Spis Stron RPG Regulamin Artykuły POMOC Kalendarz Blogi
Wróć   lastinn > RPG - Play By forum > Sesje RPG - Inne
Zarejestruj się Użytkownicy Oznacz Fora Jako Przeczytane

Sesje RPG - Inne Tutaj możesz zagrać w tych światach, które zostały pominięte powyżej. Czy to rządzona przez orki Orchia, czy może kosmos w erze, kiedy słońca zaczynają gasnąć. Na pewno znajdziesz tu coś dla siebie.


Odpowiedz
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 12-01-2007, 13:46   #111
 
kset's Avatar
 
Reputacja: 3 kset ma w sobie cośkset ma w sobie coś
$: 147 065
Kamisori Yoake Shiro, Twierdza Ostrza Blasku; kwatera Satsumaty; godzina Togashi; koniec miesiąca Onnotangu; wiosna rok 1114.

- Niewiele osób na zamku zna powód mojego tu przybycia - Manji ściszył głos uniósł się dając jednocześnie znak Krabowi, aby ten nadstawił ucha. Kontynuował szeptem: - Wierzę, że mogę ci zaufać Hida Akito-san. Gdyby to się wydało miałbym poważne kłopoty na ziemiach Skorpiona - zawiesił głos na chwilę - powodem dla którego tu przybyłem jest dług wdzięczności u Kuni Tsukai Sagasu, który przechodził z pokolenia na pokolenie. Spłatą długu miała być wierna służba na Murze. Teraz spłaciłem dług, a mój przodek może spać spokojnie.

Akito posłusznie nadstawił ucha, przez moment czuł się tym niemal rozbawiony, z daleka mogli wyglądać jak dwaj knujący coś między sobą Skorpioni. Słowa dotyczące zaufania od razu przywróciły Akito do właściwego stanu ducha. Jak to zwykle jednak bywa odpowiedzi na pytania rodziły kolejne pytania. Krab nie potrafił zrozumieć, czemu spłata długu wdzięczności poprzez służbę na Murze miała by być tajemnicą? Nie stanowi to przecież chyba żadnego uchybienia. Cóż takiego, jakie kłamstwo spowodowało, że obecnie Manji musi ukrywać się przed swoimi z prawdziwym powodem, dla którego udał się do Twierdzy Ostrza Blasku? Akito sam zaczął rozmyślać jak znalazł się w tym miejscu.

To był rok 1113 gdy dostałem przydział do Twierdzy Ostrza Blasku. Myślałem, wówczas, że lepsze to niż nic, choć z miejsca wiedziałem o co chodzi. Najmniej walki na całym Murze można było ujrzeć właśnie tu. W dodatku szóstka, do której trafiłem składała się z kucyków. Tak jak Kraby wystawiają stare zwierzęta na przynętę potworom z Krain Cienia, tak inne klany wysyłają tych bushi na Mur, gdy Ci staną się bardziej kłopotem niż pożytkiem. Rok czasu… Nie przypuszczałem nawet, że tak będzie wyglądać ten rok, walka z Zaberu dała mi się we znaki, kolejna strata, która w jakiś sposób dręczy moje sumienie, czy wykonałem wszystko jak należało? Czy gdybym wykrzesał z siebie ciut więcej siły czy obroniłbym towarzyszy? Może gdybym przykładał się bardziej do treningów ignorując ksiązki, może wówczas dałbym radę? Niekończące się może, na szczęście dla mnie nie należę do tych co zbyt długo gdybają, przeszłości i tak nie można zmienić, przyszłość jest jeszcze niewiadoma, liczy się teraźniejszość."

Akito też miał kilka rzeczy na sumieniu, więc wolał nie dopytywać towarzysza o sekrety, których ten nie chciał ujawnić, być może pora nie była jeszcze najwłaściwsza. Na moment zatopił się w myślach dotyczących obrazów ludzi. Zastanawiał się czemu wisi tu obraz kwatermistrza, nie wiedział jednak czy odważy się o to spytać Łapacza Ludzi.


Widok Satsumaty wywołał w Akito współczucie, zaraz jednak zganił sam siebie za tego typu odczucie, przez moment jednak wygląd shugenja podsunął mu pytanie czy właściwie zrobił przychodząc tu w nocy. Szybko doszedł do wniosku, że Manji i tak by go obudził.

- Konbanwa, panowie. Zakładam, że skoro jutro wyjeżdżacie, jest to pilne - wyszeptał, odkaszlnął i powtórzył dwa tony głośniej. - Co Was sprowadza?

Tego typu przywitanie utwierdziło Akito, że nocna wizyta nie była na miejscu. Shugenja źle wyglądał, wydawał się też być zdenerwowany, jedynie poczucie, że przychodzimy z ważną sprawą wyciągnęło go na to spotkanie. Dla Akito sprawa z którą przychodził byłą ważna. Na wspomnienie tego co przeżył podczas gempukku, do dziś potrafił się spocić, dlatego też zbyt często nie przywoływał wspomnień dotyczących zmagań z Oni no Tetsujin. Tym razem myśli samowolnie przypłynęły związane z pytaniem, jakie chciał zadać Satsumacie.

Rozmowa przebiegała spokojnie, Shugenja nawet się uśmiechnął kilka razy i mimo wszystko ta nocna wizyta chyba dobrze mu zrobiła dodając nieco energii i wiary. Co więcej wyglądał na to, że obecnie Manji i Akito mieli broń mogącą zrobić krzywdę stworom których zwykły oręż się nie ima.

Teraz gdy Akito już miał do czynienia z rozluźnionym Shugenja zdecydował się spytać.

- Szanowny Kuni Statsumata-san czy znasz może jakiegoś shugenja-kowala? W szczególności na terenach na które się udaję? Potrzebna mi rada a może i pomoc takiej osoby.
 

Ostatnio edytowane przez kset : 12-11-2007 o 16:55.
kset jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Reklama
Stary 12-02-2007, 16:00   #112
 
Tammo's Avatar
 
Reputacja: 4 Tammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znany
$: 187 691
Kamisori Yoake Shiro, Twierdza Ostrza Blasku; kwatera Satsumaty; godzina Togashi; koniec miesiąca Onnotangu; wiosna rok 1114.

Słysząc słowa Skorpiona Satsumata westchnął.
- Bayushi-kun, mam nadzieję, że nie sugerujesz, że proszę Cię o zwrot podarku, na taką sugestię musiałbym się obrazić a dziś jestem na to zbyt zmęczony. Przyjmij ten łuk i pamiętaj, by z niego strzelać, jeśli natraficie na kłopoty w Shinomen Mori. Nie wiem jaki masz inny łuk, jeśli go masz, ale wiedz, że na pewno na niektórych mieszkańców Shinomen Mori ten tutaj będzie lepszy. Słyszałem, że to Twoje sygnalizacyjne strzały zwróciły uwagę ludzi taisa-sama, więc mniemam, że wiesz jak się z łukiem obchodzić. Ten tutaj został pobłogosławiony w świątyni Wrony Shinsei. Błogosławieństwo powinno utrzymać się do szóstego dnia Doji, nie dłużej. Co zaś do poematu śmierci... uczynię zadość Twej prośbie, choć mam nadzieję, że do tego nie dojdzie. Niech Koshin prostuje Twe drogi, samuraju Bayushi.

Zapadła chwila ciszy, którą wykorzystał Akito:

- Szanowny Kuni Satsumata-san czy znasz może jakiegoś shugenja-kowala? W szczególności na terenach na które się udaję? Potrzebna mi rada a może i pomoc takiej osoby.

Shugenja uśmiechnął się, zmęczonym półuśmiechem.

- A jakie to tereny, Hida Akito-san?

- Sumimasen - rzucił szybko odrobinę zaambarasowany Akito, dodając - Jak wiesz, wybieram się na ziemie Lwa i Żurawia, oddać miecze poległych towarzyszy ich rodzicom. Gdzie jednak dokładnie mam się udać, nie wiem, będę szukał ziem panów obu poległych.

Akito nie chciał wspominać o Zamku Goblina i swojej misji kurierskiej. Stłumił odruch sięgnięcia po drewnianą persymonę.

- A sou... - wyrzekłszy to 'ach tak' shugenja zamyślił się przez chwilę, nim spytał - z papierów podróżnych te imiona, ne?

- Hai, w rzeczy samej.

- Cóż, na ziemiach Lwów nie byłem nigdy, ale wedle mojego doświadczenia ich shugenja jako miecznicy nigdy nie zasłynęli. Co innego Asahina u Żurawi. Niestety, więcej rzec nie umiem.
 

Ostatnio edytowane przez Tammo : 12-12-2007 o 18:30. Powód: znaczek ] się wkradł gdzie go nie chcieli
Tammo jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 12-08-2007, 17:02   #113
 
carn's Avatar
 
Reputacja: 2 carn wkrótce będzie znany
$: 12 842
Gdzieś na terytorium Klanu Smoka, godzina Amaterasu, miesiąc Onnotangu, wiosna.

