![]() | ![]() |
![]() |
| |||||||
| Sesje RPG - Inne Tutaj możesz zagrać w tych światach, które zostały pominięte powyżej. Czy to rządzona przez orki Orchia, czy może kosmos w erze, kiedy słońca zaczynają gasnąć. Na pewno znajdziesz tu coś dla siebie. |
![]() |
| | Narzędzia wątku | Wygląd |
| | #431 |
![]() | Anzlem Marsz z powrotem dłużył się niezmiernie. Kapłan wlókł się powoli mając wrażenie, że każdy krok zamiast przybliżać oddala go od celu. Płuca pracowały nieprzerwanie w rytm szybkich, płytkich oddechów. Brakło mu sił by przyśpieszyć. Mężczyzna oblizał wargi. W ustach czuł słony, metaliczny posmak, jakby woda z jeziora przemieszano z morską tonią. Po chwili dotarło do niego, że czuje smak ściekającej krwi. Bandażem na ręce otarł policzek rozmazując krwawą plamę. Palcami, odgarniając drobne włosy, wymacał rozcięcie. Wciąż krwawiło mimo, że nie wydawało się głębokie. Przez chwilę kapłan wahał się, czy nie obwiązać rannego miejsca. Nie miał jednak czasu. Pośród polany czyhały na nich większe niebezpieczeństwa, nie mógł się zatrzymać. Powietrze wokół przepełniała negatywna energia. Pierwszy raz czuł tak wielkie jej skupisko. Gdyby kiedyś opowiadał tę historię, być może przyrównałby te wrażenia do wizyty w jednym z piekieł Baator. Naraz odczuł na sobie jego spojrzenie. Tego, którego opuścił, jego złość pulsującą w pobliżu. Ogarnęły go złe przeczucia. Czy za wszystkim mógł stać pan zbrodni? Resztki zdrowego rozsądku odegnały tę myśl. Nerull przybył tu wraz z nim, nie zdołałby zebrać tak licznych wyznawców, nie w tak krótkim czasie. Plugastwa z którymi walczą, choć tak bliskie bóstwu, nie pochodzą od niego. "Czego pragniesz Nerullu?"-pytanie dręczyło go. Sięgnął do kieszeni po swój dawny symbol. Oparzona skóra zapiekła tak, że omal upuścił medalionu, w ostatniej chwili łapiąc go za rzemyk. Tak i nim targnął prawdziwy, niepohamowany gniew. Gniew na los, który rzucił go w tą otchłań, przyjaciół, za którymi podążając wpadł w tą zasadzkę, na siebie, bo nie potrafił w porę ocenić sytuacji. Wreszcie targała nim złość na maga i jego szkielety, którym rozsiane po polu szczątki wciąż drgały irytująco. Zatrzymał się gwałtownie, spoglądając w największe skupisko pokracznie ruszających się odłamków kości. Owinął rzemień amuletu wokół końca swego kija i koncentrując na nim cała swa złość wychrypiał: -Mortis uisum mortalibus addere curam.-cedził przez zaciśnięte zęby. Nie dbał o nic jak odesłać te nędzne resztki w nicość. Przełamać moc nekromanty, który ośmielił się wkraczać w domenę jego bóstwa. |
| | |
| Reklama |
| |
| | #432 |
| The Sentinel ![]() | Anzelm, Twoje działania przynoszą nadspodziewanie dobre rezultaty. Leżące wokół Ciebie szczątki przestał dygotać, a najbliższa Ci czerwona kula zgasła i zmatowiała. Medalion radośnie kołysze się na kiju, podczas gdy Ty rozglądasz się gorączkowo w poszukiwaniu nowych ofiar. Widzisz jednak, że reszta towarzyszy zbiera się już wokół koni; stwierdzasz, że rozsądniej będzie jednak do nich dołączyć. Masz przeczucie, że jeszcze nie raz będzie Ci dane użyć tej modlitwy. Dotarliście do koni, nadal szamoczących się na postronkach. Zapach krwi i padliny nie poprawia ich samopoczucia, ale wspólnymi siłami udaje Wam się nad nimi zapanować. Kolejne próby zniszczenia szczątków nieumarłych nie przyniosły efektów, więc pozostaje Wam jedynie ucieczka. Ostatni rzut oka w stronę