![]() | ![]() |
![]() |
| |||||||
| Sesje RPG - Inne Tutaj możesz zagrać w tych światach, które zostały pominięte powyżej. Czy to rządzona przez orki Orchia, czy może kosmos w erze, kiedy słońca zaczynają gasnąć. Na pewno znajdziesz tu coś dla siebie. |
![]() |
| | Narzędzia wątku | Wygląd |
| | #41 |
![]() | Ciśnienie po walce powoli zaczęło opadać. Spoglądaliście na pobojowisko i siebie nawzajem, niektórzy sprawdzili odruchowo, czy w trakcie bitwy nie zostali zranieni nie zauważając tego. Na szczęście nie było takich niespodzianek. Nim na dobre otrząsnęliście się z amoku walki w oddali dostrzegliście jadącą ku wam postać, jechała od strony miasteczka i wydawała się znajoma, po chwili, mimo że wciąż była daleko, rozpoznaliście długie falujące włosy i zgrabną sylwetkę Tan Tishalulle. Płomienna dłoń wciąż żarzyła się na twarzy goblina odkrywając pod sobą kość, a wszędzie wokół osmalając mięso. Zapach jaki z tego płynął był po prostu obrzydliwy – palony ludzki tłuszcz wydzielał wstrętny – słodkawo gryzący zapach. Jego trup leżał obok zwłok maga, z którego krtani wciąż wystawała rękojeść tasaka. Nie mniejszą dawkę aromatów dostarczał tajemniczy pakunek, z którego wyziewy zdawały się miarowo buchać, choć z coraz to mniejszym natężeniem. Zdążyło już nieźle nakopcić i najbliżej stojące konie zaczęły nerwowo się zachowywać. Twarze goblinów były już martwymi dowodami przedśmiertelnych agonii…w niektórych ciałach wciąż jednak mogło tlić się życie. Gobliny nie wyglądały już tak niebezpiecznie, mieliście okazję dobrze przyjrzeć się tej rasie woleliście jednak, choć na chwilę przyjrzeć się sobie. Rany Turgasa i Saline wyglądały na dość poważne, szczególnie u elfki. Saline groziła miesięczna kuracja patrząc po ilości ran i tempie z jaką wypływała krew z spod piersi i z głowy. Turgas wydawał się być w lepszej kondycji, mimo że jego rana na głowie również nie wyglądała na draśnięcie. Dość głębokie cięcie, które rozcięło kraniec twarzy i policzek półorka rokowało kilka tygodni leczenia i małą bliznę, ta sytuacja nie trwała jednak zbyt długo... Nie licząc elfa, któremu już poza wskrzeszeniem nic nie pozostało, najbardziej chyba jednak ucierpiał koń – który z trudem, ale wracał, do swojej właścicielki. Koń nie odbiegł daleko, wrócił , jednak powłóczył lekko nogami, a z dziury która pozostała po włóczni wciąż tryskała krew. Gobliny tak jak się szybko pojawiły tak szybko znikły…z wyjątkiem niektórych, ale te leżały martwe bądź dogorywały. Przyroda znów dała znać o sobie. Tak jakby skończył się czas zatrzymanego wdechu. Zdaliście sobie sprawę ze szczęścia jakie mieliście przyłączając się do pozostałych. Samotny podróżnik nie miałby szans w takiej zasadzce, a już na pewno nie miał by ich gdyby wkroczył w samo jej centrum, co was szczęśliwie ominęło. Niektórzy zdali sobie też sprawę z tego jak niewiele brakowało do poważniejszych szkód. Z taktycznego punktu widzenia to więcej zrobiły gobliny, gdyby nie fakt iż były słabsze, walka ta mogłaby się zupełnie inaczej skończyć. Jeśli jacyś bogowie obserwowali tą walkę to z pewnością nic złego nikomu powiedzieć by nie mogli, inaczej już przychodziło spojrzenie na grupę jako całość. W Was również choć cząstka umysłu nie oszukiwała się, że całość mogła być o wiele lepiej zgrana, że wróg doszedł za daleko, że zranienia przez słabszego przeciwnika były dowodem na źle przeprowadzoną walkę nie mówiąc już o śmierci maga…a może jednak byliście dla siebie zbyt surowi? Ponad pół tuzina goblinów leżało