![]() | ![]() |
![]() |
| |||||||
| Sesje RPG - Historyczne Czy masz czasem wrażenie, że nie należysz do tej epoki? Czy chcesz spróbować żyć na zamku wzorem szlachcianki albo z husarzami przetrzepać skórę nieprzyjaciela? Zatem na koń! Wsiądź do naszego wehikułu i cofnij się w czasie dzięki mocy wyobraźni. |
![]() |
| | Narzędzia wątku | Wygląd |
| | #51 |
| Administrator ![]() | Tymczasem na pokładzie statku... Ernaut, młodszy syn pana Reinfrida de Remacourt widząc zamieszki, jakie rozgorzały w porcie, zebrał oddział swoich ludzi i wyruszył na pomoc ojcu. Był pewny, że jego siostra, obrażona na Reinfrida, nie wyjdzie spod pokładu i wyładuje swoją złość na swojej służącej, kucharce lub pannie do towarzystwa i za nic na świecie nie będzie chciała opuścić statku na złość wszystkim dookoła. Nie przypuszczał, że Rothais, jak tylko jego postać zniknie w tłumie, zechce ukazać swój charakterek w całej okazałości. Po awanturze, jaką urządził jej ojciec, stała pośrodku swej kajuty, cała blada ze złości, zaciskając pięści i czekając na sposobność, żeby odwdzięczyć się za takie traktowanie. Co chwilę robiło jej się to gorąco, to znów zimno, a furia wrzała w niej tak strasznie, że gdyby było to tylko możliwe, jej włosy ułożone w modną fryzurę stanęłyby w płomieniach, a wzrokiem mogłaby mordować każdego, kto stanąłby jej na drodze. Ani jej wierna służąca Sigurda, ani pozostałe służki pełniące u niej służbę nieco krócej, nie odważyły się podejść ani nawet odezwać do panienki. Musiało upłynąć nieco czasu nim uspokoiła się na tyle, że mogła znowu spokojnie oddychać. Przeklinała jeszcze w duszy suknię, która krępowała jej ruchy i sprawiała, że żar lejący się z nieba sprawiał jej jeszcze więcej problemów. Ojciec powinien był zadbać o jej garderobę i zamiast kupować jej jakiś wachlarz wysadzany błyskotkami (drogi prezent od Reinfrida, który myślał, że w ten sposób uda mu się wygrać ze złymi nastrojami ulubionej córeczki), powinien zatroszczyć się o piękne stroje, w których upał nie doskwierałby jej tak bardzo. Słysząc zamieszanie w porcie Rothais wyszła na pokład z zamiarem odnalezienia ojca i wymuszenia na nim spełnienia jej kolejnych zachcianek. Ponieważ nigdzie w pobliżu nie było ani jej ojca, ani braci podeszła do Hamy. Darzyła go szczerą niechęcią, popatrzyła więc na niego z pogardą i natychmiast domagała się odpowiedzi na pytanie gdzie jest jej drogi ojciec. Sternik zajęty rozładunkiem statku próbował zbyć Rothais jakimiś półsłówkami - i to był jego błąd. Panienka rozdrażniona wcześniejszą awanturą niemalże dostała białej gorączki. Tupnęła nóżką, zacisnęła wargi i poczerwieniała na policzkach, co mogło zwiastować tylko jedno - poważny wybuch gniewu, graniczący niekiedy z atakiem szału. Rothais zdzieliła zaszokowanego Hamę swoim drogocennym wachlarzem i obrzuciła go wiązanką takich przekleństw, jakich nie powstydziłby się jej ojciec. - Jakim prawem taki kmiot jak Ty wydaje rozkazy MOIM ludziom?! - wrzeszczała na niego pełna pasji - Jak śmiesz zachowywać się tak jakby był to Twój statek?! Skoro ojca ani braci nie ma na pokładzie, to JA będę tu teraz dowodzić i JA będę wydawać rozkazy! Nie słyszałeś psi synu co powiedział mój ojciec? Hama poczerwieniał na twarzy nie był bowiem przyzwyczajony do tego, żeby baba tak nim pomiatała i śmiała jeszcze wydawać rozkazy. Ponieważ jednak była to córka jego pana powstrzymał naturalny odruch zdzielenia jej potężną ręką prosto w śliczną buźkę. - Mój ojciec kazał zająć się MOIMI bagażami, a nie bandą jakiś obwiesi, którzy udają armię! Rusz więc swój wielki zad i każ tym patałachom znieść moje kufry na ląd! A niech tylko zobaczę, że cokolwiek jest uszkodzone, to każę ojcu powiesić was wszystkich! I niech w tej chwili Sigurda przywlecze się tutaj razem z tymi świętymi krowami i przyniesie coś, co osłoni mnie od tego piekielnego słońca! Usuńcie tych wszystkich ludzi z portu, co to ma znaczyć, żeby ciżba robiła tyle zamieszania?! Potrzebuję w tej chwili schronić się w moich pokojach na lądzie i przygotować się do wizyty u kuzyna Boemunda. Jeśli mój papa będzie niezadowolony, to będzie WASZA WINA więc lepiej róbcie co mówię, bo będzie z wami źle! Rothais była w swoim żywiole i ci, którzy byli świadkiem tej sceny jeszcze długo później śnili o diablicy zamkniętej w ciele szesnastoletniej panienki, która bardziej nadawała się do piekielnych czeluści niż tytułu szlacheckiego. Biedny będzie ten, który zechce kiedyś poślubić to półdiablę i spróbować ją poskromić!