Promienie porannego słońca przywitały ją w środku kata wśród górskich połonin. Nie było to nic wyszukanego. W zasadzie była to najprostsza możliwa kombinacja podstawowych cięć, parad i kroków, kombinacja jaką wszyscy młodzi bushi poznają jako pierwszą, gdy tylko pozwoli się im ćwiczyć bokenem. Podstawy. Podstawy. Podstawy. Jej puste dłonie dzierżyły powietrze powtarzając sekwencje naprzeciw budzącemu się Słońcu. Własne miecze nadal drzemiące w swych sai przesunięte zostały na plecy, by nie ograniczały ruchów, ale i nie były niepokojone. Ruchów wcale niepewnych, wcale niedoskonałych, za to cierpliwych i zdeterminowanych. Młoda twarz pełna zacięcia patrzyła w ogniste oblicze Amaterasu, jakby szary górski kwiat o niewielkich, potarganych wiatrem listkach i przygiętej wiatrem łodyżce, który kurczowo trzymał się popękanej skały, nie był jedynym obserwatorem. Może mała Togashi występowała właśnie przed całym Dworem lub wymagającym Nauczycielem? Było to wyzwanie rzucane Panu Słońce? A może tylko zabawianie zmęczonej życiem roślinki. Gdzie kończą się marzenia, a zaczyna obłęd? Ludzie lubią tak nieistotne pytania. Schowała wyimaginowany miecz do jego nieistniejącej sai i głęboko ukłoniła się Światu. Gwałtownie, niczym toczący się głaz, ruszyła po zboczu. Czy kamień wiatrem w dół gnany ulega mu, czy jedynie korzysta z jego pomocy?
Kierowała się na Kyuden Tonbo, swoisty przedsionek ziem Smoka i zadrę w jeszcze zbyt wielu Lwich sercach. Przemieszczała się szybko korzystając ze znajomości tego szlaku i przyzwyczajenia do górskich ścieżek. Stopy tańczyły między załomami skalnymi gotowe zareagować na zbyt luźne podłoże nim jego obecność zafrasuje myśli. Lekko zgięta, z lewą dłonią na uspokajającym zimnie zaklętego w tsubę czarnego żurawia, a prawą gotową reagować na nieprzewidywalne mknęła wśród stoków. Uważne spojrzenie z wyprzedzeniem wyszukiwało dogodną trasę dalszego przemarszu. Spieszyła się. Na ostrożność przyjdzie jeszcze pora. Myśli wędrowały szybciej. Czy na pewno najkrótsza droga, która wydała jej się drogą oczywistą, była najszybszą? Wielkie bramy stały na tej drodze, a przecież o wiele mniej trzeba było by dumne Lwy chciały zawrócić ją z drogi. Lecz jakie pozostawały wyjścia? Myśli odszukiwały szczegóły głównych szlaków Rokuganu.
Mogła ruszyć szlakiem zachodnim przez bogate, choć nie bezbronne Lwie podbrzusze. Żyzne równiny i osady pełne spichlerzy i strzegących je wojsk zawsze oczekujących wojennych czasów. Trasa ta pozwoliła by ominąć Otosan Uchi zostawiając na szlaku tylko jedną bramę... Shiro sano no Kakita... Kakita Toshimoko-sama... Ciekawe czy słyszał. Kakita Higeru-sama... Ciekawe czy wie. "Dość!" Dłoń jakby poparzona umknęła z wakizashi szukając ukojenia na bronionej przez smocze sploty rękojeści katany. Spokój wracał wspomagany przez chłód powiewów górskiego wiatru, które nie mogąc powstrzymać młodej Togashi zawzięcie szarpały jej rozpuszczone włosy. Trzcinowy kapelusz poddał się już dawno ogarnięty beznadzieją podrygiwał w takt biegu zsunięty na plecy.
Mogła jeszcze obrać szlak wschodni. Smok podróżujący pograniczem Feniksa nie powinien budzić zbędnych emocji. Trzeba by jednak minąć Toshi Ranbo, a i to nie bue było by jedyną przeszkodą. Najpierw Twierdza Szmaragdowego Championa, a potem konieczność obejścia całej stolicy. Próba przedostania się przez Otosan Uchi byłaby niepotrzebnym ryzykiem tak blisko obranego celu. Nie przepadała za dużymi miastami, a te na jej drodze należały do największych. Oczywiście pozostawały jeszcze drogi lokalne, jednak Kyoko niewiele ich znała poza górskimi domenami Smoka. Pokonując kolejne wzniesienie postanowiła odłożyć decyzję aż do Oiku. Po drodze powinna dowiedzieć się więcej o nastrojach panujących na ziemiach spadkobierców Akodo, a i samo jej przyjęcie gdy przekroczy granicę powie jej więcej niż najdłuższe przemyślenia. Przyspieszyła kroku obiecując sobie, że do Oiku dotrze w połowę czasu potrzebnego na przemarsz tą trasą. Życie jest serią prób. Te ustanawiane samodzielnie przygotowują na te szykowane przez Los.
 
carn jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 12-09-2007, 14:51   #114
 
Tammo's Avatar
 
Reputacja: 4 Tammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znany
$: 187 691
Kamisori Yoake Shiro, Twierdza Ostrza Blasku; kwatera Satsumaty; godzina Togashi; 1 dzień miesiąca Hantei; wiosna.

Nagana Satsumaty wywołała żywe i szczere przeprosiny Skorpiona, który skłonił się shugenja głęboko. Kuni widząc to uśmiechnął się szeroko, skłonił głowę, i - ujęty przeprosinami - z miejsca oddalił sprawę.

Pożegnania były krótkie. Satsumata był wyraźnie zmęczony, więc żaden z jego gości nie czuł się komfortowo nachodząc go w środku nocy.

Akito i Manji w milczeniu szli do własnych kwater, nie bardzo wiedząc, o czym by tu teraz rozmawiać. Tak po prawdzie, każdy z nich miało też wiele na głowie, na tyle wiele, by preferować teraz milczenie.

Powiadają, że w miesiącu Onnotangu Pan Księżyc szczególną uwagę zwraca na Ningen-Do, Świat Żywych. Może i tak jest. Na pewno żaden z trójki pogromców oni nie wyspał się dobrze tej nocy. Fukurou z futonu wygonił sen prawdziwie przedziwny i dopiero trening pozwolił odpocząć zaprzątniętej nim głowie. Manji długo leżał z otwartymi oczami, wspominając prawdziwie szczęśliwe czasy w swoim życiu, analizując raz jeszcze, czy mógł dostrzec to, co wtedy dostrzec należało. A kiedy już zasnął, widział siebie jadącego galopem na koniu, strzelającego do dziwnych kształtów kryjących się wśród prastarych drzew. Męczący był to sen, z paru powodów. Jednym z nich było to, że wszelkie obrazy były niezwykle niewyraźne, i próba przypomnienia sobie któregoś na tyle wyraźnie, by był to obraz jaki można po prostu zobaczyć, była naprawdę trudna i wymagała sporej koncentracji. Innym, nieustające, i narastające poczucie zagrożenia. Jako dziecko Manji pływał w niedalekim stawiku. Było tam jedno miejsce, na które należało uważać. Tuż koło wodospadu prąd mógł wciągnąć pod spadającą wodę. Parę osób tak się nawet utopiło. Manji raz też omal nie postradał tam życia. Sen przypomniał mu to wydarzenie, ponieważ Skorpion czuł dokładnie to samo: powolne, nieustająco zbliżające się zagrożenie. Dlatego jechał galopem, by odsadzić je od siebie. By pozostawić je w tyle. Tak samo jak wtedy, bił rękoma wodę i wybijał się nogami najmocniej jak umiał, gdy wreszcie zrozumiał, że walczy o życie. I czuł jak strach wypełnia go powoli, jak sięga w nim coraz wyżej. Manjiego obudził z tego dręczącego snu jakiś hałas za oknem. Najbardziej irytujące było jednak to, że ostatnią sceną, którą Manji pamiętał, było, że jadąc, we śnie zauważył z
przodu coś, co było ważne, tak szaleńczo, niesłychanie ważne, co właśnie miał w tym śnie zobaczyć i... wtedy ten idiota, ten kretyński sługa za oknem potknął się z kłodami drewna do kuchni i obudził go. Ale obydwa te sny nie zmęczyły swoich właścicieli tak, jak zmęczył swojego sen Akito.

Zaczęło się od dawnego, dawnego wspomnienia. Akito znowu siedział przed kamiennym słupem, patrząc na imię Amoro, prostymi kanji krzyczącemu dumnie światu o swoim właścicielu. Tuż przed samym imieniem medytował samuraj z rodziny Kaiu, zaś obok niego leżały rozłożone narzędzia rzeźbiarskie.

Akito spoglądnął w niebo, na przesuwające się szare brzuchate chmury. Zapowiadało się na deszcz. W oddali strzelił piorun, oświetlając inne słupy, oraz niewielką sylwetkę przy jednym z nich. Kobiecą sylwetkę. Znajomą sylwetkę, na widok której Akito odczuł zawiązujący mu się powoli supeł w żołądku. Ruszył w jej stronę. Było coś ważnego, coś, co należało jej powiedzieć. Coś co on musiał jej powiedzieć. Coś... co więzło mu w gardle tym bardziej, im bliżej niej się znajdował. A ona... ona widząc go znieruchomiała. Piękne, czarne włosy falą zakryły jej twarz, gdy ona sama przywarła kurczowo do słupa, wtapiając się weń niemal. Kolejny piorun strzelił niedaleko. Dokładnie pomiędzy Akito i nieznajomą w pięknie zdobionym w opadające jesienne liście kimonie. Znak od Osano-Wo? Zdetonowany Akito siłą bezwładu postąpił jeszcze krok do przodu.

- IYEEEEEEEE!!!! - z rozdzierającym okrzykiem kobieta jednym, spazmatycznym ruchem wbiła sobie nóż w gardło. Bluznęła krew, wraz z nią, z brązowych oczu uszło życie. Czarne włosy rozsypały się falą po ziemi a sam Akito poczuł budzący się nań gniew. Gniewnie świszczał wiatr, gniewnie zdawały się przechylać ku niemu słupy Sunda Mizu Dojo, gniewnie falowała, szeptając z wiatrem trawa. Pewność, przekonanie o tym gniewie było - jak to możliwe chyba tylko we śnie - tak silne, że Krab podświadomie oczekiwał piorunu uderzającego weń, ciosu Osano-Wo, wymierzonego z pełną jego furią, już teraz, zaraz. JUŻ!

Ale miast tego znalazł się raz jeszcze przy słupie. Kaiu odetchnął głęboko, całkowicie skupiony podjął narzędzia i rozpoczął pracę. Hida zaś patrzył, czując jak poprzednie odczucia powoli, bardzo powoli w nim opadają. "Amoro. Tak. On był kimś złym. Nie ja."

Coś jednak nie dawało się uspokoić młodemu Krabowi. Coś nakazywało mu zachować czujność. Być gotowym, wbrew pięknej pogodzie, zalewającym polanę, jego i pracującego rzeźbiarza promieniom słońca, wbrew śpiewowi ptaków. Hida więc patrzył, patrzył, wbijając wzrok to tu, to tam, szukając powodu takiego uczucia... i nie znajdując go. Wbił wreszcie wzrok w rzeźbiarza i zmartwiał.

"Nie tak. On nie tak się poruszał."

Wraz z tym uświadomieniem, przyszedł paraliż. Jakby ołowiu wlano mu w kończyny, potężny Krab nie mógł powstać. Nie mógł dźwignąć się z sei-zan, oblewał się potem jak przy najgorszym treningu, a przesuwał się zaledwie o długość swego palca. Kaiu przekuwał kolejne kanji, a Akito mógł powoli wstawać, by wreszcie spojrzeć mu przez ramię.

Imię Akito było już prawie całe przekute. Pierwsze kanji zmieniło kształt niemal nie do poznania.

- Tet-su-... - wyczytał zmartwiały Hida.

Kaiu obrócił się, wyciągając doń narzędzia. Oczy Tetsujina, krucze pióra sterczące z jego włosów, smukłe palce tamtego, i ten sam szyderczy uśmiech ukazały się oczom Akito.

- Gomen, Akito-chan. To powinna być Twoja robota. O, proszę.

Ciało Akito postąpiło krok do przodu. Wzięło od tamtego narzędzia. Przyłożyło dłuto, wzniosło młotek. Zostało jeszcze jedno kanji. Jedno jeszcze kanji należało dokończyć.

"Jin"

Akito obudził się, zrywając się niemal z pościeli.

"Dzień dobry, braciszku. Dobrze spałeś?"

Głowa Kraba machinalnie obróciła się w stronę daisho-kake* stojącego pod ścianą pomieszczenia...

* daisho-kake - stojak na daisho
 

Ostatnio edytowane przez Tammo : 12-12-2007 o 17:43. Powód: Koniec Aktu Pierwszego będzie w następnym poście, po poście Abishai
Tammo jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 12-10-2007, 19:28   #115
 
abishai's Avatar
 
Reputacja: 5 abishai ma w sobie cośabishai ma w sobie cośabishai ma w sobie coś
$: 250 880
Kamisori Yoake Shiro, Twierdza Ostrza Blasku, terytorium Klanu Kraba; 1 dzień miesiąca Hantei; wiosna, rok 1114.

Fukurou mijając bramę miał znowu to dziwne wrażenie...Czuł, że tatuaż na jego karku się porusza. Choć wiedział, że to raczej niemożliwe. Myślami cofnął się o kilka lat wstecz...

