![]() | ![]() |
![]() |
| |||||||
| Archiwum sesji historycznych Wszystkie zakończone bądź zamknięte sesje w systemach historycznych (wraz z komentarzami) |
| | Narzędzia wątku | Wygląd |
| | #61 |
| Newsman ![]() | Wymierski - Stul pysk - usłyszał generał. Jednocześnie poczuł jak coś ciężkiego uderza go w głowę. Kolba pistoletu. Stracił przytomność. Jechał konno. Był ubrany w swój mundur z czasów Insurekcji. Podążał przez ciemny las. Skądś go znał, jednak nie mógł sobie przypomnieć. Cały czas coś wydawało mu się znajomo. To drzewo, ten zakręt, nawet zwierzęta wydawały się jakieś bardziej znajome, bliższe. Wreszcie wyjechał z lasu. Zobaczył piękny pałacyk i dwójkę stojących przed nim ludzi. Oni też wydali mu się znajomi. Pospieszył swojego wierzchowca. Wreszcie wszystko sobie uzmysłowił. Ten pałac był jego domem, a ci ludzie jego rodzicami. Na tamto drzewo najczęściej się wspinał, a tamten zakręt prowadził nad wielką rzekę. Wreszcie zobaczył z bliska twarze rodziców. Byli spokojni, a ich oczy ukazywały wielką miłość. Miłość do niego. Jóż zeskoczył na ziemie, już miał do nich podejść, jednak nie zdołał... Najpierw wszystko znikło. Następnie otoczyła go czerń. Czuł w ustach brudną chustę. Przypomniał sobie wszystko. Jego walki w szeregach Wielkiej Armii. Generała Moreau i pułkownika Lajolasa. Zdał sobie sprawę, że żyje. usłyszał jakieś rozmowy, następnie zbliżające się kroki. Ktoś zdjął mu z głowy worek, a następnie przeciął więzy. To był pułkownik. W ręku trzymał jego order Virtuti Militari. - Ocalił pana Generale ten kawałek metalu. Inaczej wyłowiono by pańskiego trupa. Zapewne wie pan, że aresztowano Moreau, ale co z Pichegru ? Musimy coś przedsięwziąć. - powiedział Lajolas. Wymierski wstał. Chwycił się za głowę, która strasznie go bolała. Milczał przez chwilę. - Pichegru również został aresztowany.- powiedział cichym głosem generał. - Ale to nie wszystko. Jutro muszę się stawić u Viceprefekta. - rzekł Wymierski, a następnie szybko streścił cały przebieg dzisiejszego dnia. - Może gdybym wcześniej do was dotarł... Ostatnio edytowane przez Van : 03-26-2007 o 14:36. |
| |
| Reklama |
| |
| | #62 |
| Administrator ![]() | Matylda Słowa służącej zdziwiły ją. Nawet nie same słowa co ton wypowiedzi i chłód, jaki bił od kobiety. Matyldzie zrobiło się smutno, myślała bowiem, że jeśli się nieco postara, to zniknie jakakolwiek bariera między nią a służącą. Nie chciała mieć służącej, raczej towarzyszkę w tej dziwnej podróży. A już najdziwniejsze wydawało się to, w jaki sposób wypowiedziała się o Francji! Dlaczego akurat ona miała płynąć w tej wyprawie razem z ludźmi, którym najbardziej chyba zależało na uwolnieniu ukochanej ojczyzny z rąk potwora? Louise najwyraźniej wolała pozostać w układzie służąca-pani, choć najwyraźniej to też jej nie pasowało. Matylda odniosła wrażenie, że musiała być ciężko doświadczona przez życie i to właśnie wywołało chłód w jej osobie, czy nawet pewne zgorzknienie. W jej młodej głowie zakiełkowało pytanie - "Czy i ja niedługo będę zachowywać się tak samo?" Przedłużająca się cisza ciążyła w pokoju. Matylda na krótko zapomniała o istnieniu Louise, samotność przyzwyczaiła ją do tego, że nikt nie przeszkadza w jej wieczornych rozmyślaniach. Ocknęła się nagle i przepraszająco spojrzała na służącą. Przestała mieć ochotę na jakąkolwiek rozmowę. - Wybacz, ale chyba jestem bardziej zmęczona niż przypuszczałam - powiedziała wymijająco - I chyba lepiej będzie, jeśli już się położę. Dziękuję Ci za pomoc i... cieszę się, że będziemy razem odbywać tą podróż, chociaż chyba Tobie nie jest ona szczególnie miła. Tymczasem... dobrej nocy.