__________________ – Chciałem powiedzieć (...) że na tym świecie jest chyba coś, dla czego warto żyć. Śmierć zastanowił się przez chwilę. KOTY, stwierdził w końcu. KOTY SĄ MIŁE. T. Pratchett Czarodzicielstwo |
| | |
| Reklama |
| |
| | #52 |
![]() | Falke Biegł przed siebie. Wiedział, że jeśli tylko zwolni, może stracić nie tylko zdrowie, całe kości, czy sakiewkę, ale również życie. Ciemno rude włosy, których rzemienne wiązanie puściło w pędzie rozsypały się na ramiona chłopaka pędzącego co sił w nogach ku portowi. Minął ów zbawczy zakręt dzielący go od portu i minimalnie zwalniając by nie potknąć się wpadł do portu.
__________________ Wielu spośród żyjących zasługuje na śmierć. A nie jeden z tych, którzy umierają, zasługuje na życie. Czy możesz ich nim obdarzyć? Na bądź więc tak pochopny w ferowaniu wyroków śmierci. Nawet bowiem najmądrzejszy z Mędrców nie wszytko wie. |
| | |
| | #53 |
![]() | Torwaldo Chłop oczywiście nie zrozumiał o co chodzi, ale nie on jest tu od myślenia tylko od świętej wojny i jak się okazało od nauczania apostolskiego. Nigdy jednak nie słyszał o tym, żeby święty Paweł czy inny apostoł odprawiał takie rytuały. Jakby nie było powinien być zaszczycony. Rzucił skrzynię na bok, aby mu nie przeszkadzała w biegu. Ciekawe co jest w środku - pomyślał. Zdjął hełm, bo przecie nie godzi się w nakryciu głowy w ceremonii uczestniczyć. Wyjął butelkę wina i podał ją św. Arturo -Masz pobłogosław i chodź - Po czym przybrał najbardziej poważny wyraz twarzy na jaki było go stać, przycisnął hełm do piersi i ruszył za tłumem. |
| | |
| | #54 |
![]() | Reinfrid de Remacourt Reinfrid uderzył kułakiem w opancerzoną pierś, skłonił się przed Boemundem i uśmiechnął w taki sposób, że niektórym wojakom Boemunda ciarki przeszły po plecach. Wreszcie coś, co pozwoli murozładować się. - Doskonale, panie! Rozpędzimy tę hałastrę! Kiwnął głową do swojego porucznika, a Geffray d’Ougettewydał odpowiednie rozkazy najtęższym rębajłom z obstawy Reinfrida: - Wracamy do portu! Ruszył w dół portowej uliczki, mijając szare, biedne domy. Nie wiedział, przeciw komu skierowane są zamieszki, azali z doświadczenia wiedział, iż nie tyle jest ważne przeciw komu, co kto pozwoli się pokrzywdzić. W połowie drogi dojrzał gromadzący się tłum. Tak jak myślał, biedota z najgorszych dzielnic. Pytanie, czy samorzutnie się zorganizowali, czy ktoś ich do tego podburzył. Intuicja mówiła mu, że raczej to drugie. Tłum zaczynał być agresywny. Do uszu Reinfrida doszły okrzyki, dość wrogie, a potem poleciały kamienie. Normanowie zasłonili swego wodza tarczami. Reinfrid słyszał jak brukowce z hukiem uderzają w metal i drewno, a potem zniecierpliwiony odepchnął przybocznych: - Strzał się nie boję, a wy przed kamieniami mnie zasłaniacie? Do licha dajcie… Nikt nie dowiedział się, co mieli dać swemu wodzowi żołnierze, bo jeden z kamieni nadleciał wyjątkowo perfidnym łukiem i z pełną siłą grzmotnął de Remacourta w twarz. Reinfrid zatoczył się, chwycił za twarz, a potem splunął krwią i zębami. Geffray d’Ougette przymknął oczy, wiedząc, co zaraz nastąpi. - Fy kurfie syny! Fszeteczne smrociny oślich zatkóf!!! Ja fam kurfa pokaszę!!!! – Reinfrid wpadł w prawdziwą furię. – T’Oukette do piczy śfientej Maktaleny!!! F nich, rossmarować te bytlenta!!!! A potem sam dobył miecza i ruszył w stronę