![]() | ![]() |
![]() |
| |||||||
| Archiwum sesji Innych Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemach innych (wraz z komentarzami) |
| | Narzędzia wątku | Wygląd |
| | #151 |
![]() | Z lekka zszokowana wpatrywała się w opatrzoną czarnym krzyżem teczkę jaką sługa wręczył Medyceuszowi. To spowodowało że poczuła przeraźliwie zimny dreszcz biegnący od karku wzdłuż kręgosłupa. Postawa jego samego wręcz krzyczała o tym, że nie wie co ma zrobić w tej chwili. Ona sama też nie wiedziała. Czuła się dziwnie. Było jej momentami na przemian gorąco i zimno, serce nie chciało się uspokoić. Przestawała chwilami być panią własnego serca i umysłu. Zrobiła rzecz jaka w tym momencie wydawała się jej najrozsądniejsza. Skłoniła się lekko przed nim i rzekła. - Pozwolisz panie, że zostawię cię z tymi dokumentami. Nie sądzę by moja obecność przy zapoznawaniu się z nimi była niezbędna. Postąpiła kilka kroków w stronę drzwi.
__________________ Wielu spośród żyjących zasługuje na śmierć. A nie jeden z tych, którzy umierają, zasługuje na życie. Czy możesz ich nim obdarzyć? Na bądź więc tak pochopny w ferowaniu wyroków śmierci. Nawet bowiem najmądrzejszy z Mędrców nie wszytko wie. |
| |
| Reklama |
| |
| | #152 |
![]() | Ledwo zauważalnie Medyceusz odchylił usta i wypuścił z ulgą powietrze w westchnieniu. Na szczęście dziewczyna zachowała się tak, jak miał nadzieję, że się zachowa. Wszystko dobrze się ułożyło. Skąd więc to ukłucie żalu, jakie poczuł w sercu ? Bezbarwnym głosem nie patrząc na Angelique polecił słudze : - Giovanni dotrzymaj towarzystwa Pannie de Russeau. Ja niedługo do was dołącze. Odczekał, aż opuszczą pokój, po czym zagłębił się w lekturze. Po jakimś czasie wyszedł i oddał teczkę słudze polecając zdawkowo : - Oddaj i podziękuj. Wyciągnąwszy rękę w stronę towarzyszki zaproponował lekko drżącym głosem : - Chodźmy poszukać naszych towarzyszy. Powinniśmy ustalić co zrobić dalej. Myślę, że odwiedzenie pracowni Leonarda mogłoby nam pomóc. Najwyraźniej próbował skierować rozmowę na inny temat. |
| |
| | #153 |
![]() | Chwila zaiste niezwykła, bo pierwszy raz od dawna Vincenzo de Medici zobaczył w oczach owego sługi coś, co chociaż przypominało zawstydzenie, speszenie po jego niepierwszego i z pewnością nie ostatniego "potknięcia" w tego typu towarzystwie. Cóż jednak robić? To Vincenzo był tutaj dyplomatą, jego sługa miał tylko czasem mu pomóc... Słysząc słowa swego pana, Giovanni skłonił się niżej niż zwykle, a następnie podążył za urodziwą kobietą. Czas więc zgłębić zawartość teczki... [user=2530]Maria Luiza Anais de Negrepelisse, to nazwisko padało najczęściej na pierwszych z kart teczki. Kobieta dobrze urodzona, w prawdzie w biedniejszej, a jedank ciągle szlacheckiej rodzinie, wydana za mąż za pana okolicznych włości (co dziwne, ich nazwa nie została wymieniona). Dalej parę słów o "podejrzanej chorobie, która może być powiązana z herezją i karą bożą", typowe inkwizycyjne szukanie pretekstu do miłych tortur. O, robi się ciekawiej- następna strona była chyba wyrwana z jakiejś kroniki (jak ten lis, Giovanni, to zrobił tak prędko?), dotyczyła zdarzenia sprzed paru lat- morderstwo proboszcza i zbezczeszczenie kościoła w... Na Boga, znowu zamazali nazwę wsi! Co najmniej podejrzane. Następną stronę, gdyby nie wysoka kultura jego osoby, Vincenzo skwitowałby cichym gwizdnięciem. Carnotto. Rue de la Concorde, 11. Tam wczoraj rozmawiaj ze sługą Da Vinciego ksiądz, poproszony o ocenę jego duszy dla inkwizycji. A jutro, z tego co wynika w piśmie, smutni panowie z krzyżami na płaszczach zamierzają złożyć mu zaproszenie na "wypoczynek" w ich luksusowych maszynach tortur... Niedobrze...[/user] Wychodząc, Vincenzo wręczył teczkę słudze, który po usłyszeniu nakazu, pokłonił się raz jeszcze i popędził z niewielkim uśmieszkiem w głąb korytarza. Pewnie znów coś kręcił, eh Giovanni...