martwych, pozostali przy życiu odnieśli dokuczające rany lecz nie zagrażające życiu, pozostali wrogowie uciekli przed waszą potęgą…no i łupy. Dla niektórych była to kusząca nagroda. Gobliny może i nie miały najlepszego sprzętu, ale jakiś jednak miały. Ciężkie, nieporęczne, zniszczone i uszkodzone zbroje nadal mogły być wymienione za pieniądze, choćby dla surowca. Można było się natknąć na w miarę cały okaz, potrzebne do tego było jednak szczęście. Z boku zauważyliście przywiązane sakiewki, przynajmniej u tych najbliżej was leżących. Ostatnio edytowane przez kset : 05-21-2008 o 11:15. |
| | |
| Reklama |
| |
| | #42 |
![]() | Rana na policzku kapłana przestała krwawić, a po chwili przecięta skóra połączyła się nie pozostawiając śladu po rozcięciu. Jedynym znakiem było lekkie zaróżowienie w miejscu skaleczenia. Jednak nie było ono widoczne, gdyż lewą stronę twarzy i szyi półorka pokrywała jego krew, zaś on sam był cały zachlapany posoką swoich przeciwników. Tak naprawdę to wyglądał jak rzeźnik, który właśnie skończył oprawiać całkiem dorodnego wieprza. Po odmówionej modlitwie wstał i uważnym spojrzeniem ocenił przemawiającego do nich jeźdźca. Najwyraźniej nie stanowił zagrożenia. Przynajmniej teraz. Nie odpowiedział na postawione pytanie, gdyż jak zwykle w takich sytuacjach pierwszeństwo przyznawał Walnarowi. "Następny arystokrata. Czy na Orcusie już tylko tacy zostali?" Pomyślał zgryźliwie i grymas niechęci wykrzywił mu na chwilę twarz. "Ten jednak przynajmniej nieźle z łuku strzela, a nie jak nasz małomówny do tej pory towarzysz." Wzrok jego powędrował w kierunku ciała maga ze sterczącą z szyi maczetą. Uśmiechnął się złośliwie. "Dużo już nie powie" Rozejrzał się po pobojowisku. Ściganie goblinów nie wchodziło w rachubę. Oni byli na swoim terenie, a dla nich to był teren nieznany. Mogli ich wciągnąć w dowolną pułapkę. I pomimo, że poważnie przetrzebieni, to jednak nadal było ich ... "Raz, dwa ... dziewięć." policzył ciała przeciwników. ... co najmniej jeszcze pięciu. No i pieski. Licząc ciała zauważył interesującą rzecz. Głowa goblina, który pozbawił życia Alandera i teraz leżał z nim na ziemi w prawie braterskim uścisku, skonawszy od poparzeń, ciągle płonęła w miejscu, gdzie mag dotknął jej swoimi płonącymi dłońmi. Zaintrygowany Turgas zignorował przybysza i zbliżywszy się do truchła uważnie zaczął się przyglądać. Nie wyglądało to naturalnie. W normalnych warunkach w miejscu dotknięcia ciało powinno zostać co najwyżej zwęglone. A tu ogień wciąż płonął. Gwardzista wziął maczetę i spokojnie przymierzywszy, jednym ciosem odciął głowę od reszty ciała, po czym nabił ją na dzidę, aby się nie poparzyć i podniósł płonącą, martwą twarz, aby bliżej się przyjrzeć anomalii. "Ciekawe, trzeba będzie to zbadać bliżej, ale dopiero po powrocie w spokojniejsze strony." Rozejrzał się ponownie wokół. Gobliny na pewno coś ze sobą miały, więc wbił dzidę z zatknięta na niej płonącą czaszką w ziemię i przechodząc od jednego, do drugiego sprawdzał, czy któryś jest przytomny i nadaje się na przesłuchanie. Ciała zabitych ściągnął na jedno miejsce i zaczął regularne przeszukiwanie ich ekwipunku oddzielając sakiewki, broń i zbroje, i składając je na osobne miejsca. |
| | |
| | #43 |
