Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror
Zarejestruj się Użytkownicy

Sesje RPG - Horror Horror, strach, groza, przerażenie. Lovecraft, KULT, De profundis, Nienazwane armie i inne niezliczone systemy oparte na strachu. To wszystko tu, dla wszystkich, bez wyjątków. I niech gwiazdy będą w porządku!

« Agenci Spectrum 2 | - »

Odpowiedz
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 29-08-2018, 11:05   #1
 
Armiel's Avatar
 
Reputacja: 19865 Armiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputację
[Horror 18+] SICARIOS

Kokaina ma kolor biały, ale na ulicach meksykańskich miast mówi się, że jej prawdziwa barwa to krwista czerwień. Jej ofiary liczone są w dziesiątki tysięcy osób. I nie mówimy tutaj o tych, którzy przedawkowali lub sięgnęli po zabrudzony narkotyk, lecz o tych, którzy zginęli w wojnie narkotykowej. Od 2011 roku, kiedy rząd USA wypowiedział wojnę meksykańskim kartelom narkotykowym, pochłonęła ona blisko pięćdziesiąt tysięcy ludzkich istnień. Ginęli żołnierze i szefowie karteli, ginęli policjanci i żołnierze zaangażowani w próbę powstrzymania handlu narkotykami, ginęli członkowie ich rodzin wciągani na niekończącą się listę rzezi i porachunków, ginęli przypadkowi przechodnie i świadkowie. Prawie pięćdziesiąt tysięcy osób, a przecież są to liczby oficjalne. Nikt nie liczy zaginionych, nikt nie liczy tych, którzy zginęli poza granicami kraju, ani w porachunkach pomiędzy mniejszymi gangami stanowiącymi ostatnie ogniwo łańcucha przemytniczego, ani ofiar znajdowanych w masowych grobach na pustyniach czy dżunglach w Meksyku – największy, znaleziony niespełna kilkanaście kilometrów od stolicy tego udręczonego wojna kraju, liczył ponad trzysta trupów. Kto by jednak przejmował się taką ilością ciał w liczącym ponad 130 milionów obywateli kraju? W końcu narkotyki i ich przemyt z innych krajów Ameryki Łacińskiej i Południowej stwarzają doskonałą okazję do zarobku. Każdemu. Bandytom, skorumpowanym glinom, dziennikarzom i politykom.
Bo kokaina, moi drodzy, ma nie tylko kolor biały i czerwony, jak krew. Ma też kolor zielony, jak dolary. Czy przypadkowo te właśnie barwy tworzą flagę Meksyku? Nie sądzę.


MAZATLAN, noc z 27 na 28 maja, MAGAZYNY FIRMY „DELICIOSA GAMBA”


Światła latarni oświetlały mały plac manewrowy niewielkiej firmy spedycyjnej w mieście Mazatlan. Wielu wiedziało, że firma ta jest powiązana z Kartelem Sinaloa, który kontrolował centralna i północną część Meksyku, i stanowił najsilniejszą organizację przestępczą w kraju. Nikt nie zadzierał z Kartelem Sinaloa. Posiadał on armię uzbrojonych żołnierzy, sprzęt, kontakty i determinację. Nawet Los Zetas – brutalni i niepowstrzymani, starali się unikać bezpośredniej konfrontacji z rywalami.

Teraz jednak na placu manewrowym klęczało ośmiu przerażonych ludzi wpatrujących się w grupę napastników. Ubrani w czarne stroje i maski zakrywające twarze wpatrywali się w pracowników kartelu ciemnymi, drapieżnymi oczami.

- Wiecie, kurwy, z kim zadzieracie! – Jeden z klęczących wydawał się być nieporuszony całą sytuacją. – Wiecie, do kogo należy ten magazyn. Jesteście już trupami. Wy i wasze rodziny. A wasze ścierwa trafią do oceanu.
- Sinaloa Cartel – powiedział jeden z napastników głosem niewiele głośniejszym od szeptu. – Wiemy, że bracia Uccoz opiekują się tym miejscem. I że ty, Fernando, jesteś ich kuzynem.

Mówiący rozejrzał się po placu. Dał znać swoim ludziom.

- Sinaloa Cartel jest skończony. A bracia Uccoz razem z nim. Szkoda, że nie doczekasz dnia ich upadku.

Silnik piły tarczowej zagrzmiał na placu. Przerażeni pracownicy kartelu zaczęli się szarpać, ale napastników było więcej i byli dobrze zorganizowani. Widać było, że mają wprawę w tego typu akcjach.

Na pierwszy ogień poszedł Fernando. Dwóch ubranych na czarno ludzi przytrzymało mu ręce, a trzeci podszedł od przodu i przyłożył pracujące ostrze piły do szyi. Z wprawą, nie zważając na tryskającą wokół krew, odciął głowę kuzyna braci Uccoz, a potem w podobny sposób, nie zważając na błagania i prośby, zarżnął pozostałą siódemkę.

Mordercy chwycili głowy i ułożyli w równym rzędzie na masce dostawczego samochodu oznaczonego wesołym logiem firmy transportowej „Deliciosa Gamba”. To było niczym obelga. Wyraźne wskazanie – jesteście słabi, nie potraficie obronić własnych ludzi. Policzek wymierzony w kartel. Było wręcz pewne, że Sinaoa nie puści tego płazem.

Krew żądała krwi.

***

Twarz Pacho Uccoz – najstarszego z rodziny sławnych banditos pozostawała bez wyrazu, gdy jego ludzie ładowali ciała do worków. Wejście obstawili zaufani żołnierze gangu, a ulicę zamknęli kupieni przez rodzinę gliniarze. Pacho sam zaniósł głowę kuzyna do beczki. Nie obawiając się tego, że upapra krwią śnieżnobiały garnitur.

- Chcę, by ci, którzy nas zaatakowali zostali znalezieni i zabici. Powiadomcie naszych ludzi i informatorów, że płacimy sto tysięcy dolarów każdemu, kto pomoże nam namierzyć tych skurwysynów.

- To mogą być te pedzie z Juarez lub z El Golfo – zasugerował „Bagnet”. – Albo ci z Los Zetas. Akcja wygląda na dobrze zorganizowaną i przeprowadzoną.

- Nieważne, kto to zrobił – Pacho Uccoz odwrócił się do swojego „porucznika”. - Ja i moi bracia chcemy dopaść go w swoje ręce. I każdego, kto był tutaj dzisiejszej nocy. Zrozumiałeś, Bagnet.
- Si senior Uccoz.
- I jeszcze jedno. Sam powiem o tym szefom. Na razie to sprawa mojej rodziny. Sprawa braci Uccoz. Nie będziemy potrzebowali wsparcia nikogo z kartelu. Chociaż będziemy wdzięczni za informacje. Rozumiesz, Bagnet.
- Si senior Uccoz. Mogę coś zasugerować?
- Tak.
- Proponuję włączyć w to ludzi mojego szwagra. Tych całych „Serpientes valientes”.
- Dzielne węże? Głupia nazwa.
- Ale porządni ludzie. Godni zaufania – przekonywał Bagnet. – Szukają okazji, aby zacząć pracować przy poważniejszych sprawach. Zarabiać poważniejsze pieniądze. Ręczę za nich i za mojego szwagra.
- Jak on się nazywa?
- Casimiro Rosendo. Na ulicy wołają na niego „Pies”. Bo jest wierny jak pies i gryzie, jak pies.
- Dobra, Bagnet. Rozmów się ze swoim szwagrem. Może on dowie się czegoś więcej, czego nasze chłopaki nie wyśledzą. W końcu niczym nie ryzykujemy. Chcę, aby pedzie, które to zrobiły zapłaciły za tę zniewagę. Wszyscy, kurwa, co do jednego. I chcę, aby nasi ludzie odszukali ich rodziny i wyrżnęli wszystkich, do nogi. Nie może zostać żadna dziwka, która rozłożyła przed nimi nogi i żaden bachor, który zrodził się z ich nasienia. Niech całe pierdolone Mazatlan zesra się ze strachu. I niech każdy wie, jak kończą ci, którzy zadrą z braćmi Ucozz i z kartelem Sinaloa. Pieniądze i środki nie grają roli. Chcę…

Dźwięk telefonu przerwał wypowiedź szefa rodziny Ucozz. Pacho Uccoz odebrał telefon widząc imię brata na wyświetlaczu.

- Tak, Enrique. Tak. Jestem na miejscu. Ogarniam burdel. Tak. Załatwili Fernando. Nie. Nie mówiłem nic jego żonie. Dzięki, bracie. Ty bardziej się nadajesz do tego typu rozmów. Tak. Esteban i Eusebio już wiedzą. Esteban załatwi sprawy w USA i wraca, a Eusebio już działa, po swojemu, znasz go. Tak. Będę czekał w domu. Nie. Już to ogarniam. Bagnet polecił dobrych ludzi. Ręczy za nich własnymi jajami. Tak. Czekam na ciebie. Kocham cię, bracie.

Gdy skończył, spojrzał na Bagneta.

- Słyszałeś. Jeśli ludzie twojego szwagra spierdolą, ja i moi bracia poczujemy się rozczarowani.
- Nie zawiodą. Nie znam lepszego człowieka, niż Cas.
- Oby. Bo nakarmię cię twoim własnym kutasem, pedziu.


MAZATLAN, 28 maja, GNIAZDKO ROZKOSZY, SIEDZIBA GANGU „SV"


Gang „Serpientes valientes” nazywany w skrócie SV zebrał się w swoim lokalu – podniszczonego domu stojącego w szeregu innych domów w podupadającej części Mazatlan. Ta miejscówka wykorzystywana była przez VS, jako miejsce spokojniejszych spotkań. Na dole funkcjonowało studio nagrań, a na górze trzy pokoje z panienkami, które albo nadawały show przez kamerki „na żywo” lub zwyczajnie, kurwiły się za kasę. Prostytucja była największym dochodem SV, ale wystarczała ledwie na podstawowe potrzeby jego członków. Już od pewnego czasu Casmiro „Pies” – lider SV, mówił o większej szansie, większej kasie – bo, jak na razie, stworzone przez niego organizacja, radziła sobie przeciętnie. Niby rosła w siłę. Niby nabierała rozpędu i rozszerzała swoje terytoria, ale nie mogła wbić się za bardzo na rynek kontrolowany przez Kartel Sinaloa.

Pies był jednak ambitny. Szczwany i rozsądny, kierował VS w sposób, który nie narażał jego ludzi na większe niebezpieczeństwo. Nie każdemu to jednak odpowiadało. i ludzie zastanawiali się, czy na drobnych wymuszeniach na kilku ulicach i kilkunastu panienkach kiedykolwiek zrobią prawdziwą kasę. Może zarabiali więcej, niż w sklepie, czy sprzątając ulice, ale to nie był kasa, za którą warto było się narażać glinom i innym gangom.

Tym razem zapowiadało się jednak, ze coś się zmieni. Po ulicach Mazatlan poszła plotka o ataku na braci Uccoz, szychy Kartelu Sinaloa w mieście i całej gminie. Bracia trzęśli rynkiem narkotykowym, prostytucją i handlem bronią i pawie nic w mieście dotyczące tych sfer działalności nie odbywało się bez ich zgody czy wiedzy. Byli jak pająki w sieci powiązań, kontaktów i setek tysięcy dolarów amerykańskich, którymi obracali tygodniowo. Prawdziwy szmal. Prawdziwe życie. I prawdziwe problemy, z tego co można było wierzyć plotkom, które wyciekły na ulice.

Pies zebrał gang na dziesiątą rano – to była barbarzyńska pora dla większości z SV. Uważali, że są nocnymi stworzeniami a już na pewno swój proceder prowadzili pod osłoną ciemności, gdzie wszystkie grzechy ludzi zamieniały się w mokre cipki, twarde kutasy, wódę, dragi i płynące z tego do ich kiszeni soki w postaci strumienia pesos zasilających kasę SV i kieszenie jego członków.

- Bracia – zaczął Pies, którego wygląd zaprzeczał temu, że za stołem siedzi ktoś, kto naprawdę doskonale zna świat przestępczy Mezatlan oraz potrafi zabić z zimną krwią i to w taki sposób, że policja nie była mu w stanie niczego udowodnić. Trzykrotnie. – Trafiła się nam okazja, na jaką czekaliśmy długo. Rozmawiałem dwie godziny temu z Pacho Ucozz i dostałem zlecenie dla SV.

Przez chwilę dał im nacieszyć się tym, że ich szef rozmawia bezpośrednio z największą szychą przestępczego podziemia Mezatlan i jednym z najważniejszych graczy Kartelu Sinaloa.

- Dostaniemy sto tysięcy amerykańskich zielonych, za pracę dla braci. Ktoś dzisiejszej nocy zaatakował ich w magazynach „Delicosa Gamba”.

Niektórzy z SV znali to miejsce ze słyszenia. Jedna z wielu dziupli przemytniczych braci Ucozz. Pod pretekstem handlu krewetkami i skorupiakami przerzucała tony kokainy do największego jej odbiorcy – USA.

