![]() | ![]() |
![]() |
| |||||||
| Sesje RPG - Historyczne Czy masz czasem wrażenie, że nie należysz do tej epoki? Czy chcesz spróbować żyć na zamku wzorem szlachcianki albo z husarzami przetrzepać skórę nieprzyjaciela? Zatem na koń! Wsiądź do naszego wehikułu i cofnij się w czasie dzięki mocy wyobraźni. |
![]() |
| | Narzędzia wątku | Wygląd |
| | #151 |
![]() | Hektor obudził się rankiem z niezwykłym bólem głowy. Pierwsze, co zrobił to skorzystał z resztek miodu pozostawionego na stole, by zaspokoić pierwsze pragnienie. Myśl, ze będzie teraz musiał maszerować przez gorącą pustynię, z takim bólem głowy, nie napawała go radością. Jednak był i optymistyczny akcent wczorajszej biesiady. Odniósł wrażenie, że wpadł w oko córce hrabiego. Jednak zbyt dobrze wszystkie nie pamiętał, także potwierdzić tego nie mógł do końca, mimo wszystko jego samoświadomość mówiła mu, że być inaczej nie może. Do tego wszystkiego dochodziło zaproszenie z strony Reinfirda. Myśl, ze w końcu wyrwie się spod ramienia Boemunda bardzo go uszczęśliwiła, toteż zapomniało mu się nawet o bólu głowy. Poprawił pas z zawieszonym na nim, zdobyczny mieczem i wyszedł z namiotu. Słońce mocno przygrzewało, jednak dało się odrobinę do tego przyzwyczaić podczas tych tygodni marszu. Zabrał jednego z zdobycznych koni tureckich i ruszył z kolumną. Po czasie dotarli do wspaniałej twierdzy, jaką była Nikea. Nie miał pojęcia jak chcą zdobyć tak wspaniałe miejsce. Widział, ze Bizantyjczycy budowali trebusze i inne urządzenia zdatne do rozłupywania murów. Hektor jednak śmiał wątpić w skuteczność tak małych machin przeciw tak potężnym murom. Niewątpliwie nie marzył o dobywaniu tej twierdzy. Nie wątpił, że w środku łupu nabrać można, co nie miara, ale na tym mu nigdy zbytnio nie zależało. Do życia, jakie wiódł dotychczas wystarczył koń, płaszcz i miecz. Był podróżnikiem, tułaczem, a to, że był z szlacheckiego rodu, otwierało mu gościnę w wielu miejscach. Dlatego też teraz nie śpieszyło mu się do zajmowania twierdzy, tym bardziej, że innego sposobu nie widział jak frontalny atak na mury, z drabinami i taranami. Tak najłatwiej zginąć, cierpiąc straszne męki w ostatnich tchnieniach życia, będąc poparzonym gorącą smołą. Jak tylko usłyszał, ze Reinfird szuka ludzi do szukania relikwii, zgłosił się jako pierwszy na ochotnika. - Zacny hrabio Reinfrid’zie de Remacourt. Ludzie niosą wieść, ze szukasz mężnych wojów, którzy by mogli odbić święte relikwie z rąk pogańskiego wroga. Wiem, że to misja szalenie niebezpieczna, ale ja na nią się piszę. W imię twoje i ku twej chwale szukać tych świętych przedmiotów będę. Chodźmy to miał być zakopany w piachach Sahary paznokieć Maryi, ja go znajdę i oddam tobie, by twej osobie cześć i chwałę przynosił. Daj mi szansę odwdzięczenia się za gościnę, jaką mi udzieliłeś, czas by i ja tobie jakoś się odwdzięczył – Hektor modlił się w głębi ducha, by Reinfierd pozwolił mu szukać tych relikwii. Hektor miał gdzieś relikwie, jeśli trzeba, to sobie obgryzie paznokcie i da je hrabiemu, jakoby były Maryi. Chodziło o to, by nie ginąć w głupi sposób przy dobywaniu murów.