jeziora i... Widzicie postać - klęczącą z uniesionymi rękami w przejrzyste, migoczącej kuli, która teraz wisi tak nisko, że obmywają ją fale. Słyszycie głos. Nie zmysłami, gdyż huk wzburzonej wody zagłusza wszystko, ale głęboko w Waszych umysłach i sercach. Delikatny, stanowczy głos, inkantujący w nieznanym Wam, śpiewnym języku słowa tak przepełnione wiarą i mocą, że stoicie jak zaklęci. Słowa czaru wnikają w wasze umysły, pokonując bariery ras, języków, światów: Hail!Fala mocy, jaka przepłynęła przez polanę omal nie powaliła Was na ziemię. Ogłuszeni stoicie niepewnie, próbując zorientować się co tym razem się wydarzyło. Cały obszar jeziora i polany jest zamknięty w złotoszarym, błyszczącym polu. Na ziemi nie widać już kości ani zbroi - gdzieniegdzie tylko rozwiewa się jeszcze dym. Wyrwana przez wiatr trawa jest na swoim miejscu; zarósł nawet krąg po Waszym ognisku. Konie są już spokojne a Wy - co dziwne - czujecie się dobrze! Co prawda nadal zmęczeni (może nawet bardziej niż wcześniej) ale Wasze rany przestały krwawić i zabliźniły się. Anzelm, jednak Twoja zraniona jeszcze w Rangaard ręka pozostała bez zmian. Bańka nad jeziorem ostatecznie znika, a znajdująca się w niej postać spada bezwładnie do wody. Słońce zupełnie już zaszło; polanę okrył mrok.
__________________ "W wirtualnym świecie szukamy tego, co dostawaliśmy przez setki lat od najbliższych – bliskości” Ostatnio edytowane przez Sayane : 04-27-2008 o 14:02. |
| | |
| | #433 |
![]() | Anzlem Kapłan powoli, dotarł wreszcie do koni. Poruszał się jak w transie, choć początkowy gniew osłabł na sile. Oblizał spierzchnięte wargi. Jego twarz wyrażała satysfakcję. Uciekają, lecz przeciwnik poniósł nie mniejsze straty. Ostatni raz obejrzał się na postać w świetlistej kuli. Pragnął dostrzec w jej oczach nienawiść, taką która przepełniała i jego. Modlitwa docierała przytłumiona przez wszechogarniający huk, ta że początkowo w ogóle niezrozumiała. W raz z kolejnymi słowami treść stawała się jaśniejsza, a kapłan poczuł zdziwienie, słysząc dźwięki rodzące się poza zmysłami, w głębi umysłu. Mowę godną bogów. Formuła modlitwy wydała się Anzelmowi znajoma, czyżby skądś mógł znać te słowa? Usiłował wytężyć pamięć, przypomnieć. "Jesteś taki słaby Anzlemie"-głos Maureen brzmiał upiornie, odbijający się od wnętrza czaszki i powracający echem. Przypomniał sobie noc w gospodzie, przewracane karty księgi, sen, szyderstwa. Zivilyn. Czy była słaba jak mówił Nerull? Czy mógł tak o niej pomyśleć na własne oczy widząc minioną walkę? Dziwny magiczny podmuch sprawił, że kapłanowi zabrakło tchu w piersiach. Cofnął się kilka kroków zaniepokojony magiczna barierą. Przezornie schował medalion. Metal nie był już rozpalony. Być może mroczny bóg ustąpił, a być może coś trzymało go z dala. Nagle przestał odczuwać ból. Zupełnie jak ciało podane mękom, które w końcu przestaje reagować i odczuwać. On jednak był dalej przytomny. Zdziwiony musnął policzek, pod palcami czuł zaschniętą krew. Przesunął dłoń wyżej do skroni, lecz nie potrafił odnaleźć rany. Wokół wszystko powoli powracało do pierwotnego stanu. Wielka była potęga Pani życia. Nieznajoma postać spadła. W ciemności usłyszał plusk wody. -Trzeba mu pomóc-podjął szybką decyzję i ruszył w stronę jeziora, starając się nie potknąć w mroku. Nie wiele wiedział o istocie która im pomogła, lecz dobrze znał modlitwy. Zaklęcia wymagają dużego skupienia i wysiłku, zwłaszcza te potężniejsze. Wyglądało na to, że ich przyjaciel zużył na recytację ostatnie siły. |
