Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror
Zarejestruj się Użytkownicy

Sesje RPG - Horror Horror, strach, groza, przerażenie. Lovecraft, KULT, De profundis, Nienazwane armie i inne niezliczone systemy oparte na strachu. To wszystko tu, dla wszystkich, bez wyjątków. I niech gwiazdy będą w porządku!


Odpowiedz
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 13-03-2019, 17:30   #21
 
GreK's Avatar
 
Reputacja: 14722 GreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputację
Dzień dziesiąty. Poniedziałek wieczorem.
Zimna pizza zjedzona w podrzędnym motelu smakowała okropnie a zapijane piwo nie leczyło moralnego kaca po spotkaniu z Ellen. Inaczej wyobrażał sobie zetknięcie ze zdobywczynią Pulitzera. Nadęty babsztyl. Korciło go by zejść do samochodu, uzbroić telefon w baterię i zadzwonić do Jessy. Dowiedzieć się czy wszystko w porządku, lecz wiedział, że w ten sposób okazałby się bardzo samolubny i zepsułby to co osiągnął przez ostatnie dni. Coś osiągnął? Zerknął na upstrzone muchami lustro na odrapanej ścianie. Patrzył na niego mężczyzna w średnim wieku o szarej cerze, z tłustymi plamami na nieświeżym, zaokrąglonym w okolicy brzucha podkoszulku siedzący nad kartonem z fast foodem.

- Kurwa!

Spakował resztkę pizzy i wepchnął do kosza.

- Pierdolić to!

Wychylił pozostałość piwa dwoma głębszymi łykami i sięgnął jeszcze raz po papiery. Ile razy już je studiował starając się znaleźć punkt zaczepenia?

Wziął motelowy notes i zrobił listę zaginionych dzieci.
Dwadzieścia jeden nazwisk. Dwadzieścia jeden imion.
Wpakował notes do kieszeni i wyszedł.

Telefon znajdował się w podlejszym barze serwującym podłe, regionalne piwo. Wrzucił kilka monet.
- Cześć Helen, tu Frank - zaczął przekrzykując głośne towarzystwo. - Nie, nie mogę. Musiałem wyjechać. Słuchaj, mam do ciebie prośbę...

***
Ulice po zmroku były puste. Pośpieszne kroki Franka niosły się cichym stukotem po opuszczonej dzielnicy. Gdzieś przecznicę dalej słychać było jakąś pijacką burdę. Samotna latarnia mrugała frenetycznym rytmie, usilnie próbując rozświetlić mroki zaułka, by ostatecznie wyzionąć ducha i pogrążyć wszystko w budzącej grozę ciemności. Jakiś zbłąkany kocur wyskoczył z głośnym protestem spod sterty śmieci i żołądek podszedł Mitchellowi do gardła i tylko siłą woli powstrzymał ostatni posiłek przed opuszczeniem jego wnętrza.
Nie usłyszał go. Ręka położona na ramieniu wyzwoliła automatyczną, wyuczoną reakcję. Po szybkim obrocie palce wbiły się w szyję, ryjąc tętnicę szyjną, z której zaraz wytrysnęła mocnym, pulsującym i lepkim strumieniem krew. Bezdomny spojrzał na niego pytającym, przerażonym wzrokiem, daremnie próbując zatamować uciekające z niego życie.
***

Dzień jedenasty. Wtorek.
Zbudził się z krzykiem przerażenia. Oblany potem i sercem wystukującym staccato. Za oknami budził się świt a wraz z nim Detroit. “Nie zadzwoniła” - pierwsza myśl. Wyjął kartę SIM z telefonu, rozgniótł ją butem, wrzucił do kibla i spłukał. Wziął szybki prysznic i nim zwinął się do samochodu kupił jeszcze nową kartę SIM, butelkę wody mineralnej i kanapkę w dziale ze zdrową żywnością. Heh… dobre sobie. Zaczął się martwić cholesterolem teraz gdy zgubił stabilizację, gdy samo życie zaczęło stanowić dla niego większy czynnik ryzyka niż zła dieta.