- Zabito osiem osób, w tym kuzyna braci Ucozz. Mamy znaleźć trop, powęszyć na mieście. Popytać. Ekipa, która to zrobiła użyła pił mechanicznych. Ostatnio wiele gangów korzysta z dobrodziejstw tej technologii. W mieście mamy jednak speców od takiej roboty – „Narwańców”. Od nich bym zaczął. Trzeba też sprawdzić burdele. Może ktoś puścił ostatnio więcej kasy niż powinien. Albo zamówił więcej dziwek i koksu na imprezę. Za kilka godzin powinienem mieć nagrania z okolicznych kamer, namierzymy samochody, którymi przyjechali, może coś więcej. Ale póki co, idziemy w teren i węszymy. Jak węże. Kiedy trzeba – kąsamy. Brutalnie. Bez litości. Ale też z rozwagą, aby nie zrobić za dużo bałaganu. To nasza szansa i musimy pokazać braciom Ucozz, że SV to nie byle jaka ekipa. Że jesteśmy, najlepszymi sicarios, na jakich mogli liczyć w tym zasranym mieście. Nie muszę chyba mówić, że to szansa dla nas wszystkich. Na konkretny hajs i ładniejsze i bardziej wilgotne cipki. Kartel Sinaloa to gracze pierwszej ligi. A my, companieros trafiamy na ich ławkę rezerwową. Nie spierdolmy tego.

Popatrzył po zasapanych twarzach swoich ‘węży”. Widać było, że kalkuluje, komu powierzyć, jaką robotę. A jednak nie.

- Musicie jednak uważać. Tamta ekipa, kimkolwiek nie była, zabijała jak profesjonaliści. Lepiej nie działać samemu. Nie ryzykować niepotrzebnie. SV są rodziną. Pamiętajcie o tym, że macie braci i korzystajcie z tego.

Członkowie gangu SV popatrzyli po sobie. Stanowili niezłą zbieraninę twardzieli i wiedzieli o tym.

Grupa, której przewodził Pies, liczyła siedemnastu ludzi. Twardych sicarios, których nazwiska znaczyły coś na ulicy. Ludzie wiedzieli, że nie wchodziło się w drogę SV. Nie znieważało jego członków. A SV wiedzieli, że ich reputacja to najważniejsza rzez, jaką mają. Musieli być twardzi, jeśli nie chcieli wylecieć z obiegu i jeśli chcieli zacząć grać w ważniejszych meczach. Z cipek, porno i wymuszeń nie dało się utrzymać.

Pies stawiał zasady jasno. SV nie robią nic, na boku. To było zbyt niebezpieczne. Mogło naruszyć żywy, przestępczy ekosystem miasta i regionu. Nie handlowali prochami, chociaż czasami pośredniczyli w tym procederze większym gangom, oddając swoje terytoria. Mieli ambicje, ale Pies rozgrywał wszystko na spokojnie nie zdzierając z większymi organizacjami i umiejętnie lawirując pomiędzy skomplikowaną siecią zależności i układów. I w ten sposób wąski, ale przynajmniej stały strumień gotówki płynął do kasy SV.

Gang dbał o swoich ludzi i ich rodziny i w zamian oczekiwał lojalności i oddania. Nie tolerowano wyskoków w bok, działań nie ustalonych z innymi z SV, czy dorabiania na boku. Szczególnie w sferach, które nie były domeną SV – narkotykach czy porwaniach dla okupu. Pies trzymał się od tego z daleka i Waleczne Węże także. Chyba, że ktoś chciał wylecieć z grupy. Taka ewentualność też wchodziła w rachubę. Chociaż SV, podobnie jak inne gangi, stosował złotą zasadę „plata o plumo” – „kasa albo ołów”. Bierzesz od nas pieniądze lub dostajesz kulkę. Zresztą niewiele gangów przyjmowały tych, którzy porzucali swój gang. Taka osoba była traktowana jak robak pozbawiony honoru. Jeśli gang był w porządku dla ciebie, miałeś obowiązek być w porządku dla gangu.

- Za morderstwem kuzyna braci Ucozz może stać któryś z karteli wrogich kartelowi Sinaloa. - Pies podzielił się z ekipą siedzącą z nim przy stole swoimi przemyśleniami. - Może Los Zetas którzy, jak wiemy, próbują zdominować rynek Meksykański. Może inne pedzie.

Pedzio. Najgorsza obelga w kulcie macho. Pedał był niczym gówno przyklejone do buta. I to gówno chorego szczura. Tylko nieliczni obciągacze męskich kutasów mogli liczyć na szacunek, najczęściej podszyty strachem, środowiska banditos i sicarios. Jednym z nich był słynny Pacho Herrera z kartelu z Cali. Ale większość pedziów byli warci tyle, co to, co wyłaziło z ich tyłków. Prawdziwy mężczyzna, prawdziwy macho, traktował panienki, jak cipki. No chyba, że były to ich matki, siostry, córki albo żony. Wtedy traktował je z największym możliwym szacunkiem. A jeśli były to siostry, matki, córki lub żony innego członka SV lub swojaka z innych gangów, wtedy i im okazywał szacunek. W innym przypadku laska nadawała się jedynie do trzech rzeczy:, aby zrobić loda, dać dupy i przynieść zimne piwo po wszystkim.

- Dlatego działajcie ostrożnie. Na razie naszą przewagą jest to, że nikt nie wie, że zaczęliśmy pracować dla braci Ucozz. I lepiej by było, aby tak zostało. Jeśli to sicarios innego kartelu, musimy być twardzi i ostrożni. Jak węże. Wyczuwacie jakikolwiek smród, dajecie znać mi lub, jeśli ja nie odbiorę, Grubemu Alfredo.

Gruby Alfredo był prawą ręką „Psa” i pierwszym szefem gangu, nim – po postrzale i uszczerbku na zdrowiu – nie zajął się papierkową robotą – rachunkami i pilnowaniem interesów SV.

- Dobra. Dobierzcie jedną grupę, która pojedzie do „Narwańców”. Jesteśmy z nimi w nie najlepszych relacjach, więc lepiej zrobić to delikatnie. Reszta, niech połazi po mieście, przyciśnie swoich znajomków, dziwki, alfonsów, ale dyskretnie, by nie puścili farby na ulicy. Nie chcę, by pedzie, które wlazły w dupę braci Ucozz bez pytania o zgodę, pochowali się pod kamieniami, albo w dupach swoich starych.

„Delikatnie” oznaczało, że można było użyć przemocy, ale tak, aby nikt nie powiązał ewentualnych działań z SV – to groziło wojną z „Narwańcami” – gangiem z drugiej strony Mazatlan, specjalizującym się w napadach na turystach, handlem wódą i prostytucją, w tym także – jak mówiły plotki, dla wymagających klientów, którzy nie zaglądali w daty urodzenia „dziewczynek”. Szef „Narwańców”, znany bandzior Louis Hosse Darrivano zwany także „El Manivela” (Narwaniec) znany był z wybuchowego temperamentu i powiązań z kartelem z Juarez, na co przystawali bracia Ucozz i reszta kartelu Sinaloa. Gang liczył dwudziestu kilku ludzi, obstawiał kasyna w turystycznej części miasta, ochraniał kilka podrzędnych hoteli, w których umawiano się na „la sexo rapido” i nikomu nie przeszkadzało to, że macał się pod stołem z Kartelem z Juarez, póki regularnie odprowadzał dolę chłopakom z Sinaloa. El Manivela, podobnie jak Pies, potrafił pływać w morzu brudnych interesów i podobnie jak Pies, mimo że brodził przy brzegu, to jednak marzył o wypłynięciu na głębszą wodę.

- Ja bym sugerował zgarnąć tego pedzia, Enrico Urenijos – zasugerował Gruby Alfred. – Pedzio jest prawą ręką „Manivela”. Jeżeli „Narwańcy” wynajęli swoje piły mechaniczne jakimś padziom, on będzie o tym wiedział. Tylko, kurwa, trzeba to rozegrać albo za kasiorę, albo na ostro, lecz wtedy naprawdę dyskretnie. Nie jesteśmy gotowi na wojnę z jebanymi „Narwańcami”.

- Dobra. Wiecie, co macie robić. Ruszać dupy i działać. Kasa się sama nie zarobi. Ja zostaję tutaj i koordynuję działania. I nie zapomnijcie gnatów. Te pedzie, co pocięły ludzi braci Ucozz, wyglądają na ogarniętych.
 

Ostatnio edytowane przez Armiel : 03-09-2018 o 20:08. Powód: dodanie tekstu
Armiel jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 04-09-2018, 09:06   #2
 
Mira's Avatar
 
Reputacja: 16268 Mira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputacjęMira ma wspaniałą reputację
Uno
dos
tres
música!

9.00 rano to prawie świt, a jednak Angelo Gabriel Martinez zjawił się w Gniazdku Rozkoszy jak zwykle w pełnej stylówce. Ogolony, pachnący markową wodą, ubrany w ciuchy z dobrego gatunku i wypastowane buty nie przypominał typowego banditos. Angelo celował zawsze wyżej niż sięgał jego fiut, czy nawet głowa. Nie nosił byle czego, nie jeździł byle czym, nie strzelał z byle gówna i nie ruchał byle dup, gustując w wymuskanych paniusiach spoza kręgów, które nigdy nie trudniły się prostytucją. Zawsze starał się zachować klasę. I tylko w jednym przypadku był gotów ją porzucić - kiedy ktoś go obraził. Ostatni koleś, który odważył się nazwać go wymizdżoną cipą, stracił całe uzębienie w wyniku zapoznania z pięściami Angelo. W tym jednym przypadku nawet trudna do sprania krew na jedwabnej koszuli nie przeszkadzała Martinezowi. A może to z jej powodu bił coraz mocniej i mocniej, aż prawie zatłukł na śmierć pyskatego pedzia? Kto wie? Facet był raczej psychopatą, ale skutecznym w mokrej robocie i do tego zajebistym jako kierowca.

Angelo podjechał pod budynek swoją starą, wymuskaną corvettą, odpalił szluga i krokiem zwycięzcy udał się na spotkanie gangu.

[MEDIA]https://media.giphy.com/media/PGbm2aP3lizGE/giphy.gif[/MEDIA]

Miał nadzieję, że Pies przestanie obszczywać mury i wreszcie weźmie Węże na prawdziwe polowanie. Jego cierpliwość powoli się kończyła. Jako młodszy brat świętej pamięci Juana “La Chupacabra” Rodrigo Martineza, Angelo miał wiele do udowodnienia światu. Jego starszy brat, odchodząc, postawił naprawdę wysoko poprzeczkę. Swego czasy rozsławił się na cały Meksyk jako przedsiębiorczy szef gangu Desperados, który wolał sam sobie strzelić w łeb niż dać się złapać glinom. Za to wszyscy, nieważne do jakiej frakcji należeli, mówili o La Chupacabrze z pewnym szacunkiem, a jego młodszego brata traktowali zazwyczaj w miarę przyjaźnie (najpierw gadali, potem strzelali)... czego ten osobiście nienawidził. Angelo Gabriel miał ambicję, by zapracować na własną sławę, toteż spieszyło mu się do spektakularnych akcji.

Tym razem Pies go nie zawiódł. To mogła być fucha, która popchnie nie tylko same Węże wyżej na gangsterski piedestał, lecz pozwoli też wykazać się Martinezowi. Kto wie, może sami bracia Uccoz się nim zainteresują? To była robota, w którą zdecydowanie wypadało się zaangażować!

- Dobra, amigos! - odezwał się pierwszy Angelo, jednocześnie wygaszając szluga - Ja się zajmę węszeniem. Jedna z moich senioritas pracuje w ratuszu Umówię się z nią wieczorem, pozwolę skosztować swojego serpiente i spróbuję wyciągnąć dostęp do monitoringu z tej okolicy. A póki co, jakiś compadre może ze mną jechać do znajomka z Los Zetas. O tej porze pewnie będzie na mieszkaniu, bez tios, więc powinno się dać z nim pogadać.

Kiedy inni się określali ze swoimi planami, Angelo wystukał szybko smsa do Lupity Cortazar z zaproszeniem na kolację. Najlepiej u niej.
 

Ostatnio edytowane przez Mira : 04-09-2018 o 09:17.
Mira jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 04-09-2018, 11:06   #3
 
waydack's Avatar
 
Reputacja: 15899 waydack ma wspaniałą reputacjęwaydack ma wspaniałą reputacjęwaydack ma wspaniałą reputacjęwaydack ma wspaniałą reputacjęwaydack ma wspaniałą reputacjęwaydack ma wspaniałą reputacjęwaydack ma wspaniałą reputacjęwaydack ma wspaniałą reputacjęwaydack ma wspaniałą reputacjęwaydack ma wspaniałą reputacjęwaydack ma wspaniałą reputację
Miedziana moneta tańczyła między palcami Hernana, który siedział rozwalony na starym rozprutym fotelu wykładając buty na stół. Pies wezwał ich z rana do gniazdka rozkoszy i teraz wszyscy Serpientes czekali na swojego szefa. Niektórzy wyglądali jakby ściągnięto ich przec chwilą z łóżek, albo wyrwano z ostrej popijawy. Hernan nie miał problemów z porannym wstawaniem, odkąd jako dzieciak trafił do zakonnic i nauczył się systematyczności. Jego dzień zaczynał się o szóstej rano , dłużej spać nie potrafił, nawet gdyby chciał. Do klubu przyszedł rześki i wypoczęty i jedynym pierdolonym problemem były teraz puchnące jaja.

