Spis Stron RPG Regulamin Wieści POMOC Kalendarz
Wróć   lastinn > RPG - play by forum > Sesje RPG - Inne
Zarejestruj się Użytkownicy

Sesje RPG - Inne Tutaj możesz zagrać w tych światach, które zostały pominięte powyżej. Czy będzie to rządzona przez orki Orchia, czy może kosmos w erze, kiedy słońca zaczynają gasnąć.. Na pewno znajdziesz tu coś dla siebie.


Odpowiedz
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 11-02-2019, 01:24   #1
 
Ombrose's Avatar
 
Reputacja: 14083 Ombrose ma wspaniałą reputacjęOmbrose ma wspaniałą reputacjęOmbrose ma wspaniałą reputacjęOmbrose ma wspaniałą reputacjęOmbrose ma wspaniałą reputacjęOmbrose ma wspaniałą reputacjęOmbrose ma wspaniałą reputacjęOmbrose ma wspaniałą reputacjęOmbrose ma wspaniałą reputacjęOmbrose ma wspaniałą reputacjęOmbrose ma wspaniałą reputację
[21+] IBPI: Starfall

IBPI: Starfall

I think it's time to blow this scene.
Get everybody and their stuff together.
OK, three, two, one let's jam!

[MEDIA]http://www.youtube.com/watch?v=n2rVnRwW0h8[/MEDIA]




Dotknęła jego dłoni. Była taka ciepła. To stanowczo wyróżniało się na tle chłodnego powietrza i niezbyt ciekawej pogody. Co chwilę zacinał deszcz. Gruby, rzęsisty, padał prosto z nieba na ich twarze.
- Wiesz, co zawszę mówię… żeby nie odejść od zmysłów, należy oszaleć.

Zaśmiała się. Oczywiście, że tak. To powiedzenie znaczyło tyle, że trzeba było ciągle przystosowywać się. Za każdym razem, nawet jeśli byłeś słaby lub silny… W Bangkoku, Mauritiusie, Sankt Petersburgu, Isle of Man, Manchesterze, Gwadelupie… Wszędzie trzeba było mieć otwarty umysł. I witać z uśmiechem szaleństwo kolejnego dnia.

- Tyle gwiazd na niebie… - szepnął.
- Także na ziemi – odpowiedziała. – Cała siódemka. Musimy się zjednoczyć. Inaczej to wszystko pójdzie na marne.
- Myślisz, że nasze starania mają jakikolwiek sens? Zdaje mi się, że i tak to wszystko skończy się w płomieniach, bólu i zniszczeniu. To będzie piękne, poetyckie i romantyczne. Koniec świata dla nas wszystkich. Lepiej, żeby armagedon nigdy nie nadszedł, ale jeśli kiedyś musi… to niech ma miejsce za naszego życia, czyż nie?
- Nie – odpowiedziała i złapała go za rękę. – Nie – powtórzyła. – Wtedy to wszystko się skończy. A mamy o co walczyć. Dla kogo.
Skoncentrował się na jej dotyku. Milczał przez chwilę.
- Dla siebie – skinął głową. – I całego świata.

Spis treści:

1. Prolog: strona pierwsza, post pierwszy ([21+] IBPI: Starfall)
2. Bangkok, część pierwsza: strona pierwsza, post drugi ([21+] IBPI: Starfall)
3. Halloween Special: strona piąta, post czterdziesty dziewiąty ([21+] IBPI: Starfall)
4. Mauritius, część pierwsza: strona szósta, post pięćdziesiąty siódmy ([21+] IBPI: Starfall)
5. Irkuck: strona jedenasta, post sto siódmy ([21+] IBPI: Starfall)
6. Isle of Man: strona piętnasta, post sto pięćdziesiąty ([21+] IBPI: Starfall)
7. Mauritius, część druga: strona dwudziesta ósma, post dwusetny siedemdziesiąty dziewiąty ([21+] IBPI: Starfall)
8. Nawiedzony dom: strona trzydziesta druga, post trzysetny dwudziesty ([21+] IBPI: Starfall)
9. Bangkok, część druga oraz Ravenna: strona trzydziesta piąta, post trzysetny czterdziesty czwarty ([21+] IBPI: Starfall)
 

Ostatnio edytowane przez Ombrose : 25-08-2019 o 14:12.
Ombrose jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 11-02-2019, 01:31   #2
 
Vesca's Avatar
 
Reputacja: 10687 Vesca ma wspaniałą reputacjęVesca ma wspaniałą reputacjęVesca ma wspaniałą reputacjęVesca ma wspaniałą reputacjęVesca ma wspaniałą reputacjęVesca ma wspaniałą reputacjęVesca ma wspaniałą reputacjęVesca ma wspaniałą reputacjęVesca ma wspaniałą reputacjęVesca ma wspaniałą reputacjęVesca ma wspaniałą reputację
Rozdział I: Bangkok - Prolog

26.10.2010 Bangkok, Tajlandia

Okres letni przeminął, podobnie jak intensywny czas zbiorów na prowincji. Ilość zagranicznych turystów dramatycznie spadła, dając znać mieszkańcom Kraju Uśmiechów o tym, że reszta świata wróciła do swojego zwykłego, codziennego trybu życia, zapominając ponownie o tym niezwykłym, zawsze otulonym gorącymi promieniami Słońca miejscu.
Bangkok, jak zwykle tętniący życiem, wraz ze swoimi mieszkańcami mógł odetchnąć i skupić się całkowicie na sobie i swoich własnych problemach. Przez ostatnie kilka miesięcy, jak co roku, ich głównym źródłem byli w lwiej części cudzoziemcy, teraz kiedy tych wreszcie ubyło, na światło dzienne wypływać miały te bardziej swojskie sprawy. Ludzie mogli wrócić do skupienia na mniej turystycznej części swoich żyć, a ci bardziej bogatsi czerpać przyjemność z własnych ‘wakacji’ za zarobione w sezonie letnim pieniądze.


Wybiła godzina szósta rano. Słońce zaczynało powolutku grzać ulice i deptaki miasta, we własnym tempie, rozpoczynając codzienne bombardowanie Bangkoku gorącem i żarem swych promieni. Niebo było niemal bezchmurne, co zapowiadało niezwykle parny i niejako męczący dzień.
Na placu przed pałacem królewskim, miało miejsce ciekawe dla nieobeznanych, lecz całkowicie obojętne dla tutejszych mieszkańców wydarzenie. Właśnie kończyła się nocna warta specjalnej straży królewskiej. Obie grupy stały naprzeciw siebie w formacji, przechodząc w wyznaczonym szyku, mijając się i zdając sobie nawzajem funkcję. Takie wydarzenie miało miejsce codziennie. Była to oficjalna, tradycyjna czynność. Dla Praserta, od pewnego czasu stała się rutyną i nie wywoływała już specyficznego uczucia napięcia, tak jak to miało miejsce na początku w pierwszych dniach pracy w pałacu. Obecnie podchodził do tego zadania z należytym szacunkiem, mimo że był dość wykończony po całonocnej służbie.
Minęło kilka chwil i już był wolny. Mógł udać się do specjalnego pomieszczenia dla strażników, gdzie każdy posiadał swoją szafkę, w której to trzymał swoje rzeczy w trakcie pracy. Teraz miał zostawić tam swój honorowy, oficjalny mundur strażnika. Nie wymagał jeszcze czyszczenia, więc nie było powodu, by zabierał go ze sobą do domu. Po krótkim, uprzejmym pożegnaniu współpracowników, ruszył na parking, następnie odjechał kierując się w stronę ulicy Charoen Krung.

Dotarcie do domu w takim stanie w jakim był nie stanowiło dla niego już wyzwania. Robił to już wiele razy i mimo, że był naprawdę zmęczony, jazda ulicami Bangkoku nie sprawiała mu żadnych problemów. Mimo że nawet o tej porze zdawały się ruchliwe i zatłoczone.
Gdy wreszcie dotarł do restauracji ojca, która była jeszcze zamknięta, od razu udał się na górę do swojego mieszkania. Był wycieńczony jak zwykle po nocnej zmianie. Niewiele później padł na swoje łóżko, zasypiając twardym snem. Był wtorek, wieczorem miał iść na trening, musiał być w pełni sił. Wszystkie myśli, które zwykle zaprzątały mu głowę odpłynęły, ustępując błogiemu, tak bardzo potrzebnemu relaksowi.

[media]http://www.youtube.com/watch?v=CU_7KvZW-34[/media]

***

Telefon Privata wibrował. Ktoś dzwonił. Połączenie nie trwało jednak długo, nim włączyła się automatyczna sekretarka chłopaka. Kilka minut później przyszło powiadomienie o pozostawionej wiadomości na poczcie głosowej. Następnie cisza…

***

Nastała godzina piąta po południu. Budzik Praserta zadzwonił niemiłosiernie, przerywając jego spokojny sen. Ciemnowłosy podniósł się i poszedł umyć, co pozwoliło mu na niemal całkowite wybudzenie ze snu. Następnie ruszył do kuchni, po drodze włączając niewielki telewizor i podgłaśniając na tyle, by mógł słuchać wiadomości przebywając w kuchni. Zaczął odgrzewać sobie wczorajszy posiłek, jednocześnie robiąc kawy…

’... trudno jest nam zrozumieć czemu ludzie mimo posiadania ułatwionej komunikacji, nadal nie potrafią odpowiednio zareagować w sytuacjach tego wymagających. Mowa tutaj o incydencie z zeszłego tygodnia, w którym zaginęła Mali Wattana. Tak. To wywołało nasz ogromny smutek, kiedy doszły nas słuchy o…

Pisk zagotowanej w czajniku wody zagłuszył dźwięki telewizora, nie pozwalając Prasertowi dosłyszeć omówienia sytuacji, która się wydarzyła.
 
__________________
If I had a tail
I'd own the night
If I had a tail
I'd swat the flies...
Vesca jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 11-02-2019, 01:40   #3
 
Ombrose's Avatar
 
Reputacja: 14083 Ombrose ma wspaniałą reputacjęOmbrose ma wspaniałą reputacjęOmbrose ma wspaniałą reputacjęOmbrose ma wspaniałą reputacjęOmbrose ma wspaniałą reputacjęOmbrose ma wspaniałą reputacjęOmbrose ma wspaniałą reputacjęOmbrose ma wspaniałą reputacjęOmbrose ma wspaniałą reputacjęOmbrose ma wspaniałą reputacjęOmbrose ma wspaniałą reputację




[media]http://www.youtube.com/watch?v=dQFxVkJwVdo&feature=youtu.be[/media]

Prasert nienawidził tego budzika.
Nie był przekonany, czy jego zniechęcenie brało się akurat do tej melodii, czy może do samego faktu rannego wstawania. Co prawda była piąta po południu, ale dopiero rozpoczynał dzień. Niestety nie z powodu intensywnej, całonocnej imprezy. Niekiedy pracował za dnia, niekiedy dopiero po zachodzie słońca. Okazało się, że nawet do nieregularnego trybu życia można się przyzwyczaić po kilku miesiącach i całkiem dobrze funkcjonować… O ile rzeczywiście całkiem dobrze funkcjonował. Nie był przekonany, czy tak można było określić jego życie… i nawet za bardzo o to nie dbał. Kiedy młodzi ludzie wiedzą, że dobrze się prowadzą? Kiedy ich kochani rodzice nie zgłaszają żadnych pretensji? Może rzeczywiście tak było, jednak Intira i Surat zgadzali się dosłownie na wszystko…

Cholera, znowu myślał o Sunanie. A może o Sunan? Minęło tyle lat, a brat… siostra… to wciąż pierwsza rzecz, jaka pojawiała się w jego głowie po przebudzeniu. Paskudna obsesja, której pozwoli odejść, kiedy tylko spłaci swój dług. Przynajmniej ten finansowy… Westchnął i jeszcze przez chwilę wylegiwał się w łóżku, spoglądając na grzyb na suficie. Układał się w uroczy kształt serca. Jak miło. Może kiedy… jeśli… Sara Graf znowu pojawi się w jego życiu i zabierze ją do swojej sypialni, to dziewczyna będzie pod wrażeniem tego walentynkowego symbolu. A przynajmniej weźmie za uroczy tajski akcent z samego serca Bangkoku. Prasert mimowolnie uśmiechnął się, po czym zastanowił się przez moment. Doszedł do wniosku, że pewnie śmialiby się razem z tej beznadziejnej plamy, a potem…


Gwałtownie wstał i ruszył do łazienki. Jego codzienny poranny rytuał za każdym razem zaczynał się od żałowania Sunana, a potem fantazjowania na temat Sary. O ile to pierwsze jeszcze do czegoś prowadziło, to rozpamiętywanie dziewczyny sprzed roku zdawało się tragicznym pomysłem. Ona odeszła. Zniknęła. Nie powróci. „Prasert, nie bądź żałosny”, pomyślał. „Tajlandia jest znana z seksturystyki. Z tobą przynajmniej nie musiała za nią płacić.”

Spłukał z siebie te myśli pod prysznicem. Zawsze wybierał zimną wodę dlatego, bo dzięki temu nie chorował i to dodawało siły charakteru, poza tym takie miał przyzwyczajenie ze szkoły wojskowej. A tak naprawdę ojciec nie zainstalował bojlera, a Prasert nie chciał za niego płacić z własnej kieszeni. Spłukał z siebie drobną warstewkę potu, która została na nim po nocy i jeździe przez zatłoczone, już w pełni rozbudzone miasto.

Wziął telefon z podłogi, na której spoczywał w towarzystwie wczorajszych bokserek, skarpetek, dwóch szklanych butelek po piwie, kubku po kawie i opakowaniu po czipsach. Zauważył powiadomienie o pozostawionej wiadomości. Miał nadzieję, że to nie dzwonił Suttirat z informacją o odwołaniu wieczornego treningu. To oznaczałoby, że planował upić się do nieprzytomności i płakać, a Privat nie miał ochoty na alkohol. Bo przecież musiałby pojawić się w domu przyjaciela i złagodzić jego samotność. Taki posiadał obowiązek. Cieszył się z niego. Tylko dzisiaj nie był w nastroju. Spojrzał przez chwilę na wyświetlacz, po czym zdecydował, że odsłucha dopiero w trakcie śniadania. Albo kolacji – zależy, jak na to patrzeć.

A na posiłek spożył – oprócz pierożków Dim Sum z ogromnej, metalowej lodówki restauracyjnej – szokującą wiadomość o Mali Wattanie. Krew odpłynęła z twarzy Praserta. Cały pobladł, choć z natury jego skóra była bardzo jasna i tak właściwie ciężko byłoby dostrzec większą różnicę. Mocniej chwycił pasemko czarnych włosów i założył je sobie za ucho tak mocno, że aż boleśnie. Przez tydzień nie oglądał telewizji. Nie miał ochoty na oglądanie pięknej twarzy Mali, bo ostatnio śniła mu się wraz ze słowami, które wypowiedziała w tej właśnie kuchni. Czy przez ten cały czas prezenterki nie było na szklanym ekranie? Zaginęła tydzień temu…

Wtedy rozległ się pisk czajnika. Prasert nigdy wcześniej tak bardzo nie żałował nawyku picia kawy do śniadania. Rzucił się na niego i ulżył wrzącej wodzie, która tak rozpaczliwie pragnęła wydostać się na zewnątrz kłębami białej pary.
- Kurwa – przeklął, nie mogąc dosłyszeć słów. A chciał dowiedzieć się jak najwięcej. Rzecz jasna nie mógł znaleźć pilota, więc ruszył do telewizora, aby ręcznie podgłośnić dźwięk. Stanął do niego tyłem, zalewając brązowy proszek. Zastygł w oczekiwaniu na kolejne wiadomości. Chwilowo zapomniał o wiadomości zostawionej na sekretarce.

”... Niestety, rodzina również nic nie wie w tej sprawie. Nie zostało wysłane żadne żądanie okupu, a nic nie wskazuje na to, aby Mali Wattana z własnej woli opuściła swoje mieszkanie w czwartkowy wieczór. To ciężka sprawa, miejscowa policja zajmuje się nią, szukając potencjalnych podejrzanych. Jeśli ktokolwiek z państwa wie, gdzie znajduje, lub mogła znajdować w tych dniach panna Wattana, prosimy o kontakt na numer…”

Niestety, Prasert spóźnił się o kilka cennych chwil, by usłyszeć jedynie końcówkę rozmowy prezenterów. Los się do niego uśmiechnął, oglądanie telewizji od tej pory nie miało być już dla niego uciążliwe. W takim razie, dlaczego czuł się aż tak źle? Czy w jakiś sposób był winny tej sytuacji? A może popadał w paranoję. Nie widział jej od miesięcy. Ich rozmowa nie należała do najmilszych. Może nie powinien sobie tym zawracać głowy?

Z zamyślenia wyrwał go telefon. Wibrował na stole. Ktoś dzwonił.
Prasert nie pamiętał, kiedy ostatni raz był tak bardzo pochłonięty obrazem telewizora. Gdyby nie znał osobiście Wattany, najpewniej nie miałoby to dla niego żadnego znaczenia. Co innego zaginięcie licealnej piękności, przez którą jego życie zamieniło się w piekło…
Drgnął, patrząc na komórkę. Popatrzył na nią tępo, jak gdyby nie miał pojęcia, co może oznaczać rozbrzmiewający dzwonek. Otóż… ktoś do niego dzwonił, a więc… należałoby odebrać. Dopiero po po kilku sekundach złapał komórkę. Zanim nacisnął zieloną słuchawkę, spojrzał na wyświetlacz. Ciekawiło go, kto chciał się z nim skontaktować. Najpewniej był to pracownik agencji reklamowej, linii telefonicznych, a może Warun, jak wcześniej mężczyzna spodziewał się. W tej jednak chwili czuł cichy, irracjonalny głosik wewnątrz głowy, że to porywacze chcą się z nim skontaktować i wreszcie poprosić o okup. Co oczywiście… nie miało najmniejszego sensu… prawda? Oczywiście, że nie miało. A jednak Prasert wciąż myślał o Wattanie i tym, co mogło się z nią stać.

Ku swojej uldze, lub rozczarowaniu, okazało się że Prasert wiele się nie pomylił z pierwszym osądem. Wyświetlacz telefonu poinformował go, że dzwoni jego przyjaciel. Warun wybrał najmniej odpowiednią chwilę by zakłócić atmosferę w mieszkaniu Privata.
Gdy Prasert wreszcie podniósł słuchawkę, przez sekundę rozbrzmiewała w niej całkowita cisza, po czym Suttirat wreszcie odezwał się pierwszy
- O której przyjdziesz na salę? - stonowany, spokojny głos mężczyzny rozbrzmiał po drugiej stronie słuchawki. To dawało ciemnowłosym dwie informacje: po pierwsze, że jego kolega nie pił, a po drugie że dziś wszystko musiało być w porządku. Zwykle spokojny pozostawał w najnormalniejsze na świecie dni. Prasert na tyle dobrze już go poznał, by móc wyłapać w tonie jego głosu każdą zmianę, a Warun nie należał do ludzi, którzy zbyt dobrze potrafili maskować swoje emocje.
- Tak - Prasert odparł krótko, nie zdejmując wzroku z połyskującego ekranu. - Pamiętasz, jak opowiadałem ci o Mali Wattanie? Tej prezenterce? Cholera, nawet przeprowadzała z tobą wywiad, no nie? Otóż… zaginęła - powiedział. To słowo brzmiało tak obco i nieznajomo. Ludzie nie znikali w świecie Privata. Chyba że byli pięknymi turystkami.
W telefonie przez kilka chwil rozbrzmiewała cisza. Suttirat albo trawił informację, albo po prostu przypominał sobie o kim była mowa
- Coś mi się o uszy obiło. Dopiero się dowiedziałeś? Słabo.
Prasert przewrócił oczami. Oczywiście, cały świat już wiedział. On jeden pozostawał na jakiejś odległej, izolowanej wyspie bez żadnego dostępu do informacji… Choć tak właściwie mógł winić tylko siebie za nieoglądanie wiadomości. Jednak kto spodziewałby się takich nowin? Suttirat kontynuował.
- Pamiętam jak wspominałeś o niej w rozmowie sporo czasu temu. Zgaduje, że nie masz z tytułu całej tej sprawy zbyt pogodnego nastroju? - Warun zdawał się sądzić, że Prasert już wcześniej dowiedział się o tym zajściu i po prostu nic nie mówił. Nie dzwonili do siebie w końcu codziennie. Mężczyzna na swój sposób zmartwił się o niego, najpewniej rozważając, czy Privat nie męczy się z tym tematem od paru dni.

Prasert zastanowił się. Warun zadał dobre pytanie. Jak powinien czuć się z tego powodu? A także… jakie emocje tak naprawdę przeżywał?
- Wiesz… gdyby wybuchła jakaś afera… poniżający skandal… pewnie ucieszyłbym się, bo należało się jej… Tak sądzę. Mała lekcja pokory, nic wielkiego… Jednak zaginięcie? - potrząsnął głową. - Nie znam statystyk, ale czy to praktycznie nie oznacza, że nie żyje? Zwłaszcza po tygodniu? Na pewno nie życzyłem jej śmierci. To okropne… i straszne… Jeżeli coś takiego przydarzy się osobie, którą znasz, to czujesz, że ty również możesz być zagrożony. Zazwyczaj giną jedynie ludzie gdzieś daleko, przypadkowi, anonimowi i bez twarzy, którą widziałeś swojego czasu na co dzień. Cholera, ja nawet pracowałem z nią nad projektem z geografii. Wiesz, dawno temu, jeszcze zanim opuściłem Regent’s.

Następnie Privat zasępił się. Uświadomił sobie nieco po fakcie, że akurat Suttiratowi nie powinien przypominać i wyjaśniać, jakie to uczucie stracić kogoś, kogo znałeś. Miał nadzieję, że nie skierował myśli przyjaciela na te tory.

- Taa… - rozległo się niemal martwym zadumanym głosem w słuchawce. Niestety, Prasert skierował myśli mężczyzny, właśnie na ten tor.
- Hm… Tak. Cóż. Była znana. Wcześniej czy później pewnie dadzą informację co się z nią stało. Czegoś takiego w końcu nie da się zbagatelizować - Warun próbował ewidentnie odsunąć swoje myśli znów na tor tematu o jakim rozmawiali.
- Pewnie wstałeś niedawno. Po prostu spotkamy się na treningu… a potem możemy pójść i pogadać o tym wszystkim - ostatnie słowo Suttirat wyrzucił z siebie tak, jakby chciał wypluć coś niesmacznego z ust. Milczał jeszcze chwilę, jakby się zawiesił
- Tylko przyjedź, bo inaczej to ja przyjadę i cię wywlekę z tej klitki - dodał po otrząśnięciu się. Za chwilę rozległ się dźwięk towarzyszący zakończeniu rozmowy. Warun nigdy nie zaczynał powitaniem, ani nie kończył pożegnaniem, tak jakby było to dla niego coś kompletnie nieistotnego. Prasert znowu został sam ze swoimi myślami. Kiedy spojrzał na wyświetlacz telefonu, zorientował się, że numer z którego pozostawiono mu wcześniej wiadomość był zastrzeżony. Tymczasem… Jedzenie mu stygło.

