![]() | ![]() |
![]() |
| |||||||
| Sesje RPG - Inne Tutaj możesz zagrać w tych światach, które zostały pominięte powyżej. Czy to rządzona przez orki Orchia, czy może kosmos w erze, kiedy słońca zaczynają gasnąć. Na pewno znajdziesz tu coś dla siebie. |
![]() |
| | Narzędzia wątku | Wygląd |
| | #111 |
![]() | Reinfrid de Remacourt Reinfrid wstał i z rozmachu trzasnął na odlew jednego z grabarzy: - Wiesz psie za co? – Grabarz wyłożył się jak dług, tracąc przytomność. Krew ze złamanego nosa płynęła wartkim strumykiem na brodę i pierś. Pytanie Reinfrida pozostało więc bez odpowiedzi. Hrabia spojrzał na pozostałe ciury obozowe. - Rycerza mi chowacie potajemnie. Do pięciu zliczyć chyba umiecie, co?! To dlaczego pan d’Arboleda martwym jest? W bitwie nie poległ, był cały i zdrów. Któryś z was świnie go zabił!!! Grabarze skulili się, słysząc ryk hrabiego, a potem zaczęli żywiołowo zaprzeczać. Reinfrid słuchał ich żałosnych tłumaczeń z zaciętą miną i wreszcie rzekł: - Macie trzy pacierze na wyjaśnienie całej sprawy. Nie więcej, po tym czasie, jeśli wasze tłumaczenia mnie nie zadowolą, każę ściąć. - A teraz ty mości rycerzyku herbu Goła Dupa. – Hrabia obrócił się w stronę Ragnara. – Po raz kolejny nie wypełniłeś mego rozkazu. Raz ci wybaczyłem, ale drugi raz nie zamierzam. Rankiem zostaniesz powieszony, jak nie rycerz, bo i dupa z ciebie nie rycerz. Chyba że powiesz coś, co sprawi, iż wstrzymam egzekucję. Jeśli nie, to głęboko w rzyci będę miał łzy mej córki, bo i dobrze wiem, ze gówno widzi w tobie nie swego rycerzyka. Nie takich jak ty sprowadzała ona na manowce i do śmierci doprowadzała. Bo widzisz rycerzyku, Rothais to wilczyca, która zasmakowała w ludzkim mięsie. Moja to krew, bardziej chyba niż Ernault czy Adhemar. I to mnie w tym najbardziej przeraża. Ciebie też powinno. No ale nie będę ci dupy truł w ostatnich godzinach twego życia. Wyprowadzić!! Ostatnie słowa skierował do knechtów, którzy trzymali Ragnara. Ta noc niezmiernie mu się dłużyła. Siadł na swoim zydlu i sięgnął po bukłak z winem. Nie zaprzątał sobie głowy nalewaniem do kubka. Wino, ciepłe i cierpkie, wlało mu się do gardło, gasząc pragnienie. Co za piekielny kraj, nawet nocą tu było gorąco i parno. Reinfrid co prawda walczył na Sycylii i Grecji, lecz ostatnie lata spędził w swoim zamku w Gravinie nieopodal Tarentu, gdzie zazwyczaj panował przyjemny chłód. Nie dano mu było odpocząć długo. Jakiś czas później do jego namiotu wpadła Marita, wepchnięta czyimiś rękoma. Gięła się w ukłonach, lecz nie potrafiła wydobyć z siebie głosu. Wreszcie zniecierpliwiony Reinfrid przywołał ją do siebie: - Mówże dziewko! - Panie, błagam... w imię Twej przyjaźni z mym zmarłym ojcem pomóż mi! D'Arboleda nie żyje! Jeszcze wczoraj... rozmawiałam z nim, widziałam go... Oni powiedzieli, że grzebią ciała zmarłych w bitwie, ale to nieprawda! Ja opatrywałam jego ranę, jakże więc mógł umrzeć na bitwie?! Nie chcieli mnie słuchać! On nie mógł umrzeć, nie mógł! Mój... mój... ukochany pan. Dziewczyna padła do stóp hrabiego. Ten czym prędzej chwycił ją za ramiona i podniósł: - Opamiętajże się wreszcie, jesteś Normanką. Nie chlipaj mi tu, bo każę oćwiczyć! Dowiem się, kto zabił pana d’Arobleda. Słyszysz? Tyle mogę uczynić, a teraz wracaj do siebie, szybko! Dziewczyna opuściła namiot, a Reinfrid wezwał straże: - Obudzić mi naszego medyka. Jak temu Arabowi tam było? Wołać poganina niech obejrzy zwłoki pana d’Arboleda i sprawdzi, czy aby nie został otruty lub w inny sposób skrytobójczo zabity. Ostatnio edytowane przez kitsune : 11-17-2007 o 21:26. |