![]() | Martwe ciała zadawały kłam pięknu tego miejsca. Zieleń trawy groteskowo kontrastowała z czerwienią krwi sączącą się z ciał leżących bezwładnie na ziemi. Widok odstraszał swoją brzydotą i elfka nie zatrzymywała dłużej wzroku na żadnym ciele. Ostatnie o czym teraz myślała to przeszukiwanie tych ciał. Marzyła raczej o ciepłym o łóżku i o braku bólu. Nagle na ścieżce pojawił się koń elfki wyuczony by wrócić do swego właściciela. Nie wyglądał on zbyt dobrze, widać było, ze rana bardzo mu dokucza i należy raczej do tych ciężkich. Jeśli zwierzę nie będzie miało odpowiedniej opieki, pewnie nie pożyje długo na tym świecie. Saline chwyciła wodze zwierzęcia i pogłaskała go delikatnie po pysku. Widziała wielki ból i strach w jego źrenicach. Elfka była zła na siebie, że tak źle walczyła i ucierpiało na tym to biedne zwierze. Podprowadziła konia do drzewa, tym razem przywiązując go naprawdę mocno. Zupełnie już zapomniała o nowym przybyszu, który pomógł im w walce. Teraz interesował ją tylko jej koń, czuła się winna jego cierpieniom, i słusznie. Jednak kiedy elfka chciała zająć się raną konia, jej własna rana przypomniała o sobie ostrym bólem. Do tej pory Saline próbowała nie myśleć o bólu, po prostu wypierała myśl, że to może być coś poważnego. Aczkolwiek krew wciąż uparcie sączyła się spod skóry. Elfka zatoczyła sie lekko i usiadła pod drzewem podkurczając nogi. Ból wydawał się jej coraz silniejszy, nie przypominała sobie by kiedykolwiek była tak mocno ranna. "Jak to boli!" - krzyczał jej umysł. Chciała poprosić kogoś o pomoc, ale zabrakło jej słów. Po prostu zacisnęła dłonie w pięści i zamknęła oczy. "Niech Sharami ma mnie w opiece".
__________________ Zamiast mówić "dziękuję" - daj mi pozytywną reputację ;) --- DO 23 czerwca włącznie mój pobyt na LI jest ograniczony - S.E.S.J.A. --- Ostatnio edytowane przez Redone : 05-21-2008 o 18:11. |
| | |
| | #44 |
![]() | Kathryn rozejrzała się wkoło. Turgas szabrował goblinie trupy, Corum przyglądał się uważnie wierzchowcom a Saline omdlewała. Kathryn mogła być znudzona. Głupoty jednak nie znosiła. Sięgnęła do jednej z sakw przytroczonych do grzbietu jej konia i trzymając w ręce niewielki bukłak szybkim krokiem podeszła do Saline. - W zasadzie to powinno się ciebie dobić – powiedziała wyciągając lewą dłonią nóż z pochwy. – Szklarniana panienka z rozumem jak orzeszek. I łukiem dyndającym przy siodle chyba tylko dla ozdoby. Dałaś zranić siebie, zraniłaś konia – wspaniała cena za dwie minuty machania mieczykiem. Gloria i chwała na wieki – mówiła z chłodnym spokojem. Kathryn szybko rozcięła rzemienie zbroi. Nie przejmowała się tym, że będą do wymiany; nie przejmowała się tym, że przecinając przeszywanicę może zadrasnąć czubkiem ostrza delikatną skórę kobiety; nie przejmowała się także tym, że rozdzierając bluzkę odsłonić może trochę więcej wdzięków, niż by elfka sobie życzyła. - A teraz zamiast przynajmniej zdjąć z siebie to żelastwo, bawisz się w omdlewającą gazelę. Na co czekasz? Na księcia na białym koniu? W tej bajce obawiam się, że książę woli konie – wskazała na Coruma leczącego jej wierzchowca. - A może czekasz aż ubranie przyschnie ci do rany? Proszę bardzo, można je oderwać razem ze skórą. Wyciągnęła korek z bukłaka i w powietrzu rozszedł się zapach mocnego alkoholu. Bezceremonialnie polała ranę. - Nie mdlej – półelfka wymierzyła Saline siarczysty policzek. Szybko oddarła spory kawałek materiału z ubrania wojowniczki, wzięła jej rękę i przycisnęła nią prowizoryczny opatrunek. - Trzymaj to, jeśli nie chcesz się wykrwawić. Wytarła ręce i nóż z krwi o ubranie elfki. A potem po prostu odwróciła się i odeszła. Ostatnio edytowane przez obce : 05-19-2008 o 22:23. |
| | |
| | #45 |
