
 
Słowa i postawa obcego wielce zdziwić osadników mogły. Jakże to tak, nomad przybłęda śmie uwagę im zwracać i przypominać raczy o wioskowych prawach? Niepojętym się to zdawało, lecz głowy rubieżan choć chwilowo ostudziło, które ognia miały tyle, jakby klatratem z bogatego złoża były opalane. Jednakowoż tropiciel emocji nie zdołał przygasić, bo trafiała ona na podatne grunta, a już słowa o ucieczce chłopca na powrót dzikość i srogość zaklętą na widok ujawniły w postaci zaciśniętych kułaków i rozdygotania. Tylko czarnowłosy stał im na drodze i choć rdzawe żelazo miał do pasa przytroczone, a łuk przez plecy przewieszony, przymioty niechybnie wojowniczy charakter znamionujące, to przewaga grupy aż nadto wyraźna się wydawała i w prostym rachunku zapobiec linczowi, żadnym staraniem by nie zaradził. Tedy niespodzianie pieśń liryczna spłynęła jak obłok słodki i kojący, w swym echu wiążąc nienawistne głosy i poza obręb sioła je wypychając. Nawet Aran kunszt pieśni potrafił pojąć i wrodzoną ochotę do potyczki w sercu Molsuli zdusił.

- Odprowadźcie go do naczelnika, a ja rozejrzę się po obejściu czy śladu jakiego czytelnego smarkul nie ostawił. – rzekł do kmiotków, którzy okrutnych zamiarów swych poniechali, zawierzając, że wdowia krzywda niebawem i tak pomszczona należycie zostanie.

Aranaeth ostrożnie przepatrzył chatę i obejście, co by niebacznie śladu jakiego nie zatrzeć. Dziwnym, ale zdało mu się, że ucieczka chaotyczna nie była wiedziona dziecięcym strachem. Jako świadome opuszczenie schronienia wyglądała, czym bardziej zastanowienie głębsze u Guślarza wzbudzając. Nie wiada czy prawdę rzekł Nurbek, ale podstaw by wątpić w jego słowa po oględzinach chaty nie było.

Zastygł kiedy usłyszał szelest w kącie. Pod nieobecność gospodarza, jakiś szkodnik pragnął dobrać się do niedokończonego posiłku. Aran delikatnym ruchem wyciągnął strzałę, chwytając ją blisko opierzonych lotek. Szuranie niebawem zdradziło małego gryzonia wielkości piędzi, który płochliwie sunął po klepisku. Szczurzytek nie wyczuł jednak zagrożenia kuszony zapachem ziaren. Przyszpilony grotem strzały rzucił się w konwulsjach, gwałtownie kończąc żywot. Araneth nie uczynił tego ze złośliwości czy inszego zabójczego instynktu. Każdy okruch wiedzy z trzewi najmniejszego choćby zwierzęcia mógł ofiarować Guślarzowi cenną wskazówkę, czy choćby jej namiastkę. Kiedy nadarzyła się ku temu okazja, nie mógł jej zaprzepaścić. Wyszeptał przepraszającą formułę i zgarnąwszy truchło w strzęp płótna oddalił się w stronę swojego szałasu.


Odwinął z namaszczeniem pakunek, gdzie spoczywało ciało małego ssaka. Ułożył je w pozycji pośród amuletów innych zwierząt, tak by tworzyły runiczną triqetre. We wszelkich bowiem obrzędach i rytuałach trójca moc zaklęta miała i tajemnice światów oraz proroctwa łacniej było odkryć. Z małej fiolki zawierającej krew Qurboca, jak perceptor, co inkaust kapkę na pióro czerpie, tak Aran kroplę na nacięte szczurowate truchło nałożył. Natychmiast sycącą moc Aytheru odczuł, gdyż z ciepłych wnętrzności opar się wydobył dymowato cienką strużką. Guślarz jak zahipnotyzowany w to zjawisko się wpatrywał, na wątpiach zwierzątka skupiwszy. Kiedy nitka dymu do nozdrzy się dostały szaro-mgliste oczy mężczyzny jeszcze bardziej nienaturalnej barwy nabrały, jak gdyby otwarły się na Aeynechen. Kto w onej chwili do szałasu, by zajrzał, zrozumiałby, iż właściciel podróż zaczyna na granicy światów i w pełni nad swym ciałem oraz zmysłami nie panuje…