__________________ – Chciałem powiedzieć (...) że na tym świecie jest chyba coś, dla czego warto żyć. Śmierć zastanowił się przez chwilę. KOTY, stwierdził w końcu. KOTY SĄ MIŁE. T. Pratchett Czarodzicielstwo |
| |
| | #63 |
![]() | Kolacja nie była niczym niezwykłym aczkolwiek zjadł ją z niezwykłą z przyjemnością. Ponieważ musiał wstać wcześnie rano nie tracił już czasu i udał się na spoczynek. Wcześniej jednak zaczął w pośpiechu pakować swoje rzeczy i przygotowywać ubranie podróżne na jutro. Wychodząc w rezydencji Balzac nie spotkał nikogo, pierwszą żywą osobą okazał się być woźnica w karecie stojący w umówionym miejscu. Znaczy, że będe miał blisko 6 godzin w Londynie- uśmiechnął się gorzko sam do siebie Bailleu. Półgodzinna podróż, była okropnie nużąca, toteż gdy powóz zatrzymał się, szybko z niego wyszedł i z ulgą rozprostował kości. Zorientował się mniej więcej gdzie jest i ruszył ulicą. Ludzi nie było sporo - głównie sama służba i pracownicy. Po przejściu paru przecznic zniknął w jednej z odnóg ulicy i staną przy wspaniałym pomniku jakiegoś sławnego poety i zafascynowaniem oglądał to wspaniałe dzieło. Jako, że miał tyle czasu postanowił ruszyć na jakiś targ i kupić sobie coś wyszukanego do jedzenia. Ruszył więc odważnie w stronę slumsów - każdy kto był w mieście choć przez chwilę poza szlachedzkimi siedzibami wiedział, że jest tam można nabyć wszelkie możliwe cudowności. Służba miejska nie zapuszczała się nigdy w te rejony - to po prostu jak próba powstrzymania deszczu - nie da się tego zrobić, tak więc handel tkwił tam w najlepsze. Po wejściu na targowisko zaczął się włóczyć między stoiskami. Nie mogąc jednak się zdecydować co kupić, ruszył pod Tamize gdzie handlowano wszelkiej maści rybami. Gdy znalazł się na targu rybnym kupił sobie jedną z droższych odmian łososia. Zadowolony z zakupu w stronę jakiegoś zajazdu. Wszedł tam i przywoławszy barmana zażądał aby ten przygotował dla niego tą rybę - ten zdziwił się znacznie, ale kilka błyszczących monet sprawiło, że w mig zrealizował zamówienie. Pełen zadowolenia z siebie Bailleu dokończył jedzenie, po czym pospacerował sobie jeszcze po mieście i w południe wsiadł do wskazanego dyliżansu. -No i koniec miłego dnia – pomyślał przestępując drzwi pojazdu |
| |
| | #64 |
![]() | Wymierski Obaj mężczyzni wyglądali na załamanych. Lajolais blady szeptał zbielałymi wargami : - Mon Dieu... Pichegru aresztowany... Moreau w więzieniu... To koniec... To klęska... Mon Dieu... Usiadł na jakiejś skrzyni i zwrócił się do generała. - Teraz to już bez znaczenia więc mogę panu powiedzieć mon general'. Przygotowaliśmy pewną akcję, za kilka tygodni. To dotyczyło też Cadoudala, który jest już w drodze do pParyża ze swoimi ludzmi. Dlategoi większość dokumentów była w moim domu. Teraz już na pewno zwijają całą naszą siatkę. - Sacrableu - poderwał się i chwycił kurczowo za rękę Wymierskiego. - Przecież w drodze jest moja żona z przesyłką. Teraz niechybnie wpadnie z drugą grupą. Generale zaklinam Pana musimy ruszać do Normandii, ta druga misja jest równie ważna jak obalenie Bonapartego, może nawet ważniejsza... Proszę czy ruszy Pan z nami, tu i tak już tylko dzielą nas godziny od dostania się w ręce Savary'ego i tego łajdaka Fouche. __________________________________________________ _______________ Bailleu, Noiret i Daniłłowicz Port w Dover rozbrzmiewał gwarem i