Shiro Togashi, Dom Najwyższego Oświecenia, kilka lat wcześniej

Kwatera była mała i ciemna. Kaganki rozświetlały ją bladym blaskiem. Kamienne ściany czyniły to miejsce jeszcze bardziej niesamowitym. Nadawały pomieszczeniom wygląd lochów. Aż dziw było, że ktoś tu mieszkał. Na kilku drewnianych stołach stały miseczki z barwnikami, bambusowe igły, zwoje z wymalowanymi rysunkami. Nieduży parawan z malunkiem sosnowego zagajnika na tle gór, oddzielał część prywatną od oficjalnej.

- Nie ma co się przyglądać Fukurou-san, wzrok to zwodniczy zmysł. Naucz sie polegać także na innych. - Smok usłyszał za sobą lekko ironiczny głos. Fukurou odskoczył instynktownie sięgając po broń. Ale całą broń musiał zostawić przy wejściu do zamku.
- Ara, ara... Po co te nerwy. - rzekł starzec o oczach pokrytych bielmem, ubrany w zwykłe kimono ozdobione monami rodziny Togashi. Fukurou zobaczył na szyi starca fragmenty tatuaży.
- Sumimasen Togashi-sama. - rzekł Mirumoto.
- Po co te formalności synu Hameko-san? - odrzekł starzec. - Możesz mi mówić Gaijutsu. Zrobiłem tatuaże twej matce, zrobię i tobie...Tatuaże są moimi dziećmi, więc praktycznie, będziemy rodziną.
- Hai Gaijutsu-sama. - rzekł Fukurou.

Starzec odsłonił parawan, za którym Fukurou zobaczył matę, porcelanową buteleczkę i dwie czarki.

- Usiądź Fukurou-san. Musimy porozmawiać. - rzekł starzec.

Smok usiadł naprzeciw starca. Zaś Gaijutsu napełnił tylko jedną czarkę, tą przed Smokiem.

- Wiesz po co tu jesteś, prawda? - spytał ślepiec.
- Hai, matka powiedziała... - zaczął Fukurou.
- Tatuaże nie są tylko obrazkami na skórze... Odpowiednie wykonane nakłucia łączące meridiany, rysunki odpowiadające naturze wojownika... To wszystko sprawia, że tatuaże budzą ukrytą w bushi moc. Należy jednak uważać, źle dobrane tatuaże mogą doprowadzić na skraj szaleństwa. Dlatego zanim przeniosę na twa skórę wnętrze twej duszy, muszę ją poznać, ne? - rzekł starzec, po czym dodał. - Pij.

Smok wypił napój z czarki i poczuł jak ogień wypala jego gardło, oczy wypełniły sie łzami, gwałtownie próbował złapać oddech. Była to bowiem najmocniejsza shochu* jaką pił w swym życiu.

- Wiesz, czym jest twe imię Fukurou-san? - spytał starzec.
- Hai - odparł Smok wspominając dawne czasy.
- Sowa to ptak który potrafi przejrzeć ciemności nocy. Mądrze wybiera cel i podlatuje cicho i niezauważalnie. Atakuje raz, ale zabójczo skutecznie. To ptak mądrości i przenikliwości, ale także symbol śmierci - rzekł starzec. - Twoi przodkowie wybrali ci te imię nie bez powodu. Kiedyś będziesz musiał dorosnąć do jego wagi. -
Po czym nagle zmienił temat - Co cenisz w życiu Fukurou-san?
- Honor oczywiście. - rzekł odruchowo Smok. Starzec się roześmiał, po czym rzekł. - Iye Fukurou-san, honor jest drogą, którą podążasz. Ale honorem się żyje, a nie go ceni. Honoru bowiem nikt nie może ci odebrać. Więc ciężko jest cenić honor. Boimy się utraty On**, nie honoru. Ci, którzy nie rozumieją tej subtelnej różnicy...
- Wyjaśnij to Gaijutsu-sama. - przerwał starcowi Fukurou.
- To proste Fukurou-kun. - rzekł ślepy starzec. - Czasami więcej honoru ma ronin, niż bushi Żurawia z długim rodowodem. Zrozum te słowa, a poznasz a naturę honoru.

Togashi ponownie napełnił czarkę shochu i podał Fukurou.

- Pij, shochu otwiera wrota serca.

Fukurou wypił posłusznie, lekko krztusząc się.

- Co więc cenisz? - spytał ponownie ślepy starzec.
- Mojego dziadka, siostrę, matkę, kowala z wioski Ichime, który wyrabia piękne origami, heiminkę opowiadającą stare legendy w przydrożnej karczmie z wioski w okolicy Kyuden Tombo... - rzekł Smok. - Cenię ludzi. Czyż to nie ludzie, nie tylko samurajowie, ale i niższe kasty nie tworzą Rokuganu?
- Hai. Masz rację Fukurou-kun, to głęboka myśl. Musashi-sama dobrze cię szkoli. - rzekł Gaijutsu, po czym kontynuował. - A czego się boisz?
- Że zawiodę...Nie jestem pewien czy podołam nałożonemu na mnie przez Fortuny ciężarowi. Nie jestem tak silny jak mój ojciec, ani tak potężny jak mój dziadek. - rzekł Smok z lekkim oporem, tymczasem Togashi nalał kolejną czarkę i podał Fukurou. Bushi wychylił ją jednym haustem. Fukurou zakręciło się w głowie, to był mocny alkohol.

- Jaki chciałbyś mieć tatuaż Fukurou-kun? - spytał Gaijutsu.
- Sowę! Tak..so..sssooowę trzymającą w szponaaach katttanę, z rozsłożonoonymi skrzydłami. - wybełkotał lekko pijany Smok, wychylając kolejna podstawioną czarkę.
- Kiedyś Fukurou-kun, nauczysz sie, że to czego pragniemy, nie zawsze jest tym, czego potrzebujemy. - zachichotał cicho Ślepy Smok. - Teraz jednak czas, na pytania które pozwolą mi dobrać tatuaż... Zarówno do twej natury jak i do zadań z jakimi przyjdzie się tobie zmierzyć synu Hameko-san. Kto wie, może jeszcze kiedyś sie spotkamy. Ciekawe, czy do tego czasu przebudzić ukrytą w tych tatuażach moc.
Ale tych słów pijany Fukurou nie zapamiętał, tak samo jak tego co działo się później.

Kamisori Yoake Shiro, Twierdza Ostrza Blasku,terytorium Klanu Kraba ; 1 dzień miesiąca Hantei; wiosna, rok 1114.

Rżenie Subayai przywróciło myśli Smoka do rzeczywistości. Fukurou lekko poklepał konia u podstawy karku uspokajając zwierzę. Smok przestał rozpamiętywać przeszłość, a skupił się na niepewnej przyszłości i wijącej się przed nim, wśród nagich wzgórz, drodze.


*- mocna wódka będąca destylatem sake
**- dosł. szacunek,twarz, ale onacza bardziej dobrą reputację
 
__________________
"Nieważne jak człowiek wygląda, ważne co ma w czaszce"-cytat z ilithidzkich ksiąg mądrości.

Ostatnio edytowane przez abishai : 12-30-2007 o 19:40.
abishai jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 12-11-2007, 13:02   #116
 
Tammo's Avatar
 
Reputacja: 4 Tammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znany
$: 187 691
Północna brama Kamisori Yoake Shiro, Twierdzy Ostrza Blasku; terytorium Klanu Kraba; 1 dzień miesiąca Hantei; wiosna, rok 1114.

Nad ranem trójka wędrowców spotkała się na śniadaniu. Nader nietypowym i dość gwarnym. Co chwila ktoś się dosiadał, dorzucał parę słów, radę, przestrogę czy po prostu życzenia dobrej drogi. Ogółem, podczas długiego i bardzo sycącego posiłku, przez stół przewinęło się więcej ludzi, niż Smok, Skorpion i Krab sądzili, że znali.

Przed Akito rosła góra przesyłek, paczuszek czy zwykłych listów. Los kuriera przestawał wyglądać tak prosto i nieskomplikowanie, w miarę jak samuraj Hida musiał zapamiętywać kolejne miejsca i kolejnych adresatów. Któryś z weteranów, nikutai imieniem Hida Misagi Naoki, w pewnym momencie się nad nim zlitował, pokazując mu w jego papierach podróżnych i na mapie do nich załączonych jakie to miejsca, oraz ucząc go systemu zapisywania sobie co komu doręczyć.

- Sam byłem kurierem te parę lat temu, Hida-san - rzekł uśmiechając się - to dobra okazja by zwiedzić nieco Cesarstwo, więc rozglądaj się uważnie. No i powiem Ci, nie dziw się, kiedy będą zadawać Ci prawdziwie idiotyczne pytania o ziemie Cienia czy pomiot Nienazwanego.

Kapral pomógł też Akito wybrać, które z przesyłek mógł doręczyć, a które powinien zostawić nadawcom, choć olbrzymi Krab w duszy zżymał się sam przed sobą. Powaga jego misji, tej zleconej przez taisę, powodowała, że najchętniej odmówiłby wszystkim innym. Zalecana tajemnica jednak czyniła to niemożliwym.

Faktycznie, rozkazy taisy musiały zostać przekazane kuchennym, bo posiłek jakim Twierdza Ostrza Blasku żegnała trójkę samurajów był co najmniej wykwintny. Ryba z ryżem (białym!) i warzywami ustąpiła miejsca prawdziwemu rarytasowi - sushi, po którym zaserwowano jeszcze takoyaki i fasolowe ciastka. Każdy mógł najeść się do syta, a czarki z herbatą, misy z wodą czy czareczki sake były szybko uzupełniane. Żaden z bushi nie pamiętał tak dobrego jedzenia podczas swego tutaj pobytu, a że co chwila ktoś się dosiadał by zamienić parę słów, nie dało się też narzekać na towarzystwo.

Usługiwano im, aczkolwiek tylko Smok doczekał się osobistej służącej. Niewielka, drobna heiminka krzątała się wokół Fukurou spoglądając nań z oddaniem i stanowczo pośrednicząc pomiędzy nim i innymi sługami.

Poranek mijał w radosnym nastroju, pomimo nocnych kłopotów. Nawet samuraj Skorpiona miał wrażenie, że tutaj jego klan, maska oraz potencjalne motywy schodzą w cień wobec dotychczasowych dokonań. Paru zwiadowców lakonicznie i z aprobatą skomentowało jego bieg, któryś z Kuni, widząc krążek modlitewny od Satsumaty wskazał go i poważnym tonem obiecał modlitwę w intencji młodego Bayushi, co przypomniało Manjiemu o enigmatycznej prośbie Satsumaty i ponownie zmusiło go do zastanowienia się, w czyich właściwie ołtarzach powinien się pomodlić z tym właśnie krążkiem na wierzchu.

Wszystko co dobre, kiedyś się jednak kończy. Śniadania też nie są wyjątkiem od tej reguły, zatem w końcu przyszło wyruszyć. Akito przytroczył dodatkowe pakunki do siodła rosłego konia nieboszczka Kakity, lejce tegoż przywiązał do siodła swego konia, sporej wielkości ogiera, niemal dorównującego wielkością koniowi Żurawia, zwanego Kaze-no-Musko*, i zaczęły się kłopoty. Ogier kompletnie zwiódł samuraja Kraba, swą pozorowaną potulnością. Dopiero kiedy Akito znalazł się w siodle, bestia w zupełnym milczeniu potrząsnęła grzywą i bez uprzedzenia wierzgnęła nogami. Akito gruchnął na ziemię, przelatując nad opuszczonym łbem zwierzęcia, tuż obok struchlałego sługi, a obserwujący zajście strażnicy gruchnęli śmiechem.