A nawet wystygło, więc wsunął talerz do mikrofalówki i nastawił na czterdzieści sekund. Powinno wystarczyć. Kawa natomiast okazała się idealna do picia. Wziął duży łyk. Gorycz przelała się przez jego gardło, pobudzając i zmuszając do myślenia. Warun słusznie odgadł intencje Praserta. Ten najchętniej zostałby na tym krzesełku przez całą noc i słuchał wiadomości, pragnąc usłyszeć kolejny, chociażby najdrobniejszy detal z całego wydarzenia.
“To nie twoja sprawa, co nie?”, w jego głowie pojawiła się myśl. To zdanie było bardzo prawdziwe, gdyż koniec końców nigdy nie przyjaźnił się z Wattaną. Jednak z drugiej strony… westchnął, po czym spojrzał na numer zastrzeżony. Poczuł delikatne mrowienie ekscytacji. Wyobraźnia wciąż podszeptywała, że to porywacz. Z jakichś kompletnie nieuzasadnionych pobudek postanowił się z nim skontaktować.

Kompletnie nieuzasadnionych…
Mężczyzna wyjął pierożki z mikrofalówki i zaczął się posilać. Tak właściwie nie był głodny. Rzadko odczuwał głód, nie licząc godzin bezpośrednio po intensywnym treningu. Jednak nie poświęcał wiele uwagi krewetkowemu farszowi, ani dipowi na bazie sosu sojowego. Zamiast tego myślał o Sakchaiu i jego licealnej fascynacji Wattaną. A co jeśli ta nie zniknęła pomimo lat? Dreszcze przeszły po przedramionach Tajlandczyka. Przerwał rozważania gwałtownym sięgnięciem po telefon. Chciał odsłuchać tę wiadomość.

Czy to szósty zmysł, czy jedynie umysł płatający mu nieprzyjemne figle zmusił go do rozpoczęcia całej fali wspomnień? Drażniące, niezbyt przyjemne sceny na nowo ożyły w jego umyśle, kiedy przypominał sobie lata szkoły i nieprzyjemności z nimi związane.
to jednak ustało, gdy złapał za telefon, by wybić odpowiedni numer do swojej poczty głosowej. Rozległ się krótki sygnał rozpoczęcia połączenia, a następnie, spokojny głos, uprzejmej kobiety, zaczął przekazywać mu informacje

‘Wiadomość od 08-7472-5929, otrzymana dzisiaj o piętnastej zero trzy…’ - w tym momencie głos przerwał przekazywanie informacji i rozpoczęło się odtwarzanie wiadomości. W pierwszej chwili rozległ się szum, przywodził na myśl wiatr. Zaraz jednak dało się słyszeć czyjś dość niespokojny oddech, jakby telefonujący spieszył się dokądś i nie mógł złapać tchu. A tuż za moment wybrzmiały słowa
- Dwudziesty siódmy. Świątynia Prasat. Nonthaburi. Dwudziesta druga. Proszę - wiadomość urwała się, ostatnim, drżącym słowem, wypowiedzianym przez nikogo innego jak Mali Wattanę. Co się działo? Ponoć zaginęła tydzień wcześniej. Inna sprawa, skąd posiadała jego prywatny numer...

Prasert zakrztusił się pierożkiem. Porzucił komórkę, która opadła na kuchenny blat. Następnie obrócił się i odkręcił wodę z kranu. Wziął dwa łyki i wnet doprowadził się do porządku. Potem spojrzał na telefon. Na szczęście ekran nie pękł… Privat w całości poświęcał się tym myślom, aby odwlec możliwie najdalej rozważania na temat wysłuchanych słów… Fantazjował, że odsłucha wiadomość od porywacza, ale nie, że od porwanej… Czyżby Mali w ogóle nie została uprowadzona? Na samym początku Prasert nie rozumiał jej słów. Myślał, że się pomyliła. Zdawało mu się, że rozpoczęła jakiś wpis do audio-pamiętnika… tyle że mieli dzisiaj dwudziesty szósty, a nie dwudziesty siódmy. Dopiero po kilku długich sekundach kliknęły w jego umyśle, że chce się z nim spotkać. Odsłuchał wiadomość jeszcze raz, aby mieć pewność. Pierwszym razem wydało jej się, że Mali wymówiła nie nazwę świątyni, tylko jego imię. Nie rozumiał, czemu chciała spotkać się z nim… i to tak późno. Mężczyzna sprawdził w kalendarzu, czy będzie miał wtedy wolne.
Najbliższą dobę po odbyciu nocnej zmiany Prasert miał zawsze wolne. Pracę rozpoczynał dopiero dwudziestego ósmego o godzinie szóstej rano. Miał więc wolne i możliwość spotkania się z Mali, choć teoretycznie powinien położyć się spać o odpowiedniej porze, by być wypoczętym. Kobieta nie brzmiała jednak tak, jakby zamierzała spotkać się z nim w celach rozrywkowych. Coś się wydarzyło i najprawdopodobniej Privat nigdy nie dowie się co, jeśli nie przyjdzie na to spotkanie. Ten tydzień już sam w sobie był napięty, ze względu na zbliżającą się datę trzydziestego pierwszego października. A teraz jeszcze to… Musiał dobrze pomyśleć co ma teraz zrobić i przede wszystkim, powinien zastanowić się co powie dziś Warunowi, kiedy wreszcie się spotkają wieczorem. Nie zostało mu za wiele czasu do treningu.

Prasert wahał się. Z jednej strony mówił Suttiratowi o wszystkim. Nie chciał być też sam w tym wszystkim. Jednak z drugiej… nie był przekonany, czy Wattana życzyła sobie tego. Rozmyślał przez moment.
“Twoja lojalność względem Waruna powinna być dużo większa”, napomniał się. “Bez względu na to, jak ładna Mali by nie była”, dodał nieco szyderczo. Przez tych kilka sekund widział Wattanę w świetle biednej ofiary i musiał przypomnieć sobie, że to już był przeterminowany obraz sytuacji. Zapewne wciąż tkwiła w jakimś zagrożeniu, ale to jeszcze nie wymazywało wszystkiego, czego Prasert doświadczył z jej powodu. W ogóle dlaczego zadzwoniła właśnie do niego? Nie powinna mu ufać. Chyba że… Chyba że to była jakaś gra Sakchaia. Tyle czy zrobiliby specjalnie dla niego tak wiele zamieszania, włączając w to alarm w telewizji? Problem polegał na tym… że Privat nie miał pojęcia. Jednak ta myśl jedynie upewniła go w tym, że należy powiadomić o wszystkim Waruna. Z nim powinien być bezpieczny. Nie chciał traktować przyjaciela instrumentalnie, a jednak… ciężko było nie myśleć w ten sposób.
Spojrzał na zegarek. Nie wiedział, ile czasu pozostało do treningu.
 
Ombrose jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 11-02-2019, 01:43   #4
 
Vesca's Avatar
 
Reputacja: 10687 Vesca ma wspaniałą reputacjęVesca ma wspaniałą reputacjęVesca ma wspaniałą reputacjęVesca ma wspaniałą reputacjęVesca ma wspaniałą reputacjęVesca ma wspaniałą reputacjęVesca ma wspaniałą reputacjęVesca ma wspaniałą reputacjęVesca ma wspaniałą reputacjęVesca ma wspaniałą reputacjęVesca ma wspaniałą reputację
Zazwyczaj starał się dotrzeć na rozpoczęcie zajęć. Te startowały we wtorki i czwartki o godzinie dziewiętnastej. Miał więc… Godzinę i piętnaście minut dla siebie. Idealnie tyle czasu, by zebrać swoje rzeczy, przygotować się do treningu i ponękać samego siebie myśleniem o tym co u licha działo się na około niego…
W kuchni restauracyjnej nadal unosiły się zapachy po gotowaniu, które odbywało się tu jeszcze godzinę wcześniej. Privat przywykł już, że w ciągu dnia nie otwiera okien u siebie na górze, gdyby to uczynił jego niewielka przestrzeń życiowa wypełniłaby się intensywną wonią gotowania, oraz smogu przejeżdżających ulicą pojazdów. Zdążył przywyknąć do tego wszystkiego, choć pierwszy miesiąc był nieco uciążliwy.
Czas płynął nieubłaganie. Mógł zjeść i wreszcie udać się na swój trening.
Przez to całe myślenie był kompletnie nieobecny i niemal nie wywołał wypadku po drodze. Chyba pierwszy raz w historii odkąd zaczął jeździć. Na szczęście nic nikomu się nie stało i wyszedł z tego bez problemu. Stanął przed budynkiem szkoły, która użyczała im specjalnej przestrzeni z ringiem i salką gimnastyczną gdzie zawodnicy mogli ćwiczyć. Rozpoznał kilka twarzy stojących przy wejściu osób, nie było tam jednak Suttirata, najpewniej znajdował się już w środku…

Mężczyzna najpierw powiódł wzrokiem po pojazdach na parkingu. Samochodach, motorach… chciał zobaczyć, czy znajdował się ten należący do przyjaciela. Tak właściwie niewiele to zmieniało, bo Prasert i tak chciał uczestniczyć w treningu. Tyle że interesowało go to mimo wszystko. Nie miał pojęcia, czy opowie mu to wszystko przed, w trakcie, czy po treningu. Najwygodniejsza wydawała się ta ostatnia opcja, ale nie sądził, by był w stanie wytrzymać tak długo w ciszy…
Jego wzrok mimowolnie powędrował pod jeden z kwietników, które ozdabiały trawnik otaczający parking. Tam zazwyczaj Warun stawiał swój motor. Ku uldze Praserta, był tam gdzie zawsze. Mógł więc spokojnie udać się do wnętrza budynku, mijając znajomych zawodników, którzy pochłonięci byli rozmowami. Tematów było wiele, od nowych technik walki, po omawiania ostatnich zawodów, aż do rozmów o filmach, czy życiu prywatnym. Ile osób tyle spraw, a ile tematów, tyle opinii. Nikt jednak nie mówił o Mali, ani niczym co w jakikolwiek sposób mogłoby szczególnie przykuć uwagę Privata.
Przed samym wejściem do środka, Prasert miał dziwne, nieprzyjemne wrażenie. Na karku poczuł czyjś wzrok… Rzecz jasna wiele osób mogło na niego patrzeć, jeżeli przebywał w dużej grupie znajomych. Tyle że jego intuicja dała mu znać, że być może… coś więcej jest na rzecz. Przeczucie albo paranoja. Do tej pory za każdym rogiem widział mnicha Pakpaa. Czy teraz nadeszła era Mali? Uśmiechnął się pod nosem, ale i tak rozejrzał się w poszukiwaniu czegoś niepokojącego.
Jego wzrok uważnie przesuwał się po otoczeniu w poszukiwaniu źródła tego dziwnego uczucia. Niestety, nie dostrzegł Mali, ani nawet niepokojącego mnicha. Wrażenie również zniknęło, więc albo ten kto go obserwował uciekł, albo Prasert zaczynał popadać w lekką manię i jego umysł płatał mu figle.
Oczywiście. Spojrzał jeszcze raz w stronę swojego motora, aby upewnić się, że nikt nie zakradł się, aby przebić mu opony, albo porysować karoserię. Takie rzeczy na szczęście zazwyczaj nie zdarzały się, ale zawsze musi być ten pierwszy raz, prawda? Prasert miał nadzieję, że nie. Jego motor stał jednak spokojnie, wyraźnie nietknięty i oczekujący, aż jego właściciel będzie mógł do niego później powrócić. No i dobrze. Oby tak pozostało.

Wszedł do środka szkoły. Nie miał na sobie żadnych zbyt ciepłych ubrań, więc nic nie musiał zostawić w szatni po prawej stronie. Ruszył prosto w lewo do przebieralni. Budynek został zbudowany niezwykle wygodnie dla ludzi z zewnątrz, którzy przychodzili ćwiczyć. Nie musieli kierować się niezliczoną ilością korytarzy w poszukiwaniu sali gimnastycznej. To wszystko było już przy wejściu. Najprawdopodobniej ringi i maty też już były ustawione. Mężczyzna podszedł do wolnej szafki, w której tkwił kluczyk i zaczął się przebierać. Rozejrzał się w poszukiwaniu Waruna lub innej znajomej osoby, z którą chciałby porozmawiać.
Nie trwało długo, nim w polu jego widzenia pojawił się Suttirat. Wyraźnie był już po rozgrzewce, bo na jego twarzy i ramionach zdążył osiąść już pot. Na karku miał przewieszony ręcznik i w dłoni trzymał butelkę z wodą. Szedł w stronę Praserta. Widząc, że mężczyzna już zauważył jego obecność, skinął mu głową w geście prostego powitania.
Prasert podał mu rękę, a następnie przybliżył się. Objął go na krótko i uderzył lekko w plecy, po czym odsunął się.
Warun przeszedł w bok, zatrzymał się przy swojej szafce i wyciągnął z niej rękawice, którymi za moment zastąpił frotki do tej pory umiejscowione na jego nadgarstkach.
- Prawie się spóźniłeś - powiedział i znowu napił się z butelki, opróżniając ją naraz niemal do połowy.
- Zaklepałem nam ring na ten wieczór. Tylko rozgrzej się najpierw. Nie chcę cię rozłożyć na macie w parę minut - rzucił, chcąc Privata lekko podrażnić. Warun robił to celowo, wiedział że najlepszym sposobem na niechciane myśli było po prostu przerzucić uwagę na co innego. Działało w jego przypadku i wyraźnie chciał pomóc w ten sam sposób Privatowi.
Prasert skrzywił się, patrząc na niego z przymrużonymi oczami.
- Wyzwanie przyjęte, Suttirat - rzekł. Ściągnął koszulkę i rzucił ją byle jak do szafki. Następnie zrobił to samo ze spodenkami i wyjął z torby strój na zmianę. - To pewne, że wreszcie cię pokonam. Pytanie tylko… przed tym czy po tym, jak się zestarzejesz - dodał już nieco ciszej. Oczywiście wolałby tę pierwszą opcję, ale pewnie i druga przyniosłaby mu satysfakcję. - Potem będziemy musieli porozmawiać. Pierwszy raz od dłuższego czasu wolałbym już teraz z tobą pogadać, niż od razu przejść do rozwalania ci pyska na ringu - wyszczerzył się do starszego kolegi.
Warun uniósł kąciki ust w górę w usatysfakcjonowanym uśmiechu. Mężczyzna bardzo lubił walkę na ringu.
- Po tym - powiedział pewnym siebie głosem Suttirat i poprawił zapięcie rękawic. Zamknął swoją szafkę, w międzyczasie gdy Prasert się przebierał.
- Też myślę, że dobrze ci to zrobi. Tylko najpierw to ja cię spiorę - poprawił go tonem starszego brata, który tłumaczy młodszemu zadanie matematyczne, które ten młody wykonał źle i nie miał o tym pojęcia. Na uśmiech kolegi, Warun pokręcił głową i klepnął go w ramię, za moment idąc samemu przodem do sali. Wyraźnie nie miał zamiaru dać forów Privatowi, bo od razu sam wziął się za dalszą rozgrzewkę. Zajął jeden z worków treningowych i bez specjalnego pośpiechu serwował mu kopnięcia i ciosy pięściami z różnych kątów i pozycji.

Wnet Privat poszedł w jego ślady. Nie on jeden. Wnet cała sala zapełniła się odgłosami mocującymi się z workami treningowymi mężczyzn. Niektórzy sparingowali na matach, ćwicząc mniej lub bardziej skomplikowane ruchy. Znajdowało się tu również trochę kobiet, lecz te były w zdecydowanej mniejszości. Możliwe również, że patrzył na mężczyzn o bardzo delikatnych rysach twarzy. Niekiedy ciężko mu było rozróżnić. Jak więc biedni turyści mieli jakiekolwiek szanse?

Wymierzał kopnięcia i uderzenia. Podskakiwał na lekko ugiętych nogach. Miło było zostawić w szatni sprawę Mali Wattany i wejść do sali gimnastycznej z wolnym umysłem. O dziwo udało mu się to uczynić… Choć tak właściwie nie stanowiło to aż takiej niespodzianki. Przecież dlatego tak bardzo polubił Muay Thai w pierwszej kolejności. Mógł przestać myśleć i znajdować się w danym miejscu tylko i wyłącznie ciałem. Trochę inaczej wyglądało to w trakcie sparingów, gdyż wtedy musiał próbować odczytać intencje przeciwnika i wtedy wymagało to pełnego skupienia. Jednak dzięki temu tym bardziej mógł zapomnieć o dręczących go problemach i zapomnieć się w agresji. Akurat w tej chwili nie odczuwał gniewu, ale podejrzewał, że Warun zdoła go w nim wywołać. A jeśli nie… to pewnie tylko lepiej. Suttirat zacznie się zastanawiać, co leży na jego sercu i potem uważniej go wysłucha. Oraz doradzi…
Suttirat dał mu dwadzieścia minut na rozgrzanie, po czym, gdy Prasert sprzedał workowi kolejne kopnięcie z półobrotu po podskoku, ten zatrzymał się. Zza przyrządu wychylił się Warun i unosząc kącik ust kiwnął głową
- Mhm… Nadal… - powiedział trochę zaczepnie, ale nie mówiąc do czego pije. Jego spojrzenie wskazywało jednak na to, że zamierzał zaczepiać Privata jak zawsze.
- Nie kiwaj mi głową - warknął Prasert. - Nie jesteś żadnym pieprzonym mistrzem dojo nadzorującym ucznia fajtłapę - przypomniał. Następnie kopnął worek w ten sposób, aby uderzył w Suttirata. Spodziewał się, że jego czas reakcji mógł okazać się śmiesznie szybki, dlatego wkrótce po tym zamierzał zrobić unik w bok. Nie chciał dostać, jeżeli Warun byłby w stanie odepchnąć przyrząd treningowy wprost na niego.
Dobrym posunięciem ze strony Praserta było uskoczenie w uniku, bowiem jak się spodziewał, Warun był szybki. Zatrzymał worek, wymierzony w niego jako atak, zamiast jednak odepchnąć go w Privata, jak ten oczekiwał, błyskawicznie zszedł w dół z zamiarem podcięcia nogi kolegi, na której stał po kopnięciu.
- O. A jednak się uczysz. Dobra. Chyba się już rozgrzałeś. Dawaj… - powiedział Warun i podniósł się. Pchnął lekko worek i ruszył w stronę zaklepanego ringu. Walcząca tam obecnie para zauważając go, skinęła głowami i zeszła. Co jak co ale Suttirat wzbudzał respekt wśród kolegów. Stanął sobie w rogu i skrzyżował ręce czekając aż Prasert do niego dołączy. Na sali zrobiło się nieco ciszej, w końcu pojedynki między dwoma przyjaciółmi zawsze były ciekawym i pouczającym widowiskiem dla pozostałych trenujących w klubie.
Nawet jeśli… zazwyczaj kończyły się tak samo.

Prasert skoncentrował się tak mocno, jak to tylko było możliwe. Czasami miał wrażenie, że z Warunem na ringu grał w partię szachów. Mężczyzna nie był wcale silniejszy od Praserta. Po prostu… potrafił go rozpracować. Jakby znajdował się w jego umyśle. Privat nie mógł zachowywać się cały czas ostrożnie, z drugiej strony odsłaniał się przy każdym ataku. Nie mógł pozwolić sobie chociażby na jeden nieprzemyślany. Nie przy przeciwniku takiej ligi. Suttirat wielokrotnie wygrywał złote medale i był jednym z najlepszych zawodników w kraju. Kiedy walczył od niechcenia, dla przeciwnika zdawało się to pojedynkiem na śmierć i życie. Privat jako jeden z nielicznych potrafił dotrzymać mu kroku, lecz nawet on nie był w stanie prześcignąć skurwysyna.
- Dzisiaj z rękawicami, czy bez? - zapytał. Pozostawał jednak uważny, nie chcąc złapać się na niezapowiedziany, zaskakujący atak.
Warun przechylił głowę raz w jedną, raz w drugą stronę. Lekko chrupnęło mu w karku. Przeciągnął ręce rozprostowując je nad głową i rozluźnił je w ramionach
- Z, nie chcę ci przypadkiem wybić paru zębów… Albo żebyś ty wybił mi. Choć to mogłoby być nawet zabawne - powiedział przekornie Suttirat. Ustawił się w wyluzowanej pozycji z miękką gardą. Dla przeciętnego obserwatora wyglądał na kompletnie nieprzygotowanego, Prasert jednak doskonale wiedział co właśnie miało miejsce. Mężczyzna nie zamierzał mu dziś pobłażać. Jego spojrzenie zmieniło się ze spokojnego i neutralnego na ostre, niezwykle uważne i jakby lekko nieobecne. Jakby patrzył przez Privata, a nie na niego. Atmosfera wewnątrz ringu momentalnie uległa zmianie. Wyczuwali to również ci, którzy stali i obserwowali z bliska, bo zamilkli oczekując pierwszego ruchu. Jeden z trenerów dołączył do grupy obserwujących, ciekaw postępów Praserta i zapewne zamierzając pełnić rolę sędziego. Wszyscy czekali na ruch Suttirata. Warun jednak go nie wykonał. Czekał, jednocześnie zapraszając przyjaciela do ‘tańca’.

Co prawda korzystali z rękawic, jednak brakowało ochraniaczy na kolana i łokcie. A uderzenia nimi były często stosowane w Muay Thai… Stosowano je najczęściej w walkach amatorskich. W zawodowych, na ringu, zawodnicy mieli te części ciała odsłonięte. Warun nawet nie pomyślał o zabezpieczeniu ich… jak zresztą zawsze. Stąd często Prasert odczuwał po treningu ból w tych stawach. Jednak nie o tym teraz myślał. Poruszył kilka razy nogą, markując kopnięcie. Na razie żadnego nie wykonał, wpatrując się w oczy przeciwnika. Dla nieobeznanego w tajskim boksie te podrygiwania mogłyby kojarzyć się z jakimś wiejskim tańcem… lecz w rzeczywistości stanowiły element rozgrywki umysłowej. Trzymał obie ręce w górze, ustawione nieco szerzej niż w zwykłym boksie tradycyjnym. Ten rodzaj gardy miał na celu utrudnienie przeciwnikowi złapania go w klincz. Nagle Prasert podniósł lewą nogą, chcąc uderzyć nią z góry w udo przyjaciela.
Niestety, Warun zdawał się wręcz wyczekiwać już tego ruchu po Privacie. Jakby już chwilę temu wiedział, że mężczyzna zdecyduje się na takie kopnięcie. Prawdą było jednak to, że nie wiedział. Suttirat po prostu robił już pewne rzeczy instynktownie. Trenował od wielu lat, znał Muay Thai bardzo dobrze i wiedział jak zareagować w niemal wszystkich sytuacjach. Cofnął nogę przesuwając ciężar ciała na bok. To był dla Praserta krytyczny moment, bowiem w tym momencie gdy jego noga nie trafiając w cel bezwładnie zaczęła opadać. Warun nawet nie musiał spojrzeć w dół, by wiedzieć co miało miejsce. Przesunął się do przodu z zamiarem podcięcia nogi przyjaciela, na której ten obecnie stał.
Prasert nie należał do najszybszych zawodników, jednak zdecydowanie przerastał kolegów na polu zwinności. Zapewne gdyby nie to, już teraz leżałby na macie i musiał wymyślać jak wykręcić się Warunowi z takiego położenia. W ostatniej jednak chwili zdołał podskoczyć i uniknąć ataku Suttirata. Powiększył tym samym dystans między sobą, a nim. Mężczyzna uśmiechnął się
- Mówiłem… To mnie nie słuchałeś i postanowiłeś zaatakować workiem treningowym - pokręcił głową, na moment podpierając biodra rękami. Nie dokończył o czym mówił, bo wziął tylko głębszy wdech i teraz to on ruszył na Praserta. Zmarkował atak na jego wysuniętą, w pozycji gotowości do dalszej walki, nogę. Jednak zamiast zakończyć swój atak tam, postanowił przenieść ciężar ciała i wycelować kopnięciem w splot słoneczny przyjaciela, samemu jednocześnie przychylając się w tył, by Prasert czasem nie sięgnął go rękami w głowę.