__________________ "War. War never changes" by Ron Perlman "Fallout" Ostatnio edytowane przez sante : 02-21-2008 o 21:14. |
| | |
| Reklama |
| |
| | #152 |
| Administrator ![]() | Rothais przez całą podróż była drażliwa niczym osa. Rycerz podobno zwany Białozębym - choć Rothais nie miała najmniejszego pojęcia z jakiego powodu - szczerzył się do niej obleśnie i nie szczędził jej komentarzy. Panna de Remarcourt nie pozostawała mu dłużna, na każdą jego uwagę odpowiadała równie zaczepnie, co niegrzecznie. Cała ta sytuacja doprowadzała ją do furii, szczególnie zważywszy na to, że Roger nadal nie zwracał na nią uwagi. Kuzynka Jeanne stwierdziła, że niechybnie musi być z nim coś nie tak. Widziała podobno na jednym z postojów jak z czułością gładził swoją klacz, przemawiając do niej i nazywając ją imieniem kobiety. Dodała zaraz, że na dworze jej ojca przydybano kiedyś jednego chłopa stajennego, który darzył niezwykłym afektem wszystkie klacze tak bardzo, że wręcz wolał je od kobiet! Że też Bóg pozwala takim chodzić po ziemi! Na to zaraz odezwała się Marita, która miała się nieco lepiej, choć melankolia nadal nie opuszczała jej ciała, a w ciągu nocy jej oczy niemal nie wysychały od łez. Oburzyła się opowieścią Jeanne, nazwała ją zbyt wyuzdaną i kazała wstydzić się Boga najwyższego za takie kłamstwa! Wszak to niemożliwe by mężczyzna spółkował w ten sposób ze zwierzęciem. A jeśli Roger rzeczywiście darzy afektem swoją klacz, czule się do niej odzywa i nazywa ją kobiecym imieniem - niewątpliwie musi być to sprawka potężnej magii! Niechybnie jakiś zły, zazdrosny magik przemienił jego ukochaną w klacz, aby na zawsze rozdzielić kochanków! A mimo to tak bardzo się kochają, że nie odstępują się ani na krok, ona wiernie mu służy, a on szuka sposobu aby odczarować ukochaną... Rothais znowu wpadła w furię. Nie ważne czyja historia była bardziej prawdopodobna, z obu wynikało, że Rothais jest mniej warta od kobyły! Kuzynka, która zdążyła już poznać diabelską naturę swej dalekiej krewnej, trzymała się teraz bliżej Marity. I tak też upłynęła cała podróż - Rothais w złym humorze jadąc konno, Jeannie i Marita zaprzyjaźniając się bardziej, na wozie. Aż wreszcie cała wyprawa stanęła tuż pod murami Nikei. Rothais pierwszy raz od czasu niezapomnianej obrony obozu wpadła w zachwyt. Jak każda kobieta lubiła piękne rzeczy i... władzę. Wspaniałe kształty Nikei były wręcz uwodzicielsko piękne i przywodziły na myśl potęgę i władzę. Ktoś, kto posiadał tak piękną i niezdobytą twierdzę, musiał być doprawdy niezwykłym człowiekiem. A już na dniach to właśnie jej ojciec (a więc i pośrednio sama Rothais) będzie władał Nikeą. Rothais zmrużyła oczy i niczym kocica z zadowoleniem obserwowała jak żołnierze rozkładają machiny oblężnicze. Jednak oczami wyobraźni już widziała siebie w zamku, wydającą wielką ucztę na cześć zwycięzców, wśród wygód i przepychu, jaki niewątpliwie panował w środku, a na który zasłużyła przebywając tak ciężką i trudną podróż. Wtem nagle przekazano jej wieść od ojca - ma się natychmiast pakować, zabrać najpotrzebniejsze rzeczy, gdyż na dniach wyruszają w dalszą drogę. Na początku Rothais zapłonęła gniewem. Dlaczego wszyscy w koło muszą zawsze psuć każdy jej plan i każde marzenie?! Jednak zanim wpadła do namiotu ojca, ochłonęła nieco i pozwoliła, żeby sam sens wiadomości do niej dotarł. Wyruszają w podróż, bardzo ważną podróż, podróż jedynie dla nielicznych. Tą samą podróż, o jakiej wspominał jej brat, jeszcze przed bitwą. Tą, na którą początkowo nie chciano jej zabrać. A więc drogi papa zmienił zdanie! Musiał docenić jej wartość, jej męstwo i odwagę! Tak, to na pewno będzie wspaniała, cudowna wyprawa! - Ojcze - pokłoniła mu się, zaraz gdy weszła do namiotu (co zwykle robiła niechętnie, gdy miała swoje humorki), a jej oblicze promieniało jakimś dziwnym zadowoleniem - Ojcze, dziękuję, że zechciałeś mnie poprosić o dołączenie do Twojej wyprawy. Wdzięczna Ci jestem. Powiedz mi proszę, czy ten rycerz, Roger, czy on również jedzie z nami? Jestem pewna, że zwróciłeś uwagę na jego męstwo w walce i sztukę wojenną, którą opanował w wielkim stopniu. Z pewnością przyda Ci się u boku ktoś, kto nie zawaha się oddać za Ciebie życie i kto jest Ci wiernie oddany, mój drogi ojcze... Panna de Remarcourt widziała jeszcze jedną szansę w tej wyprawie. Ale o tym póki co - sza!