| | |
| Reklama |
| |
| | #112 |
![]() | Mógłby przysiąc, że czuje jej bijące jak szalone serce i przyśpieszony, przerywany oddech. Coraz głębiej wbijał ostrogi w boki kasztanowej klaczy zmuszając ją do szybszego biegu i wzmożonego wysiłku, widział pianę bijącą z jej pyska. Roger zwany Czarnym przytulił się mocniej do grzbietu wiernego zwierzęcia i zamknął oczy. Dzięki temu ominął go widok dziesiątek strzał tnących powietrze nad jego głową, usłyszał tylko ich przeraźliwy świst, brzmiący jak złowrogi szept. Nie widział również jak na tej starej rzymskiej drodze pada piękny biały ogier i jak miażdży dosiadającego go młodego rycerza, z którym wyrwali się z zasadzki. Nie zobaczył strzał, które wbiły się w jego twarz i szyję, gruchocząc kości, kiedy już leżał nieprzytomny. Młodszy syn Szymona Krótkiego bał się. Gdyby miał wybór wolałby paść od miecza lub topora, śmierć zadana z dystansu zdawała mu się żałosna i nie przystojąca dla rycerza, obrońcy prawdziwej chrześcijańskiej wiary. Teraz życie jego i trzech setek ludzi w wąwozie zależało tylko od szybkości nie młodej już Felicji, dzielnej kasztanowej klaczy… *** Kłusem zbliżył się do nieśpiesznie jadącego Boemunda i grupy otaczających go jeźdźców. Poczuł się trochę nieswojo, jak zawsze kiedy znajdował się w obecności tylu wielkich osobistości, kwiatu normańskiego rycerstwa. Nie tylko konie, czy oręż wyróżniały ich spośród całej reszty, z samej ich dumnej postawy i groźnego spojrzenia widać było, że to sławni panowie. Zadumał się tak Roger i mało zabrakło, a stratował by jakiegoś młodziutkiego klechę prowadzącego biskupiego konia. Po chwili jechał już bok w bok ze srogim Boemundem i wraz z nieznanym mu młodym rycerzem słuchał uważnie jego rozkazów. - Wy dwaj, pojedziecie z oddziałem, ale słuchajcie mnie teraz uważnie – senior zawsze traktował swoich ludzi jak idiotów, często zresztą słusznie – w wąwozie te pogańskie kurwy, szykują zasadzkę. Rozumiecie? Zasadzkę. Na mnie! Nie doczekanie ich kurewskie. Pojedziecie… - Roger zamyślił się. Nie podobał mu się ten plan, bardziej prawdopodobne było, że ich wystrzelają zanim uda im się wyrwać z wąwozu. Za dużo było tu przypadku, zaskoczyło go jak lekką reką posyła ten srogi pan oddanych mu ludzi na śmierć, zaraz powie mu co on o tym sądzi! – Rozumiecie smarkacze? – Tak panie… - usłyszał swój własny, pokornie brzmiący głos. *** Otworzył oczy. Felicja zwolniła, a zgiełk bitewny wydawał się teraz cichszy od bicia jego serca. Jeszcze raz zmusił klacz do szybszego biegu, nie można było tracić czasu. Widział już namioty i zdawało mu się, że widzi ludzi krzątających się po obozie. Słońce powoli gotowało się do schowania za horyzont, ale i tak łeb mu już pękał od skwaru i wysiłku. Był z siebie dumny, teraz z pewnością w pył rozbiją tych psów pogańskich, ku chwale Pana, a on Roger Czarny okryje się wreszcie zasłużoną chwałą... In nomine Patris, et Filii, et Spiritus Sancti. Ostatnio edytowane przez 3killas : 11-18-2007 o 14:32. |
| | |
| | #113 |