Kiedy druga tercja wybiła i rytuał łowczych zbliżał się do rozpoczęcia i czarnowłosy Molsuli targany rozterkami do gromady dołączył. Krwawe łowy na niedorostka zbyt nęcące dlań nie były, a wręcz pewną tajoną odrazę do nich czuł. Na potwory bagienne, co zagrożenie stanowiły czy insze wynaturzone bestie polować to bowiem rzecz naturalna, aleć chłopięcia jako zwierzynę tropić to mogli tylko wyzuci z uczuć pobratymcy jego czynić, co niewolników dla zysku chwytali. Szlachetne serce Arana, jawnie przeciwstawiało się takiej decyzji. Jednakże okoliczności, które sprowadziły go do osady i wizje, których doświadczał, przemogły chęć opuszczenia tych terenów. Zagadkowe i pełne sprzeczności kazały mu uczestniczyć w tym misterium, aż bóstwa objawią choćby cząstkę oczekiwań żywionych wobec nomada…
 

Ostatnio edytowane przez Deszatie : 14-10-2021 o 22:47.
Deszatie jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 06-10-2021, 20:38   #9
 
GreK's Avatar
 

Kiedyś
- Czerwie gomygów - westchnęła tęga kobieta pochylająca się nad chłopcem, o skórze szarej niczym starte nasiono piołunnika.

- Będzie żył? - dopytała druga piskliwym głosem patrząc jak z zaropiałej narośli przysłaniającej oko nieprzytomnego.

Grubaska wzruszyła ramionami.

- Kaytul jedyny raczy wiedzieć - odparła.


Teraz
Wyziew śmierci co go w Baktygulowej chacie Animur wdychał drażnił zmysły stracharza. Wstrętny szarpał nimi jak ribaldo struny swego instrumentu, wygrywając na nich melodię zupełnie obcą i ochydną. Rozsmakował się Animur tym parszywym zapachem. Roztarł jego smak lepki i kwaśny suchym językiem po podniebieniu. Kojarzył mu się z Topielą i bytami ją zamieszkującymi lecz z żadnym, które znał. Nieznane intrygowało, wzbudzało pożądanie, wulgarnie wypełniające spodnie. Starzec podszedł do łoża, znacząc swoją ścieżkę stopami odciśniętymi w nie skrzepniętej jeszcze krwi.
Ordynarna dziura w klatce piersiowej trupa straszyła ostrymi krawędziami połamanych żeber, krwawymi strzępami mięsa na zakrwawionej koszuli nocnej. Erzahler wyglądał tak jakby coś rozerwało go od środka, rozrywając klatkę żeber.

Animur nachylił się nad ciałem i głęboko wciągnął ohydną woń rozkładu. Oko, przez które przebiegała paskudna blizna momentalnie zaszło bielmem. Oko, przez które strachur zwany był Trójokim.

Trupia woń poprzez nozdrza wniknęła w płuca stracharza, a przez nie wraz z cząsteczkami tlenu wprost do jego krwi. Gdy ta obiegła całe ciało i rozlała się poprzez tętnice w mózgu, grobowy chłód przeszył wszystkie członki Animura. Koniuszki palców zdrętwiały mu, jakby trzymał je cały dzień w lodowatej wodzie lub wystawiał na mroźny wiatr.
Serce kołatało, jakby szarżujące na niego maszkarony ujrzał. Świat przed oczami mu zafalował i przez kilka długich chwil, Animur lewitował pośród nieprzeniknionej czerni.

Wzrok wolno wracał, jakby wiatr wschodni rozganiał gęste pasma mgły, które zawiązały wokół niego swe oślizgłe powrozy.


- Thoo ohonn? - wyrzekł chrapliwym głosem byt bezpowłokowy.
- Ohonnn - odparł mu drugi.


Oślizgłe glizdy wiły się w swoim gnieździe, które przy zgiętym w kabłąk sosnowym pniu się znajdowało. Trzy, tłuste qurboci rozprute od gardzieli, aż po samą kloakę leżały na samym szczycie robaczego kopca.
Oślizgłe larwy, ślepe i nieme, ożywiły się ledwo woń padliny poczuły. Instynktownie ku niej pełzać zaczęły, niemal walcząc o pierwszeństwo.

- Yeghyle, yeghyle, vin hashvin - wyszeptał ktoś w Protosie.


Kotary opadły i przesłoniły szczelnie Aeynechen, gdzie duchy i mary senne wędrują i oddzieliły Animura od szkaradnych czeluści Teynechen, gdzie byty nieżywe po swej śmierci się błąkają.

- Wynieść go stąd! - usłyszał za swymi plecami głos naczelnika Drunga - Chatę spalić, bo licho w niej się zagnieździło.

Zachwiał się stracharz, wsparł ciężko na kosturze, który tylko od upadku go powstrzymał. Nabrał gwałtownie powietrza jakby właśnie z głębokiej, zimnej toni wypłynął na powierzchnię. Zacharczał chcąc coś krzyknąć, zatrzymać odchodzących, lecz dziwna słabość go ścisnęła. Dopiero po chwili był w stanie na plac wyjść, gdzie ludzi kupa już otoczyła naczelnika Drunga z trupem. Ten laską celował w rozdarty zezwłok rycząc.

