Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Horror
Zarejestruj się Użytkownicy

Sesje RPG - Horror Horror, strach, groza, przerażenie. Lovecraft, KULT, De profundis, Nienazwane armie i inne niezliczone systemy oparte na strachu. To wszystko tu, dla wszystkich, bez wyjątków. I niech gwiazdy będą w porządku!


Odpowiedz
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 10-12-2019, 17:50   #1
 
Caleb's Avatar
 
Reputacja: 29420 Caleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputację
[Autorski/Horror] Dreamcatcher (18+)


Kiedy Huw powiedział Thonemu o wyjeździe, ten okazał umiarkowane zainteresowanie. Nie było w tym nic dziwnego, McGregor miał kupę spraw na głowie, poza tym ufał przyjacielowi i zazwyczaj akceptował jego decyzje z góry. Pewną zmianę zwiastowało dopiero nagranie z automatycznej sekretarki parę dni później. Tym bardziej, że dla odmiany to nie Lwyd miał gościć u niego, lecz sam Thony wybierał się do Tiger Bay.
Było już dobrze po południu, kiedy Huw skończył się pakować do jutrzejszego wyjazdu, przeczyścił nieodzowną fajeczkę i wzuł buty. Bez pośpiechu opuścił swój mały azyl, czyli niewielką suterenę. Miał jeszcze trochę czasu, który mógł poświęcić na spacer.
Umówili się w „Złotym tygrysie”, portowym lokalu w okolicy. Ze względu na bliskość tego miejsca i chwilowy nadmiar czasu, Siwy mógł obrać nieco dłuższą drogę. W porcie jak zwykle panował harmider, a tutejsze życie tętniło niespokojnym rytmem.
Tiger Bay był swoistą perłą Cardiff: z daleka sunęły potężne kontenerowce, a bliżej brzegu tłoczyły się mniejsze statki, a nawet kutry. Błyszczące w słońcu drobnicowce pruły zmuloną wodę, z kolei kilka wycieczkowych promów dopiero ruszało w godzinny rejs. Mieszanina turystów, zaopatrzeniowców oraz magazynierów tworzyła niekończący się, ludzki potok, do którego jednak Huw zdążył przywyknąć. Sam z resztą mógł zostać pomylony za typ nieco archaicznego marynarza, ze względu na dość wczesną siwiznę oraz stały atrybut w postaci fajki.


Rozgonił stado rozkrzyczanych mew i minął Pierhead Building – dawny urząd celny, obecnie będący lokalną atrakcją. Powietrze dziś było wyjątkowo rześkie, a morze niosło powiew jodu i świeżości. W takie dni Huw prawie zapominał o sprawach, które normalnie spędzały mu sen z powiek. A i po zaśnięciu nie zawsze było z pewnych względów lepiej.
Wszedł wreszcie do lokalu, w całości obitego przyciemnianą dębiną. Nad nieco zadymionym wnętrzem wisiały zaśniedziałe żyrandole, do których przyczepiono etykietki piw ze wszystkich zakątków wysp: od klasycznych porterów, po stouty z nowoczesnych zakładów rzemieślnicznych. Stoły ustawiono blisko obok siebie, a na skrzypiących zydlach zasiadali już pierwsi goście. Zachrypiali mężczyźni rozmawiali głośno i jak zwykle nikomu nie przeszkadzał rumor ani to, że sąsiad obok niemal ryczał rozmówcy do ucha. Przez cały ten zgiełk próbował przebić się stary dobry Tom Jones – jego dawny hit leciał właśnie w radiu na zakurzonym parapecie.
Huw złożył zamówienie przy barze ozdobionym wizerunkiem kartonowego tygrysa z kuflem w dłoni w łapie. Potem znalazł dla siebie miejsce obok zamglonego okna, aby mieć baczenie na Thonyego. Nie było to jednak koniecznie, ponieważ policjant momentalnie zjawił się w drzwiach lokalu ze skórzaną torbą przy boku. Już za chwilę siedział naprzeciwko Huwa z piwem w jednej ręce i wykałaczką w drugiej - za jej pomocą ochoczo atakował deskę serów.
- Sprawdzałem tę wiadomość, o którą pytałeś – zaczął bez większych ceregieli, popijając Ale. - Trudno takie rzeczy namierzyć przez sieci komórkowe, żeby sprawdzić czy ktoś o tym w ogóle wspominał. Za cienki jestem na to w uszach, a gdybym zaczął zadawać zbyt wiele pytań, sam postawiłbym się w dziwnym świetle. Ale komu ja to mówię, dobrze się na tym znasz.
Gdzieś obok rozległ się ryk triumfu. Barman włączył transmisję z jakiegoś meczu na płaskim telewizorze. Niestety, kilku postawnych chłopów skutecznie zasłaniało obraz, więc Luw i Thony nie mogli nawet sprawdzić, co tak ucieszyło zebranych.
- Udało mi się jednak dotrzeć do kilku systemów elektronicznych. No wiesz, skrzynki pocztowe, facebook i tak dalej – kontynuował McGregor, bezskutecznie próbując spojrzeć na ekran. W końcu spoczął na miejscu i całkowicie spoważniał. - Nawet nie wiem w jaki sposób to do końca działa. Widzisz, nie możemy przecież inwigilować każdego jak na filmach szpiegowskich. Aby zdobyć dowody w postaci logów potrzeba zazwyczaj nakazu sądowego. Nasz system może natomiast wyłapywać newralgiczne zwroty, na przykład gdyby ktoś zagroził w internecie znanemu politykowi. Albo usilnie szyfrowane treści, przy których sieć Tor jest zabawką dla dzieci. Bardzo rzadko to coś alarmującego, najczęściej mamy do czynienia z przypadkowymi pierdołami.
Thony otworzył swoją torbę pod blatem stołu, wyjął z niej foliową koszulkę i przysunął bliżej Huwa. Wewnątrz znajdowały się zdjęcia mężczyzny w średnim wieku. Wyglądał niepozornie i to było wszystko, co dało się o nim powiedzieć.
- To Elijah Addington, agent ubezpieczeniowy. Kilka miesięcy temu zaginął bez śladu. Zgadnij jaką wiadomość miał na swojej skrzynce mailowej.


To było dość zabawne uczucie - wsiąść do samolotu tym razem jako pasażer. Kiedy Wendy zajęła swoje miejsce, szybko poczuła spojrzenie innych koleżanek po fachu, obecnie zręcznie lawirujących między siedzeniami. Adams zdawała się ten fakt ignorować i dopiero kiedy należący do sieci Flybe, srebrny Lockheed wzniósł się w powietrze, kobieta dyskretnie wyjęła schowaną dotąd kartkę. To jej treść była przyczyną rozpoczynającej się podróży.
- Małe wakacje, co? - zapytała z profesjonalnym uśmiechem rudowłosa stewardessa.
Wendy podniosła wzrok i rozpoznała dawną koleżankę, jeszcze z czasów pierwszych kursów, choć nie mogła sobie przypomnieć jej imienia. Dziewczyna zawsze była miła i raczej pytała kurtuazyjnie, niż ze wścibskości. Tamta musiała wkrótce zakończyć pogawędkę i już za chwilę była gdzieś indziej. Tłumaczyła właśnie jakiemuś pasażerowi, że na tej wysokości nie wolno mu odpinać pasów.
Adams rozluźniła się. Tym razem to ona była obsługiwana i mogła wybrać sobie drobny poczęstunek oraz kawę. Zmrużyła oczy, obserwując jak skrzydło samolotu przecina kłębiące się chmury.


Nie trwało to długo, jak widok za oknem uległ zmianie. Walia z lotu ptaka posiadała swój niezaprzeczalny urok. Poszarpane wzgórza mieniły się zielenią, przechodzącą w wielu miejscach w żółć - wyraźny zwiastun postępującej jesieni. Niemal całą powierzchnię kraju zajmowały góry, toteż krajobraz był upstrzony wzniesieniami, a w najwyższych punktach skrzył na biało. Nie brakowało też porośniętych wysoką trawą pól. Sporadyczne z tej perspektywy, białe punkciki zdradzały położenie wszędobylskich owiec.
Wysiadła w Hawarden, porcie lotniczym w północno-wschodniej części Walii. Miasteczko to było znane z wiekowego zamku oraz Biblioteki Gladstone. Wendy nie miała jednak czasu podziwiać miejscowości i już wkrótce przesiadła się do busa, zmierzającego na południe kraju. W porównaniu ze sterylnymi warunkami w samolocie, pojazd prezentował sobą raczej kiepski widok. Podłogę wyścielały opakowania po słodyczach, oparcia były powycierane, zaś na szybach widniały tłuste ślady rąk. Dla Wendy, która sama zawsze starała się prezentować perfekcyjnie, przebywanie w takich warunkach mogło być problematyczne, ale nie miała większego wyboru.
Niedługo po tym jak opuściła Hawarden, ujrzała sielski, jakby zatrzymany w czasie pejzaż. Na rolach niespiesznie pracowali ogorzali ludzie, a w tle rysowały się drewniane zabudowy oraz stodoły. Poszczególne działki oddzielały niskie, kamienne murki, które potrafiły ciągnąć się bez końca. Na wielu polach wciąż rosły żonkile, a właściwie to, co z nich pozostało po cieplejszej porze roku.
Większość drogi do Sionn zwyczajnie przespała. Rytmiczny stukot pojazdu szybko sprawił, że głowa zaczęła jej się kiwać. Po przebudzeniu była już na miejscu, a przynajmniej tak początkowo myślała. Otyły kierowca objaśnił jej, że autobus nie jeździ bezpośrednio do celu jej podróży. Tłumaczył to pogarszającym się stanem pobliskiej drogi, która rzekomo nie była dostosowana do pojazdów o podobnych gabarytach. Sytuacja zmuszała kobietę, aby niemal dziewięciokilometrowy odcinek przejść pieszo. Adams podejrzewała przy tym, że facet próbował ją spławić, ponieważ była jedyną osobą podążającą do Sionn. Mogła się wściekać lub grozić mu skargą, lecz czy miało to obecnie jakieś znaczenie?
I tak została sama na pustej ulicy, otoczona przez pagórki i pasące się na nich zwierzęta. Autobus odjechał dalej, a kobieta nie mając lepszych alternatyw, ruszyła wzdłuż drogi w swoją stronę. Krajobraz był cokolwiek monotonny, choć kilka stalowych masywów na horyzoncie robiło wrażenie, towarzyszące jedynie obserwowaniu czegoś, co pozostawało niezmienne od setek lat.
Przez godzinę wędrówki minęło ją tylko kilka pojazdów oraz jakaś kobieta na motorze. Spotkała również jadącego rowerem staruszka. Nosił brązowy trencz, a w koszu trzymał butelki mleka, jakby został wyrwany z międzywojennych czasów i rzucony nagle do tego miejsca.
W okolicy było spokojnie i aż nieprzyjemnie cicho. Można było odnieść wrażenie, że wszystkie dźwięki, w tym odgłos jej kroków, są tutaj tłumione. Tymczasem zaczęło już poważnie zmierzchać, a kobieta nadal miała spory odcinek do przebycia. W zasięgu wzroku widziała już tylko dwa gospodarstwa, lecz w obydwu nie paliły się żadne światła. Wtem jednak usłyszała stłumiony pomruk silnika za swoimi plecami.
Czarny sedan stanął kilka metrów obok Wendy. Ktoś uchylił szybę, za którą ukazała się twarz bladej kobiety w starszym, choć jeszcze nie podeszłym wieku. Miała na sobie idealnie czarny, ciasny gorset. Strój ten, w połączeniu z talkiem na twarzy i kontrastującą, czerwoną szminką, przywodził na myśl dawną guwernantkę o zimnym usposobieniu.
- Nie wyglądasz na żonę farmera - jej wzrok taksował z góry na dół nienaganny ubiór Wendy. - Zgaduję więc, że idziesz do Sionn - kobieta wymownie spojrzała na wolne siedzenie obok siebie.