Puchnące jaja, tak nazywał stan, kiedy nic od dłuższego czasu nie zamoczył. Czuł w spodniach nieprzyjemny ucisk, dziwne nabrzmienie, powodujące nerwowy niepokój. Za kurwy płacili tylko słabeusze, a konia waliły pedały a oni nie był ani jednym ani drugim, więc musiał się jeszcze trochę pomęczyć. Problemu by nie było gdyby ta suka nie wykręciła mu takiego numeru. Tak, była jedna taka chica, która wyjątkowo mu się spodobała. Dupeczka jak bułeczka, sterczące cycuszki i sarnie oczęta. Dałby jej dziesiatkę, gdyby nie krzywy nos i końskie zęby. Miała pecha, bo jej padre zbyt często ciągnęło do kart. Kasę pożyczył od Ramirezów, a kiedy braci przymknęli, staruszek uznał, że dług jest nieważny. Co prawda Hernan był teraz SV, ale nie zapomniał o poprzedniej ekipie. Dla Ramona zrobiłby wszystko, to jak wszystko zrobiłby dla Psa i reszty chłopaków. Dlatego zgodził się przycisnąć pryka i zmusić do płacenia. I to wtedy poznał Juanitę. Staruch okazał się gołodupcem, dlatego to córka stała się walutą. Od tego czasu Henran regularnie dupczył tą zjawiskową piękność, choć na początku wkurwiało go, że leży jak kłoda. Przez kilka tygodni nie było problemu puchnących jaj. Gdy tylko naszła go ochota, jechał odebrać kolejną część długu. Tak miało być i przedwczoraj. Spodziewał się, że przyjmnie go w tej zajebistej prześwitującej sukience, kupionej na urodziny w sex shopie. Kiedy wszedł do sypialni, ta głupia kurwa chwyciła za żyletkę i zaczęła się ciąć. Krew sikała po ścianach, nowa koszula Hernana nadawała się do wyrzucenia. Żeby ją uspokoić musiał przyjebać suce z liścia. Powiązał nadgarstki szmatami i zawiózł pod szpital. Nie wiedział czy przeżyła, a nawet jeśli Hernan nie miał zamiaru na razie zadawać się z wariatką. Mogła mu przecież odgryźć kutasa. Na szczęście dziewczyny pracujące na kamerkach zawsze dawały chętnie i po spotkaniu z Psem, Hernan w końcu sobie ulży. Tak przynajmniej myślał, do czasu dopóki ich szef nie opowiedział im o tym co spotkało chłopaków od braci Uccoz.

Przekładając monetę między palcami słuchał z rosnącą fascynacją. Był pod wrażeniem bezczelności z jaką załatwiono członków kartelu. Odkąd pamiętał, Mezaltan trzęśli Sinaloa i familia Uccoz. A jednak ktoś odważył się im napluć prosto w ryj w ich własnym gnieździe. Hernan miał dziwne przeczucie, że to dopiero początek grubszej afery. Wojny? Czemu nie. Nic tak nie hartowało charakteru jak wojna. Najłatwiej wtedy oddzielić ziarno od plew. Wspiąć się po drabinie, zdobyć szacunek i respekt. Władzę, kasę, dupeczki. Ale łatwo też skończyć w piachu, dlatego część świadomości Hermana Selcado podpowiadała mu, że nie warto ruszać tego gówna. Przeczekać z boku aż kurz opadnie a trupami zajmą się sępy. Mężczyzna szybko wypędził te myśli z głowy. Przecież właśnie na taki moment czekał odkąd trafił do SV, prawda? Dość już miał latania po dzielnicach, straszenia świadków i nieprzekupnych gliniarzy. Mógł w końcu pokazać, że nazwisko Selcado coś znaczy w tym mieście. Trzeba było tylko dowiedzieć się, kto zaczął tą wojnę.

Kartel był dobrym tropem. Właściwie Hernan nie wyobrażał sobie, żeby ktoś inny odważył się zadrzeć z Sinaola. Pytanie kto? Los Zetas? A może jednak Juarez? Próbował sobie przypomnieć czy ma tam jakieś wtyki, nikt nie przychodził mu do głowy. Pozostawało iść więc za sugestią psa i rozmówić się z tymi skurwysynami od El Manivela.
- Alfredo ma rację – odezwał się obracając monetę w palcach– El Manivela to szajbus, jak weźmiemy go w spytki wkurwi się i nic nie powie choćbyśmy go ćwiartowali żywcem. Urenilos kasy od nas nie weźmie, a nawet jeśli, to tyle nie mamy. Proponuję zabrać go na pogawędkę a wcześniej sprawdzić czy ma jakąś familię, tu na miejscu. Ktoś chętny? – rzucił pytaniem w stronę companeros. Niektórzy już wiedzieli na co go stać, jak daleko w stanie jest się posunąć, żeby złamać człowieka. Liczył się nawet z tym, że niektórzy z braci nie popierają jego metod. Nie każdy zniesie widok dziecka, któremu przykłada się nóż do gardła. Co prawda żadnego jeszcze nie zabił, ale kiedyś zmuszony był przeciąć gówniarzowi ścięgno Achillesa, żeby zmusić starego do wycofania zeznań. Nie ma takiej twierdzy, której nie zdobyli by bolszewicy, mawiał Stalin i Herman lubił myśleć o sobie w podobny sposób. Każdego można złamać, ale potrzeba do tego odpowiedniej osoby. I na szczęście „Serpientes Varientes” taką osobę posiadali.
 
waydack jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 05-09-2018, 19:52   #4
 
Gortar's Avatar
 
Reputacja: 4367 Gortar ma wspaniałą reputacjęGortar ma wspaniałą reputacjęGortar ma wspaniałą reputacjęGortar ma wspaniałą reputacjęGortar ma wspaniałą reputacjęGortar ma wspaniałą reputacjęGortar ma wspaniałą reputacjęGortar ma wspaniałą reputacjęGortar ma wspaniałą reputacjęGortar ma wspaniałą reputacjęGortar ma wspaniałą reputację
BANG!

Butelka po tequili rozleciała się w drobny mak.

Przeładowanie i BANG!

Kolejna podążyła drogą siostry.

Trzecia, wypełniona, powędrowała do ust i trwała w tej pozycji przez kilka długich sekund.
Ach tequlia, prawdziwy dar z niebios. Substancja, która pozwala oderwać się od codziennych trosk i sprawić, że świat staje się bardziej kolorowym miejscem. Miejscem, w którym Juanowi chciało się żyć.

BANG!

Następna pusta butelka rozleciała się pod wpływem precyzyjnego strzału.
50 metrów było dla Juana niewielkim wyzwaniem. Nawet po wypiciu sporej ilości tequili trafiał bezbłędnie do celu. Jego ulubiony Glock był mu prawdziwym przyjacielem.
Tak, na broni, w odróżnieniu od ludzi można było polegać. Jeśli dbało się o nią należycie odpłacała niezawodnością. Tego samego nie można było powiedzieć o ludziach, a już na pewno nie o ludziach których znał. No, może z wyjątkiem chłopaków z Serpientes valientes, ale to była praktycznie rodzina. Wiedział, że oni nie zawiodą go nigdy, podobnie jak jego Glock i że sam odpłaci im podobną lojalnością.

A ella le gusta la gasolina (dame mas gasolina!) - usłyszał dzwonek swojej komórki.
Zawsze miał sentyment do dobrej muzyki.

- Si? - powiedział do rozmówcy - Dziesiąta, u nas? Comprende.

Pies zwoływał spotkanie więc musiało się stać coś ważnego. Co więcej zwoływał go o tak nieludzkiej godzinie… Ale to mało istotne, może w końcu załapią się na jakąś poważniejszą robotę. Dziwki to fajna sprawa, szczególnie kiedy za nie nie płacisz, a ściągasz forsę od innych, którzy z nich korzystają. Nie są to jednak pieniądze, które mogłyby zapewnić godny żywot madre Juana oraz jego rodzeństwu. A po to żeby bracia i siostry mogły chodzić do szkoły i zostać lekarzami, lub kimś innym kogo ludzie będą szanowali nie bojąc się go, potrzeba było dużo pieniędzy.
Od śmierci ojca to Juan dbał o to by w jego domu było co “do garnka włożyć”. On musiał stać się “żywicielem rodziny”. Jego madre zajmowała się młodszym rodzeństwem, a on zdobywał środki do życia. Zaczął od drobnych kradzieży, potem przyszedł czas na poważniejsze przestępstwa. Wraz z chłopakami, z którymi dorastał, trafił w końcu do Węży i to miejsce okazało się jego domem. Miał nadzieję że dobry Jezus, za wstawiennictwem Matki Boskiej z Guadelupe, wybaczy mu jego występki. Przecież robił to dlatego by zapewnić rodzinie byt i by jego młodsze rodzeństwo nie musiało skończyć w dziurze takiej jak Mezatlan.

Pociągnął łyk tequili i wybrał numer do Angelo.
- Potrzebuję podwózki, pomożesz? Jestem pod miastem, tam gdzie zwykle strzelam. - po drugiej stronie padła odpowiedź.
- Dzięki Companero - zakończył rozmowę Juan.

--------------------------------------------


Po dotarciu do punktu zbornego minął piętro, gdzie towarem był sex i przywitał się z pozostałymi członkami Serpientes valientes. Zamienił kilka luźnych zdań z pozostałymi i czekał na to by Pies wyjawił w końcu po co ich tu zebrał. Chłopaki wspominali, że ktoś dobrał się do dupy braciom Ucozz, ale nie chciało mu się w to wierzyć. Taki ktoś musiał być po prostu complete loco - totalnym wariatem.
- Bracia – zaczął Pies (...) Trafiła się nam okazja, na jaką czekaliśmy długo. Rozmawiałem dwie godziny temu z Pacho Ucozz i dostałem zlecenie dla SV
Czyli jednak plotki nie były takie zupełnie wyssane z palca.
Ich przywódca opowiedział na czym stoją po czym do rozmowy włączyli się Angelo i Hernan.

Nareszcie! Coś co pomoże wyrwać im się z letargu, a przede wszystkim pomoże im zarobić wiele szmalu. Praca dla Braci była ich szansą. Była tym na co czekali od dawna. Okazja by dostać się do pierwszej ligi. Trzeba było tylko znaleźć pedziów, którzy śmieli zadrzeć z kartelem Sinaloa. Taki ruch mógł świadczyć o tym, że mają przeciwko sobie wariatów bądź też cholernie niebezpiecznych graczy. W drugim przypadku lepiej żeby Święta Panienka z Guadelupe miała ich w swojej opiece.

- Angelo, pojadę z Tobą. - powiedział na głos.
Wszak nigdy nie wiadomo gdzie przyda się dobra spluwa czy też trochę brutalnej siły, a tej Juanowi na pewno nie brakowało.
Nie dadzą dupy, oj nie. To oni będą ruchać. A dodatkowy glock i jego kuzynka beretta niewątpliwie już wkrótce znajdą dla siebie zajęcie.
 
__________________
---------------
[Horror 18+] Sicarios

https://www.youtube.com/watch?v=LDcQesJMEx4

Ostatnio edytowane przez Gortar : 05-09-2018 o 20:07.
Gortar jest teraz online   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 06-09-2018, 21:28   #5
 
GreK's Avatar
 
Reputacja: 14722 GreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputację
Oreja stał przy oknie obserwując wszystkich i wszystko z rosnącą irytacją. Nigdy nie mógł wysiedzieć dłużej w jednym miejscu i teraz bębnił nerwowo palcami o spękany ze starości parapet.

Ci co go nie znali mogli sądzić, że przezwisko Oreja (ucho) zawdzięcza paskudnej bliźnie po odciętym uchu. Ci, którzy go znali lepiej, wiedzieli, że stracił je nie chcąc sypnąć swoich companeros a cwel, który go oszpecił kilka dni później zadławił się swoim własnym kutasem. Nie, żeby był jakoś specjalnie wygimnastykowany... Jednak camaradas z Serpientes valientes wiedzieli, że Alvaro Jesus Fernandez Perez zwany jest Oreja bo słyszy wszystko co dzieje się w mieście i jeżeli ktoś miał coś wiedzieć, to właśnie on.

Dlatego gdy Pies nakreślił temat Alvaro aż zagryzł wąsa a oczy za ciemnymi okularami rozbłysły mu z podniecenia. To był jego czas. Miał okazję znowu wykazać się i podrzucić trop wężom. Dorwać skurwysynów, którzy odpierdalali burdel i nauczyć ich co znaczy zadzierać z Serpientes valientes ale przede wszystkim... Przede wszystkim zdobyć hajs, dzięki któremu jego hermano menor (młodszy brat) będzie mógł skończyć porządną szkołę i wyrwać się z tego gówna.

Przesunął wykałaczkę w drugi kącik ust nim rzekł.

- Posłucham o czym szepcze miasto. Nadstawię ucha.

