Spis Stron RPG Regulamin Artykuły POMOC Kalendarz Blogi
Wróć   lastinn > RPG - Play By forum > Sesje RPG - Inne
Zarejestruj się Użytkownicy Oznacz Fora Jako Przeczytane

Sesje RPG - Inne Tutaj możesz zagrać w tych światach, które zostały pominięte powyżej. Czy to rządzona przez orki Orchia, czy może kosmos w erze, kiedy słońca zaczynają gasnąć. Na pewno znajdziesz tu coś dla siebie.


Odpowiedz
 
Narzędzia wątku Wygląd
Stary 06-11-2008, 20:08   #61
 
Dhagar's Avatar
 
Reputacja: 2 Dhagar jest na bardzo dobrej drodze
$: 12 915
Dość szybko opuścili teren, na którym coraz bardziej wzbierała trująca chmura. Lepiej to zresztą było dla nich i ich wierzchowców. Nowo poznana zdawała się być milczącą towarzyszką podróży, choć jej uroda zdecydowanie mogła rozpraszać jak i przyciągać uwagę wielu.
Podobnie rzecz się miała z nowym trofeem el Turqasa. Jak dla niego samego, nie było ono odpowiednie. Trzeba posiadać odpowiednią klasę i zabierać jako trofea to, co należało do znacznego przeciwnika. A gobliny z pewnością do takich nie należały.

Południe, ciepło lejące się z nieba i jeziorko, przy którym zatrzymali się na krótki odpoczynek. Wszystko to nie miało dla niego większego znaczenia. Ot widoki w podróży, choć widok jakiegoś ubranka na brzegu temu mógł zaprzeczać.
Ujrzał też jak po krótkiej rozmowie Corum rozbiera się i rusza z liną do wody, zaś Turqas trzyma drugi koniec jakby chcąc go wyciągać w razie problemów.

- Uważaj tylko na drapieżne ryby. - rzekł z lekkim rozbawieniem.
 
__________________
"Nie pytaj, w jaki sposób możesz poświęcić życie w służbie Imperatora. Zapytaj, jak możesz poświęcić swoją śmierć."
Dhagar jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Reklama
Stary 06-12-2008, 21:09   #62
 
kset's Avatar
 
Reputacja: 3 kset wkrótce będzie znanykset wkrótce będzie znany
$: 120 917
Oślizgły wstrętny stwór zwany utopcem, powstał z dorosłego mężczyzny, ciężko dokładnie określić wiek z powodu znacznego przegnicia ciała. Resztki siwych tłustych włosów skrywają pełzające robactwo, przegniły nos i szczęka zieją śmierdzącą pustką. Z ust wypełzają robale , z ucha glizda. Skórę ma śliską, galaretowatą, nabrzmiały nieco brzuch nie został naruszony, natomiast z rozciętej niemal całkowicie prawej dłoni wylatywały różnorodne pasożyty i robale na znajdującego się pod nim Coruma. Potworny smród nie dorównywał jednak ogólnej prezencji martwiaka. Wielu wrażliwych pewnie zrzygałoby się na jego widok. Czarne pieńki zębów powytracane były przez nowe okazy - kły. Szpony miały prawie długość noży a bród pod nimi przyprawiał o obrzydzenie każdego kto został przez nie cięty. Ubranie, kiedyś należące do tego nieszczęśnika, było tak poszarpane, zniszczone i splugawione, że nie przypominało już niczego. I jeszcze ten jego wzrok… Spojrzenie w oczy martwej ryby, było przy tym zabawą na karuzeli, czymś radosnym, miłym i wzruszającym…

