![]() | ![]() |
![]() |
| |||||||
| Sesje RPG - Historyczne Czy masz czasem wrażenie, że nie należysz do tej epoki? Czy chcesz spróbować żyć na zamku wzorem szlachcianki albo z husarzami przetrzepać skórę nieprzyjaciela? Zatem na koń! Wsiądź do naszego wehikułu i cofnij się w czasie dzięki mocy wyobraźni. |
![]() |
| | Narzędzia wątku | Wygląd |
| | #141 |
![]() | Żelazista woń krwi zdominowała wszystko wokół. Falke czuł strużki ciemnej cieczy ściekające mu z włosów, łaskoczące szyję, barwiące koszule jaką miał pod skórzanym napierśnikiem. Mdłości targały jego ciałem, z ledwością je przezwyciężył. Chwiejnym gestem odgarnął z czoła zlepione krwią kosmyki włosów opadające mu na oczy. W lewej dłoni ściskał ciągle drzewce włóczni. Ta broń uratowała mu dziś Zycie, ale miał świadomość, że w bezpośrednim starciu ta broń może nie być tym czego by potrzebował. nieco ciągle drżącymi palcami, które ślizgały się po głowni wyciągnął miecz. ![]() Miecz jaki dostał od brata. Mocniej zacisnął dłoń na chropawej, tak by dłoń się nie ślizgała rękojeści miecza. Ruszyła przed siebie, wyglądając i chyba czując się jak upiór. Skoro przeżył do teraz, to nie pozwoli by żaden turecki pies go zranił czy zabił...
__________________ Wielu spośród żyjących zasługuje na śmierć. A nie jeden z tych, którzy umierają, zasługuje na życie. Czy możesz ich nim obdarzyć? Na bądź więc tak pochopny w ferowaniu wyroków śmierci. Nawet bowiem najmądrzejszy z Mędrców nie wszytko wie. |
| | |
| Reklama |
| |
| | #142 |
![]() | To się nazywa pech ledwo usta zamoczył, a już wróg go dopadł i to całkiem nie na żarty. Niewierna gęba z wściekłością krzyczała coś do przygniecionego, mężnego giermka. Nóż w powietrzu pozwolił chłopakowi bezbłędnie zrozumieć turecki. Trzeba było działać błyskawicznie jeśli nie chciał by obok czerwonej plamy wina wykwitła druga, z jego krwi. Niestety ulubiony toporek wojaka wypadł mu w chwili upadku, tak że sięgając po niego chwycił tylko piach. Widocznie Saracen nie zamierzał zbyt długo tak na nim leżeć, gdyż ramię właśnie wzniosło się do ciosu. Torwaldo zdołał tylko rozpaczliwie zasłonić twarz rękami, przy tym tak niezdarnie odpychając przeciwnika, że gdyby był dzieciakiem nie miałby trudności z utrzymaniem równowagi. Jednak wykrzywiony w groteskowym grymasie Torwaldo zdał sobie sprawę z tego, że cios nie padł. Turek trzymał się za oczy jak małe dziecko które myśli, że jak nie patrzy to go nie ma i darł się jeszcze głośniej niż uprzednio. Torwaldo wydedukował, że to pogańskie zaklęcia za pomocą których, wróg zamierza umknąć dzielnemu wojowi. Jednak druga teoria, która głosiła, że musiał mu przypadkowo cisnąć piaskiem w oczy, wydała się bardziej prawdopodobna. Tak czy siak to jest bitka i tu nie ma smentnych-mentów, czy jak to tam się mówi.Torwaldo zaraz złapał za toporek i solidnie zdzielił orężem psubrata w łeb. Jeszcze nie zdążył wyszarpnąć broni z martwego ciała, już następny niewierny mierzył nań zakrzywionym ostrzem. Przyszły rycerz instynktownie spróbował usunąć się z pola rażenia przewracając się na tyłek i udało mu się to na tyle, że klinga zsunęła się gładko po kolczudze. Kolejny, zapewne śmiertelny cios na szczęście nie padł, gdyż jakiś miły Norman zadał szlachetny cios sztyletem w plecy tureckiego napastnika. Nieco oszołomiony Torwaldo właśnie zbierał ekwipunek i przypominał sobie słowa jakiegoś rycerza, by nie próżnować i... cośtam, cośtam, gdy usłyszał znajome, donośne wołanie: - Torwaldo, psi chwoście, gdzie żeś na jaja św. Krzysztofa jest!!!!? Mężczyzna odwrócił się, można powiedzieć radośnie i ruszył pędem przed siebie w kierunku największej wrzawy. -Tutaj jestem panie hrabio! - Zawołał wymachując toporem dla wskazania swojej lokacji. Powalony przy tej okazji Saracen sprawił, że giermek poczuł w sobie wielkiego ducha walki. Zawrzała w nim dzika normańska krew. Podniósł wyżej tarczę i rąbiąc na wszystkie strony zaczął przedzierać się do swojego wodza. - Z drogi łotry! Hrabia Reinfrid tak chce! |
| | |
| | #143 |