Miał zamiar odwiedzić dwie osoby. Na początek tą cipę Luciję Paraja. Co jak co, ale dziwki potrafiły wyciągnąć od facetów nie tylko spermę. Klienci Lucii lubili się jej zwierzać a ona sama miała kontakt z innymi dziwkami więc liczył na to, że coś mogła wiedzieć. Poza tym kurewka była najlepsza w swoim fachu a on potrzebował trochę odprężenia.

W drugiej kolejności zamierzał zajrzeć do Emilia Alava. Jeśli ktoś zamierzał przejąć handel narkotykami, musiał odwiedzić Emilia.
 
__________________
Aktualnie gram w:
Sicarios. Horror. Storytelling. Meksykańskie kartele narkotykowe
Id Inferno. Horror z wątkiem szpiegowskim w tle.
Popełniłem: Obrona Trześni. 3013. Wierszydło
GreK jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 07-09-2018, 22:49   #6
 
Bounty's Avatar
 
Reputacja: 8193 Bounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputacjęBounty ma wspaniałą reputację
Como su casa no hay dos. Home sweet home, jak mawiają gringos, nawet jeśli twój dom to casa de putas a twoja familia to tuzin dziwek przeoranych na wszelkie możliwe sposoby setkami kutasów oraz banda gangsterów, zdolnych pobić kogoś do nieprzytomności za zniewagę lub za garść pesos.
Tak, Javier zdecydowanie wolał dziwki. Po pierwsze miał z nimi coś wspólnego: sprzedawał umiejętności za kasę a jego zajęcie nie budziło zbytniego szacunku. Po drugie: dziwki lubiły jego, ponieważ był bardziej subtelny i milszy dla nich niż reszta. Mówiły mu pieszczotliwie „Xavi”.
To samo zdrobnienie w ustach kolegów pobrzmiewało drwiną.
Javier był w gangu obiektem żartów i chłopcem do bicia. Kiedy on próbował mówić i zachowywać się jak oni, nie było w tym autentyczności i oni czuli to również. Istniała między nimi niewidzialna bariera.
Gardzili nim, bo był ćpunem, który w przeciwieństwie do większości z nich mógł wieść dostatnie, uczciwe życie i to spierdolił. Bo dołączył do nich nie z pragnienia bycia pandillero i życia jak pandillero a z konieczności, gdy już spalił za sobą mosty.
Gardzili nim, bo był tchórzem. Bał się fizycznego bólu, nie umiał walczyć i wystarczyło podnieść rękę a odruchowo się kulił. Chyba, że był nawąchany – wtedy potrafił odpyskować, oddać a sprowokowany nawet wpaść w furię. Pozostali wiedzieli, żeby nie przesadzać, odkąd naćpany, doprowadzony do skrajności Orozco rozbił jednemu z nich butelkę na łbie i byłby zatłukł na śmierć, nim go odciągnęli. Zyskał wtedy minimum respektu i opinię świra. Kumple mieli jeszcze jeden powód, żeby go nie lubić i się go obawiać: krążyły podejrzenia, że na polecenie szefa, swoimi metodami sprawdza ich lojalność.
Nie szanował go nawet jego kuzyn Hidalgo, który wciągnął go do gangu. Ale dzisiaj Hidalga nie było wśród zebranych, Pies wezwał widocznie tylko tych, którzy mieli choćby odrobinę rozumu.

- Si, señor! Punish me harder! – odezwał się egzaltowanym damskim głosem laptop, spoczywający na kolanach Javiera. – Fu… - głośnik zamilkł, wyłączony przez speszonego chłopaka, który szybko wydukał:
- Przepraszam.
Xavi nie wyglądał dziś zdrowo, co znaczyło że jeszcze nie wciągał. Właściwie to niski, wątłej budowy okularnik z przetłuszczonymi włosami nigdy nie wyglądał dobrze, ale na trzeźwo i o poranku prezentował się wyjątkowo żałośnie.
Mimo to odkąd szef skończył briefing, swoim zwyczajem stukał w klawiaturę i teraz musiał kliknąć w niewłaściwe okno. Na co dzień Orozco zajmował się informatyczną stroną ich małego pornobiznesu. Dzięki cyfrowej obróbce oraz inwestycjom w lepsze kamerki i serwery twórczość SVStudios zyskała znacznie na jakości a zysk niemal się podwoił. Również pomysłem Javiera była ekspansja na rynek amerykański, w związku z czym udzielał ostatnio dziewczynom korepetycji z angielskiego. Szybko opanowały te kilkanaście niezbędnych słów, wykrzykując je z seksownym hiszpańskim akcentem. Nowa stronka: „Naughty Mex Maids” szybko zyskiwała na popularności.

- Spróbuję zhakować „Narwańców” – dodał szybko Xawi, by zatrzeć złe wrażenie. – Przydałby się adres Darrivano lub miejsca, gdzie się spotykają. Numer telefonu też się przyda, ale jak nie macie to sam znajdę. Zrobię im serwis wi-fi.

„Serwis wi-fi” był drugą, po administrowaniu stronami porno, specjalnością Javiera. Miał starego vana z logo firmy Telmex - największego dostawcy internetu w Mazatlán i w całym Meksyku. Do tego przebranie a nawet fałszywy identyfikator konserwatora sieci. Kartele Sinaloa czy Juarez zatrudniały całe sztaby informatyków, lecz drobne gangi jak Narwańcy lub Węże przed dołączeniem Orozco nie przykładały do takich spraw wagi. Beztrosko używali publicznych wi-fi, zabezpieczonych w przestarzałym standardzie WEP albo i w ogóle. Wymieniali nieszyfrowane informacje przez sms-y, mailami czy nawet na Messengerze, nie zawracali sobie głowy używaniem TORów, VPNów czy choćby proxy. Większość nie miała nawet porządnego antywira na smartfonie. Publikowali na Facebooku informacje, dzięki którym dziecinnie łatwo było zgadnąć ich debilne hasła i szyfry. Niektórzy idioci wrzucali wręcz sweet-focie z bronią, stertami banknotów i usypanymi ścieżkami kokainy. To wszystko uchodziło im na sucho tylko dzięki legendarnemu wręcz skorumpowaniu i nieudolności meksykańskiej policji.

To wszystko mógł jednak wykorzystać Javier Orozco.
Dzięki temu, że znał się na swoim fachu i potrafił grać. Mała (mała!) ścieżka koki dla kurażu, proste przebranie i wchodził gładko w dowolną rolę, od pracownika banku po dostawcę tortilli. Tak jakby nie bycie sobą dodawało mu śmiałości.
Miał przy tym zaletę bycia podobnym zupełnie do nikogo. Xavi ani trochę nie przypominał gangstera i nie był kojarzony z Wężami. Bardzo rzadko pokazywał się z nimi na mieście. Posiadał tą rzadką zdolność rozpływania się w tłumie, spojrzenia prześlizgiwały się po jego nudnej, szarej fizjonomii i wędrowały dalej w poszukiwaniu ciekawszego obiektu do obserwacji. Ludzie zapominali jego twarz sekundę po tym jak ją ujrzeli.
Także teraz, wypowiedziawszy kilka zdań, stał się znów fragmentem tła, jak kolejny mebel, nie zwracając na siebie więcej uwagi niż przyciągało ciche stukanie w klawiaturę.
 

Ostatnio edytowane przez Bounty : 07-09-2018 o 23:05.
Bounty jest teraz online   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 08-09-2018, 16:08   #7
 
Gryf's Avatar
 
Reputacja: 5827 Gryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputację
Siedział na szczycie wieży, betonowego szkieletu czegoś, co któregoś dnia zostanie kolejnym z rzędu napchanym do granic możliwości hotelem dla amerykańskich turystów. Z namaszczeniem dolał wody z termosu do pozbawionego ozdób matero zrobionego z tykwy przypominającej niewielką kobiecą pierś. Pociągnął spory łyk przez srebrną bombillę w zamyśleniu wpatrując się w Ocean Spokojny rozpościerający się między Isla Venados a Isla Pajaros.

Tito Alvarez siedział na obrotowym krześle, które było obecnie jednym z dwóch mebli w całym jedenastopiętrowym budynku. Drugim było nieco zardzewiałe, tu i ówdzie upaprane krwią szpitalne łóżko piętro niżej. Po raz kolejny odebrał telefon. Stara nokia, natrętnie brzęcząca przedpotopowym polifonicznym dzwonkiem.

- Mów, chłopcze - wysłuchał kolejnej porcji panicznej relacji, gdzieś w tle słychać było głosy rozmówcy, wrzaski jakby kogoś żywcem obdzierano ze skóry, pisk opon i wycie policyjnych syren. - Nie. Nie ma mowy. - odpowiedział spokojnym tonem - Nie jedziecie tutaj póki nie zgubicie policji. Tak, wiem że krwawi, mieliście mu to czymś zatkać. A co mnie to obchodzi. Po prostu weź palec i wsadź mu w tą dziurę. - Czekam. Nie zabijcie się po drodze.

Po jakimś czasie za jego plecami, daleko w dole, furgonetka z piskiem opon wpadła w Aleję Sabalo. Tito z namaszczeniem odstawił zestaw do yerba mate, wziął krzesło i pociągnął je za sobą na salę operacyjną piętro niżej. Kolejne pięć minut później do pomieszczenia wpadło czterech gangsterów.. w zasadzie lokalnych rozrabiaków w wieku jego wnuków. Rekruci Węży? A może jakieś gówniarze robiące dla nich drobną fuchę, Pies tłumaczył Tito nawet nie próbował zapamiętać. Sądząc z zachowania była to ich pierwsza strzelanina.

Jeden leżał na improwizowanych noszach, Dwóch niosło nosze, ostatni biegł obok i według szczegółowych wskazań lekarskich trzymał palec w dodatkowej dziurze w dupie człowieka na noszach.

- Dajcie go tutaj. - mruknął Tito uciszając irytujący rwetes. Na betonowym murku koło łóżka rozłożył skalpel, zestaw zwykłych igieł i nici do szycia oraz butelkę tequili. - Szybciej, hijos de puta, nie mam całej nocy.


***

Życie Tito od jakiegoś czasu było znacznie prostsze. Zaszywanie dziur, wyratowywanie ćpunów z zapaści, wypisywanie lewych recept, okazjonalne uczestnictwo w obijaniu komuś ryja - ot tak, żeby nie wyjść z wprawy. Niewielkie, acz wystarczające na życie pieniądze, niewielkie ryzyko. Po latach w handlu ludzkimi organami czuł że znalazł w końcu bezpieczną przystań, gdzie może spędzić emeryturę.
Aż do dzisiejszego dnia. Tito lubił Psa, to był dobry dzieciak, przyzwoity przywódca, choć trochę narwany i chronicznie nadużywał słowa “pedzio”. Pies nie miał jeszcze bladego pojęcia z czym wiąże się współpraca z kartelem.

- Dobra. - westchnął gdy wszyscy już powybierali swoje przedziały. Odpalił papierosa. - Paru chłopaków z dawnych lat wciąż babrze się w takich fuchach i może coś wiedzieć. Zadzwonię jak się czegoś dowiem.

Wyszedł z budynku i wybrał dawno nieużywany numer stacjonarny:

- Campa? Jest tam Quino? Kiedy możemy się spotkać? Nie, żadnych gitar, musimy pogadać.
 
__________________
Show must go on!

Ostatnio edytowane przez Gryf : 08-09-2018 o 21:07.
Gryf jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 08-09-2018, 18:48   #8
 
Armiel's Avatar
 
Reputacja: 19865 Armiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputacjęArmiel ma wspaniałą reputację
MAZATLAN, 28 maja




WSZYSCY

Mazatlan przed południem było piękne. Piękne na swój meksykański, dziwny sposób. Położone nad brzegiem Oceanu Spokojnego, w promieniach słońca wyglądał na miasto czyste, zadbane, radosne. Wabiące turystów pięknymi plażami i tytułem „Perły Pacyfiku”, którym czasami określano Mazatlan.

Ale, jak każdy klejnot, także i Mazatlan miał swoją krwawą przeszłość. Miał również krwawą teraźniejszość i krwawą przyszłość – był bowiem miastem, które pod lukrem ładnych, turystycznych dzielnic i pięknych plaż, skrywało brudną, robaczywą, przestępczą działalność. Mimo, że Mazatlan nie było duże, jak na Meksyk, bo w końcu liczyło niespełna 400 tysięcy ludzi, to jednak turyści wpływający do niego regularnymi strumieniami z lotniska i wycieczkowców cumujących w porcie, powodowali, że miasto wydawało się być zatłoczone, i liczyło zazwyczaj grubo powyżej pół miliona dusz. Prawdziwe morze, w którym pływały rekiny narko-biznesu. Albo pełzały węże.