![]() | Czego jak czego, ale śmierci bał się Ragnar jak mało czego. Nie raz i nie dwa razy się o nią otarł, lecz teraz... Sytuacja zdawała się być beznadziejna- Reinfrid nie wydawał być się kimś rzucającym słowa na wiatr, a jego ludzie z chęcią powiesili by kogoś, kto wypija połowę miesięcznych zapasów wina w przeciągu tygodnia. Nawet nie z powodu jakiejś niechęci czy oszczędności, a z czystej chęci rozrywki, jakiej dostarczyłoby im radośnie zwisające ciało. - Panie!- ryknął Troens tak głośno, iż nawet knechci przystanęli, a de Remacourt spojrzał na niego wzrokiem jakby bardziej zainteresowanym- Ja na swą obronę powiedzieć wiele nie mogę, lecz wyznać wszystko pragnę. Jam uciekł po to, by służyć pod rozkazami tego, który mnie wyzwolić zechciał z lochu, który mnie od śmierci okrutnej ocalić zechciał- bym mógł walczyć jako rycerz, którym to jestem! Wciąż staram ci się dowieść, o Panie, swej wartości, a Ty ni razu mi na to nie pozwoliłeś, przez co do sztuczek haniebnych uciekać się musiałem- lecz w intencji najszczerszej! Daj mi przeto miecz i zbroję, daj mi służyć tak, jak Bóg przykazał a zobaczysz, jak wielka ma wdzięczność będzie, jak doskonale do mnie ślady przemówić potrafią, jakim silnym wojownikiem uczynił mnie Bóg! Bowiem czy dobrze jest uśmiercać tego, którego się- w ramach wdzięczności dla ojca mego- tak niedawno od śmierci ocaliło? Urwał, a potem padł na kolana. Jedyna nadzieja, jedyna szansa na przeżycie była w tym, iż jego słowa trafią do serca Reinfrida. Jeżeli tylko się uda, pomyślał Ragnar, będzie pił zdrowie dowódcy do końca życia...
__________________ Kutak - to brzmi dumnie. |
| | |
| | #114 |
![]() | - Dla Ciebie mam już inne zadanie... - Torwaldo w zasadzie wolał rozkazy Reinfrida, którego widział tylko przez szparę w kotarze. No bo jak nim baba kierowała, to trochę się czuł nieswojo, ale w końcu to córka jego pana, także ochoczo potakiwał głową, trzęsąc hełmem, kiedy wyjawiała mu tajniki jego bardzo odpowiedzialnej i jakże rycerskiej misji. Z dużej ilości słów wyłapał, że ktoś zabił bliską osobę dla Marity. Znów zrobiło mu się żal dziewczyny. - ...Znajdź tego, kto to zrobił, a zyskasz dozgonną wdzięczność Marity i poważanie w oczach mego ojca... - "Ha!" Pomyślał mężczyzna, co nie niosło to ze sobą, żadnej treści, za to emocji co nie miara. "To jest dopiero zadanie i pomsta dla szlachetnego pana." -...Jeśli zaś boisz się i nie chcesz tego dokonać... nie jesteś wart tego, by nawet otwierać usta w towarzystwie Marity! - Nie boje się jaśnie panienko. - Odpowiedział szybko - Tak się zdarzyło, że już otwierałem usta w towarzystwie panienki Marity, a jakbym tego dokonał jeśli bym był niewart? Pewno by mnie piorun z nieba trzasł. - Wzrok kobiety jednoznacznie wskazywał skąd prędzej może nadejść wyładowanie, bynajmniej nie atmosferyczne. Rothais pewnie nie zdawała sobie sprawy jakie siły nadprzyrodzone właśnie wzbudziła angażując Torwaldo w tę misje. Jednak te zaiste niezwykłe moce potrzebowały jakiegoś ukierunkowania. No właśnie co teraz zrobić? Mimo, że były chłop chciał z całego serca rozpocząć poszukiwania, przystanął jeszcze przed szlachcianką "No to kim jest ten złoczyńca?" - Powstrzymał pytanie Torwaldo. Przecież to głupie, sam miał się tego dowiedzieć. - A gdzie go znajdę? - Spytał.