tłumu. Co rusz któryś kamień uderzał w kolczugę na piersi Reinfrida, lecz tym razem Włodyka przezornie zasłonił twarz naramiennikiem. Wciąż mełł pod nosem przekleństwa. Wargi mu napuchły, podeszły krwią, nadając wyglądu jednej z tych małp przywiezionych przez jednego z emirów na Sycylię z Afryki. Jednak jakoś nikogo to nie śmieszyło. Może dlatego, że Reinfrid sapał przy tym wpieniony nie na żarty. A może z tej racji, iż zaraz dwa, trzy krokji za nim szło w pancernej falandze dwudziestu rosłych wojów, w pełnych pancerzach, w szłomach z nosalami, z wielkimi normańskimi tarczami zdobionymi barwami poszczególnych rodów? Ostatnie kilkanaście kroków przebyli biegiem i tłum zrozumiał. Pierwsze szeregi rzuciły się do ucieczki. Wpadły na tylnie i przemieszały się z nimi. A chwilę później Normani dopadli wroga i ulicą popłynęła krew. Może było ich ledwie dwudziestu a w tłumu i kilka setek. I co z tego? A bo to raz Normanów było mniej niż wroga? A pod Dittaino, gdzie 700 Normanów rozgromiło 15 000 Arabów? A pod Cerami i Misilmeri? A pod Civitate, gdzie trzy i pół tysiąca wojów de Hauteville’a rozgromiło sześciotysięczną armię papieską, biorąc Leona X do niewoli? Tym samym duchem bojowym wykaże się Baldwin IV zwany Trędowatym, który pod Montgisardem rozgromi trzydziestotysięczną armię mamelucką, mając ledwie pięć setek rycerstwa. Toteż i teraz żaden z Normanów niepokoju nie czuł, jeno machał mieczem, a krew płynęła rynsztokiem w dół ulicy, do portu, gdzie stały statki Reinfrida. Potworne wrzaski mordowanych i tratowanych Greków mieszał się z okrzykami Reinfrida: - Mortofać, zaszynać bytlenta!! Wtem od tyłu na tłum uderzyło kilkudziesięciu wojów prowadzonych przez Ernauta. I tłum prysł jak bańka mydlana. Kto nie zdołał zbiec, dał głowę pod miecz. Ledwie pięć zdrowasiek później Reinfrid i Ernaut na czele pokrwawionych i zmęczonych krótką walką wojów wkroczył do portu. Za sobą zostawił ponad dwie setki zabitych. Tak trzeba się rozprawiać z tumultem. |
| | |
| | #55 |
![]() | Ahmad Biegł dzwigając swą skrzyneczkę z coraz większym trudem, słysząc za sobą coraz bliższe krzyki pogoni. Być może nawet by mu się udało umknąć, gdyby nie to, że następna fala ludzi wylała się nagle z przecznicy w pogoni za jakimś Waregiem. Poczuł jak unoszą go w górę czyjeś ręcę i rzucają o bruk. Potem miłosiernie dla niego była już tylko ciemność. __________________________________________________ ________________ Ragnar, Arturo, Torwaldo Biegli za Arabem tuż przed pogonią, gdy dotarło do was, że to raczej nie wy gonicie, a was gonią. Zrozumiał to nawet Torwaldo, Arturo zaś nawet ciężko dysząc zaczął mruczeć jakąś litanię. Jedynie Ragnar zdawał się nie zwracać uwagi na obelgi będącego tuż za nimi tłumu. Jednak i jemu pokrzyżowano plany - Arab wręcz wpadł na tłum wybiegający z bocznej alejki i nie minął pacież jak pozostał z niego jedynie krwawy strzęp. Skrzyneczka potoczyła się po bruku. Tę chwilę wykorzystał Ragnar porywając szkatułę z ziemi. Staneli jednak teraz w trójkę przed rozwścieczonym tłumem, na plecach czuli już oddechy ścigających. Nie pomogło rozwalanie głów przez Ragnara, szamotanie Arturo i Torwaldo. Zostali obezwładnieni, przyduszeni i stłamszeni przez motłoch. Gdy czuli już ręce na swych gardłach z tyłu tłumu buchnął dziki wrzask. Przez moment mało nie