![]() | POST SPECJALNY Bitwa już dogasała i Reinfrid widział gołym okiem że teraz tylko zacznie się wyrzynanie osamotnionych grupek Saracenów. Choć nie miałby nic przeciwko by jeszcze pomachać mieczem, to jednak jemu, Hrabiemu Graviny raczej już nie wypadało. No, może... Jeszcze w jakiejś potyczce wśród swoich, to jeszcze by sie pobawił, ale nie przy tym chłystku Tankredzie. Rozejrzał się szukając młodzieńca i ujrzał go nieopodal jak ten siedząc na koniu, zda się nawet niespocony z chłodnym uśmieszkiem na lekko skrzywionych ustach obserwował już nie bitwę, już tylko rzez. Obok niego, również na koniu Ernaut coś z zapałem młodemu Normanowi tłumaczył. Był tam też ów trzeci rycerz, co wiadomość do obozu przywiózł, Roger zda się, co dzięki niemu trochę stare kości mógł rozgrzać. Trzeba młodzika zapamiętać - zadumał się - i jakoś Boemundowi z oddziału zabrać. Widać na pierwszy rzut oka, że niegłupi. Jaki Boemund taki Tankred pomyślał Reinfrid, ale zrobiło mu się jakoś niesmacznie. - Ernaut -wrzasnął nie wiadomo na co zły - konia dla mnie, straż wystawić, ludzi zebrać, konie połapać !!! Tego natychmiast zmyło z siodła i prawie biegiem podprowadził ojcu własnego. Wiedział kiedy przy starym trzeba trzymać gębę na kłódkę. Natomiast turkopolowi, który z kolei jemu konia przyprowadził dał tak pysk, wymawiając jakieś drobne uchybieniu w rynsztunku że tamten,aż na ziemie się wyłożył. Moja krew - pomyślał z zadowoleniem - i łapę ma po mnie. Obrócił się, gdy wtem coś uderzyło go w plecy, odbiło od nich i klapło na ziemi z głośnym brzękiem. Reinfrid bardziej zdumiony niż wściekły okręcił się jak fryga z powrotem. Na ziemi siedział Torwaldo. - Ty synu kozy i knura biczować cię tak każę, że ci nasienie się zaśmierdnie...- zaczął Hrabia, ale jak zaczął tak urwał. Chłopak nie mógł słowa ze zmęczenia wykrztusić, ale pokazywał za siebie na wznoszący się słup dymu i przesuwał wciąż ręką po gardle. Reinfrid zauważył teraz, że niecnota ma topór cały we krwi, jest bez hełmu, gębę osmoloną, a zbroję tak krwią schlapaną jakby ktoś na niego nią wiadrem chlusnął. Niby takie nic a jednak... - Strzemię podstaw - burknął jedynie. Bitwę prawie już skończono, broniło się już tylko czterech ludzi z Jagi Sanem. Tych czterech wkrótce wybito i Saracen stanął pośrodka kołą wojów. Dałby teraz wszystko za kubek, nie nawet łyk wody. Przezwyciężając zmęczenie sięgnął po drugą, leżącą na ziemi szablę, bo tarczę dawno mu rozbito i patrzył na ten szereg otaczających go jednakowych tarcz. Dwóch pierwszych, którzy natarli na niego, zgineło nie wiedząc nawet kiedy. Wtedy otaczały go już tylko miecze. - AsA Allahu an jadżala bajnakum wa bajnak al lazina adawajtum minhum nawaddataan wa- allahu Kadirun wa-Allahu. Ghafurun-wa Rahimun - rozpoczął szeptać spękanymi od gorąca wargami surę "AL-Mumtahana" Koranu Szczęście spotkało Wielkiego Kalifa Kordowy który został pochowany wraz z jedwabnymi woreczkami pyłu jaki co wieczór zbierali z jego butów słudzy, by ich pan mógł dać świadectwo Prorokowi w jak wielu bitwach był, żeby nieść wiarę Jedynego - myślał szeptając jednocześnie modlitwę. Normanowie zbliżali sie powoli Tankred widząc że Saracen zaraz zostanie rozsiekany ryknął - Tarczami brać !!! Jagi Sana otoczyli znów tarczownicy skuleni za nimi. Co chwili jeden z nich uskakiwał do tyłu i krąg zmniejszał sie z każdą chwilą. Z rozpaczą, że nie stanie nigdy przed Prorokiem z takim grzechem na sumieniu skierował szablę by samemu sie pchnąć. Hektor widząc jak starzec, usiłuje skierować ostrze na siebie rzucił tarczę i wyrwawszy się z koła zamknął go w żelaznym uścisku swych ramion paraliżując wszelkie jego ruchy. Przyprowadzono ich przed oblicze Tankreda, Reinfrida, Ernauta, Rogera, większości wojska. Zaczęto chwalić Hektora, który aż pokraśniał. - Panie proszę - zwrócił się Tankred do Reinfrida -by ten rycerz siedział przy naszym stole. Hrabia skinął głową i wskazując na Rogera stwierdził. - I ten zasiądzie z nami. - Skoroś go jednak ocalił to oddamy tego psa tureckiego pod opiekę człowieka któremu wiernie ufam. Przywołał do siebie Hamę stojącego obok Ragnara. - Wezmiesz tego - tu ruchem buta w strzemionie wskazał Jagi Sana - i będziesz go pilnował i strzegł by mu włos z głowy nie spadł. Ale ty mi już pilnujesz tego draba no jak mu tam Ragnara. Nic to - rozweselił się. Skinał na Falkę - Ty, Greku. Wraz z Hamą wezmiecie tych dwóch i będziecie ich pilnować. Do grupy zbliżył się pędem jezdziec. - Coś się stało w obozie - zaniepokoił się Ernaut. Norman spiął przed nimi rumaka i wychrypiał raczej niż wydyszał. - Napad na obóz był !!! Ale pan Adhamar odparł !!! A tych pojedynczych co się przedarli i rżnąć służbę chcieli to wojsko pani Rothais wybiło !!! - JAKIE ??? -spytali syn i ojciec jednocześnie. - Pan Adhamar kazał pismo oddać jeszcze. Reinfrid wyrwał pismo posłańcowi i niemal pożarł wzrokiem. Potem podsunął pod nos Ernautowi. Masz czytaj!!! "Nasza siostra została świętą. Tak się rzucała po obozie i wrzeszczała, że wkrótce wszystkie baby i dziecka przy niej było i co głupsze chłopy ze służby. Jakieś kije, taski patalnie mieli i czekali na środku obozu. Ze