Niewiele brakło, by Hida w gniewie zdzielił tak zwierzę jak i heimina, lecz tamten - może widząc reakcję, lub ją przewidując - padł na ziemię wołając:

- Gomen kudasai panie! Kazano mi przygotować konia kurierskiego i ten był jedyny!

Akito musiałby się schylać, by trzepnąć tamtego, zwęził więc oczy, powstrzymał odruch rozmasowania płonącego bólem barku, tłumacząc sobie, że przez ciężką zbroję żaden masaż jeszcze nikomu nie pomógł, i ruszył ku stojącemu w czujnym milczeniu zwierzęciu. Syn Wiatru chciał odskoczyć, ale w porę znalazł się przy nim Skorpion, który nic nie mówiąc złapał za lejce i w milczeniu podał Akito czerwone jabłko. Hida opanował pokusę zgniecenia jabłka na miazgę przed oczyma konia, miast tego podsuwając je mu, podsunął się doń bliżej. Uważnie Krab wspiął się na siodło i - ku zawodowi liczących na widowisko strażników - tam pozostał.

Tak Manji, jak i Akito dostrzegli, że koń był wyjątkowo silny. Pod ciężarem Akito w pełnej zbroi nawet się nie ugiął. Manji też wiedział, że to wcale nie koniec kłopotów, Syn Wiatru był dumnym zwierzęciem. Jabłko było najwyżej tymczasowym remedium.

Póki co jednak, jechali.


Inari Mura, prowincja Sasaryu, terytorium Klanu Lwa; koniec miesiąca Onnotangu, wiosna roku 1114, godzina Bayushi.

- Nie obarczaj, panie, Akodo Ichizo-sama moimi niedoskonałościami. Szczególnie teraz. Ja, w porównaniu z nim, to pęknięte naczynie, z którego… - skrzywiła usta, patrząc na duże, szorstkie dłonie Tsi Wenfu delikatnie przesuwające się po wyblakłej powierzchni czarki. – Spytałeś się mnie, panie, co o nich sądzę – ‘coś’ opuściło łeb i wycofało się odrobinę z jej głosu. – Powiedziałam ci więc prawdę. O starych, nieładnych czarkach, o prawdziwych i pięknych czarkach. Przyczyni mi ona wrogów?

Irytująco powoli błąkał się uśmieszek na twarzy Tsi Wenfu, irytująco powoli dla czekającej na jego reakcję Osy.

- Kowalem jestem, pani. Czemu miałbym wrogiem być komuś ze Szmaragdowych? Toż ich hurma za Tobą stanie, jak Ci włos z głowy spadnie. Źlebym odwdzięczył się memu panu za protekcję, jakiej mi udzielił, uchybiając w gościnie Szmaragdowej Namiestniczce. Nawet jeśli jedyny wyrób mojej zmarłej przedwcześnie żony zechce ona lżyć.

Keiko z wyraźnym trudem zdusiła w sobie słowa, które cisnęły jej się na usta. Odstawiła przesadnie ostrożnie czarkę na stół, jakby się bała, że zaciskające się w pięści dłonie, skruszą ją i zniszczą.

- Widziałam podobne uśmiechy wiele razy w Kaeru Toshi. Zazwyczaj towarzyszyły im równie znaczące słowa. Wtedy rozumiałam, teraz nie. Po co to, panie? Żeby zobaczyć głupią Osę, która, pomimo wdzięczności, mówi kilka słów, których wybaczyć nie będzie można?

Wenfu pokiwał głową.

- Również - odparł z zaskakującą bezpośredniością, patrząc młodej Osie prosto w oczy – Ponieważ jeśli taką Osę bym zobaczył, innej bym udzielił pomocy niż widząc Ciebie. Słucham zatem. Z czym przychodzisz pani?

- Chyba z nadzieją – powiedziała w końcu. – Że rozmowa z tobą i twoim synem, panie, pomoże mi zrozumieć i ocenić to, co się stało bez gniewu i niepokoju. Że może będziesz mógł, zechcesz udzielić mi jakiejś rady.

- Co się stało? - Powtórzył z namysłem Wenfu. – Dwu Jednorożców przekazało wiadomość bardzo skaczącej Osie. Jednorożce w tej okolicy są nie pierwszy raz, są pewnie częścią czyjegoś orszaku. Czyjego, nie wiem. Jeden był wyraźnie zniesmaczony sytuacją, drugi był nią zaaferowany. Cokolwiek mu powiedziano, zrobiło na nim wrażenie. Duże na tyle, że nie zadawał pytań, nawet mimo tego, że grożono mu bronią. Czy to celowe? Możliwe. Jeśli jednak tak, to jest aktorem wystarczająco dobrym by mnie zmylić.

Dziewczyna skuliła ramiona i nerwowym ruchem potarła kark.

- Tak, to stało się dziś. Przedwczoraj jednak dowiedziałam się, że jest ktoś, kto próbuje zniszczyć mojego ojca. Gdyby nie świadomość, że nie mogę obarczać Skorpionów za całe zło tego świata, powiedziałabym, że to jeden z nich. Ale to najprawdopodobniej Lew –zapatrzona w swoje zaciśnięte w pięści dłonie samuraj-ko, mówiła bardziej do siebie, niż do rozmówcy – dobry taktyk potrafiący myśleć jasno, ktoś, kto potrafi przewidywać ruchy przeciwnika, ktoś, kto wie czym jest honor, nawet jeśli sam go nie posiada. Ktoś z Kaeru Toshi. Ktoś, kto kazał poluzować hufnale. Więc nie, nie sądzę, żeby zachowanie Jednorożca było celowe, ale… oni także pojechali na południe. A ja nie spytałam, więc teraz mogę tylko przypuszczać z czyjego rozkazu i dokąd. I mogę się tylko niepokoić.

Tym razem przy stole zapadła długa cisza. Zutaka wbił w Keiko rozszerzone w zdumieniu oczy, najwyraźniej powaga sytuacji zaskoczyła go zupełnie, bo zamarł. Wenfu zaś w milczeniu posilał się, nie patrząc właściwie poza jedzenie, przez męcząco długi czas.
Wreszcie skończył jeść, złożył pałeczki na pustej teraz miseczce, podziękował za posiłek i rzekł:

- Gdy zmarła moja żona, miałem trzech synów i córkę. Z czego najmłodszy mój, ten tu nicpoń, miał mniej niż rok. Potrzebowałem mamki, niańki, kobiety. Potrzebowałem też przyjaciółki i kogoś, kto potrafiłby uczynić miejsce, w którym wtedy mieszkaliśmy domem, tak jak potrafiła to zrobić moja żona. Potrzebowałem też pieniędzy na pogrzeb.
Wenfu spoglądnął na Osę w zamyśleniu, wspominając dalej:

- Zrobiłem więc pierwszy w mym życiu miecz. Wykułem ostrze, które nazwałem Aijou**. Złożyłem je w niedalekiej świątyni Bishamona jako święty miecz i kułem następne. Wkrótce miałem pieniądze. Znalazłem mamkę, niańkę, stać mnie było na dobrą służbę, która zadbała o mój dom. To było ponad dekadę temu. Nadal szukam odpowiedniej kobiety, samuraju Osy nazwiskiem Akodo. I najpewniej nie znajdę, bo wolę poszukać kobiet dla moich synów, czy męża dla mojej córki. Twoja decyzja jest prosta, młoda kobieto, w oczach tego kowala. Choć podjęcie jej prostym nie będzie.

Kowal uczynił gest, jakby chciał wstać od stołu.

- Nie wiem czy rozumiem, to co chcesz mi powiedzieć, panie – powiedziała cicho. – Nie widzę przed sobą rozwidlenia ścieżek, tylko jedną drogę - tą, którą posłał mnie mój ojciec.

- Nią więc podążaj. Ani zaaferowany, ani zażenowany jeździec na niej Ci stanąć nie powinien.

- Myślisz, panie, że ktoś kto zlecił poluzowanie hufnali i podpalił dom, to ta sama osoba?

- Prostota rozwiązania za tym przemawia - odrzekł spokojnie Wenfu. – Czy komuś innemu było na rękę by spowolnić Twój wyjazd, Akodo-san?

- Nie – pokręciła głową. – Po prostu nie rozumiem po co? Czy nie powinien dalej kryć się w cieniu i snuć intryg? Po co wzniecać pożar i ranić, ryzykować jego śmierć, która da Tsuruchi-sama tak silną kartę do ręki.

Znowu minęła chwila, w czasie której zbrojmistrz ważył słowa, z kalkulującym spojrzeniem utkwionym w ikebanie.

- Pytanie, czy pożar naprawdę się wydarzył? Czy nie był tylko środkiem do zawrócenia Cię z drogi, jeśli przeżyłaś hufnale? Lub po prostu - do wytrącenia Cię z równowagi, pozbawienia spokoju ducha, zakłócenia Twego Chi? Wreszcie - skoro masz przed sobą jedną tylko drogę, czy pożar był istotny? Czy zmieni on cel Twojej drogi?

Wenfu spojrzał na dziewczynę w skupieniu

- Nie jestem nikim znaczącym. Nie uczyniłam niczego, co mogłoby uczynić mnie ważną figurą na tej planszy. Pożar? Po co tak wiele wysiłku, dla jednej niedoświadczonej Osy? Nie sądzę, by Jednorożec kłamał, wierzył w to, co mówi. I wiedział dokładnie jak wygląda służąca z naszego domu. I nie, nie zmieni to celu mojej drogi. Ale muszę się liczyć z tym, że nawet jeśli mi się powiedzie i powrócę do Kaeru Toshi, mój ojciec będzie martwy – jej głos załamał się lekko. – Dlatego to jest dla mnie takie ważne. Żeby wiedzieć.

- Ktokolwiek zastawił tak misterne wnyki nie jest durniem, dziewczyno - żachnął się Wenfu – Jak twierdzisz, śmierć Twego ojca daje mocną kartę jego panu. Albo zatem sojusznik Twego daimyo go wspomógł, dając mu tą kartę, bo w końcu poświęcić jednego samuraja dla rozstrzygnięcia sporu to droga ludzi wysoko stojących, albo wróg Twojego ojca ma wroga, któremu Twój ojciec nie jest przyjacielem. Ale, w obu przypadkach Ci, co go chcą w swojej sieci, wszystko zrobią, by tam pozostał - cały. Wreszcie, jak na kogoś, kto nosi nazwisko Akodo, małą wiarę pokładasz w honorze Lwów. Nie znasz li Lwa, co idąc za głosem honoru Twojego rodzica wspomoże w potrzebie, jak trzeba nawet zbrojnie, lub zastawiając go przed ciosem? Butny to klan i dumny tak, że pychą czy arogancją można tę dumę śmiało nazwać. Ale honor znają.

- Honor Lwów widziałam w Shir... – zacisnęła usta powstrzymując dalsze gniewne słowa. Wzięła głęboki oddech. – Lwy nazywają go Zdrajcą, tak jak Osy: Jedynym Honorowym Lwem. Nie potrafię powiedzieć jak głęboko ta niechęć czy nienawiść sięga, jak bardzo przesłania im wzrok. – Popatrzyła Tsi Wenfu prosto w oczy. – A Lwa z Kaeru Toshi, którego bez wahania potrafiłabym pokazać ci jako człowieka honoru, znam jednego.