__________________ – Chciałem powiedzieć (...) że na tym świecie jest chyba coś, dla czego warto żyć. Śmierć zastanowił się przez chwilę. KOTY, stwierdził w końcu. KOTY SĄ MIŁE. T. Pratchett Czarodzicielstwo |
| | |
| | #153 |
![]() | Rankiem, po uczcie Falke widząc stan co poniektórych ‘zacnych’ rycerzy radował się w duchu z swej powściągliwości w raczeniu się trunkami poprzedniego wieczora. Nad ranem, nie mogąc zbyt długo spać, spacerował w rześkim, jeszcze nie przepełnionym żarem słońca powietrzu, ciesząc się pięknem przedświtu. Nagle zza załomu skalnego doszedł go dźwięk szamotaniny. Z mieczem w dłoni ostrożnie ruszył w tamte stronę. Ku jego zdumieniu, ujrzał przed sobą smukła, karą klacz starającą się ocieraniem o skały pozbyć się martwego ciężaru ciała, jakie mocno wplątane nogą w strzemiona ciągle trzymało się jej grzbietu. Klacz najwyraźniej była bliska paniki, zmęczona, wystraszona nieznanym jej ciężarem, i tym, że nie może poruszać się swobodnie. Falke ostrożnie, tak by nie spłoszyć wierzchowca ruszył ku niej, delikatnie schwyciwszy za wodze, począł uspokajająco gładzić ją po miękkim niczym aksamit pysku. Po chwili szarpaniny zdołał uwolnić nogę martwego Turka. Zginał on od strzały jaka przeszyła jego gardło na wylot. Wytarłszy spocone boki klaczy kaftanem niepotrzebnym już trupowi, spokojnie ocenił wierzchowca. ![]() Klacz była młoda, bez żadnych ran, czy defektów, harmonijnie zbudowana, wysoka i smukła jak większość arabskich koni .Całkowicie czarna,wydawała się być w całości wycięta z lśniącego, gładkiego obsydianu. Falke pozwoliwszy się jej oswoić z własnym zapachem, wyregulował długość strzemion do swoich potrzeb. Z zadowoleniem ocenił wysokość siodła, które w przeciwieństwie do typowo rycerskich nie spoczywało na samym środku grzbietu konia, powodując, że dało się siedzieć wyłącznie ciężko okrakiem, lecz było podciągnięte wysoko, dając wielką swobodę zarówno wierzchowcowi jak i jeźdźcowi. Ujął wodze, lekko się odbił i wylądował w siodle. Klaczka cicho zarżała, czując nowego jeźdźca na swym grzbiecie, lecz gdy Falke ruchami kolan i ud skierował ją ku obozowisku ruszyła płynnym kłusem. Gdy dotarli pod mury Nikei Falke podziwiał przez chwilę potężne mury miasta. Wydawało się ono mu twierdzą równie piękną jak potężna i raczej trudną do zdobycia... Będąc w obozowisku zwiadowca usłyszał, o planowanej wyprawie Reinfrida de Remacourt. Wiedział, ze to dla niego kolejna szansa by zostać docenionym. Niezwłocznie zebrawszy swe rzeczy udał się w pobliże namiotu hrabiego prowadząc nowo zdobytego wierzchowca ze sobą. Piękna klacz, zdobione z umiarem acz mimo to pięknie siodło i uprząż napawały Falke dumą.