czterech czy pięciu się przedarło i podpalać chcieli. Nim się patrole ruszyły ta hałastra rozniosła ich na strzępy. Konni byli zli że się pouganiać za nimi nie mogli, ale służba ją teraz za świętą ma. a że dzień świętej Kotyly dziś, to ją za świętą Kotylę mają. " - Święta Kobyłę - szepnęli obaj jednocześnie. Że Normanów poległych pochowano, ciała Saracenów obdarto ze wszystkiego co miało wartość, wszystkie konie wyłapano sprawiono pochód i ruszono na ucztę. Zastanawiano się chwilę czyby psom pogańskim głów nie poucinać by nim obozu nie przyozdobić, ale poniechano pomysłu by w smrodzie nie ucztować. - Ale po co ci ten pies ? - spytał Ernaut Tankreda. - Miodem go każę wysmarować i do pala przywiązać by go SŁOŃCE NA WIÓR WYPALIŁO. Dobry sposób. Bizantyjski - pochwalił się. Ernaut parsknął tylko potakująco. Obóz. Uczta. Stoły były już rozstawione, przybyli za nimi usadzono, zjedzono pierwsze potrawy, wychylono przynajmniej piąte puchary. Zapach mięsiwa, aromat trunków unosił się nad stołami wokół których krążyli słudzy bacząc by nikomu niczego nie zabrakło. Nad bezpieczeństwem obozu czuwał Adhemar, któremu trochę wstyd było, że się zaskoczyć dał. Przy jednym stole Boemund i Reinfrid zaczęli wspominać już stare dzieje i boje, obok Tankred z Ernautem , Hektorem i Rogerem z zapałem wspominali dzisiejszą bitwę i wychwalając Rothais za męstwo i urodę. Ta z kolei ze swą przyjaciółką chichrały się często popatrując na Rogera. Torwaldo szedł pomiędzy stołami z ważną misją powierzoną mu przez Hrabiego i nie wiadomo po co pięciokrotnie mu powtórzoną. Szedł śmiało spoglądając po gościach, wiedział przecież że dziś okrył się sławą. Nagle stanął wytrzeszczył oczy i postąpił kilka kroków naprzód... .... Przy jednym stole Hama, Ragnar i Falke siedzieli razem rzucając po słowie co kilka chwil. Nagle zwiadowca zobaczył znaną mu już skądś gębę chłopaka. Ten jednak teraz wyglądał nieco dziwnie. Wpatrzony w Ragnara z wytrzeszczonymi oczami i otwartą gębą postąpił kilka kroków naprzód. Potrącił stojący na stole dzban z winem wylewając je na Falke, wybełkotał przeprosiny i opadł na kolana przy stole. Na środku placu gęsty krąg arabskich sług Hrabiów, między którymi nierzadko mignął pancerz turkopola otaczał wbity w ziemię słup obok którego stało na straży czterech wartowników. Ci odpychali czasem zbyt natrętnych, lecz lekko i niedbale, bowiem wypite wino uczyniło łagodnymi i przyjaznymi. Nagi starzec, będący jeszcze rano dumnym Jaghi Sanem, skrępowany łańcuchami wyszeptał - AsA Allahu an jadżala bajnakum wa bajnak al lazina adawajtum minhum nawaddataan wa- allahu Kadirun wa-Allahu. Ghafurun-wa Rahimun - po czym głowa opadła mu na piersi. Skonał.
__________________ Nie daj Boh z Ivana pana, a z Marijki dobrodijki. Odkąd umarła mądrość błaznów, błazeństwo mędrków wzrosło niepomiernie. Co to jest nicość ? Pół litra na dwóch. Jestesmy tylko szeptem czasu, który przemija... Ostatnio edytowane przez Arango : 02-15-2008 o 21:58. |
| | |
| | #144 |
![]() | Hektor wielce zadowolony z honorów, jakich dostąpił, popijał sobie bez umiaru. Na trzeźwo gęba mu się nigdy nie zamykała, a co dopiero, gdy kilka kubków oszałamiającego trunku wypije. Siedział wśród najdostojniejszych rycerzy, jak równy z równym, szczerze to miał już dosyć armii Boemunda, psa zawszonego, który to na jego żartach poznać się nie potrafił. - … no i ja wtedy na genialny pomysł wpadłem, by go moim uściskiem skrępować jak dziecko, bom silny jak tur – Hektor napiął muły, zresztą już nie pierwszy raz dzisiejszego wieczora, bo tak się składa, że każdemu, kto tego do tej pory nie słyszał, opowiadał, a po kilku kubkach trunku, opowiadał nawet tym, którzy to już słyszeli. – ale odłóżmy na bok opowieści o moich rycerskich cnotach i zajmijmy się tym oto gołąbeczkiem, który to siedzi naprzeciw nas. Trzeba przyznać, że hrabiemu udała się córeczka, ptaszyna w wiek wchodzi najpiękniejszy, szczęśliwy ten, który jej rękę dostanie. – Hektor zamilkł na chwilę – Po prawdzie to może i ja bym o nią, kiedy poprosił. Stary dziad się zemnie robi, to i jakiej młodej panny trzeba by poszukać. Wiele ci ja widziałem na świecie, bo zwiedziłem niejedno miejsce. Powiem wam, że baby wszędzie inne i takie same. Na północy gdzie diabeł, co roku uczty wyprawia, kobiety mają jasne włosy jak u anioła, dorodne są tak, że by stado niemowląt sama jedna kobieta swymi cudami wykarmiła, ale do tego są też tęgie jak niejeden chłop, a wszystko, dlatego by móc się przed diabelstwem wszelkim ochronić. – Hektor nie odrywał wzroku od dziewczyny – pewnie się zastanawiacie, jak