- Tak... podobne osądy słyszałem tutaj na temat samurajów Osy. Nie dziwi mnie więc Twoja odpowiedź, Akodo-san. Nie mnie zapewniać o honorze Lwów, bo to nie słowa winny mówić o honorze lecz czyny. Jeśli więc nie przekonuje Cię, że Lew zadba, by poseł na jego ziemiach przeżył bo honor tego wymaga, to czy przekona Cię, że zrobi to dla zachowania twarzy? On*** kieruje życiem wielu samurajów, samuraje Lwa nie są wyjątkiem. Utrata twarzy, jaką wywoła śmierć posła nie jest na rękę Lwom, nie kiedy negocjacje z Małą Osą prowadzone są na rozkaz Głosu Cesarza.

- Tak, panie. Dziękuję ci za te słowa.

Wenfu już powstawał, jego spracowane dłonie oparte już były o blat a ciało właśnie dźwigało się w górę, gdy zamarł na moment. Usiadł z powrotem. Nalał sobie jedną jeszcze czarkę herbaty. Myślami był gdzie indziej, bo herbatę nalał bez odpowiedniego zamieszania imbryczkiem, przez co na pewno straciła ona na smaku.

- Nie rozważyliśmy jednej jeszcze opcji, Akodo-san. Kto najwięcej skorzysta, jeśli Akodo Ichizo zmarł w pożarze?

- Najprostszym wyjaśnieniem byłby wróg, który nie będąc Lwem może lekceważyć sobie ich interesy. Z drugiej jednak strony niewiele wiem o dyplomacji i dworskich intrygach – palce Keiko wystukiwały na lśniącej powierzchni stołu cichy, nerwowy rytm. – Zyskuje każdy, kto Lwów nie darzy sympatią. Może zyskać podwójnie, bo niechęć Doji Satsume-sama do tego klanu jest znana. Ale to tylko moje zgadywanie, za mało mam wiedzy, by powiedzieć czy i jak oddziała śmierć jednego dyplomaty na sprawy nie znajdujące się na linii konfliktu z Osami.

Kowal spojrzał na dziewczynę uważnie, jego wzrok zabarwiony był sympatią i... współczuciem?

- A wśród Os, Akodo-san? Szukałaś tam?

- Tsuruchi-sama zna honor i wartość mojego ojca. Wszyscy zresztą wiedzą, że w jego talii Jedyny Honorowy Lew jest unikalną kartą, wyjątkową. Takich kart się nie wyrzuca. Więc jeśli to jakaś… samowolna Osa, to zapłaci ona podwójnie.

- Czasami bywa tak, że jedyną winą samuraja jest to, że nie ma go przy jego panu by się bronić. Życzę Ci, by to nie był ten przypadek. Jeśli bowiem jest, to do złej osoby przyszłaś po poradę pani. Powinnaś udać się do kogoś ze swoich.

* * *

Na podwórzu rozpalono już lampiony, pomimo promieni słońca znaczących ziemię i budynki rdzawymi smugami czy jednostajnych uderzeń młota dochodzących z kuźni, jednoznacznie i donośnie ogłaszających, że dla Tsi Wenfu nie nadeszła jeszcze pora odpoczynku.

Keiko zacisnęła mocniej pas, którym przymocowany był do końskiego grzbietu jej daikyu. Wałach nawet na nią nie spojrzał, melancholijnie wpatrzony w chropawą ścianę domu.

"Jak krowa, zupełnie jak krowa na pastwisku". Gwałtownym ruchem zapięła mocniej popręg. Koń popatrzył tylko na nią ze spokojnym wyrzutem. "To beznadziejne. On nadaje się do wyścigu z czasem tak samo jak ja do uprzejmej konwersacji. Michiko wiedziałaby co odpowiedzieć, jak spytać się o to, o co pytać się nie powinno".

- Powinnaś udać się do kogoś ze swoich.

Kowal delikatnie obracał czarkę w swojej szorstkiej, dużej dłoni cierpliwie czekając na odpowiedź samuraj-ko. Jednak jedyną odpowiedzią były rozszerzone nagle oczy, wypełzający na jej policzki blady rumieniec i nerwowy ruch dłoni.

"Pomyślałam wtedy o Akodo Noriko. Pomyślałam własnej matce. I ta myśl smakowała zdradą".

Jej milczenie zakończyło rozmowę. Tsi Wenfu powrócił do przerwanej pracy, Zutaka w zamyśleniu bawił się pustą czarką, nieświadomie powtarzając gest swego ojca. Keiko zaś ze spuszczoną głową mięła w palcach brzeg swojego kimona.

Teraz, Zutaka stał oparty ramieniem o prosty, drewniany filar podtrzymujący zewnętrzny daszek, który wejście do domu przed ostrym słońcem lub niepogodą. Samuraj-ko, już ubrana w zbroję, bawiła się trzymanymi w dłoni lejcami.

Pożegnanie jest krótkie, pozbawione zbędnych uprzejmości i rytuałów.

Skłoniła się lekko przed chłopakiem.

- Dziękuję za gościnę. Niech Fortuny sprzyjają waszemu domowi.

- Tobie też, pani.

Siedząc już na koniu, dziewczyna uśmiechnęła się nieznacznie.

- Mam nadzieję, że kiedyś nasze drogi skrzyżują się jeszcze.

Keiko nie obejrzała się za siebie ani razu. Wyjazd z Inari Mura przyniósł jej ulgę – mogła teraz skrzywić usta i nie pilnować wyrazu twarzy; mogła przeklinać cicho i głośno, wściekła i smutna jednocześnie. I mogła żałować, że tego jednego pytania, które uświadomiła sobie podczas rozmowy z Tsi Wenfu, nie wolno jej było zadać.

"A co, jeśli pożar i rana zostały zaaranżowane przez samego Akodo Ichizo?"


Koniec Rozdziału Pierwszego



* Kaze-no-Musko - Syn Wiatru
** Aijou - miłość, smutek
*** On - twarz, reputacja
 

Ostatnio edytowane przez Tammo : 01-21-2008 o 13:03. Powód: Wstawiłem rozmowę Keiko i Tsi Wenfu
Tammo jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 12-12-2007, 08:22   #117
 
Tammo's Avatar
 
Reputacja: 4 Tammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znany
$: 187 691
Droga Lwa: Pogranicze


Wśród dziewięciorga dzieci Słońca i Księżyca, żadne nie wzbudziło takiego podziwu, jak Akodo. Wojownik i strateg, Akodo został w pojedynku pokonany jedynie przez Hantei i to po długiej i zaciętej walce.

Kiedy upadnie ostatni Akodo, upadnie ostatni Hantei.

Najstarszy z kami nadzwyczaj starannie dobierał ludzi, którzy mieli za nim podążać. Tysiące opowieści krążą o tym, jak do grona jego wasali dołączyli protoplaści pozostałych wielkich rodów Lwa: Ikoma, Kitsu czy Matsu. Każdy jednak z rodów kuge i buke, który potrafi wywieść swe korzenie od czasów, kiedy kami Lwa stąpał po ziemi, ma swoje opowieści, o swoim przodku i tym jak on zwrócił na siebie uwagę Jednookiego, jak on znalazł się w słynnym 'Dowodzeniu'.

Zwykle też milczy się o tym, ilu martwych przypadało na jednego takiego, który starł się z Jednookim i przeżył, by zostać jednym z jego wasali. Akodo bezlitośnie ścinał tych, których uznał za bezwartościowych. Nie z żądzy krwi. Samuraj, który później spisał kodeks bushido, nie podlegał czemuś tak upodlającemu. Co jednak często przechodzi niezauważone w opowieściach o jednookim kami, to fakt, jak często bywał on przygotowany na zdarzenia, zanim te nastąpiły.

To Akodo rozpoczął budowę armii, przygotowując się na przyjście Fu-Lenga. To Akodo zszedł cały Rokugan tylko po to, by wybrać najbardziej wartościowych ludzi, których szkolił na dowódców tej armii. To Akodo rozpoznał miękkość słów Shinsei, odpowiadając na nią twardą niczym diament literą bushido, dając ludziom w czasach pożogi i koszmaru samurajów legendy, kierujących się zasadami nieosiągalnymi dla zwykłych ludzi, inspirującymi każdego świadka ich czynów do choćby podążania w ich cieniu, do doskonalenia samego siebie.

Syn Shinsei kiedyś zaskoczony został pytaniem szukającego skandalu Skorpiona, co jego ojciec sądzi o bushido Jednookiego. Było to wkrótce po słynnym ścięciu między Cesarzem i jego najstarszym bratem, kiedy Akodo splunął w odpowiedzi na słowa Małego Mistrza, co pchnęło Hantei Jinmu Tenno do wydania słynnego nakazu by w każdym dojo Lwa znajdowało się Tao Shinsei zaraz obok Kodeksu Bushido. Młodzian uśmiechnął się szeroko, radośnie i rzekł:

- Że jest wspaniałe.

Spomiędzy kami, to Bayushi i Hida najprędzej dostrzegli mądrość czynów Akodo. Dalekowzroczność Jednookiego przyciągnęła ich uwagę, choć z zupełnie innych powodów. Hida obserwował militarne przewagi i pomysły brata, widząc w nim kogoś równie jak on obeznanego z prowadzeniem wojen, od kogo mógł się uczyć jak prowadzić ludzi w walce. Choć, by oddać pierwszemu Krabowi sprawiedliwość, niewiele z owej nauki było mu potrzebne. Bayushi zaś mimo swej niechęci do swego sztywno zapatrzonego w honor brata nie potrafił odmówić mu uznania, ponieważ Akodo swoim jednym okiem widział dalej, niż wielu dwoma, co dostrzegł pierwszy Skorpion po lekturze fragmentów zaledwie traktatu brata.

Niewielu w Rokuganie zdaje sobie sprawę, jak bardzo zmienione zostało przez wieki "Dowodzenie". Olbrzymia księga, której autorstwo zwykło się przypisywać Akodo, została naprawdę jedynie przez niego rozpoczęta. Najstarszy wśród dzieci Słońca i Księżyca doskonale wiedział, jak czas potrafi zmienić adekwatność środków potrzebnych do osiągnięcia celów, dlatego zostawił w olbrzymiej księdze... znakomitą większość pustych stron, które później zapisywali jego następcy. To jednak wiedzą jest dość powszechną dla każdego, kto czytał niegdyś najsłynniejszy traktat o taktyce jaki kiedykolwiek powstał. Dla każdego, kto uczęszczał do dojo Klanu Lwa, lub kto w swoim dojo zainteresował się taktyką.

Jest jeszcze jedna opowieść. Taka, która dawno temu została pogrzebana. Taka, którą uznano za niebezpieczną dla Cesarstwa, a zatem nadającą się do usunięcia z kart historii. Ale tym niemniej prawdziwą, i opowiadaną z ojca na syna, lub nawet z poprzednika na spadkobiercę. O tym, jak traktat Jednookiego uznano za niehonorowy.

Rozkaz Cesarza jest prawem, on jest bowiem Synem Niebios. Dlatego nikt nie wyrzekł słowa sprzeciwu i poprawki, jakie Hantei-heika uznał za stosowne wprowadzono we wszystkich kopiach traktatu.


Komnaty daimyo Lwa, Zamek Zawsze Wiernych (Shiro Akodo), prowincja Etsu; terytorium Klanu Lwa; godzina Bayushi, 9 dzień miesiąca Onnotangu; wiosna 1114.