Suttirat denerwował Praserta tą niepotrzebną gadką. Uważał, że przyjaciel okazywał mu w ten sposób brak szacunku. Nie powinien rozpraszać się przemowami, a jednak robił to… jak gdyby Privat nie stanowił wystarczająco dużego wyzwania. A to sprawiło, że krew zawrzała w żyłach mężczyzny. Trenował od ponad dziesięciu lat i przez Muay Thai prawie stracił życie. Gdyby nie ten sport, Sunan nigdy nie znalazłby się tam, gdzie obecnie przebywał. Prasert uważał, że jeśli nie będzie dobry w boksie, to tak, jak gdyby to wszystko poszło na marne. Nie chciał być beznadziejny. Musiał być najlepszy, aby to całe cierpienie zwróciło się. Pomyślał o tym w tej chwili… i niesłusznie, bo tym jedynie rozproszył się. Próbował uniknąć ciosu, jednak to nie było możliwe. Otrzymał uderzenie w brzuch i stracił oddech. Spróbował odskoczyć do tyłu, aby uniknąć kolejnego ewentualnego ciosu. Tyle ludzi na nich spoglądało… Prasert by skłamał, gdyby powiedział, że wszystko mu jedno, czy zostanie przed nimi upokorzony. A jeśli tak dalej pójdzie… Warun wygra bezwarunkowo. Nie mógł na to pozwolić.
Warun znał Privata na tyle dobrze, że wiedział iż ten był w tej chwili przynajmniej w małym stopniu wściekły. Wiedział, że jego przyjaciel wysoko cenił sobie swoje zdolności i długoletni trening, a także że z tym sportem w jego życiu wiązała się nieprzyjemna opowieść. I choć nigdy nie zamierzał obrażać go, dając wskazówki to dawał mu je tylko dlatego, by narwaniec poprawił swoje umiejętności i się czegoś nauczył.
Zamiast tego już się wściekł i popełnił błąd, a Suttirat nie należał do osób, które wybaczały potknięcia na ringu. Wykonali ruch niemal w takim samym czasie. Mężczyzna zaatakował wykopem do przodu, ale zręczność Praserta nie spała, mimo że ciężko jeszcze było mu w pełni złapać oddech. Zablokował kopnięcie i odskoczył na bok. Noga Waruna zaczepiła się o górną linkę ringu. Nic nie powiedział. Nie był zły jak jego młodszy sparing-partner, ale postanowił przejść w poważniejszy tryb. Skoro Prasert tak się gorączkował do walki, zamierzał dać mu lekcję i wypróbować na co faktycznie go stać. Odepchnął się stopą od elastycznej barierki i stanął przodem do przyjaciela. Oceniał go spojrzeniem. Było wiadomo, że jeśli zetrą się w tym momencie, nie będzie już markowania i uciekania na tak daleką odległość. Warun zacisnął pięści i przyjął poprawną gardę. Wyraźnie zamierzał wykonać kolejny atak, jeśli Prasert tego nie zrobi.
 
__________________
If I had a tail
I'd own the night
If I had a tail
I'd swat the flies...
Vesca jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 11-02-2019, 01:44   #5
 
Ombrose's Avatar
 
Reputacja: 14083 Ombrose ma wspaniałą reputacjęOmbrose ma wspaniałą reputacjęOmbrose ma wspaniałą reputacjęOmbrose ma wspaniałą reputacjęOmbrose ma wspaniałą reputacjęOmbrose ma wspaniałą reputacjęOmbrose ma wspaniałą reputacjęOmbrose ma wspaniałą reputacjęOmbrose ma wspaniałą reputacjęOmbrose ma wspaniałą reputacjęOmbrose ma wspaniałą reputację
Privat wciąż łapał oddech po wcześniejszym uderzeniu i dlatego jego gniew nieco wyparował. Choć wciąż czuł irytację i wzbierającą się w nim agresję. Zamierzał uczynić dokładnie to samo, co miało miejsce przedtem… tylko zamienić ich role. Chciał przygotować się na następny atak ze strony Waruna. I kiedy ten nastąpi, zrobić szybki unik i wyprowadzić prędki kontratak. Czy był na to wystarczająco zwinny? Miał taką nadzieję. Suttirat był straszliwym przeciwnikiem, który nie pozwalał ani na chwilę odpoczynku, jednak Prasert cieszył się z tego. Lepiej przegrywać, pojedynkując się z lepszym, niż wygrywać z kimś poniżej twojego poziomu… prawda? Prasert był zwinny, dlatego chciał wykorzystać tę cechę do maksimum. Dzięki niej unikać ataków i wyprowadzać je prędko wtedy, kiedy Warun będzie nieprzygotowany. Bo kiedyś musiał być nieprzygotowany, chociażby trwało to jedynie przez ułamek sekundy. Privat miał nadzieję znaleźć ten moment i wbić się w niego klinem. Głupia szarża nie poskutkowała na początku walki i nic nie wskazywało na to, żeby drugim razem miała się powieść. Kiedyś Prasert usłyszał, że jedynie głupcy i szaleńcy robią tą samą rzecz w kółko i spodziewają się odmiennych rezultatów.
Suttirat widząc, że jego kolega już nie atakuje tak zuchwale jak wcześniej, uśmiechnął się lekko. To nie znaczyło jednak żadnego ułatwienia, po prostu mężczyzna w duchu pochwalił przyjaciela i tyle.
Ruszył.
W dwóch krokach zniwelował dzielący ich dystans do minimum i kiedy do tej pory właściwie cały czas skupiał się na nogach, tym razem w ostatniej chwili wysunął prawą rękę do przodu i w górę, by uderzyć Praserta łokciem w bok szczęki, jednocześnie drugą ręką chcąc złapać go w hak za kark.
Prasert jednak chyba wyczuł jego zamiary, bo zablokował cios ręką i obaj mężczyźni złapali się w bliźniaczym uchwycie, zapierając się i zmagając który pierwszy popełni błąd. Żaden nie mógł sięgnąć drugiego nogami, a siłą byli do siebie porównywalni. Pewnie gdyby nie to, że przebywanie w takim kontakcie było ograniczone czasem, Warun w końcu przetrzymałby Praserta, miał dużo więcej wytrzymałości niż młodszy kolega. Jednakże do akcji, w formie sędziego wszedł jeden z trenerów, nakazując im rozdzielenie, a jeśli nie dało rady słowem, łapiąc jednego i drugiego za ramiona i rozrywając ten ich bolesny uścisk. Obaj mężczyźni byli lekko zdyszeni i potargani, ale wyraźnie Warun miał ubaw z tego, że Privat nie dał mu się łatwo podejść z ciosem.
- Wznawiam - rzucił trener i zszedł im z ringu. To był sygnał do następnej akcji. Suttirat odgarnął włosy i teraz to on zaszarżował na kolegę z kopnięciem. Tym razem już bez markowania, celował mu w bok.
Prasert zareagował instynktownie. Uznał, że to nie była zmyła ze strony przeciwnika. Chciał cofnąć się tak, aby kopnięcie nie dosięgło go. I w chwili, gdy Warun będzie odzyskiwał równowagę i przyszykowywał do następnego ruchu… Wtedy zaatakować. Nie mógł przyjąć obecnego ciosu Suttirata. Nie po tym, jak poprzedni trafił prosto w jego splot słoneczny. Każdy atak był odsłonięciem się i jeżeli tylko Privat posiadał odpowiednią szybkość… Mógł ukarać Waruna za próbę dosięgnięcia go. Nie mógł jedynie unikać ataków przyjaciela, bo zmęczyłoby to go prędzej czy później. Zwinność była jedynym kluczem do zwycięstwa, o ile to w ogóle było możliwe. Musiał próbować unikać ciosów i wyprowadzać je najlepiej jednocześnie…
Wyglądało najwyraźniej, że ich dzisiejszy pojedynek miał polegać na filozofii ‘Kto pierwszy, ten trąba’, bowiem atak Suttirata, choć wyprowadzony porządnie, okazał się fiaskiem. Prasert zablokował cios nogą, unosząc nieco kolano i pewnie gdyby nie to, że już za moment zaatakował, znowu skończyliby zakleszczeni w uścisku. A tak trafił przyjaciela prosto w brzuch. Warun zdążył częściowo zblokować cios łokciem, więc uderzenie nie było zbyt potężne, ale mimo wszystko zatkało go na chwilę. Mimo to, instynktownie pochylił się odrobinę, i znowu spróbował uderzyć Privata pięścią, tym razem od dołu w szczękę. Stali na tyle blisko, że nie było zbyt dużo czasu na uniki, z drugiej strony Suttirat wystawiał się ponownie na możliwy atak na własną głowę. Pojedynek był zdecydowanie ciekawym widowiskiem, bo przyglądało się coraz więcej osób.
Znajdowali się bardzo blisko siebie. Praserta kusiło, aby wycofać się, ale nie wiedział, czy to był dobry pomysł. Jak długo jeszcze mógł utrzymać się na nogach, zanim straci siły? Nie chciał ryzykować i miał nadzieję zakończyć to możliwie jak najszybciej. Warun bardzo upodobał sobie szczękę Praserta. Chciał znowu wycelować w nią, co znaczyło, że jego nogi raczej nie zdążą osłonić kolejnego ataku Privata. Taką miał nadzieję. Pragnął uderzyć kolanem w Waruna. Najlepiej w brzuch, ale jeśli przypadkiem w szale walki nie trafiłby i jego cios znalazłby się nieco niżej, na przykład w okolicy podbrzusza… może nie byłoby to aż tak bardzo nieregulaminowe?
Suttirat celował w szczękę Privata, a ten w tym samym czasie obrał sobie za cel jego podbrzusze. Żaden się nie osłonił i każdy dał wszystko w wymierzony cios. Uderzenie Praserta weszło wcześniej, ale to niewiele zmniejszyło siłę uderzenia Waruna. Obaj mężczyźni trafili. Warun cofnął się, przyginając. Jego młodszy kolega kopnął w takim miejscu, że ledwo zmieścił się w regulaminowym punkcie, ale sprawił mu wystarczający nakład bólu, by wyłączyć z walki na parę chwil. Tymczasem jego cios był doskonale wyprowadzony i praktycznie odrzucił głowę Praserta w tył. Nie mógł się jednak skupić na tyle, by sprawdzić, czy Privat jeszcze stoi na nogach, czy postanowił już upaść. Zdecydowanie i on będzie miał ciężko, żeby się po tym zebrać
- Jasssny… - sapnął Suttirat, łapiąc się o barierkę. Chyba tylko jego nadzwyczajna wytrzymałość pozwalała mu stać.
- Tak… - Prasert zgodził się w bólu. - Jasny…
Złapał się za uderzone miejsce. Ślad bez wątpienia zostanie. Będzie musiał przykryć go makijażem przed pójściem do pracy, aby uniknąć niepotrzebnych pytań. Nie był przekonany, czy mężczyzna że straży królewskiej powinien być posiniaczony. Z jednej strony oznaczało to, że nie wylegiwał się w łóżku w czasie wolnym… lecz z drugiej psuło to jakże ważną estetykę.
Prasert spojrzał szybko na sędziego, czy ten ogłosi remis. Miał nadzieję, że tak będzie. To byłby łaskawy werdykt walki, z którego mógłby być naprawdę dumny.
Warun nie mógł się wyprostować. Spojrzał na tymczasowego ‘sędziego’ ich małego sparingu. Mężczyzna znowu wszedł na ring i ogłosił wszystkim oficjalnie remis. Prasert poczuł tak ogromną ulgę… że przez krótki moment zapomniał o bólu. To było cudowne. Remis w równej walce? I tak miał wrażenie, że po prostu sprzyjało mu szczęście… ale czy nie jest ono również ważne zarówno w życiu, jak i karierze sportowca?
Suttirat usiadł dając sobie czas na odtajanie po tym ostatnim cholernie bolesnym uderzeniu.
- Nieźle Privat… Nieźle - powiedział do kolegi i poczekał aż ten do niego dołączy, by uścisnąć mu po koleżeńsku dłoń. Niestety nie mógł wstać w tym konkretnym momencie. Widać było że był mimo wszystko zadowolony z tej walki.
Prasert miał ochotę rzucić się na Waruna i uścisnąć go mocno z radości. Nie chciał jednak zrobić sceny.
- Zrobiłeś mi operację plastyczną - jęknął żartobliwie, masując obolałą szczękę. Tak właściwie bał się, że mężczyzna uszkodził jakieś ważne nerwy, gdyż jednocześnie czuł drętwienie, mrowienie, szczypanie. No i rzecz jasna ból. - To było jak walka z dinozaurem. Cieszę się, że nie jestem twoim wrogiem - spróbował zaśmiać się, ale zabrzmiało to nieco bardziej jak skowyt dogorywającego zwierzęcia.
- Ja też się cieszę, że nim nie jesteś. Przyznaj się, celowałeś tu gdzie trafiłeś, czy miałem diabelnego farta? - odpowiedział Suttirat masując obolałe podbrzusze. Pokręcił głową, ale uśmiechnął się do przyjaciela.
- No… zmieniłeś pozycje w ostatniej chwili. Tak niespodziewanie ugiąłeś lekko nogi… czyż nie? - Prasert niezręcznie zaśmiał się. Odgiął głowę do tyłu, patrząc na Waruna.
- To była dobra walka. Trzeba ją niedługo powtórzyć, bo jeszcze ktoś pomyśli, że się starzeję - zażartował. Spróbował się podnieść by zejść z ringu. Skoro skończyli na nim swój sparing, mogli go już ustąpić innym zawodnikom. Widać jednak było po jego ruchach, że przez najbliższe pół godziny preferowałby jednak siedzieć.

Privat nie był wcale w dużo lepszym stanie, ale spróbował pomóc przyjacielowi. Na początku czuł triumf z powodu remisu, ale teraz zaczął obawiać się, czy aby nie przesadził w rozpaczliwym pragnieniu zwycięstwa. A co, jeśli uszkodziłby Suttirata? W imię czego? Nic nieznaczącej, treningowej potyczki? To byłaby kolejna rzecz, jakiej nie mógłby sobie darować. Wyrzuty sumienia jednak silnie tłumił ból szczęki. Warun również wcale nie hamował się. W gruncie rzeczy to była sprawiedliwa walka. Oboje dali z siebie wszystko. Tak sądził.
- Chodź, odpoczniemy - rzekł, wychodząc z ringu. - Jesteś w stanie iść? - można było wychwycić ledwo zauważalną nutę troski w jego głosie. - Wszystko w porządku?
Warun szedł, ale zatrzymał się i zerknął na Praserta
- Odpoczynek to nie najgorszy pomysł. Tak jestem w stanie iść… - zmrużył oczy i uśmiechnął się, kręcąc głową
- Przestań się martwić, jakbyś co najmniej mnie prawie wykastrował przed chwilą. Zarobiłem strzała. Rozchodzę. Taki sport. Nie ma się co roztkliwiać - oznajmił, po czym ponownie ruszył w stronę wyjścia z sali, kierując się do szatni, gdzie jak zwykle trzymał wody do picia. Jedną butelkę podarował Privatowi
- Trzymaj mistrzu - rzucił, po czym usiadł i zaczął pić.
Prasert z wdzięcznością przyjął wodę, gdyż zapomniał o niej, wychodząc z domu. Miał wtedy zupełnie inne rzeczy na głowie. I powoli nadchodził czas poruszenia ich. Tylko nie w tym miejscu, gdzie każdy mógł ich podsłuchać. Mali nie prosiła o zachowanie tajemnicy, jednak wydawało się to dość oczywiste, biorąc pod uwagę okoliczności. O ile najlepszy przyjaciel Privata mógł zostać wtajemniczony, to nie każda przypadkowa osoba wracająca do szatni po treningu. Odkręcił zakrętkę i napił się z gwinta. Woda okazała się zaskakująco chłodna, jak gdyby została dopiero co wyjęta z lodówki. Czy może raczej to Prasert był tak bardzo rozgrzany po treningu.
- Teraz będziesz mógł zostać mnichem bez żadnych oporów - zażartował, wciąż mając na myśli wcześniej poruszony cios w podbrzusze. - I tak nic cię nie ominie.
Warun zasępił się na moment, odejmując butelkę od ust
- Ty się nie śmiej. Był moment, że o tym myślałem. Na szczęście, już mi przeszło - burknął i dokończył opróżnianie butelki wody. Zgniótł ją ręką, po czym rzucił do kosza w rogu szatni. Plastik odbił się od ściany, a potem trafił do pojemnika. Suttirat westchnął i oparł się plecami o metalowe szafki. Na dziś miał chyba dość treningu. Może i był doskonałym zawodnikiem, ale nigdy nie przeginał z przepracowywaniem swego ciała zostając i męcząc się dalej, gdy coś nie grało. Wiedział, że więcej szkód i kontuzji mógłby sobie narobić zostając, niż jak w danej chwili odpuści. Zerknął na Privata
- Ale musisz nadal popracować nad pracą nóg. Jak markujesz atak w podskokach, widać gdzie będziesz celował faktyczny cios - powiedział wreszcie co miał na myśli poprzednie dwa razy.
Umysł Praserta pracował nieco wolno, jak gdyby adrenalina wypłukiwała z niego myśli. Musiał to sobie powtórzyć w myślach dwa razy, zanim zrozumiał. Choć przekaz wcale nie był niezwykle skomplikowany.
- Niezła wskazówka - podziękował. - Tylko dawanie mi ich... czy to rozsądne? Jak nie będziesz uważał, to zmienisz mnie jeszcze w terminatora takiego, jak ty sam. Czy to nie byłoby za dużo dla świata? - uśmiechnął się lekko i usiadł obok Suttirata. Pił nieco wolniej. Wciąż jeszcze pozostała połowa wody w butelce.
- Lepszych takich dwóch niż jeden. Wtedy zawsze ja mogę pomóc tobie, a ty mi jak zawodników będzie za dużo na jednego - Warun wprost, choć nieco okrężnie przyznał, że powierzyłby Prasertowi swoje życie do obrony, gdyby zaszła taka potrzeba i on sam broniłby go, gdyby coś się działo. Ziewnął. Adrenalina schodząca z Suttirata zwykle prowadziła do znużenia. Podniósł się i zgarnął swoje rzeczy z szafki
- Jakie masz plany na wieczór? Pamiętam że chciałeś pogadać. Idziemy do mnie, do ciebie czy na miasto? - zapytał. Najwyraźniej chciał dostać odpowiedź zanim pójdzie pod prysznice, do których przejście skrywało się na tyłach szatni.
Prasert w tym czasie podszedł do własnej szafki, z której wyciągnął butelkę płynu do ciała i włosów. Przewiesił sobie również na ramię ręcznik. Tak przygotowany, obrócił się do Waruna z poważną miną.
- To duża sprawa. Nie mam dużo do opowiedzenia… ale za to bardzo niestandardowe rzeczy - posłał mu spojrzenie sugerujące, że wcale nie żartuje. - Myślę, że lepiej będzie dzisiaj do ciebie. Bardziej prywatnie - dodał, zamyślając się. Choć samo przekazanie słów Mali będzie trwało jedynie chwilkę, to przedyskutowanie strategii i wyłonienie jakiegoś planu… to mogło zająć nieco więcej. Być może Prasert cierpiał na paranoję wyindukowaną przez Pakpaa, ale naprawdę nie chciał, aby obce uszy usłyszały to wszystko, co zostanie wypowiedziane.
Warun wysłuchał go, po czym kiwnął głową i odwrócił się do niego plecami
- No i poza tym pewnie zapomniałeś kupić piwo, jak zwykle - rzucił przekornie w trakcie podróży pod prysznice. Wyglądało na to, że próbował jeszcze póki co rozluźnić nieco Privata, widział bowiem po przyjacielu, że był spięty tym tematem. Dobrą cechą Suttirata było, że nigdy nie kąpał się zbyt długo. Mył się w letniej wodzie, po czym po prostu wychodził, zwalniając miejsce. Nie przepadał za długimi prysznicami. Zapytany kiedyś przez Praserta dlaczego, nie odpowiedział szczerze, więc najpewniej była za tym jakaś historia, o której mógł po prostu nie chcieć opowiadać, nawet jemu. Nie minęło więc 10 minut, gdy już był na powrót w szatni, przebrany ze stroju treningowego. Czekał na Praserta.
Privat również nie roztkliwiał się pod prysznicem. Jednak znajdował się pod nim nieco dłużej od Suttirata, gdyż chciał obejrzeć swoje ciało pod kątem zyskanych siniaków. Ten po ciosie w splot słoneczny już zaczynał wykwitać. Żałował, że nie miał lustra, aby obejrzeć twarz, ale skoro nie było krwi… raczej nie mogło być aż tak źle. Choć miał wrażenie, że szczęka zaczyna pokrywać się opuchlizną… Zmył z siebie pot. Naniósł na skórę pachnący środek, namydlił również włosy i szybko spłukał się. Wyszedł spod prysznica i wytarł się dokładnie ręcznikiem. Następnie założył bieliznę i ruszył w stronę szafek. Tam czekały na niego ubrania, w których przyjechał.
- Powinna znajdować się tutaj jakaś pralka, czy coś - mruknął, wpychając spocony strój sportowy do torby. Biorąc pod uwagę tajskie temperatury i to, że nie wracał prosto do domu… Już czuł ten zapach.
- Mhm, już widzę jak wszyscy zrzucają się tu na pralkę, a potem jak wszyscy dopłacają szkole za wodę - pokręcił głową. Mężczyzna dopijał właśnie następną i zarazem ostatnią butelkę wody jaką miał. Wyglądał już na gotowego by się zabrać z budynku. Na razie jednak, czekając na ubierającego się Praserta siedział wygodnie na ławce i obserwował to przyjaciela, to ludzi przechodzących do i z szatni.
- Ach, i nie mam piwa. Możemy kupić po drodze, jeśli niczego nie masz - Prasert obrócił się w stronę Suttirata z lekko drwiącym uśmieszkiem. Już prędzej alkoholu zabraknie w monopolowym, niż w domu Waruna.
- Ja wiem, że nie masz… Na szczęście ja zawsze mam. To nam oszczędzi przystanków po drodze - odpowiedział jego przyjaciel, jakby czytał w myślach Privata. Kiedy wreszcie Prasert pozbierał się, Suttirat wstał z ławki i już nieco pewniejszym krokiem ruszył w stronę wyjścia z szatni. Kilka osób zahaczyło go po drodze wyłącznie po to, by się przywitać lub pożegnać, Warun był uprzejmy, ale nie zwracał na nich jakiejś szczególnej uwagi. Przez moment szli w milczeniu. Na zewnątrz, mimo że już zapadł zmrok, nadal było ciepło. Otoczenie było kompletnie rozświetlone. Bangkok nocą był jasny prawie jak za dnia, choć oczywiście to też zależało od dzielnicy w której aktualnie się przebywało. Suttirat mieszkał w centrum, w kawalerce. Było go stać, zwłaszcza po tym jak sprzedał domek, który wcześniej dzielił z małżonką i córeczką. Mężczyzna wsiadł na motor, wcześniej pakując rzeczy i torbę do schowka.
Tymczasem Privat mógłby przysiąc, że znowu ktoś go obserwuje…
Nie czuł się z tym zbyt dobrze. Wsiadł na swój pojazd, wsunął kluczyki do stacyjki i zapalił silnik. Następnie wolno podjechał do Waruna.
- Widzisz coś niepokojącego? - rozejrzał się wokoło. - Nazwij mnie wariatem… ale mam jakieś złe przeczucie. Jak gdyby ktoś mnie śledził… coś w tym stylu…
Uśmiechnął się niezręcznie. Nie chciał wyjść przed Suttiratem na panikarza, dla którego każdy cień skrywa seryjnego zabójcę tylko czyhającego na jego życie. A jednak… chyba lepiej było wyjść na paranoika, niż potem żałować.
Warun zmarszczył lekko brwi i mruknął pod nosem, rozglądając się zaraz na około
- Mmmm, nie. Nie widzę nic, ani nikogo specjalnego - powiedział spokojnie. Zerknął na Privata, zawieszając na nim spojrzenie sekundę dłużej, jednak nie powiedział nic więcej, tylko odpalił swój motor. Prasertowi zrobiło się trochę głupio, ale z drugiej strony słowa mężczyzny nieco uspokoiły go. Ale tylko trochę. Jeszcze wczoraj zupełnie zapomniałby o tym dziwnym uczuciu, ale biorąc pod uwagę dziwny telefon Wattany… można było spodziewać się wszystkiego.
- Jedziemy - zakomenderował Suttirat i ruszył pierwszy do wyjazdu. Jeśli więc martwił się o przyjaciela w kwestii jego paranoi, nic nie powiedział.

