![]() | ![]() |
![]() |
| |||||||
| Archiwum sesji historycznych Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemach historycznych (wraz z komentarzami) |
| | Narzędzia wątku | Wygląd |
| | #31 |
![]() | Nicolas Wizyta w domu Pana Castlereagha zapowiadała się dla niego nad wyraz ciekawie. Najpierw o mało nie wpadł na wychodzącego mężczyznę a teraz spotkał wielce interesującą osobę. Zmierzył wzrokiem gościa – nie pozostawiało żadnych wątpliwości, że nie był to jeden z domowników. Trupioblada twarz pełna blizn mogła świadczyć o ilości potyczek, jakie ten człowiek stoczył. Z pewnością nie chciałbym się znaleźć z nim sam na sam w jednej z ciemnych uliczek. – Pomyślał. Znał wielu zabijaków a ten wyglądał jak jeden z nich. Noiriet nie wierzył w zbiegi okoliczności. Intuicja podpowiadała mu, że razem z tym jegomościem znaleźli się tutaj z tego samego powodu. Wolał na razie milczeć na ten temat i poczekać na gospodarza, który powinien wyjaśnić im całą sprawę. Skinął tylko głową w kierunku nieznajomego. Czuł, że czarne chmury zbierają się nad Napoleonem a co za tym idzie Francją jednak to uczucie zostało zdławione przez nienawiść kotłującą się w sercu księdza.
__________________ Żebyście wiedzieli co ja robię cooltowej postaci LI... ;> Sama chciałaś! Nieobecny od soboty do wtorku(6-9.12). |
| |
| Reklama |
| |
| | #32 |
![]() | Samuel Daniłłowicz Uśmiechnął się paskudnie, widząc reakcje nowoprzybyłych. Co gorsza, uśmiech powodował nagłe poszerzenie się największej z blizn na jego twarzy, dochodzącej od ust prawie pod prawe oko. Przypomniał sobie ile dzieci potrafi uciec po ujrzeniu tego grymasu twarzy. Samuel umiał zachować jako-taki wygląd swojej skóry, ale po co- podczas służby u Baringa miał robić wrażenie śmierci w ludzkim ciele. I to właśnie szło mu doskonale. Absolutnie posłuszny, powtórzył sobie w myślach. Wszystko zależy od tego, komu ma służyć. Baring bynajmniej nie był taki zły- Indyjski Słoń był, przynajmniej dla Samuela, człowiekiem konkretnym i w miarę normalnym. Żadnego mordowania kobiet i dzieci, żadnych gwałtów żon dłużników- miał tylko walczyć w jego obronie. A to nie było dla Polaka niczym złym. - Wybaczcie, mości panowie, iż wyrwę was z dogłębnych analiz pozostałości po mojej chorobie i śladów mojej walki w sprawie jak najbardziej słusznej, lecz odebrane w domu wychowanie nakazuje mi powitać nowopoznanych ludzi oraz, gdy wspólnym losom będzie pisane spleść się na jakiś czas, przedstawić się.- odezwał się nagle, mając cichą nadzieje na wprawienie przybyszów w drobne zakłopotanie. - Samuel Daniłłowicz, osobisty asystent pana Baringa- przerwał i w teatralnym geście skłonił się, niczym bohaterowie dawnych romansów rycerskich- Do usług...- dodał, a jego twarz znowu rozciągnęła się w tym paskudnym uśmiechu. Osobisty asystent- tak miał nakazane przedstawiać się za każdym razem, gdy jego pracodawca zlecał mu coś innego niż ucięcie ucha i lewej dłoni dłużnikowi. Całkiem ładne określenie na osobistego rębajłę, ocenił w myślach.