![]() | Corum wydobył kilka liści jakiejś rośliny, wsadził je do ust i przeżuwał. W między czasie oczyścił ranę, zdezynfekował i wyrównał poszarpane końce odcinając nierówności ostrym jak brzytwa nożykiem. Przygotowaną maść wydobywał niewielkimi porcjami z ust i wcierał w ranę na boku konia, mrucząc do niego uspokajającą pieśń. Robił to bardzo delikatnie, jego palce ledwie muskały odsłoniętej tkanki. - W zasadzie to powinno się ciebie dobić – powiedziała wyciągając lewą dłonią nóż z pochwy. – Szklarniana panienka z rozumem jak orzeszek. I łukiem dyndającym przy siodle chyba tylko dla ozdoby. Dałaś zranić siebie, zraniłaś konia – wspaniała cena za dwie minuty machania mieczykiem. Gloria i chwała na wieki – mówiła z chłodnym spokojem. Oczy Coruma zwęziły się w szparki i już chciał coś powiedzieć do rannej elfki. Jednak sposób w jaki półelfka zajmowała się ranną, ochłodził jego gniew. "Zraniłaś konia, pindo! Dobrze ci teraz, cierp. Potem nie zapomnij podziękować swojej towarzyszce, za to, że mnie wyręczyła w wymierzeniu ci kary." Krew zaczynała coraz szybciej krzepnąć, więc skupił swoją uwagę na leczeniu, teraz musiał powoli łączyć ze sobą rozciętą tkankę. Koń niespokojnie prychał i przestępował nerwowo z nogi na nogę. "Staram się jak tylko mogę aby nie bolało, przepraszam." Córa Wiatru również wyczuła zaniepokojenie wierzchowca, położyła troskliwie swój łeb na szyi konia elfki. Po chwili koń stał spokojnie jedynie prychając od czasu do czasu aby okazać jak bardzo go to boli. Po kilku minutach Corum odetchnął z ulgą, rana była zasklepiona, teraz można uleczać. Zbliżył się do swojego wierzchowca aby wyszukać odpowiednie lekarstwo. - A teraz zamiast przynajmniej zdjąć z siebie to żelastwo, bawisz się w omdlewającą gazelę. Na co czekasz? Na księcia na białym koniu? W tej bajce obawiam się, że książę woli konie – wskazała na Coruma leczącego jej wierzchowca. Corum po raz kolejny spojrzał półelfce prosto w oczy, usta wykrzywiły mu się w szczerym uśmiechu. Przez chwilę jeszcze spoglądał na nią, gdy wymacał to czego szukał wrócił do pracy. Miał już wcześniej przygotowane do wypicia eliksiry, więc wybrał jeden, ten właściwy. Przytulił do siebie łeb rannego konia tak aby ten nie mógł się wyrwać, drugą ręką głaskał go po chrapach, a potem wsadził mu do pyska ampułkę, której zawartość wlał wprost do gardła. Jeszcze tylko na chwilę uniósł i przytrzymał koński łeb odczekawszy aż wszystko spłynęło. - No! Już po wszystkim bidulku. A teraz Ty. - zwrócił się do elfki. - Może byś się przedstawiła. Pomacał przytroczone juki do leczonego przed chwilą konia, gdy znalazł wypełniony ubraniami podał go elfce. Zabrał jej rękę z trzymanego prowizorycznego opatrunku, zostało mu jeszcze trochę maści przyśpieszającej krzepnięcie, a strasznie nie lubił marnotrawstwa. Rana była brutalnie odkażona choć skutecznie, liczył się jedynie sam fakt odkażenia. Oczyścił tylko ranę z włókien starając się być delikatnym na tyle na ile było to możliwe. Nie chciał naruszać równowagi, poprzedniczka była brutalna więc aby to zrównoważyć on musiał być delikatnym. Gdy maść zaczęła działać, a krew coraz szybciej krystalizować, zaczął zlepiać ranę. Po niespełna trzech minutach rana była zasklepiona, obwiązał elfkę bandażem tak aby ruszając się nie spowodowała ponownego otwarcia rany. - Z Tobą nie jest aż tak źle, ale zapomnij o jakiejkolwiek jeździe na koniu, którego bezczelnie zraniłaś. Wstał i odszedł w stronę kolejnego zranionego konia, tym razem rana była bardziej tłuczona niż cięta. Sprawnie oczyścił i ją opatrzył.