Serpenties Valientes opuścili „gniazdko” rozkoszy i rozpełzli się po Mazatlan węsząc i wypytując. Szukali zapachu krwi i dolarów, który zaprowadziłby ich do tych bastardos, którzy zadarli z braćmi Uccoz. Wiedzieli, jak ostrożnym trzeba było być w tego typu działaniach. Znali ulicę a ulica znała ich, przynajmniej część z nich. Narko-biznes – od samego szczytu czyli baronów i karteli, aż na sam dół, do takich grup jak ich gang, rządził się swoimi prawami. Miasto miało ustaloną hierarchię, terytoria, sfery działania. A jakiekolwiek naruszenie tej złożonej sieci mogło doprowadzić do przelewu krwi. Kartele nie lubiły gnoju, bo gnój zwracał uwagę policji i tych pedziów z DEA – tak, gringo z pierdolonego USA, wtrącały tutaj swoje trzy centy, podobnie jak w Kolumbii gdzie dopadły takich graczy jak słynne kartele z Medellin czy Kartel z Cali. Zresztą i w Meksyku udało im się uderzyć ostro, i zgarnąć kilka lat temu szefa Kartelu Juarez czy Kartelu Sinaoa. Ale to nie DEA i federales byli teraz zmartwieniem SV, tylko „Narwańcy”. W Maztlan gangów takich jak SV i „Narwańcy”, o średniej sile, było dziewięć. Podczepiły się one, jak podnawki, pod brzuchy takich tiburones jak kartele i większe organizacje przestępcze, próbując zarobić na swojej niezależności. Podzielono strefy wpływów i starano się nie robić sobie „koło pióra”. To ciągnęło za sobą zniknięcia i trupy. Ciągnęło niepotrzebne pytania. A jeśli trupów i policji na ulicach było za dużo, jeśli statystki przestępczości przez banditos za bardzo zwyżkowały, wtedy poważniejsi gracze brali się do działania. Dawano tylko jedno ostrzeżenie, a jeśli ulica nie wykazała szacunku, kolejnego już nie było. I przez krótki czas statystki morderstw bardzo ostro szły w górę – zazwyczaj o liczbę opornych sicarios i czasami, gdy sprawa była bardzo honorowa, ich rodziny. A że kartele posiadały ogromne wpływy i miliardy dolarów na kontach, to ich działania często maskowano w taki sposób, że opinia publiczna nawet nie domyślała się prawdy. Ulica jednak swoje wiedziała. I pamiętała, co bracia Uccoz zrobili gangowi „El Pulops”- czy jakoś tak,. Jedenastu twardych chujków, którzy myśleli że mogą rozprowadzać zabrudzony towar, po którym dziesiątki turystów o mało nie zdechło, a kilku przekroczyło ostatnią granicę, a ponadto durni, którzy postanowili wejść na teren Gangu z Południowej Plaży, mordując ich i ich bliskich na pogrzebie kumpla za pomocą ostrzału z broni automatycznej. Policja dostała wtedy pierdolca. I bracia Uccoz też. Dorwali wszystkie ośmiornice, wywieźli do dżungli ich i ich rodziny, przez tydzień gwałcili, smażyli, piekli, torturowali – nagrywając to skrupulatnie, a potem rozstrzelali to, co z nich zostało podrzucając zwłoki na drugim końcu Meksyku, na ziemi niczyjej. Zadbali jednak o to, by ludzie wiedzieli, co spotkało „El Pulops” – rozrzucając, co bardziej pikantne zdjęcia przebiegu tortur po mieście. Ot, taka ciekawostka turystyczna Mazatlan. Od tej pory było spokojnie. A bracia Uccoz mogli dalej zarabiać na interesie z bronią, dziwkami i kokainą oraz doić chętnych turystów z dolarów. Narko-turystyka i narko-biznes funkcjonowały jak dobrze naoliwiona maszynka. Tylko zamiast smaru poruszające się elementy oliwiły: kasa i krew. Dinero i sangrie.

Dlatego też SV wiedzieli, że muszą działać rozważnie. Mieli pozwolenie braci Uccoz, ale musieli z tego pozwolenia korzystać z rozwagą, aby nikt im nie zarzucił, że przy okazji próbują pozbyć się rywali – chociaż SV i Narwańce nie dość, że działali daleko od siebie to jeszcze zajmowali się tak różnymi sprawami, że nie można było nawet mówić o rywalizacji czy konflikcie interesów. To też miało swój plus w tej sytuacji. Żaden z informatorów Nerwańców, czy żaden z członków gangu nie dostałby „sraczki”, gdyby tylko zobaczył kogoś z SV na swoim terytorium. Dlatego też ewentualne porwanie Enrico Urenijos musiało być rozegrane bardzo ostrożnie. Jakakolwiek wtopa i SV mogliby mieć na głowie wkurwionych „Narwańców” i ich sojuszników. A w sytuacji, kiedy to oni wsadziliby pierwsi komuś kutasa w dupę, nie bardzo mogli liczyć na pomoc ze strony zaprzyjaźnionych gangów. Ich amigos, tacy jak liczący dwanaście osób gang złodziei samochodów Hermana, czy handlarze narkotyków „El Spideros” liczący jedenastu banditos oraz liczący piętnaście spluw gang z sąsiedniej ulicy, zajmujący się także dziwkami i koksem – Los Podos, którym dowodził kuzyn „Psa”, raczej odwróciliby się od nich plecami. Tak to działało. Pozostałoby im błaganie braci Uccoz o pomoc, a to oznaczałoby koniec ich pozycji na ulicy. Byliby cwelami i pedziami, gangiem deshonroso.

Sto tysięcy dolarów oraz szansa na robotę dla braci Uccoz warte jednak były ryzyka. Chociaż nie warte wojny z innym gangiem i krwi, jaką mogła taka wojna pochłonąć. Wiedzieli o tym i wiedzieli, ze muszą działać ostrożnie, używając cabeza nie pistola.

Angelo Gabriel Martinez

Angelo nie musiał czekać długo na odpowiedź od Lupity. Działał na nią, jak na wiele innych cipek, jak mocny afrodyzjak. Kobiety rozkładały przed nim nogi szybciej, niż taksówkarze z Mazatlan drzwi swoich samochodów przed turystami w porcie. Przyjęła zaproszenie, ale podała miejsce spotkania – jedną z knajpek z dobrymi owocami morza na Av del Mar – alei biegnącej wzdłuż linii brzegowej Mazatlan, pełnej hoteli, sklepów i restauracji. I blisko miejsca jej zamieszkania. A więc chciała romantycznej kolacji przed normalnym bang-bang. Zgrywała porządną. Czemu nie? Niech zgrywa. On wiedział, jaka jest naprawdę. Jedna sprawa z głowy.

Drugą był Miquel. Twardy bandito i człowiek kartelu Los Zetas. Los Zetas działali we wschodniej części Meksyku, a w zachodniej i w centralnej rządziła Sinaloa. Było niemal pewne, że prędzej czy później obie organizacje albo połączą swoje siły, albo – co bardziej prawdopodobne – dojdzie pomiędzy nimi do wojny o wpływy. W końcu Los Zetas byli uznawani za najbrtutalniejszy z karteli meksykańskich, a ich wpływy okrzepły na krwi i trupach kartelu El Golfo, który wynajął założycieli Los Zetas – byłych komandosów - jako ochronę przed innymi grupami. Nie docenił jednak apatytu na władzę i pieniądze. Po aresztowaniu w 2003 roku przywódcy El Golfo – byli żołnierze sił specjalnych - usamodzielnili się i rozpoczęli walkę z El Golfo o kontrolę nad handlem narkotykami w środkowej części Meksyku. Obecnie kontrolują już większość terenów należących kiedyś do kartelu El Golfo. Tutaj jednak, w Mazatlan, ludzie z Los Zetas nie mieli wiele do powiedzenia. Stanowili raczej obserwatorów, niż graczy – przynajmniej do czasu, gdy ich padres nie decydują inaczej. A może już zdecydowali? Czy w takim przypadku Miquel cokolwiek powie? A jeśli powie, to czy nie wykorzysta tego, by próbować dalej zrekrutować Angelo? Co prawda SV uznawani byli za pchełki i nie związane z braćmi Uccoz, ale gdy by to Los Zetas stali za masakrą i Miquel wyczuł, że Angelo i SV węszą, pozostawało pytaniem bez odpowiedzi, – co by zrobił? Pozostał lojalny swojemu kartelowi, czy kumplowi? Angelo znał odpowiedź i dlatego wziął ze sobą amigo z SV. Ale czy w ten sposób nie wysyłał też sygnału, że czegoś się obawia ze strony Miquela. Że nie okazuje mu zaufania.
Czasami taki brak szacunku mógł skończyć się fatalnie. Podobnie zresztą, jak brak rozwagi.

Angelo podjął decyzję i dlatego, w pół godziny później, pukał do mieszkania Miquela – jednego z wielu podobnych do siebie, w podupadającej dzielnicy Mazatlan opanowanej przez gang Jabalies, nazwany tak od dzielnicy, w której działali. Gang, który zajmował się kradzieżami i rozbojem oraz pomagał w przemycie i – o czym było wiadomo dość powszechnie – sympatyzował z Los Zetas. Oczywiście bracia Uccoz tolerowali te poglądy do czasu, aż zaczęłyby one kolidować ich interesom i wpływom Sinaloa. Jabalies byli dobrze zorganizowani i liczni, w każdej chwili ich szef – Gustavo, był w stanie poderwać trzydziestu kilku pistolleros. Barwą rozpoznawczą Jabalies były niebieskie bandany i tatuaże gangu na szyi – wyglądające jak maźnięcie pędzla naćpanego pedzia.

Juan Maria Alvarez

Angelo był spoko amigo mimo, że ubierał się mało profesjonalnie i wyglądał jak play-boy a nie twardy kutas z ulicy. Ale chłopaki z SV wiedzieli, że można na nim polegać. Dlatego, gdy Angelo rzucił, że pogada ze swoim kumplem z Los Zetas, Juan od razu wiedział, że lepiej z nim pojechać. Tym bardziej, że sam Angelo o to poprosił. Być może nie czuł się pewnie na terenie Jabalies, być może nie ufał temu pedziowi, do którego mieli pojechać. W każdym bądź razie Juan Maria Alvares i jego stalowi, plujący ołowiem kolesie, byli gotowi na przejażdżkę.

Mazatlan zza okna samochodu wyglądało na eleganckie miasto. Miasto, któremu z przyjemnością dawało się obciągnąć laskę i czerpało pesos. Miasto, w którym Juan Maria Alvarez miał rodzinę o którą musiał zadbać.

Jechał więc obok Angelo, oglądał tonące w przedpołudniowym świetle Mazatlan, jakże inne po zmroku. Teraz, w dzień Mazataln wyglądało jak wesoła dziewczyna w kusej spódniczce – wesołe i roześmiane. Wieczorem zmieniało się w mroczną, zagubioną, nastawioną na seks, alkohol i narkotyki oraz nienasyconą kobietę, głodną mrocznych doznań i – czasami – krwi.

Angelo zawiózł ich do Jabalies – dzielnicy krzyżujących się ulic i domów pretendujących do miana „eleganckich”, ale zepsutych grafitti na ścianach i murach oraz – straszących tu i ówdzie niedokończonymi z różnych powodów domami. W Jabalies mieszkali w miarę normalni ludzie, ale ci w miarę normalni ludzie mieli dzieciaki, które uważały, że uczciwa praca to niezbyt dobra droga do szczęśliwego i dostatniego życia. Część z nich zajęła się więc poszukiwaniem łatwiejszych dróg, a kiedy trafili na kilku ogarniętych banditos znających się na kradzieżach i wymuszeniach, stworzyli podwaliny czegoś, co nazwało się gangiem z Jabalies i zajęło tym, co potrafiło najlepiej. Paserką, złodziejstwem i przemytem. Czasami pracowali do braci Uccoz. Czasami na własną rękę, ale wiadomo było, że mentalnie bliżej im do Los Zetas, niż do Sinaloa. Lepiej więc, mieszkając w Mazatlan, nie było mieć amigos w Jabalies. Bo gdyby bracia Uccoz uznali, że Jabalies przeginają, szybko skończyliby w oceanie, dżungli lub – w najlepszym przypadku – na liście płac kartelu Sinaloa.

Zatrzymali samochód przed jednym z typowych, niezbyt eleganckich domów i zapukali do drzwi oznaczonych numerem 6.

Angelo Gabriel Martinez i Juan Maria Alvarez

Otworzył im, po dłuższej chwili podczas której zapewne „oblukał” ich przez wizjer, półnagi koleś wytatuowany, jak ludzie z ulicznych gangów. I o podobnej do nich aparycji.

- Angelo! Ty jebany w dupę pedziu – przywitał ich z serdecznością kontrastującą z wulgarnymi słowami poklepując ubranego elegancko członka SV. – Co tutaj robisz o tak popierdolonej porze? I co to za jebany w dupę pedzio z tobą?

- Dobrze cię widzieć, Miquel – odpowiedział Angelo oddając powitanie. – Możemy wejść?

Lubił tego wytatuowanego facia. To było widać.

Spojrzenie Miquela prześliznęło się po Juanie. Nawet, jeśli zobaczył broń, nie dał nic po sobie poznać. Zresztą sam miał spluwę, zatkniętą za plecami, za pasek ciemnych bojówek – jedynego elementu ubrania, jakie członek Los Zetas miał na sobie.

Miquel wpuścił ich do środka zaniedbanego mieszkania. Okna przesłaniały rolety, więc lokal tonął w półmroku. Składał się z niewielkiego korytarza, salonu z aneksem kuchennym i sypialnią, w której – gdy ją mijali – ludzie z SV zobaczyli materac z rozbebeszonym posłaniem.

