![]() | ![]() |
![]() |
| |||||||
| Archiwum sesji Innych Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemach innych (wraz z komentarzami) |
| | Narzędzia wątku | Wygląd |
| | #141 |
![]() | Caroline wybiegła z niemałego jak na jej miare pokoju, nie trzaskając za sobą drzwiami tylko czekając aż one same się zamkną. Biegnąc przed siebie podciągnęła lekko ku góre swą suknie by nie potknąć się o jej chropowaty materiał. Omijając oniemiałą słuszkę zgubiła pantofelek. Szybko wróciła po niego. Spojrzała na kobiete iskrami swych oczu i zdejmując z nogi drugi pantofelek podeszła do niej. - Uważaj na nich. I proszę Cię, weź to. Zrób z tym co chcesz. To będzie mój mały test dla mnie. Jeśli kiedyś ten pierścionek wróci do mnie znaczy to, że jestem coś winna Leonardowi zaś jeśli nie...będe go mieć tylko w sercu... - mówiąc to zacisnęła służce w dłoniach pierścionek ze szmaragdowym oczkiem - Jesteś piekną dziewczyną. Uważaj na siebie. - dodała po czym szybko z bucikami w dłoni pobiegła w kiedunku bramy. Myśli jej zmieszane, a jednak ułozone. Oczy iskrami wypełnione a jednak tak puste. Wszystko było sprzeczne. Wszystko nie tak jak być powinno. Najpierw kompletny brak szacunku dla księdza przez tłum ignoranckich ludzkich bufonów, nastepnie ta sala wypełniona po brzegi ludźkimi sumieniami rozpusty i rządzy pieniądza, w biegu kolei rzeczy ludzie, których nigdy nie powinna poznać. Kim oni w ogóle są, że śmieli zniszczyć jej i tak zrujnowane życie? Nienawidziła tego. Nie mogła znieść na tak ważnej dla niej uroczystości kogoś kto w ogóle nie przejął się śmiercią jej...najukochańszej w życiu osoby. Bo niby po co oni tutaj? By najeść się? Pobawić, poplotkować? A gdzie sens?! Gdyby i ona chciała się dobrze bawić poszłaby na wystawę! Powóz zniszczony...no to gdzie się babo z tym tyłkiem tam pchałaś! Jej uczucia były mieszane jak pogoda panująca w tym okropnym dla niej miejscu. Z miejsca w którym się znajdowała, pobiegła do ogrodu rzucając tylko złym spojrzeniem na osobę w powozie. Biegła, bo tak czuła się lepiej. Wiatr lekko muskał jej twarz i wprawiał w delikatny ruch jej kasztanowe włosy. Stanęła pod drzewem, pięknym i dorodnym niczym owoce jakie na nim zazwyczaj rosły. Oparła się o niego plecami i zaykając oczy uniosła lekko w górę głowę. Wiatr...zrobiła się nagle tak delikatnie, lekko i tak ciemno. Poczuła na chwilę szczęście, a w nim zobaczyła twarz Leonarda i gdzieś w myśli usłyszała słowa "Chyba nie chcesz bym był dla Ciebie tylko sercem?" Otworzyła gwałtownie oczy i wszystko prysnęło. Łza zakręciła jej się w oku, a dziewczyna osunęła się w dół drzewa i schowała w dłoniach każdą z łez, która dla niej była krzykiem o pomoc.
__________________ WYJECHAŁAM!! NIE WIEM KIEDY WRÓCĘ xd ;< |
| |
| Reklama |
| |
| | #142 |
![]() | Lorenzo - W kierunku bramy ?- Westchnał ciężko. Diabli nadali tę poetkę, przecież nie będzie bawił sie w niańkę jakiejś artystki. Czort z dziewczyną przemknęło mu przez głowę, sama się znajdzie jak ochłonie. Uśmiechnął się do służącej i ujął pod rękę. - Nie moja droga Monique, nie myślałem o pannie Caroline. Znajdzie się sama jak się wypłaczę. Wina napijemy się my. Mówiąc to prowadził służącą w stronę ławeczki schowanej w cieniu rozłożystego platana. Posadził na niej Monique, wyjął z dłoni kieliszki i postawił obok. Butelka, którą odebrał od oniemiałej chyba nieco dziewczyny, pomimo jego jednej ręki w magiczny niemal sposób została błyskawicznie odkorkowana. Wkrótce ciemnorubinowy płyn został rozlany do kryształowych kieliszków. Lorenzo podniósł go i swiatła lampionów zaczęły grać tęczowymi iskrami na załamaniach szkła. Uśmiechnął się do siebie na ten widok i zwrócił do dziewczyny. - Za pamięć naszego nieocenionego Leonarda, oby bogowie znalezli mu miejsce u swego boku, albowiem zasłużył na to po stokroć. Mówiąc to upił łyk wina. - Znałaś messer da Vinci ?
