![]() | ![]() |
![]() |
| |||||||
| Sesje RPG - Historyczne Czy masz czasem wrażenie, że nie należysz do tej epoki? Czy chcesz spróbować żyć na zamku wzorem szlachcianki albo z husarzami przetrzepać skórę nieprzyjaciela? Zatem na koń! Wsiądź do naszego wehikułu i cofnij się w czasie dzięki mocy wyobraźni. |
![]() |
| | Narzędzia wątku | Wygląd |
| | #131 |
![]() | Torwaldo pędził dzielnie na swym równie dzielnym rumaku, na okrutnych muzułmańskich wojaków. Na pewno niejednemu Normanowi zaimponował odwagą i brawurą, kiedy to nagle, samotnie wyprzedził jadących w szyku rycerzy i samotnie wyszarżował na wroga. Ba! I samemu Torwaldo zaimponowałby taki widok, gdyby nie to, że oczy przysłaniał mu wtenczas jego własny hełm. Nie wiele myśląc i widząc majtał siekierą na lewo i prawo, a Sprawiedliwość Boża na pewno sprawi, że razy otrzymają ci, co to im się należy. Kiedy okiełznał niesforny hełm, wydało mu się, że doznał wizji. Samotne drzewo na tej pustyni wydało mu się podobnym do gorejącego krzaka, w którym Bóg (ten nasz, prawdziwy) objawił się Mojżeszowi. Tyle, że ten nie płonął, a za to siedziało na nim dwóch Turków, którzy podstępnie szyli z łuków. To było przegięcie, ze Świętego Drzewa się nie strzela. Cóż poradzić, krowy i kozy tych świętokradców pewnie właśnie mleko, na rtęć przestawiały sobie w żołądkach, wynikiem niechybionej klątwy. Ale czy to jego problem? Torwaldo zapragnął dopomóc walecznym Normanom w tej nierównej walce. Złapał włócznię i... głupi nie tą stroną chciał rzucać. Okręcił broń i zdziwiony spostrzegł, że na ostrze nadziany jest jakiś zakrwawiony, turecki turban. Musiał zaczepić gdzieś przy zamachu. - Geniusz! - Usłyszał nagle, ze swej lewej strony, słowa w ludzkim języku. - Ognia! ognia! Skrzesaj ogień! - Zaraz przyleciał jakiś Grek i najpierw oblał tak zrobioną dzidę jakimś dziwnie pachnącym płynem i zaraz po tym, jakimś sposobem podpalił. Torwaldo ponownie zmiarkował rzut. Tymczasem rezydenci drzewa ostro bronili się przed miotającymi włócznie rycerzami. Właśnie, jeden Turek miał wypuścić śmiertelną strzałę w gardło któregoś z krzyżowców, kiedy naglę poczuł woń palącego się sukna. Torwaldo miał swój płonący krzew, czy tam drzewo, teraz czekał na jakieś słowa od Niebios. Mojżesz wyprowadził, naród wybrany z Egiptu, czyniąc przy tym liczne cuda, a gdzie doprowadzi ich Torwaldo? Ostatnio edytowane przez Angrod : 12-29-2007 o 02:22. |
| | |
| Reklama |
| |
| | #132 |
![]() | Falke na krotką chwile zamarł zupełnie zaskoczony i...przerażony. chyba jeszcze nigdy śmierć nie była tak blisko... Już prawie czuł zimne ostrze saraceńskiej broni wbijające się w swoje ciało... NIE!!! Prawa dłoń nie będąca przygnieciona dotykała drzewca krótkiej włóczni jaką zwykł mieć przy siodle- była idealna dla niego bronią z wysokości końskiego grzbietu. Zacisnął na niej dłoń i szarpnął jednocześnie modląc się do wszystkich północnych bogów o to by nie była złamana. Nie była, drzewce były w całości, podobnie jak ostry szpic włóczni. Gdy Saracen pochylił sie nieco, by snadniej znaleźć miejsce do zadania ciosu, sycąc się strachem ofiary pchnął z całej siły włócznią mierząc w nieosłoniętą szyję heretyka. Widząc nagłe zdziwienie malujące się na ciemnej twarzy jeszcze przez chwilą pewnego swego agi jaki teraz wypuszczając z ręki dziryt prawą dłonią chwycił się za szyję z jakiej obficie poczęła tryskać jucha Falke wiedział że i tym razem bogowie dali mu kolejną szanse... Teraz tylko zostało mu wydostać się spod powalonego rumaka, modląc się by rany jego wierzchowca nie były zabójcze... Przywiązał się do tego cisawej, młodej klaczy...