| | |
| | #434 |
![]() | Łowczyni słysząc w swojej głowie słowa czaru spięła się odruchowo, czekając na następny czar, który zmiecie ich z tej polany, a i pewnie z tego świata. Dopiero w połowie uświadomiła sobie jego treść, a efekty przeszły jej największe oczekiwania. Dzięki Zivilin - pomyślała, ale zaraz skarciła się surowo. Cóż znaczyły jej marne prośby czy podziękowania, jakie składała przy polowaniu tej obcej bogini? Dopiero tu - i chyba pierwszy raz w swoim życiu - miała okazję zobaczyć jaką mocą władają kapłani. Z przerażeniem pomyślała co by było, gdyby Anzelm zechciał wrócić do czczenia Nerula - zniszczenia byłyby pewnie porównywalne z tymi wyrządzonymi przez huragan. Anzelm! - odwróciła się w stronę mężczyzny, bojąc się czy modlitwa nie wyrządziła mu szkody. Gdzie on znów pędzi do diabła?! - kapłan był już w połowie drogi do jeziora. Oszołomiony nadmiarem wydarzeń umysł Maureen poskładał w końcu razem brak kuli i nagłą chęć Anzelma do zimnych kąpieli. Łowczyni wiedziała jednak, że w tym stanie, zmęczony i ranny, mężczyzna nie wytrzyma długo przebywając w lodowatej wodzie. Musimy rozpalić ognisko! Szybko! - krzyknęła. Głownie do Fosth'ki, gdyż reszta towarzyszy nie wydawała się mieć siły do działania. Myśli pędziły przez głowę Maureen: czy lepiej zostać na brzegu i zając się przygotowaniem ognia, czy popłynąć za kapłanem? Umiała pływać, choć nie była to jej specjalność. Była jednak o wiele bardziej wypoczęta niż Anzelm - i przede wszystkim w pełni sprawna. Nawet jeśli nie uratują obcego kapłana, będzie w stanie przynajmniej pomóc przyjacielowi w dotarciu bezpiecznie do brzegu. Fosth'ka, zapal pochodnię - jest w moim plecaku - i stań z nią na brzegu! - rzuciła przez ramię, w biegu zrzucając buty i wierzchnie części odzieży. Było już ciemno i bała się, że nurkując pomylą dół z górą i nie trafią spowrotem na powierzchnię lub po prostu uduszą się, płynąc w złą stronę! Łowczyni nabrała głęboki haust powietrza i rzuciła sie do wody.
__________________ Trouble is my middle name But in the end Im not too bad Ostatnio edytowane przez Ribesium : 05-06-2008 o 14:03. |
| | |
| | #435 |
| The Sentinel ![]() | Anzelm, pobiegłeś spowrotem w stronę jeziora i zanurkowałeś wgłąb. Chłód wody niemile poraził Twoje rozgrzane walką i biegiem ciało. Płynąc zaczynasz zdawać sobie sprawę jak pochopna i ryzykowna była Twoja decyzja - mrok niemal uniemożliwia patrzenie pod wodą a im głębiej i dalej się posuwasz tym bardziej czujesz, że woda opornie poddaje się Twoim ruchom. Zmęczone mięśnie odmawiają współpracy a do przepłynięcia masz niemal całą szerokość jeziora! Wynurzyłeś się po raz kolejny dla nabrania tchu i ocenienia gdzie jesteś. Masz nadzieję, że domniemany kapłan nie stracił przytomności i też walczy, gdyż w innym wypadku utonie zanim do niego dotrzesz. Nurkujesz ponownie; daleko, w głębinie widzisz kilka - czy kilkanaście - świecących, wirujących punktów. Pozostali stoją przy koniach, niepewni co mają robić. Mieliście uciekać, więc niespodziewany czyn Anzelma pokrzyżował Wam szyki. Tym bardziej, że wkrótce potem podążyła za nim Maureen. Nastroju nie poprawia Wam również bariera rozciągnięta nad polaną - macie nadzieję, że zapobiega ona wtargnięciu na polanę a nie wyjściu z niej.