***

[media]http://www.youtube.com/watch?v=lOo7XD8gvX0[/media]

Kiedy wreszcie zajechali na ulicę Phetchaburi, podjeżdżając pod elegancki, dość nowoczesny budynek, rażący przejezdnych nie tylko swoim przepychem, a kolorem mlecznej bieli, Warun pokierował Praserta do zjazdu w parking podziemny, znajdujący się poziom pod budynkiem. Mężczyzna miał tam własne miejsce parkingowe, a że nie korzystał z samochodu, a motoru Privat mógł spokojnie zaparkować swój na tym samym miejscu. W sporej hali na poziomie -1 poza nimi nikogo nie było. Stało tu sporo samochodów i motorów, najpewniej należących do mieszkańców budynku. Suttirat wyłączył silnik, zsiadł z pojazdu i skrzywił się. Może i chodzenie nie sprawiało mu już takich problemów, ale najwidoczniej jazda dała mu się jeszcze we znaki po tym ciosie od Praserta. Pozbierał swoje rzeczy ze schowka i wyciągnął klucze do mieszkania. Spojrzał na kolegę i jego pojazd. Privat przez całą trasę nie czuł się już niekomfortowo i gdy znaleźli się na parkingu, dziwnego wrażenie również nie było. Czy pojawiało się tylko w specyficznych miejscach? Czy rzeczywiście go ktoś śledził go i jeszcze nie wytropił gdzie znajdowało się mieszkanie jego przyjaciela? Jakakolwiek odpowiedź była prawidłową, na razie nie miał jak dosięgnąć prawdy.
Po dłuższej jeździe tamto poprzednie wrażenie wydawało się wręcz niedorzeczne. Co będzie w następnej kolejności? Zacznie unikać czarnych kotów i liczby trzynaście? Prasert poczuł się bezpiecznie na znajomym parkingu w towarzystwie przyjaciela. Cieszył się, że właśnie to miejsce wybrał i nie będą wałęsać się po jakichś knajpach. Dzisiaj nie był na to odpowiedni dzień. Założył torbę na ramię i zaczął iść w stronę windy ramię w ramię z Warunem.
- Swoją drogą… nigdy o to wcześniej nie pytałem. To twoje własne, czy wynajmujesz? - zapytał. - Pięknie mieszkasz.
“Zwłaszcza w porównaniu do mojego zagrzybionego pokoju”, dodał w myślach.
 
Ombrose jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 11-02-2019, 01:45   #6
 
Vesca's Avatar
 
Reputacja: 10687 Vesca ma wspaniałą reputacjęVesca ma wspaniałą reputacjęVesca ma wspaniałą reputacjęVesca ma wspaniałą reputacjęVesca ma wspaniałą reputacjęVesca ma wspaniałą reputacjęVesca ma wspaniałą reputacjęVesca ma wspaniałą reputacjęVesca ma wspaniałą reputacjęVesca ma wspaniałą reputacjęVesca ma wspaniałą reputację
Suttirat zerknął na niego, kiedy stanęli przed windą
- Wiesz, że mówisz to za każdym razem gdy tu przyjeżdżamy… - zauważył lekko żartobliwie
- Własne. Nie mam już potrzeby odkładać dodatkowych pieniędzy na nikogo poza sobą. To mogłem się szarpnąć na to - powiedział i spochmurniał nieco. Myślenie o rodzinie zawsze źle wpływało na nastrój Waruna. Prasert uznał, że taka inwestycja byłaby rozsądna nawet gdyby żona i córka mężczyzny wciąż żyły… ale rzecz jasna nic nie powiedział. Spoglądał przez chwilę niezręcznie gdzieś w bok. Takie rozmowy chciał przeprowadzać po alkoholu albo wcale. Winda uratowała sytuację, poinformowała ich natrętnym dźwiękiem, że dotarła na to piętro, po czym otworzyła przed nimi swoje drzwi, pozwalając wejść do środka. Jechali na czwarte piętro. W trakcie jazdy, Suttirat nic nie mówił, najwyraźniej odpychając niechciane myśli. Kiedy wreszcie weszli do jego mieszkania, rzucił torbę treningową na półkę z butami po lewo od wejścia
- Rozgość się - polecił Prasertowi.
Mieszkanie Waruna nie było ogromne. Składało się z sypialni, łazienki i sporego salonu połączonego z aneksem kuchennym i wyjściem na długi balkon. Okna szczelnie wygłuszały hałas z ulicy. Panował tu niejako bałagan, mężczyzna najwyraźniej nie miał zamiaru próbować nawet wysprzątać do perfekcji swojej strefy życiowej. Dla Praserta było to oczywiste. Jego pokój nie wyglądał wcale inaczej.
Na stoliku przed kanapą stało jeszcze puste pudełko po pizzy, jakimś fastfoodzie i chińszczyźnie, a pomiędzy tym wszystkim walały się puszki i butelki po piwie i różnych napojach.
Suttirat podszedł do szafki pod telewizorem, po czym zdjął z niej pilot do wieży. Włączył muzykę, typowo zachodnią, o rockowym klimacie, po czym przyciszył, żeby po prostu grała w tle. Odłożył pilot, po czym zgarnął bałagan ze stolika i zaniósł do kuchni.
- Piwa są w lodówce, wyjmij i poczęstuj się, a ja spróbuję sprawić, żebyś nie potknął się gdzieś o moje gacie - poinformował kumpla właściciel mieszkania, kręcąc się chwilę i wynosząc ubrania z łazienki do sypialni, czy sprzątając kolejne śmieci.
- Byłoby zabawnie, gdyby one… w przeciwieństwie do ciebie… zdołały mnie znokautować - Prasert rzucił zaczepnie. Miał ochotę na kawałek starej pizzy, ale Suttirat zbyt szybko zdążył sprzątnąć śmieci. No cóż… może zauważył jego spojrzenie. Privat ruszył do kuchni i otworzył lodówkę. Wyjął dwie butelki opatrzone etykietą Singha. Otwieracza szukał jedynie przez kilka sekund - wiedział dokładnie, gdzie znajdował się w mieszkaniu Waruna. Następnie otworzył szafkę i wyjął opakowanie prażonych alg morskich Tae Kae Noi. Cienkie, smażone w oleju palmowym, soli i białym pieprzu… były przepyszne. Zwłaszcza po wymęczającym treningu. Prasert nie czekał ani chwili. Otworzył je, wziął pełną garść i wypełnił usta boskim smakiem. Popił piwem. Idealne połączenie. Jak niewiele potrzebował do szybkiej poprawy nastroju. Ruszył w stronę kanapy, pogwizdując do taktu zachodniej muzyki.
Wkrótce salon i łazienka wyglądały znośnie, a Warun opadł na swój ulubiony fotel, który stał ustawiony tyłem do okien.
- Nawet nie sugeruj knockoutu. Szczerze, nie chciałbym cię rozwalić na łopatki tak jak tych młodziaków, co czasem mają tyle pewności siebie, żeby zaproponować mi sparing - pokręcił głową.
- Jesteś gwiazdą, Warun. Nawet nie myślą, że cię pokonają. Chcą się pochwalić przed znajomymi, że w ogóle próbowali - Prasert rozsiadł się wygodniej. Znalazł pilot i włączył telewizor. Zaczął przeskakiwać po kanałach.
- Zamówiłem pizzę - rzekł Suttirat i sięgnął po butelkę piwa ze stołu. Otworzył ją i napił się. Zapadła chwila ciszy, aż w końcu odetchnął
- Dobra, to co jest grane Prasert? - zapytał przyglądając się teraz uważnie Privatowi. Pochylił się lekko do przodu.
Privat zastygł w bezruchu. Jego ręka z algami tkwiła w połowie drogi pomiędzy ustami i torebką. Przeżuwał przez chwilę, nieco tracąc przesadnie dobry humor i odstawił przekąski. Skoro Suttirat zamówił pizzę, to nie mógłby go obrazić, nie zjadając co najmniej połowy. Usiadł po turecku i wepchnął się głębiej w oparcie, trzymając rozkosznie zimną butelkę. W takie gorące noce schłodzone napoje były świetne. A jak miały w sobie procenty, to już kompletnie cudowne.
- Chodzi o Mali - rzekł. - Pamiętasz naszą poranną rozmowę? W telewizji mówią, że zaginęła. Chwilę po tym, jak rozłączyłeś się, odebrałem wiadomość, która była pozostawiona na skrzynce. To była Wattana. Sam wysłuchaj. Warun uniósł brew zaskoczony, ale przeniósł wzrok na dłoń Privata, w której już za moment pojawił się telefon. Wiedział, że było to dla niego istotne, więc czekał cierpliwie.

Prasert przez chwilę zmagał się z interfensem telefonu, po czym zdołał odtworzyć wiadomość. W pokoju Suttirata rozbrzmiał głos pięknej prezenterki. Korzystała jednak z kompletnie nietelewizyjnego tonu.
“Dwudziesty siódmy. Świątynia Prasat. Nonthaburi. Dwudziesta druga. Proszę”
Privat spojrzał na Waruna, ciekawy jego reakcji.
Mężczyzna podpierał głowę na ręce i miał zmarszczone brwi
- To brzmi… Dziwnie. Jakoś śmierdzi mi ta sprawa. Z drugiej strony, brzmiała dość przekonująco jak na kogoś kto tylko gra. A co ty o tym myślisz? Dlaczego w ogóle miałaby do ciebie zadzwonić? - zapytał Suttirat, spoglądając teraz na Praserta
- A próbowałeś oddzwonić na numer z którego dzwoniła? - zapytał jakby mu to wpadło do głowy dopiero po chwili.
- Nie, ale myślałem o tym - rzekł. - Tylko to znaczyłoby deklarację, że chcę zaangażować się w tę sprawę. A przynajmniej, że mnie zaciekawiła. Po części mam ochotę to wszystko zignorować. Nigdzie nie dzwonić i nigdzie nie stawiać się. W liceum również otrzymałem wiadomość od Wattany i skończyłem pobity prawie na śmierć. Wolałbym, aby to nie powtórzyło się. Z drugiej strony… nie można tak po prostu przejść obok takiej sprawy obojętnie, co nie? Załóżmy na moment, że to nie jest żadna pułapka na mnie. Czego może pragnąć? To dobre pytanie - zamilkł na moment, rozmyślając. - Jeżeli potrzebowałaby schronienia przed powiedzmy… agresywnym chłopakiem, to mogłaby po prostu przyjść pod moje drzwi. Wie, gdzie mieszkam. Ale przecież taka dziewczyna jak ona powinna mieć miliard bliższych przyjaciół. Nasza ostatnia rozmowa w ogóle do przyjemnych nie należała i na pewno nie mam względem niej żadnego długu wdzięczności. Ale to jest jeszcze dziwniejsze, bo w ogóle nie chce spotkać się w Bangkoku. Nonthaburi… nawet nie wiem, gdzie to dokładnie jest - spojrzał pytająco na przyjaciela. Może on coś wiedział o tym miejscu. - Świątynia Prasat? Dlaczego? A nie jakaś… no nie wiem, kawiarnia…
- No to zacznijmy od podstaw - rzucił Warun, po czym podniósł się i wziął z szafki laptopa. Otworzył go. Pięć minut później już wpisywał w przeglądarkę dane miejsca, do którego zamierzała zaprosić Praserta Wattana
- Hmm… Ciekawe - mruknął mężczyzna i podrapał się po brodzie i szyi, jakby nad czymś zastanawiając. Wodził wzrokiem, wyraźnie po jakimś tekście, który przeglądał.
Privat wstał podszedł bliżej Waruna. Stanął za jego plecami, również chcąc dostrzec słowa na ekranie komputera.
- Co takiego? - zapytał. Nie sądził, żeby cokolwiek mogło być ciekawe w jakiejś przypadkowej świątyni w przypadkowej mieścinie. Oczywiście pomijając względu kulturowe, zabytkowe i tym podobne.
To, co rzuciło się w oczy Prasertowi, kiedy spojrzał na ekran laptopa Suttirata, to mapa, pokazująca że owa świątynia nie znajdowała się wcale tak daleko od Bangkoku, właściwie to można do niej było dojechać z centrum w niecałe pół godziny. Natomiast to, co Warun najwidoczniej uznał za ‘ciekawe’ to artykuł, który za moment otworzył. Była to lista dziesięciu najbardziej nawiedzonych miejsc w Bangkoku. I kapliczka zajmowała na niej jedną z pozycji.
- No to teraz już wiemy dokąd cię zaprasza. Zbyt przyjaźnie to nie wygląda, jak na moje oko - stwierdził Suttirat, po czym napił się piwa.
- Jak bardzo jesteś przesądny Prasert? - zapytał Warun i obejrzał się przez ramię na mężczyznę.

Privat zastygł w bezruchu. Przez kilka sekund spoglądał na twarz przyjaciela. Następnie roześmiał się i podniósł rękę, aby zmierzwić mu włosy. Obrócił się i zajął swoje wcześniejsze miejsce na kanapie. Popił śmiech piwem.
- Nie żartuj. Jestem przekonany, że jeżeli jakiś duch będzie nawiedzać kiedykolwiek tę świątynię, to jest nim Mali Wattana dwudziestego siódmego. Już myślałem, że znalazłeś jakiś artykuł o podejrzeniach, że gnieździ się tam jakaś mafia. Jak na przykład ta sławna helsińska w Casino Helsinki.
Prasert nawiązał do głośnej sprawy sprzed kilku miesięcy, kiedy wyciekły dokumenty z amerykańskich służb wywiadowczych. Te wszystkie ataki wokół Bałtyku były skutkiem wojny pomiędzy skandynawską organizacją przestępczą, a muzułmańskimi siłami z Iraku.
Warun szturchnął go, gdy ten potargał mu włosy
- Weź nawet mi do tego nie nawiązuj. Odwołano mi wtedy spore zawody, przez ten bałagan. Cała Europa jakby została sparaliżowana w tamtym tygodniu. Utknąłem na trzy dni w hotelu w Rydze. Koszmar, liczyłem wtedy na następne zwycięstwo - burknął mężczyzna, który źle wspominał niewypał wakacyjnych zawodów. Prasert słuchał z zainteresowaniem, bo trochę zazdrościł koledze podróż po świecie. Tak właściwie nie miałby nic przeciwko temu by utkwić na trochę w jakiejś europejskiej stolicy i zobaczyć, jak wygląda życie na tym kontynencie. Najbardziej był zainteresowany Paryżem, Barceloną i Rzymem, ale Ryga przecież nie mogła być taka zła...
- Zamierzasz pojechać na to spotkanie? Jak chcesz, mogę wybrać się tam z tobą, czy coś. Nie mówiła, że masz być sam - zauważył Suttirat, przerywając Privatowi snucie turystycznych marzeń. Ten zastanowił się.
- Byłoby świetnie… to znaczy nie chciałbym cię narażać, stary. Ale nie będę udawać, że czułbym się z tobą bezpieczniej na wypadek kłopotów. Dobrze, że nie jest to tak daleko od Bangkoku - dodał z namysłem.
Warun cmoknął od niechcenia
- Serio, to żaden problem. Zresztą jakby to miała być jakaś pułapka to nas dwóch stanowi całkiem powalający duet. Jak zaserwujesz panom tego kopa jak mi dzisiaj. Daję tysiąc bahtów, że się nie podniosą - zażartował.
Prasert uśmiechnął się z wdzięcznością. Po chwili nieco tęsknie spojrzał na drzwi wychodzące na korytarz bloku. Chciałby wreszcie zobaczyć w nim dostarczyciela pizzy. To głupie, że takie dziwne rzeczy działy się wokoło, a on i tak myślał głównie o jedzeniu. - A co jest tam napisane o tym duchu? - coś go tknęło po chwili. Nie był przesadnie przesądny, przynajmniej w porównaniu ze średnią populacyjną. Co nie znaczyło, że chciał narażać się istotom z innych wymiarów.
Jak na złość, dostawca pizzy jeszcze nie zapowiedział swego nadejścia dźwiękiem z domofonu. Suttirat zagłębił się w tekście artykułu
- Że to najstarsza świątynia w okolicy. Ma ponad trzysta lat… I że ponoć mieszka tam duch kobiety, którego nazywają Nang Usadevi. Nocą to miejsce jest ponure i kompletnie opustoszałe, a duch jest ponoć groźny tylko dla tych którzy źle o nim mówią lub myślą… Przynosi pecha, no i ponoć było parę zgonów. Więc o ile nie zakłócisz spokoju tej boginki no to nie ma się co bać - wzruszył ramionami
- No cóż… to dobrze, że kochamy cię, Nang Usadevi - Privat wypowiedział te słowa głośno i wyraźnie. - Nic nam teraz nie zrobi - uśmiechnął się dumny ze swojej zaradności.
- Pozostaje tylko pytanie czego chce od ciebie Mali… I czemu w takim cholernie dziwnym miejscu… - Warun zamyślił się, Prasert również. Atmosfera w pomieszczeniu nabrała zadumy, kiedy nagle przerwał ją dzwonek do drzwi
- O. Pizza… - stwierdził jakby wybudzony mężczyzna, po czym wstał i ruszył do drzwi. Rzeczywiście, wreszcie przyniesiono jego zamówienie, mężczyzna zapłacił i za moment wrócił do salonu z gorącą, pachnącą kolacją. Postawił pudełko na stole i otworzył
- Ave pizza - szepnął Privat.
- Częstuj się - rzucił wyłącznie z przyzwyczajenia i grzeczności. Cała otoczka tajemnicy i napięcia wyparowała przy muzyce Marilyna Mansona i pachnącej pizzy. Zaczęli ucztę, w ciszy. W końcu nie wypadało teraz gadać.
Po zaspokojeniu pierwszego głodu Prasert ruszył do kuchni i wrócił z dwiema butelkami piwa Chang classic. Jedną podał przyjacielowi, a drugą sam otworzył.
- Całkiem przyjemnie tu u ciebie - rzekł, biorąc kolejny kawałek pysznego niby włoskiego dania. Ciągnący ser był bardzo… ciągnący. Co więcej, pizzeria dała bardzo dużo sosu pomidorowego, a Privat lubił jego smak. Nie mógłby prosić o więcej. - Szczerze, to wolałbym jutro wieczorem znowu spotkać się na spokojnie, a nie szukać duchów i Mali w jakichś świątyniach. Mam w domu dużo jedzenia, mieszkam przecież nad restauracją. Wpadnij jutro i tak, zjesz obiad i razem pojedziemy na miejsce. Czy może raczej kolację, bo Wattanie wymarzyła się naprawdę późna godzina… - zawiesił głos.
Warun kiwnął głową
- Jestem otwarty na taki rewanż. W końcu u twojego ojca można bardzo dobrze zjeść. Dobra rekompensata za pizzę, piwo i tego kopa - zażartował Suttirat. Po zjedzeniu połowy pizzy wstał z fotela i poszedł do łazienki. Wrócił po chwili, wyraźnie nieco odświeżony po posiłku. Usiadł i raczej nie zamierzał przerywać picia alkoholu. Po drugim i trzecim piwie, przyszła pora na czwarte
- No to już jakby mamy plan co do tej Wattany. Coś jeszcze cię męczy o czym chciałbyś pogadać? - zapytał. Najwyraźniej dobrze znał swojego przyjaciela.
- Jutro udam się do którejś ze świątyni i zapytam mnicha, w jaki sposób można bronić się przed duchami… - powiedział Prasert, po czym zastanowił się, czy to na pewno dobry pomysł. Zdawało się, że raczej tak. Duchowni chyba nie powinni obrażać się na takie pytania. Następnie zamilkł na moment. - Nic mnie więcej nie męczy… to znaczy, mówiłem ci już, że mam wrażenie, że ktoś mnie obserwuje. Najpierw przed treningiem, a potem po treningu. Ale nie zobaczyłeś nic podejrzanego, więc to pewnie tylko udziela mi się nastrój… Tak myślę… - mężczyzna powiedział z wahaniem. - Ale gdyby to nie były moje urojenia… - zawiesił głos, po czym potrząsnął głową. - Po prostu nie wiem z czym to połączyć. Nie mam żadnego racjonalnego wytłumaczenia. Może to być związane z Mali, a może nie… Nie wiem - wzruszył ramionami. - Gdybyś ty odniósł takie wrażenie, to od razu do mnie zadzwoń - wpadł na ten pomysł.
Suttirat kiwnął głową. Najwidoczniej nie zamierzał rozwodzić się nad kwestią duchów, tej sprawy Wattany i tymi dziwnymi odczuciami Praserta. Postanowił jednak zgodzić się na jego propozycję. Wyglądał jednak na mocno zamyślonego i przez chwilę nieobecnego. Manson dalej wygrywał z głośników. Mężczyzna zmarszczył brwi, po czym podszedł i przełączył utwory na coś bardziej neutralnie pozytywnego. Ponura muzyka chyba nie była najlepszym rozwiązaniem na ten wieczór. Wrócił na swój fotel i wziął butelkę w dłoń
- Rozmawiałem ostatnio z głównym trenerem… Będę musiał wyjechać na parę tygodni na kolejne zawody. Ale to dopiero w przyszłym miesiącu. Pytał mnie, czy mam kogoś na myśli, bo szukają kandydatów na nowego trenera w sekcji. Co myślisz? - to było zdecydowanie nieme pytanie ze strony Waruna, czy Privat miałby ochotę zająć się szkoleniem młodych. Mężczyzna spojrzał na przyjaciela uważnie, zaciekawiony jego odpowiedzią.
Prasert powoli zaczynał odczuwać efekty alkoholu. Musiał się przesłyszeć.
- Wow… - mruknął. - Ja… myślisz, że nadawałbym się? - zapytał z zaskoczeniem. - Sam wciąż czuję się uczniem. Mogę być dużo lepszy. Szybszy, silniejszy, zwinniejszy… Choć znam samą technikę. Masz na myśli pracę na stałe? - Privat zmarszczył brwi.
Nie chciał zaprzepaścić takiej danej od losu szansy. Tyle że… jeżeli kolidowałoby to z jego pracą, to chyba jednak nie mógłby się zgodzić. Tajski boks był wspaniałym hobby, ale mimo wszystko hobby. Natomiast posada królewskiego strażnika pałacowego to znacznie bardziej stała fucha, którą było ciężko zdobyć. Pewnie honoraria również były w niej lepsze.
- W sensie trener zajęć wieczorowych, tak?
Warun znowu kiwnął głową, po czym dopił kolejną butelkę
- W sensie zajęć wieczorowych, tak. Jako, że wiem, że masz stałą pracę no to po prostu mógłbyś sobie ustawić harmonogram pracy wedle uznania i robić na pół etatu. To zawsze jakaś dodatkowa kasa, a robiłbyś praktycznie to samo co robimy do tej pory, tylko że zamiast trenować wyłącznie siebie, pomagałbyś też innym. Myślę, że jak najbardziej się nadajesz - powiedział Suttirat i uśmiechnął się do przyjaciela, chcąc dodać mu otuchy.
Prasert podniósł rękę i poskrobał się nią po głowie.
- To bardzo miłe… tak, pasowałoby mi to, rzecz jasna - uśmiechnął się. - Ale strasznie mi głupio względem ciebie. Taki dług wdzięczności. Nie przyjaźnię się z tobą dla profitów - mruknął. - Pomożesz mi jutro z Wattaną, gościsz jedzeniem i piciem, jeszcze proponujesz dodatkową fuchę… - zaśmiał się. - Gdyby chodziło o kogoś innego, to zapytałbym, gdzie w tym wszystkim tkwi haczyk. Jesteś świetnym kumplem, Warun. Gdybyś czegoś ode mnie chciał, to wal śmiało - rzekł. Choć zrobiło mu się trochę smutno, gdyż tak naprawdę nie mógł zbyt wiele zaoferować. Oprócz darmowej wycieczki po pałacu królewskim i restauracyjnych resztkach, które i tak nie były tak właściwie Praserta, tylko jego ojca.
Warun machnął ręką
- Daj spokój Prasert, jesteś jedyną osobą, która miała jaja, żeby pomóc mi jak byłem w dołku. Mam wielu przyjaciół i wielu fanów, a jednak tylko jedna osoba zbierała mnie, kiedy tego najbardziej potrzebowałem. To ja mam wobec ciebie dług wdzięczności Privat - powiedział i klepnął go w ramię, wstając i przynosząc sobie i jemu kolejne piwo. Usiadł teraz na kanapie obok kolegi
- Nie no… - Prasert już miał odpowiedzieć, choć w sumie nie wiedział co, ale Suttirat mu przerwał.
- Chcesz w coś zagrać? - skinął głową na XBOX’a.
- No pewnie! Tylko wiesz, jak jest z moją koordynacją po piwach - odpowiedział. - Dobrze, że ty wypiłeś tyle samo - zaśmiał się, zadowolony ze zmiany tematu na znacznie lżejszy. - Masz jakieś nowe gry? - zapytał, patrząc na półkę nad telewizorem, gdzie Warun trzymał płyty i książki.
Suttirat parsknął śmiechem
- Sugerujesz, że gram niekonwencjonalnie po zaledwie paru piwach? - rzucił w odpowiedzi, po czym podniósł się i podszedł do półki
- Mamy Mass Effect 2, nie przeszliśmy go do końca… A z takich na dwóch graczy, to mam Fifę 2011, wyszła dopiero na koniec września, jeszcze jej nie ruszaliśmy, bo akurat mnie nie było. Hmm, no i Metro 2033, też nie doszliśmy do końca - zamyślił się
- No chyba że Fable III, wyszło świeżutko dzisiaj… - zaproponował i wskazał na jeszcze nierozpakowane pudełko na głośniku.
- Dosłownie dzisiaj? - Prasert zmarszczył brwi. - Dawaj, rozdziewiczamy - mruknął.
Wstał i podszedł, spoglądając na grę. Jak większość ludzi, lubił nowe rzeczy.
- Nie można grać w to na dwie osoby, prawda? - zapytał. - W takim razie ty pierwszy, a potem ja - zaproponował wspaniałomyślnie.
Pozwolił Warunowi samemu ściągnąć folię z pudełka, a w tym czasie podszedł z piwem do okna. Wyjrzał przez nie na Bangkok błyszczący od elektrycznych świateł. Zupełnie jak gdyby gwiazdy pospadały z niebios i opadły na spoczywające pod nimi miasto. Spoglądał na ulice i ludzi przechodzących nią. Niby dość późno, ale równie dobrze mogłoby dopiero co wybić południe. Niektórzy się spieszyli, inni spacerowali powoli i raczej bez celu. Kilka osób stało i rozmawiało, trzymając w dłoniach siatki zakupów. Strumień pojazdów bezustannie toczył się po Phetchaburi.
Po pokoju rozległ się charakterystyczny dźwięk rozdzierania folii, a następnie otwierania pudełka. Warun bez słowa zajął się przygotowywaniem gry, aby obaj mogli się dobrze bawić, poznając nową historię zawartą w kolejnej odsłonie gry Fable.
 