__________________ Wielu spośród żyjących zasługuje na śmierć. A nie jeden z tych, którzy umierają, zasługuje na życie. Czy możesz ich nim obdarzyć? Na bądź więc tak pochopny w ferowaniu wyroków śmierci. Nawet bowiem najmądrzejszy z Mędrców nie wszytko wie. |
| | |
| | #133 | |
![]() | Cytat:
![]() Wpadł galopem między Turasów i nie bardzo wyhamowując pędził dalej. Co jakiś czas osamotnionego pieszego dorwał i mieczem chlasnął. Nie baczył czy trafił i czy trup już jest, jeno dalej pędził, aż do zarośli, gdzie i gęściej przeciwnika było. *** - Psy niewierne! Pale wam ostrzyć kazać, by potem było na co was wbijać! – Hektora energia roznosiła, bo wiedział, ze przewagę chrześcijanie mają i niczym sobie nie folgował w walce i i obeldze. – Już was tam szatan w piekle nawróci! Pokraki jedne, bękarty, pomioty, szczyny szatańskie! – Nagle ku przerażeniu Białozębnego, koń mu się przewrócił godzony czymś najwyraźniej. Potężnej postury i wagi nie mniejszej, wyleciał z swego wierzchowca niczym z procy. Szczęście miał bo lądowanie na piachu, a nie na skale zakończył. Wstał powoli patrząc ino czy sobie czego nie złamał. Gorąco mu się nagle zrobiło, żar niesamowity. - W piekle jestem jakim chyba, albo psy, demony wezwały na pomoc, bo żar okropny. – Spojrzał przed siebie, a tam płonące drzewo ujrzał.– Matko boska, ludzi na drzewach podpalają. – dookoła tumany kurzu i ludzi sporo, ale jeden człek się Hektorowi rzucił w oczy. Był to jeszcze mu nieznany Torwaldo, który na koniu swym czegoś wyczekiwał. – Patrzcie no na syna marnotrawnego, odpoczynek se chłopak zrobił, kiedy bitka przednia. – Podbiegł do niego Hektor ino zadyszki już lekkiej złapał. – Uff skwar niemiłosierny młodzieńcze, a ty jeszcze przy ognisku wypoczywasz. – Hekotr o konia Torwaldo się oparł, by chodź trochę odsapnąć. - Pamiętaj lenistwo grzech ciężki, lepiej do nawracania wróć. – po czym chciał sięgnąć po miecz i do boju dalej ruszyć, tylko problem nastąpił, ani miecza, ani tarczy przy sobie nie znalazł. – Psia mać, pewnie który Saracen mi ukradł. – Zapomniał przecie, ze przy dogorywającym koniu, po upadku, zostawić to musiał. Już się rozglądać począł za jakąś inną bronią, gdy w oddali grupę walczących zobaczył. Kawaleria jaka, ale rozeznać ciężko było kto i z kim walczy. – Konia mi potrzeba, a i broń by sie zdała. – Bóg chyba jego prośby wysłuchał bo klacz drobna, najwyraźniej turecka, przybłąkała się, pana najwyraźniej przed momentem straciwszy. – Ha! Mądremu zawsze szczęście sprzyja! – zadowolony porwał z ziemi jakąś włócznie i wdrapał się na tureckiego wierzchowca. Ten jednak niezadowolony kręcić się począł. – Jaki hodowca taki koń. Nic to wszystko niewarte, na śmierć ino takie prowadzić. – Koń nie wiedzieć czy zrozumiał, czy też to potężny ucisk kolanami Hektora sprawiony, uspokoił się i ruszył ku walczącej grupie. – Suki! Skrzaty! Łajno grubego Urlyka! Już do was jadę! – w przekonaniu Hektora, gorszego wyzwiska od pomyjów Urlyka być nie mogło, toteż zadowolony z siebie, z włócznią pod pachą, uderzył w tumult walczących. Zaraz jego oczy zwróciły uwagę na walkę dwóch bogaciej przystrojonych ludzi. – Ha! Okazja by za bohatera porobić. – Zmusił biedną klacz do kłusu i ruszył w kierunku walczących, licząc że tego zielonego w łeb zdzieli pięścią, bądź to w ostateczności na włócznie nadzieje.