__________________ Wielu spośród żyjących zasługuje na śmierć. A nie jeden z tych, którzy umierają, zasługuje na życie. Czy możesz ich nim obdarzyć? Na bądź więc tak pochopny w ferowaniu wyroków śmierci. Nawet bowiem najmądrzejszy z Mędrców nie wszytko wie. Ostatnio edytowane przez Lhianann : 02-27-2008 o 18:56. |
| | |
| | #154 |
![]() | Następny na klaczy jedzie. Co to im się umyśliło? Może to po to by oszczędzić pracy przy oporządzeniu giermkom jak Torwaldo. Klacz to jednak kobieta i nie uwali się tak w brudzie, sierść ma gładszą i podków tyle nie gubi. Jednego tylko dotąd rycerza zaobserwował na klaczy, bodajże Rogera. Ciekawe, jak to jest, że ten wojak dba o swojego konia nie mniej jak o kobietę, a ci na ogierach to i załatwiać by się mogli nie schodząc z siodła, co oczywiście budziło w przyszłym rycerzu zgorszenie. Pewnie klacze łatwiej w zażyłość popadają z mężczyznami i omotują ich sobie wokół kopyta. Słyszał on czasem historie dziwne o takich zażyłościach i dziw go brał. No bo jak tak może człowiek z koniem? Opowieści mianowicie dotyczyły takich mężów, którzy przez jakieś dziwne zjednoczenie, sami koniem się niejako stawali. Co więcej widział nawet obrazek w jakiejś starej rzeźbie przedstawiający zwykłego mężczyznę od pasa w górę, który zamiast nóg miał tułów koński. Według opowieści centarłem się taki stwór nazywał. Torwaldo chciałby kiedyś zobaczyć centarła. Wracając ze świata fantazji giermek przypomniał sobie, że każden prawie rycerz jeździ sobie na ogierach. Bestie jedne, narowiste jak ich panowie, ale Torwaldo miał rękę do zwierząt, miał przecież wieloletnie doświadczenie. A jak z koniem to i z jeźdźcem sobie poradzi. Oczywiście, że tak właśnie dowiedział się, że kolejnym etapem jego epicznej przygody będzie poszukiwanie świętych relikwii. Może jeszcze rycerzem nie był w pełni, ale poszukiwaczem Świętego Graala na pewno tak. A który tytuł mógłby być zaszczytniejszy od tego? Zaraz poleciał podzielić się swoim powołaniem z Ragnarem wiadomo, że pobożny mąż będzie miał dlań w zanadrzu jakąś dobrą radę. Wyjawił mu też, że jeśli i on zaciągnie się do wyprawy pewnie dostanie upragniony miecz i zbroję. Pogawędził jeszcze wesoło z Hamą o centarłach i opowiedział mu o kamieniach pogodowych, które zebrał wcześnie rano. Okazało się, że ten ma niewielką wiedzę w sprawach o których rozprawiał Torwaldo, więc udał się do Reinfrida, by omówić bieżącą wyprawę i zainteresować jakimiś niestworzonymi opowieściami. |
| | |
| | #155 |
![]() | Szlachetni mężowie podróżowali na rosłych ogierach z dumą wypinając pierś i czekając tylko okazji, by stanąć do walki. Tak malowano ich na obrazach, tak zresztą poruszali się czasem i w rzeczywistości. Ragnarowi najwyraźniej brakowało szlachetności, gdyż całą drogę spędził na wozie, na który wrzucił go o poranku Hama, oceniając, iż jeżeli w przeciągu dwóch godzin nie umrze od nadmiaru alkoholu we krwi, to musi być po prostu niezniszczalny. Nie umarł. Ale jego głowa zdawała się wybuchać setki razy na sekundę, zaś powóz, na którym znajdowały się szaty mężów szlachetnych- cały przybrał kolor jego wymiocin. - Ja już nie piję...- westchnął Troens, wytaczając się z wozu, obudzony przez coraz to głośniejsze przygotowania do jakiegoś wymarszu. Gdy po chwili dorwał się do pozostawionego przez jednego z rycerzy nagle wezwanego do namiotu dowódcy wina, jego wcześniejsze słowa straciły jakąkolwiek wartość. I właśnie przy garncu wina dorwał go Torwaldo. - No to z racji, że de Remacourt kazał ci i na mnie oko mieć, pojadę razem z tobą, wierny apostole. Tylko o tej zbroi pogadaj, niech nie będzie to nic kiepskiego, wiesz- warto dbać o swe przyszłe zbawienie... A jak to mówiłem w tym kazaniu całym, "Kto jest bez winy, niech pierwszy rzuci kamieniem"- ale oni nie są bez winy, a rzucają. No, jakby nie mieli winy, to by mogli rzucać... Albo jakby mieli wino. Chociaż, czy ja wiem...