__________________ Kutak - to brzmi dumnie. |
| |
| | #154 |
| Administrator ![]() | Monique Dziewczyna faktycznie była oszołomiona, po części winem, po części zaś faktem przebywania w towarzystwie Lorenzo. Na widok płaczącej pięknej poetki służąca nie wiedziała jak zareagować. Posłuchała jednak głosu rozsądku i zamiast próbować w jakiś sposób pocieszyć pannę Caroline (jak podpowiadało serce), odsunęła się na kilka kroków do tyłu. Taka poufałość mogłaby być źle odebrana i Monique bardzo dobrze o tym wiedziała. Nie należała do ich świata, a jeden kieliszek wina wypity w obecności znamienitego kapitana nie czynił z niej jeszcze kogoś, kto powinien wtrącać się do ich życia i ich problemów. Czekała więc znowu, po cichu obserwując scenę w ogrodzie, aż któreś z państwa zażyczy sobie czegoś od niej, lub aż odprawią ją pragnąc pozostać ze swoimi sprawami bez świadków.
__________________ – Chciałem powiedzieć (...) że na tym świecie jest chyba coś, dla czego warto żyć. Śmierć zastanowił się przez chwilę. KOTY, stwierdził w końcu. KOTY SĄ MIŁE. T. Pratchett Czarodzicielstwo |
| |
| | #155 |
![]() | Teczka zawierała informacje cenne, choć nie do końca takie jakich się spodziewał dyplomata. Co więcej zmuszały one go do weryfikacji swoich wcześniejszych planów. Wychodząc z Angelique do ogrodu wciągnął z lubością w płuca haust świeżego, wieczornego powietrza. Milczał nad czymś się zastanawiając. Czy to boska opatrzność, los, a może przeznaczenie sprawiły, że po chwili odnaleźli swoich towarzyszy. Pod drzewem stali Caroline, Lorenzo i owa służka, która przyniosła list. Gdy podeszli bliżej Vincenzo wyciągnął w stronę poetki dłoń mówiąc : - Pani. Wybacz jeśli moje grubiaństwo Cię uraziły. Moje wcześniejsze słowa wynikały nie z chęci dokuczenia Ci, lecz ze sposobu w jaki zostałem wychowany. Oto moja dłoń na zgodę. |
| |
| | #156 |
![]() | Caroline Schatte Dziewczyna myślała. Długo zastanawiała się, patrząc w gwiazdy i na drzewa. Usłyszała nagle śpiew. Śpiew ptaka który zaczarował jej dłonie. Wyjęła z torby papier czysty i pióro. Zawsze miała przy spobie pisemne przybory. "Gdyby powrócić do lat gdzie kwiat rośnie, gdzie tysiąc skowronków śpiewało o wiośnie, gdzie drzewa zakwitły jak oczy niemrawe tym, co umarli roniąc krople łzawe. I gdyby tak znać początki końca wiedzieć gdzie rosła latorośl pnąca, dbać o nią jak o swe dusze, które po śmierci cierpią katusze. Cierpią, bo dawno zapomniane smutne, czerstwe i niekochane widzą swój pogrzeb jak bal radosny gdzie sto skowronków ciągnęło do wiosny." Caroline uśmiechnęła się. Otarła małe szafirowe łezki bólu z rumianych policzków. Przeczytała wiersz dwa razy po czym podpisała "Dla Leonarda w dniu jego balu, a nie pogrzebu. Niech nad Twą duszą sztormy szaleją, a Bóg podaruje drzewo nad knieją. Kochająca Cie zawsze, Caroline". Gdy tak trzymała w ręku rozwinięty pergamin ze swym nowym dziełem usłyszała głos, podobny do śpiewu skowronka. Spojrzała w tamtą strone. Zobaczyła osobę, której zobaczyć się nie spodziewała, a gdzieś wewnątrz nawet nie chciała. - Może i ciemny ogród nie jest mi bezpieczny, acz łaskaw, bo napełnił me wnętrze natchnieniem, które pióro delikatnie naszkicowało na tym o to pergaminie. Może i też, podpitych dużo tu osób, ale powiedz, dlaczego? Czemu podpici? Czy to bal, do jasnej cholery, czy pogrzeb mego Leonarda? Nic nie wiesz o moim bólu. Znając teorie nie poczujesz tego samego. Słowa na niewiele się zdadzą, gdy Bóg nawet nie przypomni z nagrobka patrząc marnie, tych, co umarli. - powiedziała to w boleści acz tym samym, kruchym i smutnym głosem. - I dziękuje za wino, jednak nie pije. A już szczególnie w takich miejscach i przy takiej okazji, która do picia dobra wcale nie jest.