__________________ Tuż za rogiem czai się nowa rekrutka. Albo ja ją wykończę albo ona mnie. . . . . . Zwierzątka . . . . . |
| | |
| | #115 |
| Administrator ![]() | - Nie boje się jaśnie panienko. - Odpowiedział szybko Torwaldo - Tak się zdarzyło, że już otwierałem usta w towarzystwie panienki Marity, a jakbym tego dokonał jeśli bym był niewart? Pewno by mnie piorun z nieba trzasł. Rothais szybko zamrugała kilkakrotnie, chcąc się przekonać, czy stoi przed nią jakaś senna mara, czy to prawdziwy człowiek. Torwaldo jednak nie zniknął - czym gorzej dla niego. Jej czoło natychmiast spochmurniało, a oczy ciskały błyskawice. Widok głupiej miny na twarzy mężczyzny sprowokował ją do ostrej reakcji, ale sama tak była zdziwiona jego zachowaniem, że nie wiedziała co mu na to odpowiedzieć. Wreszcie zauważyła, że Torwaldo szykuje się do odejścia i postanowiła, że odpuści mu tym razem to zuchwalstwo. Ten jednak przystanął i zapytał jeszcze: - A gdzie go znajdę? Tego było już za wiele! Rothais poczerwieniała gwałtownie i zacisnęła dłonie w pięści. - Przecież gdybym wiedziała, to nie kazałabym Ci go szukać! - huknęła na niego - Czyśty się w chlewie wychowywał, ze świniami, że rozumu masz tyle co i one?! Może jeszcze byś chciał, żeby Cię zaprowadzić za rączkę do tego mordercy, co?! Może by jeszcze wywrzeszczała się bardziej na biednego Torwaldo, ale z namiotu wyszła Marita. Zapłakane dziewczę, blade, ze spuchniętymi oczami, kruchy i delikatny aniołek. Byle podmuch wiatru mógł ją teraz przewrócić. Podeszła do rozmawiającej dwójki, a podobna była do półprzezroczystego ducha. Aż Rothais zamilkła nagle, zaskoczona - czy to jej przyjaciółka? Marita bladymi wargami zdołała wyszeptać tylko jedno słowo - "Słabo mi..." - i osunęła się się wprost w ramiona Torwaldo.
__________________ Jestem nieosiągalna do końca września, a może dłużej. Ostatnio edytowane przez Milly : 11-20-2007 o 19:07. |
| | |
| | #116 |
![]() | Przedpołudnie 4 V 1097 AD Namiot Reinfrida Hrabia Graviny sapał siedząc na zydlu i popijając lekkie, sycylijskie wino. Do czego to dochodzi, by młodzi truli się czy zabijali ukradkiem ? Dawniej jak woj do woja miał uraz, wyzywał drugiego i sprawę kończyli po męsku jak na wojowników przystało. A teraz ? Dupy jak ze szkła, po dwóch dniach w siodle z koni ich ściągać trzeba, a na morzu rzygają jak koty. Sączył wino małymi łyczkami czując ogarniającą go znowu falę złości. Jego wzrok mimowolnie powędrował w stronę czekającego na wyrok Ragnara. Ot choćby i ten. Chłop jak tur a obwieszą go zaraz. Przez twarz Reinfrida przemknął złośliwy uśmieszek, zaraz skryty w gęstej brodzie. Najpierw niech sobie poczeka... tak... niech poczeka. Wszedł medyk. - Niech Allach jedyny i miłościwy zachowa Cię Panie w dobrym zdrowiu i obdarza swą łaską. Hrabia zbył zwyczajowe formułki machnięciem ręki. - Co z d'Arboledo ? Otruty ? - Nie Panie, oby Allach pozwolił Twej sławie jaśnieć jak gwiazdom na niebie. Rycerz d'Arboledo ugodzony został nożem. Zginął natychmiast, a jego ciało przeniesiono do grobu - medyk zakończył swą diagnozę i wycofał sie tyłem w kąt namiotu ciągle trwając w półukłonie. Obozowisko Reinfrida Roger wypierał ostatnie tchnienie z Felicji ponaglając ją do coraz szybszego biegu. Wielokrotnie znosić musiał przytyki innych