__________________ "War. War never changes" by Ron Perlman "Fallout" | |
| | |
| | #134 |
![]() | Rąbał mocno, na wprost, na lewo i prawo, a i nie raz przyszło mu zbić jakieś stalowe ostrze wycelowane w jedną z mniej chronionych części jego ciała. Z łatwością przyjął na mocno już dziś sfatygowaną tarczę kolejny cios, zaskakująco jednak lekki, bo zadany przez rannego i ledwo trzymającego się w siodle szczupłego Turka i już miał uderzyć, ciąć go śmiertelnie na odlew, gdy piasek i kurz wzbiły się sponad upadającego nie dalej niż trzy długości miecza od niego normańskiego rycerza i jego wierzchowca w powietrze i na chwilę przysłoniły mu obraz bitwy, a kiedy opadły zobaczył słońce, które tak pięknie zachodziło przedtem na horyzoncie, a teraz zatrzymawszy się, jakby z zaciekawieniem patrzyło na bitwę, zaiste piękną w swej prostocie. Turek z którym krzyżował miecze leżał już na ziemi, zabity przez któregoś z sojuszników. Co ciekawe bynajmniej nie gardził tym psem pogańskim, jak często zdarzało mu się mówić bez zastanowienia. Teraz bowiem pomyślał, że przecie był to człek jak i on, z tym że wyjątkiem, że nieszczęśnik wierzył w innego, nie istniejącego boga. ![]() Niebo miało ciężki, purpurowy kolor, taki sam jak powoli przybierała ziemia pod kopytami zmęczonej Felicji. Oddychał głośno i nierówno ze zmęczenia, a ponadto bolała go ręka, którą władał mieczem. Na polu walki panował chaos, różnokolorowy harmider barw, Turcy z długimi włóczniami biegali wśród jeźdźców, na przemian byli to tratowani, to ściągali z koni normańskich mężów. Felicja chyba poraniła chyba sobie nogi o któryś z ostrych, sterczących wśród krzewów kamieni, bo zerwała się znienacka i prawie zrzuciła go na twardą ziemię. Nagle z przestrachem spostrzegł, że Reinfrid oddalił się nieco od niego i z dwoma poganami prowadził naraz pojedynek. Spiął mocno kopytami Felicję i powoli począł się przedzierać przez walczących, ale kiedy zbliżył się do tego potężnego normańskiego wojownika, ten już od kilku chwil ścierał się z Turkiem, którego już wcześniej był zauważył Roger. Nie pozostało mu nic innego, jak tylko strzec Reinfrida przed innymi skurwysynami, które chciałyby się doń zbliżyć… Ostatnio edytowane przez 3killas : 01-03-2008 o 14:44. |
| | |
| | #135 |
| Administrator ![]() | Wszyscy zgromadzili sie na krańcu obozowiska, by słuchać odgłosów nieodległej bitwy. Kobiety modliły się, niektóre płakały, inne z zaciętymi wargami wpatrywały sie w linię wzgórz mając nadzieję, że pierwsze wypatrzą ojców, braci, synów. Zostawieni na straży wojownicy klęli, pluli smarkali i sarkali, że w boju wziąć udziału nie mogą. Między namiotami snuła sie zaś Rothais, to splatając palce, to z powrotem je rozplatając, a jej myśli goniły od ojca, braci, do owego smagłego rycerza co niedawno go ujrzała. Westchnęła - ciężki jest los dziewicy co musi zamiast blisko boju być i czyny lubego czy braci swoich podziwiać, w obozie tkwić na wieści tylko czekając. Nagle klasnęła w ręce - oto udowodni, że i dziewczyna choć rycerzem być nie może, przydatna się również może okazać. Z iskrami w oczach zaczęła energicznie klaskać w dłonie zwracając na siebie uwagę tych, którzy w napięciu wypatrywali bitwy. Rzucała szybkie rozkazy, żywo gestykulowała ustawiając wszystkich wedle własnego gustu. Poczuła się wreszcie w swoim żywiole, wracała jej werwa i dawna siła, której pozwoliła uciec przez niemądrą chwilę słabości. Nie wszyscy byli zadowoleni z tego, że młoda panienka zapędza ich do pracy. Przecież tam trwała bitwa, działo się coś ważnego! Jednak wkrótce większość ludzi zauważyła, że pannica tym razem mogła mieć