__________________ WYJECHAŁAM!! NIE WIEM KIEDY WRÓCĘ xd ;< |
| |
| | #157 |
![]() | Lorenzo Wzruszył ramionami. Poeci maja nieprzyjemny zwyczaj roztrząsania spraw oczywistych. Smierć to śmierć, przytuli każdego i króla i żebraka. Zbyt wiele ich widział i wspaniałych i bezsensownych. Ludzi którzy przeszli przez życie niezauważenie, by w ostatniej chwili życia stać się na moment wielkimi i możnych tego świata, mających za życia wszystko, konających w pokrwawionych atłasach w kurzu bitwy i błagających Boga o kilka chwil życia. Zabijał i zabijano przy nim, twarze przyjaciół, oficerów i żołnierzy, szlachty i chłopów, winnych i tych zupełnie bez winy zacierały się w pamięci pozostawały tylko czarne usta łapczywie chwytające hausty powietrza. Wszystko sprowadzało się do ust i oczu, twarze były już wtedy maskami, żyły w tych ostatnich chwilach tylko one. Oczy i usta. Usta i oczy. Otrząsnął się i wrócił do rzeczywistości. Popatrzył na drobną , wręcz wiotką w swietle księżyca postać przed nim. Ta smarkata poetka, co w życiu nie zabiła pewnie nawet kury mówi mu, ze nie wie co to śmierć i ból ? Wzruszył ramionami, przechodząc nad słowami dziewczyny do porządku. Wychylił niechciany kielich wina i jakby nie dosłyszawszy Jej słów podszedł bliżej. - Pani to prawdziwe i smutne co mówisz, racz jednak pamiętać pomimo żalu, że mamy również obowiązki, zarówno wobec naszego zmarłego Mistrza jak i lady Negrepelisse. Racz więc ofiarując swój smutek Bogu udać się z nami do oczekujących nas zapewne ze zniecierpliwieniem messer Vincenza i panny Angelique Mówiąc to podał ramię Caroline zaś ruchem kikuta niejako "zaprosil' do towarzyszenia im Monique. Skierowali sie w stronę rozświetlonego lampionami placu i cichego, jakby dla kontrastu ciemnego domostwa Leonarda. Jednocześnie ukazali sie ich oczom Medyceusz i Jego towarzyszka. Dyplomata podszedł i zwrócił się ze słowami przeprosin do poetki.
__________________ Nie daj Boh z Ivana pana, a z Marijki dobrodijki. Odkąd umarła mądrość błaznów, błazeństwo mędrków wzrosło niepomiernie. Co to jest nicość ? Pół litra na dwóch. Jestesmy tylko szeptem czasu, który przemija... |
| |
| | #158 |
![]() | Caroline Otrząsnęła się jak najszybciej umiała, przetarła małe szafirowe łezki, wzięła głęboki oddech i szepneła sama do siebie. - Boże daj mi siły by przetrwać tą ludzką sztuczność. - przeżegnała się i z pomocą Lorenzo wstała z wilgotnej ziemi. - Witaj Monique. - rzekła podnosząc na sekunde ręke ku górze. - Do mnie mów Carol, bądź Caroline. Za każde "panno" bądź "tak jest panienko", obraże się na Ciebie, pamietaj! - uśmiechnęła się jakby od niechcenia jednak sympatycznie i ciepło. - Chodźmy więc... - skwitowała i pokierowała się tam gdzie mówił Lorenzo. Szła za nim aż w końcu spotkali Vincenzo de Medici i Anqelique de Russeau. Gdy Vincenzo zrobił w jej strone gest przeprosinowy westchnęła. - Niestety, ale nie mogę Ci wybaczyć... Caroline przerwała by wzbudzić oburzenie po czym zdjęła rękawiczke i uśmiechnęła się pod nosem. -... to ja proszę o wybaczenie, Panie Medici. Moje uniesienie jest co prawda uzasadnione, ale nic nie powinno sprawić by taka sytuacja zaistania. Leonardo pewnie nie byłby ze mnie dumny. - zaśmiała się lekko i podała ręke na zgode.