__________________ Nie daj Boh z Ivana pana, a z Marijki dobrodijki. Odkąd umarła mądrość błaznów, błazeństwo mędrków wzrosło niepomiernie. Co to jest nicość ? Pół litra na dwóch. Jestesmy tylko szeptem czasu, który przemija... |
| |
| | #143 |
| Administrator ![]() | Monique Oszołomiona służąca siedziała sztywno na ławce i obserwowała okrągłymi ze zdziwienia oczami co robi Lorenzo. Po stokroć przeklęła już dzień, w którym uparła się służyć na tak wielkim i wystawnym przyjęciu nie mając jeszcze żadnego doświadczenia. Pomyślała jednak, że to będzie niegrzeczne, jeśli odmówi kapitanowi wypicia wina za pamięć pana da Vinci. Upiła więc łyk szkarłatnego płynu, przetrzymując go nieco dłużej w ustach i rozkoszując się jego smakiem, kiedy delikatnie otulał jej podniebienie i powoli przepływał przez gardło. Wrażenie było niesamowite, aż zakręciło jej się w głowie. Potem bardzo nieśmiało uśmiechnęła się do Lorenza, wciąż pozostając spiętą i sztywną. - Nie, panie kapitanie, nie znałam szlachetnego pana da Vinci. Nigdy go nawet nie widziałam. Ale wiem, że był największym człowiekiem wśród ludzi i że jego strata głęboko dotknęła całą ludzkość - ostatnie zdanie zabrzmiało tak, jakby zacytowała czyjąś zasłyszaną wypowiedź - Jeśli... jeśli wolno mi spytać... - zająknęła się nieco - Pan był przyjacielem pana da Vinci?
__________________ – Chciałem powiedzieć (...) że na tym świecie jest chyba coś, dla czego warto żyć. Śmierć zastanowił się przez chwilę. KOTY, stwierdził w końcu. KOTY SĄ MIŁE. T. Pratchett Czarodzicielstwo |
| |
| | #144 |
![]() | Lorenzo - Wolno zapytać - uśmiechnął się, usiadł i zamilkł zamyślony. Dopiero po dłuższej chwili odpowiedział i odpowiedzi tej udzielił głosem tak zmienionym i poważnym, że dziewczyna aż spojrzała na niego zdumiona. - Nie wiem czy tacy ludzie jak Mistrz mają w ogóle przyjaciół. Są na to za wielcy, pochodzą z innego świata, może spadają z nieba jak gwiazdy, są inną rasą. A może to my po prostu skarleliśmy. Ale pewnie i tak nie wiesz o czym mówię. Tak znałem go od bardzo dawna, jeszcze z czasów Florencji, kiedy byłem mlodzieniaszkiem na dworze Medicich, a on był już tam mędrcem, wynalazcą, inżynierem, głównym zbrojmistrzem i Bóg na niebiosach widzi, że sam nie wiem kim jeszcze. Zapatrzył się w ciemność sącząc wino z kieliszka i znów nie odzywał się przez długą chwilę. Dopił zacny trunek poczym wstał i popatrzył na Monique. - Nie warto jednak zbyt długo się trapić. Dopij zatem wino i poszukamy panny Caroline. Ona będzie się martwić nie tylko za nas dwoje, ale i za pana Vincenzo i za pannę Angelique. Jest poetką a oni muszą martwić się raz przed śniadaniem, drugi po , dwa razy po obiedzie, przy kolacji płaczą, a przez sen tak wzdychają z żałości że im co raz kaganki w komnatach gasną. Mówiąc to prowadził z powrotem dziewczynę w stronę gości wzrok jego był czujny i wciąż rozglądał się wokół. Na wypatrzenie kogoś ze starych sług, czy Carnotto raczej nie liczył, ale może chociaż wypatrzy tę utrapioną artystkę.