unikneli zdeptania przez uciekający dziko zbieraninę, zaraz potem musieli rozpłaszczyć się przy ścianach by uniknąć stratowania przez jazdę Reinfrida. Wkrótce jednak zostali sami i mogli odetchnąć z ulgą. Zaczeli poklepywać się nawet po plecach radzi z ocalenia życia. Zza rogu pojawił się szereg idącej równym krokiem piechoty. Nawet oni rozpoznali w nich Casarską Gwardię. Jękneli i poderwali się znów do biegu uliczką prowadzącą do portu.Co dziwne dotarli do niego cało i mogli obserwować scenę jak z jasełek. Normańskich jasełek. __________________________________________________ ______________ Reinfrid, Rothais, Falke Przybywając do portu władyka zdębiał. Oto szeregiem JEGO wojska dowodziła jego córka. Nie dowodziła może zle, o czym świadczyły liczne trupy na nabrzeżu, ale żeby kobieta !!! Jadący na koniu obok Ernaut aż westchnął. Nawet Hama sternik na drakkarze ojciec wydawał się słuchać jego siostry. - Ojcze wydajmy ją za mąż. Albo utopmy - dorzucił po krótkim namyśle chłopak. Odpowiedz Reinfrida zapewne gęsto okraszoną "kobyłami", "niewdzięcznymi córkami" i "głupimi pindami, co myślą, że znają się na wszystkim" uprzedził spotkany wcześniej w porcie młody Wareg. Falken, bo on to był, choć ledwo żywy, to jednak z gębą okraszoną uśmiechem wskazywał na kogoś palcem. Była to trójka naszych "antybohaterów" próbujących rakiem wycofać się z portu. Na twarz Reinfrida wypłynął paskudny, szczerbaty teraz uśmiech. __________________________________________________ ______________ Konnica Normanów
__________________ Nie daj Boh z Ivana pana, a z Marijki dobrodijki. Odkąd umarła mądrość błaznów, błazeństwo mędrków wzrosło niepomiernie. Co to jest nicość ? Pół litra na dwóch. Jestesmy tylko szeptem czasu, który przemija... Ostatnio edytowane przez Arango : 06-09-2007 o 17:14. |
| | |
| | #56 |
![]() | Reinfrid de Remacourt Taaak, twarz Reinfrida, oszpeconą przez celnie rzucony kamień, wykrzywił paskudny uśmiech, który sprawił, że rany ust zaczęły na nowo krwawić. Baron Graviny nie czuł bólu, ani trochę: - O ff pype świentej Maktaleny, co w cień w niebie sieci, a nocą tyłkem zarabia w piekle!! – sepleniący i szczęśliwy Reinfrid wyglądał zaiste śmiesznie, lecz nikt jakoś się nie zaśmiał. – Ernaut, ficisz to co ja? To ten zwis kopyły s Tuluzy – jak mu pyło? Ten fięsień!! Ernaut spojrzał na trójkę uciekinierów: - Racja, ojcze. Ragnar, psi chwost, co nam śmiał uciec. Geffray! – krzyknął na porucznika – Sprowadź mi tego gada. - I niech sssspróbuje ci uciec – wysyczał złowrogo przez napuchłe wargi Reinfrid. Geffray skinął głową i wydał odpowiednie rozkazy. - A teras Ernaucie, skoro jej nie powiesimy, to pocieniujmy tej fyfłoce mej córce. – to mówiąc podszedł do Rothais. – Córeczko… Rothais spojrzała na ojca i parsknęła śmiechem… A w tle rozgorzała walka. Kilkunastu knechtów rzuciło się na trójkę uciekinierów, a zasadzie głównie na Ragnara. Może nie była to walka godna Rolanda, ale z pewnością Odyseusza i zbója Łamignata. Z pewnością była bardziej widowiskowa od starcia z biedotą miejską. Po szarży normańskiej zostały z tamtej tylko smród i smarki, tutaj walka była iście epicka, a w ruch poszły nie tylko miecze, lecz także, deski, garnki, dyszel od wozu, dwa worki z piaskiem i jedno koło od bizantyjskiej kolaski. Pierwszy knecht otrzymał solidny cios masywną