__________________ Kutak - to brzmi dumnie. |
| |
| | #33 |
![]() | Balzac Bailleu Wychodzący jegomość z pewnością nie należał do najuprzejmiejszych ludzi i wyraźnie musiało mu się gdzieś śpieszyć bo nie zamierzał się zatrzymywać tylko dlatego, że przez drzwi właśnie przechodzą ludzie objuczeni bagażami. Balzac odskoczył lekko w tył i lewo, będąc lekko przerażonym perspektywą wpadnięcia na tego potężnego człowieka. Ten jednak zdołał wytrącić pakunek trzymany w jednej ręce i nie zwrócił na to najmniejszej uwagi - mruczał jedynie coś pod nosem. Bailleu odprowadził gniewnym wzrokiem mężczyznę: -Vas te faire enculé - rzucił szeptem w jego stronę w swoim ojczystym języku jak to zwykł robić tylko gdy był mocno zdenerwowany. Powoli podniósł swoje rzeczy i wszedł do sali za księdzem. Czarnowłosa postać która tam stała wpatrywał się w nich dość pewnym wzrokiem. W pierwszej chwili Balzac pomyślał, że osoba ta przywdziewa jakąś maskę albo coś w tym guście. Dopiero jego uśmiech rozwiał to wrażenie. Mężczyzna ten wyraźnie spodziewał się zaskoczenia jaki wywołuje jego wygląd i najwidoczniej był z siebie zadowolony - przynajmniej z reakcji jego i księdza. Bailleu począł dokładniej mu się przyglądać. Gdy nieznajomy odezwał się, Balzac nie wyglądał na zaskoczonego, chodź to mogło się wydać dziwnie, wyglądał dokładnie tak jakby w skupieniu zapisywał jakąś ważną informacje i nie chciał popełnić błędu. Na wręcz aktorski ukłon Samuela odpowiedział jedynie grzecznym ukłonem głowy, spodziewając się, że ów robi to jedynie na pokaz, aby wprawić w zakłopotanie nieznajomych czy też ich wybadać. Całość czyniła z Daniłłowicza interesująca jednostkę. Gdy wymienili grzecznościowe i całkowicie zbędne gesty powitania Bailleu odezwał się: -Witamy i my. Nazywam się Balzac Bailleu - w tym momencie wskazał na księdza - a to mój towarzysz - ksiądz Nicolais Noiret -jakby w odpowiedzi na dość specyficzne i wyzywające zachowanie Samuela, Balzac uśmiechnął się również w jego stronę - mamy spotkać się tu z sir Robertem Castlereagha'rem który będzie nam w stanie wytłumaczyć dlaczego nas tu wezwano. Chyba, że pan ma taką wiedze? - zwrócił się w stronę Samuela zastanawiając się jednocześnie nad tym co ich może tu spotkać. |
| |
| | #34 |
![]() | Bagaże podróżnych bardzo bawiły Daniłłowicza. Pomyśleć, że ksiądz wraz z towarzyszem, osoby zapewne całkiem dobrze postawione i majętne, dźwigają swoje rzeczy od komnaty do komnaty, a on- jedynie sługa swego pana- może liczyć na to, iż każda z jego walizek zostanie starannie dostarczona do miejsca, które wskaże Samuel. - Pan Baring, którego mieliście przyjemność- tu posłał drwiące spojrzenie Balzacowi- postanowił nie wyjawiać mi szczegółów naszego spotkania. Sir Castlereagh to osoba, o której także nie wiem zbyt wiele, lecz zapewne jest to spowodowane moim stosunkowo krótkim pobytem tu, w Anglii- przerwał i znowu uśmiechnął się, ale jakby życzliwiej. Tak czy inaczej blizny na jego twarzy tym razem nie zmieniły swojego układu. No cóż, nowopoznani ludzie nie zrobili na nim złego wrażenia. Co do księży Samuel od dawna miał mieszane odczucia- z jednej strony szanował stan duchowny, lecz grzechów wybaczać im nie zamierzał. Noiriet wydawał mu się kolejnym z księży, na których w prawdzie nie można zbytnio polegać, ale noża w plecy nie wbiją. Raczej. Jego rozmówca zaś, póki co, wydawał się człowiekiem stonowanym, co Daniłłowicz bardzo sobie w ludziach cenił. Nie lubił towarzystwa osób gadatliwych, denerwowało go wsłuchiwanie się w kolejne słowa o rodzinie czy wspominanie o tym, jak czyjeś dziecko pierwszy raz przeczytało całą stronę z książki czy innego dziennika. Był człowiekiem konkretnym i niezbyt chętnym do długich rozmów i tego właśnie wymagał od swoich znajomych. Zawsze mógł im przecież poucinać języki...