- zaplątał się w "przemyślenia" więzień- Nieważne. Muszę mieć dobrą zbroję, bo dostanę kamieniem i nie zbawię was wszystkich. I to twe kolejne zadanie, bracie mój. Kończąc swe kazanie, Ragnar dopił do dna dzbana z winem i cisnął nim o ziemię. I chociaż żywot "Zbawiciela" opierający się na piciu wina i kłamliwych kazaniach odpowiadał mu jak najbardziej, to żeby cokolwiek osiągnąć, musiał działać. A żeby działać, musiał zaciągnąć się na wyprawę. Czyli porozmawiać z samym de Remacourt. Wspomnienie ich ostatniego spotkania nie było najlepsze, ale cóż począć... Zwiadowca powolnym krokiem ruszył w kierunku namiotu, gdzie zazwyczaj przebywał przywódca, po drodze pytając się co rusz jakiegoś woja, czy go nie widział. Twarz podczas wędrówki swej wodą opłukał, ogryzł leżący na beczce fragment udźca, o którym ktoś zapomnieć musiał, z brody swej powyciągał fragmenty wczorajszej wieczerzy... A potem stanął przed jego obliczem. Poczekał chwilę, aż Rothais swą mowę skończy, po czym sam do słów przeszedł. - Panie mężny, pogromco niewiernych, zdobywco miast wielu, zwycięzco bitw niezliczonych...- mówił, składając pokłon podobny do tych, co kiedyś u Turków kiedyś zobaczył- U twego boku, sir de Remacourt, na wyprawę po relikwie pragnąłbym wyruszyć- u boku mego ojca wojowałeś nie rok i nie dwa, a z racji, iż to on nauczał mnie, jak walczyć i fach mój pełnić, to pewnym możesz być, iż gorzej od niego się nie spiszę. Raz już szansę raczyłeś mi dać, spójrz teraz na ilość głów na włócznie wbite, które moim ostrzem od ciała odpadły- Hama, opiekun mój, potwierdzi me słowa. Prosty sternik do mojej osoby przekonać się zdołał, ufam więc, że i oświecony mąż pańskiego pokroju spróbuje. W zamian zaoferować jestem w stanie me usługi- w badaniu terenu i wrogów wypatrywaniu nikogo lepszego na tych ziemiach nie znajdziecie, panie, ręczę własnym... No, tym co chciał mi jaśnie pan w porcie jeszcze obciąć.
__________________ Kutak - to brzmi dumnie. Ostatnio edytowane przez Kutak : 02-28-2008 o 17:52. |
| | |
| | #156 |
![]() | Reinfrid de Remacourt Reinfrid załomotał paluchami w drewno stołu. Pot ściekał mu po nalanym obliczu aż na brodę, niknął w gęstwinie sztywnych jak drut kłaków, by wyłonić się w postaci wilgotnej strugi ściekającej po szyi w kierunku beczkowatej i włochatej piersi. Boemund pokrzyżował mu plany. Miał dobywać skarbów w Nikei. Tymczasem za sprawą szalonego księżyny wyruszał w kilkanaście koni po jakąś relikwię. Eeeech, a przecież go kusiło, by poderżnąć pustelnikowi gardło, póki jeszcze można było. Reinfrid sapnął, obiecując sobie, że następnym razem zaufa intuicji. Doskonale wiedział, iż Boemund to szczwany lis i nie wierzy w pierdoły opowiadane przez jąkającego się mnicha. Raczej zamierzał się go pozbyć. Zresztą cholera wie, tak czy inaczej zostawi tutaj większość swoich wojów i obu synów, by dopilnowali interesów rodu de Remacourt. Ze sobą pan na Gravinie zamierzał wziąć ledwie Hamę, dziesiątkę zbrojnych, giermka Torwalda i córkę. Nie zostawi tej sekutnicy samej z synami w obozie, bo wiedział, iż ani Adhemar, ani Ernaut nie poradzą sobie z siostrą. Rothais doda się którąś ze służek. Reinfrid liczył, że ta eskapada nie będzie długa. Poszwendają się po bezdrożach, by po kilkunastu dniach wrócić z niczym. Przecież pustelnik mógł duby smalone bredzić, i pewnie bredził. Reinfrid de Remacourt przywołał sługę: - Biegnij do mej córki i każ jej się pakować. Niech będzie gotowa do wyjazdu jeszcze dzisiaj. Pojedzie z nią któraś ze służek. Wybierz jakąś z brzydszych, by na wyprawie zadkiem mi wojów od bitki nie odciągała. Zapamiętałeś wszystko? Sługa kiwnął tylko głową i wypadł z namiotu. Reinfrid wstał i ruszył w kierunku wyjścia z namiotu. Tylko po to, by wpaść na rycerza Hektora, który bezceremonialnie wpakował mu się do namiotu i zaproponował swój miecz