Droga prowadziła głównie przez wijące się wokół wzgórz, nierówne trasy. Maddison już od dwóch godzin nie widziała czegokolwiek, co można było nazwać aglomeracją, a do celu dzieliło ją drugie tyle dystansu. Na szybko obliczyła, że zostało jej ponad sto dziesięć kilometrów.
Im bliżej była celu, tym bardziej można było odnieść wrażenie, że oto porzuca cywilizację na rzecz krajobrazu z mrocznej baśni. Regularne domki zastąpione zostały przez ruiny bliżej niezidentyfikowanych, porzuconych budowli na wzgórzach. Czasem mogła również dojrzeć zarysy pochylonych zamczysk, wyrastających ze skalistych wzniesień. Kiedy teren obniżał się, otaczały ją pasma sinej mgły, a okoliczne drzewa przybierały zniekształcone, fantastyczne kształty. Efektu dopełniały gigantyczne, kamienne formacje, które czas wyrzucił tu i ówdzie po okolicy.
Warunki jazdy trudno było nazwać sprzyjającymi. W wielu miejscach asfalt przegrał walkę z naturą i odsłaniał brunatną ziemię. Wszystkie trasy w okolicy zostały nadgryzione zębem czasu. W niektórych miejscach Murphy musiała wręcz zjeżdżać na polne drogi i używać ich jako skrótów. Kilkumiesięczne praktyki pozwoliły jej poznać trochę Walię, choć tak naprawdę Gór Kambryjskich nie dało się okiełznać nawet w części. Obecnie Maddison jechała iglastym, wysokim lasem, gdzie prastare jemioły skutecznie blokowały wszelkie promienie słońca. Nie miało to zresztą większego znaczenia, bowiem miał minąć jeszcze kwadrans, aby poważnie się ściemniło.
Rodziło to też pytanie czy kontynuować podróż po ciemku bądź szukać noclegu. Ostatni zajazd minęła godzinę temu i powrót oznaczałby poważne nadrabianie drogi. Z drugiej strony trasa nie była aż tak problematyczna… wystarczyło tylko uważać i wkrótce mogła być na miejscu, a ona nie była przecież amatorem.


Zwolniła nieco, wchodząc w mocniejszy zakręt. Przez ryk motoru przebijało się pohukiwanie nocnych ptaków. Kilka pożółkłych liści wzbiło się pod kołami jej pojazdu i zatańczyło niezgrabnie w powietrzu. Podróż lasem po zmroku miała w sobie coś pierwotnego. Szybkość pojazdu stawała się tu podniecająca, choć jednocześnie cień wśród drzew alarmował przed potencjalnym zagrożeniem. Maddison czuła się napięta jak struna, a każdy jej nerw był wytężony do granic możliwości. Zapach żywicy uderzał w jej nozdrza nawet przez kask, wypełniając świadomość i drgając w zatokach.
Być może właśnie przez nagły przypływ adrenaliny ujrzała niecodzienną scenę. Chyba że była to kwestia zwykłej wyobraźni, która w mroku zawsze pracowała na zwiększonych obrotach. Zacisnęła powieki na ułamek sekundy i wytężyła wzrok. Nadal miała jednak wrażenie, że o to jakieś dwieście metrów przed nią ciemna sylwetka przechadza się w poprzek linii asfaltu. Nie chciała dać temu wiary. Obecność kogokolwiek na tym odludziu o podobnej porze była po prostu nielogiczna. Co więcej, dziewczyna miała wrażenie, że postać przeszła spokojnie w głąb lasu, jakby była to zupełnie normalna rzecz.
Włączyła światła drogowe, lecz na powrót widziała jedynie spękane konary drzew. Czy to zdarzyło się naprawdę? Ostatnio bywała zmęczona i nie mogła dobrze odpocząć, nigdy jednak nie doszło do tego, aby miała majaki. Więcej nawet, wsiadając na motor, zawsze musiała być maksymalnie skupiona i nie mogła sobie pozwolić na pomyłkę w ocenie sytuacji.
Maddison powoli podjechała do miejsca, gdzie widziała kogoś lub coś po raz ostatni. W miejscu tym kończył się asfalt i zaczynała dzika, wydeptana dawno temu odnoga. Ziała jedynie ciemnością oraz ciszą.


Miasteczko wyłoniło się spomiędzy drzew i nagich krzewów zupełnie nagle, jakby na szybko wciśnięto je do górskiego krajobrazu. Słońce chyliło się już ku horyzontowi, toteż Robin miała zwiedzić Sionn dopiero jutro. Na razie trzymała się jego granic, sunąc toyotą między szarymi, niskimi budynkami. Rozróżniła wśród nich jednorodzinne domki oraz kilka sklepów i małych zakładów. Paru ludzi z zainteresowaniem spojrzało na rejestrację jej samochodu, jakaś starsza para wskazała na nią palcami, szemrząc coś do siebie.
Miejsce to prezentowało się dosyć ponuro, szczególnie o tej porze, ale i posiadało swój oniryczny urok. Ogromne ściany skalne na horyzoncie kładły swój cień na całym miasteczku. Pogłębiały pełzający po okolicy mrok, który szybko przywołał ze sobą noc.


Już wcześniej sprawdziła w internecie informacje dotyczące hotelu, szczególnie pod kątem trzymania zwierząt w pokojach. Niewiele się poza tym dowiedziała. W sieci można było znaleźć jedynie szczątkowe informacje o Sionn, choć miejsce to nie było wcale tak małe i liczyło sobie ponad dwadzieścia tysięcy mieszkańców.
Zaparkowała przed drewnianym domem z szeroką werandą i otworzyła drzwi dla Foxy. Zwierzę ochoczo opuściło kennel i wyskoczyło ze środka. Foxy cały czas merdała ogonem i kilkakrotnie okrążyła swoją panią. Toller wydawał się w świetnej formie, co było szczególnie ważne ze względu na zbliżające się zawody.
Robin przeszła do hallu, obok którego znajdowała się poczekalnia oraz kącik dziecięcy w następnym pomieszczeniu. Pracownikiem recepcji okazała się młoda kobieta, niewiele starsza od Carmichell. Bez pośpiechu zakwaterowała nowego gościa. Pomimo tego, że przybytek był rzekomy przyjazny zwierzętom, tamta wyraźnie kręciła nosem na obecność Foxy. Ostentacyjnie powtarzała nastoletniej pomocnicy, że powinna dobrze sprzątać pokoje, szczególnie zwracając uwagę na zwierzęcą sierść. Wreszcie przekazała Robin klucze, a ta wspięła się skrzypiącymi schodami i ruszyła do swojego pokoju.
Pomieszczenie było urządzone oszczędnie, lecz bardzo schludnie. Na wyposażenie składało się łóżko, niewielka szafa, stolik z elektronicznym z czajnikiem oraz dwa krzesła. W kącie stał nawet stary odbiornik telewizyjny, ale wyglądało na to, że odbierał tylko monotonny szum. Szczęściem hotel dysponował osobnymi łazienkami z podstawowym asortymentem. Robin szybko poczuła dojmujące znużenie - zdążyła więc tylko się umyć i przebrać. Na koniec tego długiego dnia podeszła do okna, aby przed snem jeszcze raz spojrzeć na miasteczko. W Sionn nadal paliło się parę świateł, a ostatni mieszkańcy niespiesznie wracali do swoich domów. Na tle rozgwieżdżonego nieba przeleciało stado ptaków, na chwilę przeszywając ciszę donośnym wrzaskiem. Okolica zdawała się powoli tonąć w spływającej z gór, mrocznej szarości, która odbierała wszystkiemu ostrość kształtów. Sionn… trafiła tu niby z powodu zawodów agility, które miały odbyć się za dwa dni w pobliskiej mieścinie Ynseval. Czy jednak to było wszystko?
Nie miała dziś już siły o tym myśleć. Jak tylko jej głowa dotknęła poduszki, niemal natychmiast odpłynęła. Na całe szczęście tym razem sen o korytarzu ją oszczędził. Spała jak zabita, a rano czuła się już całkiem wypoczęta. Lekki ból mięśni, który wczoraj towarzyszył jej po długiej podróży, teraz był tylko wspomnieniem. Po przebudzeniu się Robin przetarła oczy i ujrzała, że miasteczko w świetle poranka wyglądało na znacznie bardziej przyjazne miejsce. Kiedy znów spojrzała przez szybę, jej oczom ukazał się urokliwy pejzaż leniwej społeczności, która dopiero budziła się do życia. Niebo było bardzo czyste jak na tę porę roku, a odległe wzgórza wyraźne niczym z obrazu wyjątkowo utalentowanego artysty. Kobieta wstała z łóżka i wyprostowała się, dopiero po chwili zdając sobie sprawę, że nigdzie nie widzi Foxy. Sprawdziła łazienkę, lecz tam również było pusto. Potem obejrzała drzwi wejściowe. Przekręcony klucz nadal tkwił od wewnętrznej strony. Serce zabiło jej szybciej, poczuła lekkie uderzenie w okolicach skroni. Wreszcie spojrzała pod łóżko, aby odetchnąć z ulgą, która nie trwała jednak zbyt długo. Foxy siedziała skulona w samym kącie, tuż pod metalową ramą. Trzęsła się, celując wzrokiem gdzieś w przestrzeń, a pod suczką zaczęła kwitnąć śmierdząca plama moczu.
 

Ostatnio edytowane przez Caleb : 29-05-2020 o 14:05.
Caleb jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 17-12-2019, 19:13   #2
 
GreK's Avatar
 
Reputacja: 33336 GreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputację

Kilka dni wcześniej. Dom McGregorów.
- Pamiętałeś! - Twarz Alice rozpromienił uśmiech, który tylko dodawał jej zmarszczkom uroku. - Jak zwykle zresztą.

Odebrała bukiet żonkili i rzucając "Wchodź, wchodź! Dzieciaki już nie mogą się ciebie doczekać!", zniknęła we wnętrzu budynku.
Wszedł do słabo oświetlonego holu zamykając za sobą drzwi. Światło dochodziło z wnętrza budynku, z salonu, lecz nie potrzebował go wiele. Znał rozkład pomieszczeń na pamięć. Był tutaj stałym gościem.

- Pijesz piwo? - dobiegło z kuchni. Trzask drzwiczek, szuranie, stuki.

- Coś mocniejszego - odkrzyknął.

Ściągnął płaszcz, strząsnął krople wczesnego, jesiennego deszczu nim odwiesił go na wieszak i…

- Wuuuujek!

Tornado w postaci trzyletniej Melanie i sześcioletniego Briana wyjąc i piszcząc uderzyło w Huwa prawie ścinając go z nóg.

- Ostrzegałam! - krzyknęła z kuchni Alice próbując przebić się przez kakafonię dźwięków.

Huw zaryczał jak raniony niedźwiedź, zagarnął rękami rozwrzeszczaną dzieciarnię pakując każde pod pachę i ciągle rycząc, tym razem jak pikujący messershmitt z uszkodzonym silnikiem, wleciał do kuchni, zatoczył dwa kółka wokół wyspy i Alice wkładającej kwiaty do wazonu, po czym wyleciał do otwartego salonu by zrzucić drący się balast w stertę poduszek tuż obok najstarszej siostry, już nastoletniej Katherin, która była "za dorosła" na takie zabawy.

- Wujek! Wujek! Niespodzianka! - krzyczała przez śmiech Mel.

- Dzieci! - upomniała Alice, która pojawiła się w pokoju.

- A byłyście grzeczne?

- Taaaaaak!

***

- Masz pojęcie kto to? - Thony dorzucił kilka suchych szczap do przygasającego ognia w kominku. Iskry strzeliły w górę rozświetlając na chwilę jego przysadzistą sylwetkę. Praca przy biurku robiła swoje.

Huw wzruszył ramionami.

- Mówiłem tylko wam i… pięciu specjalistom od wariatów.

Uśmiechnął się krzywo. Zakręcił młynka alkoholem w grubym szkle. Bursztynowy płyn wydzielał przyjemny zapach.

- Bóg jeden wie komu przekazali zwierzenia złamanego życiem, byłego fun ..

- Oj przestań! - Thony usiadł ciężko w fotelu. - To pewnie kolejny głupi żart, z serii tych, które są śmieszne tylko dla żartującego. Dobra, dobra, sprawdzę ci ten numer!

- Wy znowu o pracy chłopcy? - Alice weszła do salonu wycierając ręce w ściereczkę. - Zajrzę do Mel, czy zasnęła, ostatnio ma z tym problemy i dołączę do was. Nie wypijcie wszystkiego beze mnie! - Pogroziła palcem wchodząc na schody.

- Jesteś szczęściarzem Thony.

- Wiem o tym Huw - odparł odprowadzając kobietę wzrokiem. - Wiem doskonale.


Teraz. U złotego tygrysa
Huw przesunął do siebie foliową koszulkę po lepkim blacie stołu, rozchylił i wyjął zawartość. Przejrzał zdjęcia pospiesznie, sprawdzając ogólną zawartość, by później przyjrzeć się każdemu z nich osobno, zwracając uwagę na szczegóły - nie tyle samą postać Elijaha, co jej otoczenie. Zdjęcia przedstawiały zaginionego w zwykłych, codziennych sytuacjach. Nie były to zdjęcia artystyczne. Wyglądały raczej jak ściągnięte z jakiegoś portalu społecznościowego. Krótkie flesze z życia codziennego. Zastygłe chwile szczęścia. Elijah na przyjęciu wśród znajomych, Elijah na trybunach stadionu w Anfield, Elijah w objęciach atrakcyjnej brunetki, najwidoczniej dziewczyny lub żony. Zdjęcia jakich widział tysiące.

- Skoro pytasz… - Upił łyk piwa. - to pewnie nie różniły się zbytnio od tych nagranych na mojej automatycznej sekretarce? - stwierdził bardziej niż spytał.