__________________
If I had a tail
I'd own the night
If I had a tail
I'd swat the flies...
Vesca jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 11-02-2019, 01:46   #7
 
Ombrose's Avatar
 
Reputacja: 14083 Ombrose ma wspaniałą reputacjęOmbrose ma wspaniałą reputacjęOmbrose ma wspaniałą reputacjęOmbrose ma wspaniałą reputacjęOmbrose ma wspaniałą reputacjęOmbrose ma wspaniałą reputacjęOmbrose ma wspaniałą reputacjęOmbrose ma wspaniałą reputacjęOmbrose ma wspaniałą reputacjęOmbrose ma wspaniałą reputacjęOmbrose ma wspaniałą reputację
[media]http://www.youtube.com/watch?v=5Xr-p6i-Sc4[/media]

Suttirat usiadł na kanapie wygodniej i przyciemnił nieco światła w salonie, żeby były nieco bardziej przygaszone idealnie do gry.
- To gram do pierwszego zgonu. Potem ty. A decyzje fabularne podejmujemy wspólnie - zarządził takie same zasady jakie przyjęli grając już w poprzednie wersje gry. Po czym wziął pada i odpalił ‘Start’. Za chwilę mogli zapomnieć o męczących ich, przyziemnych sprawach, oddając się wciągającej grze.
Już po kwadransie gry skończyło im się piwo. Dlatego Prasert zrobił najbardziej rozsądną rzecz i poszedł do kuchni po więcej. Już się lekko zataczał i musiał podpierać o kanapę oraz inne meble.
- Kurwa - syknął, strącając z półki jakąś rzecz. Nawet nie zobaczył, co się stłukło, tylko poszedł dalej. Będąc w kuchni, krzyknął. - Chyba zostanę dzisiaj u ciebie! Tak jakby nie jestem w stanie na prowadzanie! - nie była to najpiękniejsza tajska gramatyka.
- Jasne, nie ma sprawy! - rzucił Warun, dalej zajęty pochłanianiem przekąsek i podążaniem do kolejnego zadania. Fabuła gry wyraźnie go zainteresowała.
Kiedy wrócił, spojrzał na podłogę. Tkwiły na niej ruiny szklanej ramki ze zdjęciem. Mężczyzna przykucnął i postawił na dywanie butelki, po czym spojrzał na szkody, które wyrządził. Dotknął fotografii. Przedstawiała kilka lat młodszego, roześmianego Waruna, który obejmował ładną dziewczynę, jego żonę. Przed nimi stała mała dziewczynka z dwoma kucykami. Mogła mieć najwyżej trzy lata.
- Cholera… - Privat skrzywił się. Był na siebie wściekły. Zerknął na Waruna, czy mężczyzna był dalej pogrążony w grze.
Ku swojemu nieszczęściu spostrzegł, że na ekranie telewizora widniał wielki napis ‘Pauza’, a Suttirat siedział na kanapie, odwrócony w stronę stłuczonego zdjęcia na podłodze i wyglądał jakby był nieobecny dusza w ciele. Nic nie mówił, ani nie poruszał się. Wiadomo jednak było, że bardzo podobnie działały kobry, tuż przed tym jak miały zaatakować. Prasert musiał być teraz bardzo ostrożny co uczyni.
Poruszony wcześniej temat nawiedzonej świątyni sprawił, że mężczyzna miał ogromną nadzieję zwalić winę na jakiegoś ducha. Serio. Powiedzieć, że nie miał z tym nic wspólnego. Czy Suttirat uwierzyłby? Nawet jeśli tak… Prasert nie chciał tego uczynić. Nie mógł odwdzięczyć się kłamstwem za te wszystkie akty przyjaźni i dobroci ze strony mężczyzny. Klęczął na kolanach przed zbitym zdjęciem.
“Tylko mnie nie wywal z mieszkania”, zaklinał w duchu Waruna. “Zrób wszystko, tylko nie to.”
Chciał pozbierać okruchy szkła, ale obawiał się, że Suttirat uzna to za profanację relikwii. Zamiast tego spojrzał na mężczyznę z poważną miną i westchnął cichutko. Trochę tak, jak gdyby chciał wyrzucić z płuc choć trochę stresu.
- Jeżeli przywalisz mi za to… nie będę się opierał - rzekł ostrożnie, czekając na atak ze strony mężczyzny. Rzeczywiście spodziewał się, że za chwilę Suttirat rzuci się na niego z kanapy niczym tygrys.
Warun odłożył pada, po czym podniósł się z kanapy. On jeszcze nie miał aż takich objawów upojenia piwami, ale to jak zwykle dlatego, że był wytrzymały. Podszedł do Praserta i stłuczonego zdjęcia i złapał mężczyznę za ramię. Kiedy Privat już spokojnie mógł przypuszczać, że zaraz zarobi w twarz, ten potargał mu włosy na głowie, tak jak to wcześniej młodszy zrobił jemu.
- Wróć na kanapę. Zaraz to posprzątam. Raczej nie chcę, żebyś mi się tu zaciął szkłem - powiedział, po czym wyprostował się i ruszył do kuchni, żeby zgarnąć zmiotkę i szufelkę. Podniósł ramkę i zdjęcie, po czym odłożył je na półkę, tak by więcej nie spadły. A następnie pozamiatał szkło. Nie mówił za wiele, był zamyślony, ale z drugiej strony nie stłukł Privata, a to już coś nowego, bo zwykle przy naruszeniu tematu rodziny Suttirat wybuchał.

Prasert spojrzał niepewnie na Waruna. Tak właściwie poczuł się trochę rozczarowany, że Warun go nie zaatakował. Rzecz jasna nie lubił być bity, ale chciałby już otrzymać karę i mieć to za sobą. Nie był pewny, czy Suttirat nie miał mu tego za złe. Tyle że będzie to w sobie dusił i starał nie okazywać. Prasert - teraz już nieco trzeźwiejszy - wstał i usiadł na kanapie. Obejrzał się na starszego mężczyznę, aby zobaczyć, co robił. I co wyrażała jego mimika.
Warun nie wyglądał jakby dusił w sobie jakąś złość, czy smutek. Wydawało się, że jest po prostu zamyślony i skoncentrowany, żeby samemu nie zaciąć się szkłem. Następnie kiedy upewnił się, że żadna drobinka nie została już w salonie, wrócił na kanapę i usiadł obok Privata. Po czym podał mu pada
- Teraz ty. Graj - powiedział zachęcającym tonem, a następnie wypił pół butelki piwa duszkiem. Jeśli cokolwiek go męczyło, to właśnie to utopił.
Prasert uśmiechnął się już nieco spokojniej. Może przesadził. To w końcu było tylko zdjęcie. Nie strącił na podłogę i nie rozbił ludzi, lecz trochę szkła, drewna i papieru… To było racjonalne podejście i cieszył się, że Warun nie dał się ponieść emocjom.
Privat skupił się na grze. Uważnie śledził fabułę, aby niczego nie zapomnieć. W kilku momentach dyskutował z Warunem na temat decyzji, ale tak się składało, że we wszystkim zgadzali się.
- Twoja kolej - powiedział po pół godzinie gry, kiedy uznał, że przyszła pora na Suttirata. Następnie spojrzał na zegarek, który wisiał na ścianie.

Wieczór minął im wyjątkowo spokojnie. Ku zaskoczeniu Praserta, Warun nie rozwodził się na temat tego jak bardzo żałował śmierci swojej rodziny, co często miało miejsce, kiedy uprawiali sobie takie wspólne libacje alkoholowe. Dziś po prostu wypili, pograli, a gdy piwo w lodówce wreszcie się skończyło, a do sklepu było już za późno, Suttirat wreszcie zarządził, koniec zabawy
- Koc i poduszka są wewnątrz kanapy jak zawsze. Dam ci wolny ręcznik, to będziesz miał do mycia - powiedział, po czym ruszył do swojej sypialni, której całą jedną ścianę zajmowała szafa, w której to właśnie mężczyzna trzymał takie rzeczy. Wrócił z czarnym ręcznikiem do salonu i położył go na oparciu, a następnie zaczął trochę zbierać śmieci i butelki ze stołu, wynosząc je do kuchni na jeden z blatów.
Na tym etapie Prasert był już bardzo pijany. I wydawało mu się, że Suttirat niewystarczająco, skoro potrafił ogarnąć tak wiele różnych rzeczy, jak na przykład ręczniki i miejsca do spania. Czyżby Privat wypił od niego więcej piw? A może to była jedynie kwestia wytrzymałości? Nie był przekonany. Wstał i podszedł do Waruna, który zbierał szkło ze stołu. Dotknął jego ramienia. Czuł się na tyle samotny, że taki choćby najbardziej podstawowy kontakt z drugą osobą sprawiał mu przyjemność. Dlatego też lubił sparingi na ringu. Jakie to żałosne.
- Chodźmy na miasto - szepnął. W jego oczach żarzyły się ogniki. - Jeszcze nie jest późno… zbyt późno - uśmiechnął się do przyjaciela. - Znajdźmy jakiś klub… - na kilka sekund zamilkł. - Żyjmy.
Warun niemal skończył sprzątanie, gdy Privat podszedł i zaskoczył go propozycją. Mężczyzna wyprostował się i popatrzył uważnie przyjacielowi w twarz. Wyraźnie rozważał i zastanawiał się nad odpowiedzią
- Dobra. Chodź - zgodził się i zaczął rozglądać, chyba za portfelem. Może i trzymał się lepiej, ale jego jasność umysłu również była zaburzona, skoro zamierzał wychodzić gdzieś z Prasertem w takim stanie
- Minęły lata odkąd ostatni raz byłem w klubie… Cholera - rzucił i pokręcił głową. Znalazł swoje rzeczy i upchnął w kieszeniach bojówek, zapinanych na zamki. Ruszył do korytarza i zaczął uierać buty. Wyraźnie serio miał zamiar iść do tego klubu, chodźby z buta.
- Dokładnie tak - szepnął Prasert.
Poruszał się w takt muzyki płynącej z głośników. Właśnie w ten sposób ubrał buty, wsadził portfel do kieszeni… i objął od tyłu Waruna.
- To się wreszcie skończy - szepnął do jego ucha. - Będziemy szczęśliwi. Obiecuję.
Uśmiechnął się zachęcająco i odsunął się. Złapał za klamkę drzwi i je otworzył. Znalazł po drugiej stronie jedynie półmrok i chłodne powietrze, jednak według niego były pełne możliwości… i niespełnionych obietnic. Przybliżył się nieco do Suttirata i chwycił się jego umięśnionego ramienia. Miał nadzieję, że przyjaciel nie zwróci uwagę na to, jak bardzo Prasert spragniony był dotyku. Zacisnął uścisk tak mocno, że Waruna musiało zaboleć. Ale to dobrze… chciał, żeby go poczuł.
- Idziemy - mruknął, puścił przyjaciela i wyszedł z mieszkania.
Jeśli nawet Suttirat zauważył, nie uczynił z tym nic. Zamknął za nimi drzwi i ruszył korytarzem prowadzącym do windy. Droga do metalowych drzwi okazała się dłuższa niż zazwyczaj, zapewne dlatego, że Warun z uczepionym swego ramienia Prasertem omijał niewidzialne przeszkody w postaci dziur w podłodze i szedł slalomem.
Dotarli wreszcie do celu i mężczyzna wcisnął przycisk wezwania windy. Stali chwilę, bujając się to w lewo to w prawo. Wreszcie wrota otworzyły się i pozwoliły im wejść do tej metalowej klatki. Warun wybrał parter i oparł się plecami o ścianę. Wyglądał jakby był zmęczony, albo bardzo nieobecny myślami. Spoglądał na cyferki leniwie zmieniające się na tablicy. Privat mógł ze swojej pozycji obserwować jego profil odbijający się w dużym lustrze usytuowanym na ścianie naprzeciw wyjścia. Miało niby zwalczać wrażenie ciasnoty w środku.
Prasert widział, że przyjaciel był bardzo zamyślony. Miał nadzieję, że nie myślał o nim… źle. Czyż nie był zmęczony młodszym o dziesięć lat kolegą, który pił jego alkohol i ciągle się naprzykrzał? A może wręcz przeciwnie… Suttirat chciał jak najwięcej hałasu? Który miał imitować harmider wywołany przez dziecko, które stracił i te, które mógłby mieć… Oraz dźwięki swojej żony. Rodziny. Jego życie mogłoby wyglądać kompletnie inaczej…
- Kompletnie inaczej… - Prasert westchnął głośno, spoglądając w bok. - Wiesz, że chciałbym, abyś był szczęśliwy, prawda? - zapytał, przesuwając wzrok na Suttirata. Miał nadzieję, że przyjaciel poświadczy, że tak.
Warun oderwał wzrok od licznika, po czym przeniósł go na Privata.
- Tak. Wiem. Też bym chciał - odpowiedział i zamyślił się
- Wolałbym też, żebyś był szczęśliwy. I bardziej ze mną otwarty. Czasami coś cię gryzie, ale nic nie mówisz i myślisz, że nie wiem - zaczął znikąd Suttirat
- Ale ja to szanuję - dodał od razu i pokiwał głową. Tymczasem, właśnie dojechali na dół i winda się otworzyła. Warun wyprowadził Praserta do lobby i powitał machnięciem ręki recepcjonistę, który popatrzył na nich tylko, ale zaraz wrócił do swoich spraw. To był bardzo rozsądny recepcjonista.

Prasert poprowadził Waruna dalej. Praktycznie ciągnął go do przodu, jakby bojąc się, że mężczyzna nagle rozmyśli się i wróci do swojego mieszkania. Nie chciał, aby go opuszczał. Jeżeli to zrobi… Privat będzie kompletnie sam pośród mroku nocy. Bangkok wciąż mógł szumieć życiem, ale to uczyniłoby go tylko bardziej samotnym.
- Nie chcę cię kłopotać. I być ciężarem - szepnął do jego ucha. Następnie zerwał się do przodu. Alkohol wyostrzył jego odruchy i prędkość w najróżniejszych, kompletnie przypadkowych czynnościach. Niektórych usypiał… jednak na Praserta działał jak kawa. - Tak wiele bólu przeżyłeś. Cała twoja rodzina… Moje troski nie mogą się z tym równać. Jakbym powiedział cokolwiek, to w kontekście twoich przeżyć… zabrzmiałbym jak bachor. Dziesięć lat młodszy bachor… - westchnął.
Suttirat warknął
- Jesteś głupi Privat. Wiesz, że nie mam rodziny.
To zabrzmiało tak oschle… Tak prawdziwie i konkretnie. Prasert nie śmiałby wypowiedzieć takich słów otwarcie. Zwiesił głowę onieśmielony i słuchał kolejnych słów przyjaciela.
- Podzieliłem się tym z tobą. Otworzyłem. A ty masz czelność myśleć sobie, że twoje problemy to nic. To jest jakbyś mnie obrażał, nie okazywał szacunku - powiedział tym swoim lekko zachrypniętym głosem co myślał, a potem zamilkł. Nie odsunął od siebie przyjaciela, tylko skupił się na chodzie.

Wyszli na tak bardzo chłodne, ale również świeże powietrze. Ta noc wcale nie była gorąca i kompletnie wyróżniała się na tle upalnego dnia. Ale Privat cieszył się z tego powodu. Miał wrażenie, że sam płonął i ciepło, które wytwarzał, wystarczyło dla całego miasta. Jego twarz delikatnie mrowiła od etanolu płynącego w żyłach.