hałasem. Kupcy, marynarze, żołnierze z okrętów, cały ten tłum przewalający się po porcie, wszystko to okraszone zapachem smoły, ryb i soli wdzierał się i ranił zmysły. Pojedynczo kierowani przez karczmarza trafiali na smukły okręt z zamalowaną nazwą. Kierowani przez milczących marynarzy zajęli razem jedną z dolnych kabin. __________________________________________________ _______________ Matylda, Louise i Fitzpatrick Choć ich podróż była o wiele mniej uciążliwa nie znaczyło to wcale, że szybsza. W końcu jednak i oni dotarli na bryg (jak rozpoznał Caspar ). Panie udały się do swojej kajuty gdzie czekały ich bagaże. Natomiast młody lord udał się do kapitańskiej kajuty. __________________________________________________ _________________________ bryg na morzu
__________________ Nie daj Boh z Ivana pana, a z Marijki dobrodijki. Odkąd umarła mądrość błaznów, błazeństwo mędrków wzrosło niepomiernie. Co to jest nicość ? Pół litra na dwóch. Jestesmy tylko szeptem czasu, który przemija... Ostatnio edytowane przez Arango : 04-08-2007 o 13:35. |
| |
| | #65 |
![]() | Samuel Daniłłowicz Podróż męczyła Daniłłowicza. Podróż do portu spędził na zastanawianiu się, co zostawił w swojej rezydencji z rzeczy, które mogłyby mu się przydać we Francji. Naliczył tego naprawdę sporo, od hiszpańskich szpad po ten potężny muszkiet, znaleziony przy ciele jednego z zamachowców na Baringa… Ale cóż robić. Fitzpatrick był ich przywódcą, a nie wyglądał na biednego- w razie czego to do nie zwróci się z prośbą, czy raczej żądaniem, o coś lepszego… Gdy tylko znalazł się na statku, odetchnął. Miał dość przygotowań, w końcu wyruszali- nie będzie już musiał słuchać politycznego pieprzenia wszelkich ważnych lordów, nie będzie musiał spoglądać złowrogo na przeciwników Indyjskiego Słonia… Czekało go to, co od zawsze przyspieszało pracę jego serca, co od lat powodowało w nim skrajne podniecenie- czekała go walka. Idąc w kierunku kajuty uśmiechał się pod nosem ze świadomością, że mało który francuz da mu radę w walce, a w pojedynku na szable polegnie prawie każdy z nich. No, może poza osobistą strażą samego cesarza. Ich Samuel będzie musiał wystrzelać… Gdy tylko znalazł się w pomieszczeniu z Norietem i Bailleu, rzucił swoją ciężką walizkę na twarde, z pewnością niewygodne łóżko i otworzył ją. Krzyż, godło i flaga Polski- powiesił te symbole w takiej kolejności nad swoim łóżkiem, na gwoździach, które być może marynarze wbijali dla oznaczenia upływu dni? Mniejsza z tym- tym razem się przydały. - Mam nadzieje, że szanowni panowie nie mają nic przeciwko tym symbolom.- powiedział Daniłłowicz grzecznym, wyuczonym podczas służby u Baringa tonem- Niestety, jeżeli nawet przeszkadzałyby one szlachetnym panom, musiałbym odmówić ich zdjęcia.- dodał po chwili, już ostrzej. Otwierając szerzej walizkę z pewnością onieśmielił obecnych w kajucie mężczyzn. Z wnętrza wylewały się wręcz pistolety, szable, noże… Z pewnością starczyłoby tego dla całej ich grupy, a nie dla jednego Polaka… - Nie wiecie, mości panowie, co sir Fitzpatrick zaplanował na naszą podróż? Jak mniemam, spędzimy tu trochę czasu, więc zapewne zechce zaznajomić nas ze swoimi ideami, by na lądzie nie tracić cennego czasu. Niestety, na tym kończy się moja wiedza, czy raczej moje przypuszczenia… Potraficie, szanowni panowie, uzupełnić braki w mojej wizji tej podróży?- spytał, siadając na łóżku.