- Dokładnie tak - Thony skinął mu głową. - Początkowo myślałem, że jest tam ukryty link do jakiegoś scamu albo koparki bitcoinów. Ale to nie trzymało się kupy. Bo czemu ktoś miałby nagrywać ci taką samą wiadomość na sekretarkę?

Siwy odłożył zdjęcia i odchylił się spoglądając na przyjaciela. Strzelił. To była naturalna odpowiedź na tak zadane pytanie. I mimo, że trafił, odpowiedź zaskoczyła go jak głupi żart. Thony nie wyglądał jednak jakby żartował. I nie żartowałby sobie w ten sposób. Lwyd znał go zbyt długo.

- Przecież to jest bez sensu - pomyślał głośno Huw odrywając z trudem wzrok od przyjaciela i wlepiając go ponownie w Elijaha, jakby postać na zdjęciu miała mu pomóc zrozumieć to co właśnie usłyszał.

- Też tak pomyślałem. Chyba, że nie mówisz mi wszystkiego. Na przykład, że korytarz to jakiś kryptonim, a ty masz kłopoty - naciskał McGregor, ale po minie Huwa widział, że to zły trop, była tak wymowna, że nie potrzeba było słów, żeby poczuł się głupio. - Wybacz, czasem z automatu zaczynam używać służbowych technik. Po prostu tego nie rozumiem.

- Ja też nie. Ale spokojnie, dowiemy się wszystkiego jak dojdziemy do nadawcy tych wiadomości.

Koniec wypowiedzi Huwa utonął w gwizdach i ostrych komentarzach. Poleciały bluzgi. Cokolwiek działo się na boisku, na szklanym ekranie, nie spodobało się stałym bywalcom U złotego tygrysa.

Odruchowo, nawet nie zdając sobie z tego sprawy, Lwyd sięgnął do kieszeni, gdzie w woreczku schowana leżała jedna z kilku fajek, które posiadał.Nie wyciągnął jej jednak, tylko pogładził płaszcz, czując pod palcami jej wypukłość.Ten prosty gest, jej obecność, podświadomość, że może ją wyciągnąć i zapalić, uspokajała.

- Żona? - pstryknął w końcu fotografię atrakcyjnej brunetki. - Dzieci? Przyjaciele? Kto zgłosił zaginięcie?

- Żona, - potwierdził, - Sarah Addington. Nie mieli dzieci. Co do znajomych, nie sugeruj się zdjęciami. On miał tylko kilku kolegów, z którymi utrzymywał stały kontakt. Wiedzą tyle samo, co policja, czyli nic. W każdym razie zgłosiłem tego maila do oddziału dochodzeniówki, której przydzielono sprawę. Wiesz, że niby natknąłem się na to przypadkiem. Dołączyli plik do akt i tak dalej, ale dla nich to tylko jeden z kolejnych tropów. Zanim przejdzie przez całą papierkową robotę i cokolwiek z tym zrobią, ten cały Elijah zdąży odwalić kitę trzy razy.

Pokiwał głową. Doskonale sobie zdawał sprawę jak wygląda policyjna robota i niedobory w kadrach. Wszędzie tak było.

- No dobra… Masz do niej kontakt? Adres? Adres mailowy Elijaha? Załatwisz mi kopię akt?

Mecz najwidoczniej zakończył się klapą i czym świadczyło buczenie i niewybredne komentarze.

Thony odchylił się na siedzeniu, który zaprotestowało głośnym skrzypieniem.

- Wiesz, że pytasz mnie o całkiem sporo. Ale dobrze, dam ci jej numer. Tylko nie możesz jej powiedzieć skąd go naprawdę masz. Lepiej więc, żebyś miał jakąś dobrą historyjkę. Mail Eliaha to po prostu jego imię i nazwisko na gmailu. A co do akt… tutaj będzie problem. Nie pracuję nad tą sprawą, więc nie mam bezpośredniego dostępu do papierów.. Słuchaj Huw, zawsze powtarzałem, że wiesz co robisz, ale jaki właściwie masz plan?

Siwy dopił piwo. Wiedział, że mógł przycisnąć McGregora i wyciągnąć od niego te akta ale… Po pierwsze Thony miał rację, mógł mieć problemy z ich zdobyciem, a jeśli ktoś się zainteresuje tym dlaczego policjantowi nie pracującemu nad tą sprawą tak zależy na zdobyciu akt sprawy, mógł spalić bardzo dobry kontakt. Po drugie, nie uznał, żeby w samych papierach mógł znaleźć coś szczególnie interesującego. Sprawa nie wyglądała na taką, nad którą ktoś by już przysiedział. Dopiero nabierała tempa w wolno obracających się trybikach policji.

- Chciałbym porozmawiać z Sarah, zaoferuję jej pomoc w odnalezieniu męża, może wyciągnę z niej coś, co naprowadzi mnie na właściwy trop. Przydałby mi się jej adres. - Uśmiechnął się do McGregora.

Ten odwzajemnił uśmiech.

- Myślę, że da się zrobić ale będziesz mi winny większe piwo.

- Pewnie! Kiedy tylko zechcesz! Dzięki Thony. - Wstał zabierając zdjęcia. Uścisnęli sobie dłonie. - Pozdrów Alice i uściskaj dzieciaki.

***

Dymiąca fajeczka z przyjemnym zapachem aromatyzowanego tytoniu i obłoczki niebieskiego, od poświaty ekranu, dymu wolno wypuszczanego z płuc, pozwalały uporządkować myśli. Odłożył ją na stojaczek i zalogował się na laptopie przez szyfrowane połączenie na adres pewnego serwera, na którym zostawił wiadomość. Adres zmieniał się cyklicznie a policja nic na jego temat nie wiedziała, tak samo jak na temat osoby do, której pisał. Sprawdzał to już kilkukrotnie, no chyba, że sprawa była utajniona, tego wiedzieć już nie mógł.

Kod:
Od: Ghost
Do: Hacwyr
Szukam nadawcy maila wysłanego do elijah.addington@gmail.com 
z treścią "Wiem o korytarzu". 
Prawdopodobnie ta sama osoba dzwoniła do...
***

Huw przywykł do wyjazdów, które były częścią jego pracy. Był w stanie spakować się w dziesięć minut i wyjechać na miesiąc. Właściwie można było powiedzieć, że był ciągle gotowy do wyjazdu. Szybko przejrzał zawartość plecaka, wziął sprzęt fotograficzny, podróżny zestaw fajczarski, laptopa i już był w drodze. Silnik szumiał cicho. Wrzucił w asystenta google “Nawiguj do Liverpool, Govanhill Street 7”. Nawigacja pokazała 4 godziny drogi. Rezerwacją hotelu się nie przejmował. Z reguły ogarniał coś na miejscu. Chciał zobaczyć sobie to miejsce a później znajdzie sobie coś w pobliżu. Lubił trochę improwizacji.
 
__________________
Aktualnie gram w:
Dreamcatcher. Horror. Storytelling. Dokąd prowadzi tunel z koszmaru?
Lost Station. Zagubieni w przestrzeni.

Ostatnio edytowane przez GreK : 31-12-2019 o 17:07. Powód: "Detektyw"
GreK jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 18-12-2019, 20:08   #3
 
Pan Elf's Avatar
 
Reputacja: 39501 Pan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputację

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=6jRh2PRa1tU[/MEDIA]

Wendy Adams obudziła się godzinę przed budzikiem, który ustawiony był na 6:30 rano. Miała tak od zawsze, a przynajmniej nie potrafiła sobie przypomnieć momentu w swoim życiu, kiedy tak nie było. Do szkoły wstawała przed budzikiem. Na studia również. Tak samo było z pracą, choć czasami nie potrzebowała wstawać tak wcześnie. W dni wolne również wstawała przed budzikiem, który zawsze ustawiała - nawet jeśli nie musiała.
Otworzyła oczy i przez krótką chwilę wpatrywała się w sufit, oddychając spokojnie. Czy to, co zamierzała, było rozsądne? Nie, zdecydowanie nie. Żadna dorosła i odpowiedzialna osoba nie podjęłaby takiej decyzji tak pochopnie, jedynie na podstawie “przeczucia”. Wendy też by tego nie zrobiła, bo przecież była zarówno dorosłą jak i rozsądną kobietą. Nikt, kto posiadał te cechy, nie zdecydowałby się na tak szalony i spontaniczny pomysł, zostawiając za sobą wszystko to, na co do tej pory zapracował, wieszając całe dotychczasowe życie i karierę na włosku. I dlaczego? W poszukiwaniu odpowiedzi? Z ciekawości? A może kierowało nią coś więcej niż tylko żądza przygody? Coś, czego obiecała sobie słuchać do końca swoich dni.

Pościel zaszeleściła, kiedy Wendy zsunęła ją z siebie po tej krótkiej chwili wpatrywania się w sufit. Usiadła na łóżku, podsuwając sobie poduszkę pod plecy, podciągnęła jedną nogę zginając ją w kolanie i sięgnęła po telefon komórkowy leżący na stoliku obok łóżka. Nacisnęła okrągły przycisk znajdujący się u dołu czarnego wyświetlacza. Na ekranie wyświetliła się godzina. Wendy westchnęła, po czym odłożyła telefon z powrotem na stolik i przeciągając się, wstała z łóżka. Spojrzała wtedy na otwartą walizkę leżącą na środku sypialni, w której znajdowały się już starannie poukładane komplety ubrań i para czarnych szpilek. “To szalone. Co ja robię?” Pokręciła jedynie głową i udała się do łazienki. Tam zsunęła z siebie satynową koszulkę i szorty, które służyły jej za piżamę, złożyła je starannie i położyła na dużym wiklinowym koszu, po czym weszła pod prysznic, by rozpocząć swój codzienny, poranny rytuał. W momencie, w którym dzwonił jej budzik, Wendy zazwyczaj była już w połowie przygotowań do kolejnego dnia. Jeszcze z mokrymi włosami i bez makijażu, ale po prysznicu i pielęgnacji skóry, parzyła kawę i jadła owsiankę z mlekiem bez laktozy. Dopiero po śniadaniu zabierała się za resztę, choć zostawiała sobie jeszcze dwa łyki kawy na koniec. Suszyła i układała włosy, by w nienagannym stylu opadały na ramiona. Szczotkowała zęby elektryczną szczoteczką przez około dwie minuty. Później nakładała naturalnie wyglądający makijaż, podkreślała rzęsy i usta, jeszcze raz przeczesywała szczotką włosy. Na koniec spryskiwała się niewielką ilością owocowo-kwiatowego zapachu od Dolce Gabbana. Tak przygotowana mogła ruszać na podbój świata. Lub na wycieczkę do Sionn, do której skłoniła ją treść tajemniczej wiadomości znalezionej w torebce.

“To nienormalne” myślała sobie, kiedy szła przez terminal londyńskiego lotniska, ciągnąc za sobą dosyć dużą walizkę na kółkach. Czarna torebka przewieszona przez ramię dyndała agresywnie w rytm jej przyspieszonego kroku, a stukot szpilek odbijał się echem, choć zagłuszony był przez ogólny harmider panujący w tym miejscu. Mimo wczesnej pory na lotnisku było mnóstwo ludzi.
Wendy Adams nigdy się nie spóźniała. Przynajmniej nie z własnej woli. Jednak na korki i opieszałego taksówkarza niewiele mogła poradzić, dlatego też niemalże przebiegła przez terminal. Złościło ją, kiedy coś szło nie po jej myśli. Tym bardziej, kiedy nie była w stanie temu zaradzić.
Na całe szczęście okazało się, że była na czas. Może nawet przed czasem, bo do otwarcia bramek miała jeszcze pół godziny. Przez ten czas niecierpliwe spoglądała na srebrny zegarek na lewym nadgarstku i z każdą minutą ogarniało ją coraz więcej wątpliwości. “Wariactwo! Oszalałam i skończę w psychiatryku. Nie jestem normalna. Nikt normalny nie poleciałby do jakiegoś tam Sionn w cholera wie gdzie, tylko dlatego, że dostał tajemniczy list. Boże, co ja robię? A jeśli to jakiś psychopata próbuje mnie wciągnąć w pułapkę? Będzie mnie przetrzymywał w jakiejś piwnicy, torturował, aż w końcu mnie zamorduje!” Wendy nawet nie zauważyła, że z tego wszystkiego zaczęła nerwowo tupać obcasem. Starsza kobieta siedząca obok za to nie miała najmniejszego problemu.