rycerzy, czy giermków, dosiadających wielkich ogierów, przy których klacz wyglądała na nieco przerośniętego zrebaka. Teraz jednak pokazała co jest naprawdę warta wynosząc go cało spod gradu muzułmańskich strzał. Straż okrzyknęła go tylko domyślając się w nim gońca, tak więc bez kłopotu przegalopował przez obóz tu i ówdzie roztrącając na boki pachołków, którzy nie zdążyli uskoczyć. Ściągnięta ostro wodzami Felicja zaryła ostro kopytami przed namiotem na którym powiewała chorągiew Hrabiego Graviny, każąc domyślać się iż tu znajduje się też on sam. Zeskoczył z siodła, rzucając wodze pachołkowi i znieruchomiał. Oto ujrzał dziewczynę, na pewno wysokiego rodu besztającego jakiegoś człowieka. Ciemnobrązowe włosy były w nieładzie, pierś falowała, a z oczu leciały błyskawice. Przypominała którąś z bogiń, odzianą w lekką suknię, cudne zjawisko jakie nie wiadomo jakim sposobem ukazało sie wśród nagich wzgórz. Rycerz westchnął, ale pomny swej misji porzucił jakże miły jego oku widok i oglądając się tylko co i raz, nie zatrzymywany przez straże wbiegł do namiotu. Namiot Reinfrida Srebrny puchar trzymany żelazną prawicą Hrabiego zmienił się w bezkształtną masę. Twarz przybrała kolor głębokiej purpury. Większość obecnych cofnęła się o krok lub dwa widząc mający nastąpić atak furii. A wtedy najlepiej było być na drugim krańcu obozu, kto zaś akurat był wysłany w misji, lub podjezdzie, chwalił sobie tylko szczęśliwy traf. Nieuchronny zda się wybuch Reinfrida przerwało wejście młodego rycerza. W zawieszonej na plecach tarczy tkwiło kilka strzał, kolczuga i twarz pokryte były warstwą rudego pyłu. Przyklęknął i oczekiwał na pozwolenie przemówienia. Nie mogąc mówić z powodu dławiącej go dalej wściekłości władyka skinął tylko ręką. - Boemund śle pozdrowienia hrabiemu Gravinii. Kazał przekazać : psy tureckie urządziły w dolinie zasadzkę. Szlachetny Boemund wiąże wroga walką w dolinie, sam zaś wyśle na jego tyły odział konnych. Zapewne uciekać będą w stronę obozu chcąc zapewne minąc go mając go po prawicy - mówił szybko, często przerywając dla zaczerpnięcia oddechu. Skończył i trwając dalej w przyklęku czekał decyzji Reinfrida. Kotlina Selim Jaga zaciskał pięści wściekły. Co prawda co chwila, któryś z Franków wyrzucał w górę ręce i walił się w proch drogi, ale zdarzało sie to zdecydowanie za rzadko. Ich tarcze najeżone były wbitymi strzałami, zaś Turkom pomału pustoszały kołczany. Zawołał jednego z wojowników. - Ściągnij ubezpieczenia i wartowników - widząc niemy sprzeciw w oczach oficera wrzasnął - Natychmiast !!! Jeśli miał rozstrzygnąć walkę na swoją korzyść musiał to zrobić szybko. Wojska Normanów Gońcy krążyli nieustannie miedzy wylotem kotliny a Boemundem. Ten trwał pozornie niewzruszony. Minęły może dwie godziny od rozpoczęcia walki gdy rozkazał : - Szykujcie trzy setki konnych, połowa rycerzy, połowa lekkozbrojnych ( byli to w większości synowie Saracenek i chrześcijan. W Królestwie Jerozolimskim nazywano ich potem turkopolami i obok rycerzy zakonnych należeli do najlepszych i najwaleczniejszych oddziałów chrześcijan ) - Przyprowadzcie tu zwiadowców, poprowadzą konnych. Jeśli gońcy dotarli do Reinfrida z tych psów pogańskich żaden nie powinien ujść z życiem. - Tankredzie, Ernaucie, stańcie na czele rycerzy...