Jeziorko skrywało nie jedną tajemnicę. Rąbkiem jego historii stała się też ostatnia walka. El Zygfryd nie zawsze był utopcem. Nie wiódł jednak zbyt szczęśliwego żywota. Urodził się i wychował w biednej rodzinie mieszczańskiej. Jego ojciec zarabiał na rodzinę sprzedając warzywa zakupione od wieśniaków. Rodzina była liczna a środków właściwie nie wystarczało na zaspokojenie podstawowych potrzeb. Gdy osiągnął dojrzały wiek co było w dniu szesnastej wiosny, opuścił rodzinę w poszukiwaniu lepszego miejsca w świecie. Był z natury samotnikiem, więc tym chętniej opuścił dom. Nie znalazł szczęścia nigdzie. W końcu skończyły mu się wszystkie środki, był daleko od domu i nie chciano go w żadnej pracy. Zaczął się staczać. Nie było właściwie tak najgorzej potrafił wyżebrać na „Gleborzuta” czy „Mózgotrzepa”. Małe miasteczko nie nadawało się jednak na dłuższe żebranie, miejscowi coraz niechętniej po raz kolejny sięgali po sakiewki, a zamiejscowych było zbyt mało by móc się z nich wyżywić, w końcu los wydawałoby się wreszcie się do niego uśmiechnął. Pewien człowiek, nieco zgarbiony sługa jakiegoś pana na włościach zaproponował mu posadę stajennego. Chłopak dorabiał kiedyś na utrzymanie rodziny w ten sposób więc znał się na fachu. Zygfryd był zbyt szczęśliwy z uśmiechu losu by zadręczać się wątpliwościami. Ciągły stan upojenia, który jego przyszły pracodawca najwyraźniej rozumiał, nie ułatwiał mu myślenia. Cóż to za dobrodziej i łaskawca myślał, przyjmując kolejne porcje „Mózgotrzepów” od sługi przyszłego pana. Gdy długa podróż zakończyła się w końcu na dworzyszczu, Zygfryd był nieco zdziwiony, ale wciąż upojony umysł nie pozwalał mu trzeźwo myśleć. Tym bardziej, że na miejscu ugoszczono go kolejną porcją alkoholu. Dopiero gdy obudził się nad ranem, związany i zakneblowany, zrozumiał jak straszny popełnił błąd. Przykryty plandeką jechał na wozie przez wiele dni w nieznanym kierunku. Jeszcze łudził się, że przeżyje, skoro oprawcy zadali sobie tyle trudu, aby go jeszcze przy życiu utrzymać. Dopiero gdy rozpoczęła się ceremonia, w której rytualne topienie go było w centrum wydarzeń, zrozumiał, że już po nim. Nie mylił się. Jego agonia trwała długo, gdyż przygarbiony sługa wraz z swym chuderlawym panem starali się bardzo, by ofiara nie utonęła zbyt szybko. Poświęcili na to całą noc, aby przeżycia tej śmierci trwale odcisnęły się na duszy nieszczęśnika i aby cały rytuał miał ciut większe szanse powodzenia. Ku ich ogromnej radości w końcu się udało. Przerażeniu i nieszczęściu Zygfryda nie było końca, gdy już czół błogość i uwolnienie, gdy już zrozumiał, że śmierć przyszła mu z pomocą uwalniając od męk i sznurów oprawców, chwilę później dramatycznie ściągnięto go z powrotem. Przynajmniej jakąś jego cząstkę, nie pozwalając tamtej przejść na dalszy etap, a nią samą wciskając w całkiem martwe już ciało.

(…)

Zgodnie z instrukcją gdy tylko wyczuł ofiarę zaczął mącić dno jeziora, czyniąc je po chwili całkowicie przysłoniętym. Zgodnie z instrukcją czekał na ofiarę najdłużej jak się dało i zaatakował… Pazury prawej ręki wbiły się Corumowi w kark, drugą łapą próbował chwycić go z drugiej strony, unieruchomić i utopić…tak jak poprzedników. Tym jednak razem ofiara nie dość, że sama ciachnęła go w łapę to jeszcze w niebywałym tempie zaczęła mu uciekać. Gdyby nie był przyczepiony do Coruma pewnie pozostałby w tyle. Tymczasem Turgas niczym sprawny wędkarz wyłowił swą zdobycz, z ocalałą przynętą. Przynęta miała poszarpany kark z którego obficie spływała krew. Rana piekła niesamowicie, Zygfryd tymczasem nie czół bólu nawet pomimo tego, że niemal stracił całą rękę. Zygfryd posłusznie spoglądał na swojego nowego pana. Nie miał wobec niego żadnych myśli, a gdyby został wyrwany spod kontroli niechybnie rzuciłby się na najbliższą ciepłokrwistą istotkę. Mógł wzbudzać mieszane uczucia, niemniej jednak zbyt indywidualne, by mógł o nich mówić ktoś inny niż ich właściciel.




Turgas miał powody do radości, za darmo dostało mu się coś o czym wielu początkowych kapłanów czy czarnoksiężników mogłoby marzyć. Zdawał sobie sprawę jak bardzo kłopotliwy mógł to być nabytek, jednak o losie Zygfryda decydował teraz przede wszystkim kapłan Morghlitha.

Coruma piekły rany a jego pies na tyle zaciekle warczał i szczerzył się na utopca, że ten co chwil próbowałby go zabić, gdyby nie żelazna wola Turgasa, nie pozwalająca mu na to.
 

Ostatnio edytowane przez kset : 06-12-2008 o 21:13.
kset jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 06-14-2008, 14:32   #63
 
Smoqu's Avatar
 
Reputacja: 2 Smoqu jest na bardzo dobrej drodze
$: 28 285
Turgas złapał rzucony mu koniec liny. Szybko wybrał ją, aby była lekko naprężona, a jednocześnie nie ograniczała za bardzo ruchów Coruma. Chciał choć trochę czuć, co się dzieje z łowcą, który bez chwili wahania rozebrał się i zmierzał w kierunku jeziorka. Po chwili zanurzył się całkowicie i tylko znikająca w wodzie lina oraz pojawiające się coraz dalej bąbelki powietrza wskazywały miejsce pobytu pływaka.

"Wygląda tak, jakbym zarzucił wędkę. Nawet niegłupia przynęta mi się trafiła. A może go tam zostawić, jak coś zacznie "brać"?" rozmyślał podczas luzowania liny. Sprawdził, czy duży jeszcze ma zapas. Uspokojony rozmyślał dalej "Nie. Na razie potrzebujemy go żywego. Tylko wtedy może doprowadzić nas do "grających". O ile teoria Kathryn jest prawdziwa."