- Warun… - mruknął. Zabrzmiało to tak, jak gdyby lubił dźwięk tego imienia i tylko dlatego je wypowiedział.
- Hmm? - zapytał mruknięciem Suttirat, zerkając na Praserta. Nie wyglądał już na złego jak moment temu. Chyba zdążył zapomnieć o czym mówili. Kierował ich w stronę najbliższego skrzyżowania, gdzie zaczynało się pasmo lokali. Najpewniej znajdował się tam jakiś klub, który mogliby nawiedzić.
Privat już zapomniał, co miał na myśli. Wypowiedział więc pierwszą przypadkową kwestię, jaka przyszła mu do głowy.
- Od tego czasu… byłeś z kobietą? Kurwa… - warknął, kiedy jego prawa kostka omsknęła się po krawężniku i została prawie skręcona. Mężczyzna w ostatniej chwili odzyskał równowagę, choć czuł się jak kompletna fajtłapa. A miał być nauczycielem Muay Thai… kiedy zwykły chodnik pokonywał go w walce. Zerknął kątem oka na Suttirata. Był ciekawy, czy ten odniesie się do jego słów, czy też je zignoruje i skomentuje jedynie pokraczność Praserta.
Warun podtrzymał go, żeby zaasekurować przyjaciela i przy okazji samemu nie poleciał. Chwilę nic nie mówił i Prasert mógł pomyśleć, że zignorował jego pytanie, ale wtedy wreszcie mężczyzna się odezwał
- Próbowałem, ale po prostu nie mogę. Ilekroć widzę nagą kobietę przed sobą, przypomina mi Acharę. To cholernie frustrujące - wyrzucił z siebie i skrzywił się jakby coś sobie przypominał. Po czym pokręcił głową i westchnął ciężko. Rozejrzał się, jakby na moment zapomniał dokąd tak właściwie szli, zaraz jednak odzyskał kierunek i znów ruszyli w stronę neonowych świateł za skrzyżowaniem.
Prasert był całkowicie pochłonięty rozmową.
- Ilekroć widzisz? To znaczy… widzisz często? Byłeś w jakimś klubie, czy coś? - spojrzał na Waruna. W sumie nie powinno go to dziwić. Mistrz boksu takiej klasy pewnie musiał opędzać się od fanek. Wyobraźnia mężczyzny zaczęła pracować. Miał przed oczami już konkretne sceny. - Było tak… że już znajdowaliście się przy sobie… ale wycofywałeś się?
Privat wyobrażał sobie przypadkową kobietę odzianą jedynie w pościel i światło księżyca oraz Waruna, który wychodził z łazienki i oznajmiał jej, że jednak nic z tego nie będzie. Poczuł suchość w ustach. Temat seksu wciąż był dla Praserta bardzo interesujący i nieco ośmielający, zwłaszcza że miał za sobą tylko jeden raz. I był wtedy bardzo pijany. Tak jak… teraz…
Suttirat znowu warknął
- Tak. Mniej więcej. Próbowałem tylko trzy razy. Potem sobie po prostu odpuściłem - powiedział trochę pochmurnie mężczyzna. Przeprowadził siebie i przyjaciela zaskakująco bezpiecznie przez ulicę, po czym ruszył w stronę pierwszego, jasnego napisu informującego o znajdującym się tam klubie. Przed wejściem nie było ludzi, bo o tej porze przychodziły tylko pojedyncze osoby chcąc dołączyć do trwającej już wewnątrz zabawy.
A wszystko wskazywało na to, że ta trwała w najlepsze. Dochodził głośny dźwięk muzyki - gitar, skrzypiec i perkusji. A także kobiecego głosu, który błądził po pięciolinii, szukając właściwego zestawu nut. Dwie osoby wyszły na zewnątrz, aby zapalić papierosa. Obie miały makijaż rozjaśniający cerę, czarny eyeliner dookoła oczu oraz włosy nastroszone niczym gwiazdy rocka. Dżinsowe kurtki, srebrzyste łańcuchy, czarne spodnie…

[media]http://www.youtube.com/watch?v=Fdo5IcLAAfc[/media]

Prasert wczepił się w ramię Waruna. Musiał to zrobić, inaczej straci równowagę i rozłoży się na chodniku przed klubem. A jednak przy tym poczuł się tak dziwnie blisko Suttirata. Gdyby nie był pijany, na pewno odskoczyłby i poczułby się niekomfortowo. Jednak piwa sprawiły, że w ogóle nie przejmował się takimi rzeczami. Weszli do środka. Od razu poczuli duchotę ludzkich ciał, potu, alkoholu, dymu papierosowego… gdzie dokładnie zmierzali? Prasert nie miał pojęcia. Roześmiał się. Poczuł delikatny przypływ adrenaliny.
- Jestem kompletnie pijany… ratuj mnie Warun - szepnął. - W przypadku kłopotów…
Tak bardzo starał się, aby nie potknąć po schodach, które wiły się w dół…
Suttirat parsknął.
- No jasne, zawsze. Obiecałem ci to - powiedział i sprowadził przyjaciela po schodach. Gdy Prasert gubił stopień czy dwa, ku swemu zaskoczeniu, nie spadał. Warun najwyraźniej miał dość siły, by utrzymać swój i jego ciężar. Znaleźli się w końcu na dole. Spora sala z wysoko usytuowanym sufitem stanęła przed nimi otworem. Na środku pełno było tańczących ludzi. Dalej w głębi była scena z DJką, po lewej natomiast znajdował się bar i to do niego Warun skierował swoje i tym samym Privata kroki. Usadził Praserta na wolnym krześle, a sam przechylił się zwracając uwagę barmana
- Dobry wieczór, whiskey - zwrócił się do mężczyzny. Ten kiwnął głową i zerknął na Praserta z niemym zapytaniem.
- Whiskey dla mnie też! - Prasert właściwie krzyknął. Podniósł rękę do góry z wyciągniętym palcem. Miał jakieś zastrzeżenie. - Whiskey - powtórzył. - Ale z lodem.
Rozejrzał się wokoło. Zdawało się, że to był klub dla gothów i wielbicieli nieco cięższej muzyki. Oczywiście znajdowało się tu również dużo normalnie wyglądających ludzi, którzy zabłąkali się z ulicy w poszukiwaniu uciech. Jak na przykład Prasert i Warun. Jednak sam wystrój lokalu i klimat panujący w pomieszczeniu… Privat miał wrażenie, że wyrastają mu od tego wszystkiego kły.
- Przyjacielu - spojrzał na barmana. - Kiedy ostatni raz byłeś z kobietą? - zapytał.
 
Ombrose jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 11-02-2019, 01:47   #8
 
Vesca's Avatar
 
Reputacja: 10687 Vesca ma wspaniałą reputacjęVesca ma wspaniałą reputacjęVesca ma wspaniałą reputacjęVesca ma wspaniałą reputacjęVesca ma wspaniałą reputacjęVesca ma wspaniałą reputacjęVesca ma wspaniałą reputacjęVesca ma wspaniałą reputacjęVesca ma wspaniałą reputacjęVesca ma wspaniałą reputacjęVesca ma wspaniałą reputację
Barman natychmiast zajął się ich zamówieniem, nalewając alkoholu do dwóch identycznych szklanek i dodając kostki lodu. Warun nie narzekał, więc i on wolał by jego whiskey było chłodne. Rozglądał się po otoczeniu. Ściany sali przyozdobione były szkarłatnymi i czarnymi kotarami. Niektóre były porozsuwane i wtedy widać było, że kryły się za nimi stoliki dla gości, najpewniej wykupione i specjalnie zarezerwowane. Okazało się też, że klub miał drugie piętro w postaci balkonów po jednej i drugiej stronie sali. Tam również tańczyli ludzie, albo spacerowali najpewniej między znajdującymi się tam stolikami. Leże wampirów i ich wielkich fanów. Suttirat zerknął przelotnie na Praserta
- Dawno Privat. A coś taki ciekawy? Zamierzasz mnie z kimś zeswatać? - odpalił i wyszczerzył się lekko do towarzysza pijackiego wieczoru. Podziękował barmanowi i napił się alkoholu. Przymrużył przy tym oczy. Wyraźnie lubił whiskey.
- Pytałem barmana, nie ciebie, Suttirat. To, że ty dawno, to właśnie ustaliliśmy. I że ja dawno, to też wiadomo. Chciałem się dowiedzieć, czy nasz ukochany polewacz jest towarzyszem w naszej niewoli - spojrzał na niego. - Chyba że nie może się opędzić od seksownych wampirzyc… i w ogóle nie rozumie trosk zwykłych ludzi - podparł się nieco na stołku barowym i nachylił w stronę barmana, uśmiechając zaczepnie, jakby wyzywająco.
Barman, który uprzejmie nie przysłuchiwał się, albo tylko tak udawał zerknął na Praserta, wycierając blat, z którego zapewne i tak już można było jeść
- Wczoraj rano, proszę pana - odpowiedział, uśmiechając się przepraszająco, ale jednocześnie ze swego rodzaju dumą w głosie i spojrzeniu. Warun parsknął
- Ha. Widzisz. Pokonał nas barman… - pokręcił głową, ale nie brzmiał jakby go obrażał, tylko po prostu jakby cała ta sprawa go rozbawiła.
Tymczasem Prasert przeżywał. Dla niego to nie było żartem. Złapał Waruna za przedramię i spojrzał w jego oczy bardzo intensywnie.
- To… to nie jest wcale śmieszne. Ani w porządku… Musimy to zmienić. Zanim będzie za późno… zanim… umrzemy - oderwał wzrok i spojrzał przed siebie, gdzieś w dal. Chwycił szklankę whiskey i wypił duszkiem całą jej połowę. Nawet nie zauważył, kiedy osunął się ze stolika na podłogę. Ta była lepka i brudna, ale nie przeszkadzało to Prasertowi. Pod blatem było ciemniej. I mógł patrzeć na nogi tańczących ludzi, nie obawiając się, że ci spojrzą na niego i ocenią… bo był schowany.
- Warun… - załkał. W jego oczach pojawiły się łzy. - Ja, czuję, że umrzemy. Warun… ja nie chcę umierać…
Warun pił powoli swoją whiskey, gdy nagle Privat mu zjechał. Popatrzył w dół, potem na barmana, który z zaskoczeniem przyglądał się im, do tej pory, obu, po czym znów w dół. Wyciągnął palec wskazujący w górę
- Przepraszam, za moment wracamy - po czym odstawił szklankę i zjechał w dół, kucając obok Praserta
- Weź się w garść. Jesteś młody, całe życie przed tobą. Przyszliśmy tu żyć, nie umierać, zapomniałeś już? Dawaj do góry. No… Już - Warun wsunął mu rękę pod ramiona i chwycił go mocno, by zaraz podnieść z przykucu siebie i jednocześnie jego. Trochę się przy tym przemęczył, ale opierając się o mocny bar plecami, dał radę. Choć zapewne nie planował takich ćwiczeń na ten wieczór.
- O. Już panowie wrócili? - wypalił barman i uśmiechnął się do nich lekko
- Taa… - odpowiedział Suttirat. Zerknął na szklanki
- Dopijasz? - zapytał Praserta, zerkając na przyjaciela, czy jeszcze kontaktował cokolwiek.
- Tak - rzekł Privat, wracając na siedzenie. Wyglądał tak, jak gdyby przeżywał najgorszy epizod depresji w życiu. Wypił do końca szklankę whiskey. Lód nawet nie zdążył się w niej rozpuścić. Głośno westchnął, ale nie potrafił złapać powietrza w płuca. Czuł napad paniki. Nie wiedział, skąd ten pojawił się, ale wstydził się go… czy może raczej… czuł, że poczuje wstyd, kiedy ten się skończy. Na razie nie był w stanie skoncentrować się na niczym. Skąd ta słabość charakteru? Co ją wywołało? Nie wiedział. Ośmieszał tylko Waruna. Człowieka znanego w całym kraju i…
Prasert poczuł, że musi wyjść.
- Idę do toalety - rzekł. Wstał i ruszył w stronę objaśnień na ścianie.
Warun przyglądał się przyjacielowi chwilę. Zerknął na barmana, po czym pokręcił głową
- Miłego… - powiedział, po czym ruszył za Prasertem, który zdołał dojść już niemal do samego wejścia do toalet. Zaskakująco, nie było kolejek, mógł więc wpaść przez drzwi do środka. Ściany były tu całkowicie czarne, światło było czerwone, przyciemnione i migotało nieprzyjemnie. Rząd kabin, pisuarów i umywalek pod długim lustrem również wykonane były z czerni. Muzyka z sali docierała tu przez głośniki, ale była zdecydowanie cichsza niż na głównej sali. Nie było tu żadnych okien. Privat miał wrażenie, że chwilowo w łazience kompletnie nikogo nie ma. Kątem oka dostrzegł jakiś ruch w jednym z luster.

[media]http://www.youtube.com/watch?v=CdhqVtpR2ts[/media]

Prasert pokręcił głową.
- Nie powinieneś za mną iść jak pies… - zagryzł wargę.
Chwycił mocniej porcelanową umywalkę i zwiesił głowę. Czuł się przeokropnie pijany. Wiedział, że wszystkiego będzie żałował jutro… ale wciąż trwało dzisiaj i nie potrafił zachowywać się w sposób. Obrócił się i chciał pchnąć Waruna, ale zastał tam jedynie powietrze. Mężczyzny nie było z nim w pomieszczeniu, ale w takim razie co poruszyło się w lustrach?
Kiedy spojrzał w ich stronę, znowu zobaczył jakiś ruch w ostatnim zwierciadle. Gdy się do niego zbliżył, dostrzegł jednak tylko własne odbicie. Im dłużej patrzył na siebie, próbując dojść do tego co widział, tym robiło mu się dziwnie goręcej. I choć wyraźnie poczuł, że mruży oczy i krzywi się lekko… Jego odbicie pozostało w kompletnym bezruchu, uniosło kąciki ust i powiedziało
- Ukradłeś to, prawda? - usłyszał wyraźnie swój własny głos odbijający się echem od ścian, a jednak, nie poruszył ustami. Były zamknięte.
W tym momencie drzwi do łazienki otworzyły się z niezamierzonym hukiem. Stał w nich Suttirat i spojrzał trochę skołowany na kolegę.

Prasert płakał. To odbicie… kompletnie go wytrąciło z równowagi. Już wcześniej był dziwnie podburzony, ale teraz znalazł się w kompletnie innym punkcie. Gdzieś na skraju szaleństwa. Z trudem trzymał się na nogach i oddychał. Chciał zaczerpnąć tlenu, ale ten zdawał się kompletnie poza jego zasięgiem. Ruszył na Suttirata, jakby ten był jego jedynym ratunkiem. Tak miło było czuć ciepło ciała drugiego człowieka. Zwłaszcza w tak przerażającej chwili.
- Pakpao - szepnął. - On… on mnie znów nawiedza…
Nawet nie zrozumiał, kiedy dokładnie jego usta dotknęły ust Waruna. Trwało to tylko ułamek sekundy. Jeden rozpaczliwy moment, który nie powinien zostać nigdy zapamiętany. Następnie Prasert odwrócił się od przyjaciela, złączył palce w pięść i uderzył w lustro. Rozbił je. Z jego knykci polała się krew. Czuł złość, strach, podburzenie oraz dziwną… ekscytację. Uderzył jeszcze raz. I znowu. Nie dbał o ból, jaki odczuwał. Lustro pokrywało się coraz większa pajęczyną zniszczeń…
Trzecie, ani żadne kolejne uderzenie nie nadeszło, bo jego ręka została zatrzymana mocnym uściskiem dłoni Waruna na jego nadgarstku. Ktoś jeszcze wpadł do łazienki, bo najpewniej usłyszał dźwięk szkła. Suttirat w tym czasie wykręcił ramię Privata do tyłu i obezwładnił go pochylając w przód i odciągając od umywalek i luster
- Czyś ty ogłupiał do reszty?! - huknął na niego, chcąc go otrząsnąć. Spojrzał w kierunku drzwi, przez które za moment wszedł jeden z ochroniarzy klubu. Spojrzał na rozpieprzone lustro, a potem na Waruna i Praserta, ruszył już w ich stronę, by zapewne pomóc Suttiratowi. Mężczyzna uniósł wolną dłoń
- Spokojnie. To mój kumpel. Zabieram go stąd. Podam moje dane, proszę wystawić mi rachunek za to lustro… - mężczyzna wyglądał na niezbyt pocieszonego, że nie uda mu się jednak wykopać kogoś z klubu, ale wziął dane od Suttirata. Chyba rozpoznał nazwisko, bo zaczął wypytywać, ale Warun spławił go.
- Tylko kurwa nie waż się… - Prasert warknął w międzyczasie. - Nie na twoje nazwisko. Na moje. To wszystko tylko i wyłącznie na moje… - ale nikt go nie słuchał.
Suttirat zaczął wyprowadzać Praserta, pozwalając mu się wyprostować, ale nie zwalniając żelaznego uścisku. Wyciągnął go przed klub i dopiero puścił. Zerknął na przyjaciela z całym wachlarzem różnych emocji na twarzy.

Prasert jednak nie chciał się w nie wpatrywać. Jedynie popchnął Waruna i spojrzał na niego. Czuł żal, że opuścili klub. Również wstyd z powodu tego wszystkiego, co zrobił i jak się zachowywał. Jednak także… a może raczej głównie… strach. Bo nie zapomniał tego, co ujrzał w lustrze. Ale jak mógłby wspomnieć o tym Suttiratowi? Nie uwierzyłby mu. Uznałby, że to wszystko marazm pijaka.
A może… rzeczywiście tak było? Może to tylko i wyłącznie wina alkoholu? Privat nie raz upił się i nigdy nie miał takich doświadczeń. A jednak… nie potrafił w żaden inny sposób wyjaśnić tego, co się wydarzyło i czego był świadkiem.
- Wiesz… zostaw mnie po prostu - mruknął, opierając się o fasadę budynku. Zaczął się po niej zsuwać w dół, aż spoczął na chodniku. - Chciałbym cię przeprosić… ale czy to będzie miało jakiekolwiek znaczenie? Jestem tylko sobą… sobą… - powtórzył, co zabrzmiało jak obelga.
Warun znowu do niego podszedł, po czym złapał go za ubrania i te chyba tylko cudem się nie podarły, gdy podniósł Privata na nogi do góry. Ten od razu poczuł się jak na górskiej kolejce. Miał wrażenie, że zaraz zwymiotuje. Kręciło mu się w głowie, która zaczynała go boleć… a jednak wciąż dostrzegał piękno gwiazd nad ich głowami oraz księżyca świecącego tak jasno.
- Prasert. Jesteś dla mnie ważną osobą. Nie porzuca się ważnych osób. Znowu mnie obrażasz, jak mówisz o sobie w taki sposób. Chodź. Pójdziemy do mnie. Posłuchamy muzyki. Potańczymy po pieprzonym salonie. Nikt mi nie naskoczy, walić, że jest środek nocy w środku tygodnia. Cokolwiek by się nie stało możesz na mnie liczyć. Ja cię nie porzucę, to sam też się nie porzucaj - przełożył sobie jego ramię przez barki. Prawą ręką trzymał jego rękę, a lewą umieścił na biodrze Praserta. Przyciągnął go do siebie, żeby przejąć większość ciężaru kumpla na siebie, po czym ruszył w stronę swojego domu.
Bardzo powoli wchodzili po schodach.
- Wiesz, że cię kiedyś pokonam, prawda? Tak naprawdę. Nie nieczystym zagraniem i wypatrywanie remisu - westchnął, pozwalając się prowadzić. - Warun, jesteś dla mnie taki dobry… - zaczął się rozczulać, o co tak właściwie nie było wcale trudno, bo wspierał się na ramieniu przyjaciela dosłownie, nie tylko w przenośni. - Myślę, że to prawdziwy dar, że los mi cię zesłał. Mógłby mnie chcieć jedynie ktoś, kto stracił wszystko. Ktoś tak zdesperowany, jak ty.
Suttirat nic nie odpowiedział na jego słowa. Mógłby się znów poczuć obrażony, ale nie zrobił tego. Miał chyba na tyle jasności umysłu, albo już przetrzeźwiał lekko ze skoku adrenaliny, że rozumiał, że przez Praserta przemawiają emocje, które zazwyczaj tłumi w sobie. Chciał je usłyszeć, więc słuchał. Prowadził go do swojego mieszkania
- Czemu oceniasz się tak nisko - zapytał w końcu, gdy powoli dochodzili już do budynku. Warun poprawił uchwyt na Privacie, żeby ten czasem mu się nie zsunął z ramienia, czy przewrócił gdzieś po drodze.
- Bo nikt nie cenił mnie zbyt wysoko. Jedyna osoba, na której mi zależało, zniknęła tuż po tym, jak pokazałem jej najbardziej intymną część siebie. Inna powiedziała, że zastanawiała się nade mną, ale koniec końców okazałem się bardzo niegodny. Wiesz co, Warun? Ja myślę, że coś poszło bardzo nie tak. Powinienem zginąć w trakcie tamtego sparingu, a nie tylko zostać śmiertelnie chory. Oszukałem śmierć… ile to było… dziewięć lat temu? Myślę, że powinienem był wtedy umrzeć. Wszystko skończyłoby się, a ja mógłbym przestać marzyć o tych wszystkich rzeczach, których potrzebuję, ale nigdy nie będę miał. O tym, kim powinienem być dla bliskich. Nie tym - podniósł do góry zakrwawioną pięść, symbol zamieszania w klubie. - Lecz… - dotknął klatki piersiowej w pobliżu serca. - Tym? Nie wiem. Ja.... ja nic nie wiem…
Warun wciągnął go w międzyczasie po stopniach do drzwi wejściowych do budynku, a następnie zaczął prowadzić do windy. Tym razem recepcjonista nawet nie podniósł na nich wzroku od ekranu małego telewizorka
- Posłuchaj mnie Prasert. Jesteś młody. Jeszcze gówno zaznałeś życia. Jeśli są sprawy, które cię nękają, nie jesteś z nimi sam. Jestem twoim przyjacielem, przyjaciele sobie pomagają. Dasz radę. Nie chciałbym, żebyś umarł. Bo wtedy pewnie i ja bym potem umarł. Wiesz jakie to by miało katastroficzne następstwa? Nawet nie wyobrażasz sobie. Nie jesteś żałosny. Jesteś silny. Jesteś dobrze wychowany. Masz super charakter. Powinieneś dziękować za to, że masz zdrowe kończyny, że możesz żyć. Być wdzięcznym. Słyszysz? Nie nękać się tym, jakby cię ukarano. To jest obraza dla twojej rodziny, która ci pomogła - powiedział i doprowadził go do windy, którą otworzył, najwyraźniej stała na parterze. Weszli do środka. Drzwi się zamknęły.
- Masz rację… - Prasert westchnął lekko. - We wszystkim, co mówisz.. - dodał.
Drzwi windy zamknęły się za nimi, a Privat opadł na Suttirata. Poczuł się nagle śpiący, a gorąca klatka piersiowa mężczyzny zdawała się tak doskonałym zamiennikiem posłania.
- Pierwszy raz słyszę, że planowałbyś samobójstwo - szepnął. Włosy pomiędzy obojczykami Waruna łaskotały go w policzek. Był zgarbiony i nachylony w ten sposób, że właśnie tak dotykał przyjaciela. - Naprawdę? Naprawdę móglbyś to zrobić? - to trochę zabrzmiało tak, jak gdyby wcześniej sam rozważał podobne kwestie.
Suttirat zawahał się przed odpowiedzią. Przytulił za to przyjaciela do siebie. Prasert czuł, że tego właśnie potrzebował. Aż poczuł łzy w oczach. Dlaczego reagował tak mocno nawet na najdrobniejsze oznaki przyjaźni? Cyniczna część jego osobowości żygała tym. Jednak obecnie dominowała kompletnie inna strona i Prasert nie potrafił jej się opierać. Słuchał kolejnych słów.
- Tak. Mógłbym. Byłem nawet dość blisko. Wtedy, dostałem w prezencie od losu ciebie - powiedział i westchnął. Dojechali na odpowiednie piętro. Warun znów wziął sobie na ramiona rękę Privata, po czym wyciągnął go z windy. Może i miał kondycję, ale takie ciąganie kumpla i na nim się już odbijało. Wyraźnie zwolnił tempa. Dotarli jednak wreszcie do drzwi i Suttirat cudem wygrzebał klucz z kieszeni w tej niewygodnej pozycji. Zaraz jednak drzwi stały przed nimi otworem. Muzyka dalej leciała z głośników w salonie. Warun jednak zamiast zawlec Praserta tam, wciągnął go do swojej sypialni i pomógł położyć się na łóżku. Sam wyszedł z pokoju. Dało się słyszeć, że zamknął drzwi na zamki, po czym ściągnął buty i wyciągnął portfel i klucze z kieszeni, odkładając na szafkę w korytarzu. Wyłączył muzykę w salonie. Wrócił do sypialni i zapalił blade światełka ledowe, służące jako ozdoba. Ich blask był delikatny, zostały zaprojektowane tak by można było przy nich spać, albo zrelaksować się. Za moment Warun ściągnął buty Privatowi
- Będziesz wymiotował? - zapytał w międzyczasie, chcąc wiedzieć co jeszcze ma zrobić, by pomóc koledze.
- Nie… na pewno nie teraz. Nie przesadzajmy. Warun… a gdzie jest mój portfel? I buty? Widzisz je?
Zaczął wtulać się w materac pod nim. Nigdy nie leżał na tym łóżku i wydawało się niezmiernie wygodne.
- Znajdź je…. - szepnął.
Suttirat mruknął i rozejrzał się. Buty to wiedział gdzie są, przecież właśnie je z niego zdjął, ale portfel? Pewnie Prasert miał go w kieszeni...
W tym czasie Privat ściągnął spodnie i przypadkiem również bokserki. Tym samym był nagi od pasa w dół. Jednak kompletnie o tym nie myślał, tylko sięgnął do kieszeni. Westchnął z ulgą, wymacając w jednej z nich znajomy kształt portfela.
- Przynajmniej tyle - mruknął, zagnieżdżając się na środku łóżka. Rozszerzył szeroko nogi i ręce, jakby chcąc zagarnąć jak największą część powierzchni. Uśmiechnął się lekko do Waruna, ciekawiając się, kiedy ten zsunie go wreszcie na podłogę, samemu próbując spać.
Mężczyzna przyglądał mu się chwilę w ciszy, stojąc nad łóżkiem i milcząc. Miał kompletnie nieobecny, nieodgadniony wyraz twarzy. Przesunął spojrzeniem po całym ciele przyjaciela tak błyskawicznie, że gdyby nie odbijające się w jego oczach lampki, Prasert mógłby w ogóle nie zauważyć tego ruchu gałek ocznych Suttirata. Z jakiegoś powodu poczuł się przedziwnie, choć nie rozumiał dlaczego. Przecież to był tylko jego przyjaciel.a jednak spoglądał jakby… dziwnie? A może to wszystko było kolejnym urojeniem. Przecież Privat nie mógł ufać nawet własnej psychice.