rację. Wzięli się więc ze zdwojoną siłą do roboty, zarażając się entuzjazmem, który napełnił ich wiarą w zwycięstwo Pana de Remacourt i triumfalny powrót wojsk do obozu. Wszystko musiało być przygotowane! Rothais kazała przygotować największy namiot, opróżnić go ze zbędnych rzeczy, znieść tam wszystkie stoły, krzesła i ławy. Pomyślała również o tym, żeby przygotować stanowiska na dworze, gdzie pośledniejsi wojownicy i pospólstwo będzie mogło we własnym gronie świętować zwycięstwo. Dziewczyna zapędziła do "kuchni" wszystkich kucharzy, kuchcików, ich pomocników i każdego, kto mógł zająć się przygotowaniem gorących, pieczystych mięs i wszelkich innych dań - na czas. Wszystkie służące zapędziła do dekorowania namiotu i rozstawiania naczyń, a każdego kogo się dało - do sprzątania obozowiska. Wszystko musiało być idealnie przygotowane przed przybyciem Pana Boemunda i jej ojca. To będzie wspaniała bitwa, wspaniałe zwycięstwo i jeszcze wspanialsza uczta! A wszystko musi być dopilnowane i zapięte na ostatni guzik, wszystko musi być doglądnięte bezpośrednio przez nią - Rothais. Nie pozwoliła sobie na zostawienie czegokolwiek pod pieczą kogoś innego. Każda jedna sprawa przeszła przez jej dłonie, przez nią musiała być zaakceptowana. Osobiście sprawdziła nawet jak postępuje sprzątanie obozu. I biada temu, kogo przyłapała na obijaniu się! Przez te kilka godzin Rothais była w szczytowej formie, w swoim żywiole i czuła się cudownie mogąc być panią i władczynią całego obozu, mając wszystkich pod swoimi rozkazami. Kiedy wreszcie wszystko wydawało się być tak jak trzeba i wszystkim wydała ostatnie dyspozycje i pouczenia, kazała swoim służkom przygotować ją samą do wielkiej uczty. W ciągu kąpieli i zabiegów upiększających Rothais napawała się myślą o swoim wielkim dziele i znowu pełna była niespożytkowanej energii, którą miała nadzieję wykorzystać na uczcie. Ostatnie spojrzenie w zwierciadło upewniło ją, że w pięknej, zwiewnej, błękitnej sukni z najdroższych materiałów, z wyrafinowanie upiętymi włosami oraz drogimi klejnotami zdobiącymi jej szyję - podarunku od ojca na właśnie takie okazje jak ta - wygląda wspaniale i olśniewająco i z pewnością Pan Boemund będzie zachwycony córką swego przyjaciela. I z pewnością nie tylko on... Rothais ze wspomnieniem smagłego rycerza wyszła ze swego namiotu, akurat wtedy, gdy w obozie rozległy się podekscytowane krzyki. Rycerze wracali do domu...
__________________ – Chciałem powiedzieć (...) że na tym świecie jest chyba coś, dla czego warto żyć. Śmierć zastanowił się przez chwilę. KOTY, stwierdził w końcu. KOTY SĄ MIŁE. T. Pratchett Czarodzicielstwo |
| | |
| | #136 |
![]() | Pole bitwy Falke patrzył na Saracena, który chwiał się na nogach w przód i tyl. Bułat wypuszczony z drętwiejącej dłoni uderzył o ziemię i Turek zwalił się padło konia i usiłującego wydobyć się spod niego. Zwiadowcy oczy zaczęła zalewać krew zabitego. Mdły smak dławił, dusił. Półprzytomny, ostatkiem sił wydobył się spod wierzchowca i ruszył chwiejnie naprzód. Wokół trwała ostra rzezba. Kwik koni rannych w boju, okrzyki ludzi "Allach" i "Deus le volt" czy "Jerusalem" mieszały się ze skowytem rannych i przekleństwami walczących. Tu siedząc w siodłach dwóch wojowników wzięło się za bary, charcząc i chrypiąc próbowało przemóc, obok jakiś oszalały wierzchowiec bez jezdzca stawał na tylnich nogach młócąc powietrze kopytami roztrzaskując głowy. Walił się przebity włócznią Saracen, a w mgnienie oka pózniej jego pogromca ginął od cięcia krzywej szabli nie zdążywszy nawet wyszarpnąć z ciała zabitego swej uwięzłej kopii. Tu jakiś Norman tłukł