Wrzucił graty na siedzenie pasażera i wyjechał z miasta na stanową. Dojechał pod adres wymieniony w aktach. Miejscowość nie tylko była oddalona od autostrady, ale nawet GPS gubił tutaj zasięg. Zatrzymał samochód pod domem, który wyglądał tak, jakby byle wiatr był w stanie go zdmuchnąć. Odłażąca farba nie tylko sugerowała, że ostatni remont miał miejsce, co najmniej kilkanaście lat temu, ale także budził sporą odrazę.
Wyszedł z samochodu i ruszył pod frontowe drzwi. Przycisk dzwonka był nadpalony, więc nawet nie próbował go użyć. Zapukał.
Po kilku chwilach na progu pojawiła się otyła kobieta z przetłuszczonymi włosami. Ubrana była w kwiecisty szlafrok.
- Tak? - zapytała bezceremonialnie.
Frank podszedł sprężystym krokiem w kierunku kobiety.
- Pani Marlow? Jenifer Marlow? Dzień dobry. Nazywam się Frank Smith i prowadzę prywatne śledztwo w sprawie zaginięcia dzieci. Czy możemy porozmawiać?
Kobieta poprawiła nerwowo włosy i z mocno speszoną miną spytała:
- Śledztwo? Jakie śledztwo?
- Brandon Marlow, to pani syn? Zaginął trzy lata temu, prawda?
- Tak - wydusiła z drżeniem w głosie - Pan jest z policji? Znaleźliście go? - ostatnie słowa były ledwo słyszalne, gdyż kobieta się rozpłakała.
- Bardzo mi przykro pani Marlow - dotknął współczująco jej ramieniu, - obawiam się, że policja nie zrobiła żadnych postępów. Prawdę mówiąc, mam wrażenie, że ta sprawa nie jest dla nich priorytetem. - Odchrząknął. - Jak wspomniałem na początku, prowadzę prywatne śledztwo. Mój pracodawca… hmmm… jemu też porwano dziecko. Córkę. Pani Marlow? - Uklęknął, by spojrzeć jej w oczy. Być może jesteśmy bliżej rozwiązania sprawy niż kiedykolwiek. Czy możemy porozmawiać o tamtym dniu gdy zniknął Brandon? Może pomoże nam pani trafić na trop porywacza.

Kobieta wprowadziła Franka do tandetnie urządzonego salonu. Posadziła na kanapie i poszła przygotować herbatę. Gdy wróciła, usiadła naprzeciw i zaczęłą opowiadać.
- Brandon bawił się na tyłach domu. Ja robiłam obiad, a Harry był w pracy. Gdy obiad był gotowy, zawołałam Brandona, ale on nie odpowiadał. To grzeczny, mądry i dobry chłopak. Zawsze się mnie słuchał. Wyszłam na ogród, ale jego nie było. Ja to już mówiłam policji. Nie widziałam nic podejrzanego. Zupełnie nic. Brandon zniknął. Na pewno nie uciekł. Nie miał powodów.
- Dziękuję - Frank z grzeczności upił łyk herbaty. Była gorąca, mocna i gorzka. - Czy w dniach poprzedzających porwanie ktoś kręcił się wokół domu? Ktoś nieznajomy was odwiedził?
- Mówię przecież, że nie było nikogo. Nie rozumie pan. - niemal warknęła kobieta, a zaraz potem dodał łamiącym się głosem, który pod koniec zmienił się w szloch - Niech pan powie, gdzie jest mój ukochany syn. Proszę.
W tym momencie do pokoju wszedł otyły mężczyzna w podkoszulku na ramiączkach. Spojrzał najpierw na panią Marlowe, potem na Franka.
- Coś ty za jeden? - spytał bezceremonialnie.
- To pan z policji. Oni znaleźli Brandona.
Frank wstał zachowując dystans do grubasa.
- Nie mówiłem, że jestem z policji. - wyjaśnił. - Frank Smith. Prowadzę prywatne śledztwo w sprawie zaginięcia dzieci. Wydaje nam się, że te sprawy mogą być powiązane. Właśnie próbowałem się dowiedzieć czy przed zniknięciem Brandona coś państwa zaniepokoiło.
- Prywatne śledztwo? - spytał mężczyzna - Dla kogo pracujesz?
Po czym zwrócił się do kobiety
- Kochanie idź do sypialni i odpocznij, ja porozmawiam z panem.
Kobieta otarła łzy, wstała i wyszła z salonu.
- Gadaj dla kogo pracujesz? I co wiesz o Brandonie? - głos mężczyzny był szorstki i nie było w nim za grosz życzliwości, czy gościnności.
- Spokojnie panie Marlow - Mitchell podniósł dłonie w obronnym geście, przygotowany jednak na ewentualny atak, żeby obezwładnić grubasa. - Mojemu pracodawcy również porwano córkę. Szukam tych dzieci. Na razie wiem tylko tyle, że ich porwanie ma ze sobą związek.
- Już tu był taki jeden. Też mówił że pomoże… że to ma związek. Dla niego pracujesz? Przestańcie nas nękać. My nic nie wiemy, rozumiesz? Jakiś skurwiel porwał nam dzieciaka. Policja, FBI i prywatne gnidy, takie jak ty, próbowały go znaleźć. I co? I nic. Nawet nie potraficie znaleźć zwłok mojego syna. Won stąd, rozumiesz. Wypad!
- Już sobie idę. - Zaczął powoli się wycofywać w kierunku wyjścia. - Jak wyglądał ten mężczyzna, który oferował pomoc? Może go pan opisać?
- Wypierdalaj gościu, bo przestanę być miły!
- Ok, ok.
Frank wyszedł z domu i skierował się do samochodu odprowadzany nieżyczliwym wzrokiem. Wizyta u Marlowów była strzałem kulą w płot. Przynajmniej dowiedział się, że Brad prawdopodobne też tutaj był. Wsiadł za kierownicę i po chwili zostawił za sobą wznoszący się kurz. Przed ponownym wjazdem na drogę stanową sięgnął po telefon.
 