na usługi, wraz z rękoma, nogami i zwalistym korpusem samego Hektora. Oraz głową, póki co jeszcze na karku. Reinfrid objął rycerza i ryknął jowialnie: - To i widać, iż w waszym rodzie odwaga z ojca na syna przechodzi. Pewnie Hektorze, pewnie, twój miecz przyda się, a cięty język zapewni rozrywkę w trakcie podróży. Idź wiec do siebie i przygotuj się do wyprawy. Dziś jeszcze chciałem wyruszyć. Krótko potem odwiedzili Reinfrida jeszcze Falke oraz Ragnar. Usługi obu zwiadowców Reinfrid zaakceptował. Nastrój mu się nieco poprawił, to i kazał dla Ragnara przygotować kolczugę i dobry miecz. A potem wezwał do siebie Torwalda, by ten pomógł mu się odziać w zbroję. Zamierzył jeszcze dziś wyruszyć. Im wcześniej to uczyni, tym wcześniej wróci. |
| | |
| | #157 |
![]() | Obóz pod Nikeą 6-7 V AD 1097 Rothais popatrzyła na ojca. Ten spojrzał na swą "córuchnę" i uśmiechnał sie w gestwinę brody. Już wczoraj przemysliwał jak skłonić rycerza do przejścia do jego obozu. Chłop wyglądał na niegłupiego, mieczem machał dobrze - ot taki nadał by się dla córki hrabiego Graviny. Ród może nierówny Remarcoutom, ale Reinfrid nie miał zamiaru zwracać na to uwagi, jeśli tylko dałoby się wydać Rothais za mąż. Po kim ona ma ten charakter - zadumał się. Ani chybi bo babce Ingebordze, co gdy przyłapała dziadka Reinfrida na figlach ze słuzebną tak go po krzyżach buławą prasneła, ze ten tydzień w łożu leżał, a potem na każdą burzę okrutnie go w krzyżach łupało. Ani chybi po babce - skonkludował. - Córeczko, wiesz że odmówić Ci niczego nie mogę, a młodzian ten wielce udały mi się zdaje - zaczął i zobaczył rumieniec na twarzy córki. Rothais zakręciła się jak fryga i pomknęła do swego namiotu szykować się do wyprawy. Musiał jeszcze wysłuchać kilku rycerzy pragnących uczestniczyć w wyprawie, na koniec do namiotu zgięty wpół wszedl jakis brudas. Odwrócony poczatkowo tyłem Hrabia ze wzrastającym zdumieniem nieco bazładnej mowy petenta. Potem odwrócił się i popatrzył na petenta. Twarz nabiegła mu krwia, ale nim zdażył wybuchnać zza pleców Ragnara wysunął się Hama skinieniem głowy i ruchem ręki potwierdzając słowa więznia. Reinfrid zadumał się na chwilę. Właściwie przyda mu się taki osiłek. A przy odrobinie szczęścia skręci w górach kark i pozbedzie sie wrzoda dokuczliwego jak te co gnębiły świętego Sulpicjusza, gdy ślubował przez lat trzydzieści i trzy nie zażywać kąpieli i usług balwierza. Bez słowa, skinieniem wyraził zgodę. Resztę wieczoru zeszło mu na obmyslaniu wyprawy, wydawaniu poleceń wojom i słuzbie. Obsztorcował nieco swego giermka, że zbroja nie lśni niczym psie jajca i spokojny, że zrobił co należało legł na skórach w namiocie. Ranek Wyprawa szykowała się do wyjazdu, lecz pan na Gravinie wstrzymał nieco wymarsz chcąc popatrzyć na szturm Lotaryńczyków. Jęknęły zwolnione naciągi machin i kilkanaście głazów uderzyło o mury Nikei nie czyniąc im zda się żadnych szkód. Zabrzmiał okrzy "Deus le volt" i nakzano ruszyć ludziom Gotfryda i Baldwina do ataku. Ci ruszyli zrazu ochotnie z wielkim krzykiem, lecz obrońcy zarzucili ich gradem strzał i kamieni, tak że dwie fale szturmujących odbiły się od murów i cofnęły pozostawiając na piasku kilkadziesiąt drgających ciał. ![]() Reinfrid usmiechnął sie złośliwie. Może ta wyprawa jeszcze wyjdzie na dobre. Tkwiłby tu bezczynnie pod murami, słuchając babskiego jazgotu Prowansalczyków, czy klepania pacierzy przez tego kleszego sługę Gotfryda i kazań biskupa Adhemara. Popatrzył na swóje wojsko. Miał 6 zwiadowców (wśród nich Falke i Ragnara), 20 rycerzy (a w ich szeregach Hektora, Rogera i Hamę), Torwaldo i kilkunastu giermków. Tyluż samo turkopoli, jako przydatniejszych przy walkach w górach. No i oczywiście Rothais ze służką i na wpółobłąkanego mnicha. Miał już dać znak do wymarszu, gdy ujrzał jak pędem zbliża sie do niego nieznany mu rycerz. Wstrzymał konia.