głową przeciwnika o kamienie, obok zalany krwią Saracen pruł zakrzywionym nożem brzuch wrażego wierzchowca niepomny lejącej się na niego juchy. Walczących ogarnął szał. Kurz wzniesiony końskimi kopytami zatykał nozdrza, nie pozwalał płucom zaczerpnąć tchu, strumienie potu lejące sie spod normańskich hełmów zalewały oczy, języki przywierały do podniebień w wyschłych ustach żądnych choć kropli wina czy wody. A wszystko pod prażącym niemiłosiernie słońcem od którego parzyły metalowe części rynsztunku, a ciało zdawało się wysychać na wiór. ![]() Reinfrid szerzył mord i śmierć srożąc się na bitewnym polu. Właśnie walczył z dwoma poganami. Jednemu z nich przerąbał pierś, wziął potężny cios buławy drugiego na tarczę, aż nim zachwiało, a ułomkiem nie był. Sapnął, charknął, splunął wzniósł miecz w górę do potężnego ciosu i... świat nagle zawirował, fiknął kozła a Hrabia znalazł się na ziemi pod kopytami własnego wierzchowca. Popręg być może przecięty wcześniejszym pogańskim cięciem pękł i o to teraz wielmoża kulał się to w prawo, to w lewo w kurzu bitwy klnąc tak, że słyszano go chyba w samym obozie. Selim Jaga z rozpaczą w sercu i imieniem Allacha na ustach walczył jak dziki, pustynny lew. Rozdawał ciosy na prawo i lewo niepomny razów jakie na niego spadają, prąc byle bliżej opasłego Normana, znać dowódcy. Musiał go zabić, by myśleć o ocaleniu. Roger galopem zbliżał się do wielmoży, gdy ten nagle jak zdmuchnięty znikł z siodła. Rycerz zaklął bo kłębił się tam tłum walczących. Nie wiedział czy zdąży uratować Reinfrida. Tym bardziej że runęła tam właśnie grupa konnicy saraceńskiej, ostatnia chyba zorganizowana taka grupa prowadzona przez męża w szłomie z zieloną kitą. Hektor miał już od dawna na oku owego męża znacznego w hełmie znaczonym zieloną barwą. Pędził tedy po przekątnej ku tej grupie za nic mając to że jest sam. Ale nie, obok ujrzał dwóch młodych Normanów wraz z pocztem kilku innych jezdzców. Jednego z nich znał to Tankred siostrzeniec Boemunda. Pędzili tedy razem ku ostatniemu chyba ognisku bitwy. Ragnar klął, bluznił, pluł i zabijał, gdy nagle ujrzał, że znalazł się poza polem głównej bitwy. Hama gdzieś zniknął, widać rozdzieliła ich ostatnia, desperacka szarża pogan. Miał czas zdjąć szłom z głowy i obetrzeć pot z czoła. Torwaldo patrzył na efekt swych działań, ale na razie bardziej dymiło się tam niż paliło. Turcy przestali strzelać - widać kołczany im opustoszały, tedy zlazł i podszedł do grupy wojów patrzących i zakładających się kiedy poganie uwędzą się na szynkę. Ci przekazywali sobie bukłak z ust do ust, z czego i chłopak skorzystał skwapliwie. Rozległ się okrzyk "Allach akbar" i z kłębów dymu wyskoczyło dwóch Saracenów błyszcząc bielą zębów w czarnych niby szatańskich obliczach. Pierwszy przebił krzywą szablą zaskoczonego woja, a drugi, drugi z nożem w ręku rzucił się na Torwaldo.Ten znalazł się na ziemi, bukłak wypadł mu z ręki sycąc rubinowym strumyczkiem biały piach, a chłopak ujrzał tuż przed swą twarzą brodate oblicze nieprzyjaciela wywrzaskującego coś zapamiętale w obcym języku. Drobinki śliny pryskały mu na twarz. Czuł na gardle jego rękę, a nóż wzniesiony do ciosu zabłysł w słońcu. Obozowisko wojsk Reinfrida Rothais przytknęła dłoń do czoła wypatrując braci i ojca, lecz w kurzawie pędzących nic nie można było rozeznać. Jednak coś ją zaniepokoiło - pędzili stanowczo za szybko jak na wracających z boju mężów. Nagle buchnął z tamtej strony wielki krzyk i zaraz potem rozpętało się piekło.Wokół zaroiło się od biegnących mężów, uciekających kobiet, galopujących grupek normańskich jezdzców. Krzyk, bieganina, rwetes.