to możliwe, że na północy diabeł, gdzie tu, na południu jego wyznawców pełno. Ano świat w kleszczach piekielnych jest. Noc szybko pokonuje dzień, a i czasem takie niesamowite kolory na niebie się pojawiają, czasem zielony, czasem niebieski, ale i często czerwień, jakby niebo krwią ktoś pomalował. - Hektorowi przez mocny trunek, zapomniało się, że rozmawia z Normanami, a nie z rodakami, czyli mieszkańcami Świętego Cesarstwa Rzymskiego - ![]() Magia i piekielne dziwy potrafią zauroczyć tam człowieka, że i wracać w rodzinne strony nie chce. Jednak gdyby nie jechać na północ, tylko swego konia zwrócić ku ziemią Rusi, to naprzeciw wyjdzie wam krasna dziewka, o złocistych włosach zaplecionych w długi warkocz. O ile Ruś to dzikie stepy i piękne dzieweczki, to, jeśli chodzi o Polskę, to tam zastaniecie najlepszy miód, który potrafi jak żaden inny ściąć z nóg. Oczywistym jest, że tak dobry miód to tylko przez półboginie podawany być może. Jednak, po co szukać za granicą, gdy i w moim rodzimym kraju zastać można najprzedniejszej urody dziewki. Niektórym w gust one nie pasują, bo ostrą rysą, iście rzymskiego pochodzenia, się charakteryzują. – Hektor pociągnął długi łyk z kubka - Jednak, czym byłaby kobieta bez tej jej wrodzonej flirciarskiej sztuki, którą omami każdego, kusząc do złego jak niejeden przedni sługa szatański. Co też potwierdza obawy klechów, aby to kobieta była ucieleśnieniem zła, przeto i czasem się je pali na stosie. Nie mnie oceniać słuszność tych czynów… jednak nie o tym mowa, toteż wróćmy do frankijskich dziewcząt. Właśnie tak moi mili, dobrze słyszeliście. Nigdzie na świecie nie znajdziesz kobiety, która by potrafiła tak flirtować. Niejedna przygodę z tymi kobietami spotkałem, ahh pod każdym względem człowiekowi wydają się idealne, chodź to ich wieczne gadanie, człowieka po czasie do frustracji doprowadzić może. Jest też wiele innych miejsc, którym Bóg pięknych kobiet nie poskąpił, ale wiedźcie jedno, że ta przed wami do tych najcenniejszych należy. Dziś obozu broniła przed szatańskimi sługami, ojca ma z szlachetnego rodu, który to niejednego w dzisiejszej bitwie dokonał, do tego urody los jej nie poskąpił. – Hektor zamglonymi oczami spojrzał na Rogera. – młoda oderwać wzroku od ciebie nie może, lepiej śpiesz się z zalotami, bo sam się jeszcze za nią zabiorę, a jak do tego dojdzie to i nic jej już nie uratuje. Dziewka, która raz wpadnie w moje miłosne sidła, nigdy z nich dobrowolnie nie wychodzi. – Hektor zaśmiał się donośnie i ziewnął. Po chwili przymknął oczy i zsunął się z krzesła. Usnął pod stołem, a kubek, który trzymał w ręce, poturlał się pusty po podłodze. Sniły mu się po kolei wszystkie dziewki, o których przy stole opowiadał, toteż uśmiechnięty spał w najlepsze.
__________________ "War. War never changes" by Ron Perlman "Fallout" Ostatnio edytowane przez sante : 02-13-2008 o 19:10. |
| | |
| | #145 |
| Administrator ![]() | Rothais promieniała. Nie było osoby, która nie powiedziałaby do niej słowa pochwały. Wychwalano jej urodę, wychwalano mądrość i męstwo. Nawet ojciec spojrzał na nią tym razem łaskawym okiem, naprawdę okazała się córką godną wielkiego nazwiska de Remarcourt. Tak, Rothais tego wieczora była w siódmym niebie. A może nawet jeszcze gdzieś dalej. Siedziała przy stole prezentując wszystkie swoje wdzięki. Grację, maniery, urodę. Zerkała raz po raz na smagłego, urodziwego rycerza, starając się zainteresować go swoją osobą. Obok niej siedziała daleka kuzynka, której co prawda nigdy w życiu nie widziała, ale nie przeszkadzało jej to doskonale się z nią dogadać, tym bardziej, że tamta była nią wręcz zafascynowana. Marita nie brała udziału w uczcie. Silny wstrząs wywołany śmiercią narzeczonego spowodował, że popadła w apatię i melankolię. Była jednak w dobrych rękach, pod opieką medyka, Rothais więc nie musiała poświęcać jej myśli. Siedzący naprzeciwko niej podstarzały rycerz, o dziwnym, twardym akcencie, zaczął ją wreszcie doprowadzać do furii i psuć jej resztkę wieczoru. Myślał najwyraźniej, że pod wpływem jego słów będzie czerwienić się jak pączuszek różyczki i spuszczać wstydliwie powieki. Nic z tego jednak. Rothais chłodno patrzała na coraz bardziej pijanego Hektora. - Zważ najpierw, panie, czy aby córka tak szlachetnego rodu będzie oddana w łapy pierwszego lepszego rycerza. Jeśli taka Twoja wola - zwróć się do mego ojca. Uważaj jednak, bo krew w jego żyłach skora jest do wrzenia, a opowieści o jego sile już chyba znasz - niemal wysyczała te słowa, wkładając w nie tyle jadu, ile tylko mogła. Nie była jednak