- Wszystko w porządku, moja droga? - spytała życzliwie, wyprowadzając Wendy z zamyślenia. Ta spojrzała na nią z mieszaniną zdziwienia i irytacji, ale po chwili uśmiechnęła się do staruszki.
- Tak, jak najbardziej. Zawsze trochę stresuję się przed lotem samolotem, nie lubię momentu, w którym startują - odparła, wzruszając ramionami.
Oczywiście było to zupełne kłamstwo, bo nigdy dotąd nie stresowała się lotem samolotem. W końcu to była jej praca. Pamiętała jednak, jak kiedyś jeden z pasażerów podał jej identyczny powód, kiedy sama zauważyła, że był poddenerwowany. Zupełnie nie pamiętała już jego twarzy i też nie do końca była pewna czy na pewno był mężczyzną, ale same słowa zapadły jej w pamięci.
Starsza kobieta pokiwała głową ze zrozumieniem, po czym już się nie odezwała. Być może zraziła ją pierwsza reakcja Wendy, być może nie chciała się już naprzykrzać. Nieważne jaki był powód, Wendy była jej za to wdzięczna, bo wcale nie miała ochoty na rozmowy.

Wendy stała na przystanku w Hawarden, wciąż nie mogąc do końca uwierzyć w to, że właściwie bez większego zastanowienia kupiła bilet lotniczy i już była w połowie drogi do Sionn. Pożałowała, że w tym wszystkim nie przemyślała, że na locie samolotem wcale się nie skończy. Żałowała jeszcze bardziej, kiedy autobus podjechał na przystanek.
Z niechęcią weszła do środka, zapłaciła kierowcy za bilet i udała się w kierunku wolnych siedzeń.
“Nie zdziwię się, kiedy koszmary związane z korytarzem zamienią się całkowicie w koszmary o niekończącej się podróży tym brudnym gruchotem” pomyślała, wyciągając z torebki chusteczki higieniczne. Przetarcie siedzenia i oparcia niewiele dało, ale mogła usiąść z myślą, że przynajmniej próbowała. Zupełnie nie pasowała do tego środka komunikacji. Ze swoimi perfekcyjnie rozczesanymi włosami, bezbłędnym makijażem i eleganckim, stylowym płaszczem, pachnąca drogimi perfumami i wyglądająca niemalże jak gwiazda filmowa. Szczególnie, że brązowe oczy skrywała pod dużymi okularami przeciwsłonecznymi.

Nie pasowała również do otaczających ją pięknych, sielskich pejzaży, kiedy w szpilkach szła poboczem szosy, ciągnąc za sobą ciężką walizkę na kółkach, z perspektywą około dziewięciu kilometrów dzielących ją od celu swojej podróży.
W myślach przeklinała siebie, przeklinała nadawcę tajemniczego listu, przeklinała kierowcę autobusu, który za nic miał sobie jej los, a także samo Sionn, które znajdowało się w takim, a nie innym miejscu.
- Czemu to nie mógł być Londyn? Albo Nowy Jork? Paryż? Do cholery, jakiekolwiek miasto skomunikowane z resztą świata?! - mówiła sama do siebie, wściekła jak osa na cały świat. Pociągnęła mocniej walizkę, jakby chcąc ją ukarać za całą swoją frustrację. Ta jedynie przekręciła się, prawie wykręcając Wendy nadgarstek, na co kobieta jedynie zaklęła pod nosem.
Było jej gorąco. Czuła pojedyncze kropelki potu na plecach. Ściągnęła już z szyi szal, rozpięła również swój płaszcz, który ostatecznie zdecydowała się ściągnąć i nieść w ręce. Wiedziała, że musi wyglądać koszmarnie, co wprowadzało ją w podły nastrój. Kilka razy miała ochotę cisnąć walizką w rów, ściągnąć szpilki i pójść boso, ale nie zrobiła tego.
Kiedy miała się zatrzymać i z całej tej frustracji rozpłakać się na środku drogi, licząc, że ktoś ją rozjedzie i zakończy jej cierpienie, usłyszała nadjeżdżający, a później zatrzymujący się samochód. “Nieważne czy to psychopata. Niech mnie tylko zabierze stąd… BŁAGAM!”

Kierowcą czarnego sedana okazała się kobieta, która na pierwszy rzut oka skojarzyła się Wendy z gotycką wersją surowej guwernantki. Vampirella, bo taka była druga myśl, jaka przeszła jej przez głowę, najwidoczniej proponowała jej podwózkę.
Wendy spojrzała najpierw na rozciągającą się przed nią drogę, później na walizkę, której ciężar dawał jej się we znaki - mimo że była na kółkach. Dopiero wizja komfortowej przejażdżki samochodem uświadomiła ją, jak bardzo pragnęła usiąść oraz jak jeszcze bardziej marzyła o ściągnięciu szpilek.
Powróciła wzrokiem na Vampirellę i uśmiechnęła się do niej łagodnie, odgarniając włosy za ucho.
- Z nieba mi pani spada! Tak, właśnie tam się wybieram. Nie przewidziałam, że nie dojadę na miejsce autobusem - powiedziała wesoło, przewracając oczami nad własnym nierozgarnięciem. - Jeśli to nie problem, to chętnie się zabiorę.
Kierująca pojazdem nachyliła się, po czym klapa bagażnika delikatnie odskoczyła. Choć Wendy nie obdarzyła nieznajomej całkowitym zaufaniem, to coś sprawiło, że jednak zdecydowała się skorzystać z propozycji. Być może było to zmęczenie i frustracja? A może zew przygody, bo jeszcze nigdy nie podróżowała “na stopa”? Cokolwiek to było, Wendy zapakowała walizkę i sama usiadła na siedzeniu obok kierowcy.
- Tak w ogóle Wendy. Wendy Adams - przedstawiła się, wyciągając rękę do kobiety, którą w myślach nazywała Vampirellą. Głównie ze względu na to jak wyglądała, ale poza tym wydawało jej się to całkiem zabawne. Postanowiła nie zastanawiać się, skąd się wzięła i dlaczego właściwie zdecydowała się ją podwieźć.
- Isla Mitchell - tamta odwzajemniła uścisk i skupiła się na drodze.
Wizerunek kobiety ocierał się niemal o teatralność. Fryzurę miała upiętą w ciasny kok, przez co cała skóra jej głowy wyglądała na ściągniętą. Ciemny strój nie nosił chyba najmniejszej skazy, a efektu dopełniała silna woń piżma, przez którą Wendy musiała powstrzymywać kichnięcie.
Wjechały na kolejne wzniesienie. W oddali ostatnie promienie słońca przesuwały się po po zamykających horyzont turniach. Sedan minął nieczynny tartak, który nadal otaczały rzędy ściętego drewna. Adams przyglądała się mijanym obiektom z głową opartą o zagłówek. Zastanawiała się jakie będzie Sionn. I co właściwie oczekiwała, że tam znajdzie? Więcej pytań czy może jakieś odpowiedzi? I jakim cudem ktoś wiedział o jej snach?
- Pani służbowo czy na urlopie, jeśli mogę wiedzieć? - zapytała nagle Isla, wyrywając Wendy z zamyślenia. Ta odwróciła spojrzenie w jej stronę i uśmiechnęła się. Był to wyuczony uśmiech. Ten sam, którego używała na co dzień podczas rozmów z pasażerami, tymi mniej natrętnymi.
- Zdecydowanie urlop, z dala od zgiełku miasta - odparła życzliwym tonem, po czym przeniosła wzrok na rozciągającą się przed pojazdem drogę. - Szukałam urokliwego miejsca, w którym można odpocząć kilka dni, złapać trochę świeżego powietrza i po prostu nacieszyć oko pięknymi widokami. Internet wskazał Sionn. - Wendy wzruszyła ramionami i znowu odwróciła się w stronę Isli, wpatrując się w nią z ciekawskim błyskiem w brązowych oczach.
Mitchell wydęła usta, co również chyba miało być uśmiechem.
- W Sionn czas inaczej płynie. Na pewno ci się tu spodoba. Mamy dwa hotele oraz jeden mały pensjonat. Osobiście polecam ten ostatni.
Przez kilka chwil znów jechały w ciszy. Ciemność zdawała się zapadać w mgnieniu oka i wkrótce widziały jedynie oświetlony kawałek drogi. Tym razem to Wendy postanowiła przerwać milczenie.
- Proszę mi wybaczyć, jeśli będę wścibska, ale czym właściwie się pani zajmuje? - spytała, po czym dodała, jakby chcąc się wytłumaczyć - Proszę mnie źle nie zrozumieć, ale po prostu ma pani dosyć niecodzienny styl, którego nie spodziewałabym się zobaczyć wśród mieszkańców Sionn.
Trudno było stwierdzić jaka była reakcja kobiety, ponieważ jej mina nie zdradzała niczego. Przechyliła tylko głowę, wpatrując się w nadciągający zakręt.
- Jestem dyrektorem miejscowej szkoły - przerwała, włączając kierunkowskaz, choć jechały same. Wendy uniosła jedynie brwi. - Kiedyś uczyłam historii w dużym mieście, ale dzieciaki tam… były trudne. W Sionn jest inaczej, młodzi nadal potrafią okazać szacunek. Tylko nie myśl sobie, że jestem jakimś tyranem. Po prostu, skoro wymagam dyscypliny od innych, powinnam zacząć od siebie. Zgodzisz się ze mną?
- Chciałabym mieć takich nauczycieli, kiedy sama chodziłam do szkoły - odparła Adams pół żartem, a w połowie całkiem poważnie. Potem westchnęła przeciągle i znów wróciła do obserwowania drogi przez przednią szybę. - Skoro poleca pani pensjonat, to chętnie skorzystam i tam się zatrzymam. Mam nadzieję, że będą mieli jeszcze miejsca. I dobrą kawę. Och, jak ja potrzebuję kawy! Może da się pani zaprosić, w ramach rewanżu za podwózkę? - spytała Wendy, znow odwracając spojrzenie na Islę. Było w tej kobiecie coś nieasmowitego, coś tajemniczego, coś innego. Prawie jakby nie z tego świata. Wendy zastanawiała się czy wszyscy mieszkańcy tego zapomnianego przez świat miasteczka byli podobni.
 
Pan Elf jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 19-12-2019, 22:35   #4
 
kanna's Avatar
 
Reputacja: 24072 kanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputację
- Foxy, do mnie. Dobra dziewczynka – powiedziała Robin spokojnym tonem.

Foxy automatycznie zareagowała na wyuczone polecenie, wyszła spod łóżka i podeszła do Robin. Nie zachowywała się jednak tak jak zwykle: ciągle była wyraźnie przestraszona, ogon miała wciśnięty między tylne łapy, sunęło nisko nad ziemia, jakby przykulona. Wyglądała na sporo mniejszą, niż w rzeczywistości była.

- Co się stało? – zapytała Robin. – Już dobrze… - przesunęła dłońmi po ciele zwierzaka, metodycznie, badawczo, szukając jakiś urazów, zmian czegoś, co mogło by wyjaśnić zachowanie psa. Czuła, jak zwierzak drży, dysząc szybko i nerwowo. Psica był niespokojna, przestraszona, ale nos miała zimny, oczy i dziąsła wyglądały normalnie.
- Już dobrze – powiedziała Robin, rozglądając się uważnie dookoła. Nic nie wzbudzało jej niepokoju – pokój zdawał się wyglądać dokładnie tak samo, jak wczoraj.

Pies wcisnął się w jej nogi i rozglądał niespokojnie dookoła. Kiedy Robin próbowała odejść – zwierzak sunął za nią, przyklejony do jej łydki. Szukał ochrony. Robin była jej stadem, powinna jej bronić. Niewielkim stadem – dwuosobowym – do którego czasem wpuszczany był Will Sanders, dziennikarz i narzeczony Robin.
- Już dobrze – powtórzyła Robin. – Zostań.
Foxy posłusznie przypadła do podłogi. Nie warowała jednak, kuliła się, wodząc spojrzeniem za Robin.

Kobieta sięgnęła do torby i wyciągnęła przenośny kenel, składany jak namiot. Rozłożyła transporter zajmując prawie cały wolny kawałek podłogi.
- Klatka – powiedziała.

Foxy jednym susem znalazła się w środku. Znajome miejsce uspokoiło ją nieco, ale ciągle wodziła spojrzeniem za Robin. Przerywała czasami na sekundę, aby rzucić niespokojne spojrzenie w ten, lub inny kat pokoju.
- Dobry piesek – powtórzyła Robin.

Wyciągnęła papierowy ręcznik i butelkę środka dezynfekcyjnego. Środek był reklamowany jako pochłaniający zapachy i 100 % skuteczny w usuwaniu plam z moczu – i Robin miała nadzieję, że zadziała. Nigdy go wcześniej nie używała, Roxy miała już 4 lata i nie zdarzało się jej zsikać od czasów, kiedy skończyła 7 miesięcy.
Skończyła sprzątanie. Sytuacja była nietypowa, kobieta musiała to przyznać. Od dawna jeździła z Foxy na zawody, pies był przyzwyczajony do podróży, spania w obcych miejscach, obecności innych ludzi i zwierząt. Foxy była bardzo spokojna, zrównoważona, nawet bardziej niż zakładał wzorzec jej rasy. Will czasem twierdził, że Foxy przypomina mu znajomego dzieciaka z Aspergerem i nazywał ją Aspi. Co ciekawe – psica reagowała na ten przydomek. Willa to nieodmiennie śmieszyło.