__________________ Kutak - to brzmi dumnie. |
| |
| | #66 |
| Newsman ![]() | Wymierski: Generał był załamany. Przez ostatnie miesiące doskonale przygotowywane plany i organizowanie pułków oraz werbowanie nowych żołnierzy, zostały zniszczone w jeden dzień, przez zaledwie kilku ludzi. Wściekłość przelewała się przez myśli Wymierskiego, nie mógł się skupić, ani złozyć żadnego logicznego zdania. Dopiero po dłuższej chwili dotarły do niego słowa Pułkownika. Przez chwilę się zastanawiał. - Pułkowniku, co to za druga misja ? Co może być w obecnej chwili ważniejsze od obalenia Korsykanina ? I co to za akcja miałą się odbyć ? Musicie mi to wszystko wytłumaczyć. Nie lubie być niedoinformowany. I co, do cholery, pańska żona robi w drodze do Francji ? Przecież była ona w Londynie ! Jak pan mógł jamieszać w tak niebezpieczne zadanie ? Oczywiśćie udam się z wami do Normandii, ale chcę wiedzieć wszystko o tym zadaniu. - w głosie Wymierskiego mozna było wyczuć zdenerwowanie oraz gniew. Nie był przygotowany na tak wielką porażkę. Jednego dnia stracili wszystko. Generałzastanawiałsię co teraz zrobią. Pułkownik prosił o udanie się z nim, co mogło być jedyną szansą na uniknięcie przesłuchań w Prefekturze, ale było to jednocześnie sprawą, dla Wymierskiego, bardzo niejasną. Najpierw musiał uzyskać kilka odpowiedzi. Ostatnio edytowane przez Van : 04-14-2007 o 14:31. |
| |
| | #67 |
![]() | Nicolas Noiret Gdy wreszcie dotarł na statek odetchnął z ulgą. Nareszcie skonczyło się bezowocne gadanie, a w każdym razie miał taką nadzieje. Ucieszył się gdy okazało się, że kabinę podczas podróży będzie dzielił z Balzaciem i z nowopoznanym cudzoziemcem. Ciężko było mu to przyznać ale w jakimś stopniu fascynowała go ta postać. Miał wrażenie że za wszelką cenę Daniłowicz starał się pokazać swoją wyższość nad innymi. Był to objaw pychy. Zachowanie polaka zdecydowanie utwierdziło go w tym przekonaniu. Szczególnie walizka wypakowana brońmi. Dobrze mieć takich ludzi po swojej stronie - tego Nicolas był pewien. - Obawiam się, że wiemy równie mało. Niestety sir Fitzpatrick nie był na tyle łaskaw aby zaznajamić nas ze swoimi planami. Oby nie zapomniał tego zrobić nim bedzie za późno. - Ich przywódca najwyraźniej nie ufał im a zaufanie swoim ludziom Noiret uważał za ważny jak nie za najważniejszy czynnik powodzenia misji. Nie rokowało to najlepiej, może trzeba będzie wziąść sprawy w swoje ręce...
__________________ Żebyście wiedzieli co ja robię cooltowej postaci LI... ;> Sama chciałaś! Nieobecny od soboty do wtorku(6-9.12). |
| |
| | #68 |
![]() | 11 V – świt, Dover Lord Caspar Fitzpatrick Bryg El Vincejo, zakotwiczony na redzie portu w Dover, kołysał się lekko pod naporem fal. Caspar stał oparty o reling i palił w delikatnej fajce o długim wygiętym cybuchu doskonały, delikatny tytoń o zapachu jaśminu. Zapowiadał się przepiękny wschód słońca. Czerwień rozlała się po ciemnoniebieskim sklepieniu niczym akwarele prowadzone nieomylną ręką malarza. Gdzieś w oddali mewy kłóciły się o codzienny posiłek z ryb przywożonych na niskopokładowych kutrach rybackich. Miasto również budziło się do życia. Nawoływania rybaków niosły się daleko po wodzie, docierając do uszu Fitzpatricka. Młodzieniec zadumał się nad pięknem roztaczającego się przed nim pejzażu. Mimowolnie zaczął dobierać rymy do nowego sonetu. Układał je w przeplatane struktury, poważył się na rymy okalające i wewnętrzne, choć językowo nie sięgnął poza utarte epitety mające źródła w arcydziełach