pewna, czy Hektor w ogóle je zarejestrował. Po chwili zsunął się pod stół i zachrapał głośno. Zniecierpliwiona Rothais łowiła wzrokiem Rogera. Jak na złość rycerzyk zupełnie nie zwracał na nią uwagi! Był zatopiony we własnych myślach, nawet jeśli zaszczycał ją spojrzeniem, był nieobecny, jakby zupełnie nie obchodziła go uwaga, jaką poświęcała mu piękna, młoda kobieta. - Oczywiście - syknęła z furią - Pozostaje mi tylko wysłuchiwać adoracji starych pijaków z Bóg wie jakiego rodu! I wreszcie zamążpójście za takiego piernika! Nigdy! Nigdy! Prędzej pójdę do klasztoru! Rothais wstała gwałtownie i zostawiając zaszokowaną kuzynkę wybiegła z namiotu. Wszystkie perypetie tego jednego dnia odcisnęły na niej swoje piętno. Poczuła się zmęczoną, zagubioną dziewczyną, która marzyła tylko o jednym przychylnym spojrzeniu czarnych oczu smagłego rycerza. Poczuła się oszukana i nieszczęśliwa. I zapomniała już nawet o swoich walecznych wyczynach, o uwielbieniu jakim darzyli ją wszyscy w obozie. Nic już nie miało znaczenia! Nim jeszcze zasnęła wyczerpana wszystkimi przeżyciami, postanowiła sobie jedno. Każdy mężczyzna, który spróbuje jej się narzucić, albo co gorsza odrzuci jej uczucie, gorzko tego popamięta...
__________________ – Chciałem powiedzieć (...) że na tym świecie jest chyba coś, dla czego warto żyć. Śmierć zastanowił się przez chwilę. KOTY, stwierdził w końcu. KOTY SĄ MIŁE. T. Pratchett Czarodzicielstwo |
| | |
| | #146 |
![]() | Torwaldo miał dziś dobry humor. Za wojaczką nie przepadał, kojarzyło mu się ze zbieraniem buraków. Tyle, że proces ten nie jest może tak dynamiczny, a buraki nie pragną śmierci rolnika, no i samemu nie trzeba ich zabijać. W zasadzie nie wiadomo w jaki sposób jedno z drugim mu się skojarzyło, ale w tym procesie swój udział miał raczej burczący brzuch, (a zupkę z buraczków toby Torwaldo chętnie zjadł), w każdym razie cieszył się z powrotu do obozu. Jego radości nie zmącił nawet niewdzięczny atak posługaczki posługaczki Gertrudy, kiedy to nieopatrznie chciał zasiąść na honorowym miejscu przy stole. W końcu po dłuższej i bezowocnej próbie zaznajomienia giermka z etykietą dworską wskazano mu właściwe krzesło, które powitał z niezmiennym entuzjazmem, ponieważ pośrednio pozwoliło mu dobrać się do jedzenia na stole. Kiedy porządnie pojadł a także skosztował nieco wina i sławy. Następnie przyszły śpiewy, poklepywanie plecach i niestworzone opowieści o trunkach z Konstantynopola. Torwaldo już przystępował do występu artystycznego na blacie stołu, kiedy to został wezwany od hrabiego. Pilnować jakiegoś Ragnara. Pięć razy powtórzone polecenie wydało się błahostką. Po dzisiejszych wyczynach prawie-rycerz spodziewał się zlecenia mu wyprawy po relikwie Krzyża, udobruchania nieobecnej nagle Rothais, czy czegoś równie wiekopomnego. W końcu stwierdził, że relikwie zapewne są daleko i w rękach niewiernych czyniąc im pewnie więcej szkody niż pożytku, dlatego zapewne dogadać się z Turkami, a oni sami chętnie pozbędą się niekorzystnego dla nich przedmiotu, a hrabianka zajmuje się teraz pewnie biedną panienką Maritą stwierdził, że najbliższym leżącym w jego gestii celem, jest wykonanie polecenia Reinfrida. Swoją drogą gdzieś już słyszał imię osoby, której miał pilnować. Tylko gdzie? Nagłe spotkanie z odpowiedzią spowodowało jakąś tajemniczą falę mocy magicznej, która to niechybnie sprawiła, że dzbanek z winem nieco oblał siedzącego obok domniemanego Mesjasza dziesiętnika. Torwaldo trochę zapomniał o swojej apostolskiej misji, ale to z tego względu, że Mistrz słabo o sobie przypominał. Dlatego giermek wolał pozostawić rozstrzygnięcie spraw związanych z nim Opatrzności. Na ten moment był skłonny traktować go raczej jako, jakiegoś proroka, czy innego cudotwórcę. Pospiesznie pocieszył Falke, który widocznie nie wiedział co począć z faktem bycia oblanym winem. Szczęściem Torwaldo wiedział, że ten napój dobrze działa na potencje, dlatego polecił zwiadowcy udać się w miłosne podboje, które dzisiejsza noc niewątpliwie zwieńczy sukcesem. Ukląkł na wpół prewencyjnie, (bo z mistykami to nigdy nic nie wiadomo, ) na wpół z uprzejmości przed Ragnarem i powstając powiedział z uśmiechem: - Witaj panie, mam wesołe nowiny hrabia przydzielił mi opiekę nad tobą, także możesz czuć się bezpieczny. |
| | |
| | #147 |