__________________
Aktualnie gram w:
Sicarios. Horror. Storytelling. Meksykańskie kartele narkotykowe
Id Inferno. Horror z wątkiem szpiegowskim w tle.
Popełniłem: Obrona Trześni. 3013. Wierszydło
GreK jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 21-03-2019, 11:02   #22
 
kanna's Avatar
 
Reputacja: 10198 kanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputację
Centrum Chicago, mała włoska knajpka “Ciambella”


Jessica weszła do restauracji i skierowała się w stronę stolika, gdzie siedzieli ostatnio. Dr Wagner już czekał.
- Mike - przywitała się, zajmując swoje miejsce.
- Zanim zaczniesz… - wyciągnęła dłoń ze swojej torby xero dokumentów , które rano wyjęła ze skrzynki. - To dla ciebie.
Doktor przyjął teczkę z mocno zaskoczoną miną. Otworzył ją i zaczął pobieżnie przeglądać. Dość szybko przeleciał wzrokiem całą zawartość. Następnie wrócił do początku i już z większą uwagą studiował kolejne strony.
Minął prawie kwadrans, kiedy podniósł wzrok znad dokumentów i spojrzał na Jessicę.
- Skąd to masz? - wypalił od razu.
- Dostałam - odpowiedziała. - Anonimowo. Sądzę też, że mój mąż jest w to.. wszystko w jakiś sposób zamieszany.
- Kontynuuj - poprosił Wagner.
Na chwile odebrało jej mowę. Popatrzyła na mężczyznę, jakby właśnie przyleciał z Marsa.
- Co mam kontynuować? - warknęła. - Snucie podejrzeń na temat mojego męża? Serio po to chciałeś się ze mną widzieć? Myślałam, że chodzi o Esther i twoją córkę.

Wagner wyraźnie się zmieszał. Potarł dłonią czoło w nerwowym geście.
- Przepraszam. Nie chciałem, żeby to tak zabrzmiało. Po prostu myślałem, że wiesz coś więcej. Chciałem się spotkać, bo… bo mam szalony plan. I dobrze byłoby mieć obok siebie kogoś zaufanego. Po tym, jak zobaczyłem wniosek o przeniesienie już prawie nie miałem wątpliwości. A teraz jeszcze to… - dłonią wskazał na teczkę, która leżała przed nim na stole - To tylko utwierdziło mnie w moim planie. Pokazałaś mi to, więc mam nadzieję, że mogę na ciebie liczyć. Mogę?