__________________ Nie daj Boh z Ivana pana, a z Marijki dobrodijki. Odkąd umarła mądrość błaznów, błazeństwo mędrków wzrosło niepomiernie. Co to jest nicość ? Pół litra na dwóch. Jestesmy tylko szeptem czasu, który przemija... Ostatnio edytowane przez Arango : 01-19-2008 o 17:03. |
| | |
| | #137 |
![]() | Hektor zwany Białozębym Hektor spojrzał z rozbawieniem na lot ów dzielnego męża, który teraz szamotał się na ziemi rzucając bluzgami na wszystko i wszystkich. Dwie myśli naszły rozbawionego Hektora, pierwszą z nich była myśl o tym, że ów mąż za giermka babę sobie wziął, bo strzemię najwyraźniej źle przymocowane było, a druga to myśl, że będzie w obozie, o czym opowiadać, a nóż będzie jeszcze okazja ponabijać się z owego rycerza kiedyś przy ognisku. Nasz bohater spojrzał dookoła siebie i widząc zacnego wojownika Tankreda i jego kompanów ruszył galopem ściskając przy tym jeszcze mocniej kolana, tak że nieomal udusił biedną turecką klacz. Hektor z rozpędu wbił się w zbieraninę synów tureckich i ją pchać włócznią, w kogo popadnie, jednak w takim kłębowisku niewielki przynosiła ona pożytek, toteż zaraz ją odrzucił i pięścią przyłożył najbliższemu walecznemu Turkowi, jednocześnie zdążył wyrwać zwiotczałej ręce, saraceński miecz. Uderzonemu biedakowi zagruchotały kości, po czym stracił przytomność i zsunął się z konia. Podekscytowany Hektor chciał się przedrzeć przez tłum niewiernych do samego „zielonego kitajca” ja sobie w myśli nazwał owego szatańskiego wojaka z zieloną kitą. Był już ledwie o parę metrów od celu gdy zabójcze, krzywe ostrze uderzyło go w hełm. Miał szczęście bo uderzenie zostało zbite przez jednego z ludzi Tankreda i miecz nie spadł ostrzem, tylko bokiem na głowę Hektora. Zaćmiło mu trochę przed oczami, nogi rozluźniły uścisk, ręce puściły saraceńskie ostrze, a klacz w popłochu skoczyła do przodu. Białozęby stracił kontrolę i spadł bezwładnie na ziemię, jednak nim go przybiły do ziemi kopyta, został z wielką siłą porwany na nogi. Spojrzał z wdzięcznością na swojego wybawiciela, którym okazał się ów mąż z którego dopiero co się śmiał, że ma babę giermka, był to sam Reinfrid. Hektor poprawił hełm, podniósł broń i uśmiechnął się do towarzysza. - Dziękuję Ci Panie za uratowanie mi życia, pomyśleć że pędziłem tu by ratować twoje, a ratującym okazałeś się ty. Na szczęści przebili się tu nasi z Tankredem na czele. – Hektor nie wiedząc, kim jest jego wybawiciel, klepnął go przyjacielsko w ramię, po czym ruszył w stronę Turków. Grupa tureckich jeźdźców została zepchnięta przez Normanów i teraz trzeba było do niej dołączyć. - Aaaaaaaaaaaaaaaaa – Hektor wpadł w grupę walczących, gdzie część walczyła na pieszo, najwyraźniej tracąc konie podczas pojedynków. Tak, bezwładna szamotanina przerzedziła się na tyle, ze walka mas zamieniła się w pojedynki, rycerz kontra arab. Hektor zatrzymał się na chwilę by poszukać swojego przeciwnika. Dostrzegł zieloną kitę, która dzielnie stawiała opór normańskim wojom. Białozęby chciał rzucić się w stronę owego woja, niestety uświadomił sobie, że z tym, co ma w ręku, to może jedynie ciosać paliki, a nie odcinać głowy. Ku jego radości, ciał poległych tu wojowników nie brakło i od razu zaopatrzył się w porządny miecz i tarczę, jednego z zabitych. Teraz był gotowy. - Aaaaaaaaaaaaaaaa – powtórzył swój bojowy okrzyk i ruszył do walki.