![]() | Reinfrid de Remacourt PO BITWIE Reinfrid zaczepił kciuki na rycerskim pasie, który pięknie podkreślał linię hrabiowskiego brzuszyska. Pobojowisko wyglądało dokładnie tak, jak wymarzył sobie władca Graviny. Upstrzona setkami tureckich trupów, niczym płótno namiotu przez muchy. Gdzieniegdzie tylko między zewłokami pogan pyszniło się ciało chrześcijańskiego rycerza, który dostąpił dziś honoru i już pewnie stawał w chwale przed Bramami Niebios: - Gloria In Excelsis Deo, kurwa żesz mać. – Wymruczał z satysfakcją. Potem wysłuchał meldunków, obsobaczył Torwalda, który wprawdzie na polu bitwy ściął kilku Turków, lecz nie był go tam, gdzie miał być. Za zadem reinfridowego ogiera. - Torwaldo, do jasnej i nieoczekiwanej cholery. Jesteś giermkiem nie harcownikiem, na biel cycków świętej Łucji. Rozumiesz!? A teraz marsz Ragnara pilnować, bo nadal mu źle z oczu patrzy. I z pyska… szczerze mówiąc, w ogóle to paskudnie cały wygląda. A sprawisz się podobnie w następnej bitwie to… Reinfrid powiódł wzrokiem po nieco uszczuplonych zastępach. Potrzebował wiernych przybocznych. Może nie zmyślnych, ale takich, którzy są jak cios toporem. Może niezbyt finezyjni, lecz nie do powstrzymania. - To pasuję cię na polu bitwy, giermku. Krótko potem do hrabiego podjechał posłaniec z obozu. Reinfrid wpierw w ogromnym zadziwieniu, a potem niemniejszym ukontentowaniem przeczytał o tym, jak jego Rothais zgromadziła ciury obozowe, dziewki i odparła rajd saraceński: - Moja ukochana córuchna! – Roztkliwił się. – Może nie ma tej siły co Ernaut, czy zmyślności co Adhemar, ale paskudztwo gorsze od trądu. Mówię ci panie. Zwrócił się do jednego z rycerzy z pocztu Tankreda, który stał w pobliżu: - Jej nikt nie ustoi, jak się wścieknie. Oj paskudna kobyła z niej bywa, ale moja córeczka. Dzielna i sprytna. Niejednego rycerza mogłaby dzielnością zawstydzić, a i liczko gładkie, eeeech… Zadumał się. Tak, to najwyższy czas. Trzeba dla Rothais szukać partii. Jakiegoś możnego hrabiego lub barona, bo przecież on – Reinfrid de Remacourtów sroce spod ogona nie wypadł! UCZTA Reinfrid po raz kolejny przepił do Hectora, a potem do małomównego Rogera. Oj przydałby mu się ten rycerzyk. Widać, że dzielny a i mieczem robić umie. Milczy, to i dobrze, nie trzaska dziobem po próżnicy jak niektórzy. Reinfrid spojrzał w odległy koniec namiotu, gdzie Ragnar pożerał właśnie fragment baraniej pieczeni. Ech, niby syn rycerza, a zachowuje się jak zwykły prostak i, nie przymierzając, chłop. Hrabia spojrzał po raz kolejny na Rogera. Nie umknęło mu, że Rothais uśmiechy mu śle i oczy wlepia, niczym ogar w gnat. No ale z tym to sobie Reinfrid umiał radzić. Wystarczy rycerzowi rzec, że pańska córka nie dla niego, chyba że czynów wielkich w imię de Remacourtów dokona i same korzyści są. Reinfird uniósł kielich: - Toast wznoszę. Toast za prawdziwych wojowników! Może żaden to honor psiarnię taką turecką rozgonić, ale w imię Boga Jedynego trza to czynić!!! A że i chwała za to spadnie na nas, to nic złego! Wszak rycerstwem jesteśmy, nie chłopstwem! A że rycerska rzec pić, a chłopska żreć, to pijmy! I wychylił pełen kielich, a potem kolejny i kolejny. W międzyczasie przywołał Torwalda i po wielekroć przypomniał mu, iż ma strzec Ragnara, by temu nic do łba nie strzelił i biedy sobie nie napytał większej. I by Ragnara w niczym nie słuchał, bo to łajdak, kurwiarz i wielki oszust, który u samego Lokiego… tfu, diabła nauki w oszustwach pobierać musiał. A potem zagadał do Rogera: - Panie rycerzu, wielcem rad cię tu widzę. W boju żeś sprawny, a i jeździec doskonały,. Powiem mi wszak czemuż to na klaczy jeździsz pewnikiem jako jedyny z rycerstwa tutaj? Jeśli ogiera ci ubito, z przyjemnością obdaruję cię jednym z moich destrariusów. A każdy w italskich Normanów wie, że konie ze stadnin Graviny za jedne z lepszych uchodzą. Klacze także. To rzekłszy spojrzał znacząco na Rothais. - A pytam cię panie Rogerze nie po to, by zawstydzić, czy despekt ci czynić, lecz by zaprosić cię do swoich zastępów. Jeślibyś był chętny, to rozmówię się z mym kuzynem Boemundem, pod którego komendą służysz. Reinfrid uśmiechnął się przyjaźnie do młodego rycerza, a potem zwrócił w stronę Hektora: - A i ciebie panie rycerzu z odległych stron zapraszam do swej kompanii. Otaczają mnie same młodziki, a widzę, że i u ciebie taki wigor i krew gorąca jak u mnie. Towarzystwo Reinfrida de Remacourt nie będzie ci z pewnością niedobre, nieprawdaż? A pod swoją komenda zapewniam i bitwy i łupy wielkie. I tak rozprawiali. Wino lało się strumieniami. Wnoszono kolejne półmiski pełne mięsiwa. Reinfrid mówił coraz bardziej niewyraźnej i coraz głośniej. Co rusz wtórował innym, rycząc rycerskie pieśni. A potem te mniej rycerskie, a wreszcie te, które zwykło się śpiewać po zamtuzach. I w końcu hrabia Graviny legł głową na stole pomiędzy stertą ogryzionych kości a przewróconym kielichem, z którego szeroką strugą polało się doskonałe wino bizantyńskie. Ostatnio edytowane przez kitsune : 02-20-2008 o 20:06. |