__________________ "W wirtualnym świecie szukamy tego, co dostawaliśmy przez setki lat od najbliższych – bliskości” |
| | |
| | #436 |
![]() | Nieco oszołomiony obrażeniami drow przez kilka chwil był jedynie biernym obserwatorem wydarzeń starającym się utrzymać na nogach i zatamować krwawienie paskudnej rany. To co działo się wokół mogło zaważyć na ich losie, zadecydować o jego "być albo nie być". On zaś patrzył na to wszystko jak na obce sobie obrazy, które zupełnie go nie dotyczyły. Tego wszystkiego było już za dużo by ciągle reagować stosownie do sytuacji... Tymczasem walka nie była jeszcze zakończona. Wręcz przeciwnie, z każdą chwilą coraz bardziej wydawało mu się, że o ile miała ona swój początek, ciężko się spodziewać kiedy, jeśli w ogóle, nastąpi jej kres. Rozrzucone wokół szczątki zaczynały się poruszać zbliżając do siebie i nie trudno było sobie wyobrazić jaki będzie tego finał. Niespodziewanie Anzelm oddalił się nieco i zaczął coś niewyraźnie inkantować wymachując przed sobą swym kosturem. Nathiel nie mógł nawet zrozumieć słów modlitwy, zaklęcia czy co to tam było. Tak czy inaczej skutek był natychmiastowy - wszystkie kości spoczęły nieruchomo na swoich miejscach tak jak powinny. Później zaś do akcji wkroczyła ta postać w kuli. Mroczny elf wciąż uważał ją za zagrożenie, a jej nadaktywność nie wróżyła według niego niczego dobrego. Gdyby zechciała zaatakować ich za pomocą jakiejś magii byliby niemal bezbronni... Po kilku chwilach tajemniczy osobnik rzeczywiście postanowił posłużyć się jakimś zaklęciem, jednak sądząc z słów jakie docierały do ich uszu nie było to nic, czego należy się obawiać. Z resztą i tak nie było możliwości ucieczki czy obrony. Pozostawało czekać... Gdy tylko głos umilkł potężna fala wstrząsnęła wszystkim zmuszając drowa do kolejnej walki o utrzymanie własnej równowagi. Udało mu się tego dokonać tylko dzięki temu, że podparł się jednym ze swoich sejmitarów. Wracając do pozycji wyprostowanej odkrył ze zdziwieniem, że nie tylko nie odczuwa teraz żadnych nowych obrażeń, lecz nawet czuje się o wiele lepiej niż poprzednio. Po krwawieniu, którego jeszcze przez chwilą nie mógł nijak zatamować, nie było ani śladu, a rana zdawała sie zupełnie zabliźnić. Wydawało mu się nawet, że czuje pewien przypływ sił... Jego umysł również odzyskał swą świetność i pozwolił mu w miarę szybko ogarnąć sytuację. Tajemnicza postać spadła z pluskiem do wody znikając w jej odmętach. Kapłan zaś, nie zastanawiając się długo ruszył w jej kierunku, najwyraźniej z chęcią niesienia pomocy. Maureen podążyła za nim. Odzyskawszy sprawność i zdolność działania Nathiel chciał ją powstrzymać, nie zdążył jednak. To on powinien tam popłynąć. W końcu ciemność byłą jego żywiołem a i woda nie byłą mu obca. Oni zaś... - Głupcy - rzucił ni to do siebie ni do towarzyszek i ruszył w kierunku jeziora porzucając broń i ściągając z siebie swój lekki pancerz by w chwilę później rzucić się w toń by podążyć śladem towarzyszy. Miał nadzieję, że zdoła ich dogonić i pomóc.
__________________ Nie zapytał jej o to, jednak (...) za każdym razem, gdy w jej ciemnobrązowych oczach zbierała się wilgoć, niepokoiło go to więcej niż trochę. Wojownicy Nocy - Prolog, Lacrimae Dei |
| | |
| | #437 |
| The Sentinel ![]() | Płyniecie, płyniecie... coraz dalej i głębiej... Nathiel, dość szybko wyminąłeś Maureen kierując się w stronę Anzelma, który w zimnej wodzie świecił dla Ciebie jasno jak latarnia morska. Posuwa się powoli, o wiele wolniej niż Ty; płynie też na większej głębokości. Na lewo od niego, w oddali widzisz jasną plamę humanoidalnego kształtu, oraz kilka małych, jaśniejszych krążących wokoło.