Warun wyszedł z pokoju. Nie było go parę chwil. Prasert dosłyszał jakiś stłumiony dźwięk dochodzący z okolic salonu, po czym mężczyzna wrócił do swojej sypialni i rzucił poduszką w Privata, na co ten jęknął, choć właściwie nie było to zbyt bolesne.
- To jest trzyosobowe łóżko, suń tyłek - polecił mu władczo i zaraz do poduszki dorzucił mu lekka kołdrę, która opadła na biodra Privata, najpewniej celem przykrycia jego nagości. Sam Suttirat podszedł do szafy. Wyciągnął z niej ciemny koc. Rzucił na druga stronę lóżka, po czym ściągnął koszulę i rozpiął spodnie, wyciągając z nich pasek i rzucając na podłogę. Nie wiedząc czemu, Privat obserwował go uważnie.
- Przyniosę wody, bo rano będzie potrzebna jak nic - powiedział, ni to do siebie, ni to do Praserta. W samych spodniach ruszył z pomieszczenia, zostawiając Privata na moment samego.
Ten w tym czasie ściągnął koszulkę i rzucił ją przed siebie. Obecnie był kompletnie nagi, ale to w porządku, bo przykrywała go kołdra. Wtulił głowę w poduszkę. Wyczuwał na niej zapach perfum mężczyzny. Alkohol kazał mu węszyć. Wnet odkrył, że woń Waruna unosiła się również z prześcieradła… co nie powinno aż tak dziwić, bo to przecież Prasert był w tym miejscu intruzem. Miał wrażenie, że Warun znajdował się wszędzie wokół niego, tak mocny zapach wyczuwał.
- Mmm… - cicho mruknął, będąc na krawędzi snu.
Suttirat wrócił w tym momencie do pokoju. Postawił dzbanek wody na szafce, wraz z dwiema szklankami i jakimiś tabletkami, najpewniej na kaca. Następnie obszedł łóżko. Zgasił światełka. W pomieszczeniu zapanowała całkowita ciemność. Było tu jedno okno, ale całkowicie zasłonięte przez rolety. W tym mizernym oświetleniu Prasert mógł dostrzec sylwetkę Waruna poruszającą się po pokoju. Światła w reszcie mieszkania również były już zgaszone. Przez mrok, Privat wyczulił się na dźwięki, wyraźnie więc dotarło do niego, że Warun ściągnął spodnie. Następnie materac po drugiej stronie łóżka ugiął się lekko, gdy mężczyzna na nim usiadł. Koce, pościel i poduszki zaszeleściły, kiedy położył się. Mimo, że był tak blisko, nie naruszył przestrzeni osobistej Praserta. Zapanowała chwila milczenia
- Rano zobaczymy co z twoja reką - powiedział krótko, jakby jeszcze nie mógł znieść ciszy.
Myśl Waruna była słuszna. Pewnie nie wiedział nawet, jak bardzo.
- Kurwa, Suttirat… ja cały czas krwawię… - rzekł w gorączce, nagle siadając. Podniósł do góry dłoń, lecz nie mógł nic zobaczyć z powodu braku światła. Warun odizolował go od niego zbyt perfekcyjnie. Przez chwilę wahał się, ale doszedł do wniosku, że z bólu i tak nie zaśnie. Był tak głupi, że stłukł to lustro!
Lenistwo podpowiadało mu, by zostać na miejscu, ale panika kazała jak najszybciej obejrzeć rękę. Ta bolała go cały czas, ale dopiero teraz wpadł na pomysł, że mogły w niej pozostać kawałki szkła. Wyprężył się, zrzucając z siebie pościel. Wstał, nie zauważając, że był kompletnie nagi. Zresztą brak światła kompletnie nie pozwalał tego zauważyć.
- Ty śpij… ja spróbuje dojść do łazienki.
Miał nadzieję, że będzie w stanie do niej trafić. Nie chciał też znowu burzyć spokoju przyjaciela. Z tego powodu musiał uporać się z tym możliwie jak najszybciej.
Gdy dotarł do drzwi wychodzących z sypialni, do łazienki na szczęście w ogóle nie miał daleko, były dokładnie na przeciwko jego twarzy. Musiał wykonać dwa kroki, by do nich dotrzeć i wejść do łazienki. Gdy zapalił światło, które lekko go poraziło, dostrzegł że jego dłoń, choć faktycznie poraniona i lekko opuchnięta, nie wyglądała tak fatalnie jak by mogła. Nie dostrzegał, ani nie wyczuwał żadnego szkła. Było za to sporo, już zaschniętej krwi. Najwidoczniej pozostawione sobie rany, w swoim tempie postanowiły zacząć się zasklepiać.
Wyglądało to nawet dobrze. Jednak i tak postanowił obmyć rękę w wodzie. Otworzył szafkę w poszukiwaniu wody utlenionej.
Znalazł szczoteczkę i pastę do zębów należące do Waruna, a także jakieś leki. Między wszystkimi pudełkami, stała również woda utleniona. Brakowało jednak plastrów, czy bandaża
- I jak? - odezwał się głos za jego plecami. Definitywnie należał do pana domu. Suttirat stał opierając się ramieniem o framugę, ze skrzyżowanymi rękami. Nie opuszczał wzroku od poziomu głowy Praserta. Ten mimo to czuł się dość niekomfortowo. Błyszczące światło łazienki dokładnie eksponowało całe jego ciało. Warun miał w zasięgu wzroku nie tylko pośladki, ale również odbijającą się od luster męskość. Prasert w ogóle nie pamiętał, jak to się stało, że znalazł się nagi w mieszkaniu Suttirata. Czyżby przyszedł w tym stanie? To chyba było jedyne wytłumaczenie, choć jakby mało przekonujące.
 
__________________
If I had a tail
I'd own the night
If I had a tail
I'd swat the flies...
Vesca jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 11-02-2019, 01:49   #9
 
Ombrose's Avatar
 
Reputacja: 14083 Ombrose ma wspaniałą reputacjęOmbrose ma wspaniałą reputacjęOmbrose ma wspaniałą reputacjęOmbrose ma wspaniałą reputacjęOmbrose ma wspaniałą reputacjęOmbrose ma wspaniałą reputacjęOmbrose ma wspaniałą reputacjęOmbrose ma wspaniałą reputacjęOmbrose ma wspaniałą reputacjęOmbrose ma wspaniałą reputacjęOmbrose ma wspaniałą reputację
Nie myśląc wiele na ten temat, wziął wodę utlenioną i zaczął polewać nią rękę. Momentalnie zakwilił z bólu.
- Tak… jestem sam sobie winien - mruknął. Chcąc nie chcąc, widział w odbiciu całą sylwetkę Suttirata. Mógł oszacować, czy ten również był tak kompletnie, bezlitośnie, dziewiczo nagi…
Warun jednak miał na sobie bokserki. Choć to było jego mieszkanie i miał jak najbardziej pełne prawo paradować tu tak jak przy narodzinach, to postanowił oszczędzić tego Privatowi. Najpewniej z czystej uprzejmości, by nie poczuł się nieswojo, czy niezręcznie. Suttirat podszedł i spojrzał przez ramię na dłoń Praserta
- Myślałem, że będzie wyglądać gorzej. Nie jest tak źle. Nie mam tu bandaży. Jak skończysz wytrzyj ją w papier. Rano zobaczymy, czy nie spuchnie bardziej, czy coś - zakomenderował i cofnął się znów, zabierając ciepło swojego ciała od pleców Privata. Nie dotknął go, ale stał na tyle blisko, że mężczyzna mógł to poczuć. Wyszedł z łazienki i zniknął w sypialni. Za chwilę Prasert usłyszał dźwięk odstawianego dzbanka i jak Warun pije wodę.

Bliskość Waruna podziałała na niego w dziwny sposób. Mężczyzna błyskawicznie wyobraził sobie, jakby to było, gdyby Suttirat był kobietą… W rezultacie jego męskość napęczniała i po kilkunastu sekundach osiągnęła pełen wzwód. Jak miłoby było, gdyby Sara każdego dnia czekała na niego w łóżku, gotowa na wszelkie rozkosze. Jednak zniknęła, pozostawiając Praserta kompletnie samego. Nie miał nikogo prócz Waruna… ale ten rzecz jasna był mężczyzną. A Prasert nie był swoim bratem…
Zrobił prędko krok do przodu, aby ukryć pod zlewem wzwód. Westchnął z ulgą, słysząc, że Warun odchodzi i pije wodę. Privat zgasił światło w łazience, idąc tyłem do kontaktu i sypialni. Zaklinał męskość, by ta malała, lecz wręcz przeciwnie… napletek zaczynał się zsuwać. Mężczyzna naprowadził go z powrotem i w porę zgasił światło… jednak wciąż nie czuł się gotowy, aby położyć się w tym stanie. Musiał chwilę ochłonąć. Myślał o mnichach i wypadkach drogowych, chcąc jak najszybciej pozbawić się sztywności. Tyle że z perspektywy Waruna zastygnął bez celu przed łożem, niczym statua woskowa.
Suttirat leżał już do tego czasu w łóżku.
- Zamierzasz stać tak i udawać aktorkę z Paranormal Activity? - zapytał, wyraźnie spoglądając w stronę Praserta. Nie podniósł się jednak, ani nie poruszył w jego stronę. Na razie tylko mruknął na przyjaciela z wyczuwalnym, lekkim rozbawieniem w tonie.
- Wiesz… - zaczął Privat. - Może położę się w kanapie w salonie? To w końcu twoje łóżko…
Nie byłoby to zbyt wygodne. Sypialnia posiadała w pełni zaścielone, kuszące posłanie. Natomiast duży pokój oferował twardą, surową przestrzeń. Tyle że w tamtych okolicznościach Prasert mógłby się spokojnie położyć i przeczekać wzwód.
Warun teraz dopiero poruszył się, ewidentnie siadając
- Kładź się Privat. Już ci przyniosłem spanie tutaj. Wolę cię mieć na oku, a w salonie na fotelu się nie wyśpię. Mam gigantycznie łóżko, w ktrym śpie sam, równie dobrze mogę pożyczyć ci tamta połowę. A jak sam się zaraz nie położysz… To cię znokautuje - zagroził mu, ale nadal było w tym więcej zwykłego przyjacielskiego przekomarzania, niż prawdziwej groźby.
Ale Prasert i tak przestraszył się. Nie mógł dopuścić do tego, aby mężczyzna dotknął jego ciała i przekonał się o wzwodzie. Mógłby go tragicznie źle interpretować i poczuć obrzydzenie do Privata. Ten nie mógł na to pozwolić… Żaden nokaut, a więc sparing nie wchodzil w grę. Dlatego Prasert grzecznie położył się i błyskawicznie zanurkował pod kołdrę, obracając się plecami do Suttirata. Miał nadzieję, że to posłanie rzeczywiście było tak duże, jak ten reklamował…
Mężczyzna położył się, gdy i Privat się położył
- No… A teraz… Dobranoc - powiedział już spokojniejszym, wyraźnie łagodniejszym tonem. Warun musiał być zmęczony, nie dość, że całym dniem to jeszcze ekstremalnym wieczorem. Sam również odwrócił się tyłem do Praserta, ale najwyraźniej nie było mu tak wygodnie i skończył leżąc na plecach. Od tego momentu nie ruszał się już, a jego oddech powoli zwalniał.

Dobrze. Wnet Prasert poczuł się dobrze wyizolowany. Posiadał swoją własną kołdrę, a Warun własny koc. Wszystko dobre, co się dobrze kończy.
Mijały sekundy… minuty… a Prasert wciąż był nastoletnio upojony bliskością drugiego człowieka. Jedna ręką podniósł kołdrę od dołu do góry, aby drugą nie uczynić zbyt dużego hałasu. Upewnił się, że nie słyszy Waruna… czy też raczej odbiera jego oddech jako spokojny, miarowy i senny. Następnie zacisnął rękę na penisie i zaczął nią poruszać. Byleby tylko pozbyć się napięcia. Jak najszybciej. I zasnąć i zapomnieć o tym. Wtulił się w sam róg łóżka, jak najdalej od Waruna i nie przestawał poruszać dłonią. Ta była zakrwawiona… ale i tak sprawiała tyle przyjemności… Nie zdążył jednak dojść, gdyż już po kilku sekundach ogarnęła go słabość i zasnął.

***


[media]http://www.youtube.com/watch?v=9RMHHwJ9Eqk[/media]

Prasert usłyszał nietypowy szum. Gdy otworzył oczy, stwierdził, że wokół niego nie jest tak ciemno, jak było w pokoju Waruna, kiedy kładli się spać. Co więcej… Nie był nawet na łóżku. Zrozumiał, że leży na chłodnym piasku, a ów delikatny hałas, który to właśnie go zbudził należał do fal morskich.
Nie znał tej plaży.
Dodatkowo wyraźnie wydawało mu się z jakiegoś powodu, że była niezbyt często uczęszczana przez ludzi, nie widział żadnych zabudowań. Gdy spojrzał w górę, dostrzegł niesamowicie rozgwieżdżone niebo.
Jego uwagę zwrócił też kolejny, nowy dźwięk. Rozpoznał melodię starej kołysanki i płacz dziecka docierający gdzieś z prawej strony. Gdy spojrzał w tamtym kierunku, dostrzegł samotną kobietę, spacerującą po plaży. Była otulona długim materiałem, choć nie było zimno. Powoli kołysała rękami i Prasert mógł się domyślić, że buja w ramionach dziecko.

Privat nie myślał do końca racjonalnie, dlatego wcale nie kwestionował rzeczywistości, w której znalazł się. Przed chwilą mógł leżeć na łóżku Suttirata, lecz skoro teraz tkwił na piasku… czy mógł się spierać się z tym, czego doświadczał? Nawet nie próbował. Nie przyszło mu to go głowy.
- Czemu płaczesz? - zapytał cicho, choć znajdował się tak daleko, że kobieta i dziecko na pewno nie mogli go usłyszeć. Spojrzał w bok na czarne, morskie fale, które rytmicznie rozbijały się o brzeg. Muzyka płynąca z ust kobiety mieszała się ze słonym wiatrem, biegnącym prędko po plaży. Kazał tańczyć kosmykom włosów Praserta. Czarne pasma powiewały niczym wstążki. Morska piana ozdabiała perłową koronką kolejne przypływy. Prasert podniósł wzrok, zaciekawiony linią horyzontu. Ujrzy ją? Jakiego jest koloru?

Niestety nie mógł dostrzec horyzontu. Najwidoczniej nie było tam nic, co mogłoby zwrócić jego uwagę. Kobieta nie zareagowała na jego słowa, musiał porwać je wiatr. Dalej spacerowała ze swym dzieckiem, odwrócona od Privata. Jej długie, ciemne włosy co rusz rozwiewały się na wietrze, niczym czarna flaga. W pewnym jednak momencie, przestała nucić i stanęła, kołysząc jedynie otulone ramionami maleństwo. To również przestało płakać. Wyglądała, jakby dostrzegła coś na ziemi, ale nie mogła tego podnieść, patrzyła bowiem w dół, na co wskazywało pochylenie jej głowy.

Prasert był teraz zainteresowany. Nie chciał wkraczać w prywatną sferę kompletnie nieznanej mu osoby. Kobieta nie przyszła na tę plażę po to, aby spotkać się z nim. Natomiast on znalazł się tutaj dlatego, bo…
Dlaczego tutaj znalazł się? Kiedy, z jakiego powodu? Gdzie zmierzał?
Obecnie w stronę matki i jej dziecka. Jego stopy zapadały się w grząskim piasku, jednak był w stanie całkiem szybko pokonywać odległość. Co znalazła? Coś cennego? A może strasznego? O znaczeniu osobistym, czy raczej uniwersalnym? Podobno ciekawość to pierwszy stopień do piekła. Privat pokonywał jeden za drugim.
Kiedy tylko zbliżył się do kobiety, ta wyprostowała się i obróciła w jego stronę. Miała smukłą, bladą i niezwykle gładką skórę twarzy. Była piękna. Przynajmniej w jego oczach. I w tej chwili. Jej mimika nie wyrażała żadnych emocji. Patrzyła na niego parą ciemnych oczu. Jej dziecka natomiast nie widział, kołysała je nadal na rękach
- Powinieneś był tu być? Czy bycie tu byłym być może nie było dobrym pomysłem? - odezwała się niezrozumiale. Jej głos był spokojny. Obojętny. Niemal martwy. Gdy Prasert spojrzał na piasek pod jej stopami, dostrzegł jakiś czarny, owalny przedmiot, musiałby się jednak pochylić, by móc lepiej zobaczyć co to.
Spoglądał na nieznajomą. Jednocześnie wysilał pamięć, próbując skojarzyć ją. Może kiedyś ją spotkał? Czy przypominała kogokolwiek? Uginał nogi w stawach kolanowych, znajdując się coraz bliżej ziemi. Czuł, że z jakiegoś powodu… cały płonął. Było mu niezwykle gorąco. Zimny wiatr chłostał go po twarzy, przynosząc choć trochę ulgi. Jednak ogromne, palące się w Prasercie ognisko wcale nie traciło na intensywności…
- To pytanie do mnie? Czy do ciebie? Lub do twojego dziecka…? - zapytał, spoglądając na zawiniątko, którego nie był w stanie zobaczyć. Z jakiegoś powodu poczuł ogromną ochotę, aby zobaczyć je. Przekonać się, że rzeczywiście tam było. Znajdował się teraz tuż przy przedmiocie, jednak wciąż nie spoglądał na niego. Jego wzrok ogniskował się na pięknej twarzy kobiety. Zastygł w bezruchu na sekundę… a może minutę… lub też nieskończoność… W tym miejscu te wszystkie pojęcia chyba się ze sobą zlewały…
Zdecydowanie nie mógł rozpoznać jej twarzy. Kobieta nie drgnęła nawet. Cały czas pozostawała w jednym miejscu, bujając dziecko w ramionach. To jednak nie poruszało się, owinięte w chustę i jakiś niewielki kocyk. Prasert zaczął zastanawiać się… czy żyło.
- Dziecka? - zapytała jakby nie rozumiejąc o czym mówił. Przecież miała je na rękach, czyż nie? Nie patrzyła jednak na dziecko. Jej oczy zaszkliły się, pierwszy raz wyrażając jakąś emocję
- Moje dziecko… - załkała smutno. Po czym nagle odwróciła się i ruszyła w stronę wody.
- Nie… - Prasert spróbował złapać choć trochę powietrza w płuca. Wiatr wokół niego wiał tak mocno, ale tlenu wydawało się mniej i mniej. - Chcesz…? Co chcesz zrobić? - zapytał, spogladając na kobietę przybliżający się do morza. - Co zrobiłaś?
Spojrzał w dół na rzecz, którą nieznajoma wcześniej ujrzała. Co to było? Czy to właśnie ona tak bardzo zmieniła jej zachowanie?
Kobieta mu nie odpowiedziała idąc dalej w stronę morza. W końcu fale obmyły jej stopy. Tymczasem Privat dostrzegł na ziemi owalny kamień o oszlifowanej powierzchni z dziwnym pęknięciem na środku. Tajemnicza kobieta coraz dalej zagłębiała się w wodę.
- Nie! - krzyknął mężczyzna. - Stój!
Złapał kamień. Dotknął pęknięcia kciukiem. Badał fakturę drobnej, kompletnie nieistotnej, choć na swój sposób wyjątkowej rzeczy. Rozprostował nogi i zaczął biec w stronę morza. Chciał zatrzymać nieznajomą. Uratować jej dziecko. A także ją, o ile to było możliwe. Czy będzie dość szybki? Czy ruszył zbyt późno? Te myśli kołatały mu w głowie. Modlił się w duchu o to, aby wiatr wiał w sprzyjającym kierunku i uczynił jego bieg szybszym…
Kamień był zaskakująco ciepły. Grzał wnętrze jego dłoni. Tymczasem kobieta zaśmiała się przez łzy i wrzuciła zawiniątko do wody. Zaczęła cofać się drżąc cała i dalej śmiejąc się nerwowo przez łzy. Tymczasem woda od miejsca gdzie wpadło do niej dziecko, zmieniła kolor. Stała się jaśniejsza. Lekko złota i połyskująca. Smugi tego koloru zaczęły rozpływać się po falach i w stronę brzegu. Na oczach Praserta działo się coś niezwykle dziwnego. W tym dopiero momencie poczuł, że kamień zaczął grzać mocniej.
To było piękne… ale niekoniecznie dobre. Privat chciał upuścić kamień, zanim ten zacznie go palić, ale mimo wszystko tego nie zrobił… A co jeśli był cenny? Nie wystarczyło, że już nieznajoma pozbyła się swojego skarbu?
- Co ty zrobiłaś? - zapytał, próbując dopaść do niej i potrząsnąć nią. - Co ty zrobiłaś? - powtórzył, spoglądając na rozlewające się strugi złota. Światło wokół nich zdawało się tak bogate, nasycone i intensywne… Co się wydarzyło? Czego był świadkiem?
Kamień wyleciał z jego ręki i wpadł do wody. Gdy dopadł do kobiety, ta obróciła się w jego i dostrzegł, że jej łzy nie były już normalne. Kobieta płakała czymś czarnym. Jakby atramentem, lub smołą? Popatrzyła na niego i zaraz zarzuciła mu ręce na ramiona
- Opuściło mnie! Nie opuścisz mnie? Ty mnie nie opuścisz. Kochasz mnie. Myślisz o mnie codziennie! - wykrzyczała i przylgnęła do jego ciała. Poczuł, że była zimna. W jej ciele nie było ani odrobiny ciepła, co więcej, Prasert poczuł wilgoć na dłoniach, które oparł o kobietę. Gdy na nie spojrzał, były całe czarne. Zaśmiała się i przysuwała twarz do jego twarzy
- Kochasz… - wyszeptała melodyjnie. Privat dostrzegł, że jasność i złocisty kolor wody zaczął iskrzyć. Po powierzchni zaczęły strzelać dziwne wyładowania.
Prasert również zaczął płakać. Z powodu dziecka, które straciła, głupiego kamyka, co wyleciał mu z dłoni… i też… jakichś innych, bliżej niesprecyzowanych powodów.
- Jak mam cię kochać, skoro cię nie znam? - zapytał. - Jak mam cię nie opuścić, skoro nigdy przy tobie nie byłem?
Jego serce biło tak mocno, że Prasert zaczął obawiać się, że zaraz stanie. Otworzył usta, próbując zaczerpnąć jak najwięcej powietrza, jednak to nie chciało zagościć w jego płucach. Privat miał wrażenie, że dusił się. Nie był tylko przekonany, czy dosłownie, czy może raczej emocjonalnie.
 