| | |
| | #148 |
![]() | - Pij.- mruknął Hama, co i tak było dla niego sukcesem, po raz kolejny napełniając Ragnarowi jego kielich. O tak, Troens musiał przyznać, iż po ostatniej bitwie jego relacje z milczącym sternikiem mocno się poprawiły. Zresztą, nie tylko z nim- teraz zamiast pomiatać nim jak szmatą, wielu z mężnych rycerzów rozmawiało z nim, ba- paru nawet wypiło jego zdrowie! I gdy kończył wychylać zawartość kielicha jego oczom ukazała się znajoma twarz. Torwaldo. - Witaj panie, mam wesołe nowiny hrabia przydzielił mi opiekę nad tobą, także możesz czuć się bezpieczny.- oznajmił, klękając przed więźniem. Ten uśmiechnął się nerwowo do Hamy, lecz widząc drwiący uśmieszek na jego twarzy uznał, iż nie ma czym się przejmować. Sternik niczego się nie domyśla, za to Torwaldo dostał się naprawdę wysoko... To dopiero była okazja! - To ja już pójdę, Hama, zaglądnę jeszcze wypić zdrówko twoje, twojej wybranki i tej trójki małych, czy ilu ich tam masz...- mruknął wstając od stołu, po czym ruszył ku wyjściu z namiotu, ciągnąc za sobą rycerza. - Spójrzże na siebie, uczniu mój!- odezwał się tonem mentora zaraz po opuszczeniu namiotu- Kimże byłeś w domu swym? A teraz, gdy mnie ujrzałeś i me błogosławieństwo otrzymałeś, jesteś najprawdziwszym rycerze, krzyżowcem o którym pisać będą przez wieki! Lecz nie zapomnił, że jesteś także tym, no... Apoge... Aposte... Apostołem!- spora ilość alkoholu we krwi utrudniała więźniowi swobodne wypowiadanie tak skomplikowanych słów- Twa funkcja tylko ułatwi ci zadanie, przyjacielu- oto bowiem musimy doprowadzić do objawienia prawd nowych, które sam Ojciec mi powierzył- by tego dokonać, trzeba jednak przygotowań stosownych. Oto misją twą od Boga samego jest zapewnienie Zbawicielowi, czyli że o mnie chodzi, należytego żywota podczas krucjaty. Wina, jadła i spokoju pragnę, a do tego zbroi i miecza najprawdziwszego- tak, by krew innowierców na mym ostrzu dawała przykład innym rycerzom! I pamiętaj- cokolwiek ci mówię, musi to pozostać tajemnicą do czasu mego objawienia... Oni nie są jeszcze na to gotowi. Ktoś wydał świętego Arturo od Zbawiennej Pomocy i Dobrej Gorzały i spójrz, już go wśród nas nie znajdziesz... A my, uczniu, mamy naprawdę wielką misję...
__________________ Kutak - to brzmi dumnie. |
| | |
| | #149 |
![]() | Falke siedząc za stołem starał się nie rzucić się na jedzenie zbyt bardzo, mimo tego że był to pierwszy, prawdziwy posiłek od kilku dni. Dzieląc stół wraz z Hamą i Ragnarem, w którym rozpoznał uciekiniera ze statku, który wywołał spore zamieszanie, przysłuchiwali się ich wypowiedziom co jakiś czas dorzucając od siebie kilka słów. Starał się raczej słuchać niż mówić, z pewnych oczywistych dla siebie względów. Powoli uchodziło z niego napięcie z bitwy, powoli dochodziło do niego czego dziś nie tylko był świadkiem, ale tez uczestnikiem. Popijał powoli piwo, nie dopuszczając stanu upojenia. Powoli zaczął odczuwać błogie rozleniwienie, gdy nagle niespodziewanie został oblany czymś, co po zapachu rozpoznał jako nieco rozcieńczone woda wino przez niewiele, na pierwszy rzut oka starszego od siebie chłopaka, który szybko go przeprosił radząc mu przy okazji, by nie przejmował się oblaniem, a nawet wykorzystał ten fakt, by snadniej obłapić jakąś pannę na nocne igraszki. Falke dziękował bogom za niedostateczną ilość światła płynąca od strony ognisk, by łatwo był zauważalny gwałtowny ramienic jaki pokrył mu policzki i szyję, oraz za fakt, iż najprawdopodobniej będzie to poczytane za efekt wypicia dużej ilości piwa. Odmruknął coś w odpowiedzi, i ze zdziwieniem zarejestrował, że ów udzielający mu rad chłopak nagle padł na kolana i zwróciwszy się do Ragnara z na poły wesołym, a na poły zatrwożonym wyrazem twarzy rzekł: - Witaj panie, mam wesołe nowiny hrabia przydzielił mi opiekę nad tobą, także możesz czuć się bezpieczny. Ragnar nagle powstał z dziwnym błyskiem w oku i pożegnawszy się szybko z Hamą ruszył gdzieś w towarzystwie chłopaka. Falke został przy stole z rycerzem. Nie bardzo wiedział o co go pytać, a o co nie, wolał nie sprowokować żadnej dziwnej sytuacji, gdyż w przeciwieństwie do niego samego, Hama nie stronił od trunków. Po pewnym czasie, odszedł od stołu, czując, że potrzebuje nieco świerzego powietrza, a w miejscu biesiady począł wisieć coraz gęstszy zapach przetrawionego alkoholu, przypalonych kości wrzucanych do ognia, zmieszany z potem i zaschnięta krwią.