__________________ To co nazywamy normalnością to tylko krąg światła wokół ogniska. Odkąd umarła mądrość błaznów, błazeństwo mędrków wzrosło niepomiernie. Jak rozśmieszyć Boga ? Opowiedzieć mu o swoich planach. Co to jest nicość ? Pół litra na dwóch. Ostatnio edytowane przez Arango : 11-21-2007 o 13:40. |
| | |
| | #117 |
![]() | Falke nie bez ostrożnego podziwu obserwował walkę rozgrywającą się w jarze, jednocześnie starając się na skałach wypatrzeć jakiegoś psiego syna jakiego mógłby ściągnąć z łuku. Obserwacje owe przerwało mu pojawienie się kolejnego posłańca. Ów zdyszany, spływający potem młodzieniec wyrzucił jednym tchem: - Dziesiętniku, jego miłość Boemund was wzywa przed swe zacne oblicze. Posłaniec najwyraźniej miał nie oczekiwać żadne odpowiedzi, gdyż zaraz po oznajmieniu wiadomości skłoniwszy się lekko odbiegł z powrotem w stronę z jakiej przybył.Falke spojrzał na swych podkomendnych. -Ruszajmy, panowie.
__________________ Candles raise my desire Why I'm so far away No more meaning to my life No more reason to stay... |
| | |
| | #118 |
![]() | Panienka Marita pokazała się w samą porę, bo Rothais w swej złości o mało co nie eksplodowała, a Torwaldo nie miał zamiaru tłumaczyć swojemu suzerenowi jak to się jego córka rozpękła. W każdym razie wejście, a raczej przewrót Marity prosto w ramiona Torwaldo na moment ją uciszyły. Mężczyzna szybko rozeznał, że żadna saraceńska strzała nie tkwi w plecach dziewczyny, a namiot nie ma progu, o który mogła by się potknąć. Ani chybi kikimora, czy inne jakoweś psotne stworzenie capnęło ją za łydkę. Trzeba zatem ostrzec pana Reinfrida, że kury jego są w niebezpieczeństwie i należy je niezwłocznie pochować do kurnika, albo chociaż pośród nich wrzeciono jakieś zostawić, bo jak wiadomo nic tak nie zajmuję kikimory jak dzierganie koronek. Z rozmyślań wyrwało go piorunujące spojrzenie Rothais, które niejednego ducha wpędziłoby do grobu. Już miał instynktownie puścić dziewczynę na ziemie, lecz powstrzymał się przed tym i zbierając całą odwagę zaproponował. -To ja Może zaniosę panienkę do medyka? Wziął nieprzytomną dziewczynę na ręce i ruszył pospiesznie, klucząc po obozowisku i kręcąc się w kółko do namiotu medyka. Tam zastał jedynie młodego uczniaka, który oznajmił, że jego mistrz poszedł jakieś trupy oglądać. Młodzieniec jednak twierdził, że to nie ciężki przypadek i we dwóch sobie radę powinni dać. Kazał ułożyć dziewczynę na plecach i trzymać jej ręce w górze. Sam zaczął zabierać się do jej nóg, ale czujny Torwaldo dzielnie stanął w obronie jej czci za pomącą ciosu z pięści. Uciszył jednak nagłe wrzaski i wyrzuty bezecnika, gdyż panienka zaczynała się budzić.