Nagle pies, biegający do tej pory na jeziorkiem i wpatrujący się w jego toń, zaczął ujadać i głębiej wbiegł w wodę. Mocne szarpnięcie, które omal nie wyrwało mu sznura z ręki, gwałtownie sprowadziło asekurującego na ziemie. Bez zastanawiania się zaczął wybierać linę. Bez wątpienia coś się działo. Półork szybko wyczuł, że ciągnie coś więcej niż tylko przyczepionego do liny nurka, jednak nie zwalniając tempa szybko wybierał linę. W końcu głowa półelfa ukazała się nad powierzchnią szybko zbliżając się do brzegu. Na jego ramieniu zaciśnięta była szponiasta łapa, zaś po chwili wynurzyła się również głowa właściciela.

Kapłanowi na chwilę dech zaparło, ale właśnie ta część szkolenia była dla niego najciekawsza, więc nie zrobiła na nim wrażenia potwornie zniekształcona gęba stwora. Bez wątpienia mieli do czynienia z utopcem.

"Cóż za okazja. Nie mogę jej zmarnować."

Corum, poczuwszy pod stopami stały grunt odwrócił się do atakującego go umarlaka i szykował do zadania decydującego, jak się zdawało, ciosu. Pies również nie miał zamiaru odpuścić i zachodził martwiaka z tyłu.

- ZOSTAWCIE GO MNIE! - wrzasnął, ruszając żwawo w kierunku walczących.

Na szczęście nowo poznany bez żadnych sprzeciwów odwołał swego zwierzaka, a sam wycofał się, uważając, aby nie wystawić się na atak. Turgas szedł bez strachu wprost na utopca unosząc przed sobą symbol Morglitha.

- W imię Morglitha, wzywam cię potępiona duszo, słuchaj mnie! - zaintonował wpatrując się intensywnie w zielone światełka jaśniejące w przegniłych oczach.

Chwilę czuł słaby opór, który szybko zelżał, a w końcu zniknął. Miał nowego sługę.

"Hi, udało się." pierwszy raz miał możliwość skonfrontowania teorii, którą poznał u Granmura z praktyką. Najwyraźniej dobrze ją sobie przyswoił, bo wszystko poszło w sposób podręcznikowy. A może po prostu ten martwiak był tak słaby. Nie to było istotne, to był pierwszy nieumarły, nad którym udało się Turgasowi przejąć kontrolę.

Oślizgły topielec zatrzymał się patrząc prosto w symbol boga, po czym jego spojrzenie przeniosło się na dzierżącego symbol kapłana. Ten zbliżył się bez strachu do niego i z zainteresowaniem oglądał przez chwilę. Przypomniał sobie, co też książki mówiły o tym typie.

"Wytrzymały, wzbudza strach, świetnie radzi sobie w wodzie, ale na lądzie powolny, z racji podgnicia. Zdolny do pojęcia jedynie bardzo prostych poleceń." wyliczał w pamięci istotne informacje, które pamiętał.

"I co ja mam teraz z nim zrobić? Nie mogę go zabrać, bo za bardzo będzie opóźniał naszą jazdę. Mam nad nim kontrolę, a nie mogę zrobić z niego użytku. Ehhhhh, a miało być tak pięknie." miał lekko zafrasowaną minę.

- Czekaj - wydał cicho polecenie. Odwrócił się i szybko podszedł do swojego wierzchowca, który szarpał się przywiązany do zarośli.

- Oooooo! - zawołał uspokajająco na konia, chwytając za wodze. Osadził wciąż niespokojne zwierzę i pogłaskał po chrapach. Poczekał chwilę, aż względnie się uspokoi, po czym podszedł do siodła i odtroczył tobołek z koszuli Alandera z zapakowaną w nim głową. Sprawdził, czy rumak nie zerwie mu się przez przypadek i ruszył znów w kierunku stojącego posłusznie utopca.

Wyciągnął do niego rękę z tobołkiem.

- Weź to, wróć tam - wskazał ręką bajoro - i pilnuj tobołka. Czekaj, aż wrócę.

Obserwował, jak martwiak automatycznie wykonuje wszystkie polecenia i znika pod powierzchnią wody wraz z głową niedawnego towarzysza podróży.

Znów wokół panowała sielska atmosfera wczesnego, letniego popołudnia. Jednak jakoś nikt nie kwapił się, aby spróbować jabłek z jabłonki rosnącej nad wodą, ani napoić koni.

Corum podszedł i wyciągnął rękę:

- Dziękuję ...

Kapłan oglądał z zainteresowaniem wręczone mu, srebrne bransolety. Oto towarzysz, który od razu wie o co chodzi i potrafi okazać wdzięczność.

Uśmiechnięty Turgas energicznie podszedł do swojego wierzchowca, który uspokoił się już po zniknięciu przerażającej poczwary pod wodą i wrzucił prezent do swojej sakwy.

Był zadowolony. Nie tylko pozyskał pierwszego martwiaka, ale również dostał datek na świątynię. Zaiste ten dzień mógł zaliczyć do udanych.
 