__________________ WYJECHAŁAM!! NIE WIEM KIEDY WRÓCĘ xd ;< |
| |
| | #159 |
![]() | Vincenzo : Z miłym uśmiechem Medyceusz przyjął przeprosiny poetki. Z miłym, acz nieco wymuszonym. Vincenzo nie lubił być zaskakiwany. Poczucie humoru Caroline zaś zdecydowanie mu nie odpowiadało. Tym niemniej całkiem zręcznie ukrywał swój niesmak i ująwszy dłoń poetki ucałował ją lekko stwierdzając : - Nie mówmy już o tym. Jego wzrok padł na służącą. Przywołał ją gestem dłoni i uśmiechając się tym razem znacznie szczerzej powiedział mimo to dosyć lakonicznie : - Dziękuję Ci za pomoc Moja Droga. Teraz jednak bądź łaskawa nas zostawić samych. Wręczył jej niewielką złotą monetę i poklepał ją po ... ręce. Nie zwracając już na nią większej uwagi, wszak nie pozostawało jej nic innego jak odejść, zwrócił się do pozostałych ściszając głos - Chciałbym Wam powiedzieć coś ważnego. Co może nam pomóc. Pamiętasz Signore Lorenzo jak mówiłeś o ... Przerwał spoglądając na służącą, czy już odeszła i czy aby nie podsłuchuje. |
| |
| | #160 |
| Administrator ![]() | Monique Nie wiedziała co odpowiedzieć na tak przyjacielskie i ciepłe słowa Caroline, dygnęła więc przed nią i uśmiechnęła się z wdzięcznością, ale i z zakłopotaniem. Podążając za Lorenzo poczuła się przez chwilę jak ktoś wyjątkowy. Nikt nigdy wcześniej nie traktował służącej z taką poufałością i przyjaźnią. Ale trwało to naprawdę bardzo krótką chwilę - widok pana Vincenzo sprowadził ją z powrotem na ziemię. Nie było wątpliwości, że dziewczyna boi się tego mężczyzny. Nie zdziwiła się wcale, gdy ten ją odprawił, ale i tak cień smutku i rozczarowania przykrył jej serce. Była wszak tylko służącą i nigdy miało się to już nie zmienić. - Proszę o wybaczenie, już odchodzę... - nie odrywając oczu od ziemi skłoniła się po raz ostatni i zaczęła oddalać się od grupy. Nie spojrzała ani na pana Lorenzo, ani na pannę Caroline. Bała się, że ich uprzejmość była jedynie grą, zabawą arystokracji i że właśnie to wyczyta z ich twarzy. Wolała pozostawić sobie choć to jedno złudzenie...
__________________ – Chciałem powiedzieć (...) że na tym świecie jest chyba coś, dla czego warto żyć. Śmierć zastanowił się przez chwilę. KOTY, stwierdził w końcu. KOTY SĄ MIŁE. T. Pratchett Czarodzicielstwo |
| |
| Reklama |
| |
| Użytkownicy aktualnie czytający ten wątek: 1 (0 użytkownik i 1 gości) | |
| Narzędzia wątku | |
| Wygląd | |
| |
Podobne wątki | ||||
| Wątek | Autor wątku | Forum | Odpowiedzi | Ostatni Post / Autor |
| [komentarze] Dziesiąta Muza | Kutak | Archiwum sesji Innych | 178 | 02-09-2008 15:58 |
| Jakia muza tu i tam? | Gromnir | Sondy | 1 | 06-08-2007 15:22 |
| Eiga - czyli X muza z Japonii | Nightcrawler | Tokyo Underground | 0 | 04-10-2007 08:56 |
| Dziesiąta Muza... | Kutak | Archiwum rekrutacji | 28 | 05-07-2006 11:55 |