Niektórzy rozumieli, dlaczego Akodo i jego następcy pisali o prowadzeniu wojny tak, jak to czynili. Dlaczego przezorność pierwszego Akodo powinna być zachowana. Dlatego też nie wszystkie starsze wersje traktatu zniszczono lub przerobiono do końca. Spośród wszystkich takich ksiąg, najkompletniejsza znajduje się w posiadaniu jednego człowieka. Akodo Arasou, Czempiona Wielkiego Klanu Lwa, nastoletniego młodzieńca uderzająco męskiej postury, o którego wojennych przewagach już teraz jest głośno.

I który właśnie tą książką wymachiwał, dyskutując z jednym z dyplomatów Lwa, panem Ikomą Ujiakim.

- Ujiaki-san, dlatego niezależnie co Uji sobie wymyśli nasze strażnice i tak powstrzymają jego ewentualny przemarsz, a gońcy powiadomią nas o jego planach.

- Panie, Uji-san również ma strażnice po swojej stronie. Nie sądzę, by nie znał ich korzyści lub nie wziął ich pod uwagę.

Ujiaki bardzo się starał by zachować powagę, powstrzymując ochotę by wydrzeć nastolatkowi księgę z dłoni i odłożyć ją gdzieś, gdzie będzie traktowana z należnym jej szacunkiem.

- Phi! Uji nie ma sił, jakie my mamy. Cóż może uczynić? - Nastolatek spoglądnął z triumfem na swego doradcę - Nic! Nie ma ani sił, ani środków, by przeprowadzić atak na Shiro no Yojin, nie ma też sił by poważnie mu zagrozić.

- Właśnie koncentruje te siły, panie. W Kosaten Shiro. Przeprowadzi je najpewniej przez Równiny Osari, i nawet jeśli nie będą to siły zdolne zagrozić Shiro no Yojin, to na pewno będą one znaczne. Pozostawienie ich oznacza ruiny tych terenów.

- Nudzisz mnie, Ujiaki. Jaki w ogóle powód ma Uji by koncentrować swoje siły? Ile ich zdołał skoncentrować? Nadal tego nie wiesz? Już tydzień minął odkąd ci to zleciłem. Postaw cztery kaisha w gotowości, dwie z armii w Shiro Matsu i dwie stąd. Wystarczy z naddatkiem.

- Hai, tono*. - Ujiaki skłonił głowę, maskując urazę. Miał zamiar zrobić jednak coś więcej niż tylko postawić w gotowości parę kompanii...

* * *

Ujiaki był mężczyzną w kwiecie wieku. Jego bujna broda, nalana twarz o pucołowatych policzkach oraz brzuch powodowały, że wielu, widząc go, popełniało błąd. Brali go za samuraja, którego najlepsze lata są już przeszłością, za obiboka i żarłoka. Fakt, że jak prawdziwy Ikoma potrafił być głośny i nieumiarkowany w okazywaniu emocji dodatkowo pogłębiał tę mylną pierwszą ocenę. Tymczasem Ujiaki pod powierzchownością hedonisty skrywał całkiem przebiegły i kalkulujący umysł, zarządzał wszak siatką szpiegowską swego klanu.

Daidoji Uji był zaś całkiem wysoko na liście jego zmartwień. Obecny daimyo rodziny Daidoji był jednym z trzech najpotężniejszych panów w całym Klanie Żurawia. Jego taktyczne umiejętności zyskały mu rozgłos już w młodym wieku, kiedy dopiero zdobywał szlify w szkole Daidoji. Wtedy już jednak zdołał prowadzić całkiem umiejętnie ludzi do walki. Usłyszawszy o tym Ujiaki postarał się, by paru jego ludzi znalazło się w otoczeniu przyszłego daimyo.

I ci nie przynieśli wieści, jakie uspokoiłyby starego wygę. Młody daimyo już parokrotnie wyrzekł słowa, wyraźnie świadczące, że i on zamierza podążyć śladami Daidoji Yurei, nawet pomimo - a może właśnie dlatego - jego niesławnego końca.

Dyplomata Ikoma zdawał sobie też sprawę z tego, że wskutek paktów jakie Klan Żurawia zawarł dawno już temu z Klanami Feniksa oraz Jednorożca, jak i przy efektywności, jaką Żurawie i Skorpiony miały na dworach, Lew, atakując Żurawia, musiał być przygotowany do walki na niemal wszystkich granicach. Między innymi dlatego Klan Lwa miał osiem armii...

Ale jeśliby do tego doszło, oznaczałoby, że Ikoma Ujiaki zawiódł. Jego bowiem sprawą było wywiedzenie się, czy sąsiadujące z Lwem klany nie zawarły sojuszy, o których jego suzeren wiedzieć powinien. Niepokoiła koncentracja wojsk w Kosaten Shiro. Niepokoiła zwłaszcza z tej racji, że Daidoji Uji nie czynił rzeczy niepotrzebnych. Mężczyzna niewielu słów jakim był Uji nie będzie czynił niepotrzebnych gestów, rozumował pan szpiegów Ikoma. Albo więc Uji miał chytry plan, albo sojuszników. Dlatego postawienie w gotowość paru kompanii to nie było jedyne posunięcie jakie miał zamiar przedsięwziąć Ujiaki...


Zamek Rozdroży (Kosaten Shiro), prowincja Jodo; terytorium Klanu Żurawia; w tym samym czasie.

W niewielkim pokoju nad rozmaitymi planami, na niewysokim, okrągłym kamiennym stole z wyrysowaną mapą, pochylało się dwu Daidoji. Pierwszy z nich, barczysty i krępy mężczyzna był w błękitnym kimonie w czarne pasy. Przepasany czarnym obi, z daisho i tessenem za pasem, mężczyzna ten krótko obcięte na modłę Krabów włosy, brodę i niewielką bliznę po oparzeniu na prawym policzku. Chui Daidoji Meiwaku Hatori był szóstym pokoleniem rodu wasalnego Daidoji, założonego przez ronina Meiwaku po tym, jak jego pan pozwolił mu przyłączyć się do rodu Daidoji. W rzadkich chwilach autoironii, Hatori mawiał, że jego praprzodek założył taki a nie inny ród, bo jego pan przez jego służbę nierzadko znajdował się w kłopotach**.

Razem z nim w pomieszczeniu znajdował się jego shoko kanbu*** i kochanek, długowłosy Daidoji Jun Igashira, młodszy odeń o trzy lata kuzyn ze strony matki. Chłopięco smukły Igashira w zamyśleniu potarł podbródek, próbując umiejscowić na mapach miejsca przyszłych starć.

Obaj wojskowi korzystali z nadmiarowego czasu. Daidoji Uji miał pojawić się lada moment, zaś póki co, tak chui jak i shoko kanbu raz jeszcze przerabiali plan między sobą, przed jego ostateczną prezentacją.

Zamieszanie za drzwiami spowodowało, że przerwali. Trzaski pięści w zbroje, odgłosy rozwieranych drzwi oraz przede wszystkim okrzyki powitalne powiedziały obu mężczyznom kto nadciąga, długo zanim Daidoji Uji stanął w drzwiach. Daimyo wszystkich Daidoji zastał dwu mężczyzn przyklękających na jedno kolano, by dotknąć pięścią podłogi.

- Daidoji-sama! - alt i baryton rozbrzmiały niemal unisono.

Uji był mężczyzną nieco większym od przeciętnego Rokugańczyka. Nie barwił włosów, nie golił się też inaczej, niż tradycyjnie. Miał więc łysą głowę, jedynie z jej czubka wyrastała kita czarnych włosów, przycinana tak, by stanowić samurajski kok, ale nic więcej. Także dzisiaj nie nosił zbroi, ani maski, te zakładał jedynie do walki. Yojimbo pozostawił za drzwiami, choć obaj strażnicy bacznie obszukali pomieszczenie i nie szczędzili spojrzeń dwóm Daidoji w środku, nim wyszli.

Mruknięciem mężczyzna nakazał powstać obu wasalom, kolejnym mruknięciem oraz niecierpliwym gestem polecił im rozpocząć.

* * *

W miarę jak Igashira i Hatori wykładali plany, rozwijali kolejne zwoje i ustawiali woskowe odlewy prezentujące oddziały na kamiennym, wymalowanym w mapę stole, umysł ich suzerena gnał już do przodu. Mężczyzna niewielu słów doskonale pojął dokąd zmierza plan obu bushi, dostrzegł też dwie jego wady, nim oni sami zdążyli dojść w prezentacji tam, gdzie mieli je poruszyć.

- Strażnice? - wyszeptał.

Twarz Meiwaku rozciągnęła się w szerokim, powolnym uśmiechu odsłaniając na moment zęby. Spojrzał na Igashirę, wymienili uśmiechy. Wiedzieli, że ich odpowiedź uraduje ich pana.

- W tej sprawie, mój panie, cztery miesiące temu... - zaczął Jun.

W dziewiątym, wedle kalendarza Isawa, stuleciu dynastii Hantei, Klan Lwa czerpiąc z wzoru Klanu Kraba, niezwykle wzmocnił swoje granice. Wynająwszy inżynierów Kaiu by Ci popracowali nad głównymi twierdzami, Lew wzniósł szereg strażnic wzdłuż granicy z Żurawiem. Każda taka strażnica była pomyślana jako obóz dla oddziału o wielkości maksymalnie jednej kompanii. Więcej nie było potrzeby. Otoczona palisadą, z barakami, placem ćwiczebnym i apelowym, z kuchnią, łaźnią oraz przede wszystkim z wieżą strażniczą i obserwacyjną, każda taka strażnica wkrótce stała się zaczątkiem niewielkiej osady. Że zaś cały szereg strażnic szybko, dzięki gołębiej poczcie, przekazywał wiadomości, wkrótce ruszające na rajd oddziały Daidoji zaczęły regularnie wpadać na czekające na nich w dogodnych pozycjach wojska Matsu czy Akodo. Po pół roku każdy rajd był już zbyt kosztowny, a wykrwawieni na nich Daidoji nie mogli już prowadzić wojny na cudzym terenie. Wtedy zza umocnionej granicy Lwy przypuściły kontratak, kulminacją którego było zdobycie przez nie Shiro no Yojin, w Nocy Spadających Gwiazd.

Stalowe Żurawie boleśnie odczuły policzek. Wielkim wysiłkiem przereformowano wojsko, tworząc nową jednostkę, Jastrzębi. Ich specjalne szkolenie miało zapewnić wojskom Żurawia ochronę przed 'niespodziankami' w rodzaju czekającego wroga, na którego terytorium operowali.

Taktyki Daidoji zmieniły się również. Miast rajdów, dokonywano teraz wypadów znacznie lepiej przygotowanych, daleko rzadszych i - przede wszystkim - krótszych. Poprzednie regularne utarczki na granicy zmieniły się w wojnę podjazdową. Kolejni panowie próbowali czasem napaść i zniszczyć strażnice, lecz zwykle kończyło się to na niczym i pozostawały podjazdy i najazdy. Wszystko to jednak rozbijało się o łańcuch strażnic jak fala morska rozbija się o falochron.

Uji taktykę swych poprzedników opanował po mistrzowsku. Od czterech lat prowadził działania zaczepne na terenie wroga. Od czterech też lat jego wysiłki hamowały strażnice, lub dzięki nim i posłanym z nich wiadomościom - wojska Lwa. Uji więc nakazał paru swoim ludziom opracowanie odpowiedniego planu, samemu koncentrując się na rozpoznawaniu granic i rozlokowania sił przeciwnika.