__________________ Kutak - to brzmi dumnie. |
| |
| | #35 |
![]() | Balzac w skupieniu wysłuchiwał słów Daniłłowicza. Na jego kąśliwa uwagę zareagował jedynie lekkim uśmiechem w jednym kąciku ust. Samuel mógł z tego wywnioskować, że jego rozmówca jest opanowany - przynajmniej gdy tego chce. Gdyby też spojrzał na dłonie swojego rozmówcy mógłby dostrzec i upewnić, się w przekonaniu, że nie są to dłonie szlachcica czy osoby która będzie rozmawiał o jakiś dworskich durnotach. Po ostatnich słowach Samuela Bailleu pokiwał w zamyśleniu głową parokrotnie. -W takim razie poczekamy tu z panem na kogokolwiek kto będzie nam w stanie wyjaśnić naszą obecność - uśmiechnął się, można by rzec, życzliwie w stronę trupowatej postaci, po czym położył swoje tobołki pod ścianą i zwrócił się do swojego towarzysza podróży: -Chyba, że masz inny pomysł? Jednak myślę, że ktoś już musi wiedzieć, że przybyliśmy i powinien już do nas zmierzać. W oczekiwaniu na odpowiedz księdza zaczął rozglądać się po wyjściach z pomieszczenia jakby szukając potwierdzenia swoich słów. |
| |
| | #36 |
| Newsman ![]() | Jan Wymierski: W końcu generał odłożył gazetę, dopił kawę, wstał, zapłacił za wszystko i wyszedł z budynku. Postanowił, że uda sie do domu pułkownika Lajolasa i opowie o wszystkim zebranym tam ludziom. Miał nadzieję, iz wspólnie cos wymyślą i nie podzieli losu generała Pichegru, poza tym, nie miał zamiaru widzieć na twarzy VicePrefekta zwycięskiego uśmiechu, jaki zapewne by się pokazał, po wtrąceniu go do lochów. Zdecydował, iż nie będzie się wracał przez rue de Jerusalem, więc musiał trochę nadłożyć drogi. Nie przejmował się tym jednak tak bardzo, ponieważ zawsze lubił spacerować po pięknych miastach, a Paryż z całą pewnością się do takiego zaliczał. W ciągu swojej kariery wojskowej w Legionach i Armii Renu, zwiedził wiele europejskich miast, jednak jego ulubionym był Paryż. Oczywiście poza stolicą swojego kraju - Warszawą, która była bezkonkurencyjna. Przynajmniej w jego oczach. W czasie swojego spaceru co kilka chwil oglądał sie za siebie uważnie, jakby sprawdzając czy nikt go nie śledzi. To z tego powodu udał się do kawiarni i przesiedział tam jakiś czas, nie chciał po prostu aby ktoś odkrył gdzie i dlaczego w jednym miejscu zbiera się tak wielu wojskowych. Oczywiście zawsze mogli udać, iz jest to tylko spotkanie towarzyskie, jednak Paryż i Korsykański Bękart byli w tych czasach podejrzliwi, zwłaszcza teraz, po aresztowaniu generała Pichegru. - Obywatel - prychnął - Generał zawsze pozostanie generałem -więc raczej nikt by im nie uwierzył i to spotkanie nie zakończyłoby się po ich myśli. |
| |
| | #37 |
| Administrator ![]() | Mathilde Le Blanc Mimowolny rumieniec wypłyną na jej twarz, kiedy Fitzpatick deklamował wiersz. Nie codziennie można delektować się tak dobrze zinterpretowanym utworem Williama Blake'a. Sama również niegdyś błyszczała na przyjęciach wydawanych przez jej matkę deklamując poezję i ciesząc gości wspaniałą grą na fortepianie, tym bardziej występ Fitzpatricka zrobił na niej wrażenie. Słowa Caspra sprawiły, że zrobiło jej się miło na sercu, jednak zdecydowane chrząknięcie pani Lajolais i wyraz jej twarzy sprowadziły ją na ziemię. Co nie zmieniło wcale faktu, że cieszyła się podwójnie na podróż do Francji - nie dość, że nareszcie wróci do ojczyzny, to będzie mogła cieszyć się w podróży towarzystwem tego człowieka i może choć na chwilę oderwie się od lepkich od bolesnych wspomnień myśli. Kiedy we trzy zostały znowu same w pokoju Matylda zwróciła się do obu kobiet: - Owszem, mam pytanie, jeśli mogę je zadać. Kiedy planowana jest podróż i kto jeszcze będzie towarzyszył mi w jej trakcie? Chciałabym też wiedzieć jak długo może ona potrwać, bo o ile wiem kiedy płynęliśmy z Francji zajęło nam to znacznie mniej czasu niż zwykle na to potrzeba. Myślę, że i ta sprawa jest nie cierpiąca zwłoki, zatem na pewno zależy nam na czasie, prawda?