„Słodka Aspi” – zwykł był mawiać, drocząc się z Robin – „Śliczna, niby inteligentna, a jak chodzi o cokolwiek innego niż te wasze agility sztuczki to głupia jak but.”
Robin złościła się na Willa, ale gdzieś w głębi duszy przyznawała mu rację – Foxy była tak skoncentrowana na odczytywaniu poleceń swojej pani i ich realizowaniu, że cały świat wokół nich mógłby nie istnieć. Kompletnie ignorowała ludzi i inne zwierzęta. Kiedy ją zaczepiali – nie bardzo wiedziała co robić, więc tylko patrzyła na swoja panią. Robin nauczyła ją, że ma pozwolić się pogłaskać, jak ktoś wyciąga dłoń, oraz pozwolić obwąchać się innym psom. Więc Foxy pozwalała a potem wracała do swoje pani po nagrodę zadowolona, że znów odczytała i spełniła jej polecenie. Zadowalanie Robin wydawało się być sensem jej życia.

- Idziemy – pies zmaterializował się przy lewej nodze Robin, ciągle poddenerwowany, ale wyraźnie zadowolony, że może opuścić pokój. Kobieta zapięła smycz.

Zeszły na dół, gdzie w recepcji Robin opowiedziała o „wypadku” pod łóżkiem i zapewniła, że podłoga jest czysta. Ignorując niezadowolone fuknięcia recepcjonistki dopytała o miejsca na śniadanie, oraz o adres miejscowego weterynarza. Pies wyglądał na zdrowego, ale podstawowe badania krwi i moczu powinny dać informacje o ewentualnych problemach.

Pojutrze czekały ich zawody. Planowała dziś jeszcze podjechać do Ynseval, obejrzeć tor z bliska. Ale to wszystko potem. Najpierw spacer z Foxy. Kiedy schodziły z werandy jeszcze jedna myśl przemknęła Robin przez głowę "Nie przyjechałaś tu tylko z powodu zawodów…”. Szybko zdusiła ją w zarodku.
 
__________________
Takimi, jakimi wydają się być, rzeczy są rzadko. A kobiety nigdy. Pół wieku poezji
kanna jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 19-12-2019, 23:36   #5
 
Proxy's Avatar
 
Reputacja: 14441 Proxy ma wspaniałą reputacjęProxy ma wspaniałą reputacjęProxy ma wspaniałą reputacjęProxy ma wspaniałą reputacjęProxy ma wspaniałą reputacjęProxy ma wspaniałą reputacjęProxy ma wspaniałą reputacjęProxy ma wspaniałą reputacjęProxy ma wspaniałą reputacjęProxy ma wspaniałą reputacjęProxy ma wspaniałą reputację
Motor zatrzymał się w miejscu, a nogi ratowniczki odkleiły się od podnóżków maszyny i dotknęły ziemi, by utrzymać stojący pojazd w pionie.

W jej głowie przelatywały nagłówki z lokalnych gazet o znalezionym ciele zagryzionego przez wilki człowieka. Tego samego, którego zignorowałaby w lesie, nie zatrzymując się i nie sprawdzając, co robił o tej godzinie w takim miejscu... Byłaby ostatnią osobą, widzącą go żywego. Nikt by o tym nie wiedział. Tylko ona. Z drugiej strony mogła kogoś uratować po prostu zatrzymując się. Mogła też pojechać dalej, kosztem czyjegoś życia. Ktoś zostałby zagryziony tylko przez to, że nie miała ochoty stanąć. Głupia pieprzona minuta z życia mogła kogoś zabić. Nawet jak jego sylwetka mignęła tak szybko, że nie była pewna, czy był to teatrzyk cieni, czy faktyczna osoba.

Dopiero po dłuższej chwili stania w bezruchu zorientowała się jak mocno zaciskała manetki. Nie chciała się zatrzymywać. Chciała jak najszybciej dojechać do Sionn. Ta dziura była w końcu celem całego przedsięwzięcia ucieczki od wszystkiego. Zamiast ratować siebie... znowu musiała ratować kogoś innego. Znowu musiała odłożyć swoje problemy, by zająć się problemami innych. Nie była w stanie ot tak sobie pojechać dalej olewając to, że kogoś mogą zagryźć. Nie mogła sobie pozwolić na czyjąś śmierć. Nie kolejną...

Spojrzała w kierunku wydeptanej ścieżki. Dotarło do niej jak głęboki i intensywny miała oddech. Otworzyła przyłbicę a woń żywicy uderzyła w jej nozdrza jeszcze intensywniej. Chłodniejsze powietrze gładziło fragment twarzy nieotulonej przez miękkie wyściełanie kasku. Spojrzała po raz kolejny w kierunku wydeptanej ścieżki, lecz już nieco bardziej świadomie. Seria myśli wymieniających szybkie pytania, odpowiedzi i spostrzeżenia, mających na celu opanowanie sytuacji i przejścia do działania, sprawiła że wyłączyła silnik motoru. Dwucylindrowe ustrojstwo po chwili ucichło i zapanowała całkowita cisza. Dzikość miejsca aż naskoczyła na nią uderzając nieprzychylnością i wrogością. Nie było to miejsce dla człowieka. Nie był tu ani proszony, ani chciany. Był intruzem, a Maddison nie miała ochoty tu przebywać. Już i tak zatrzymała się wbrew sobie.

Włączyła sygnalizację świetlną. Cała okolica została gwałtownie zalana ostrym niebieskim, wręcz stroboskopowym kolorem. Na zmianę lewe i prawe pary kogutów wyrywały człowiekowi fragment iglastego lasu z rąk dzikiej natury. Następnie na ułamek sekundy syrena wydarła się zagłuszając pohukiwania, zapewne też odstraszając większość zwierzyny. Komplet wystarczający, do zwrócenia uwagi zagubionej w lesie duszy. W końcu nie mogła oddalić się aż tak daleko.

Powrót ciszy sprawił, że uświadomiła sobie swoje własne zdenerwowanie. Po jasną cholerę było komuś łazić o takiej porze w takim miejscu? Przecież było to proszenie się o problemy. Pieprzona głupota, która ściągała na siebie wypadki. W gruncie rzeczy Maddison po kolejnej chwili nie była już zdenerwowana, tylko wściekła. Odpięła zapięcie i ściągnęła kask. Plastik stuknął o obudowany zbiornik paliwa i po małej korekcie osiadł na nim. Ratowniczka po raz trzeci spojrzała w kierunku ścieżki.

- Co za łażenie po lesie o takiej godzinie?! - podniosła głos, by ten rozniósł się po wyciszonym lesie. Mocna nuta irytacji wkradła się w rzucone pytanie, do którego zadania była wręcz przymuszona. W ciszy i błyskających światłach nasłuchiwała i obserwowała, czy persona nie zmieni zdania i nie wyjdzie z zarośli.

W chwili oczekiwania pojawiały się pomysły, gdy głowa pracowała wciąż na wysokich obrotach. Można było sprawdzić na telefonie mapy, które mogłyby powiedzieć, czy między drzewiskami jest coś, czego z drogi widać nie było. Również w najgorszym wypadku mogła zgłosić się do dyspozytorni z zapytaniem o incydenty z udziałem ludzi w tej głuszy. Możliwości trochę było. Nerwów również trochę było. Walczyły między sobą, a czas przechylał szalę zwycięstwa na stronę pieprzenia wszystkiego i kontynuowania podróży...
 

Ostatnio edytowane przez Proxy : 22-12-2019 o 16:27.
Proxy jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 25-12-2019, 12:52   #6
 
Caleb's Avatar
 
Reputacja: 29420 Caleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputacjęCaleb ma wspaniałą reputację

Huw jechał wzdłuż nabrzeża, mijając długie rzędy regularnych budynków z czerwonej cegły. Tutejszy port był większy niż Tiger Bay, choć sprawiał wrażenie znacznie spokojniejszego miejsca. Na horyzoncie wyrastały ogromne turbiny wiatrowe, których powolne obroty zdawały się odzwierciedlać tempo w całej okolicy. Dopiero nieopodal właściwych doków Siwy mógł zaobserwować kilkanaście statków handlowych, ale i one trwały w bardzo spokojnym, harmonijnym ruchu.
Po trzech kilometrach skręcił w głąb miasta, aby uniknąć korków spowodowanych wypadkiem na głównej drodze. Jego oczom ukazała się jedna z wiekowych katedr, obok której wyrastał nowoczesny biurowiec z siatką przyciemnianych szyb. Widok ten świetnie podsumowywał obraz miasta, bowiem Liverpool był miastem licznych kontrastów. Z jednej strony aglomeracja posiadała kilkusetletnią historię, współcześnie wyrażoną przez liczne zabytki oraz muzea. To tutaj miał także siedzibę znany klub piłkarski, a kilka dekad temu Beatlesi podarowali światu swoją muzykę.
Nawet w miejscu o takim dziedzictwie nie próbowano jednak maskować symptomów biedy, często zupełnie nieoczekiwanie wypełzającej nawet zza eleganckich apartamentowców. Walące się kamienice z poprzedniej epoki mogły być co prawda miłym widokiem dla miłośników starzyzny. Nie do obrony był jednak obraz nastoletnich, palących papierosy wyrostków, w których oczach czaił się tylko gniew.
Zajechał pod wskazany przez Thony’ego adres. Czynszówka znajdowała się w pobliżu jednego z licznych parków. Nawet stąd dochodziły go odgłosy zabawy dzieci, rzecz jasna składające się głównie z kanonady donośnych okrzyków. Kilkugodzinna jazda dała mu trochę w kość i to dosłownie, ponieważ gnaty Huwa zatrzeszczały donośnie, gdy wysiadł wreszcie przed budynkiem. Niczym żołnierz na obcym terenie, ostrożnie wkroczył do chłodnych mroków klatki schodowej. Wnętrze tchnęło nieco kurzem, ale ktoś wyraźnie próbował nadać mu przynajmniej odrobinę przytulnego klimatu. Gorzej, że szły za tym kiczowate obrazki z Ikei oraz liche paprocie na metalowych stelażach.
Huw wszedł na piętro, czując na sobie spojrzenia rzucane przez judasze. Pewne rzeczy pozostawały niezmienne wszędzie - mógł być pewien, że osiedlowa śmietanka szybko dostrzegła samochód z innego miasta, a tym bardziej obcego mężczyznę na ich terytorium.
Stanął przed drzwiami z numerem 12, przycisnął dzwonek i odczekał chwilę. Potem zastukał jeszcze kilka razy, lecz nadal nie doczekał się żadnej reakcji. Sytuacja była dla niego więcej niż oczywista. Mógłby napisać książkę o sytuacjach, w których ktoś się przed nim ukrywał, a Sarah Addington nie była w tym temacie zawodowcem. Miał pewność, że dźwięki po drugiej stronie to niezdarne kroki osoby, która nie chciała zostać zauważona.

Gdy Isla usłyszała o propozycji kawy, pierwszy raz zdała się szczerze rozpromienić. Można było wręcz odnieść wrażenie, że w krótkim czasie polubiła pasażerkę, a Wendy z reguły ufała takim przeczuciom.
- Oh, to całkiem miłe. Mam masę obowiązków, ale gdzieś cię wcisnę. Ostatecznie dobra reprezentacja Sionn to także mój obowiązek - Mitchell w rozbawieniu odsłoniła zęby. - Pokażę ci trochę okolicę, a wcześniej pójdziemy do Matta. Tylko na niego uważaj. To straszny pies na baby, ale kawę robi świetną.
Rozmawiały jeszcze jakiś czas, choć to głównie Isla opowiadała o mieście. Jej chłodny wizerunek uległ zmianie i choć ciągle trzymała pewien dystans, to nie wynikał on z cynizmu, ale raczej doświadczenia, jakie przychodziło z wiekiem.
Twierdziła, że personel w hotelu „Jemioła” jest raczej upierdliwy, choć warunki mają niezgorsze. „U Richarda” było lepiej, ale tam znowu zawyżali ceny. Rekomendowany przez nią pensjonat prowadziła starsza wdowa, która miała być bardzo ciepłą kobietą.
Potem perorowała o Sionn jako takim. Tartak, który jakiś czas temu minęły, jeszcze niedawno należał do miasta, gdzie zresztą zwożono przerobioną tarcicę. W następnej kolejności wysyłano surowiec do różnych zakątków Wielkiej Brytanii. Niestety, okoliczne drewno nie było zbyt dobrej jakości, co miało bezpośredni wpływ na przeciętną ilość zamówień. Na dodatek kilka lat wcześniej WZN* uchwaliło ustawę, która mocno ograniczała wycinkę drzew na terenie Snowdonii, a potem całych Gór Kambryjskich. Tłumaczono to faktem, że i bez tego wspomniane tereny nie były dostatecznie zalesione. W ten sposób prace w tartaku porzucono, a lokalny przemysł poszedł w kierunku produkcji części samochodowych, czym zajmował się niewielki zakład. Ponadto gospodarkę Sionn zasilał pomniejszy handel oraz lokalne usługi. Czasem groszem sypnęli turyści, choć nigdy nie było ich tutaj od zatrzęsienia.
Potem Isla wspomniała same okolice Sionn, a mianowicie mocno odradzała schodzenie z wytyczonych szlaków. W promieniu kilkudziesięciu kilometrów znajdowało się tylko parę mieścin, lecz przypominały one samotne wyspy, rzucone w przestwór nieokiełznanych gór. Dyrektorka szczególnie przestrzegała przed wycieczkami na północ od miasta, gdzie znajdowała się sieć jaskiń oraz ruiny pamiętające jeszcze czasy angielskiej wojny domowej.
Mitchell przerwała nagle swoją perorę, wskazując smukłą dłonią gdzieś przed siebie. Wendy nie rozumiała o co tamtej chodzi, dopóki nie ujrzała błękitnych rozbłysków między drzewami. Chwilę potem rozległ się krótki dźwięk syreny. Już po kolejnym zakręcie obydwie kobiety zorientowały się, że źródłem światła był model Yamahy, który używano do interwencji medycznych.
Siedząca na nim kobieta była dość niska. Spod zdjętego kasku wyłoniły się średniej długości, ciemne włosy oraz piegowata twarz. Zanim spojrzała w kierunku auta, zdawała się pilnie obserwować las.