__________________ "W wirtualnym świecie szukamy tego, co dostawaliśmy przez setki lat od najbliższych – bliskości” |
| | |
| | #438 |
![]() | Anzelm Kapłan z coraz większym wysiłkiem przełamywał wodną barierę. Zmoczona szata przylegała do ciała utrudniając wszelkie ruchy. Mimo bólu parł dalej. Lata spędzone w kamieniołomach poniekąd nauczyły go wytrzymałości. Poczuł się zagubiony w ciemności. Nie dostrzegając niczego usiłował zawołać. Zamiast okrzyku do ust wtłoczyła się woda, uwalniając strumień bąbelków. Oprzytomniawszy kapłan gwałtownie rzucił się w stronę powierzchni. Wynurzył się kaszląc i plując wodą. Wypływał na powierzchnię wielokrotnie zanim dotarł, jak mu się zdało, w pobliże miejsca, gdzie wisiała bańka. W oddali, gdzieś za nim usłyszał głośny plusk wody. Zaniepokoiła go myśl, czy jezioro nie ma innych niż ryby, większych mieszkańców. Płuca wypełnił powietrzem jak najmocniej potrafił i zanurkował ponownie głębiej. Na drugą próbę mógł nie mieć czasu. W głębinach dostrzegł dziwne świecące punkty. Naraz przyszły mu na myśl ognie zwodzące żeglarzy na mielizny. Czy jego też miały zwieść ku zgubie? Szybko odrzucił te myśli. Jeśli maił jeszcze kiedyś się wynurzyć nie mógł tracić czasu na zastanawianie. Starał się podpłynąć jeszcze troszeczkę bliżej, by móc przyjrzeć się temu zjawisku. Cały czas mając jednak na uwadze drogę powrotną,rozważnie oceniając zapas powietrza, by zawrócić jeśli ta okaże się nie do przebycia. |
| | |
| | #439 |
![]() | Phaere Drowka przystanęła przy koniach, które wydały jej się zbyt wysokie i niespokojne, aby mogła się na nie w tym stanie wdrapać. Starała się je uspokoić jak tylko mogła, lecz nie miała w tej dziedzinie zbyt wielkiego doświadczenia. Nim się obejrzała tuż obok niej znalazła się cała drużyna. To dobrze, wreszcie ktoś, kto pomoże jej wejść na wierzchowca. Oczy Phaere zdawały się przypominać spodki, bowiem tak były rozszerzone, gdy zobaczyła opadającą z sił postać w kuli, jak również słysząc głos modlitwy w swojej głowie. Drowka przez chwile nie była pewna czy aby na pewno to nie kolejny atak na wszystkich znajdujących się na polanie. O dziwo ona jak i również jej towarzysze przeżyli, kolejną już tego dnia, falę wielkiej mocy. Kobieta spojrzała w stronę jeziora, gdzie chwilę wcześniej usłyszała plusk wody oznajmujący im, że tajemnicza postać nie zdołała utrzymać się nad powierzchnią. Jest bardzo osłabiona, lub nawet martwa. "Doskonale"- pomyślała widząc Anzelma nurkującego za ciałem. Mag pewnie miał przy sobie mnóstwo rzeczy, którymi Phaere chętnie się zaopiekuje. Drowka usiadła na ziemi, gdzie Fosht'ka rozpoczęła rozpalanie ogniska. Wzięła mały patyk leżący koło niej i wrzuciła go do kupki rozpalonego drewna. Przynajmniej teraz nikt jej nie zarzuci braku pomocy. Dobrze, że łowczyni pobiegła pomóc Anzlemowi, w końcu on również jest zmęczony, więc może mieć problem z wyciągnięciem ciała z wody, tym bardziej, że robi się już ciemno, a jak wiadomo marne istoty jakimi są ludzie stają się ślepe gdy ognista kula znika za horyzontem. Phaere czekała teraz również na powrót swojego zwierzęcego przyjaciela, który zniknął gdzieś z krukiem, podczas niebezpieczeństwa.