__________________ Nie daj Boh z Ivana pana, a z Marijki dobrodijki. Odkąd umarła mądrość błaznów, błazeństwo mędrków wzrosło niepomiernie. Co to jest nicość ? Pół litra na dwóch. Jestesmy tylko szeptem czasu, który przemija... |
| |
| | #145 |
![]() | Lorenzo i Monique Powoli sunęli przez biesiadujących. Zabawa trwała w najlepsze, mimo początkowo smutnego charakteru zgromadzenia. Poznany wcześniej książę Litewski zataczał się z pełnym dzbanem w jednej i obnażoną szablą w drugiej ręce. Widać nawet w takich okolicznościach zdarzają się bijatyki... Lorenzo został odepchnięty na chwilę przez pijanego młodzieńca, biegnącego z zaciśniętymi pięściami w stronę Litwina. Uroczystość, która miała być okazją do wspominania zmarłego Mistrza Leonarda powoli przemieniała się w pijatykę o iście chłopskim poziomie zachowania... Udało przecisnąć się przez nietrzeźwą masę, już jakby nie wysoko urodzonych, a raczej klasy dużo niższej od szlachty, nawet nie mieszczan, a raczej chamów ze wsi. Lorenzo przez cały czas starał się zabawiać przestraszoną służkę. Rzucał inteligentne komentarze, podśmiewał się z bawiących się, mimo niemal całkowitego braku odpowiedzi od Monique. Jednak i jego zaczęła już męczyć zaistniała sytuacja… W oddali jednak zobaczył błąkającą się poetkę. Nie miał czasu na użalanie się nad sobą, lub karcenie w myślach biesiadników. Caroline Ogrody… Tak… Tylko tutaj nie wałęsali się ci okropni biesiadnicy. Pomiędzy krzewami błąkało się tylko kilka par, wyciszonych, spokojnych. Artystka czuła miękką, wilgotną trawę pod stopami, woń kwiatów przyćmiła jej zmysły, przed oczyma miała równe alejki, otoczone przez kolorowe, piękne rośliny, a wszystko jakby za różową mgiełką. Jedyne co chciała to usiąść tutaj, wśród tych kwiatów, usiąść i płakać…
__________________ "People say I talk too much I don't care I talk too much Momma say I failed in life I don't care I failed in life Daddy says I drink too much I don't care I drink too much" |
| |
| | #146 |
![]() | Vincenzo : Medyceusz znów zachował się w sposób urągający wszelkiej etykiecie. Znów postąpił wręcz niedopuszczalnie. Widząc łzę spływającą po policzku dziewczyny odruchowo podszedł do niej i wyciągnął dłoń w stronę jej włosów. Jak gdyby chcąc pogładzić ją w pocieszającym, jakże ludzkim i współczującym geście. Jednak gdy opuszki jego palców dotknęły miękkich włosów Angelique dłoń jego zamarła. Zacisnął szczęki, aż na jego twarzy zagrały mięśnie. Powoli, ale stanowczo opuścił rękę. Dziewczyna mając odwróconą w bok głowę, chyba nawet tego nie zauważyła. „Co się ze mną dzieje ? Weź się w garść durniu. To tylko zwykła ...” chciał dodać „dziewka”, ale tak pogardliwe określenie nie chciało przejść mu nawet przez myśli. Odezwał się nienaturalnym w brzmieniu głosem : - Wyjdźmy z tego pokoju Angelique ... Proszę ... Lekki rumieniec i błaganie w oczach świadczyły nader wymownie o jego pomieszaniu. Vincenzo już nie ukrywał tak dobrze swoich uczuć. Nie potrafił. Nie teraz ... Nie przy niej ... |
| |
| | #147 |
![]() | Delikatnie chusteczką starła wilgotny ślad łzy z policzka. Uśmiechnęła się do Medyceusza chcąc i sobie i jemu dodać może chodź cień odwagi, czy też może spokoju w tak nagłym tego dnia natłoku sprzecznych uczuć i emocji. Podniosła się z krzesła, wsuwając chusteczkę do rękawa sukni. -Więc prowadź. Tylko czy dziś na całym świecie znajdzie się chodź jedno miejsce które mogłoby dać spokój...? Spojrzała na niego z powagą. To ona wraz z smutkiem malowały się teraz w jej oczach, pobrzmiewały w głosie.
__________________ Wielu spośród żyjących zasługuje na śmierć. A nie jeden z tych, którzy umierają, zasługuje na życie. Czy możesz ich nim obdarzyć? Na bądź więc tak pochopny w ferowaniu wyroków śmierci. Nawet bowiem najmądrzejszy z Mędrców nie wszytko wie. |
| |
| | #148 |
![]() | Lorenzo był człowiekiem czynu. Gdy postanowił coś zrobić, a do tego miał chociaż odrobinę szczęścia, udawało mu się to zawsze. Tak i było tym razem, bowiem po przejściu paru alejek w ogromnym parku trafił, wraz z Monique, wprost przed oblicze płaczącej poetki. Wyglądała jak wzięta z jakiegoś obrazu Mistrza. Zapłakana młoda, urodziwa kobieta, z wielkim drzewem i księżycem w tle. Widać jej płacz tak ją zaangażował, iż nawet nie zauważyła nadchodzącej "odsieczy" z butelką wina na czele. Naprawdę przykry obraz... Stare przysłowia powiadają, iż mniejszy nikczemnik powinien mieć conajmniej dwóch nikczemniejszych, by żyć w tym świecie. Nie wiadomo jak było z nikczemnością Vincenza, ale Giovanni bardzo ułatwiał mu życie. Szczególnie teraz, gdy- bezczelnie, bez pukania- wparował do pokoju z uśmiechem godnym pijanego szlachcica gdzieś z Rusi, a nie dyskretnego sługi Medyceusza. - Panie...- przerwał, zorientował się, że popełnił chyba jakąś gafę, ale trudno było już się wycofać- Siedziba Świętego Officjum była zaraz obok, więc jestem. W prawdzie żaden z ojczulków nie chciał mi nic powiedzieć, ale... Uśmiechnął się, poczym teatralnym gestem wyjął zza pleców coś, co było chyba starą i wymęczoną teczką na różnego rodzaju akta. W oczy rzucał się szczególnie wielki, czarny krzyż na okładce... Nikczemny i bezczelny złodziej... Tacy słudzy są chyba największym skarbem dla każdego dyplomaty.