Miquel poprowadził ich do salonu. Usiadł na pokrytej brudnymi plamami i w wielu miejscach ponapalanej sofie i wskazał miejsce na krzesłach ustawionych wokół ławy ze szklanym blatem. Na ławie stały butelki po alkoholu, szklanki z niedobitymi resztkami trunków, popielniczka pełna petów, lusterka ze śladami koki a także mniej pasujące rzeczy, jak na przykład stringi i dwa staniki.

- Ciężka noc? – zapytał Angelo uśmiechając się do kumpla.

- A żebyś, kurwa, wiedział – Miquel wyjął spluwę i położył ją na blacie, pośród butelek i szklanek tracąc od razu zainteresowanie bronią. – Dobra? Co tym razem, kurwa? Nie powiesz mi, jebany w dupę pedziu, że przyszedłeś ze swoim jebanym w dupę kochasiem zobaczyć, jak się czuję w ten zjebany w dupę poranek.

- Jest już prawie południe – rzucił z uśmiechem Angelo.

Mimo, że Miquel nazywał ich pedziami, to czuć było jednak, że nie jest to obelga, lecz żartobliwe chociaż może i niezbyt dobrze dobrane określenie. Nie rzucał wyzwania. Po prostu taki był. Angelo to wiedział. Juan nie i zaczynało go to troszkę drażnić.

- Południe? Jebana w dupę puta! – Miquel sięgnął po niedopitą szklankę i opróżnił jej zawartość jednym łykiem. – Napijecie się? Skoro już mnie, puta, jebane w dupę pedzie jedne, obudziliście.

Alvaro J. F. Perez "Oreja"

Podobnie jak reszta companieros Alvaro zwany „Uchem” postanowił powęszyć po mieście. Wiedział, że musi zrobić to dyskretnie. Że tylko unikanie bezpośredniego powiązania SV z braćmi Uccoz może dać im szansę na wytropienie tych pedziów, którzy pozarzynali ludzi Kartelu. No i uniknąć ich losu, gdyby zabójcy domyślili się, że Węże próbują dobrać się im do tyłków.

Członkowie SV rozeszli się po mieście. Kilkunastu twardych ludzi. Pytających o to samo. Było wręcz pewne, że ktoś w końcu zapyta nie tak jak trzeba lub nie tego, co trzeba. A wtedy mogło stać się wiele różnych rzeczy. Takich, których człowiek pragnący jeszcze trochę pożyć, starał się normalnie unikać.

„Oreja” zaczął od dziwki. Lucia Paraja miała swoją norę niedaleko, w dzielnicy kontrolowanej przez S. Kiedy do niej przyszedł, odsypiała nockę, ale – obudzona – okazała się dobrą gospodynią. Mimo, że mieszkanie – mała, czynszowa nora – była brudna i ciasna, to Lucia robiła dobrą kawę i świetną laskę. Zaoferowała mu obie na raz i przez chwilę Alvaro popijał mocną, czarną jak grzechy Meksyku kawę, a Lucia pracowała nad jego fiutem.

Gdy skończyła, przeszli do właściwego celu wizyty Pereza. Lucia, niestety, nie wiedziała niczego ciekawego w interesującej go sprawie. Sprzedała mu jedynie plotkę o tym, że jej kumpela, Mulatka Miquellita Choco, którą Alvaro znał i raz czy dwa nawet posuwał dla urozmaicenia, mówiła, że dziwki pracujące w drugiej części miasta szukały, na zlecenie chyba „Narwańców” jakiegoś kolesia z jakimś tatuażem. Koleś miał być ponoć gringo. Nie wiadomo po co i dlaczego. Podczas paplaniny Oreja dowiedział się też, że biskup Paco Angelo Sebastiano Vito Morenga skorzystał niedawno z usług nieletnich dziwek w burdelu należącym do braci Uccoz i że po tych igraszkach ponoć przepadła jedna z małych dziwek, dziewięcioletnia chica o imieniu Antonina. Rzekomo biskup miał ją nie tylko zerżnąć, ale i zarżnąć. Co prawda nadmiernie otyły i często widywany w TV ze względu na działalność charytatywną biskup nie pasował jakoś Alvaro do wizji morderczego pedofila, a już na pewno nie pasowało mu to, ze gustował w dziewczynkach, ale postanowił zapamiętać tę wiadomość.

Nie marnował więcej czasu na Lucię i uderzył do Emilio, uprzedzając go telefonicznie o tym, że chce się spotkać. Emilio wybrał na miejsce spotkania jeden z lokali, w którym dawano całkiem dobre tortille i wyśmienity sos serowy do nich i po chwili siedzieli już przy maleńkim stoliku.

Emilio spojrzał na Alvaro, a ten dyskretnie wyłuszczył mu to, z czym przybył.

- Ciekawe. Ktoś pociął ludzi braci Uccoz? – Umoczył jedzenie w sosie i wpakował sobie do ust. Przez chwilę milczał wyraźnie nad czymś główkując. – Niestety, viejo amigo, pytasz niewłaściwą osobę. Nie wiem nic o działaniach przeciwko braciom czy kartelowi Sinaloa. Jeśli miałbym strzelać, to powiedziałbym, że to Zetas. Ostatnio kupili kilka małych firm w mieście, oczywiście przez podstawionych ludzi. Niewielkie biura podróży, zagrożone upadkiem. Wiem o tym tylko dlatego, że jedno z nich prowadził mój companiero Gustavo Antonio Terro. Po mojemu, Zetas szykują się do wejścia na rynek Mazatlan. Kto wie, może nawet do przejęcia kontroli. Zdobycie przyczółka. Ja jednak, jak wiesz, gotuję dla braci. Chociaż staram się wypatrywać skąd wieje wiatr i jak zbierze się na huragan, zniknę na chwilę z miasta. Wiesz, co mam na myśli?

„Oreja” wiedział. Emilio był dobrym chemikiem. Jego umiejętności i wiedze kupi każdy gang chcący produkować czy to metę czy dobrą kokę. Tylko musiał zniknąć na czas, gdy zacznie się wojna, aby nie być jedną z jej ofiar. Tacy, jak on zazwyczaj spadali na cztery łapy. Tacy jak Alvaro mieli w takich sytuacjach trochę trudniej. A jeżeli zanosiło się na wojnę, to lepiej było stanąć po właściwej stronie lufy.

Sprawa nie uderzała zatem, przynajmniej jeszcze na razie, w produkcję i dystrybucję. Może miała inne dno? Jednak, jak na ten moment, Alvaro miał za mało informacji wyjściowych. Jeśli jednak Los Zetas zaczynali wojnę, to na pewno będą próbowali przejąć od Sinaloa, czyli braci Uccoz, kanały dystrybucji w Mazatlan. Albo zbudować własne. A tak się składało przypadkiem, że „Oreja” znał człowieka, który sprzedawał swoje umiejętności w tym zakresie każdemu, kto odpowiednio posmarował. Może ten pedzio będzie coś wiedział? Jeśli potwierdziłby, że Los Zetas budują kanały przerzutowe, mogłoby to potwierdzić przypuszczania, że spróbują uderzyć najpierw serce kartelu z Sinaloa – w Mazatlan, a nie będą rozpoczynali wojny od podgryzania jego terytorium.

Tylko, czy ta informacja, nawet gdyby Victor potwierdził jego przypuszczenia, zbliżyłaby go do sprawców rzezi i pozwoliła SV zarobić obiecane dolary?

Hernan Juan Selcado oraz Javier Orozco


Na pytanie, kto z nim powęszy zgłosiło się dwóch ludzi. Kurupdel Jorge Alvarado zwany Rata, znany z tego, że zna wielu ludzi i potrafi nieźle przemykać się niezauważony do różnych miejsc oraz Tarantula czyli Tito Ángel del Madrazo y Sardá .

Obaj to byli sprawdzeni SV.

Do tego zgłosiło się jeszcze dwóch chłopaków - Cristián Nazario oraz Fulgencio Jenaro – też całkiem nienajgorsze chłopaki, chociaż – jak na gust Psa – niekiedy zbyt wyrywne. Do tego jeszcze Xavi, ale na tym małym ćpunie większość nie polegała. Było wiadomo, że trzęsie się jak galareta bez koki i pozostawało pytaniem bez odpowiedzi, dlaczego Pies trzyma go w SV zamiast spuścić w kiblu. Może dlatego, że w odróżnieniu od takich ludzi jak ich piątka, Xavi potrafił robić czary – mary z tymi technicznymi pierdołami. No i rozkręcał nieźle interes z cipkami. Może dlatego, że sam był niczym jedna z nich.

- Możesz pomagać, Javier, ale nie wpierdalaj się pomiędzy nas – rzucił twardo Tarantula. – A poza tym wszyscy wiemy, że „Narwańcy” spotykają się w kręgielni „Łyse bile”.
- Łyse bile to Xavi lubi łykać razem z drągami – zarechotał Fulgencio.
- Ty to wiesz najlepiej, pedziu – odciął kumplowi Tarantula.
- Dość – uspokoił ich niewybredne żarty Pies. – To wasz amigo z gangu i nie chcę słyszeć tego typu pierdolenia. – Dario – szef gangu zwrócił się do milczącego do tej pory, przystojnego członka SV, który zajmował się „dziewczynkami” i pomagał nagrywać niektóre, co mocniejsze, sceny.

Urodą Dario Santos Nazario Barrientes przypominał znanego piosenkarza, a to kręciło panienki. Szybko jednak żałowały swojego zainteresowania. Dario traktował laski bardzo nieprzyjemnie – lubił je lać, gdy naszła go na to ochota. Pod twarzą przystojnego „macho” skrywał się prawdziwy „le diabolo”.

- Tak, siniore?

- Będziesz ochraniał Javiera w jego działaniach. Hernan, Rata, Tarantula, Cristan i Fulgencio. Wy będziecie grupą uderzeniową. Tylko, kurwa, nie dajcie się zauważyć. Jeśli ktoś powiąże zniknięcie tego pedzia, Enrico z Wężami, ryzykujemy wojnę. A jeśli okaże się, że to nie „Narwańcy” zabili ludzi braci Uccoz, El Manivela zażąda pomsty. I wtedy oddam mu na tacy jaja tego, który to spierdoli, aby ratować resztę. Jasne.

Wiedzieli, że nie żartuje. „Narwańcy” byli twardym gangiem. I mieli trochę sojuszników na ulicy. A Węże straciliby poparcie innych gangów, gdyby to oni rozpoczęli wojnę. Gdyby doszło do zbrojnej konfrontacji i rozlewu krwi wynik potyczki był, przynajmniej w ty momencie, nie do przewidzenia.

- Niech Javier hakuje tych pedziów. Może to nam coś da. Czekajcie na telefon od niego. Tylko, Javier, pamiętaj. Od El Maniveli trzymaj się z daleka. Twoim i naszym celem jest Urenijos. I tylko, kurwa, on.

Czyżby Pies się bał? Bał tego, że rozpęta wojnę? Hernan trochę go rozumiał. Kiedy kule latały w powietrzu, a psy z ulicznych gangów skakały sobie do gardeł obrywali nie tylko gracze, ale i ich rodziny, a także postronni. A to zwracało uwagę federalos. Póki siedzieli cicho, policja dawała im spokój Kiedy jednak ulice spływały krwią, trzeba było liczyć się z zapłaceniem ceny – w najlepszym przypadku odsiadką wyroku, albo liczyć się z tym, że i tak skromny budżet SV stopnieje, kiedy trzeba będzie zapłacić łapówki.

- To przez ten czas nim dostaniemy cynk, pokręcimy się mieście i po dzielni „Narwańców”. Może jak nie Enrico, to uda nam się zgarnąć innego pedzia.

Spojrzeli na Psa, a ten – po chwili namysłu – kiwnął głową.

Pół godziny później znajdowali się już w dwóch samochodach i jeździli po gorszej części nabrzeża turystycznego, gdzie o tej porze sporo było wycieczkowiczów – rodzin z dziećmi, spasionych gringo – głównie grubo dupnych amerykańców, których w Meksyku nie lubili najbardziej.

Skąd pochodzisz? – pytałeś takiego pedzia, a on odpowiadał – z Ameryki. Jakby, kurwa, Meksyk nie był w Ameryce. Jebani amerykance uważali, że poza ich śmierdzącym USA wszystko inne jest tylko kurwidołkiem niewartym uwagi. No, chyba że przyjeżdżali nachlać się tequili, naćpać koki i wyruchać latynoskie cizie.

Siedzieli w dwóch samochodach – w nieoznakowanym, nie rzucającym się w oczy furgonie – prowadził Tarantula, Rata obserwował okolicę, a Hernan siedział z tyłu, gotów zgarnąć wskazanego pedzia do środka. Mieli na sobie zwykłe ubrania, które zakrywały znaki VS, czapeczki z daszkiem, które skrywały twarze i chusty, które mogli naciągnąć na siebie, gdyby doszło do akcji.

Z tyłu, w drugim aucie, jako asysta, jeździli Cristian i Fulgenzio.

Nic się nie działo. Ulicami snuli się obywatele, wałęsali rozleniwieni i opóźnieni turyści, robiąc zdjęcia, kupują pamiątki i przekąski. Ci nie interesowali ludzi pokroju sicarios z SV czy „Narwańców”. Prawdziwe życie zaczynało się dopiero pod wieczór, kiedy na ulicę wychodzili turyści żądni innych rozrywek i przyjemności, a za nimi – jak muchy do gówna – przylatywały: dziwki, handlarze narkotyków, naciągacze i członkowie kontrolujących swoje terytoria gangów.