Ostatnio edytowane przez Smoqu : 06-14-2008 o 16:03.
Smoqu jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 06-14-2008, 15:31   #64
 
Manji's Avatar
 
Reputacja: 2 Manji jest na bardzo dobrej drodze
$: 38 884
Wspólny atak Syle i Vicious wybił z równowagi Utopca umożliwiając wyswobodzenie się Corumowi. Odtoczył się na bok, chcąc po chwili się na niego rzucić. Powstrzymał go głos el Turgasa.

- Syle zostaw! Do mnie. - Gdy pies podszedł pogłaskał go sprawdzając jednocześnie czy nie jest ranny, tak na wszelki wypadek. Podszedł do wody tam kilkoma ruchami obmył psi pysk i samego siebie. Wydobył z ładownicy przy pasie niewielką wykonaną z brązowego szkła buteleczkę, której zawartość wylał na rany po pazurach. Oleista ciecz momentalnie zaczęła się pienić, wydzielając przy tym ostry zapach czosnku i ziół. Północny wiatr szybko rozniósł i przemieszał zapachy zielarskich mikstur, smrodu zgniłego, opuchłego od wody cielska i dymiącej czachy. Do całości dołączała się naturalna woń stęchłego jeziorka.

Martwiak był obleśny, jednak nie wywarł aż takiego wrażenia na Vicious, który przez dziesięć lat zgłębiał wiedzę medyczną. Na zajęciach z anatomii miał okazję przyzwyczaić się do widoku, zapachu i dotyku martwych ciał humanoidów i zwierząt. Przez dwa lata odczuwał dyskomfort podczas zajęć praktycznych z anatomii, gdy studenci musieli wykrajać części ciał z martwych egzemplaży. Jednak z czasem nabierał dystansu do martwych ciał, zaczął się koncentrować na wykonywanych operacjach, ciała stawały się nieruchomymi obiektami. Po sześciu latach umysł Coruma był niemal całkowicie odporny na widok, zapach i dotyk trupów. Jednak jego ciało lekko dygotało, a głos drżał, wynikało to z dużych ilości adrenaliny wypełniającej żyły. Martwiak był anomalią, która tylko wzbudzała ciekawość półelfa.


Pólelf odprawił psa do klaczy, ubrał jedynie buty i nałożył kołczany na plecy.
Corum to dobrze zbudowany półelf, o średnim wzroście i masie dla swojej rasy. Inna jest jego skóra, wygląda jakby była grubsza i bardziej elastyczna od skóry półelfów. Większość barwników została zmyta przez wodę odsłaniając spaloną słońcem skórę, nie było na niej znamion ani blizn, jedynie prawe przedramię zdobił niebieski tatuaż przedstawiający sztylet wbity w podkowę. Czarne włosy ścinał nożem tuż przy skórze, obecnie włosy nieznacznie odrosły ukazując nierówności. Wyglądało to tak jakby Corum był rozczochrany.

Podszedł do el Turgasa, krok miał charakterystyczny dla marynarzy lub kawalerzystów, a mimo to poruszał się niemal bezgłośnie. Widział strach w oczach zwierząt, sam czół się spięty. Obleśne cielsko, z którego wypływały robaki żerujące na martwych ciałach, stało nieruchomo. Bezwolny golem, odrażająca maszkara.

Wyciągnął prawą rękę do el Turgasa, a kapłan ją uścisnął.
- Dziękuję Kapłanie Morghlita, można na Tobie polegać. Wiedz, że zawsze odwdzięczam się tym samym.
- Zawsze do usług - powiedział dyplomatycznie kapłan.

Vicious zostawił kapłana z jego nowym nabytkiem. Skierował się do Córy Wiatru, gmerał w jednej z sakw przez chwilę aż natrafił na kapciuch z ziołami.
- Waruj - wydał polecenie Syle widząc jak ten znów zaczyna się jeżyć i warczeć.
Wydobył kilka liści i zaczął je przeżuwać. Z innej sakwy wydobył pudełko z kory.
Pozbierał swoje ubrania i do troczył je do siodła.
Przyjrzał się swoim ranom uważnie, sięgnął po bukłak z winem i polał po ranie. Wino spłukało spienione zioła odsłaniając ranę i oczyszczając ją z włókien i paprochów. Dla pewności polał raz jeszcze dokładniej kierując strumieniem wina. Gdy był pewien oczyszczenia rany ruszył w stronę el Turgasa z bukłakiem i pakunkiem z kory. Obydwa przedmioty trzymał w jednym ręku, a drugą wcierał maść w ranę.

- Powiedz mi, proszę, jak do diaska martwiak odbiera otaczający go świat? Podkradałem się do niego, a on mnie bez problemów namierzył. Swoją drogą to szybki jest pod wodą.
- Chętnie ci to wyjaśnie. Może jednak podyskutujemy w czasie jazdy, albo na popasie.
Nadal trzeba napoić konie, a z tej sadzwki woda raczej się nie przyda.
- Woda nadaje się do napojenia koni, wystarczy poczekac aż resztki Twojego nabytku opadną na dno.
- Czy to aby nie za długo zajmie? Ja bym się obawiał.
- Się gdzieś śpieszy? Następne źrodlo wody jest kilka godzin na północ.
- W sumie, to chyba nie. A wracając do Twojego pytania, skoro mamy chwilkę, to umarlaki nie widzą tak jak żywi. Raczej wyczuwają życie, dlatego nie przeszkadza im ciemność, woda czy mgła.
- Warto wiedzieć, teraz wiem gdzie popełniłem błąd.