__________________ Kutak - to brzmi dumnie. |
| |
| | #149 |
![]() | Vincenzo : Gdyby wzrok mógł zabijać, to Giovanni leżałby trupem, gdy tylko otworzył usta. Dyplomata znał go od jakiegoś czasu i wydawało mu się, że można polegać na jego dyskrecji, a tu proszę jego człowiek zachowywał się jak skończony osioł. Mówiąc wprost o poufnych sprawach. Ale cóż. Jak to się mówi „mleko zostało rozlane”. Vincenzo mógł wprawdzie udawać, że ta teczka dotyczy kogoś innego, ale nie chciał odgrywać przedstawienia przed Angeligue. Po pierwsze urągałoby to jej inteligencji, a jego godności. Po drugie chciał uniknąć kompromitacji. Wystarczyło, że spojrzy na niego tymi swoimi poważnymi oczyma, a Medyceusz nie był pewien, czy nie zacznie się jąkać z przejęcia. Rzecz niedopuszczalna. Zwłaszcza w obecności tego cymbała Giovanniego. Bardzo rzadko Vincenzo stawiał wszystko na jedną kartę i robił to tylko wtedy, gdy był zmuszony. Wziął teczkę od sługi mrożąc go przy okazji wzrokiem i zaczął ją przeglądać. Nie podnosząc oczu z nad kart papieru spytał Angelique jakby od niechcenia : - Chciałabyś rzucić okiem na te dokumenty Moja Droga ? |
| |
| | #150 |
![]() | Lorenzo Zręcznie lawirował w tłumie prowadząc za rękę służącą. Ta wydawała się oszołomiona atencją z jaką traktował Ją kapitan, dała się jednak prowadzić przez roznamiętnionych i po części podpitych żałobników. Wkrótce jednak wydostali się z ciżby gości i skierowali w stronę paru drzew oświetlanych blaskiem księżyca. Wśród nich majaczyła skąpana w w jego świetle ubrana na czarno postać. Gdy podeszli bliżej rozpoznali młodą poetkę płaczącą samotnie. Lorenzo poczuł się w obowiązku interweniować. Gdy zbliżyli się z Monique kapitan nie chcąc wystraszyć artystki odezwał się łagodnie: - Droga panno Caroline, rozumiemy Twą boleść, ale ciemny ogród jest niewłaściwym miejscem dla młodej i pięknej dziewczynie. Szczególnie, gdy niedaleko są podpici mężczyzni. Racz więc pokrzepić się kieliszkiem tego wybornego wina i udać z Nami do domu Naszego nieodżałowanego mistrza. Gdy to mówił w jego jedynej dłoni w iście magiczny sposób pojawił się niewielki pucharek wypełniony mocno korzennym trunkiem. Z szacunkiem podał go poetce.
__________________ Nie daj Boh z Ivana pana, a z Marijki dobrodijki. Odkąd umarła mądrość błaznów, błazeństwo mędrków wzrosło niepomiernie. Co to jest nicość ? Pół litra na dwóch. Jestesmy tylko szeptem czasu, który przemija... |
| |
| Reklama |
| |
| Użytkownicy aktualnie czytający ten wątek: 1 (0 użytkownik i 1 gości) | |
| Narzędzia wątku | |
| Wygląd | |
| |
Podobne wątki | ||||
| Wątek | Autor wątku | Forum | Odpowiedzi | Ostatni Post / Autor |
| [komentarze] Dziesiąta Muza | Kutak | Archiwum sesji Innych | 178 | 02-09-2008 15:58 |
| Jakia muza tu i tam? | Gromnir | Sondy | 1 | 06-08-2007 15:22 |
| Eiga - czyli X muza z Japonii | Nightcrawler | Tokyo Underground | 0 | 04-10-2007 08:56 |
| Dziesiąta Muza... | Kutak | Archiwum rekrutacji | 28 | 05-07-2006 11:55 |