__________________ "War. War never changes" by Ron Perlman "Fallout" |
| | |
| | #138 |
![]() | Reinfrid de Remacourt Reinfrid uderzył w ziemię z taką siłą, że aż ta jęknęła. Norman nie jęknął, lecz zabluźnił jeszcze gorzej niż zazwyczaj. Mimo baryłowatej sylwetki zerwał się szybko na równe nogi, wiedząc, ile życie ma woj. Leżący zbyt długo na ziemi. W samą porę, kopyta jego rumaka grzmotnęły w miejsce, gdzie przed chwilą znajdowała się noga hrabiego. Reinfrid splunął w pył pod stopami, mocniej zacisnął dłoń na rękojeści ciężkiego miecza i cudem jeno odparł atak jednego z Saracenów, który ciął potężnie szeroką szablą z siodła. Zadźwięczała stal, Reinfrid zbił cios i sam wyprowadził cięcie parszywie nisko. Saracen zawył, kiedy brzeszczot niemal odrąbał mu nogę w łydce, ale Reinfrid nie zastanawiał się nad tym, odruchowo podbił rękę z tarczą, przyjmując na nią uderzenie drugiego z wrogów. Cofnął się, sprawiając, że wróg się odsłonił i pchnął zza tarczy. Sztych broni wszedł głęboko w brzuch wojownika, który zaskrzeczał tylko z ogromnego bólu. Renfrid, zbryzgany posoką wrogów, uderzył płazem miecza o tarczę: - Dieu le veult, kurwa żesz mać!!! Remacourt!!! Okrzyk hrabiego poniósł się po polu bitewnym. W tej samej chwili dostrzegł, że jeden z rycerzy Boemunda spada właśnie z konia po feralnym ciosie szabli w hełm. Reinfrid puścił miecz i pochwycił rycerza za ramię. Pociągnął mocno, niemal stawiając go na nogi. W ostatniej chwili. Rumak rycerza z ogromną siłą uderzył kopytami w ziemię, niemal nie zabijając swego pana. Reinfrid widział w pełnej okazałości brzuch konia… Klaczy!!! Hrabia oszołomiony wysłuchał podziękowań rycerza z opadniętą ze zdziwienia szczęką. Norrman na klaczy?! Chyba jedyny… Musiał sobie zapamiętać tego dziwnego wojownika. A teraz podniósł broń i zaczął zwoływać swoich wojów i rycerzy wokół siebie. Na polu bitwy, jak to na polu bitwy. Chaos, rzeź i rąbanka. I absolutnie żadnego porządku. Dla Reinfrida to nie pierwszyzna, toteż wolał być przygotowanym, gdyby się okazało, ze nagle Tankred wstrzymał pościg, zostawiając hrabiego Graviny samemu sobie albo Saraceni dostali niespodziewane posiłki. Zarazem Reinfrid przypomniał sobie o swoim nowym giermku, który przecież miał go chronić od wrażych ciosów i skrzywił się paskudnie: - Torwaldo, psi chwoście, gdzie żeś na jaja św. Krzysztofa jest!!!!? |
| | |
| | #139 |
| Administrator ![]() | Rothais przytknęła dłoń do czoła wypatrując braci i ojca, lecz w kurzawie pędzących nic nie można było rozeznać. Jednak coś ją zaniepokoiło - pędzili stanowczo za szybko jak na wracających z boju mężów. Nagle buchnął z tamtej strony wielki krzyk i zaraz potem rozpętało się piekło.Wokół zaroiło się od biegnących mężów, uciekających kobiet, galopujących grupek normańskich jeźdzców. Krzyk, bieganina, rwetes. Przez chwilę młodej panience krew odpłynęła z twarzy. Zdawało się, że TAMCI pędzą prosto na nich, nie zatrzymają się i rozbiją obóz w drobny mak. Czyżby to oznaczało, że wojska jej ojca poniosły klęskę? Nie, to niemożliwe! Tak czy inaczej Rothais nie dopuści do tego, aby banda niewiernych psich synów dostała się do obozu! Wśród paniki i bieganiny dopadła jak najszybciej do namiotu swojego brata. - Adhemarze, na Boga, pospiesz się! Szybko, musisz zebrać oddział i odeprzeć atak! - popędzała szykującego się do bitwy mężczyznę; Adhemar wydawał szybkie rozkazy, naprędce wkładał zbroję, a Rothais chodziła krok w krok za nim wciąż trajkocząc mu za uchem - Musisz rozbić ich w pył, zetrzeć z powierzchni ziemi! Jak oni śmieli w ogóle się tu zapędzać? Szybciej bracie, przecież za chwilę tu będą! Wystarczy nam ludzi do obrony obozu? Może powinnam Ci pomóc, daj mi miecz i konia, już raz brałam udział w bitwie! - Rothais uspokój się wreszcie! - na ogół spokojny i opanowany Adhemar nie wytrzymał i wybuchnął gdy tylko usłyszał o tym co zamierza jego siostra - W czym chcesz walczyć? W tej sukni? A może zerwiesz ją z siebie i pojedziesz