__________________ – Chciałem powiedzieć (...) że na tym świecie jest chyba coś, dla czego warto żyć. Śmierć zastanowił się przez chwilę. KOTY, stwierdził w końcu. KOTY SĄ MIŁE. T. Pratchett Czarodzicielstwo |
| |
| | #38 |
![]() | Nicolas Noiret Z zainteresowaniem przysłuchiwał się rozmowie Balzaka z Daniłowiczem. Ten ostatni najwyraźniej za wszelką cenę chciał wywrzeć na nich spore wrażenie. Noiret musiał przyznać, że dopiął swego celu. W końcu na pytanie pana Bailleu zareagował i zwrócił się do nowo poznanego jegomościa. -Wybacz Panie moje zachowanie ale z czasem gdy człowiek obcuje dużo z żołdakami od nich maniery zaczyna przejmować. Przyznać się powinienem, że nie jest ze mnie jednak żaden ksiądz o czym mój przyjaciel często zapomina a do czego i ja przyznać się muszę. Jest to już odległa historia po której mi jeno ta pamiątka pozostała.- Dotknął sporego krzyża który uwadze Daniłowicza umknąć nie mógł. Wewnętrzny głos mówił mu, że sam się oszukuje lecz nie był to czas i miejsce na tego typu rozważania. Usłyszał kroki zbliżające się w ich kierunku. – Jeżeli się nie mylę to i o nas w końcu gospodarz sobie przypomniał.- zrobił krótką pauzę aby zmusić się do wypowiedzenia ostatniego zdania.- Mam nadzieję, że jeszcze będziemy mieli okazje dłużej porozmawiać.
__________________ Żebyście wiedzieli co ja robię cooltowej postaci LI... ;> Sama chciałaś! Nieobecny od soboty do wtorku(6-9.12). |
| |
| | #39 |
![]() | 10 V – wieczór, Londyn Fitzpatrick błysnął zębami w szerokim uśmiechu, jeszcze raz skłonił się urodziwej i delikatnej Francuzce, spojrzał jej prosto w oczy i ucałował jej delikatną dłoń w koronkowej rękawiczce. Potem wyprostował się, w sam raz, by wysłuchać ostrych słów Esthery. Wciąż uśmiechał się do Francuzki, słysząc jak córka lorda mówi swe jadowite słowa. Spojrzał na nią raz, jeden raz. Jeśli ta dobrze urodzona dziwka myśli, że zawróciła mu w głowie, to się cholernie myli: - Czyżby zazdrość Esthero? Nieważne, prowadź. - wyszeptał muskając wargami ucho Angielki. Opuścili Matyldę i wyszli do rozległego, doskonale urządzonego hallu. Caspar ujrzał kilku mężczyzn, w tym gospodarza domu. Skinął głową Castlereaghowi i przyjrzał się pozostałym. Jeden z nich, słusznej postury mężczyzna w średnim wieku musiał mieć wyjątkowego pecha w życiu. Tak szkaradnej, pociętej bliznami twarzy Fitzpatrick dawno już nie widział. Jej właściciel wyglądał na człeka, co to raczej nie zarabia na życiem piórem, chyba że jest to pióro szabli. „Ot”, pomyślał Caspar, kolejny morderca z wywiadu. Drugi z nieznajomych był okołotrzydziestoletnim brunetem z włosami do ramion i męską, przystojną twarzą, niepozbawioną pewnych plebejskich cech. Natomiast trzeci... Trzeci był klechą! Fitzpatrick skrzywił się. Wychodził z założenia, iż w takiej robocie trza profesjonalistów nie ideologów. Fanatyzm nie służy pracy wywiadowczej, ba, nawet jej szkodzi. Poza tym Fitzpatrick uważał się za klasycznego dandysa, toteż bliżej mu było do libertyna niż ciemnego katolika. Mimo to czym uśmiechnął w wystudiowany sposób, ukłonił jak najpiękniej i przedstawił: - Witam panów, nazywam się Caspar Ramsay Fitzpatrick. O się nie mylę, spędzimy we własnym towarzystwie kilka najbliższych dni. Szanowny lordzie Castlereagh, może zapoznasz mnie ze swoimi towarzyszami? |
| |
| | #40 |