* Walijskie Zgromadzenie Narodowe.


Szereg chaotycznych myśli nieustannie buzował w głowie Maddison. Silne poczucie obowiązku walczyło z licznymi obawami. Żadne rozwiązanie nie zdawało się jednoznacznie właściwe. Pomysł samotnej wyprawy do lasu, bo „coś się zauważyło” brzmiał co najmniej kuriozalnie. Z drugiej strony jej zawód wymagał, aby najmniejszy nawet symptom zagrożenia dla ludzkiego życia traktować bardzo poważnie. W końcu postanowiła interweniować i włączyła światła błyskowe. Niebieska łuna rozlała się między drzewami, wydłużając cienie i podrywając do lotu kilka ptaków.
- Co za łażenie po lesie o takiej godzinie?! - głos kobiety zawibrował między drzewami, dziwnie rezonując.
Niemal natychmiast odpowiedział jej trzask łamanej gałęzi, który nie mógł być przypadkowy, ani spowodowany przez dzikie zwierzę. Chwilę potem odgłos zawtórował, tyle że gdzieś dalej. Ktoś oddalał się, raczej w umiarkowanym tempie. Okoliczny teren był pełen nierówności, więc tamta osoba mogła być za którymś wzniesieniem lub w jednym z licznych jarów.
Wszystko to zostało jednak zagłuszone przez inny dźwięk. Zza zakrętu wyłoniło się ciemne auto, oblewając Maddison ciepłą poświatą. Samochód zaparkował na poboczu i dopiero teraz Murphy mogła przyjrzeć się osobom w środku. Prowadząca pojazdem najogólniej przypominała wracającą z pogrzebu matronę, natomiast jej towarzyszka wydawała się pochodzić z zupełnie innej bajki. Była całkiem atrakcyjną brunetką z szczegółowo zaczesaną fryzurą.
Drzwi sedana uchyliły się. Pierwsza kobieta ledwie szepnęła do drugiej, lecz podkręcone stresem zmysły Maddison pozwoliły jej wszystko usłyszeć.
- Powinniśmy przynajmniej zapytać, prawda Wendy? - nieco upiorna dama przeniosła zimny wzrok na ratowniczkę. - Czy możemy jakoś pomóc?

Foxy z czasem nieco się uspokoiła, lecz Robin zbyt dobrze znała suczkę, aby wiedzieć, że zwierzę wciąż wyczuwa jakieś napięcie. Kobieta najpierw zajęła się plamą, na szczęście dostatecznie świeżą, aby zejść bez większych problemów. Oczywiście, to nie zadowoliło pracowniczki recepcji, lecz Carmichell nie zdawała się tym specjalnie przejmować. Na swoje pytania otrzymała zdawkowe odpowiedzi i już wkrótce, zapewne bez żalu, opuściła hotel.
Toller poczuł się wyraźnie lepiej na świeżym powietrzu. Obwąchiwał trawniki, czasem próbował podbiec tu i ówdzie. Nadal jednak potrafił zastygnąć w miejscu i spoglądać gdzieś przed siebie, choć Robin nie dostrzegała we wspomnianym kierunku nic szczególnego.
Sami mieszkańcy Sionn zdawali się funkcjonować zupełnie inaczej niż w dużych społecznościach. Większość bez pośpiechu przechadzała się chodnikami, jakby obce im było pojęcie obowiązku. Dziś nie wydawali się być aż tak zaaferowani nową twarzą w mieście i napotkała tylko kilka spojrzeń.
Spokojne - to słowo było w stosunku do tego miejsca możliwie trywialne, ale i adekwatne. Przysadziste domki ze spadzistymi dachami stały na różnej wysokości terenu, sprawiając wrażenie, że nachylają się do siebie. Główne ulice miasta poprowadzono przez bardziej regularny teren, tam też stało kilka sklepów oraz zakładów usługowych, których kształt utrzymano w oszczędnej kwadraturze. Na obrzeżach miasta rysowało się kilka metalowych hangarów, służących za magazyny oraz coś na rodzaj niewielkiej fabryki.


Szpital znajdował się w centrum miasta. Był to pobielany, trzykondygnacyjny budynek z betonowym parkingiem. Swoją klinikę miał tutaj również weterynarz, do którego Carmichell zapisała się bez większych problemów. Wizytę miała już za godzinę, toteż pozostały jej czas postanowiła spożytkować - tak jak planowała - na zjedzeniu śniadania. Pracownica hotelu powiedziała jej wcześniej, a raczej mruknęła, że powinna sprawdzić stołówkę należącą do ośrodka, choć kawałek od niego oddaloną. Szybki rekonesans Robin wykazał, że w okolicy ma przynajmniej jeszcze kilka opcji. „Eisteddfod” było tematyczną knajpka, która swoją nazwą oraz wystrojem nawiązywała do tradycyjnego festiwalu. Z informacji na szyldzie „Kawiarni Matta” wynikało, że serwują tam również śniadania. Miejsce to miało bardziej stonowaną, jeśli nie smutną stylistykę. Był jeszcze bar samoobsługowy z owcą na szyldzie, który wyglądał na częściej uczęszczane miejsce na każdą kieszeń.
 

Ostatnio edytowane przez Caleb : 26-12-2019 o 10:37.
Caleb jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 31-12-2019, 17:04   #7
 
GreK's Avatar
 
Reputacja: 33336 GreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputacjęGreK ma wspaniałą reputację
Sarah Addington


Wysiadając na Govanhill Street kolano zaprotestowało tępym bólem na ponad czterogodzinną podróż samochodem z wyprostowaną nogą. Potrzebował przekuśtykać kilka metrów zanim dolegliwość rozlała się wzdłuż nogi zmieniając intensywność z dwustufuntowej baletnicy tańczącej piruety na kolanie, w dwustufuntową baletnicę oplatającą nogę w miłosnym uścisku. Ta druga była czulsza i Huw traktował ją jak starą, uprzykrzoną kochankę, której ciężko się pozbyć, a której brak od razu jest odczuwalny.

Brzydota Liverpoolskich czynszówek w pewien sposób pociągała detektywa i nim wszedł do klatki pachnącej stęchlizną, pozwolił sobie na jej uwiecznienie w kilku szybko złapanych kadrach.

Idąc korytarzem, któremu ktoś próbował nadać pozory schludności, wręcz czuł na sobie wścibskie spojrzenia wyzierające przez okna judaszy. Najbardziej niezawodny system monitoringu - ciekawski sąsiad. Ciche odgłosy obecności dochodzące zza drzwi z numerem dwanaście, świadczyły o tym, że Sarah Addington najprawdopodobniej nie miała ochoty na gości. Uśmiechnął się łagodnie do wizjera i sięgnął do kieszeni skąd wyciągnął wizytówkę, na której dużymi literami było napisane:

Huw LWYD
licencjonowany detektyw

Przysunął kartonik do szklanego oka drzwi i przytrzymał nieruchomo, tak żeby osoba po drugiej stronie miała możliwość odczytania. Nie doczekał się reakcji, więc skreślił długopisem kilka słów na odwrotnej stronie karteczki i wepchnął ją w szczelinę między framugą a drzwiami. Niespiesznie udał się schodami na dół. Mrok zaczął już przykrywać brzydotę zaśmieconej uliczki. Usłyszał skrzypnięcie drzwi na piętrze, przejeżdżająca niedaleko na sygnale karetka zagłuszyła ich zamknięcie. Siwy stał jeszcze przez chwilę przy wyjściu z klatki chłonąc wątpliwy urok miejsca. Obserwując otoczenie. Wsłuchując się w wieczorne rozmowy Anglików, w groźne pomruki budynku. Gdzieś obok ktoś głośno dyskutował, w tle słychać było włączony telewizor. Z zewnątrz dochodziły odległe krzyki. Wiatr przeciągnął po ulicy z brzęczeniem pustą puszkę. Detektyw oderwał się od ściany i wsiadł do samochodu. Ruszył niespiesznie, kodując w pamięci rozkład bram, uliczek, okolicznych sklepików. Motel znalazł dwie ulice dalej, około piętnaście minut piechotą. Była opcja wynajęcia pokoju na godziny. Zapłacił z góry za dwie doby. Nie zakładał, żeby musiał tutaj spędzić więcej czasu. Pokój był mały. Mieściło się w nim łóżko, wąska szafka i niewielka łazienka z prysznicem zasłoniętym foliową kotarą. Woda była jednak gorąca a pościel czysta i to było wszystko czego mu trzeba było w tej chwili. Po szybkim prysznicu, już w łóżku odpalił laptopa i przeszukał fora społecznościowe w poszukiwaniu informacji na temat państwa Addington. Tak jak podejrzewał, zdjęcia były ściągnięte z facebooka. Sarah nie miała założonego profilu. Znalazł za to firmę ubezpieczeniową, w której pracował Elijah. Oddział Independent Insurance. Addington znajdował się na liście pracowników, lecz oprócz służbowego maila oraz telefonu nie było tam nic więcej.
Hacwyr milczała ale minęło dopiero kilka godzin odkąd wysłał jej zlecenie. Nastawił budzik na piątą rano i poszedł spać. Był zmęczony, więc nawet hałasy dochodzące zza cienkich ścian nie były w stanie mu przeszkodzić.

***

Telefon zadzwonił przed budzikiem. Tak jak się spodziewał, wyświetlił się numer, który podał mu Thony. Najwyraźniej noc minęła Sarah na walce z myślami. W słuchawce odezwał się wyraźnie zmęczony głos kobiety w średnim wieku.

- W jaki sposób może pan pomóc? - spytała wprost, bez żadnego wstępu.

Huw usiadł na łóżku. Potarł zmęczone oczy starając się odgonić resztki snu.

- Prowadzę inną sprawę - zaczął ostrożnie, - która naprowadziła mnie na zniknięcie pani męża. Jest bardzo prawdopodobne, że obie są powiązane, ale to będę mógł potwierdzić dopiero po rozmowie z panią.

Wstał. Odsunął rolety. Za oknami była jeszcze noc. Cisza w słuchawce niebezpiecznie się przedłużała.

- Byłem kiedyś policjantem, wiem jak pracują. Póki nie ma trupa, ten temat nie będzie priorytetem a jedynie jednym z setek innych. - Zrobił pauzę, żeby przetrawiła informację. - Ja zajmuję się tylko tym. Nic pani nie traci spotykając się ze mną.

Kobieta nadal milczała i Huw słyszał tylko jej płytki oddech. Czyżby zastanawiała się skąd o niej wiedział? A może uznała jego telefon za ostatni łut nadziei? Czasem jakby instynktownie potrafił nawiązać z kimś więź, z drugiej strony przy podobnie delikatnych sprawach mógł skrewić przez jedno niewłaściwe słowo.

- Co konkretnie jest podobnego w tamtej sprawie, że postanowił pan zadzwonić? - Sarah odchrząknęła, jakby chciała ukryć delikatne zainteresowanie.

Spodziewał się tego pytania, czekał na nie, dlatego odpowiedział bez zastanowienia.

- Czy pani mąż przed zniknięciem miewał koszmary? O tunelu, z którego nie potrafił wyjść… - zawiesił głos czekając na reakcję. To był jego jedyny strzał, jedyna szansa.

Uzewnętrznianie się przed obcym człowiekiem wyraźnie zdezorientowało panią Addington. Odczekała jednak tylko chwilę, po czym podjęła temat:

- Dręczyły go koszmary, to prawda. Ogólnie źle spał, ale pod koniec nie mówił mi już zbyt wiele. Może i był tam jakiś tunel. Średnio rozumiem jaki ma to związek z tematem.