__________________ Żeby ujrzeć coś wyraźnie, wystarczy często zmiana punktu widzenia. |
| | |
| | #440 |
| The Sentinel ![]() | Anzelm, w tej chwili na prawdę błogosławisz wodę, która w naturalny sposób wypycha pływaków na powierzchnię. Gdyby nie to, Twoja metalowa koszula już dawno ściągnęłaby Cię na muliste dno jeziora. Zachowawczo płyniesz jednak pod samym lustrem wody bojąc się, by kolejne zanurzenie nie było twoim ostatnim. Rozglądając się co jakiś czas, dostrzegasz na powierzchni dwie głowy o znajomych kształtach. Nathiel jest niemal przy Tobie, druga osoba to chyba któraś z kobiet, choć jest jeszcze daleko od Was. Czujesz ulgę - aż sam się sobie dziwisz - że mimo wszystko masz przyjaciół, na których możesz liczyć... Porozumiałeś się z drowem i obaj zanurkowaliście w stronę świecących punków. Nathiel widział więcej niż człowiek, a było to w zasadzie jedyne miejsce, które wykazywało obecność żywych istot. Anzelm, czujesz się jednak coraz bardziej zmęczony, ręka rwie Cię jak diabli a płuca palą żywym ogniem. Ostatnim zrywem wracasz na powierzchnię mając nadzieję, że drow sam poradzi sobie z wyciągnięciem obcego, gdyż Tobie starczy sił jedynie na dopłynięcie do najbliższego brzegu. Nathiel, zwinnie nurkujesz w głębinę, gdzie powoli opada bezwładne ciało obcego maga. Teraz, z bliska, widzisz wokół niego szybko stygnące smugi - krew... Wokoło krążą spore ryby ze świecącymi wypustkami na pyszczkach - pamiętasz podobny gatunek z jaskiń Podmroku, podejrzewasz więc, że jezioro musi być bardzo głębokie. Stworzenia pływają wokół ciała, wpływając pod szaty i skubiąc je. Przychodzi Ci do głowy absurdalna myśl, że ryby próbują powstrzymać maga przed upadkiem na samo dno. Najpewniej jednak przyciąga je zapach krwi a to oznacza, że szybko znajdą się tutaj większe drapieżniki. Kilkoma energicznymi ruchami dopadasz ciała rozganiając ryby i czując, że niedługo braknie Ci w płucach tlenu. Chwytasz je pod pachy - jest znacznie drobniejsze od Twojego - i wypływasz na powierzchnię, kierując się ciepłem ciał kapłana i łowczyni, która pomaga Ci doholować topielca na brzeg. Żadne z Was nie ma siły ani ochoty spowrotem przepływać jeziora. Po drugiej stronie ognisko płonie już żywo - Fosth'ka widząc, że dopłynęliście bezpiecznie zajęła sie podsycaniem ognia, okazjonalnie wołając kruka i kiciając na Tiloupa. Zwierzęta nadal jednak się nie pojawiały.
__________________ "W wirtualnym świecie szukamy tego, co dostawaliśmy przez setki lat od najbliższych – bliskości” |
| | |
| Reklama |
| |
![]() |
| Użytkownicy aktualnie czytający ten wątek: 1 (0 użytkownik i 1 gości) | |
| Narzędzia wątku | |
| Wygląd | |
| |
Podobne wątki | ||||
| Wątek | Autor wątku | Forum | Odpowiedzi | Ostatni Post / Autor |
| [komentarze] Pani Kryształu | Sayane | Komentarze do sesji innych sesji RPG | 474 | 11-14-2008 16:23 |
| [inne] Pani Kryształu | Sayane | Toplista sesji | 2 | 08-31-2007 21:07 |
| [rekrutacja dodatkowa] Pani Kryształu | Sayane | Archiwum rekrutacji | 9 | 05-16-2007 18:36 |
| [sesja] Pani Kryształu I | Sayane | Archiwum sesji Innych | 677 | 09-21-2006 21:12 |
| [nieokreślony, fantasy] Pani Kryształu | Sayane | Archiwum rekrutacji | 26 | 01-27-2006 20:40 |