__________________ Świerszcz śpiewa pełen radości, a jednak żyje krótko. Lepiej żyć szczęśliwym niż smutnym. Ostatnio edytowane przez Manji : 05-20-2008 o 18:44. |
| | |
| | #46 |
![]() | Saline poddawała się zabiegom Kathryn, miała nadzieję, ze jeśli teraz sobie półelfka ulży i wygada co ma na języku, potem jej trochę przejdzie. Domyślała się jednak, że ta nadzieja może być złudna. Nie obchodziło jej, że Kathryn odsłoniła całkiem sporo jej ciała jak długo miało to zaowocować skuteczną pomocą. Saline czuła, ze choć półelfka jest wredna, nie będzie chciała jej dodatkowo skrzywdzić. Kiedy oblała ranę obficie alkoholem, Saline syknęła głośno, ale nie powiedziała ani słowa. Potem ten nowy podał jej ubranie co przyjęła za oznakę jako takiej sympatii. Szybko Saline zmieniła zdanie gdy usłyszała jakim tonem do niej mówi. Choć wcale nie miała ochoty, wypadało odpowiedzieć na pytanie. - Jestem El Saline Us'Losar. Dalej było jeszcze lepiej. W każdym spojrzeniu i słowie Coruma słychać było niechęć i obwinianie za zranienie konia. Ostatnie słowa dodatkowo to potwierdziły. Tutaj już Saline nie powstrzymała się od komentarza. - Może jeszcze obwiń mnie o całe zło tego świata? Nie chciałam zranić mojego konia, towarzyszy mi od dawna i zawsze mogłam na nim polegać. Znasz słowo "wypadek"? Czasem się zdarza, panie perfekcyjny - mówiła ostrym tonem w języku elfów.
__________________ Zamiast mówić "dziękuję" - daj mi pozytywną reputację ;) --- DO 23 czerwca włącznie mój pobyt na LI jest ograniczony - S.E.S.J.A. --- |
| | |
| | #47 |
![]() | Spojrzał na nowo przybyłego z lekką nieufnością. Zdaje się, że jednak nie będzie już problemów z brakującymi napastnikami. Walnar przeszedł kawałek i zabrał leżącą z boku drogi kopię. Teraz też zauważył, że skądś zna tą twarz, tylko nie pamiętał skąd. - Witajcie podróżnicy! Jam jest Tan Corum Vicious! Dziękuję Wam ... No tak, teraz już wiedział gdzie go spotkał. Choć przemowa w orczej mowie nie sprzyjała przyjaźni, jakby nie mógł przemawiać w bardziej przyjaznym języku. - Patrzcie co też koń nam przyniósł - rzekł z ironią i lekkim uśmieszkiem na twarzy - Wciąż chronisz swą kochaną przyrodę tan Corumie ? Przeszedł do swojego wierzchowca i umocował przy jego boku kopię. Nie uszedł jego uwagi widok rannej Saline i robiącej jej kazanie Kathryn w czasie opatrywania. Taktownie się odwrócił lekko od kobiet gdy jedna drugiej zaczęła zdzierać ubranie. Spojrzał na Coruma, który zajął się opatrywaniem rannego konia. - I jak tam ranny wierzchowiec ? Wyjdzie z tego czy można go dobić ? - zapytał oceniając stan konia - Lepiej aby nie opóźniał naszego marszu. "Kolejny szlachcic na szlaku. Im więcej bogatych, tym więcej problemów na szlaku" - przemknęło mu przez głowę, gdy przysłuchiwał się tyradzie łowcy i Kathryn. Turqas jedyny chyba zadbał o niedoszłych zabójców przeszukując ich truchła. Część łupów należała zresztą do Walnara co nie omieszka się przypomnieć gdy dojdzie co do czego. - Wezmę ją na swojego skoro tak bardzo martwisz się o rannego. - rzekł ze złośliwością. - Ale nie myśl że będzie szedł bez bagażu. Jeśli nie niesie jednego z nas lub ekwipunku to do niczego nam się nie przyda.