- To nie jest rozmowa na telefon. - Spojrzał na zegarek. - Jest dość wcześnie ale za dziesięć minut otwierają piekarnię na Irvine Street, to przecznica od pani mieszkania, wie pani gdzie to? Tam zdaje się można napić się kawy. Nie wiem jak pani, ale ja potrzebuję kawy.

Uśmiechnął się. Wiedział, że go nie widzi, ale wiedział też, że wyczuje ten uśmiech.

- Jeśli stwierdzi pani, że opowiadam bzdury rozstaniemy się i już nie będę pani nachodzić.

Usłyszał jak Sarah cicho wciąga powietrze, dopiero po chwili orientując się, że odpala papierosa.

- Dobrze- powiedziała wreszcie. - Proszę tam na mnie zaczekać - zakończyła połączenie.

Zmył zimną wodą resztki snu i udał się na piechotę do piekarni.

Na miejscu ujrzał niewielki, utrzymany w ciepłych kolorach lokal. Zwykle większość klientów siedziała na wiklinowych krzesłach przed wejściem do piekarni, szczególnie kiedy było jeszcze umiarkowanie ciepło (Liverpool mógł cieszyć się ostatnimi dniami lata). O tej godzinie nie było tu jednak nikogo. Miejsce to dzieliło się na dwie części: w pierwszej znajdował się zwykły sklep z pieczywem, a w drugiej coś na rodzaj kawiarni. Można tu było zamówić przekąski oraz kawę właśnie.
Lwyd zajął miejsce, na co od razu zareagowała drobna dziewczyna, zbierając od niego zamówienie. Ledwie zdążyła się oddalić, jak zza drugiej strony ulicy wyłoniła się kobieta, która mogła być tylko Sarah Addington. Wstał i obserwując jak się zbliża odsunął krzesło od stolika. Miała na sobie marynarkę oraz czarne spodnie i jak jeszcze ubiór trzymała w jakimś ładzie, tak z całą resztą było znacznie gorzej. Już z daleka zauważył sińce pod oczami, bladą cerę i skołtunione włosy.
- Pan Huw - bardziej stwierdziła niż zapytała, zajmując trzymane przez detektywa krzesło. Dosunął je. Natychmiast odpaliła kolejne malboro. Huw zgarnął popielniczkę z sąsiedniego stolika i postawił przed kobietą nim sam zajął miejsce naprzeciwko niej.

- Pani Addington. Zamówić pani kawę? - Nie czekając na odpowiedź skinął na obsługę.

- Podwójne espresso, dziękuję - wyglądała jakby potrzebowała kawy bardziej niż on. Złożył zamówienie.

- Na początku chciałbym wyjaśnić, że za moją usługę nie oczekuję wynagrodzenia, mój klient już płaci za prowadzenie tej sprawy, która jak już wspomniałem wcześniej może łączyć się ze zniknięciem pani męża - przeszedł od razu do sedna. Biorąc pod uwagę dzielnicę w jakiej mieszkała Sarah i jej obecną sytuację, pieniądze mogły mieć kluczowe znaczenie.
Kobieta patrzyła na niego z kolei trochę nieobecna. Zmęczenie oraz stres wyraźnie przeorały tę biedną osóbkę. Mógł się tylko zastanawiać na ile będzie chętna do współpracy. Podczas swojej pracy spotykał się z wieloma ludźmi, którzy byli poddawani wpływom silnych emocji. Czasem sprawiały one, że zamykali się w sobie, ale i bywało wręcz przeciwnie - porzucali konwenanse i potrafili mówić zaskakująco szczerze.

Kelnerka podeszła z zamówieniem..

- Więc… - wyciągnęła rękę, aby posłodzić swoją kawę - co właściwie łączy sprawę mojego męża z pańską? Rozumiem, że nie chodzi tu tylko o złe sny

Sarah była na skraju wyczerpania tak fizycznego jak i nerwowego. Huw postanowił od razu przejść do meritum i dać jej nadzieję na odnalezienie męża

- Są dwa wątki łączące te sprawy i jakkolwiek wydaje się to absurdalne, sen w tym momencie zdaje się być kluczowym. Drugim - dodał nie przerywając wypowiedzi, - jest wiadomość jaką otrzymał pani mąż i mój klient, o spotkaniu w mieście Sionn. Podejrzewam, że tam właśnie wyjechał Elijah. Zamierzam się tam wybrać. Nie chcę karmić pani złudnymi nadziejami ale informacje jakie mi pani udzieli mogą zwiększyć szanse znalezienia męża. Czy odpowie pani na kilka pytań?

Jego rozmówczyni odchyliła się nieco na krześle. Kiedy Huw wspominał o jej mężu, oczy kobiety zmieniały się w jakiś dziwny sposób. Wyglądało jednak na to, że detektyw zdobył choć krztynę jej zaufania.

- Tak naprawdę niewiele wiem, ale proszę pytać

Nie spytała skąd ma tą informację i Huw był zadowolony, że nie musi kłamać.

- Czy Elijah korzystał z usług psychologa lub miał serdecznego przyjaciela, któremu mógł zwierzyć się z treści snów.

- Nie mówił mi tego wprost, dopiero podczas śledztwa wyszło, że chodził do specjalisty. Chyba się wstydził, jakby to było coś dziwnego. W każdym razie psycholog też nie chciał powiedzieć wszystkiego, podał jedynie te informacje, które wymogła na nim policja. Zasłaniał się tajemnicą zawodową, rozumie pan. Według jego stanowiska mój mąż nie planował żadnego wyjazdu, raczej sprawiał wrażenie osoby apatycznej i stroniącej od zmian. Cóż, muszę się z tym zgodzić.

Zapalniczka Sarah wyrzuciła z siebie ostatnią iskrę. Huw wyciągnął z kieszeni zapałki i pomógł jej odpalić kolejnego papierosa. Zrozumiał, że jego rozmówczyni znów maskuje swoje emocje. Zajęcie się kolejnym papierosem miało prawdopodobnie zakamuflować to, jak nagle posmutniała, mówiąc o stanie męża. Na jej obliczu rysowało się dodatkowe napięcie, będące czymś innym niż dotychczasowa suma stresu i łez. Było to ledwie widoczne, a jednak zauważalne dla wnikliwego oka Siwego.

- Nie miał wielu przyjaciół. Jeśli można kogoś nazwać w ten sposób, to na pewnego Ritchiego. To jego kumpel jeszcze z czasów szkolnych. Trudno mi powiedzieć czy zechce z panem rozmawiać. Według mnie ma trudny charakter, ale z jakiegoś powodu lubili się z Elijahem.

- Będę potrzebować dokładniejszych danych na temat tych dwóch panów. Jak rozumiem telefon i komputer Elijaha przejęła policja? - stwierdził bardziej niż spytał, a kobieta tylko ponuro przytaknęła.

- Psycholog nazywa się Oliver Gusfield. Zdaje się, że ma klinikę w północnej części miasta. Ritchie… umiarkowanie przepadam za tym facetem, ale pana praktycznie nie znam. Trudno mi powiedzieć czy Elijah by chciał, żeby pan go nachodził. Z całym szacunkiem.

Huw dopił chłodną już kawę. Odstawił filiżankę. Szkło stuknęło o szkło.

- Rozumiem. Nie będę naciskał. Czy mógłbym coś dla pani zrobić. Cokolwiek? Proszę pytać

Ręka jej zadrżała gdy odłożyła filiżankę na spodek. Spojrzała na niego smutnymi, zmęczonymi oczami.

- Chcę tylko wiedzieć czy mojemu mężowi coś naprawdę się stało lub po prostu ode mnie uciekł. I żebym dowiedziała się o tym jako pierwsza, bez względu na to, jak złe wiadomości to nie będą - Sarah drążcym gestem odgarnęła włosy i zrobiła pauzę. Najwyraźniej zastanawiała się ile może jeszcze powiedzieć. - On sobie z czymś nie radził. Odsuwał się ode mnie. Nie rozumiem dlaczego i to jest najtrudniejsze.

Skinął głową.

- Nie znałem pani męża, ale jeśli miałbym zaryzykować stwierdzenie, to powiedziałbym, że miał problemy natury psychologicznej, z którymi sobie nie radził. Nie sądzę, żeby to miało cokolwiek z panią wspólnego.

Zdało mu się, że zobaczył wdzięczność w jej wilgotnych, podpuchniętych oczach.

- Dziękuję, że znalazła pani dla mnie czas. Pozwolę sobie zostawić pani numer telefonu i odezwę się, jeśli tylko uda mi się czegokolwiek dowiedzieć. - Wstał, wyciągnął rękę. - Do widzenia i proszę się nie zadręczać, spróbować odpocząć. Do widzenia.

***

- W Liverpoolu? Siwy, ale co ty kurwa robisz w Liverpoolu?
- Interesy.
- No interesy, interesy, rozumiem, ale pojebało cię Siwy? W Liverpoolu? Przecież to pół dnia drogi...
- Powtarzasz się Paul.
- No wiem, ale Liverpool? -
w tle słychać westchnienie. - Jebany… No dobra. Coś ci zdaje się jestem winien.
- Zdaje się, że tak…
- Dobra, dobra… Mów czego ci trzeba.


***

Pół godziny później Huw siedział w samochodzie i jechał w kierunku Sionn.
 
__________________
Aktualnie gram w:
Dreamcatcher. Horror. Storytelling. Dokąd prowadzi tunel z koszmaru?
Lost Station. Zagubieni w przestrzeni.

Ostatnio edytowane przez GreK : 17-01-2020 o 21:52. Powód: Literka K
GreK jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 01-01-2020, 22:20   #8
 
kanna's Avatar
 
Reputacja: 24072 kanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputacjękanna ma wspaniałą reputację
- Ojej, mamusiu, on ma różowy nosek! Jak króliczek! Jest taki słodki. I takie włoski jaka ja! Mogę go pogłaskać , mamusiu, mogę, proszę? Prooszę!- mała, na oko pięcioletnia dziewczynka, skakała wokół matki, ciągnąc ją w stronę Robin i Roxy. Rude włoski dziewczynki, mino prób ujarzmienia uch spinkami, falowały wokół buzi dziecka.
- Znasz zasady, słonko. Jeśli właściciel pozwoli, to tak. – powiedziała kobieta. – Możemy podejść.
Dziewczynka pisnęła z radości, złapała matkę za rękę i pociągnęła w stronę Robin i pasa. Dwa metry przed kobietą zwolniła, po czym podeszła, pozornie nie zwracając uwagi na psa.
- Dzień dobry. – powiedziała, podnosząc buzię żeby spojrzeć Robin w twarz. – Nazywam się Suzie. Czy mogę pogłaskać pieska?
Zanim Robin zdążyła odpowiedzieć, dodała szybko: - Wiem, jak to się robi. Trzeba być spokojnym, nie wolno dotykać oczu pieska, wyciągnąć rękę i poczekać.
- Widzę, ze świetnie się na tym znasz, Suzie.
– Robin wymieniła spojrzenie z matką dziewczynki, a potem uśmiechnęła się do małej. – To suczka, wabi się Foxy.

Foxy, która kompletnie ignorowała dziewczynka i jej matkę, na dźwięk swojego imania wbiła spojrzenie w twarz Robin. – Focy, przywitaj się z dziewczynką – Robin wskazała małą.

Foxy posłusznie podeszła, trąciła nosem wyciągniętą rękę, zamachała dwa razy ogonem i pozwoliła poklepać się po grzebiecie. Potem wróciła do Robin, wyraźnie zadowolona, że mogła spełnić życzenie swojej pani. ”Chrupek” mówiło jej spojrzenie.
Robin wyjęła przysmak i podała dziewczynce.
- Możesz jej dać. Niestety, Foxy nie jest zbyt towarzyska.

Chwilę potem szły ulicami miasteczka, rozglądając się dookoła. Osada robiła przyjazne wrażenie, podobnie jak mieszkańcy, którzy tak jak mała Suzie wydawali się przychylnie nastawienie do psa i jego właścicielki. Robin złapała kilka życzliwych spojrzeń i z każdym krokiem czerpała coraz więcej przyjemności ze spaceru. Była już pewna, że jej wczorajsza , lekko lękliwa, reakcja na miasteczko była mocno przesadzona. Mili ludzie, miła okolica.
Może to właśnie było problemem i przyczyną nocnej wpadki? Jej nastawienie, które psica wyczuła i przetworzyła po swojemu? Trudno powiedzieć. Teraz Foxy też wydawała się mniej skoncentrowana niż zwykle, zdarzało się jej zapatrywać w dal, jakby coś przyciągało jej uwagę. Robin wędrowała wzrokiem za spojrzeniem psa, ale nic nie widziała. Dobrze, że będzie mogła porozmawiać z weterynarzem, to powinno je obie uspokoić…

- Noga, Foxy, idziemy – pies błyskawicznie ostawił nos na wysokości lewego kolana kobiety. Szły powoli, rozglądając się za miejscem na śniadanie.
Wybór nie był duży, do „Eisteddfod” można było wejść ze zwierzęciem. Do „Kawiarni Matta” oraz lokalu z owcą już nie, lecz Robin zauważyła kilka stolików na zewnątrz. Jedynie na drzwiach stołówki widniał duży piktogram z przekreślonym psem.