__________________ Nie daj Boh z Ivana pana, a z Marijki dobrodijki. Odkąd umarła mądrość błaznów, błazeństwo mędrków wzrosło niepomiernie. Co to jest nicość ? Pół litra na dwóch. Jestesmy tylko szeptem czasu, który przemija... Ostatnio edytowane przez Arango : 02-29-2008 o 15:07. |
| | |
| | #158 |
| Wasteland warrior ![]() | Pył z wysuszonej, kamienistej gleby unosił się z każdym uderzeniem kopyt wierzchowca. Kary, mocnej budowy ogier posłusznie kierował się ku orszakowi hrabiego Reinfrida, znać był rękę dobrego masztalerza, bo krok zwierzęcia był równy i spokojny. Siedzący na nim rycerz był słusznego wzrostu i takiejże samej postury - szeroki w barach jak tur, o surowych rysach twarzy - bardziej przypominał jakiegoś rzymskiego konsula niźli krzyżowca. Długie brązowe włosy porywane były podmuchami suchego lewatyńskiego wiatru. Kolczuga i napierśnik, choć z wyglądu surowe, były solidnie wykonane a całości dopełniał niebieski płaszcz, łopoczący na wietrze i skórzane rękawice. Przy siodle przytroczony miał ciężki topór. Nikt z obserwujących go członków orszaku hrabiego nie dostrzegł, żadnych insygniów rodowych - ani na tarczy, ani na zbroi czy płaszczu. ![]() Za rycerzem podążał konno giermek, prowadzący jeszcze za sobą dwa luzaki i jedno juczne zwierzę. Postać sługi była kompletnym przeciwieństwem rycerza. Drobna postura i szachrajski wyraz twarzy sprawiał, że ręce same chciały sprawdzić czy sakiewka nadal jest na swoim miejscu. Odziany był w niebieski kaftan z białym krzyżem na piersiach, a przy pasie miał długi kord, a z łęku siodła zwisała kusza. ![]() Rycerz podjechał stępa ku hrabiemu De Remarcout. Zsiadł z konia, chrzęszcząc zbroją, wodze oddał słudze... ten zastanawiał się przez chwilę, jak gdyby nie miał ochoty posłuchać polecenia, ale lodowate spojrzenie posłane mu przez zwierzchnika, szybko dało mu odpowiedź na jego wahania. - Jestem Edward... zwany również przez niektórych Sprawiedliwym... - lekko schylił głowę w geście powitania znaczniejszej od siebie persony - przybywam z dalekiego kraju, niegdyś do Brytów należącego. Pokuta wygnała mnie do Ziemi Świętej... teraz pragnę oddać swoje zbrojne ramię na twoje usługi hrabio Reinfridzie, bowiem przy tak wielkim ponoć wojenniku, szybko odkupienia grzechów dostąpić można, gromiąc i rezając niewiernych ku uciesze Pana.
__________________ Rangers lead the way - 2 batalion Rangersów - 6 June 1944 - Omaha Beach Tajemnice Czarnego Lądu - zapraszam do rekrutacji. 11844451 - moje gg Niestety, wciąż bez netu (dopis. Mira) |
| | |
| | #159 |
| Administrator ![]() | Rothais była wielce ukontentowana z rozmowy z ojcem. Mrużyła z zadowolenia oczy i wolnym krokiem przechadzała się po obozie, zmierzając do swego namiotu. W myślach układała plany, snuła marzenia, oczami duszy widziała siebie odnajdującą święte, cudowne relikwie. Ach, to byłoby wspaniałe! Wszak już raz ogłoszono ją świętą. A takie relikwie mogłyby sprawić, że okryłaby się wielką sławą. Ona - pierwsza kobieta, która zdobędzie taką potęgę i władzę! Pakowała się niespiesznie. Nie brała wielu rzeczy, postanowiła, że tym razem wygoda i piękne suknie mogą poczekać. Będzie ich miała pod dostatkiem gdy już wróci. Ileż to mogłoby potrwać? Święta wyprawa, pobłogosławiona przez samego Boga z pewnością uwinie się z taką misją raz-dwa. Po cóż więc zadręczać Sigurdę wleczeniem ze sobą kilkunastu sukien, trzewików, mazideł, pudrów, czernideł i innych barwników, tudzież balii na wieczorne kąpiele? Postanowiła również, że nie będzie brała ze sobą orszaku służek i przyjaciółek do towarzystwa. Tym razem było to posunięcie zapewniające jej jak najwięcej swobody. Wszak stara Sigurda nie będzie uganiać się za nią wszędzie i nie upilnuje jej ze wszystkim. Po co brać ze sobą dodatkową służbę, która tylko kusić będzie jej ojca do wydawania rozkazów, aby jej pilnowali lub co gorsza donosili o jej każdym kroku. O tak, Sigurda będzie zajęta różnymi pilnymi sprawunkami, jakie sama Rothais jej zleci, a panienka będzie mogła cieszyć się pełną wolnością. Jednak Sigurda nie podzielała ani krztyny entuzjazmu swej pani. Gdy tylko dowiedziała się o wyprawie, załamywała ręce, zalewała się łzami i wszystko by dała, aby tylko pozwolono im obu zostać w obozie. Jak nietrudno się domyślić wreszcie wyprowadziła Rothais z równowagi swoim biadoleniem i sprowadziła na siebie jej ogromny gniew. Dzięki temu cały jej skromny bagaż gotowy był na czas, i skoro świt panna de Remacourt w męskim stroju siedziała na swym ogierze tuż obok ojca i wypinała dumnie pierś do przodu unosząc z zadowolenia wysoko głowę. Nim jeszcze wyruszyli ktoś zatrzymał ich skromny pochód. Rothais zmierzyła tajemniczego rycerza surowym wzrokiem i uniosła jedną brew do góry. Na giermka nawet nie traciła czasu i swego pięknego spojrzenia. "Edward Sprawiedliwy" powtórzyła w myśli, a w jej głowie szalone pomysły zaczęły przeskakiwać z miejsca na miejsce. Jeśli tylko ojciec pozwoli mu się przyłączyć do pochodu......