nago, na oklep, co?! To by było dopiero widowisko i skuteczna broń! - Przestań! Ty... ty... Ty wstrętny, nadęty pawianie! - wrzasnęła na niego cała czerwona - Ja chcę bronić obozu, nie pozwolę, żeby niewierni się tu dostali! To niby co mam Twoim zdaniem robić, co? Patrzeć na wszystko spokojnie?! - Uspokój ludzi, rozdaj im broń i bądźcie w pogotowiu na wypadek, gdyby nam się nie powiodło! - Adhemar rzucił na odchodnym, wsiadając na konia i wydając kolejne rozkazy. Kilka sekund później potężny oddział obronny ruszył na zbliżających się coraz bliżej do obozu wrogów. Słowa brata wydały się Rothais nadzwyczaj słuszne. Aż dziwne, że ten półgłówek mógł coś takiego wymyślić, ale tak czy inaczej ona sama też by na to wpadła. Nie było więc czasu do stracenia. Panna de Remacourt szybko zebrała wokół siebie grupę tych, którzy nie biegali w kółko i nie poddali się panice. Wrzeszczała na lewo i prawo, rozdawała kuksańce i groźby tak długo, aż wreszcie zdołała uzyskać nieco posłuchu. Groziła każdemu, kto będzie uciekał łamanie kołem i wleczeniem po ziemi za koniem. Groziła uwięzieniem w lochach, rzuceniem psom na pożarcie, wreszcie zostawieniem na środku pustyni bez wody i odzienia. I choć efekt nie był taki, jakby sobie życzyła, udało jej się wetknąć w dłonie ludzi miecze, pałki, widły i noże oraz jako tako uformować ich w "oddziały", które miały stanąć do walki w razie klęski Adhemara. Pozostali w obozie wojownicy patrzeli na te zabiegi z rozbawieniem, zdziwieniem a nawet ironią. Młody de Remacourt radził sobie przecież doskonale, a wrogie wojsko kurczyło się w oka mgnieniu. Mimo to Rothais przynajmniej zajęta była "ważną sprawą" i nie mieszała się do bitki, no i po części udało jej się opanować panikę pospólstwa. Miało to więc i jakieś pozytywne strony...
__________________ – Chciałem powiedzieć (...) że na tym świecie jest chyba coś, dla czego warto żyć. Śmierć zastanowił się przez chwilę. KOTY, stwierdził w końcu. KOTY SĄ MIŁE. T. Pratchett Czarodzicielstwo |
| | |
| | #140 |
![]() | Bitwa wrzała, Ragnar zaś zadawał się być najgorętszym jej elementem. Już dawno zgubił wśród wrogów Hamę, podobnie jak i swoją szkapę. Skacząc na konia jednego z Turków i zrzucając go na ziemię zyskał naprawdę niezłego wierzchowca, później zaś zyskał też parę dodatkowych ran, gdy stojący obok niewierny chlasnął go ostrzem swym przez twarz. Rana była jednak na tyle niewielka, iż nie przeszkadzała skazańcowi w walce, a kolejna blizna na jego obliczu doda mu tylko szlachetności i powagi. I tak krew spływającą mu na oczy wycierając sobie Troens zorientował się, iż już dawno wyjechał poza teren bitwy, iż nad głowami nie świstają mu strzały, i żadne ostrze nie zmierza w kierunku jego krocz... głowy. Oczywiście, głowy. Jeżeli poprzednio łba żadnego nie znalazł, to może teraz... Odpokutuje? Spojrzał, gdzie znajduje się de Remacourt. Środek bitwy, macha ostrzem między kolejnymi azjatyckimi psami. A potem z radością spojrzał na ziemię. Ciała, ciała, kolejne ciała... I gdy kwiat rycerstwa normańskiego zajmował się ścinaniem kolejnych tureckich głów, Rangar Troens, jak na przykładnego rycerza przystało, zbierał je z ziemi i ewentualnie odcinał te, które nie zdążyły się odłączyć od martwych już ciał. O tak, niech Bóg i Reinfrid mają swój hołd... A potem przypomniał sobie ile za dawnych czasów mógł dostać dzbanów wina za jeden ścięty łeb. I samą tą myślą poczuł się pijany...
__________________ Kutak - to brzmi dumnie. |
| | |
| Reklama |
| |
![]() |
| Użytkownicy aktualnie czytający ten wątek: 1 (0 użytkownik i 1 gości) | |
| Narzędzia wątku | |
| Wygląd | |
| |
Podobne wątki | ||||
| Wątek | Autor wątku | Forum | Odpowiedzi | Ostatni Post / Autor |
| [Komentarze] Deus le volt | Arango | Komentarze do sesji RPG - Historyczne | 226 | 12-03-2008 18:31 |
| [inne] Deus le volt | Arango | Toplista sesji | 3 | 09-27-2007 13:51 |
| [autorski] Deus le volt | Arango | Archiwum rekrutacji | 25 | 03-15-2007 12:24 |