Wróciła do „Eisteddfod”- napis Pet friendly opisany na stylizowanym piktogramie przedstawiającym wpisane w siebie sylwetki psa, kota i papugi zachęcał do wizyty.
Weszły do środka, Robin zamówiła śniadanie i zajęła stolik przy oknie. Foxy ułożyła się pod stolikiem, przy ścinie. Przez chwilę udawała, że jej nie ma, a potem zapadła w drzemkę.

Robin jadła niespiesznie, obserwując ulice i chodnik. Życie w Sion wydawało się toczyć powoli, jakby dostosowując się do tempa posiłku. To było miłe uczucie.
 
__________________
Takimi, jakimi wydają się być, rzeczy są rzadko. A kobiety nigdy. Pół wieku poezji
kanna jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 02-01-2020, 20:49   #9
 
Pan Elf's Avatar
 
Reputacja: 39501 Pan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputacjęPan Elf ma wspaniałą reputację
- Tylko na niego uważaj. To straszny pies na baby, ale kawę robi świetną - powiedziała Isla, a Wendy pomyślała, że wcale nie pogardziłaby miłym towarzystwem mężczyzny.
Co prawda nie miała pojęcia, jaki w rzeczywistości był Matt od kawy, ale jej wyobrażenie o nim było całkiem przyjemne. Zdała sobie też sprawę, jak bardzo zaniedbywała swoje życie towarzyskie. Czy w ogóle jakiekolwiek miała, odkąd zaczęła pracować nad rozwojem swojej kariery? Z przykrością uświadomiła sobie, że było ono wątpliwej jakości. Miała masę znajomych, spotykała się również z kilkoma facetami, ale nie było to nic poważnego. Przynajmniej nie z jej strony - bo wiedziała, że nie miała na to czasu. Przynajmniej czas był jej wymówką. Tak naprawdę nie chciała nikogo do siebie dopuścić. Nie potrafiła nikomu zaufać na tyle, by wpuścić go do swojego życia. Tak, Wendy miała wielu znajomych, ale nikogo bliskiego. Sama jednak tak wybrała, bo tak było wygodniej.

Wendy ocknęła się z zamyślenia, kiedy Isla opowiadała o miejscowych hotelach. Z jej słów wynikało, że najlepszym miejscem do zatrzymania się był pensjonat prowadzony przez starszą kobietę, której imienia nie wyłapała. Adams postanowiła, że skorzysta z rekomendacji swojej nowej znajomej i to właśnie tam zamierzała się zameldować. Marzyła o ciepłej, relaksującej kąpieli i wygodnym łóżku. Czuła, że jeśli tylko położy się w miękkiej pościeli, to od razu zaśnie. I ta myśl przypomniała jej, dlaczego w ogóle znalazła się w tym miejscu. Sny. Korytarz. Tajemnicza wiadomość. Właściwie co miała zrobić, kiedy już znajdzie się w Sionn? Nie przemyślała tego, co było bardzo głupim z jej strony. Może liczyła, że przypadkiem trafi na rozwiązanie? Albo może nadawca listu sam ją odnajdzie? W końcu jakimś cudem podrzucił jej kopertę do torebki, więc musiał wiedzieć kim ona jest.
Postanowiła, że będzie się tym przejmować następnego dnia, kiedy zje śniadanie i wypije poranną kawę u Matta, który w jej głowie był przystojnym blondynem o powalającym uśmiechu.

Tymczasem samochód, którym jechała, zaczął zwalniać i dopiero po chwili Wendy zorientowała się, co było przyczyną. Wendy skrzywiła się nieco na myśl, że wymarzona kąpiel i kawa będą musiały poczekać.
- Może powinnyśmy pojechać dalej? Wydaje się, że ona wie, co robi… A nawet jeśli nie, to nie nasza sprawa - spróbowała zasugerować, lecz czuła, że jej wysiłki były zbędne.
- Powinnyśmy przynajmniej zapytać, prawda, Wendy?
Adams westchnęła i wzruszyła jedynie ramionami. Cóż innego mogła zrobić, skoro Vampirella najwidoczniej już postanowiła i nie zamierzała zmienić zdania? Miała tylko nadzieję, że motocyklistka wpatrująca się w las nie będzie potrzebowała ich pomocy. Z drugiej strony, gdzieś w głębi, Wendy czuła rosnące zaciekawienie. Co ta kobieta robiła w tym miejscu i czego wypatrywała w lesie?
 
Pan Elf jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 03-01-2020, 19:12   #10
 
Proxy's Avatar
 
Reputacja: 14441 Proxy ma wspaniałą reputacjęProxy ma wspaniałą reputacjęProxy ma wspaniałą reputacjęProxy ma wspaniałą reputacjęProxy ma wspaniałą reputacjęProxy ma wspaniałą reputacjęProxy ma wspaniałą reputacjęProxy ma wspaniałą reputacjęProxy ma wspaniałą reputacjęProxy ma wspaniałą reputacjęProxy ma wspaniałą reputację

- Dobry wieczór - odezwała ratowniczka nie odrywając głowy od zaparkowanego samochodu. Jej oczy były cały czas przymrużone od reflektorów pojazdu. Nie przeszkodziło to jej na ocenie pasażerek jak i wozu. - Panie tutejsze? Mają panie dużą latarkę? - dodała rozkładając nóżkę motoru i zsiadając z niego.
Ta, która najprawdopodobniej miała na imię Wendy, pokręciła przecząco głową i spojrzała wyczekująco na tę drugą, siedzącą za kierownicą. Pewnym było, że nie chciała za bardzo się mieszać, ale uzależniona była od kierowcy, więc nie miała większego wyboru.
Kierująca pojazdem tylko pokręciła głową. Jednocześnie zachęciła swoją towarzyszkę, aby podążała za nią.
- Nie noszę przy sobie takich rzeczy - wyjaśniła kobiecie na motorze. - Jedyna latarka jaką posiadam, to ta w moim telefonie. Ale domyślam się, że to panią nie zadowoli.
Zbliżyła się. Jej blada twarz zdawała emanować własną aurą.
- Jestem z Sionn, moja koleżanka to przyjezdna. O co tu właściwie chodzi, jeśli mogę zapytać? - jej wzrok spoczął gdzieś między cieniami drzew.
- Komuś zebrało się na spacery w środku nocy i po ciemku... - odparła ratowniczka przyglądając się rozmówczyni. - Wie pani, czy jest tu w okolicy jakaś zabudowa? Mapa pokazuje kawałek do Sionn, a spacerowanie w takich warunkach jest co najmniej głupie.
- Z tego co mi wiadomo, nic tutaj nie ma. Musiało się pani coś przesłyszeć - ostatnie słowa tamta powiedziała mocniej, jak gdyby chciała wymusić właśnie takie stanowisko.
Maddison wyciągnęła kluczyk ze stacyjki najwidoczniej decydując się na podążenie za głupcem. Światła migały cały czas, co chwila rażąc w oczy swoją uporczywością. Spojrzała na swoje tobołki reflektując się nad nimi, lecz koniec końców nie zabierała z nich nic dodatkowego, poza tym, co miała na sobie.
- Często w wiadomościach mówią o zagryzieniu przez zwierzynę?
- Oh, bynajmniej. To zwierzęta bardziej boją się nas, niż na odwrót. Ale proszę zaczekać - starsza dama zrobiła krok do przodu. - Nazywam się Isla Mitchell. Domyślam się, że jest pani zawodowcem, ale proszę przynajmniej zapisać mój numer telefonu. Tak na wszelki wypadek.
W międzyczasie druga kobieta w końcu też wysiadła z samochodu, choć nie miała wcale zadowolonej miny. Stanęła obok i spoglądała to na las, to na motocyklistkę. Opatuliła się szczelniej płaszczem.
- Jeśli ktoś wybrał się po ciemku do lasu, to znaczy, że wie co robi. Powinnyśmy dać temu spokój i jechać do miasta - powiedziała Wendy, zaczesując kosmyk włosów za ucho i niepewnie rozglądając się dookoła, jakby szukając zwierzyny, o którą zapytała Maddison.
Isla spojrzała na nią przez chwilę. Niebieskie światła odbijały się w jej oczach, nadającym im wygląd szklanych punktów.
- Chyba masz rację. Nie czas na ratowanie całego świata - jej usta zwężyły się do cienkiej kreski i ponownie zwróciła się do właścicielki motoru. - Oczywiście nie posiadam kompetencji, aby panią pouczać, ale moim zdaniem to marnowanie czasu. Nawet jeśli założymy scenariusz, że ktoś zgubił się o tej godzinie w lesie… przecież wyszedłby tutaj pierwszy, prawda? Niemniej decyzję pozostawiam pani.
Maddison spojrzała spode łba na obie kobiety. Nie była zadowolona, acz starała się ukryć to przed nieznajomymi, lub przynajmniej nie wylewać na nie swoich emocji. Nie mniej, mówiły jak najbardziej z sensem. Ktoś, kto podejmował takie decyzje sam sobie robił krzywdę, a palenie własnych sił na to, by za każdym razem wybijać mu to z głowy było... bezcelowe. Nie było w końcu sensu na siłę pomagać tym, którzy tej pomocy nie chcieli. Ratowniczka miała dokładnie takie podejście jakie przedstawiały kobiety. Niestety znaczna część interwencji ratownictwa medycznego dotyczyła właśnie takich osób. Było to irytujące, lecz nie to powodowało nerwy Murphy. Wcale nie ratowała świata... wcale nie chciała ściągnąć nieszczęśnika z altruistycznych zapędów, a... z egoistycznych... Chciała wejść do lasu, by nie poczuć się gorzej z czystej niewiedzy lub wpadając na notkę prasową o zgonie. Zmusiła się do tego, choć za żadne skarby nie miała na to ochoty.
- Taka praca - odparła z niezadowoleniem chcąc jak najszybciej ukrócić drażniącą wymianę argumentów. - Maddison Murphy - przedstawiła się starając utrzymać bardziej neutralny ton - Numer do kogoś z Sionn może być przydatny.
Mitchell wyjęła komórkę i podała swój numer. Nie dało się zignorować tego, jak mimochodem patrzyła na motor oraz Maddison jako taką. Jej wzrok zdawał się oceniać sytuację, lecz potencjalne uwagi najwyraźniej zostawiła dla siebie.
- Będziemy się zbierać - wskazała na swoją pasażerkę, która z wyraźną ulgą ruszyła w stronę samochodu. - Proszę pamiętać o telefonie.
- Dobrej nocy - odpowiedziała ratowniczka decydując się na ostatnią chwilę po sięgnięcie do tobołków motoru.
Isla zaczęła wracać do auta, lecz robiła to bardzo powoli, niby to udając, że sprawdza coś na swoim samsungu. W istocie coraz spoglądała w kierunku lasu oraz Murphy. Już wewnątrz samochodu, jakby próbując ugrać coś na czasie, zapytała Wendy:
- Dziwne miejsce na interwencję ratowniczą, nie sądzisz? O czymś takim właśnie przestrzegałam - i to bez względu na uprawiany zawód. Ale cóż, każdy tutaj jest dorosły.
Spojrzała ostatni raz na drogę, aby sprawdzić jaka będzie ostateczna decyzja stojącej tam kobiety. Ta wygrzebała niewielką latarkę, która była przeznaczona do badania reakcji źrenic na światło. Warto było mieć coś dodatkowego niż latarka w telefonie. Pragnienie braku wyrzutów sumienia było silniejsze niż logika podpowiadająca pozostawienie człowieka w lesie na jego własne życzenie. Swoją drogą, gdyby pani Mitchell nie nadjechała swoim samochodem, Murphy mogła się wahać do momentu stracenia dźwiękowego tropu i byłoby po problemie... Ale nie... Musiała się pojawić i sprawić, że już tylko wlezenie w las dałoby spokój ducha.
W końcu rozświetlony motor pozostał na poboczu, a wściekła ratowniczka bluzgająca pod nosem z kosmiczną niechęcią udała się w ślady odgłosu łamanych gałązek. Musiała dać z siebie jeszcze minimum wysiłku, by uznać, że całe zamieszanie jest nieporozumieniem, lub zwykłymi zwidami. Potrzebowała tego, by bez dodatkowego ciężaru w końcu dojechać do tego zapchlonego Sionn i w spokoju zasnąć.


 
Proxy jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Odpowiedz



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 22:55.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2020, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168 169