Popatrzyła mu w twarz.
- Chcesz ją stamtąd zabrać ? - zapytała.
- Tak - odparł bez chwili zawahania - Pomożesz mi?
- Nie wiem. - odpowiedziała, zgodnie z prawdą. - Muszę się zastanowić. Mam swoje dzieci do ogarnięcia. Ale teoretycznie… gdzie byś ją zabrał? Jak sobie to wyobrażasz? To luźny pomysł, czy masz konkretny plan?
Wagner przez dłuższą chwilę milczał. Popatrzył na Jessicę z zasmuconą miną.
- Wybacz… ale skoro nie chcesz mi pomóc, to lepiej żebyś za dużo nie wiedziała. Myślałem, że razem sobie z tym poradzimy. Wydawało mi się, że tobie też zależy, aby pomóc Esther. Mamy ostatnią chwilę na działanie. Jutro może być za późno. Mogę to zabrać? - wskazał placem teczkę leżącą na stole.
Kiwnęła głową.
- Przykro mi Mike, ale nie zaryzykuję utraty mojej pozycji zawodowej, nie mówiąc już o tym, że nie narażę moich dzieci na widywanie mnie wyłącznie w więziennej świetlicy przez najbliższe 15 lat, Tylko dlatego, ze zrobiło ci się żal jakiejś dziewczynki. Nawet nie masz planu… nie ma o czym mówić.
- Rozumiem. Tylko z tym - ponownie położył dłoń na teczce - To wszystko zmienia. Sama widzisz, że sprawa jest poważna. Esther nie jest jedyną ofiarą. Moglibyśmy to nagłośnić.
Pokiwała głową.
- Jest wiele gazet, portali… na pewno chętnie zajmą się tym tematem. To nośne.
- No wiem… przecież o tym mówię. Czyli co? Mogę na ciebie liczyć - spróbował ponownie.
- Oczywiście, w ramach prawa i zdrowego rozsądku – dopowiedziała.
- Prawo już zostało złamane i ja nie zamierzam na to patrzeć bezczynnie. - Wagner wstał szybkim ruchem wsadził teczkę pod pachę - A ty rób, co chcesz. Mam nadzieję, że sumienie pozwoli ci spać spokojnie. Żegnaj.

Patrzyła, jak odchodzi. Był nieznośnie patetyczny, oczywiście nie powinna była tak myśleć o ojcu w żałobie. Ale myślała. A w dodatku wywierał na nią presję. A w prywatnej hierarchii ważności potrzeb Jesscia potrzeba wolności i samostanowienia stała wysoko. Bardzo wysoko. Szkoda, że Frank zapomniał o tym i zaczął ja naciskać.. może wtedy ta cała wyprawa na lotnisko zakończyli by się zupełnie inaczej? Ale ona tez nie uszanowała jego granic… Dlaczego mu nie zaufała? Westchnęła, zapłaciła za swoją wodę i pojechała do szpitala spotkać się z Esther.


Szpital św. Barbary


W szpitalu portier na wejściu poprosił ja o dokument. Zdziwiona nowymi zwyczajami podała mu swoje prawo jazdy. Mężczyzna spisała jej dane a potem wpuścił ją do środka.

Te wzmożone środki bezpieczeństwa zdziwiły ją, ale nie dopytywała o powody. Jeszcze bardziej zdziwiło ja, ze dziewczynka została przeniesiona do izolatki, choć wcześniej była na normalnej sali. Pielęgniarka otworzyła drzwi kluczem i spoglądając surowym wzrokiem na terapeutkę powiedziała:
- Dziesięć minut, nie dłużej.
- Czemu jest zamkniętą ? - dopytała Jessica .
- Ponoć miała koszmary - odparła oschle pielęgniarka - Podano jej leki uspokajające.
- To nie tłumaczy, czemu jest zamknięta - naciskała Jesscia.
Pielęgniarka wzruszyła ramionami.
- Z pretensjami, to nie do mnie, paniusiu. Doktor zadecydował, to dziewczynka jest w izolatce.
-Który doktor?
- Nie mogę udzielać, takich informacji. Jak pani chce, to proszę iść porozmawiać z dyżurny. Wchodzi pani, czy nie? - spytała coraz bardziej rozdrażniona pielęgniarka.
Dała pół kroku do przodu.
- Jej lekarzem prowadzącym jest dr Wagner… On zdecydował?
- Pani chyba nie rozumie, co się do pani mówi. O takie rzeczy proszę pytać lekarzy, jasne?
Pielęgniarka obróciła się na pięcie i ruszyła w stronę dyżurki. Po kilku krokach odwróciła się i krzyknęła:
- Ma pani pięć minut.