Zarówno Igashira jak i Hatori zdawali sobie sprawę z ważności tego rozkazu. Wiedzieli co oznaczać będzie dla nich powodzenie misji... lub jej porażka. Dla obu była to misja, na której mogli niezwykle wznieść się w hierarchii.


Trzynasta Strażnica, prowincja Kaitomo; terytorium Klanu Lwa; w godzinę później

Uderzenie pięści posłało Soshana na ścianę. Mroczki zawirowały mu przed oczyma. Nie to, by wcześniej było wiele lepiej, pierwszy sierpowy sięgnął lewej skroni rozwalając łuk brwiowy. Opuchlizna i strumyczek krwi szybko spowodowały, że widzenie lewym okiem w tej walce było niemożliwe.

"Świetnie. Po prostu świetnie. Jeszcze trochę takiej zabawy i chyba jednak oddam, kobieta czy nie..."

Soshan wiedział jednak, że najpewniej nie odda. To właśnie spowodowało całe zajście.

Przydzielony do służby tu Soshan z początku świetnie sobie radził. Do czasu. Posiłki jakie przysłano w dwa może tygodnie po jego przybyciu, przyszły z Shiro Matsu. I od tego czasu ćwiczebnym partnerem Soshana została Matsu Heiko Saionji. Pochodząca z rodu Heiko dziewczyna miała nietypową, egzotyczną urodę, co, jak szeptali sempai poza zasięgiem uszu oficerów czy kobiet z rodu Matsu, było zasługą płynącej w jej żyłach domieszki krwi Jednorożca.

Soshan doskonale wiedział nawet skąd ta domieszka się wzięła. On i Saionji uczyli się dwa lata temu razem przez pewien czas, choć dziewczyna zupełnie nie miała o tym pojęcia. Nic dziwnego. Ostatni rok był początkiem czegoś nowego w życiu dotąd znajdującego się w cieniu Akodo. Urósł, rozrósł się, jego patyczkowate dotąd kończyny nabrały ciała, zaś załamujący się piskliwy głos obniżył się do zadowalającego tenoru. Soshan każdą z tych zmian witał z utęsknieniem i ulgą, mogąc wreszcie wierzyć zapewnieniom matki na temat męskiej urody swojego dawno nieżyjącego ojca, którą jakoby miał po nim odziedziczyć. Idąc też za jej wspomnieniami, począł farbować włosy na rudo, i od tego czasu zaznał wreszcie, czym może być powodzenie u kobiet.

Nie, żeby nie wpędzało go to w inne kłopoty...

Kolejne trzy uderzenia Saionji udało mu się jakoś zblokować, ale czuł jak ich impet powoduje sztywność przedramienia. Jedno trzeba było kobiecie przyznać. Razem z trzema koleżankami zaciągnęły go na tył baraków, gdzie mało kto bywał, ale walczyła sama Saionji, koleżankom zostawiając pilnowanie, by nikt nie przeszkodził w 'rozrachunku'.

"Trzeba się było nie wstrzymywać podczas treningów..." pomyślał mimochodem Soshan, lecz doskonale zdawał sobie sprawę z próżności tej myśli. Wychowany jako jedyny samuraj (poza matką i siostrą) w całej wiosce, w wieku dziewięciu lat pojechał do Szkoły Wojny Akodo, gdzie trafił do stricte męskiej klasy. Przypadek? Los? Na pewno problem, co Soshan stwierdził już na swoim gempukku. Wygrałby wszystkie walki, gdyby nie to, że jego przeciwnikiem w półfinale okazała się być kobieta. I znienacka Soshan stwierdził, że nie umie zmusić się do zadania ciosu.

Ona oczywiście nie miała skrupułów i Soshan pierwszy raz w życiu przegrał - co sam przyznawał - na własne życzenie.

Problem, niestety, wcale nie zanikł. O ile młody Akodo oswajał się powoli z tym, że kobiety, które dotąd widywał jedynie jako bohaterki opowieści, lub piękne istoty, warte starań i szacunku, oraz na żony, mogą czasem podążać drogą wojownika (nie tylko na kartach powieści czy historii)... o tyle w trakcie ćwiczeń z Saionji jego ciosy nadal były wstrzymywane. I o ile na początku młoda Matsu po prostu tego nie zauważyła, przyjmując po prostu, że jest lepsza, o tyle widząc okazjonalne walki swego sempai z innymi współćwiczącymi wyraźnie zauważyła różnicę. Litość zaś lub dworność wobec jej kobiecości, jak to niefortunnie ujął zapytany o powody Akodo zostały przez nią bardzo źle odebrane.

Fakt, że Soshan rozumiał to wszystko wcale nie ułatwiał mu zadania ciosu, a wręcz czynił to trudniejszym. Zaś każde powstrzymanie się powodowało, że Matsu kipiała w swej furii jeszcze bardziej, waląc bez opamiętania.

W końcu, któryś z ataków doszedł. Blok był zbyt wysoko, i powietrze uszło z płuc Soshana gdy jego przeciwniczka zasadziła mu haka w brzuch. Zawartość żołądka poszła mężczyźnie do gardła, oczy załzawiły i zmętniały, a on sam począł osuwać się do przodu, gdy kolana poddały się i zmieniły w watę. Instynkty pięściarza jednak nie umarły, i padający Akodo złapał kobietę za ramiona, by następnie obrotem w biodrach rzucić nią o ziemię. Zwykle taki rzut kończył się odskokiem, ale Soshan nie czuł nóg po ciosie kobiety, więc niczym worek osunął się zaraz na nią, wciąż bez tchu, bezwładnie. Doświadczenie z ulicznych bójek, jakie wiodło każde dziecko wychowywane w jego rodzinnych okolicach, z miejsca podpowiedziało następny ruch. Stęknąwszy boleśnie Soshan podciągnął się zdecydowanie, wspierając się na prawym łokciu, wzniósł lewą rękę, by uderzeniem pięści ogłuszyć przeciwnika i... zamarł, patrząc na leżącą pod nim kobietę.

- Kirei...**** - wyszeptał w podziwie, patrząc na cętkowane złotymi plamkami gniewu źrenice kobiety. A potem, trzaśnięty łokciem leżącej, osunął się nieprzytomny na ziemię obok.

Zamek Rozdroży (Kosaten Shiro), prowincja Jodo; terytorium Klanu Żurawia; godzinę później.

Daidoji Uji promieniał. Dało się to poznać po tym, jak jego ruchy nabrały energii, jak błyszczały mu oczy. Spoglądał na mapę, kalkulując możliwości, jakie stwarzał przed nim pomysł jego podkomendnych.

- Doskonale - rzucił z charakterystyczną dlań zwięzłością - Teraz dajcie mi jeszcze powód, dla którego oficjalnie mam wydać odpowiednie rozkazy.

Drugą wadą, jaką dostrzegł jeszcze wcześniej daimyo Daidoji, było to, że w chwili obecnej on nie mógł zaatakować Lwa. A przynajmniej - nie bez powodu akceptowalnego na Cesarskim Dworze...

* tono - panie
** meiwaku - kłopot, przeszkoda
*** shoko kanbu - najwyższy rangą oficer sztabowy w kompanii (kaisha), zastępca chui
**** kirei - piękny, piękna, piękne
 

Ostatnio edytowane przez Tammo : 12-18-2007 o 03:44. Powód: stracony post wskutek awarii kompa
Tammo jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 12-18-2007, 03:46   #118
 
Tammo's Avatar
 
Reputacja: 4 Tammo wkrótce będzie znanyTammo wkrótce będzie znany
$: 187 691
Każda podróż rozpoczyna się od pierwszego kroku - Tao Shinsei.

Ludzie uczą się na dwa sposoby. Na własnych błędach i na własnej głupocie - Bayushi Tangen, "Kłamstwa"

Po co jest przeszłość, jeśli nie po to, by się z niej uczyć? - Asahina

Podróże kształcą - powiedzenie Ide.


Rozdział drugi - Przeszłość i podróż



Zejście z Shiro Togashi, terytorium Klanu Smoka; godzina Amaterasu, 2 dzień miesiąca Onnotangu, wiosna roku 1114.

Kata rozluźniło mięśnie, rozgrzało je, wygnało zimno, skradające się niczym złodziej, choć nie lekkie zmęczenie, które kobieta postanowiła zignorować.

Kamień toczył się ku Kyuden Tonbo, w górach tocząc się zręcznie acz ostrożnie, jak wiele innych przed nim. Ci, którzy przebiegali góry, wiedzieli jak to robić. Znali cenę, jaką przychodziło zapłacić za zbyt pospieszne tempo, zbyt wielki dystans. Przejść mniej, ale iść stale, było lepsze niż drugiego dnia nie móc iść w ogóle.

Kyoko musiała tylko uważać na roztopy w tej drodze - one były najbardziej zdradliwe. No i ewentualne załamanie pogody. Ale patrząc po czystym niebie, to się jej raczej dziś nie przytrafi...


Rok 1113 wg Kalendarza Isawa; godzina jazdy od Shiro Tengu, terytorium Klanu Żurawia; 20 dzień miesiąca Onnotangu, wiosna.

Na zewnątrz wciąż słychać było rwane odgłosy przybierającej na sile kłótni. W jaskini zaś Mai konała, albo była temu bliska, a walcząca z własnym bólem i niepewnością dotyczącą oka Yuuki musiała jeszcze zmierzyć się z narastającą rozpaczą. Mai była jej przyjaciółką. Daidoji Senzo - jej panem, a misja powierzona przez Kakitę, powinnością. Decyzja powinna być prosta. Honor powinien wskazywać drogę, bushido dawać wskazówki, a przodkowie czuwać nad właściwym wyborem.

Nic z tego. Mai nadal umierała, nadal mając informacje na temat Yukiko, najdroższej niemal pod słońcem osoby dla samej Yuuki. A Daidoji Senzo nadal nie miał wiadomości, którą jego samuraj powinien mu przynieść.

A Yuuki nadal miała decyzję do podjęcia i nie wiedziała co zrobić. Chciała, by była tu jej matka, z jej spokojną i niezachwianą pewnością co robić. By był tu jej nieporuszany przez nic ojciec, który upokorzenia i zaszczyty przyjmował z tym samym stoicyzmem. Ona nie miała żadnej z tych cech. Emocje przewalały się przez nią czyniąc ją w rezultacie niezdolną do jakiejkolwiek akcji.

Może poza wrodzoną czujnością chyba całej rodziny Daidoji. Yuuki nadal nie była przekonana, że poza nią i Mai nie było w jaskini nikogo. Nie wiedziała, czy tłumaczyć to obecnością trzeciego więźnia, przyczajonego obserwatora, czy po prostu niesamowitym, jeżącym włosy na karku uczuciem, jakiego doznała wtedy, w tej kapliczce, gdzie razem z przyjaciółkami wywoływały duchy. Podobno Emma-O obserwuje umierających, na samą myśl o jego posępnym spojrzeniu zaglądającym do tej jaskini wzdrygnęła się, rzucając niespokojne spojrzenia na boki.

Nie była pewna, czy wszystkich ich dopadli. Fakt, mieli shugenja. Ale przed nią jechał Kakita-sama, ba! jechał! mknął z wiatrem w zawody, przylgnąwszy do łba konia niczym druga skóra! Nic nie mogło go powstrzymać, nic!