![]() | Fitzpatrick, Daniłłowicz, Bailleu, Noiret, Castlereagh - Hall w rezydencji sir Roberta, wieczór 10 V Castlereagh - Oto ludzie szanowny Casparze, którzy pomogą utrzeć nosa temu korsykańskiemu karłowi. Pan Danilo... Danilowycz polecony przez Baringa, Twój zastępca, jeden z lepszych szermierzy w Królestwie. Oraz panowie Noiret, który przez lata walczył z bezbożnikami i jakobinami, oraz monsieur Bailleu jego towarzysz, człowiek równie doświadczony. Obaj bili sie dzielnie w oddziale Pierre Merciere'a i znają wybornie teren. Są nam oddani, dzięki swej nienawiści do rewolucjonistów i uzurpatorowi, który teraz zamierza ogłosić się Cesarzem. - Panowie, Rząd Jego Królewskiej Mości, po pomyślnym wykonaniu misji, zapewnia Wam prawo do zamieszkania na terenie Korony i godną roczną pensję. Fitzpatrick - Zatem monsieurs raczcie powiedzieć kilka słów o losie, który tu Was sprowadził. Ten, który będzie tak głupi by próbować mnie okłamać nie dożyje rana. O ile znam sir Roberta, ten dzisiaj wręczy mi jeszcze dossier każdego z tu obecnych - dodał w myślach. __________________________________________________ _________________________ Mathilda Le Blanc, Louise Claudel, Esthera, pani Lajolais - Salon w rezydencji Castlereagha 10 V wieczór. Do salonu weszła kobieta lat około 40, ubrana skromnie w szarą płócienną suknię z fartuszkiem i głową okryta czepkiem. Lady Esthera zwróciła się do Mathildyl - Moja droga juz odpowiadam Ci na pytanie. Oprócz sir Caspara i jego dzielnych kawalerów, towarzyszyć Ci będzie też ta oto kobieta. Młoda dama nie może przecież poruszać się bez służącej, zatem Louise zajmie się się Twoją garderobą i posiłkami. Niestety charakter podróży nie pozwala podróżować okazale, ale ufamy, że w imię Sprawy, której jestes tak oddana dzielnie zniesiesz te drobne niedogodności. Co do terminu, wyruszycie niebawem, ale dokładna data zależy od Fitzpatricka. Wasze bagaże już jadą na statek, na którym będziecie podróżować, zatem myślę, że nadzsedł czas na kieliszek cherry przed snem. Nocować oczywiście będziesz tutaj. Skinęła na Louise, a ta podeszła z tacą ofiarując każdej z pań kieliszek rubinowego napoju. Stanęła potem skromnie z boku, czekając czy jej nowa pracodawczyni będzie miała dla niej jeszcze jakieś polecenia. __________________________________________________ __________________________ Jan Wymierski Paryż ,okolice domu pułkownika Lajolais, wieczór 10 V Zbliżając się do domu zauważył wyrwaną z zawiasów furtkę, a pomiędzy drzewami w ogrodzie mignęły mu niebieskie mundury. Zawahał się. Wszystko zdawało sie wskazywać, że i tu agenci Prefektury i wojsko dokonało aresztowania. Nagle zrobiło mu sie gorąco, jakby słońce zaczęło mocniej grzać. To oznaczało przecież wpadkę całej siatki . Rozgladnął się wokół : po drugiej stronie ulicy mała kamieniczka skrywająca pod arkadami dyskretną, uchylona bramę ofiarowała cień i schronienie. __________________________________________________ _________________________ Zołnierze pułków liniowych dokonujący rewizji i aresztowań w domu pułkownika Lajolais - dwaj pierwsi z lewej._
__________________ Nie daj Boh z Ivana pana, a z Marijki dobrodijki. Odkąd umarła mądrość błaznów, błazeństwo mędrków wzrosło niepomiernie. Co to jest nicość ? Pół litra na dwóch. Jestesmy tylko szeptem czasu, który przemija... |
| |
| Reklama |
| |
| Użytkownicy aktualnie czytający ten wątek: 1 (0 użytkownik i 1 gości) | |
| Narzędzia wątku | |
| Wygląd | |
| |
Podobne wątki | ||||
| Wątek | Autor wątku | Forum | Odpowiedzi | Ostatni Post / Autor |
| Komentarze - Oko czarownicy | Arango | Archiwum sesji historycznych | 101 | 07-16-2008 16:54 |
| [ Inne ] Oko czarownicy | Arango | Toplista sesji | 1 | 09-03-2007 00:50 |
| Oko czarownicy | Arango | Archiwum rekrutacji | 11 | 12-30-2006 14:25 |