__________________ Wielu spośród żyjących zasługuje na śmierć. A nie jeden z tych, którzy umierają, zasługuje na życie. Czy możesz ich nim obdarzyć? Na bądź więc tak pochopny w ferowaniu wyroków śmierci. Nawet bowiem najmądrzejszy z Mędrców nie wszytko wie. |
| | |
| | #150 |
![]() | Uczta - noc Biesiada rozwijała się pomyślnie, o czym świadczyły pochrapywania znad i spod stołów, tudzież odgłosy wymiotów dobiegające spoza namiotów. Czasem dało się słyszeć pisk dziewki zdybanej gdzieś pośród wozów przez gnanego chcicą rycerza na tyle jeszcze trzezwego, że mógł utrzymać się na nogach. Ragnarowi nie dane było dalej rozwinąć swej przemowy. Na ramię spadło mu ciężko ramię Hamy, który bez słów wskazał mu namiot. Gdy zasiedli z powrotem za stołem czoło sternika przecięła głęboka zmarszczka, wszak rozkaz Hrabiego był jasny - mieli z Falke pilnować więznia. Pokręcił głową. Szczęście zwiadowcy, że Reinfrid mocno podpił i nie myślał o Ragnarze inaczej grzbiet nowo mianowanego dziesiętnika obficie spłynąłby krwią. Na szczęście rycerze w większości ledwo trzymali się na nogach, a dopalające się łuczywa wieściły koniec uczty. Wokół coraz bardziej cichnącego obozu krążyły straże, nawołując się co jakiś czas pośród ciemności Ranek - obóz "Ach jakże piękny widok przedstawiały sobie sobą wojska Normanów, gdy owego dnia wyruszali o świcie naprzeciw niewiernym. Przodem jechała straż z turkopoli złożona, wypatrująca czy wróg podstępny gdzieś zasadzki nie uczynił. Dalej książę Boemund ozdoba całego chrześcijańskiego rycerstwa. ![]() U jego boku szlachetny Reinfrid hrabia Graviny ze swym pocztem, dalej młodzieńcy wysokiego rodu : Tankred ![]() i synowie hrabiego Adhemar i Ernaut. Za nimi ciągnęło wojsko w szyku, a to na przedzie lekka jazda, za nimi rycerze w boju już bywali, dalej piechota i tabory. Szli do południa marszem dobrym i godzin jeszcze cztery aż stanęli pod twierdzą Nikea. I zdumiało się wojsko całe bo mury miasta owego liczyły kroków 8000 a broniło go 240 baszt. Z tyłu zaś jezioro zwane Askaniańskim dostępu strzegło, gdzie Turcy śmiało na łodziach wypływali i bluznili przeciw Panu Naszemu. ![]() W prawym górnym rogu resztki murów i baszt Nikei Zaraz też wodzowie udali się na naradę, a jako ze pierwsi przybyli Boemund i pobożny Gotfryd oni to zaczęli plan układać. Był 6 maja Roku Pańskiego 1097" - zanotował Szymon z Tarentu opisując zdumienie na widok miasta pierwszych oddziałów krzyżowych. W istocie narada nie dała wiele. Szczupłość sił uniemożliwiał otoczenie miasta, zresztą brak floty nie pozwalał na blokadę twierdzy. Przybyły oddział bizantyjski zaczął co prawda montować zaraz machiny miotające, ale wobec grubości murów nadzieje na uczynienie wyłomu były nikłe. ![]() ![]() Reinfrid wyszedł z namiotu wściekły o czym świadczył kolor jego oblicza. Na wyrazny rozkaz Boemunda miał wyruszyć na poszukiwanie relikwii, o jakiej bełkotał ten zapchlony mnich Piotr Pustelnik. Humoru Hrabiemu nie poprawiała krążąca po obozie plotka jakoby za murami Nikei była żona i dzieci Kirdż Arslana i co ważniejsze również jego skarbiec. Ale rozkaz był jasny nie pozostawało mu nic innego jak gryzć wąsy i liczyć że po zdobyciu miasta przypadnie mu w udziale uczciwie policzona część łupów. Na razie jednak parł jak nosorożec przez obóz na prawo i lewo wydając warkliwym głosem rozkazy nakazujące wybranym rycerzom sposobić się do wymarszu.
__________________ Nie daj Boh z Ivana pana, a z Marijki dobrodijki. Odkąd umarła mądrość błaznów, błazeństwo mędrków wzrosło niepomiernie. Co to jest nicość ? Pół litra na dwóch. Jestesmy tylko szeptem czasu, który przemija... |
| | |
| Reklama |
| |
![]() |
| Użytkownicy aktualnie czytający ten wątek: 1 (0 użytkownik i 1 gości) | |
| Narzędzia wątku | |
| Wygląd | |
| |
Podobne wątki | ||||
| Wątek | Autor wątku | Forum | Odpowiedzi | Ostatni Post / Autor |
| [Komentarze] Deus le volt | Arango | Komentarze do sesji RPG - Historyczne | 226 | 12-03-2008 18:31 |
| [inne] Deus le volt | Arango | Toplista sesji | 3 | 09-27-2007 13:51 |
| [autorski] Deus le volt | Arango | Archiwum rekrutacji | 25 | 03-15-2007 12:24 |