Uspokoiwszy samą siebie tym zapewnieniem dziewczyna opadła na kolana przy Mai, starając się otrzeć skronie dziewczyny z potu. Gdy zajdzie potrzeba, nikt tak sprawnie nie potrafi oszukać, jak my sami.

Kosaten Shi...ro.

Nazwa uzupełniła się sama wywołując na policzkach dziewczyny rumieniec upokorzenia. Kosaten Shiro, Zamek Rozdroży, największa twierdza rodu Daidoji na granicy z Lwem, punkt, który Daidoji Uji-sama, pierwszy jej rodu obrał na siedzibę. Zamek pana jej pana.

"Najlepszy dowód, że nie myślę sprawnie", zbeształa się dziewczyna, koncentrując się na stanie przyjaciółki. Wachlowała ją dłońmi, ocierała czoło, i nasłuchiwała majaczeń, próbując złożyć wszystko w jedną całość. Niewiele więcej się dowiedziała. Tylko jeden fragment majaczeń cokolwiek jej powiedział. W nazwie gospody był jastrząb.

Ile minęło? Nie była w stanie powiedzieć. Nic jej nie ostrzegło. W jednej chwili opiekowała się Mai, w następnej piekący ból rozlał się od karku w górę głowy i w dół, wzdłuż kręgosłupa. Ciemność zapadała szybko, a jeszcze szybciej przyszedł paraliż i niezdolność do wykrztuszenia choćby dźwięku.

"Zawiodłam?"


* * *

Otworzywszy oczy Yuuki spojrzała na jedzącego w spokoju trawę królika, odległego ledwie na wyciągnięcie ręki.

"Jeszcze nie."

Zmierzchało się. Cienie były znacznie dłuższe niż jeszcze chwilę temu. Kierowana impulsem dziewczyna sięgnęła ku zwierzątku, płosząc je. Nagły ruch zaalarmował pozostałe króliki i te prysnęły na wszystkie strony, stanowiąc przezabawny widok, gdy chowały się w krzakach. Yuuki uśmiechnęła się. I spoważniała.

Gdzie była? Gdzie były jej miecze? Koń? Dotknęła twarzy. Jej zadziwiona dłoń niezgrabnie przesunęła się po pospiesznie improwizowanym opatrunku z jej własnej chusty oraz liści paproci i odrobiny bandaży. Obandażowane miała też lewą nogę w kostce i prawe przedramię.

Ktokolwiek ją tu zostawił, nie życzył jej źle. Pytanie, gdzie był.

"I kim był, czemu to zrobił, co z Mai..." popłynął strumień gniewnych myśli. Pytanie o Mai przywiodło na myśl Yukiko.

"Żyje..."

Na samą myśl miała ochotę śpiewać. Poderwawszy się, Yuuki spojrzała na znacznie niżej wiszące teraz słońce i ruszyła żwawo na północny-wschód. Wątpiła, by przetransportowano ją daleko, przemykała się więc ostrożnie w stronę, w którą sądziła, że jest zamek. Przynajmniej, w tamtą stronę był, kiedy uciekali przed siłami Trzynastu Kciuków...


Wioska Ślepej Drogi, Prowincja Hyumisa, terytorium Klanu Żurawia; koniec godziny Bayushi, 12 dzień miesiąca Hidy, zima 1112.

- I wtedy - ciągnął opowieść młody, przystojny szermierz - dobyłem ostrza. Wiedziałem doskonale, że bandyta był tylko mocny w gębie. Wszystkie jego przechwałki mówiły o tym jednym zabójstwie, jakie dokonał, a przecież urzędnik był już starcem! "Bandyto! Psie bez czci i honoru! Jedyne co dokonałeś, to zamordowałeś starca z żoną we śnie! Szykuj się na śmierć!" To rzekłszy, sprawiłem go jednym ciosem, tak jak obiecałem synowi zamordowanych.

Gonji dokładał do ognia słuchając w ponurym milczeniu. Szósty dzień. Niemal tydzień minął, odkąd dwaj samuraje Żurawia, oddzieleni śnieżycą od orszaku swojego pana musieli szukać schronienia. To już szósty dzień, kiedy przodkowie obu Kakita grali w kości z Emma-O o życie swoich potomków. Szósty dzień, kiedy szczęście sprzyjało rodowi Kakita.

A przynajmniej tak by powiedzieli poeci. Gonji nie był poetą. Był rolnikiem, a teraz starcem, który zbierał drzewo. I doskonale wiedział, że dwaj Kakita żyją, ponieważ Uchinosuke trzyma swoich ludzi żelazną ręką, i nie pozwala zabić paniczyków, w nadziei, że Ci znudzą się, śnieżyca ucichnie a samuraje wreszcie podążą za swoim panem, znikając z wioski. Wioski, która przecież gości nie miała prawie nigdy. Ale cierpliwość Uchinosuke wyczerpywała się już, i szybciej chyba tylko mogło wyczerpać się szczęście przodków obu Kakita. Gonji znał to z własnego doświadczenia. Dziś będzie trzeci już raz kiedy zakradnie się do kuchni nocą, pod pretekstem oporządzenia paleniska, i rozcieńczy sake przygotowane dla obu samurajów, upewniając się w ten sposób, że będą spali na tyle czujnie, by zbiry Uchinosuke nie mogły ich zaskoczyć. Jeśli będzie miał szczęście, nie zostawi śladów i nikt się nie domyśli, że to jego sprawka. Jeśli będzie miał szczęście, głośny dureń nie wspomni przy śniadaniu o paskudnie rozcieńczonej sake. Jeśli nie... to będzie w wiosce mniej o jednego starego drwala, bo Gonji nie sądził, by Uchinosuke puścił go żywym.

"Co on by zrobił? Co zrobiłby Bezimienny? Jak przekazałby wiadomość?"

Gonji pilnował ognia, mimo uszu puszczał kolejną opowieść głośnego durnia i łamał sobie głowę nad całą sytuacją.

Wszystko zaczęło się sześć dni temu. Milczący ronin na własnych plecach przyniósł do wioski nieprzytomnego towarzysza w błękitnosrebrnym kimonie, z drogim daisho za obi, i padł niemal nieprzytomny przed gospodą. Uchinosuke powstrzymał swoich przed kradzieżą czy zabiciem obu chłopców. Oyabun miał łeb na karku, i doskonale wiedział, że jeśli Kakita ma własnego yojimbo, to ktoś Kakity będzie szukał. Dlatego głośny dureń obudził się w najlepszym pokoju gospody, i tam, podpytany przez uroczą Sumi, ochoczo opisał swoje zgubienie się w śnieżycy, próby odnalezienia orszaku, upadek do niemal zasypanego śniegiem kanionu oraz ratunek, jaki niebiosa zesłały mu w postaci Kakity Dai, towarzysza podróży, który idąc po jego śladach w pojedynkę odnalazł go i wyniósł na własnych plecach.

Wtedy milczący zareagował gniewem, unosząc się z półoparcia o ścianę rzucił:

- Yose!* Nie po to ruszam na musha shugyo, byś niczym papla wygadywał co Ci ślina na język przyniesie, Higatsuki!

Był to też jedyny przypadek, kiedy głośny dureń naprawdę się zamknął, jak to później wszystkim relacjonowała Sumi. Milczący był ewidentnie bardziej rozgarniętym z tej dwójki, on też, popisem szermierczym następnego dnia, zniechęcił zbiry Uchinosuke do pomysłu frontalnego ataku.

Ale to wszystko jedynie odraczało ostateczny wynik, chyba, że w końcu uda mu się przekazać wiadomość... Gonji na początku nie sądził, by to było konieczne, ale głośny dureń naprawdę kusił los. Już sama jego obecność zmusiła ludzi Uchinosuke do ukrywania się, a oni wyjątkowo źle znosili, kiedy coś w ICH wiosce zmuszało ich do zejścia do podziemi. Do ukrywania się. Lubili swoją władzę, lubili ją bardziej niż cokolwiek innego. Kakita, swoją obecnością przypomniał im o tym, że ta władza jest ich tylko chwilowo i samo to już bardzo im się nie podobało. Wszelkie szanse jakie dwójka miała, kiedy Uchinosuke obawiał się, że ktoś może przyjść za nimi Higatsuki rozwiał swoją opowieścią zaraz po przebudzeniu. Gonji nie dawał dwójce szans przeżycia, ale na szczęście milczek Dai w ramach porannego treningu wykonał serię kata popisując się niewiarygodną jak na swój wiek szybkością i umiejętnościami, i obserwujący to z ukrycia odtąd nabrali doń zdrowego respektu. Ale - zdaniem drwala - Higatsuki robił co mógł, by ich przekonać do ataku. Po pierwsze, ile mógł starał się uwodzić kobiety, które bandyci przywykli już uważać za swoje. Po drugie, w każdej opowieści przechwalał się niczym młody kogut, niezmiennie mówiąc o pokonanych roninach, brudnych roninach, zawszonych roninach. Po trzecie, był strojny, przystojny, dumny i pyszny niczym, nie przymierzając, paw. Gonji czasem drapał się w głowę, zastanawiając się, czy ów paniczyk wie, jak bardzo samym swoim widokiem kłuje w oczy i czy przypadkiem nie celowo dolewa oliwy do ognia. Bo na roninach się nie znał na pewno, każda kolejna jego opowieść wywoływała u starca najwyżej pogardliwe skrzywienie warg.

Słysząc kolejną zaczynającą się o dzielnym Kakita Higatsuki-sama opowieść, Gonji zgrzytnął zębami. Na bohaterach i opowiadaniu młodzian też się nie znał...

* yose(i) - zostaw
 

Ostatnio edytowane przez Tammo : 01-06-2008 o 20:06. Powód: dokończenie posta
Tammo jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 12-20-2007, 22:12   #119
 
Wellin's Avatar
 
Reputacja: 2 Wellin ma wyłączoną reputację
$: 20 076
Kosaten Shiro, Zamek Rozdroży, terytorium Klanu Żurawia; zima, rok 1113, 13 dzień miesiąca Psa


- Czy poranek upłynął Wam miło, Naritoki-san, Ameiko-chan?

- Hai, Doji Yasuhiko-san. – Hiroshi zaczynał się zastanawiać na ile swobodnie Naritoki czuje się w towarzystwie starszego Doji, lub czy coś nie przydarzyło się podczas porannej wycieczki. Brat był nawet bardziej milczący niż zwykle.

- Jedzmy. – spokojny baryton głosu Yasuhiko przerwał przeciągającą się ciszę. Mamrocząc pod nosem szybkie ‘itadakimasu’ Hiroshi rzucił smętne spojrzenie w stronę wciąż stojącego nieruchomo yojimbo i chwycił za pałeczki.

Śniadanie było dobre, tak należało się tego spodziewać.

- Czy podać herbatę? - W cichym głosie Ameiko czuć było afekt.

- Hai. – Skrzywione lekko oblicze starszego samuraja rozpogodziło się, rozciągając w nieznacznym uśmiechu.

- Co powiesz o Kosaten Shiro, Shiba Naritoki-san, teraz, kiedy miałeś już okazję obejrzeć je dokładnie – i to z przewodnikiem?

- To, co myślałem już pierwszego dnia po przybyciu Doji Yasuhiko-san. Potężna twierdza zdolna do odpieranie długotrwałych ataków, zwłaszcza tera