W między czasie kończył wsmarowywać ostatnią porcję maści. Wydobył z pudełka dwie srebrne bransolety i podał je kapłanowi.

- To datek na cele świątynne.

- Dziękuję, na pewno się przydadzą
- Turgas zwarzył w ręku podane bransolety.
 
__________________
Świerszcz śpiewa pełen radości,
a jednak żyje krótko.
Lepiej żyć szczęśliwym niż smutnym.

Ostatnio edytowane przez Manji : 06-14-2008 o 16:14.
Manji jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 06-14-2008, 17:15   #65
 
Redone's Avatar
 
Reputacja: 8 Redone ma w sobie cośRedone ma w sobie cośRedone ma w sobie coś
$: 110 812
Słońce błyszczące na niebie, ptaki latające wokoło i motyle goniące się nad polnymi kwiatami nie zwiastowały niebezpieczeństwa. A mimo to Saline wolała bacznie rozglądać się po okolice mając miecz w zasięgu dłoni. I może właśnie to przyprawiło jej tyle kłopoty.

Gdy walka pod wodą rozgorzała zwierzęta poczuły, że coś jest nie tak. Koń który należał do Alandera także najwyraźniej miał nie najlepsze przeczucia odnośnie tego co zaraz wyłoni się z wody. Najpierw prychnął głośno wypluwając z paszczy krople zeschłej śliny. A wtedy w ciągu dosłownie sekundy stanął dęba i zarżał. Elfka nie była na to gotowa, gdyż jedną ręką trzymała wodze a druga spoczywała na rękojeści miecza. Cudem tylko udało jej się nie spaść na, jak zauważyła po chwili, kilka kamieni która znajdowały się za koniem. Wizja roztrzaskanej czaszki nie była zbyt przyjemna. Koń wrócił do swojej normalnej pozycji ale najwyraźniej miał ochotę ruszyć w siną dal zostawiając za sobą cały ten horror. Saline szybko złapała wodze i pociągnęła. Kolejny błąd, ten koń reagował inaczej niż była przyzwyczajona, widać Alander miał inne zwyczaje. Koń dodatkowo się zdenerwował i jeszcze bardziej zaczął wierzgać.

- Spokojnie! - próbowała uspokoić konia w języku elfów.

I choć jeszcze chwilę rzucał się i bił kopytami o ziemię, a jego uszy strzygły szukając śladów zagrożenia, w końcu stanął w miarę spokojnie, rzucając jeszcze tylko łbem na boki. Elfka czuła nogami jak jego przestraszone serce wali mocno a oddech jest szybki jakby właśnie galopował. Saline tak przestraszyła się możliwością nieopanowania konia, że kompletnie zignorowała martwiaka.

Dopiero gdy koń się uspokoił, zsiadła. Pogłaskała go uspokajająco po karku widząc nadal w jego oczach strach i niepewność. Jednak pod dotykiem elfiej dłoni wydawał się być spokojny, choć nadal najwyraźniej chciał sie stąd szybko oddalić. Uspokoił się zupełnie gdy martwiak zniknął pod wodą, ale elfka wątpiła by chciał zbliżyć się do jeziorka.

Saline przywiązała konia do drzewa a sama postanowiła rozprostować kości. Po prostu pospacerowała trochę w pobliżu grupy, mając nadzieję że sama się przy tym trochę uspokoi. Czuła się świetnie na łonie natury, mogąc obserwować biedronkę kryjąca się w trawie czy świerszcza uciekającego gdy tylko podchodziła bliżej. Cieszyła się, że tym razem walczyć nie musiała i szybko utopiec został opanowany, gorzej jeśli byłoby ich kilka, wtedy Turgas nie byłby w stanie ich opanować.

Gdy podeszła z powrotem do grupy woda wyglądała już na czystszą i najwyraźniej można już było napoić konie. Elfka wolała nie ryzykować kolejnego starcia z koniem, lepiej by zrobił to ktoś bardziej doświadczony. Podeszła do Coruma.

- Przepraszam, czy mógłbyś napoić mojego konia? - wskazała palcem przywiązane do drzewa zwierzę. - Był bardzo zdenerwowany, boję się, że gdy podprowadzę go do jeziora może znowu próbować uciec, na pewno lepiej sobie z nim poradzisz.

Corum skinął tylko głową, po czym podrpowadził do jeziora wszystkie trzy konie, którymi się aktualnie opiekował: swojego konia, konia Saline i konia Alandera. Podszedł do jeziora od strony sitowi, nucił do zwierząt spokojną pieśń żywiołu drzew, stojąc pomiędzy nimi w wodzie po kostki. Elfka wsłuchiwała się w delikatne dźwięki wspominając mamę, która nuciła jej piękne pieśni gdy Saline była jeszcze mała.
 