Ruch w tej części Mazatlan był średni. To jeszcze nie była pora, podczas której ulice korkowały się pojazdami tych, którzy wracali z pracy.

Hernan nudził się. Grała muzyka. Spuchnięte jajca nadal były spuchnięte. Nic się nie zmieniało.

Zadzwonił telefon Raty i mały Latynos odebrał go.

- Tak, szefie.

Chwila przerwy na wysłuchanie odpowiedzi. Hernan złapał się na tym, że napinają mu się wszystkie mięśnie. I wtedy, gdy Rata gadał z Psem, Hernan zobaczył członka „Narwańców”. Nie znał jego imienia, ani twarzy, ale klubowe tatuaże były wyraźne.

Pedzio szedł półnagi, jakby się naćpał, kompletnie ignorując ludzi na ulicy. A ludzie odsuwali się od niego, jakby był trędowaty. Nic dziwnego. Na przykładnego obywatela nie wyglądał.

W pewnym momencie facio wyszedł na ulicę, niemal wpadając pod samochód. Kompletnie nie reagował na trąbiącego kierowcę, lecz szedł dalej, na drugą stronę.

- Hej, companieros – Rata skończył rozmowę z Psem. – Szef mówi, że Narwańcy trzymają się razem w magazynach przy złomowisku. Możemy podjechać to sprawdzić. Jest tam na pewno Uryna i kilku innych. Mogą mieć, kurwa, broń.

- Ślepi jesteście – Hernen zwrócił uwagę kumpli na Narwańca, który teraz był już w połowie drogi, jakieś sto metrów od nich i wchodził na drugi pas jezdni. Jadący z naprzeciwka samochód zatrzymał się przed wytatuowanym ćpunem gwałtownie, o mało go nie rozjeżdżając.

- Puta! – rzuciła Tarantula. – Bierzemy gnoja? Decyduj Hernan.

W hierarchii SV Hernan stał wyżej od tych dwóch osiołków.
Na ulicy było sporo ludzi i każdy z nich skupiał się teraz na występach „Narwańca”. W Mazatlan miejscowi przyzwyczajeni byli do tego, aby nie wtrącać się w nieswoje sprawy. Gorzej było z turystami. Niektórzy już wgapiali się w nawalonego jak stodoła Meksykańca. Jeszcze chwila i pewnie zaczną robić filmiki telefonami.


Javier Orozco

Pyskówka pomiędzy chłopakami na jego temat była czymś normalnym. To, że Pies przydzielił mu ochronę, niekoniecznie. Gdyby Javier myślał nieco lepiej, może by skojarzył, że szef SV czegoś się boi. Może wiedział więcej niż chciał im powiedzieć.

Tak czy owak mógł zrobić to, co potrafił najlepiej. Wciągnął jedną maluśką kreskę i zaczął pracę. Szperanie po sieci w poszukiwaniu punktów zaczepienia i informacji na temat członków gangu „Narwańców”. Nie było to trudne.

Zdjęcia na portalach społecznościowych, wzmianki w lokalnych gazetach, informacje na stronach policji a nawet trudniej dostępne dane, które wymagały kilku włamań – na serwery policji, na kilka prywatnych kont. Trudniej było jednak przesiać ten cały szajs, który udało mu się zgromadzić. No i skupił się, tak jak prosił Pies, na prawej ręce szefa „Narwańców” – Urenijosa. Sporo tego było. Wyroki – odsiedział trzy, w tym jeden ośmioletni za zabójstwo, na szczęście dla niego, dowody nie były wystarczające na tyle, by Urenijos nie zgnił w więzieniu albo nie trafił na szubienicę. Wyroki za pobicia, wyroki za posiadanie, za handel zakazanymi substancjami, za posiadanie broni, za usiłowanie zabójstwa, za udział w zorganizowanej grupie przestępczej – o proszę, powiązanej z kartelem El Golfo, obecnie zniszczonym niemal całkowicie lub przejętym przez Los Zetas. W swoim pięćdziesięciodwuletnim życiu za kratkami Urenijos spędził dwadzieścia trzy lata.

W końcu namierzył telefon Urenijosa. Debil miał włączony lokalizator. Poszukiwany przez SV ganger znajdował się w Mazaltan, gdzieś w części przemysłowej – w pobliżu składowiska złomu, zakładów przetwórstwa mięsnego – chyba w budynku magazynów z mrożonym żarciem. Co więcej, wydawało się, że jest tam z nim kilku innych ludzi.

Szybko poinformował o tym Psa.

- Puta. Może mają jakąś zbiórkę. Albo odsypiają wczorajszą robotę. Szukaj dalej, a ja powiadomię naszych braci. I, Javier, kurwa, dobra robota.

To było niczym cios obuchem. Pochwała od Psa była czymś naprawdę motywującym i dawała kopa, jak wciągnięcie kreski. Nim jednak zdążył coś odpowiedzieć, Pies rozłączył się, a Javier został sam ze swoimi rozbieganymi myślami. No, może nie całkiem sam.

- Stanął ci, co, pedziu? – rzucił krzywo Dario.

Javier opuścił wzrok. Nie prowokował.

- Zapierdalaj dalej. Ludzie, którzy zabili pracowników braci Uccoz sami się nie namierzą.


Tito Alvarez

Mało szczegółów. Mało informacji. Pies albo gówno wiedział, bo bracia Uccoz gówno mu powiedzieli, albo Pies gówno mówił, chociaż dużo wiedział – a to mniej podobało się Tito. Był już niemłody. Swoje widział. Swoje wiedział. I potrafił wyczuć swąd gówna na odległość. A tam, gdzie pojawiał się kartel, szambo prędzej czy później całkowicie zasmradzało okolicę. Taka była prawda.
Campa miał czas za godzinę. Zawsze, kiedy Tito chciał się z nim spotkać, jego stary przyjaciel miał czas „za godzinę”. I mogli się spotkać tam, gdzie zawsze. Na małej promenadzie gdzie niewielu przychodziło, a miejski ruch słychać było niczym szum zlewający się w jedno z szumem oceanu.

Campa był punktualny.
Jak zawsze. Mimo swojego wieku nadal miał cholernie celne oko. Był najlepszym strzelcem, jakiego Tito znał. I nadal czynny w zawodzie.

To Tito musiał rozmawiać. Jak zawsze. Campa niewiele mówił. Tam, pod czaszką, myśli kierowały się ku jednemu. Jak zabić i przeżyć. tak przynajmniej sądził Tito. Campa był rasowym, niemal klinicznym przypadkiem psychopaty. I najlepszym przyjacielem Tito Alvareza. Kiedy Tito miał zacząć rozmowę zadzwonił telefon. To był Quinto. Mógł się z nimi spotkać dopiero wieczorem, bo miał „biegany dzień”. Nie szkodzi.

- Dobra. Postawię temat jasno. Ktoś w nocy pociął ludzi braci Uccoz. Słyszałeś coś o tym?
- Obiło mi się o uszy.

Tito wiedział, że Campa ma znajomego blisko braci. Niekiedy pracował bezpośrednio dla Eusebio Uccoz. Największego i najbardziej krwawego psychola z Mazatlan. Plotki mówiły, że kiedyś Eusebio kazał rozerwać jakiegoś wroga motorami. Innego typa, który oszukał go na transakcji, związał i odcinając kawałek po kawałku, nakarmił go nim samym. Na surowo. Ponoć facet zdychał dobry tydzień i zdążył zjeść swoje obie nogi. Mówiono też, że gdy był młodszy Eusebio każdą zakupioną broń osobistą sprawdzał w ten sposób, że wyjeżdżał na miasto i strzelał do pierwszej lepszej osoby – nie miało znaczenia jakiej płci, czy w jakim wieku.

- Co?
- Niewiele.
- Coś konkretnego?
- Nie. Tylko plotki.
- Chciano ci to zlecić? Lub komuś, kogo znasz?
- Nie. Ale Zety zrobiły się ostatnio bardziej aktywne na naszym wybrzeżu. Szukają spluw.
- Myślisz ze to Los Zetas?
- Możliwe.
- Kartel z Tijuany?
- Nie.
- Wewnętrzne starcie w Sinaloa?
- Nie sądzę.
- To zrobili tutejsi?
- Możliwe. Nie sami.
- Masz coś jeszcze.
- Nie.
- Popytasz?
- Mogę.

Tak rozmawiało się z Campą. Słowo za słowo. Ciężko, jakby człowiek szarpał się ze sztangą.

- Piwo? – zaproponował Tito.
Tutaj był taki bar za rogiem, niedaleko plaży. Często kończyli tam swoje spotkania. Miał dobre, meksykańskie piwo i mocną tequilę.
- Czemu nie.
Nim jednak przeszli kilka kroków zadzwonił telefon. To był El Perro – Pies.
- Chłopaki coś mają. Jedź do willi tia Perrita.
Willa ciotki Perrity była miejscem, w którym zszywał rannych z gangu. Znaczyło to, że Pies spodziewa się czegoś poważniejszego.
- To mogły być „Narwańce”? – rzucił na odchodnym do Campy.
- Możliwe. Jesteś mi winien kolejkę.

To nie brzmiało dobrze. Campa coś wiedział. I nie chciał powiedzieć. A to było coś nowego. Coś, co niepokoiło Tito bardziej, niż perspektywa zbrojnego konfliktu z „Narwańcami”, na którą się zanosiło. Wyglądało na to, że bracia Uccoz zrobią z nich swoich sicarios, a Pies i wszystkie SV zrobią na tym dobry interes.

Tylko jaką zapłacą za to cenę?
 

Ostatnio edytowane przez Armiel : 08-09-2018 o 18:50.
Armiel jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 10-09-2018, 19:32   #9
 
Gryf's Avatar
 
Reputacja: 5827 Gryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputacjęGryf ma wspaniałą reputację
Żegnając się z Campo, starannie odnotował w pamięci, by postawić mu to piwo przy najbliższej okazji (psychopatyczny umysł starego snajpera kreślił granice między przyjaciółmi a wrogami ścieżkami niepojętymi dla zwykłych ludzi). Myślami wrócił do rozmowy telefonicznej. Było źle. Tito spodziewał się, że wciągnięcie w tą sprawę wywoła potężne kłopoty, ale nie spodziewał się ich tak szybko.
Wskoczył za kierownicę wiekowej, odrapanej, czerwonej impali i ruszył prosto pod wskazany adres.

Trafił akurat na korek, więc musiał wymęczyć się w nim przez ponad pół godziny. Gdzieś musiał być jakiś wypadek, bo minął stojącą karetkę i samochód policji, która regulowała ruchem. Albo ktoś wpadł pod samochód, albo … Nie. Minął auto - czerwony, całkiem dobrej marki wóz z wyraźnymi śladami kul na drzwiach od strony pasażera. Krwawe plamy przy samochodzie i kręcące się wokół pajace w mundurach wyraźnie wskazywały, że ten kto strzelał, dopiął swego. Ciało musiało być w karetce, bo przy niej dwóch policjantów gadało z jakimś jasnowłosym gringo. Policja odcięła ulicę i kierowała ruch na objazd. Kiedy Tito zbliżył się do mundurowego ten wskazał mu dłonią gdzie ma jechać gwiżdżąc przy tym w debilny gwizdek. W jednej chwili, gdy go mijał, Tito poczuł dziwną, niczym nie uzasadnioną ciekawość, aby zatrzymać się gdzieś niedaleko i sprawdzić, kto leży w karetce.

Tak też uczynił, odjeżdżając tylko na tyle, by jego wóz nie załapał się w kadr psom fotografującym miejsce zbrodni. Zaparkował kilka ulic dalej i wrócił na miejsce strzelaniny. Policja zakończyła już oględziny, albo i nie. W każdym razie na miejscu pojawiły się inne sępy - dziennikarze. Kilku pismaków próbowało dowiedzieć się czegoś od oficera nadzorującego miejsce strzelaniny. Kilku węszyło koło karetki olewając psiarnię, która patrzyła na ich starania przez paluchy. Nie tylko gangi opłacały mundurowych. Tito stanął pośród innych ludzi. Niewielki tłumek obserwował to, co działo się na ulicy. Tito jednak wypatrzył w tłumie gringo, który przykuł jego uwagę. Facet miał brodę, koszulę kuloodporną pod ubraniem i wyglądał na paranoika. DEA. Czuł to niemal przez skórę. Agent z USA, których rząd Stanów przysłał do Meksyku, jako oficerów w wojnie z narko - biznesem i potęgą karteli.

Ryzyko właśnie znacznie wzrosło. Nie miał wiele czasu. Dobrze zapamiętał sobie gębę federalesa, po czym przecisnął się przez tłum w okolice dziennikarzy rozmawiających z glinami. Nie pchał się za żółtą taśmę, po prostu stanął w odległości umożliwiającej usłyszenie czegoś z rozmowy. Jego wzrok machinalnie wędrował po karetce i sanitariuszach, starał się zidentyfikować z którego szpitala przyjechali. HOSPITAL MARINA, Leżał chyba najbliżej. W tłumie nikt nie mówił nic konkretnego. Większość się dopytywała, reszta domyślała. W końcu, na znak dany przez gringo oficerowi policja i karetka zaczęły zbierać się do odjazdu. Kilku mundurowych wyraźnie jednak zamierzało zostać, aby zabezpieczyć ostrzelany samochód. Pewnie czekali na policyjną lawetę.