Ombrose jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 11-02-2019, 01:51   #10
 
Vesca's Avatar
 
Reputacja: 10687 Vesca ma wspaniałą reputacjęVesca ma wspaniałą reputacjęVesca ma wspaniałą reputacjęVesca ma wspaniałą reputacjęVesca ma wspaniałą reputacjęVesca ma wspaniałą reputacjęVesca ma wspaniałą reputacjęVesca ma wspaniałą reputacjęVesca ma wspaniałą reputacjęVesca ma wspaniałą reputacjęVesca ma wspaniałą reputację
Kobieta zamarła w bezruchu
- Oh… Oh znasz mnie. Nikt nie zna mnie tak doskonale jak ty. Nawet twój przyjaciel. On też mnie zna bardzo dobrze. Ale z nim rozmawia się zupełnie inaczej. Zabrałeś mi go. Ale ty? Jesteś taki smaczny… - mówiła dalej i zaśmiała się cicho. Po czym zerknęła w dół. Zmarszczyła brwi i nagle popchnęła Praserta, cofając się
- Nienienienienie… - zaczęła powtarzać, aż wreszcie zaczęła krzyczeć. Jej głos był rozdzierający. Privat miał wrażenie, że zaraz wybuchnie mu głowa od tego hałasu. Zacisnął powieki i zasłonił uszy.
Otulił go nieprzyjemny pisk. Trwał kilka chwil i gdy myślał już, że się nie skończy. Nagle ustał. Gdy Prasert otworzył oczy, dostrzegł zupełnie inną postać.

Woda nie błyszczała już tym porażającym, elektrycznym złotem. W miejscu, gdzie chwilę temu stała ‘smutna matka’, teraz nie było nikogo. Kilka kroków dalej, nieco nad wodą siedziała w pozycji lotosu kobieta. Była odziana w biel, złoto i szkarłat. Jej włosy były długie, ciemne i lekko pofalowane. Jej skóra była perłowo biała. Jej usta czerwone niczym krew. Miała delikatnie zamknięte powieki, jakby medytowała. Privat widział ją bardzo wyraźnie, gdyż za jej plecami wisiał w powietrzu ognisty okrąg.


Rzecz jasna… to był bardzo niecodzienny widok. Prasert zwyczajnie przestraszył się. Czy było to z jego strony tchórzliwe i niemęskie? Może tak, może nie… Nie był w stanie skoncentrować się na dziwnej postaci, bo wciąż pamiętał poprzednią i jej enigmatyczne słowa. Czy matka miała na myśli Waruna, mówiąc o “przyjacielu”? To było jedyne wytłumaczenie, gdyż Privat, co może brzmiało smutno, nie miał innych prawdziwych przyjaciół. Tyle że nie sądził, aby obydwoje znali tę kobietę, a tym bardziej dobrze. Czyżby cierpiał na amnezję? A może to ona oszalała? Nie miał najmniejszego pojęcia i niczego nie był pewien. Ale wszystko pogorszyło się, kiedy ujrzał lewitującą nieznajomą. Przecież ludzie nie potrafili latać. Więc w jaki sposób ona to robiła? Może nie była człowiekiem? A w takim razie… czy powinien się jej obawiać? Prasert spojrzał na nią, zastanawiając się, czy kobieta była świadoma jego obecności.
- Przepraszam… - słowo wymknęło się z jego ust, które zabrzmiało jak pytanie. Nie wiedział, za co dokładnie było mu przykro i czy to racjonalne uczucie… ale i tak odczuwał poczucie winy. Trochę tak, jak gdyby był Scroogem i odwiedziły go duchy świąt bożego narodzenia… tyle że w dużo bardziej atrakcyjnej postaci. Jednak Privat wcale nie myślał o walorach estetycznych kobiet, tylko o tym, co mogły znaczyć… I czy były postaciami z jego przeszłości… czy przyszłości… A może już nigdy więcej miał ich nie spotkać?
- Rozpacz chciała wejść tam, gdzie nie powinna. Dopuściłeś ją - powiedziała, nie otwierając oczu. Podczas jej mowy poruszyły się tylko jej regularne, pełne usta. Kobieta spokojnie uchodziła za niesamowicie piękną, zdecydowanie jednak istotą ludzką być nie mogła. Jej głos był ciepły, spokojny. Tymczasem Prasert nie czuł już duszności, ani gorąca.
- Dziwisz się mi, a sam spójrz w dół - poleciła mu. Gdy to uczynił, dostrzegł, że nie stoi w wodzie… Lecz na niej.
- Czy to chwila buddyjskiego oświecenia? - zapytał. - To przeżycie religijne? - spojrzał na swoje stopy tylko delikatnie muskające powierzchni wody.
Wstrzymał oddech, aby nie opaść w dół… jednak wciąż pozostawał ponad tonią. Jak to się działo? Chyba… chyba śnił. To było jedyne wytłumaczenie. Jednak nigdy wcześniej nie miał snów aż tak kolorowych i pełnych wyrazu. Być może przypadkiem zabłąkał się do kompletnie innego wymiaru. Czy będzie potrafił z niego wrócić? Być może klątwa ducha tej podmiejskiej świątyni już została na niego założona, choć wciąż nie udał się do niej i nie spotkał w niej Mali.
- Jestem przeklęty? - zapytał przedziwnej, pięknej istoty. - Bo dopuściłem tę… rozpacz? - powtórzył usłyszane słowa. - Rozpacz z jakiego powodu?
Przypomniał sobie smutek, który odczuł, kiedy dziecko zostało odpuszczone w morze przez jego smutną matkę. Ale to raczej nie miało żadnego związku… Prawda? Nie wiedział. Aż cisnęły mu się łzy do oczu. Miał wrażenie, że jest szczurem laboratoryjnym, a gdzieś nad nim czuwają naukowcy. I przyglądają mu się ukrytymi kamerami, chcąc zaobserwować jego reakcje na te wszystkie dziwności wokół niego. Czy to wszystko stanowiło jakiś chory eksperyment? Zapisał się na niego z własnej woli, aby zarobić trochę dodatkowych banknotów? A może został uprowadzony kompletnie bez jego zgody? Ktoś nafaszerował go mocnymi narkotykami, przez które był świadkiem takich dziwnych, niespotykanych scen? Przecież to nie był normalny sen. O ile rzeczywiście śnił.

Czego był świadkiem? Czy to groziło mu niebezpieczeństwem? Co wywołało te dziwne wizje? Kiedy się skończą? Co znaczyły? Gdyby Prasert wystartował w teleturnieju, w którym uczestnicy mieli za zadanie wymyślić jak największą ilość pytań w możliwie najkrótszym czasie… na pewno uzyskałby główną nagrodę. A może nawet dwie. Za edycję obecną oraz przyszłoroczną.

- Jesteś smutnym człowiekiem Prasercie. Żyjesz w kraju fałszywych uśmiechów. Co ci z tego przyszło? Nic. Powiedz mi, zastanawiałeś się kiedyś czemu spotkało cię to, co cię spotkało? Powiesz mi, że z twej winy. Powiem ci, że mylisz się. Powiesz mi, bo los tak chciał, powiem ci może, lecz nie do końca. Pytasz mnie, czy to buddyjskie oświecenie, ja zapytam cię, co trzymasz w dłoni? - przemówiła znowu kobieta. A potem otworzyła oczy. Były całkowicie złote. Nie było tam źrenic, ani tęczówek, ani białka. Czyste, jakby płynne złoto. Wiedział, że na niego patrzy jedynie po tym, że czuł to na skórze.
To było straszne uczucie, a jednak… również dziwnie wyjątkowe i piękne. Prasert bał się dziwnej kobiety, ale jednocześnie cieszył się z tego, że mógł ją zobaczyć. To był wielki zaszczyt, choć nawet nie wiedział, na czym polegał. Przecież nie znał nieznajomej… więc też nie mógł jej czcić, ani czuć podziwu. Tyle że ciężko było nie odczuwać respektu na jej widok.
- A co trzymam w dłoni? - mruknął i spojrzał na swoją rękę. Czy miał znajdować się tam kamyk, który upuścił? Po części miał taką nadzieją, bo z jakiegoś nie do końca jasnego powodu spodobał mu się. Nie chciał zagubić go gdzieś w odmętach morza. Wróci do niego niczym bumerang? Miał taką nadzieję. I oby miał jeszcze cudowne, magiczne właściwości, dzięki którym uzdrowi Sunana, przywróci życie rodzinie Waruna, odnajdzie Sarę i też… Niech uczyni to wszystko, czego pragnął Prasert. Kamień filozoficzny, mający w sobie odpowiedź na każdą tragedię.
Rzeczywiście, w jego dłoni znajdował się ów kamyk, który wcześniej upuścił. Teraz znów zaczynał się rozgrzewać.
- Czy wiesz co to jest? Co to jest Prasercie? - zapytała, a następnie rozkrzyżowała nogi i stanęła na przeciw Privata. Była o dwie głowy niższa od niego, a jednak budziła respekt. spojrzała na jego dłoń i kamyk w niej
- Chętnie bym ci powiedziała, ale nie mogę - dodała. Im dłużej Prasert patrzył na czarny przedmiot w dłoni, tym bardziej miał wrażenie, że pęknięcie na środku wyglądało teraz jakoś inaczej. Kiedy przyjrzał mu się uważniej, otworzyło się ukazując oko, które rozejrzało się naokoło, a potem skupiło na twarzy Privata.
- Myślałem… a może marzyłem… że to kamień filozoficzny. Ale teraz sądzę, że to homunculus.
Mały człowieczek, którego alchemicy próbowali stworzyć w średniowieczu. Miał wyglądać niczym niewielkie, pomarszczone dziecko… No i cóż… ten był niezbyt udany, gdyż posiadał jedynie oko.
- A co cię pęta, piękna istoto? Czyich zasad musisz przestrzegać, że nie możesz mi wyjaśnić tego, co widzę? Czy jesteś okrutna? - zapytał, przesuwając na nią wzrok. - Pokazać komuś zagadkę i nie zaoferować wyjaśnienia… Jeżeli nawet sam na nie wpadnę, to i tak nie dowiem się, czy miałem rację. Gdzie w tym sens? Jaka metoda?
Nie rozumiał, dlaczego wcześniej upuścił kamyk, a potem pojawił się w jego dłoni. Przecież mógł, na przykład, cały czas w niej pozostać. Jednak główne pytanie brzmiało… co oznaczało to oko? Było mu przyjazne, czy wrogie? Stanowiło obowiązek oraz obciążenie… czy może raczej pomoc i rozwiązanie? Chyba że… nie miało żadnego znaczenia… I piękna istota jedynie chciała się nim pobawić…
Kobieta uniosła spojrzenie do jego oczu
- Nie mogę, bo mi nie pozwalasz. To co przekazać ci mogę, a czego nie ograniczasz mi ty sam. Zrozumiesz - powiedziała spokojnie i podniosła dłoń. Położyła ją na ręce Praserta i zamknęła ją na kamieniu
- Nie myśl o tym na razie za wiele. Wiedz, że nie oszalałeś, cokolwiek dostrzeżesz - obiecała mu. Uniosła drugą dłoń, po czym zasłoniła mu nią oczy. Zrobiła to tak, szybko, że musiał mrugnąć.
Kiedy poczuł, że ją zabrała i otworzył je… Poraziło go światło słoneczne. Leżał na łóżku w sypialni Suttirata. Mężczyzny nie było obok. Przez rolety do pokoju wdzieralo się stłumione światło słoneczne. Privat miał wrażenie, że w głowę ma wbity gwóźdź i gdy nią poruszył, ten dotknął jakiegoś nerwu. Po jego ciele rozszedł się okropny ból… Miał kaca.

Cholera…
Jasna cholera…
Naprawdę nie było dobrze…

Prasert spojrzał na swoją dłoń w poszukiwaniu kamienia. Przyśnił mu się przedziwny, okropny, straszny sen. Co prawda… nie widział w nim ludzkich rzeźni, ofiar rozpaczliwie wrzeszczących i proszących o pomoc, krew nie lała się strumieniami, diabły również - o ile występowały - nie posiadały żadnych rogów. A jednak w tym wszystkim tkwił jakiś strasznie przekonujący, przedziwny realizm, którego w żaden sposób nie było wytłumaczyć.
- Co ograniczam? Co ja ograniczam? - zapytał siebie jak szaleniec, choć piękna kobieta powiedziała mu, żeby tak o sobie nie myślał. - Czy ja… czy to…
Bardzo mocno chwycił pościel. Jej szorstka powierzchnia tak bardzo trąciła normalnością, że aż ciężko było uwierzyć, że ten sen nie był jedynie bardzo intensywnym, ale mimo wszystko… snem.
- Weź się do kupy, Prasert - szepnął do siebie. Jego głos był ochrypnięty. Musiał się napić wody. Tyle wczoraj wypił alkoholu, że strasznie suszyło go… i potrzebował zatopić pragnienie w kilku litrach wody mineralnej. Wcale nie przesadzał. Kompletnie nie pamiętał, co się działo poprzedniej nocy. Poszli do jakiegoś klubu… takiego jakby wampirzego. Kojarzył również muzykę, ale nie to, co mówił oraz…

Spojrzał na swoją dłoń. Była zakrwawiona.
Cały pobladł. Czy coś zrobił Warunowi? A może wdali się w jakąś bójkę? Czy Suttirat przeżył? Chyba tak, skoro znajdowali się w jego mieszkaniu. Prasert koncentrował się z całych sił, jednak za cholerę nie potrafił sobie przypomnieć niczego z wczoraj. Zamiast tego w całości pamiętał przedziwny sen. Ta wyjątkowa mieszanka sprawiła, że poczuł się dość nieswojo. Wstał w poszukiwaniu łazienki. Chciał przejrzeć się w lustrze. A następnie czym prędzej ruszyć do kuchni w poszukiwaniu butelek mineralnej. Choć nawet kranówą nie pogardziłby w stanie, w którym się znajdował…

Woda stała tam, gdzie wcześniejszego wieczoru pozostawił ją dla niego Warun - na szafce koło łóżka. Gdy Prasert wszedł do łazienki, zobaczył swoje odbicie w lustrze. Wyglądał jak półtora nieszczęścia. Zdecydowanie to picie odbiło się na nim i potrzebował odpocząć. Kiedy już niemal ruszył korytarzem do kuchni, dosłyszał krzątającego się w niej Suttirata, a sekundę później ogarnął, że nie ma na sobie żadnych ubrań. Zupełnie. Był całkowicie nagi. Czy zamierzał tak wejść po prostu do kuchni swojego kumpla?

Oczywiście, że nie. Nawet wczoraj wieczorem, kiedy był kompletnie pijany, nie chciał mu się pokazywać w kompletnym negliżu. Kac i ból głowy nie wyzuły go z poczucia wstydu. Odwrócił się i wszedł z powrotem do sypialni. Rozejrzał się w poszukiwaniu własnych ubrań. Choć wczorajsze, nie powinny być kompletnie brudne. A nawet wtedy zdawały się lepsze od całkowitej nagości. Prasert chciał też odwlec rozmowę z Warunem tak daleko, jak to tylko możliwe. Czuł się okropnie głupio. Suttirat też pił, jednak znajdował się w znacznie lepszym stanie. Jedynym usprawiedliwieniem Privata była młodość, choć tak właściwie już nie był smarkaczem i tego typu zachowania powinien mieć daleko za sobą.
Jego rzeczy nie były w takim złym stanie, choć ewidentnie ściągnął je od niechcenia i potraktował niezbyt stosownie rozrzucając na podłodze koło łóżka. Mógł się spokojnie ubrać, a wtedy do jego nosa doleciał zapach gotowanej zupy. Ewidentnie była na bazie warzyw i mięsa i powinna być świetna na ewentualne dolegliwości kacowo-żołądkowe. Suttirat najwyraźniej jeszcze nie wiedział, że Privat wstał, bo nie wołał go z kuchni. Prasert powąchał ubrania. Nie pachniały proszkiem do pranie, jednak również nie śmierdziały. Wdział je i od razu poczuł się trochę lepiej.
- O kurwa - szepnął, kiedy w jego głowie pojawił się przebłysk sytuacji, w której roztrzaskał rodzinne zdjęcie Waruna. - Co za oferma - podsumował się i ruszył ponownie do łazienki. Otworzył strumień wody i próbował nią zetrzeć cienie pod oczami i przeraźliwą bladość. Co rzecz jasna nie udało się. Mógł jednak powalczyć z lekko tłustawymi włosami, dlatego schylił się do kranu i je zmoczył. Pół minuty wcierał w nie szampon, po czym spłukał. Przy tym nieco ochlapał swoją koszulkę. Powinien ją ściągnąć, ale o tym nie pomyślał. Na szczęście nie przemoczył jej, tylko nieco zwilżył. Przełyk wciąż go palił, jednak nie ważył się spróbować wody z kranu. W dzieciństwie mama straszyła go pasożytami w niej zawartymi i biorąc pod uwagę renomę bangkodzkich wodociągów… coś mogło być w tym na rzeczy. Wysuszył się tylko ręcznikiem i uśmiechnął się do swojego odbicia. To przypomniało mu o nieumytych zębach. Jako że, rzecz jasna, nie posiadał u Waruna własnej szczoteczki, jedynie przepłukał jamę ustną mentolowym płynem. To powinno wystarczać.

Następnie westchnął. Trzeba było stawić czoła przyjacielowi. Ruszył w stronę kuchni. Choć zupa pachniała smakowicie, Prasert czuł supeł w żołądku z tego całego alkoholu, którego wczoraj pochłonął. Marzył o soku pomarańczowym albo arbuzie. Czymś orzeźwiającym. Już po samym miętowym płynie do płukania ust poczuł się o niebo lepiej, jednak pragnienie wciąż mu doskwierało…
Zastał Waruna przy płycie grzewczej. Stał do niego tyłem, ale musiał go usłyszeć, bo obrócił się zaraz i kiwnął do niego głową
- Cześć… Wyglądasz jakbyś potrzebował się napić. W lodówce jest jakiś sok. Pomarańczowy, albo kaktusowy - rzucił. Nie brzmiał, jakby był wściekły na Praserta. Sam zdawał się być nieco zmęczony i przekopany przez procenty, wyraźnie jednak był w nieco lepszym stanie niż Privat. Kończył właśnie bawić się z zupą. Na stole kuchennym stały dwie miski, w których już wcześniej ułożył makaron.
- To wygląda… wow, rewelacyjnie… - rzekł Prasert, wchodząc do środka.
Powiódł wzrokiem po blacie z dwiema miskami. Jej zawartość obiektywnie nie była aż tak imponująca, jednak mimo to Privat czuł podziw, że Warunowi chciało się. Podszedł do lodówki i otworzył ją. W środku znalazł upragniony kanister soku pomarańczowego. Jego oczy aż zaszkliły się ze wzruszenia. Czuł się jak łowca przygód, który po kilku dekadach poszukiwań wreszcie odnalazł upragnione ruiny Atlantydy. Tak bardzo był spragniony. Zaczął pić duszkiem z gwinta, aż przełyk zapiekł go z chłodu. Tylko dlatego przerwał na moment.
- Jesteś perfekcyjnym gospodarzem - mruknął, patrząc na plecy pogrążonego w gotowaniu mężczyzny. - Co takiego tworzysz?
Suttirat zerknął na przyjaciela, a potem przykręcił temperaturę i zamieszał parę razy w garnku
- Zupę Pho. Myślę, że będzie w sam raz na śniadanio-obiad - rzucił po czym dalej mieszając odwrócił się i podszedł do misek, by zacząć zalewać je zupą z wołowiną i mleczkiem kokosowym. Były w niej różne warzywa i cała kuchnia wypełniła się przyjemnym zapachem. Mężczyzna odstawił garnek, po czym wytarł ręce w ściereczkę i podał łyżki i pałeczki. Usiadł przy stoliku i popił zimnej już kawy, która wcześniej tam stała
- Wyspałeś się? - zapytał kompletnie neutralnie, zerkając na Praserta.
Zapach był niezwykle zachęcający, jednak Privat poczuł prawdziwą ochotę na zjedzenie tego dania dopiero po tym, jak zobaczył te wszystkie składniki.
- Tak, spałem do oporu… - odpowiedział. - Nie czuję się najlepiej, ale widzę, że ty już szykujesz lekarstwo - pokręcił głową, patrząc na danie. - To jest… wiesz, tak jakby, prawdziwe gotowanie. Ja zupy gotuję, zalewając gotowe danie z pudełka wrzątkiem - zaśmiał się niepewnie. - Jak często tworzysz takie cuda? Masz na to czas?
Spojrzał na zegar wiszący na ścianie, chcąc dowiedzieć się, która była godzina. Zastanawiał się, czy Warun był w sklepie po to wszystko, czy może stale trzymał na podorędziu te wszystkie składniki.
Dochodziła druga popołudniu. Prasert zamrugał kilka razy, jednak godzina pozostawała ta sama. Warun najpewniej był na pobliskim rynku po niektóre składniki, bo wszystko wyglądało na świeże. Nie, żeby nie starczyło mu czasu...
- Tak pomyślałem, że nam się przyda jeśli mamy dziś wytrzymać do wieczora - rzucił w odpowiedzi Warun, zaczynając powoli jeść
- Z nudów. Nie żebym był jakimś super specjalistą, jak kucharze w restauracji twojego taty, ale czasem jak już nie mam co robić, po prostu siedzę w kuchni i kombinuję - przyznał się do takiego nietypowego hobby.
- Wcinaj - polecił mu.
- Jak długo to gotowałeś? - zapytał Privat. Usiadł obok Waruna i zaciągnął do nozdrzy oszałamiający zapach zupy. Spróbował jej. Rzecz jasna była powalająca. Żołądek Praserta wciąż pozostawał zwinięty w supeł, jednak postanowił to zignorować. Miał tylko nadzieję, że nie będzie wymiotować… To byłoby tak wielkie marnotrawstwo wspaniałego jedzenia. No i rzecz jasna bardzo nieprzyjemna aktywność. - Swoją drogą, mój ojciec wcale nie zatrudnia kucharzy. To on wszystko przyrządza. Ma jednego pomocnika od krojenia warzyw oraz kelnerkę. Pewnie mógłby sobie pozwolić na zatrudnienie dodatkowego kucharza, ale lubi stać w kuchni. No i jest to ekonomiczne. Najbardziej uciążliwą robotę i tak odwala za niego ktoś inny. On jedynie miesza rzeczy na patelni, wysypując je z przyszykowanych pojemników.
 
__________________
If I had a tail
I'd own the night
If I had a tail
I'd swat the flies...
Vesca jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Odpowiedz



Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wł.
Trackbacks jest Wył.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 06:03.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2019, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
Pozycjonowanie stron | polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95 96 97 98 99 100 101 102 103 104 105 106 107 108 109 110 111 112 113 114 115 116 117 118 119 120 121 122 123 124 125 126 127 128 129 130 131 132 133 134 135 136 137 138 139 140 141 142 143 144 145 146 147 148 149 150 151 152 153 154 155 156 157 158 159 160 161 162 163 164 165 166 167 168