__________________ "Nie pytaj, w jaki sposób możesz poświęcić życie w służbie Imperatora. Zapytaj, jak możesz poświęcić swoją śmierć." |
| | |
| | #48 |
![]() | Chodne szturchnięcie i powiew ciepłego powietrza na twarzy wyrwał Tishalull z półsnu w jaki zapadła. Vilja jeszcze raz szturchnęła ją pyskiem w czoło, stwierdzając chyba, że trzeba budzenie doprowadzić do końca. Musiało właśnie świtać, pomiędzy drzewami przesuwały się jeszcze pasma mgły, rosa lśniła na każdym źdźble trawy. Prawie niezauważalna w ciągu dnia pajęczyna zmieniła się w przepyszny, usiany kropelkami wody jak diamentami naszyjnik, godny królowej. Przemyła twarz i ręce w zimnej wodzie, co skutecznie przebudziło ją do końca. Dorzuciła do żarzących się głowni kilka gałęzi, które nocą leząc w cieple ognia nie zamokły. Płomienie ponownie zatańczyły na drewnie lezącym w zagłębieniu ziemi po kamieniu jaki odtoczyła poprzedniego wieczora. ‘Pozostaw w lesie tak mało śladów swej obecności jak tylko się da’. Umiała i lubiła stosować się do tej rady. Stało się to jednym z oczywistych nawyków w jej życiu. Nieco przemoknięty koc rozłożyła na wiatrołomie, by promienie wschodzącego nad lasem słońca mogły go osuszyć. Przetarła boki klaczy, rozczesała jej grzywę, lekko splątaną od porannej wilgoci. Zawartość kociołka pod wpływem ciepła znów zaczęła wydzielać przyjemną woń. Vilja spokojnie chrupała bujną, zieloną trawę rosnąca na brzegach niewielkiego strumienia jaki przepływał w pobliżu. Elfa zabrała się do jedzenia potrawki z królika własnej kompozycji. Krystalicznie czysta, zimna woda z leśnej strugi smakowała jej bardziej niż najprzedniejsze wino. Po skończonym posiłku zagasiła resztki ognia wodą, wraz z resztkami posiłku, sam kociołek wyszorowała miałkim piaskiem z strumienia. Ponownie wtoczyła omszały kamień na jego miejsce skutecznie kryjąc miejsce palenia ognia. Rozczesała swe długie włosy ciesząc się dźwiękami budzącego się na dobre lasu. Splotła je w długi warkocz, który upięła na karku, tak by nie przeszkadzały jej w podróży. Niesforne kosmyki jak zawsze wymykały się z najsolidniejszych jej zdaniem fryzur i okalały jaj twarz i szyję. Zrolowała koc jaki był jej okryciem nocnym i zajęła się kulbaczeniem Vilji. Na koszule jaką miała na sobie nałożyła mocno sznurowany z boków kaftan z miękko wyprawionej,acz mocnej skóry, na to zaś zbroję jaką zrobiła dla niej zbrojmistrz jej ojca. Dawała duża ochronę i była dokładnie przystosowana do kształtu jej ciała. ![]() Ochrnoą szyi i tułowia dodatkowo była drobna siatka kolcza. wzmacniane metalowymi płytkami skórzane naramienniki, karwasze, nabiodrniki wraz z pasem, naudzia i wysokie buty stanowiły uzupełnienie jej zbroi. Metodycznie podociągała paski, sprawdziła zapięcia klamerek. Przetarła broń, sprawdzając czy ostrza są czyste i łatwo wychodzą z pochew. lotki strzał nie zamokły przez noc w szczelnym kołczanie. Gdy o jej bytności na polance świadczyły już tylko nieco wygnieciona trawa, oraz ślady obecności konia ruszyła dalej traktem, mając nadzieję, iż niedługo natrafi na podążającą przed nią grupę. Po kilku godzinach usłyszała dobiegające gdzieś z przed niej odgłosy walki. Mocniejszym zaciśnięciem kolan dała znak klaczy by się zatrzymała. Dobyła tarsar i poczęła czujnie rozglądać się po lesie, cokolwiek zaatakowało grupę przed nią niekoniecznie musi w całości poświęcać się walce... nie wypatrzywszy zagrożenia ruszyła dalej. W tym czasie odgłosy potyczki zaczęły słabnąc, przechodząc w nawoływania się, jęki, czy przekleństwa. Jej czułe ucho bezbłędnie wychwyciło głosy jakie bez trudu dopasowała do poszczególnych osób w karczmie. Chodź..miała wrażenie, że jednego brakuje, a pojawił się głos jakiego wcześniej nie słyszała. Na polanę wjechała z schowanym mieczem, tak by nie budzić niepotrzebnych negatywnych emocji.