ślepego aojda. Obsesyjnie powracał obraz Różanopalcej Jutrzenki pieszczącej dotykiem smukłych dłoni łagodne, zielone pagórki Anglii. Caspar jeszcze przez chwilę podziwiał niecodzienny dla niego obraz. Z rzadka miał okazję oglądać wschód słońca. Częściej kładł się spać o podobnej porze niż zdarzało mu się wstawać. Zwykle był przy tym pijany w sztok. Wyjął z ust cybuch i splunął za burtę. Potem odwrócił się i wrócił do kajuty, gdzie na koi leżały rozrzucone dossier jego podkomendnych. Wrócił do uważnej lekturze. Musiał doskonale poznać dobre i złe strony każdego z nich, by w razie czego wykorzystać je z maksymalną skutecznością. Na tej samej koi, leżał jeszcze szkocki dirk o długiej i wąskiej głowni oraz ciężki tromblon Royal Marines. Fitzpatrick nigdy nie strzelał celnie. Ta broń niwelowała brak umiejętności. http://img.photobucket.com/albums/v7...x/tromblon.jpg http://img.photobucket.com/albums/v7...iteEraDirk.jpg Czytał i czekał na rozwój sytuacji. Wkrótce spotka się z pozostałymi i omówi plany. Tyle ile trzeba. Nie więcej. Nie ufał im. Ostatnio edytowane przez kitsune : 04-20-2007 o 17:58. |
| |
| | #69 |
![]() | Louise Claudel Cisza w pokoju panienki LeBlanc owszem ciążyła... Jednak nie Louise, zbyt długo cisza była jej największym sprzymierzeńcem, a nawet najlepszym przyjacielem.." Tylko ona dawała ukojenie, spokój i poczucie bezpieczeństwa.. Poczucie bezpieczeństwa w tym świecie "małego sumienia" bezlitośnie owładniętego białym szaleństwem.. Szaleństwem próbującym przejąc kontrolę nad przemocą zwyciężającą niebieski spokój.. " Gdy dziewczyna odezwała się dość niepewnym, wymijającym tonem chcąc jak najszybciej skończyć nie zaczętą prawie rozmowę, Louise skinęła tylko delikatnie głową i z pełnym spokojem podniosła się z fotela życząc Matyldzie również dobrej nocy, jednak nie kłaniając się ani razu wyszła bezszelestnie tym swoim pełnym dumy krokiem z pokoju. Znalazwszy się na korytarzu ruszyła wolnym krokiem do swojej sypialni. Spoglądając swoimi jakby wiecznie pustymi oczami gdzieś w dal doszła do swojej izdebki. Znalazwszy się już w jej bezpiecznym mroku i ciszy, za zamkniętymi dla reszty świata drzwiami, zdjęła nareszcie "maskę" i zmieniła wyraz swojej twarzy z kamiennej powagi na smutny uśmiech.. "Dziecko.."- Westchnęła w duchu mając na myśli Matyldę i ich dzisiejsze spotkanie.. Jednak nie oddała się ropamiętywaniu wszystkich wydarzeń dnia, a zajęła się jedynie swoją wieczorną toaletą... Zdjąwszy strój służacej, poczuła się na nowo ludzko.. Nagość przybliżyła jej szczęśliwe chwile.. Zmyła na chwilę ogromne brzemie wspomnień i cierpienia, którym tak chętnie się obarczała ostatnimi laty.. Nie ubierając się, położyła się do łóżka i zwinęłą pod samym kocem.. Sen jak co noc przyszedł szybko i uciął zupełnie świadomość kobiety.. * * * Ciemny, posępny las.. Wszechogarniający cień.. Pochłaniający wszystko mrok.. Cisza przerywana jedynie echem miarowego kroku regularnego oddziału.. Szarość rozrywana jedynie nieczęstymi błyskami naostrzonych, miejscami rudziejących bagnetów, a pochłaniająca zupełnie sylwetki w niebieskich mundurach łatanych już niejednokrotnie i pokrytych niedoczyszczonymi plamami zaschniętej krwi. W powietrzu unoszący się zapach potu, uryny i prochu.. Oraz atmosfera poczucia obowiąku wobec siebie samych i rewolucji.. Strach.. Adrenalina.. Ruch w zaroślach.. Unoszące się pokrywy mchu tuż pod stopami żołnierzy.. Wycofanie się.. Sformowanie czworoboku.. Zamknięcie go.. Plecaki.. Tun! Tun! Tun! Pierwsza