deską i legł pośród glinianych naczyń zgromadzonych na nabrzeżu. Wywołało to pewien tumult, lecz kiedy Normanie pochwycili zdobycz, łatwo jej nie puszczali. Kolejny knecht uderzył przez grzbiet płazem miecza Ragnara. Ten wygiął się w pałąk, zaklął wszetecznie i pełnym kułakiem rozkwasił nos, wargi i jeden z łuków brwiowych odważnemu wojowi. A potem chwycił za dyszel i zamachnął się nim, zwalając przy okazji zadaszenie pobliskiej szopy. Kolejny z wojów wyłapał w brzuch lub niżej dyszlem. Skulił się, pisnął i zwinął na ziemi. Lecz i Ragnar ucierpiał. Garnek pełen greckiej oliwy roztrzaskał się na jego i tak szpetnej twarzy. Mimo to straceniec dalej walczył, widząc w tle Reinfrida, który zaśmiewał się do rozpuku. To dodało mu sił. W akcie desperacji rzucił się naprzód, przedarł przez kordon i wywrócił, pośliznąwszy się pechowo na odchodach któregoś z rumaków normańskich lub jednego z greckich demonstrantów, który chwilę wcześniej uciekał w popłochu przed normańskimi rycerzami. To wykorzystał jeden z przybocznych Geffraya, uniósł cetnarowy worek z piachem i rzucił w Ragnara. Głuche stęknięcie świadczyło o trafieniu, lecz nie o skuteczności, skoro uciekinier wstał i odrzucił inny worek. Większy. Przyboczny Geffraya dostał w twarz i wypadł z kei do wody. I być może Ragnar uciekłby po raz kolejny, lecz jeden z knechtów, nie patyczkując się zanadto, uniósł oburącz migdałowatą z kształtu tarczę normańską i huknął niehonorowo, bo z tył, w czerep Ragnara. Mężczyzna zwiotczał i upadł na ziemię. |
| | |
| | #57 |
| Administrator ![]() | Rothais Pannica parsknęła wprost w twarz swojego ojca. Widok jego oszpeconej, wciąż krwawiącej gęby wywołała w niej falę szczerego, zdrowego śmiechu, który rozbrzmiał na całym pokładzie, przeleciał ponad głowami załogi statku i ucichł dopiero gdzieś na nadbrzeżu. Wszyscy widzieli, że małoletnia córka wielkiego Reinfrida wyśmiała ojca, zamiast pomóc mu i opatrzyć go, jak na dobrze wychowaną panienkę przystało. Jednak Reinfrid nie zdążył zareagować, bo w momencie, gdy chciał nauczyć jej pokory dziewczyna usłyszała zamieszanie na brzegu i zwinnie doskoczyła do burty aby zobaczyć co się dzieje. Walka z uciekinierami już się zakończyła, a dumny Ernaut prowadził swoje trzy zdobycze zakute w kajdany wprost na pokład statku. To znaczy dwie zdobycze szły o własnych siłach, a jedną wleczono brutalnie po ziemi. W oczach Rothais pojawiły się niebezpieczne iskierki i w momencie kiedy więźniowie stanęli przed obliczem Reinfrida dziewczyna postanowiła przerwać tą szopkę. - Nie! - wrzasnęła na całe gardło - Ojcze, cóż Ty uczyniłeś?! Rothais chciała podbiec do leżącego Ragnara, ale została zatrzymana przez żołnierzy. W tym czasie Ernaut wydał rozkaz ocucenia więźnia i całe wiadro pomyj wylądowało na jego głowie. To podziałało natychmiast i Ragnar powrócił z dalekich krain wprost w sam środek piekła... - Ojcze, karz temu bękartowi natychmiast przestać! - wydarła się Rothais i wyrwała z uścisku potężnego woja - Dlaczego mi to robicie?! Dlaczego?! Jak możecie krzywdzić tego szlachetnego człowieka! - wreszcie udało jej się dotrzeć do Ragnara i ku przerażeniu wszystkich objęła go i zasłoniła własnym ciałem - On jest mój! Nie pozwolę nikomu go skrzywdzić i zabić miłość, jaka połączyła nas podczas tej piekielnej podróży! Tak ojcze, JA GO