Izolatka

Esther siedziała na łóżku ze spuszczonymi nóżkami, którymi bujała w powolnym rytmie. Głowę miała zwieszoną i wyglądała trochę, jak porzucona lalka.
- Cześć, to ja, Jessica. Pamiętasz mnie? - usiadła obok małej.
Na głos kobiety Esther podniosła głowę. Miała zamglony wzrok i wyraźnie zwężone źrenice. Mimo to w odpowiedzi na słowa terapeutki wyraźnie kiwnęła potakująco. Niespodziewanie dla Jessici dłoń dziewczynki przybliżyła się i ich palce zetknęły się.
Jessica delikatnie ujęła dłoń dziewczynki w swoją.
- Co żabko? - zapytała miękko. Chciała dopytać o coś całkiem innego, o słowa małej o kłamstwie, ale w tej chwili nie mogła.
- Boli mnie - głos Esther był ledwie słyszalny, jakby wydobywał się z jakiejś głębokiej studni. Jessica musiała mocno wsłuchiwać się w jej słowa. - Znalazłaś Bette?
Terapeutka pokręciła głową. - Myślę, że sobie poszła - powiedziała. - Gdzie cię boli?
Esther wskazała palcem prawą skroń.
- On idzie. Czuję go. Słyszę, jak dyszy. Pomożesz mi?
Kiwnęła głową.
- Kto idzie?
- Namah - wyszeptała jeszcze ciszej Esther - Znajdź Bette, proszę.
Dłoń dziewczynki zacisnęła się na dłoni Jessici z niebywałą, jak na dziecko siłą
- Postaram się - obiecała. - Kim jest Namah?

Świat wokół zmienił się. Jessica poczuła się tak, jakby ktoś przygasił światła. Atmosfera daleka była jednak od romantycznej. Poczuła na ciele powiew chłodnego powietrza. Miało ono nieprzyjemną woń, kojarzącą się tanim, brudnym burdelem. Jessica nie wiedziała, skąd w jej głowie pojawiało się takie skojarzenia. Nie mogła się nad tym zastanowić, bo dłoń Esther zaciska się coraz mocniej. Trudno było uwierzyć, że ściska ją ośmiolatka.
Gdzieś w oddali słychać było odgłos zbliżających się kroków..
Potrząsnęła głową, żeby odgonić doznanie. Stres, za mało snu.
- Co się dzieje, żabko?
Niespodziewanie Esther przylgnęła całym ciałem do Jessici. Jej drobne ciało trzęsło się i dygotało, niczym jesienny liść targany zimnym wiatrem.
- On tu idzie? - jęknęła przez zęby.
Jessica odruchowo objęła dziewczynkę. Sama nie inicjowała kontaktu fizycznego z pacjentami, ale bywało, że przytulała ludzi w odpowiedzi na ich inicjatywę.
- Wszystko będzie dobrze. - zapewniła dziewczynkę. - Jestem dorosła.
Chciałaby czuć pewność, która brzmiała w jej glosie. Kobieta resztkami sił starała się zachować zimną krew i zdrowy rozsądek. Nie wierzyła własnym oczom i zmysłom. Świat wokół przybierał iście koszmarne kształty. Farba i tynk ze ścian zaczęły się łuszczyć niczym poparzona skóra. W ciągu zaledwie kilku sekund rdza pożerała metalowe przedmioty, a ciemność wokół narastała i można było przysiąc, że staje się fizycznie namacalna.
Esther chciała coś powiedzieć, ale Jessica słyszała jedynie coraz głośniejsze szczękanie zębami,
- Spokojnie… spokojnie - Jessica nie wiedziała, czy mówi do dziewczynki, czy do siebie. Przycisnęła do siebie drobne ciało dzieckai, zakryła jej twarz, jakby chcąc ochronić przed tym, co je otaczało. A może to wszystko działo się w jej mózgu? Jessica nie wiedziała.
- Spokojnie - powtarzała. - Spokojnie.
Zmysły szalały.