salwa.. Krzyk.. Krew.. Płacz.. Zasadzka! Po raz kolejny, zasadzka! Pojedyńcze wystrzały.. Z pewnością broń myśliwska.. Szum modlitwy.. Słowa skierowane ku Bogu.. Jedynemu, prawdziwemu, który powolił na to szaleństwo.. Który zmusił ich wszystkich do bycia tutaj.. Zmusił ich do szaleństwa.. Tun! Druga salwa.. Znów krzyk.. Bunt.. Wściekłość.. Niczym cyrkowcy.. Ludzie w tak kompletnie niedobranych strojach, że wyglądający komicznie.. Wysypali się spod ziemi.. Z gąszczu leśnego.. Wręcz zza każdego krzaczka.. A nawet spod każdego kamienia... Korowód szaleństwa... A może tylko bohaterstwa?.. Kosy.. Widły.. Drągi.. Noże myśliwskie.. Pałki obijane żelastwem.. Gwałt.. Przemoc.. Bestialstwo.. Brutalność.. A wszystko ze słowami "Bóg" i "ojczyzna" na wargach.. Niesionym nie tylko przez mężczyzn... Ale i kobiety.. A nawet Dzieci.. Tun! Zapach krwi.. W tył marsz! Przez prawo w prawo! Szybki krok.. Formuj szyk! Przestrzeń.. Prawie nieograniczona.. Zamach.. Koło prawego biodra.. Równaj szereg! Ładowanie pistoletu.. Obrót.. Strzał.. Krew.. Dziecko.. Tym razem.. Było to tylko dziecko.. Ostatni jęk.. Grymas bólu na jasnej twarzyczce.. Równaj! Louise! Równaj! Tun!!! * * * Kobieta obudziła się z drżącymi dłońmi i zduszonym krzykiem na wargach.. Cała spocona i wykręcona dziwacznie na swoim posłaniu.. Podniosła się, za oknem już świtało.. Zajęłą się poranną toaletą i pakowaniem kufra na podróż.. Niewielki był jej dobtek, ale warty zabrania ze sobą.. Zwłaszcza maleńki portret.. Będący jedyną jej pamiątką po dawnym życiu, prócz skóry naznaczonej licznymi bliznami.. Gdy panienka Matylda wstała Louise była już na jej każde zawołanie.. Znów z tą samą co codzień maską na twarzy, kryjącą umęczoną duszę kobiety i tym samym pustym spojrzeniem..
__________________ "Najbardziej przecież ze wszystkich odznaczyła się ta, co zapragnęła zajrzeć do wnętrza mózgu, do siedliska wolnej myśli i zupełnie je zeżreć. Ta wstąpiła majestatycznie na nogę Winrycha, przemaszerowała po nim, dotarła szczęśliwie aż do głowy i poczęła dobijać się zapamiętale do wnętrza tej czaszki, do tej ostatniej fortecy polskiego powstania." Ostatnio edytowane przez rudaad : 04-21-2007 o 08:47. |
| |
| | #70 |
![]() | Wymierski Lajolais przez chwilę "zbierał się w sobie" nim odpowiedział. - Sprawa jest ważna, a nawet bardzo, dlatego powierzyłem pewnien list właśnie mojej żonie, a nie skorzystałem z kuriera "Agencji". To list do osoby z bardzo bliskiego otoczenia Korsykanina zjmujący się dostawami dla armii. A właściwie dwóch - ojciec i syn. Tyle mogę powiedzieć. Mieli oni w decydujacym momencie sabotować dostawy dla oddziałow wiernych uzurpatorowi, oddali już zresztą niemałe usługi podczas kampanii włoskiej tego karła 8 lat temu. Teraz ci ludzią są w śmiertelnym niebezpieczeństwie, tak jak moja żona i druga grupa wysłana przez ludzi chcących nam pomóc. O ich zadaniu nic nie wiem. Pierwsza wraz z Cadoudalem, którzy już może są w Paryżu zapewne jest stracona, zresztą i tak z tymi przeklętymi szuanami nie mamy kontaktu. Teraz najważniejsze jest ocalić tych co dopiero wyruszyli i ... moją żonę. Dlatego zaklinam generale - nie marnujmy czasu. Możemy wydostać się z Paryża i ucie... skierować się na Wybrzeże. Dla nas we Francji już i tak nie ma miejsca. Zamilkł czekając na reakcję Wymierskiego, a jego nerwowe ruchy i pot na twarzy zdradzały, że teraz naprawdę liczą się sekundy. __________________________________________________ ________________________ Matylda, Lousie Obydwu