__________________
Zamiast mówić "dziękuję" - daj mi pozytywną reputację ;)

A macie gogle?

Ostatnio edytowane przez Redone : 06-14-2008 o 19:38.
Redone jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 06-20-2008, 21:29   #66
 
obce's Avatar
 
Reputacja: 2 obce wkrótce będzie znany
$: 33 247
Nie lubiła strachu.

Tak samo jak ślepej wściekłości, czy głuchej na wszelkie podszepty rozsądku żądzy. Choć nie była to prawda, nie do końca. Lubiła je, ale tylko wtedy, gdy poddawała się im świadomie, z pewnym wyrachowaniem, które wydawać mogłoby się paradoksalne; gdy to ona mogła wybrać moment, gdy to w jej rękach spoczywała decyzja, kiedy spuścić te wściekłe psy emocji z krótkiej smyczy chłodnego opanowania.

Teraz jednak jej psy uciekły, pochowały się i zniknęły. Wszystkie. Oprócz jednego.

Nie lubiła strachu, bo ze wszystkich odczuć to jedno było najbardziej animalne i najbardziej wszechogarniające. Najbardziej upokarzające - nawet, gdy pozostawało ukryte. Każde przezwyciężenie strachu było dla niej zwycięstwem kultury nad prymitywnym światem zwierząt, każde zwycięstwo, które oczywiście zrodziło się z racjonalizacji i pracy intelektu, a nie braku wyobraźni i prozaicznie pojętej głupoty tak właściwej dla męskich przedstawicieli ciężkozbrojnych zawodów i profesji. Broń do ręki, tyłek na konia, stalowe hełmy na zakute głowy i na pohybel.

Nie lubiła strachu.
Bała się go.

Bała się tego lepkiego drżenia, które zdawało prześlizgiwać się wzdłuż wszystkich nerwów, przyśpieszając oddech, mrocząc świat znakami zagrożenia, zagłuszając wszystkie myśli, ogłupiając. Przebijając nawet bezpieczną, chcianą-niechcianą skorupę obojętności i znudzenia. Nawet jeśli tylko na chwile, nawet jeśli tylko na kilka uderzeń serca.

Wracała nad brzeg jeziora powoli, krok za krokiem, bez zbędnej delikatności prowadząc za sobą konia. Irracjonalny strach był jak krótki, gwałtowny i niespodziewany wrzask, po którym pozostaje tylko cisza i przytłumione przeczucie zagrożenia. Straciła ochotę na rozmowy, nawet słysząc prośbę elfki o napojenie jej konia, nie wypowiedziała głośno swoich myśli. Szkoda zachodu dla szklarnianej panienki, której niczego nie chce się zrobić samej, wiecznie czekającej na pomoc i ratunek. Szkoda zachodu, szkoda słów, nawet szkoda myśli.
Na nich.
 
obce jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 06-23-2008, 11:10   #67
 
kset's Avatar
 
Reputacja: 3 kset wkrótce będzie znanykset wkrótce będzie znany
$: 120 917
Utopiec wywoływał gęsią skórkę u obserwatorów, tym bardziej wszystkich więc ucieszyła decyzja Turgasa o pozostawieniu go w jeziorku. Martwiak posłusznie wykonał rozkaz nowego pana podczas, gdy reszta powoli szykowała się do zaplanowanego odpoczynku.
Druid zaprowadził konie z drugiej strony jeziorka, lecz i tak zaczął je poić dopiero, gdy muł już opadł.

Nagły chłodny powiew wiatru był świeży i ożywczy, stanowił doskonałą alternatywę dla ostatnich smrodów. Mało kto z Was był przygotowany na tego typu trudności, co nie znaczy, iż nie poradziłby sobie z nimi. Po obozie na którym zdołaliście co nieco przekąsić, odpocząć i napoić konie, ruszyliście dalej w tym samym szyku.

Las utrzymywał swoją gęstość, sosny, buki, nawet dęby rozpościerały swe ramiona, nie raz ładując się na drogę, tak, że konni podróżnicy musieli często omijać zawalidrogi. Natura tu żyła. Niektórzy żyjący głęboko za murami miast, do tej pory przecierali ze zdumienia oczy, że zieleń trawy może być tak intensywna. Jedna z teorii mówiła, że magiczne eksperymenty, wybuchy energii i poprzeplatane struny magii bijące od miast źle wpływają na okoliczną naturę, burząc jej harmonię i rozwój. Prawie każdy z Was był kiedyś świadkiem jak ścierały się rację Druidów z władzami miasta. Efekt zależał głównie od siły stron i poparcia reszty społeczeństwa czy możnowładców. Starcia frakcji, gildii, wszelkiego typu organizacji, nie należały do rzadkości. Zazwyczaj odbywały się one pokojowo, czasem dochodziło do przepychanek, wyzwisk, mało kiedy kończyły się otwartą walką. Prawo zezwalało na otwartą walkę jedynie w wyjątkowych sytuacjach i to za zgodą władz miasta lub wyższych szczebli władzy – w zależności od wielkości i ważności podmiotów stających naprzeciwko siebie.