__________________ Tuż za rogiem czai się nowa rekrutka. Albo ja ją wykończę albo ona mnie. . . . . . Zwierzątka . . . . . |
| | |
| | #119 |
![]() | -… po prawicy…- Roger skończył mówić, lecz nie śmiał powstać bez wyraźnego przyzwolenia. Nadal ciężko oddychał po szaleńczym pędzie do obozu Reinfrida. Ciężkie krople potu spływały mu po skroniach, niemiłosiernie szczypiąc lekkie zadrapanie na policzku. Wzrok, początkowo wbity w ziemię, zaczął ostrożnie rozglądać się po namiocie, drewnianych ławach, ciężkiej weneckiej skrzyni, dębowych, potężnie wyglądających krzesłach. Na jednym z nich, zdecydowanie wyższym i szerszym od reszty siedział ów wielki normański wojownik, o którym tak wiele słyszał na dworze Boemunda. Twarz jego była wykrzywiona we wściekłym grymasie i Roger bał się, czy to przypadkiem nie on tak zdenerwował tego potężnego pana. Cisza, która zapadła po jego słowach spotęgowała tylko tę niepewność… Ale wtedy poczuł zapach mięsa i przypraw, a oczami wyobraźni zasmakował wina, które zapewne wypełniało kielichy stojące na ławach. Był tak głodny, że w ciągu jednej chwili zdało mu się, iż jego żołądek płonie, a kiszki skręcają z bólu, wołając o pokarm. Musiał jakoś przerwać milczenie zgromadzonych w namiocie ludzi. – Panie, jeśli pozwolisz, ruszę do boju przy Twoim boku. Pewny możesz być, że nie pozwolę by żaden antychryst zbliżył się na odległość kopi do Twego rumaka. Pozwól mi tylko coś spożyć, bym odzyskał siły przed walką… – Jakże pożałował po chwili, że nie ugryzł się w język, zanim powiedział coś tak głupiego. Stary klecha, żyjący na dworze jego ojca, zawsze mu powtarzał: „Pamiętaj smarkaczu, myśl zanim coś powiesz. Zobaczysz ilu guzów i kłopotów przez to w życiu unikniesz.”. Nie uniknął. |
| | |
| | #120 |
![]() | Reinfrid de Remacourt Reinfrid ze wściekłością przyjął słowa arabskiego medyka. Czyli zabójstwo. Szybko wydał swemu porucznikowi rozkazy, by dokładnie przepytał świadków i wywiedział się, któż taki zbliżał się do młodego d’Arboledo. To powinno zawęzić krąg podejrzanych. Przysiadł na zydlu i nie bacząc na obecnych zaczął lżyć nieznanego mordercę słowami tak obelżywymi, iż niektórym uszy zdawały się więdnąć. Hrabia Graviny w bezsilności zacisnął pięść na srebrnym pucharze, czując, jak metal poddaje się naciskowi. Wtem ktoś odrzucił pled zasłaniający wejście do namioty, wpuszczając odrobinę więcej światła. Młody, choć postawny rycerz przyklęknął w hołdzie, a potem już wyprostowany złożył meldunek od Boemunda. Reinfrid zerwał się na równe nogi. Po stokroć wolał walkę niźli grzebanie się w śledztwie. Ot jak trzeba wywiesi tych, co podchodzili do d’Arboledo, wśród nich pewnie i zabójca będzie. A teraz walka czeka: - Panie rycerzu, przyjmuję twój miecz i kopię. Staniesz po mej prawicy. D’Ougette! – Znów przywołał swego porucznika. – Szykuj rycerstwo i piechotę, która w obozie pozostała. Przygotujemy niespodziankę dla pogan, którzy spróbują umknąć z Boemundowej pułapki. Blokujemy ujście z wąwozu! Chyżo! Zawołaj tez mego nowego giermka, tego no… Torwaldo! Dać mu konia! Stanie po mej lewej stronie! To było to, wreszcie sam będzie mógł stanąć do walki, stare kości rozruszać, sprawić, iż krew szybciej w starych żyłach popłynie. Lubił ryzyko, gdyby go unikał, to raczej nie ruszyłby w bój z niewątpliwie niewyszkolonym giermkiem u swego boku. Uśmiechnął się szeroko i rzucił do przybysza. - Mości rycerzu, a jakże się zwiesz i z jakich włości przybywasz? Mówiąc to poddał się służbie, która przepasała jego długą kolczugę rycerskim pasem z mieczem. Jeden z przybocznych trzymał wielką tarczę, a drugi mocny hełm z nosalem. Reinfrid szykował się do boju. |
| | |
| Reklama |
| |
![]() |
| Użytkownicy aktualnie czytający ten wątek: 1 (0 użytkownik i 1 gości) | |
| Narzędzia wątku | |
| Wygląd | |
| |
Podobne wątki | ||||
| Wątek | Autor wątku | Forum | Odpowiedzi | Ostatni Post / Autor |
| [Komentarze] Deus le volt | Arango | Komentarze do sesji innych sesji RPG | 212 | 10-04-2008 18:47 |
| [inne] Deus le volt | Arango | Toplista sesji | 3 | 09-27-2007 12:51 |
| [autorski] Deus le volt | Arango | Archiwum rekrutacji | 25 | 03-15-2007 11:24 |