__________________ Candles raise my desire Why I'm so far away No more meaning to my life No more reason to stay... Ostatnio edytowane przez Lhianann : 05-21-2008 o 16:36. |
| | |
| | #49 |
![]() | Ściągnął rękawice i głaskał Dargosa po chrapach coś mu szepcząc. Był zwrócony tyłem do obecnego kierunku jazdy więc tylko dlatego ujrzał Ją. Zrobił krok lewo by mieć lepsze pole widzenia. Już w mieście zrobiła na nim spore wrażenie swą urodą. Teraz jednak, na trakcie zdawała się być jedną z tych wojowniczek zesłanych przez bogów. W założonej zbroi prezentowała się niesamowicie. Przeszedł kilka kroków w jej kierunku. - Witaj pani w ten piękny poranek. Jak mniemać mogę słyszałaś zapewne odgłosy walki lecz dzięki bogom już po wszystkim. Ale gdzie moje maniery. - skłonił się lekko - Jestem Tan Walnar Razorge. Wyprostował się i wskazał lewą ręką na resztę. - Ten, który sprawdzał jeszcze przed chwilą zabitych to mój gwardzista el Turqas, ranna dama to el Saline. Ta która ją opatrywała to wiecznie rozgadana i wścibska el Kathryn. Opatrujący konia to tan Corum, kochający zwierzątka i rośliny druid. - przedstawił resztę w krótkich słowach - Choć podejrzewam, że parę osób już znasz. Martwi zaś głosu nie mają, więc na nich już nie ma potrzeby zwracać uwagi. Wrócił wzrokiem do nowo przybyłej, elfka potrafiła przykuć uwagę. - Nietaktem będzie jeśli spytam, jak brzmi twe miano pani ?
__________________ "Nie pytaj, w jaki sposób możesz poświęcić życie w służbie Imperatora. Zapytaj, jak możesz poświęcić swoją śmierć." Ostatnio edytowane przez Dhagar : 05-22-2008 o 08:03. |
| | |
| | #50 |
![]() | „Bałam się, a mimo tego, przyszło” Strach przed wszędobylskim wzrokiem Kathryn, nie uchronił Saline przed jej ciętym językiem. Mimo to nerwy trzymała na wodzy, wstrzymała się do czasu aż swoje trzy grosze wtrącił przybysz, wówczas to na niego przelała złość spowodowaną wyrzutami ich obojga. Atmosfera nieco zgęstniała, jednak takie ujście emocji, tuż po walce było jak najbardziej naturalne. Nie inaczej było z Turgasem, który zajął się szabrowaniem zwłok. Przy „swoich” trupach odnalazł dwie sakiewki, przy trupach goblinów, których zabił Walnar i Saline, jeszcze po jednej. Jedna z włóczni goblinów posłużyła za podstawkę pod płonącą czaszkę. Wnętrzności jakie znajdowały się w głowie goblina i na zewnątrz niej, spływały po niej na ziemię, cały czas wydzielając potworny smród. Wszyscy którzy wciąż przebywali w pobliżu ciał i smrodzącego pakunku goblina, musieli powstrzymać się przed odruchem wymiotnym, konie zaś coraz bardziej przestępowały z nogi na nogę. Stos ciał urósł, przy czym i zwłoki Alandera znalazły się na jednej kupie wraz z goblinami. Obok rosła kupka metalowego moderunku, w którego skład wchodziło kilka toporów i cała masa maczet, uzbierało się też kilka kompletów ciężkich metalowych kurtek, jednak ich stan nie był najlepszy. Jak i cała reszta rzeczy