KOCHAM! Czekałam na odpowiedni moment aby wyjawić Ci sekrety mojego serca, ale Ty wszystko zepsułeś! Jesteś gorszy niż ci wszyscy barbarzyńcy! Rothais to bladła, to znów czerwieniała na twarzy, a gniew, który targał nią jeszcze przed chwilą powoli przeradzał się w histerię. Tak naprawdę trudno było wybrać co jest gorsze - jej demoniczna złość, czy napady nieustającego płaczu i frustracji. - A cóż uczynił Ci wierny giermek mego ukochanego?! - tu dłonią wskazała na zaskoczonego Torwaldo, a zaraz potem na Arturo - I jego wspaniały spowiednik, który stał się i moim powiernikiem grzechów? Wierni towarzysze, którzy nie opuścili go nawet w niewoli. I ja nie odstąpię! To mój wybranek i nie ośmielisz się zrobić mu krzywdy, a przy tym zabić i swoją jedyną córkę! Żądam, abyś wypuścił mego ukochanego oraz jego towarzyszy i zaakceptował fakt, że wkrótce się pobieramy.
__________________ – Chciałem powiedzieć (...) że na tym świecie jest chyba coś, dla czego warto żyć. Śmierć zastanowił się przez chwilę. KOTY, stwierdził w końcu. KOTY SĄ MIŁE. T. Pratchett Czarodzicielstwo Ostatnio edytowane przez Milly : 06-11-2007 o 20:54. |
| | |
| | #58 |
![]() | Ragnar Troens - Mmm… Świeższe, niż ostatnio…- westchnął półprzytomny Rangar, gdy na jego twarz wylane zostały chłodne pomyje. I miał rację- zazwyczaj dostawał gorszymi, najczęściej z okolic wychodka. Mógł śmiało powiedzieć, że były to pomyje naprawdę luksusowe, takimi mógłby obrywać nawet częściej. I z chęcią pomyślałby o tym dłużej, gdyby nie bojownicze okrzyki tej młódki obok niego. Z przystosowaniem się do kolejnych ról Troens nigdy nie miał problemów, sprytny bowiem był- szczególnie gdy nie pił. A teraz był prawie trzeźwy, toteż doskonale rozumiał każde słowo. Były one swoistymi schodami do wybawienia z tej opresji jego i przy okazji- jego towarzyszów. Najważniejszy jednak w był sam Ragnar, reszcie mógł pomóc ot tak, przy okazji. Chociaż, gdy nadarzy się do tego okazja, zrobi to chętnie. - Prawdę mówi córka twa, panie!- zakrzyknął, wstając i usiłując utrzymać pion- Jam rycerz prawy, nie banita jakiś, co nieraz wojska Normańskie do zwycięstwa doprowadzić pomogłem, omyłkowo w te kajdany zakuty! Porządny człowiek, jak mój giermek twierdzi- święty nieomal! A to, jak postąpiliście, panie, ze mną, by zmusić mnie do rozstania z córką waszą, to pokarania przez Boga i całą resztę godne! Mnie, szlachcica prawego, tak traktować!?- przerwał by zaczerpnąć powietrza i rzucił zdezorientowane spojrzenie córce Reinfrida. - To jednak nic, Jaśnie Panie, mi moje życie nie tak drogie. Jakże jednak mogłeś taką zbrodnię popełnić, krzywdząc tym samym swoją córkę uroczą, o skórze niczym róży płatki i… No, właśnie- niczym róży płatki!- usiłował składać kolejne zdania, lecz nie do końca zapamiętana metafora jednego z wędrownych grajków niezbyt zapadła mu w pamięć- Nie musisz mnie przepraszać, panie, jeno do rozmowy daj okazję. Do portu żem zmierzał właśnie na tę okazję- bo gdybym wiać ja chciał, to czemu bym nad brzeg biegł? Więzy mi rozetnij, wina daj i pozwól przedstawić słowa swoje bez tej hołoty! - A teraz…- wyszeptał, obracając się powoli tyłem w stronę jego „wybawicielki”- poluzuj mi trochę więzy, proszę… Zaraz stary się wnerwi i będę musiał stąd spierdalać…- skończył i znów posłał dumne spojrzenie w kierunku Reinfrida.