Wieloletnia tradycja, pokoleniowa wręcz kultura, rozwijająca się na Orchii jeszcze przed władztwem Katanów, wypracowała jednak swoisty stan zawieszenia. Pomimo, że przeciwstawne gildie nie pałają do siebie miłością, to jednak na otwarta wojnę czy konflikt, obecnie nie ma ochoty żadna ze stron. Do dziś w Ostrogarze zieją pustką i swądem spalenizny dwie smukłe wieże – na pamiątkę straszliwego wydarzenia. W jednej mieściło się kolegium teoretyków, pochodzących z co ważniejszych gildii i świątyń. Ich badania nad teorią magii były niezwykle spokojne, długotrwałe i nie przynoszące żadnych realnych, widocznych korzyści. Tymczasem rywale z kolegium praktycznego – jakie wkrótce po tym pierwszym powstało, narzekali, że to marnotrawienie talentów i wiedzy drugiej strony. Podnosili, że to ich wynalazki służą społeczeństwu i rozwojowi magii. Pokazywali co mogą zrobić z energią za nic mając dociekanie czym jest ta energia. Po kilku miesiącach, drobne prztyczki serwowane sobie wzajemnie zaczęły doprowadzać do coraz większej nienawiści. Teoretycy lubowali się w wykazywaniu niewiedzy swoich kolegów z Kolegium Magii Praktycznej, wykazywali błędy i braki w wykształceniu, podważali teoretyczne założenia stanowiące podwaliny pod kolejne wynalazki praktyków, tamci zaś również nie siedzieli z założonymi rękami. Do historii uniwersytetu przeszedł „kawał” jaki jeden z praktyków zafundował wykładowcy ( pochodzącemu z Kolegium Magii Teoretycznej) , z pomocą iluzji zmieszanej z magią alchemika, sprawił, że wykładowca zajął się „iluzyjnym” ogniem. Przez moment czół ból płonącej skóry, strach związany z straszliwą śmiercią, swąd płonących włosów i szaty, widok własnej odpadającej skóry. Ale widział to i czół tylko on… Dla studentów ich profesor nagle zaczął skakać przy krześle, otrzepując ubranie i wrzeszcząc. Przez moment wyglądało to nawet komicznie, niektórzy nawet zaczęli się śmiać myśląc, że coś ugryzło profesorka. Nastrój zabawy znikł, gdy profesor legł na ziemię chwytając się w ostatnich spazmach za serce, które nie wytrzymało szoku.

Nietrudno było się domyśleć, że po tym wydarzeniu, walka między wrogimi już sobie kolegiami, mogła jedynie się zaostrzyć. Nikt właściwie nie wie co stało się tej nocy gdy spłonęły oba kolegia. Dość, że wkrótce po tym oba kolegia zostały rozwiązane i to na ich własną prośbę. Niektórzy twierdzą, że gdy kolegium praktyczne przypuściło atak, używając przy tym bardzo zaskakującej i nietypowej magii, kolegium teoretyków w tym czasie podcięło im skrzydła – obracając ich magię przeciw nim samym. Dlatego też gdy zapłonęła pierwsza wieża, druga po chwili płonęła również, nad samymi wieżami kołtuniła się wzburzona magia z której obie strony wciąż czerpały i rzucały w siebie nawzajem. Dopiero nad ranem, gdy zgliszcza i pożoga jaką wywołali tej nocy, ukazana została w pełnym obrazie zniszczeń, gdy trupy ścielące się pod jedną i drugą wierzą były w takiej ilości, że bez odgarnięcia ich na bok przejazd byłby niemożliwy, gdy magowie zdali sobie sprawę jak ogromną część wiedzy i doświadczeń pochłonęły płomienie, wówczas dopiero przyszedł z pomocą chłodny rozsądek. Wśród ofiar połowa stanowiła przedstawicieli jednego lub drugiego kolegium, druga połowa to byli zwykli mieszkańcy miasta, przypadkowe ofiary, także kobiety i dzieci. Przykład ten nie odstraszył innych od tego typu starć, jednak kolejne wewnętrzne wojny i wojenki odbywały się z pewnymi niepisanymi zasadami, aby w wzajemnej walce nie doprowadzić do wyniszczenia obu walczących. Coraz silniejsze wpływy świątyń, gildii, możnowładców, władz miasta, czy wreszcie indywidualnych bohaterów, sprawiają, że starcia są o wiele trudniejsze do przewidzenia. Obszary wpływu są już raczej ustalone, pozostaje więc „jedynie” pilnować aby nikt nie ugryzł kawałka mojego ciasta, oraz żeby ugryźć jak najwięcej z czyjegoś kawałka…

Kolejny postój urządziliście wieczorem szykując się do nocnego obozu. Okolica była cicha i spokojna, tak jakby za granicą usianą goblinami i utopcami , reszta stanowiła bezpieczną przystań. Strumyk chłodnej wody przepływał przez obóz pozwalając napoić się spragnionym. Chwila odpoczynku pozwoliła Saline i Corumowi przyjrzeć się lepiej własnym ranom. Obie nie wyglądały za ładnie i na pewno nie pozwalały swoim nosicielom na ryzyko kolejnych takich. Po prostu mogliby tego nie przeżyć, na szczęście dla nich, dobrze przygotowane zioła ładnie zatamowały krwawienie zasklepiając ranę i pozwalając jej szybciej się zregenerować. Z doświadczenia wiedzieliście , że do pełni zdrowia wrócicie za kilka tygodni. Reszta nie musiała się tym przejmować, cały swój czas mogli poświęcić na własne zajęcia i te praktyczne i te tylko czysto przyjemne…
 
kset jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 06-23-2008, 18:58   #68
 