- Wszystko jasne, jako lico Oeyna, co od wieków na nas spoziera. Bękarta trza naleźć i krew z niego utoczyć, by z grzechu straszliwego jucha jego parszywa nas obmyła.
Nurbeka w dyby zakuć, coby nigdzie nie czmychnął. Chatę Baktygula i jego spalić wedle zwyczaju pradawnego, by licho z wioski wypędzić. Kiedy druga tercja wybije, na powrót na placu się zbierzem i otokę odprawimy, by łowczych Kaytul sam wybrał i naznaczył.

- Gówno wiecie! - ryknął nad głowami zebranych Animur, przepychając się już do przodu, a opieszale ustępującym mu miejsca nie żałując bolesnych szturchańców kosturem. - Dobry z was naczelnik Drungu, ale w kwestii śmierci erzahlera gówno wiecie - uściślił już gdy stanął w kręgu. - Wyziewy aytheru i istoty nie z tego świata wokół trupa Baktygula krążą! - Wywrócił oczami, przez co jego twarz zdała się jeszcze bardziej przerażającą. - Zaprawdę powiadam wam, tam - wskazał zezwłok kościstym palcem - można znaleźć odpowiedź i kto będzie się upierać przy spaleniu ciała bez zbadania jego istoty, ten przyłoży rękę do zatarcia śladów zbrodni! - Potoczył dzikim wzrokiem po zebranych, jakby chciał znaleźć winnego tego całego zamieszania. - Wiem, żeście podjęli decyzję w dobrej wierze - złagodził w końcu ton głosu, - z niewiedzy. Dajcie mi zbadać ranę, zerknąć do Ayenechen, posłuchać o czym szepczą istoty z Topieli, a później czyńcie, co uważacie za istotne.
 
__________________
Aktualnie gram w:
Dreamcatcher. Horror. Storytelling. Dokąd prowadzi tunel z koszmaru?
Atrofia Baydura. Postapokaliptyczny świat tonący w strugach deszczu.
GreK jest teraz online   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 11-10-2021, 11:12   #10
 
obce's Avatar
 
I tylko serce nas dzieli...


Durga milczała. Nieobecna, jakby zatopiona we własnych myślach lub gmerająca opuszkami swojej jaźni w warstwach wszechświata. Deszcz wzmagał się, jakby natura za wszelką cenę chciała udowodnić, że potrafi zapewnić należytą oprawę tej doniosłej chwili. Starucha kołysała się delikatnie w przód i w tył, niczym osika wiotka powiewami wiatru targana. Powieki miała zamknięte a jej pokryta głębokim zmarszczkami twarz zastygła na podobieństwo maski pośmiertnej.

Coś drgnęło w sercu Rune. Drobinka żalu, nostalgii za czymś nieokreślonym, czymś co utraciła raz na zawsze. Wokół gromada łączyła się bólu z Ryoosą i głośno dawała temu wyraz. Elbeński rab przekuł żałobny skowyt w niezwykły zaśpiew, który rozlał się w kojącym ciepłem w sercach wszystkich, niczym miód złocisty na potplomiku.

Wrona spostrzegła, że po policzku Durgi spłynęła wolno kropla wody, łza może.

- Wielka pycha w tobie, dziołcha - wyszeptała starucha, oczu nie otwierając - Dumasz, że wszyćko się w koło ciebie kręci. Głupia jesteś. Bezcieleśni skandują twoje imię, a ich głos echem niesie się poprzez światy. Strzeż się. Kiedy nie masz celu, nigdy nigdzie nie dojdziesz.

Coś drgnęło w ludzkim sercu Rune, coś na moment zacisnęło się niewygodnie, prawie boleśnie. Odwróciła głowę ku kręgowi kobiet i zamkniętemu w jego centrum elbenowi. Pomiędzy ludzkimi ciałami dopatrzyć się mogła jedynie strzępu zielonej skóry i siwych jak futro ayogi włosów. Nie czuła go, zdała sobie sprawę. Nie zatraciła się w nim. Przepiękny lament sięgnął tylko połowy jej czucia, obmył tylko fragment jej samej. Drugie serce wciąż biło rytmem burzy, czerwonym rytmem przelanej krwi i pośpiechu dyktowanego przez blednący trop. Coś drgnęło i Wrona popatrzyła ponownie ku babce Baktygula, nad którą wciąż nachylała się jak przygięty wiatrem krzew. Szybkim, gwałtownym ruchem wyciągnęła rękę i starła kroplę z policzka staruchy zanim ta skapnęła na ziemię, zanim zmieszała się do końca z deszczem. Zlizała ją z opuszka palca. Cieplejszą i bardziej słoną niż deszcz. Chłodniejszą i mniej słodką niż krew. Tak bardzo w pełni ludzką. Potrząsnęła mokrymi warkoczami, zaraz splunęła nią na ziemię, jakby ta parzyła ją w język.