sen nie przyniósł ukojenia. Jedna spała zle z powodu niezbyt wygodnego posłania, druga z powodu wspomnień. Wschód słońca obie przywitały więc z radością. Prawie jednocześnie wstały i ogarnęły się nieco, Matylda dokonała jeszcze szybkiej toalety i gdy w zapukał marynarz niosąc śniadanie i prośbę lorda by po posiłku pojawiły się na na pokładzie wiedziały, że nie będą kazały mu na siebie zbyt długo czekać. __________________________________________________ ________________________ Daniłłowicz, Bailleu, Noiret Obaj panowie popatrzyli na siebie, a potem wzruszyli ramionami. No tak jak zwykle zapewne poczekają na wyjaśnienia. Ale skoro wyruszają na morze, chyba jednak wkrótce wszystkiego się dowiedzą. Polak ukląkł i pogrążył się w długiej modlitwie, której towarzyszyło częste bicie się w piersi. Za co tak się kaja - zastanawiał się Nicolais. Po chwili jednak jakby wiedziony wewnętrznym nakazem i on ukląkł i zaczął się modlić, choć brakowało mu żarliwości Samuela. Skończyli prawie jednocześnie i już bez słowa położyli się w swych kojach. Obaj nawet spojrzeniem nie zaszczycili Bailleu, którego chrapanie towarzyszyło im zarówno podczas rozmowy jak i modlitwy. Obudziły ich pierwsze promienie wstającego słońca. Jednocześnie zwiększone kołysanie oznajmiło im, że właśnie wypływają. Marynarz, który przyniósł im posiłek jednocześnie oznajmił, że lord Fitpatrick po posiłku oczekuje ich na pokładzie. Niechętnie zabrali się za budzenie Bailleu. __________________________________________________ ________________________ Fitzpatrick Pomimo nieprzespanej nocy czuł się rześko. Przerzucił jeszcze raz niektóre dossier, po czym słysząc pukanie do drzwi starannie je schował pod kocem skrywającym łóżko. - Wejść Drzwi uchyliły się i stanął w nich ogromny mężczyzna o ogorzałej twarzy. - Tak jak pan sobie życzył lordzie dałem rozkaz wypłynięcia. Posiłek i rozkazy dla pańskich ludzi dostarczone. Położył wyraznie nacisk na słowo "dałem", widać było, że powiedzenie iż kapitan jest na statku "pierwszy po Bogu" traktuje poważnie i to on a nie żaden szczur morski, nawet premier Pitt nie bedzie rządził się na jego brygu. - Jestem Wilson, kapitan Wilson i znam Kanał jak marynarze portowe dziwki. Powiedziano mi że to pan lordzie dowodzi wyprawą, ale chcę by jedno było jasne : za okret odpowiadam ja i tylko ja decyduję na morzu. Ruszył do drzwi po czym w połowie drogi odwrócił się jakby sobie o czymś przypomniał. - Acha i jeszcze coś. Znam jednego z pańskich ludzi. To ten posępny facet z krzyżem na piersi. Płynelismy wtedy z Bretanni a on był ciężko ranny. To była chyba ostatnia grupa "les chouan" którą przywiozłem. __________________________________________________ ________________ Szuan lub Wandejczyk
__________________ Nie daj Boh z Ivana pana, a z Marijki dobrodijki. Odkąd umarła mądrość błaznów, błazeństwo mędrków wzrosło niepomiernie. Co to jest nicość ? Pół litra na dwóch. Jestesmy tylko szeptem czasu, który przemija... Ostatnio edytowane przez Arango : 10-15-2007 o 11:06. |
| |
| Reklama |
| |
| Użytkownicy aktualnie czytający ten wątek: 1 (0 użytkownik i 1 gości) | |
| Narzędzia wątku | |
| Wygląd | |
| |
Podobne wątki | ||||
| Wątek | Autor wątku | Forum | Odpowiedzi | Ostatni Post / Autor |
| Komentarze - Oko czarownicy | Arango | Archiwum sesji historycznych | 101 | 07-16-2008 16:54 |
| [ Inne ] Oko czarownicy | Arango | Toplista sesji | 1 | 09-03-2007 00:50 |
| Oko czarownicy | Arango | Archiwum rekrutacji | 11 | 12-30-2006 14:25 |