__________________ Kutak - to brzmi dumnie. |
| | |
| | #59 |
![]() | Torwaldo nie w pełni zdawał sobie sprawę z tego co wokół niego się dzieje. Nie było to dla niego żadną nowością, dlatego nie czuł się ani zmieszany. Uczestniczą w rytuale? Proszę bardzo. To czy on się już skończył czy nie, nie miało większego znaczenia. Bieganie w tłumie całkiem mu odpowiadało, to że gdzieś wyznawcy się poprztykali trzeba było im wybaczyć. Każdy chciał dojść bliżej do mesjasza. W porcie nawet się o to potłukli tak, że sam zbawiciel musiał interweniować. Chyba nie do końca się zrozumieli. Sam Torwaldo przejęty losem nauczyciela jął rzucać glinianymi garnkami i tłuc sztachetą żołnierzy, coby biesy wszelakie odpędzić. Jednak mesjasz załagodził szybko konflikt ukazując przykładną postawę kontemplacji. Tak się skupił na przeżyciach duchowych, że porzucił swoje ciało i pogrążył się w myślach. Torwaldo idąc za przykładem dał się poprowadzić, tym ludziom przed oblicze szlachetnego pana. -On jest mesjaszem. - Wyjawił człowiekowi prowadzącemu go. Nie doczekawszy się spodziewanej reakcji kroczył dalej, czasem unosząc rękę błogosławił zebranych. Żołnierze przywołali jego ducha w nieoświecony sposób, plugawiąc kontemplacje nauczyciela i zapewne będzie im to policzone na sądzie ostatecznym. On ocknął się i przemawiał do szlachetnego pana, używając dużej ilości słów. Młoda dziewczyna wcześniej zadeklarowała dla niego swą miłość. Jako apostoł nie mógł być gorszy. - I ja go kocham! Powiedział z poważną miną. Zamierzał go objąć, lecz nie chciał przeszkadzać w rozmowie. Jednak nie przeszkadzało mu to w dalszej mowie. - Zaprawdę naprawdę jest to człowiek święty i przemienił to oto wino... - Wyciągnął z za pazuchy butelkę. -...W wino. |
| | |
| | #60 |
| Administrator ![]() | Rothais spojrzała na Ragnara i przez chwile jej oczy cisnęły w jego stronę błyskawice. Zaraz jednak uśmiechnęła się słodko, niczym kochanka do miłości swego życia, sycząc mimo to przez zęby tak, by słowa jej doleciały jedynie do uszu więźnia: - Zamknij dziób patałachu! Nie waż się robić głupot, bo bełty mojego ojca trafiają do celu szybciej niż Ty przebierasz nogami! A po drugie - rzuciła z pogardą - Jesteś zakuty w kajdany! Jak mam je poluzować? Słodki uśmiech na jej twarzy sprawiał upiorne wrażenie razem z pełnymi jadu słowami. Panienka chyba miała swój własny cel w pozorowaniu tego przedstawienia i bynajmniej nie robiła tego z dobrego serca...
__________________ – Chciałem powiedzieć (...) że na tym świecie jest chyba coś, dla czego warto żyć. Śmierć zastanowił się przez chwilę. KOTY, stwierdził w końcu. KOTY SĄ MIŁE. T. Pratchett Czarodzicielstwo |
| | |
| Reklama |
| |
![]() |
| Użytkownicy aktualnie czytający ten wątek: 1 (0 użytkownik i 1 gości) | |
| Narzędzia wątku | |
| Wygląd | |
| |
Podobne wątki | ||||
| Wątek | Autor wątku | Forum | Odpowiedzi | Ostatni Post / Autor |
| [Komentarze] Deus le volt | Arango | Komentarze do sesji RPG - Historyczne | 226 | 12-03-2008 18:31 |
| [inne] Deus le volt | Arango | Toplista sesji | 3 | 09-27-2007 13:51 |
| [autorski] Deus le volt | Arango | Archiwum rekrutacji | 25 | 03-15-2007 12:24 |