Kłapnęła zębami tuż przed twarzą starej, wbiła w nią spojrzenie ciemnych, ptasich oczu.

- Za długo tu siedzisz. Nasiąkasz tłustym dymem jak połać wędzonego mięsa. Nie pamiętasz zapachu mgły i bagien. Zapominasz, starucho. Zapomniałaś, że o krew tu chodzi. A juchy ani deszcz nie zmyje, ani lament nie zmaże, ani łza nie rozgrzeszy. Która z nas jest głupia? - warknęła rozeźlona na to swoje zaciśnięte serce, wyprostowała plecy i ruszyła szybkim krokiem do drzwi chaty. Sama. Całkowicie osobna.


⧫⧫⧫


Deszcz zimnymi kroplami sączył się za jej skórzaną kurtę, za koszulę z grubego płótna; spływał po zaplecionych w drobne warkocze włosach, moczył pióra, które rosły pomiędzy nimi. Uniosła głowę, wystawiła znaczoną popielnikiem twarz ku szaremu niebu. Przymrużyła oczy, przyglądając się wrońcowi, które przysiadł na kalenicy chaty Baktygula. Przekrzywiła głowę. Ptaszysko powtórzyło gest. Patrzyła na niego jak wcześniej na Durgę - nieruchomo, okiem w oko, nie mrugając nawet. Bose stopy zapadały się w mokrą, rozmiękającą ziemię, jakby miała zapaść się pod nią, utonąć w brązie i czerni, jak wąż opleść się dookoła korzeni drzew. Zatrzepotały skrzydła, ptasie pazury wbiły się w skórzaną kurtę na jej ramieniu. Wroniec otworzył bezdźwięcznie dziób, zacharczał przedziwnie z głębi gardła, rzygnął sinym oddechem prosto jej w twarz. Zakrakał dwa razy, potem jeszcze raz i poleciał w deszcz, śladem mężczyzn niosących ciało erzahlera.



⧫⧫⧫



Stanęła po drugiej stronie stosu niż stary timoryta. Łypnęła na niego przez strugi deszczu, ponad martwym ciałem, oczami trochę za ciemnymi, trochę za bardzo ptasimi. Dziwnie musieli wyglądać. Dwóch stracharzy jak padlinożerne ptaki nad ciepłą jeszcze padliną. Jeden stary, z blizną przecinającą oko, pobrużdżoną twarzą, szalonym spojrzeniem i kosturem w kościstych dłoniach. Druga w skórzanym czepcu z kościaną ozdobą przywodzącą na myśl ptasią czaszkę, ze skórą przemalowaną popielnikiem, którego nawet deszcz nie chciał zmyć. Bosa i chuda, otoczona zapachem mokrych piór sterczących spomiędzy czarnych włosów i słodkawym zapachem bagien. Ciemna i zacięta jak to złe licho, co naczelnik chciał z wioski przeganiać. I równie mściwa.

Gdy Animur grzmiał gromko na zgromadzony przy stosie tłum, Dwa Serca patrzyła na stojącą z boku Durgę. Gdy Animur toczył dookoła dzikim wzrokiem, wroniec przysiadł tuż koło stracharki na jednym ze słupów trupiego łoża, wydarł się ponownie i Rune uśmiechnęła się do staruchy kompletem ostrych zębów. Nie znała tutejszego timoryty, nie szukała nigdy jego towarzystwa ni rady, nie próbowała wyrywać jego sekretów z miękkiego mięsa tajemnicy. Ale ułatwiał jej to czego chciała i była mu za to prawie wdzięczna. Wroniec zaskrzeczał znowu, zakrakał z głębi gardła: miękkim, wilgotnym dźwiękiem prosto z wnętrzności, z drugiej strony skóry, ze środka serca. I serce Wrony odpowiedziało, zapulsowało gwałtownie, odebrało na chwilę dech.

Zaprawdę, gówno wiedzieli.

- Dacie mu - warknęła. - Pozwolicie. I pozwolicie mi. Jemu, bo jest wasz. Mi, bo jestem w prawie. Jego mięso wyje. Jego krew śpiewa do mnie z Teynechen i nie odmówicie mi tego. Żadne z was - dodała, wbijając to w Durgę to w naczelnika wzrok.
 
obce jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Odpowiedz



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 10:16.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2021, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168