które miały gobliny. Wojownicze profesje domyślały się już, że grupa ta była zaledwie garstką z faktycznej liczby goblinów jakie musiały znajdować się w wiosce z której przybyli. Kilku z nich uciekło, wiedząc, że grupę można pokonać, oraz pamiętając śmierć swoich przyjaciół, których rodziny na pewno będą wołały o pomstę…Najbardziej zdawał sobie z tego sprawę Corum. Jednak Walnar i Turgas mieli o wiele większą wiedzę o goblinach niż łowca z dalekich stron. Dlatego też wzajemnie uzupełniali się w swych podejrzeniach, choć nie ujawniali ich na głos. Kathryn tymczasem dostrzegła jeszcze coś innego. Analizując zachowanie, sposób ataku, zaciekłość wrogów, powoli dochodziła do wniosku, że za cały tym atakiem mogło stać coś więcej niż zwykły bandycki napad. Miała zresztą powody, aby tak myśleć. Saline poczuła się lepiej gdy rana została zatamowana. Przybysz, mimo, że tak obsceniczny, potrafił skutecznie zatamować krwawienie maścią, którą wtarł jej w ranę. Wcześniej jednak zatamował krwawienie konia, który odzyskał dużą część wigoru po wypiciu napoju, wlanego mu przez Coruma. W końcu do wszystkich dojechała i Tishalulle. Bardka od razu została przywitana a drużyna po raz pierwszy usłyszała, jak jeden z nich przedstawia całą resztę. Dźwięki wypowiadanych słów, ujętych niemal w jednym zdaniu imion całej drużyny, zabrzmiały niczym dzwony. Jedynie Walnar nie słyszał jak dziwnie brzmią jego słowa, dla całej reszty wyglądało to jak gdyby książe, lub sam cesarz – z dźwięcznym dostojnym głosem, odprawiał magiczną inkantację. Osoby uzdolnione magicznie poczuły niemal iskrę, falę ciepła i zbierającą się moc, jednak wrażenie było krótkie i niestałe niczym piękny sen. Barwa i ton głosu Walnara sprawiła, że każdy nań spojrzał, co i sam rycerz wkrótce odczuł. Nie spodziewał się nagle takiego zainteresowania ze strony wszystkich i zupełnie nie rozumiał, czym ich do tego prowokuje. Dopiero gdy wrócił wzrokiem do nowo przybyłej i rzucił ostatnie pytanie, czar chwili jakby przygasł pozostawiając wszystkich w stanie niepewności co do tego co przed chwilą się wydarzyło. - Nietaktem będzie jeśli spytam, jak brzmi twe miano pani ? Ostatnio edytowane przez kset : 05-21-2008 o 21:56. |
| | |
| Reklama |
| |
![]() |
| Użytkownicy aktualnie czytający ten wątek: 1 (0 użytkownik i 1 gości) | |
| Narzędzia wątku | |
| Wygląd | |
| |
Podobne wątki | ||||
| Wątek | Autor wątku | Forum | Odpowiedzi | Ostatni Post / Autor |
| [Komentarze] Kryształy Czasu - długa kampania | kset | Komentarze do sesji innych sesji RPG | 341 | Wczoraj 15:37 |
| Kryształy czasu - długa kampania | kset | Archiwum rekrutacji | 32 | 02-10-2008 23:35 |
| Pułapki | Roland | Rozmowy ogólne na temat RPG | 35 | 06-06-2007 21:08 |
| [Kryształy Czasu] Rekrutacja | Drago | Archiwum rekrutacji | 10 | 02-13-2006 11:47 |
| [Kryształy Czasu] Kaprysy losu | Redone | Archiwum rekrutacji | 8 | 01-17-2006 18:48 |