Esther wtopiona w ciało Jessici drżała. Jej oddech był krótki, urywany. Jessica czuła bijące z szaloną prędkością serce dziewczynki.
Świat nadal ulegał postępującemu rozkładowi. Cegły murszały. Beton kruszał, erodował. A one siedziały w oku tego schizofrenicznego cyklonu.Oślepiająca jasność zalała wszystko. Przez kilkanaście uderzeń serca Jessica nie widziała kompletnie nic. Nic też nie słyszała. Galopująca karuzela absurdów zdawała się nie mieć końca.

- Pani Mitchell - usłyszała męski głos tuż obok siebie. Powoli jej oczy przyzwyczajały się do obecności światła. Przy łóżku Esther stał młody, na oko trzydziestoletni mężczyzna, z gęstą czarną brodą. Ubrany był w biały szpitalny fartuch, a plakietka wystając z jego kieszeni, głosiła dumnie
“Doktor Peter O’Hara”

Jessica zamrugała parę razy oczami. Wzięła głęboki oddech. Delikatnie odsunęła wczepioną w nią dziewczynkę, a potem się jej przyjrzała. Zobaczyła przerażenie, rozdygotane ciało, i wyraźnie otępienie w oczach. Reakcja była kompletnie inna niż przy poprzednich spotkaniach. Przerażone, bezradne dziecko. Jessica ze wszystkich sił walczyła o odzyskanie panowania nad sobą i sytuacja. A mimo to ciągle widziała twarz swojej Rebecci w bladej twarzy Esther.

Ułożyła małą na łóżku i naciągnęła na nią kołdrę.
- Wszystko w porządku, pani Mitchell. Jest pani strasznie blada.- zapytał z troską lekarz.
Zignorowała pytanie.
- Pan ją kazał zamknąć? jej lekarzem prowadzącym jest dr Wagner.
- To nie zamknięcie, tylko izolacja. - odparł z zawodowym spokojem w głosie doktor - To była wspólna decyzja konsylium. Myślę jednak, że to nie jest odpowiednie miejsce, aby o tym rozmawiać.
- Oczywiście - zgodziła się Jessica. - Dokończę sesję z pacjentką i omówimy wnioski. Gdzie pana znajdę?
- Obawiam się, że pani czas już się skończył. Zapraszam do mojego gabinetu, tam odpowiem na pani pytania, które jak mniemam pani ma.
Pokręciła głową.
- Nie skończyłam. Pacjentka jest w procesie. Nie zostawię jej teraz.
Mężczyzna zbliżył się do Jessici. Położył jej rękę na ramieniu. Jessica przesunęła się pól kroku w bok i cofnęła bark, wysuwając ramię spod dłoni lekarza. .
- Pani nie rozumie. Pani czas się skończył. Zajmiemy się naszą mała pacjentką.
- Pan nie rozumie. - jej głos był stanowczy. - Nie zakończyłam procesu. Musze ją wyprowadzić z tego stanu.
Na twarzy mężczyzny pojawił się dziwny, nieprzyjemny uśmieszek.
- Dobrze. Niech pani dokończy. Będę na panią czekał w moim gabinecie.
Skinął głową i jak gdyby nigdy nic, wyszedł z izolatki.
Poczekała, aż drzwi się z nim zamkną, a potem przyklękła obok łóżka. Ujęła dłoń dziewczynki i zbliżyła twarz do jej twarzy.
- Co to było? - zapytała szeptem.
Ciało Esther przestało drżeć. Dziewczynka wtuliła się w Jessicę, a jej oddech się uspokoił.
- To koniec - szepnęła. Była wyraźnie zmęczona i senna. - Koniec, on już cię ma. Nie uciekniesz.
- Wszystko będzie dobrze - zapewniła Jessica dziewczynkę. - Spij żabko. Popilnuję cię.
Esther zasnęła niemal natychmiast.