__________________ – Chciałem powiedzieć (...) że na tym świecie jest chyba coś, dla czego warto żyć. Śmierć zastanowił się przez chwilę. KOTY, stwierdził w końcu. KOTY SĄ MIŁE. T. Pratchett Czarodzicielstwo |
| | |
| | #160 |
![]() | Hektor kontent z faktu, że będzie mógł się wynieść z tego miejsca jak najdalej, ruszył przygotować swój ekwipunek. Przygotował sprawnie oporządzenie konia, poprawił miecz u pasa, na drugiego konia zarzucił żywność, trochę wina, swój płaszcz i tarczę. Był gotów do drogi, a że nie było nic innego do roboty to przy winie rozkoszował się widokiem Nikei, którą w tym momencie banda głupców szturmowała. Nieprzyjemna sprawa umierać pod murami z poparzoną od smoły skórą, toteż jego zadowolenie rosło z każdym kolejnym trupem. On jedyny tu był mądry, przynajmniej to wszystko co dookoła się działo, go w tym utwierdzało. Wino jednak szybko znużyło, toteż małą drzemkę sobie uciął. Kto wie, może roztropnego Hektora przygoda z relikwiami by minęła, gdyby nie ratunek jakiegoś wojaka, który na czas go zbudził. Wsiadł tedy Hektor na swego rumaka i ruszył stępem przez obóz by szukać towarzyszy tej szalonej wyprawy. Trochę nasz podstarzały wojak się zmieszał, bo w obozie towarzyszy nie znalazł, jednak los mu sprzyjał bo daleko nie zajechali i ich migiem dogonił. Gdy dojeżdżał, właśnie jakiś nowy rycerz przedstawiał się hrabiemu. Rycerz jak rycerz, ale giermek szczególnie zwrócił na siebie uwagę, a wszystko dzięki tej nietypowej, szachrajskiej gębie. Hektor postanowił tego parobka mieć na oku, bo czół, że z tym chłoptasiem, spotka ich niejedna niespodzianka. Spojrzał po towarzyszach i wzrok zatrzymał na dziewczynie w męskim stroju. Wypinała się tak, jakby kto jej kijem przez plecy zdzielił. Hektorowi wydawała się znajoma, ale skojarzyć dokładnie nie mógł. Dręczyła go ta myśl przez czas jakiś, aż doszedł do wniosku, że to musi być ta dziewka, którą za żonę dnia wczorajszego chciał brać. Wyprostował się, wypinając dumnie pierś, która niestety mimo wysiłków, od brzucha nadal większa być nie chciała. Przeczesał palcami bródkę i uśmiechnął się do dziewki.
__________________ "War. War never changes" by Ron Perlman "Fallout" |
| | |
| Reklama |
| |
![]() |
| Użytkownicy aktualnie czytający ten wątek: 1 (0 użytkownik i 1 gości) | |
| Narzędzia wątku | |
| Wygląd | |
| |
Podobne wątki | ||||
| Wątek | Autor wątku | Forum | Odpowiedzi | Ostatni Post / Autor |
| [Komentarze] Deus le volt | Arango | Komentarze do sesji RPG - Historyczne | 226 | 12-03-2008 18:31 |
| [inne] Deus le volt | Arango | Toplista sesji | 3 | 09-27-2007 13:51 |
| [autorski] Deus le volt | Arango | Archiwum rekrutacji | 25 | 03-15-2007 12:24 |