Czuł że marnował dość czasu, a sprawa Psa wydawała się pilna. Wsiadł do samochodu i ruszył w stronę. Zamiast sterczeć w tłumie jak zbaraniały turysta od razu powinien był sięgnąć po telefon.
- Pancho? Jesteś na dyżurze? Wiozą do was trupa w karetce, postaraj się rzucić okiem kto to. Jasne, odwdzięczę się. – rozłączył się i korzystając z postoju w małym zatorze na światłach wklepał drugi numer. Samochody ruszyły, impala Tito wraz z nimi, przyłożył telefon do ucha. – Georgio, sprawa bardzo krótka konkretna, strzelanina na… no.. tak, dokładnie… co wiesz?... acha… acha…

Samochód zatrzymał się bez żadnego ostrzeżenia na środku skrzyżowania.

- Powtórz! Jesteś absolutnie pewien?… ME CAGO EN LA LECHE!

Tito był blady, rozłączył telefon i przez chwilę po prostu siedział zaciskając dłonie na kierownicy, zupełnie ignorując klaksony i wyzwiska. A potem wcisnął jednocześnie jeden z numerów szybkiego wybierania i pedał gazu. Samochód z piskiem opon runął w stronę willi tia Perrita. Gdy z leżącego już na desce rozdzielczej telefonu usłyszał El Perro i jego zniecierpliwione „czego”, powiedział po prostu:

- Enrique Uccoz nie żyje.
 
__________________
Show must go on!

Ostatnio edytowane przez Gryf : 10-09-2018 o 19:40.
Gryf jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 11-09-2018, 07:01   #10
 
waydack's Avatar
 
Reputacja: 15899 waydack ma wspaniałą reputacjęwaydack ma wspaniałą reputacjęwaydack ma wspaniałą reputacjęwaydack ma wspaniałą reputacjęwaydack ma wspaniałą reputacjęwaydack ma wspaniałą reputacjęwaydack ma wspaniałą reputacjęwaydack ma wspaniałą reputacjęwaydack ma wspaniałą reputacjęwaydack ma wspaniałą reputacjęwaydack ma wspaniałą reputację
Hernan był zadowolony, bo dostał do roboty dobrych i sprawdzonych ludzi. Szczególnie Rata mógł się przydać, mały gnojek nie za darmo dostał taką ksywę, był jak szczur i potrafił wejść do każdej nory. Jadąc bulwarem Selcado wbijał wzrok w dupeczki turystek opięte w dżinsowe szorty. Noga latała mu jak pojebana, obcasem buta impulsywnie stukał o podłogę furgonetki. Naprawdę musiał coś wyruchać.
Wyciągnął telefon i zaczął pisać smsa.

„Cześć buena? Żyjesz? Łapy się goją? Daj znać jak wrócisz ze szpitala”

- Wyłącz to brzękolenie do chuja – zwrócił się do Tarantuli, czekając na wiadomość od Juanity. Nic nie odpisała. Noga wciąż nerwowo latała a tyłeczki Amerykanek stawały się coraz apetyczniejsze. Spuchnięte jajca to jakiś koszmar.
Nagle zamarł a noga w cudowny sposób znieruchomiała. Pierdolony Narwaniec szedł środkiem drogi bijąc się o pierwsze miejsce w nagrodach Darwina. Był tak naćpany, że nawet Orozco sam by dał radę wciągnąć do do fury i jeszcze porządnie napierdolić. Hernan już miał wydać rozkaz, kiedy Rata skończył gadać przez telefon z szefem i powiedział o złomowisku.
- Nigdzie nie ucieknie, zaczekajcie – odpowiedział na pytanie Tarantuli, który gdy tylko zauważył pedzia napalił się na akcję.
Hernan wyciągnął telefon i wybrał numer do Javiera. Miał nadzieję, że Dario go pilnuje i dzieciak nie przyjebał sobie kreski. Potrzebował go trzeźwego. .
- Szybka piłka Xavi, bez pierdolenia – odezwał się gdy w słuchawce usłyszał głos el nino - Co jesteś w stanie zrobić z kradzionym telefonem? Tylko kurwa gadaj po ludzku, żebym wszystko zrozumiał.
- Eeee… sprzedać? - po głosie ciężko było stwierdzić czy chłopak coś brał - A na serio to wszystko. Odzyskać billing, skasowane sms-y, przy odrobinie szczęścia skasowane zdjęcia i inne pliki. Historię przeglądarki i może hasła, maile, zależy co robił z telefonu. A jak ukradniesz telefon na dwie minuty tak, żeby okradany się nie kapnął, to mogę też założyć pluskwę.
- Uprzedziłeś moje następne pytanie, gracias amigo! Zaraz ci dostarczę sprzęt, wyślij mi swoje namiary.
W głowie Hernana rysował się już plan. Najpierw musieli wciągnąć pedzia do furgonetki, znieczulić a potem dostarczyć jego telefon do Orozco.
- Dobra amigos, robimy tak. Tarantula, podjedź i pierdolnij zderzakiem tego pedzia, tylko go kurwa nie zabij. Ja i Rata zgarniamy go do fury .
-Trzymajcie się!
Tarantula skręcił gwałtownie, wbił na przeciwległy pas, na którym koleś, który zatrzymał się przed Narwańcem, zablokował ruch. Uderzył w zaćpanego gangera, który poleciał w bok, lądując na chodniku. Uderzenie nie było silne, ale wystarczyło, by walnął o chodnik, jak wór skóry i kości.
- Brać, go. Rato! Hernan! Kurwa, szybko!
Hernan i Rata wyskoczyli z furgonetki, podbiegli do oszołomionego pedała. Wokół kręciło się pełno ludzi, Selcado nie chciał na bezczelnego zgarniać ćpuna przy wszystkich świadkach.
- Kurwa, koleś, nic ci się nie stało!? – zapytał z przejęciem – Spokojnie amigo, nic ci nie będzie! Rata, trzeba go zawieźć do szpitala, pomóż mi!
Gówno go obchodziło czy scenka wygląda wiarygodnie. Musiał mieć jednak jak najlepsze alibi, bo to co zamierzał zrobić było ryzykowne, ale w ostatecznym rozrachunku na pewno im się opłaci.
Chwycili Narwańca pod pachy a potem zaczęli ciągnąć w stronę bocznych drzwi samochodu. Mężczyzna był spruty po czubek nosa. Giętki, niczym guma, jakby pozbawiony kości. Zupełnie nie reagował na ciągnących go do samochodu ludzi.
- Zabieraj, puta, ten telefon bo ci go w dupę wsadzę! - warknął Rata na jakiegoś pedalskiego turystę, który zamierzał pstryknąć zdjęcie czy nakręcić pamiątkowy filmik. Nie wiadomo czy facio zrozumiał po hiszpańsku, czy zauważył wyraz twarzy małego Meksykanina, bo odpuścił.
Narwaniec znalazł się na tylnym siedzeniu wciśnięty pomiędzy Ratę i Hernana.
- Dokąd!? - zapytał Tarantnula, wciskając gaz i wbijając się na pas, który wcześniej odpuścił przy okazji lekko zarysowując jakieś auto, które nie zdążyło wyhamować w porę. Facet z obdartego auta zatrąbił nerwowo, chyba chciał, aby się zatrzymali, ale Tatantula miał to w dupie. Przyśpieszył, uciekając z miejsca kolizji.
- Red Escoserra – rzucił nazwę stacji benzynowej, gdzie spotkać się miał z Orozco i dostarczyć mu telefon. Przeszukał kieszenie narwańca, ale facet był jednak goły, jak niemowlę. Żadnych telefonów, pieniędzy, niczego. Wyglądało na to, że ktoś już skorzystał z okazji i obrobił go, gdy ten leżał gdzieś w jakimś śmierdzącym zaułku. Pozostało stare, dobre przesłuchanie, jeśli ganger dojdzie na tyle do siebie, że będzie rozumiał, co się do niego mówi.
- Ale się zaćpał - zarechotał Rata szturchając gościa pod żebro. - Zrobiony lepiej, niż stara Psa na święta.
Narwaniec coś powiedział. Jakiś bełkotliwy, niezrozumiały wyraz. Słowo, które mimo, że niezrozumiałe sprawiło jednak, że puchnace jaja Hernana skurczyły się, niczym orzeszki. Jakby chwyciła je jakaś niewidzialna dziwka o dłoni lodowatej jak trup wyjęty z lodówki. Nagle, mimo że na zewnątrz słońce prażyło i temperatura dochodziła do jakiś czterdziestu stopni, Hernan poczuł się tak, jakby ktoś włączył klimę na cały regulator i skierował nawiew na jego krocze.
- Co on tam pierdoli? - Rata spojrzał na kumpla.
Czyżby i on coś poczuł? Bo oczy drobnego gangera były dziwnie skupione. Uważne i czujne.
- Auuumdaaali meeeczliii - wyglądało na to, że ich nowy kumpel zaraz się zarzyga.
Siedzący obok Hernan wyraźnie słyszał, jak coś się przewraca w bebechach Narwańca. Słyszał gulgotliwy, mlaszczący odgłos wydobywający się z jego gardła.
I nagle to zobaczył.
Facet nie miał koszuli, więc wyraźnie zobaczył, jak jego skóra na brzuchu porusza się, jakby w bebechach Narwańca zwijało się coś długiego, śliskiego, spiralnego - jak wielki wąż.
- Co do kurwy nędzy…
Hernan zerwał się i odsunął się od mężczyzny i patrząc zszokowany na coś, co zaprzeczało prawom biologii. Gdyby nie mina Raty, pomyślałby że ma jakieś pojebane zwidy i oszalał. Przez chwilę stał skulony i sparaliżowany nie mogąc oderwać wzroku od brzucha mężczyzny. Nie wiedział ile trwał w tym zawieszeniu, ale w końcu otrzeźwiał i krzyknął.
- Tarantula, zatrzymaj się!
Gdy tylko furgonetka się zatrzyma Hernan zamierzał z pomocą Raty wyrzucić Narwańca z samochodu. Nie chciał jednak odjeżdżać, chciał…musiał zobaczyć co się stanie.
- Nie w środku miasta. Puta! Co wy tam z tyłu odpierdalacie?!
Narwaniec wydał z siebie dziwny, bulgoczący dźwięk i .... rzygnął. Nie pochylił jednak głowy i chlusnął do przodu. Rata wrzasnął. Hernan z trudem powstrzymał krzyk.
Bo to nie wymiociny opuściły gardło Narwańca, lecz gęsta, ciągnąca się, kisielowata ciecz. Czerwona, niczym tętnicza krew. I było w tym strumieniu czerwieni coś jeszcze. Coś czarnego, śliskiego i mięsistego - jak jelito, albo wąż właśnie, co poleciało do przodu i spadło na miejsce pomiędzy siedzeniami z przodu.
Tarantula wrzasnął. Stracił panowanie nad pojazdem w gwałtownym odruchu, skręcił w prawo i wjechał na chodnik.
Jakiś przechodzień rozbił się na przedniej szybie i odpadł w bok. Inny zniknął pod kołami i samochód podskoczył dwa razy, a potem walnął w szybę wystawową jakiegoś sklepu z pamiątkami dla turystów. Zatrzymał się.
Narwaniec leżał teraz, oparty bezwładnie o siedzenia z przodu, a z jego ust chyba nadal coś się wylewało przy wtórze tych obrzydliwych, wilgotnych odgłosów.
Hernan prawie stracił równowagę, w ostatniej chwili złapał się za uchwyt, którego teraz kurczowo się trzymał ciężko oddychając. Trudno mu było zebrać myśli, wszystko potoczyło się tak nagle…Gdyby nie obrzydliwy odór wymiocin pomyślałby, że jest w jakimś chorym śnie.
- Wyłazić z samochodu – rozkazał, ledwo zmuszając swoje struny głosowe do wysiłku.
Wiedział już, że mają przejebane, teraz trzeba było tylko ograniczyć straty do minimum. Poczekał aż Tarantula i Rata opuszczą wóz a potem drżącą ręką wyciągnął z kieszeni telefon i zaczął nagrywać to co wyłaziło z gęby martwego cwela. Żaden gliniarz im nie uwierzy, jeśli sami tego nie zobaczą. Bo to, że będą musieli się gęsto tłumaczyć z trupa pod kołami i w furgonetce, nie miał wątpliwości.
Kiedy uznał, że w aucie robi się zbyt niebezpiecznie wyszedł na zewnątrz i zatrzasnął za sobą drzwi. Rozejrzał się dookoła sprawdzając krajobraz zniszczeń, jaki spowodowali. Chciał się skupić, ale w głowie wciąż miał obraz węża, który zrobił sobie ucztę we wnętrznościach pieprzonego Narwańca.
 
waydack jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Odpowiedz

« Agenci Spectrum 2 | - »


Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 14:08.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166