Jessica delikatnie wydobyła dłoń z zaciśniętych palców małej. Popatrzyła na nią z niepokojem, a potem wyciągnęła komórkę.
- Pani Graham? Tu Jescia Mitchell. Ten szpital nie jest dobrym miejscem dla Esther. Jej stan się pogarsza. Stanowczo zalecam zabranie dziewczynki.
- Dziękuję pani za troskę i pamięć. Wiem o tym. Doktor O’Hara dzwonił do mnie już w tej sprawie. Mówił, że Esther zostanie jutro przeniesiona do specjalistycznego szpitala.
Jessica zacisnęła zęby.
- Lekarzem prowadzącym był dr Wagner… dlaczego doszło do zmiany? - Żadne placówki - nawet najlepsze - nie będą dobre dla Esther w jej obecnym stanie.
- Tego nie wiem - odparła z wahaniem w głosie kobieta - mówili, że to konieczne. Co zatem mogę zrobić? Pani wie, że Esther się ostatnio pogorszyło. Zaczęły ją jakieś koszmary nawiedzać.
-Jej stan pogorszył się po tym, jak trafiła do szpitala, prawda? Proszę ją zabrać do domu. Dlaczego dr Wagner już jej nie prowadzi?
- I co ja z nią w domu zrobię? - głos się jej załamywał i słychać było wyraźną panikę.
- Pomogę pani - zapewniła ja Jessica. - i znajdę osobę do codziennej pomocy. Dziewczyna potrzebuje rodziny i spokoju. Tutaj jej stan się pogarsza, sama pani widzi. Proszę mi zaufać.
- Dobrze -westchnęła z ulgą - Jutro wypiszę Esther ze szpitala.
- Nie ma potrzeby czekać. Jestem z nią teraz, ona mi ufa. Mogę zabrać dziewczynkę. Proszę podjechać, lub przesłać mi upoważnienie do podjęcia działań. To nie jest dobre miejsce dla Esther.
- Dobrze, pani doktor. Już jadę. Porozmawiamy na miejscu.

Siedziała obok dziewczynki czekając na przyjazd kobiety. Wiedziała już, że to miejsce nie było dobre dla nikogo – ani dla dziewczynki, ani dla niej. Wizja której doświadczyła… nie dawała jej spokoju, ale teraz nie chciała do niej wracać. Bała się o to to dziecko.

Minęło pół godziny, kiedy drzwi otworzyły się ponownie i stanęła w nich Teresa Graham.
- Pani Graham - Jessica wyciągnęła rękę na przywitanie. - Dziękuje za zaufanie. Zabranie dziewczynki to najlepsza z możliwych decyzji.
- Pani Graham - odezwał się doktor O’Hara, który pojawił się niemal natychmiast po przyjeździe pani Graham - Apeluję o rozsądek. Esther ma jak najlepszą opiekę i nie ma sensu podejmować emocjonalnych, bezsensownych i szkodliwych decyzji. Doktor Mitchell została oficjalnie odsunięta od terapii dziewczynki, gdyż ma zdecydowanie zły wpływ na dziecko. Proszę o nie podejmowanie zbyt pochopnych decyzji, które mogą zaszkodzić dziewczynce.
Ciotka Esther spojrzała na lekarza, a później na Jessicę. Była wyraźnie skonfundowana i niepewna, co ma zrobić. Jej wzrok wędrował od jednego do drugiego specjalisty.
Jessica zignorowała lekarza. Skupiła się na kobiecie.
- Dziewczynka mi ufa, lubi mnie i ma ze mną dobry kontakt. To podstawa przy terapii dzieci. Tutaj jest izolowana, zamykana i zostawiana samej sobie . Odsunięto jej lekarza, oraz - jak się właśnie dowiedziałam - mnie.
Spojrzała kobiecie w oczy.
- Pani jest opiekunem prawnym Esther. Betty. To pani decyzja. Jeśli mała tu zostanie nie będzie mieć ani jednej życzliwej sobie osoby. Wiele razy podejmowała pani słuszne decyzje, ufam, że i tym razem tak będzie .
- Ja.. ja… ja myślę, że pani Mitchell ma rację - wyjąkała mocno zestresowana ciotka Esther - Zabiorę małą do domu i na spokojnie zastanowię się co dalej.
- Stanowczo odradzam - powiedział bardzo surowym tonem doktor O’Hara - Dziewczynka jest w bardzo poważnym stanie i należy się jej fachowa opieka psychiatryczna. Niestety pani Mitchell, z całym szacunkiem dla jej wiedzy i reputacji i przy całej sympatii wobec niej, ale jest tylko psychoterapeutą. Nie posiada ona odpowiednich kwalifikacji, aby zajmować się tak skomplikowanym przypadkiem. Apeluję do pani rozsądku, pani Graham i do pani miłości wobec siostrzenicy. Wierzę, że chce pani dla Esther jak najlepiej. Proszę nie podejmować pochopnych decyzji, które mogą mieć nieodwracalne skutki. Jak wspominałem jutro rano przewieziemy dziewczynkę do wojskowego centrum medycznego i tam zajmą się nią wysokiej klasy specjaliści. To najlepsze, co w tej chwili możemy dla niej zrobić.
Referując swoje zdanie doktor O’Hara cały czas wpatrywał się w ciotkę Esther, jakby siłą swego spojrzenia próbował ją nakłonić do poparcia jego zdania. Kobieta spuszczała wzrok, kuliła ramiona i wyglądało to tak, jakby chciała uciec stąd jak najprędzej.
- Panie do.. do.. doktorze - zaczęła znowu jąkając się - Ja.. ja już podjęłam decyzję. Chciałabym zabrać Esther do domu.
- Rozumiem - rzekł twardo lekarz - To zła decyzja i z tego, co widzę podjęta w stresie i nie wiem, czy nie pod naciskiem, pani Mitchell. Ma pani prawo do takiej decyzji, ale obawiam się, że w związku z tym będę musiał powiadomić odpowiednie władze o zaistniałej sytuacji.
- Co to znaczy? - spytała pani Graham i błagalnym wzrokiem spojrzała na Jessicę
Terapeutka dotknęła ramienia kobiety w uspokajającym geście.
- Chcą gdzieś wywieźć Esther i odciąć pani do niej dostęp. Nie wiem, dlaczego, ale baza wojskowa nie brzmi dobrze. Ona nie jest żadnym przestępcą. A z władzami to bluff. Będzie Pani musiała podpisać oświadczenie, że zabiera pani dziecko wbrew zaleceniom lekarza, narażając tym samym jego życie i zdrowie.
Ścisnęła ramię kobiety .
- Proszę się nie martwic, to formalność. To samo podpisywałam, żeby wyjść na własne żądanie z moim synkiem po porodzie. Chcieli mnie trzymać do końca tygodnia, a ja tęskniłam za mężem, drugim dzieckiem i własnym łóżkiem. Esther też tęskni za Panią, domem i zabawkami.


Później...

Po kolejnych dwóch kwadransach wyszły ze szpitala. Jessica umówiła się na spotkanie następnego dnia rano. Zmęczenie – bardziej psychiczne, niż fizyczne – dawało się jej mocno we znaki. Czekała ją jeszcze rozmowa z dziećmi…

Wracając do domu zatrzymała się w banku, gdzie wynajęła skrytkę. Wiedziona impulsem podała fałszywe nazwisko. Zdeponowała materiały, które do niej dotarły. Chciała wracać do domu, ale zmieniła zdanie.
Podjechała pod siedzibę biura Lwa Archera. Zaparkowała i przez Skype’a w swojej komórce pogadała z dziećmi. Zapewniła je, że niedługo wrócą do domu.

A potem weszła na górę.
Był powód, dla którego zrezygnował z prowadzenia jej sprawy. Sprawy jej męża. Ktoś musiał go przycisnąć, żeby podjął taką, a nie inna decyzje. Była zdeterminowana i nie zamierzała opuścić, aż pozna odpowiedź.
Oczywiście, spodziewała się że pan Archer będzie niedostępny. Ale ona ma czas. Poczeka. Tak długo, jak będzie to konieczne. W barku na dole zaopatrzyła się w kawę na wynos, zabrała też ksero zdeponowanych dokumentów. Tak uzbrojona wkroczyła do biura.
 
__________________
Takimi, jakimi wydają się być, rzeczy są rzadko. A kobiety nigdy. Pół wieku poezji
kanna jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Odpowiedz



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 08:13.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166