Manji's Avatar
 
Reputacja: 2 Manji jest na bardzo dobrej drodze
$: 38 884
Podczas popasu Corum podjechał do el Saline aby przyjżeć się ranom koni i jej samej. Podprowadził konie w cień drzewa, tam gdzie rosła bujna trawa, byli więc w zasięgu wzroku lecz nie słuchu.

- Jak się czujesz? Wciąż boli? - jego twarz nie wyrażała żadnych emocji, ciało było rozluźnione, ręce swobodnie oparte o łęk siodła.

- Czuje się dobrze, tylko czasem zakłuje przy gwałtowniejszym ruchu.

- Przed snem zmienię opatrunek, ale tym razem będę potrzebował Twojej pomocy - poruszył lewą ręką poszarpaną przez utopca - ta jak widzisz nie jest w pełni sprawna. Twoją ranę należy raz jeszcze opatrzyć i oczyścić w razie potrzeby, to samo z koniem i ze mną.

- Oczywiście pomogę z opatrunkiem. Chcę żebyś wiedział, że jestem Ci bardzo wdzięczna Tan Corumie, cieszę się że spotkaliśmy Cie na naszej drodze.

- Ja również się cieszę panienko el Saline, wytępienie samemu wszystkich humanoidów zajęłoby mi wiele czasu, właściwie to jak ich rasę nazywacie? - Nieznacznie jego twarz wykrzywiła się w przyjaznym uśmiechu.

- Gobliny. Mówisz o nas jakbyśmy byli przynajmniej z różnych kontynentów.

- Dziękuję za informację, jeszcze wiele muszę się nauczyć o tej krainie - po chwili namysłu dodał. - Ja pochodzę z dalekiego południa, około trzech miesięcy żeglugi, z wiatrem i na szybkim statku.

- Więc rzeczywiście z daleka, to wyjaśnia twój niespotykany akcent. Jeśli będziesz chciał wiedzieć coś jeszcze, pytaj śmiało.

- Wiesz więcej o nieumarłych? Od el Turgasa nie łatwo wyciągnąć tą wiedzę.

-Cóż, akurat tym tematem nigdy się za bardzo nie interesowałam. Wiem, że są sposoby by ożywić martwe ciało, ale jak to się robi nie mam pojęcia. Nie wiem też na jakiej zasadzie działa wtedy taki umarlak.

- Nic nie szkodzi. Opowiedz mi proszę, jak do tego doszło, że tak was poszarpali i czy ten elf był z ... z goblinami czy z wami?

- Wygląda na to, że się na nas zaczaili. My byliśmy odsłonięci na ścieżce, oni chowali się w krzakach. Reszta to już chyba tylko moja nieudolność walki albo po prostu pech. A jak to się stało, że akurat byłeś w pobliżu?

- Dobre pytanie, odpowiem jednak na nie jak Ty dokończysz swoją odpowiedź: co z elfem?

- Elf jechał z nami, nie miał tyle szczęścia co my.

- Ja podążałem ich śladem od czterech dni, zdążyłem zabić pięciu. Potrwałoby to jeszcze troszkę zanim bym ich wybił. Mieliście przewagę, a jednak elf zginął. Sądząc po koniu na jakim jechał to był tanim tragarzem. Pewnie za konia zapłaciliście więcej niż za jego usługi. - Zaśmiał się, lecz szybko spoważniał. - Przepraszam nie miałem zamiaru śmiać się ze zmarłego.

- Pięciu przez cztery dni i dwóch w ciągu pięciu minut. Chyba nabierasz doświadczenia - zaśmiała się.

- Tych dwóch doliczyłem do stawki. - Corum dokładnie przyglądał się każdemu drobiazgowi w wyglądzie rozmówczyni.

- Na pewno nie był tak dobrym magiem na jakiego wyglądał. Opowiedz coś o swoich stronach, jak bardzo jest to różna kraina od tej w której teraz jesteśmy?

Spojżał el Saline prosto w oczy, mierząc ją bardzo uważnie. Nie odpowiedział na pytanie, zamilkł.

- Oczywiście nie musisz mówić jeśli nie chcesz. Jak daleko będziesz z nami jechał?

- Pozwól, że opowiem podczas kolacji, z pewnością pozostali mają do mnie pytania i wiele z nich może być podobnych do Twoich, więc dłuższą opowieść zachowam na potem. Swoją drogą to jjesteście przedziwną grupą nie wyglądającą na zgranych. Czy tan Walnar was wynajął? - Po zaczerpnięciu powietrza dodał: - Szukam pewnej rzadko spotykanej rośliny, która powinna tu występować akurat jedziemy w tym samym kierunku, odłączę się gdy ją znajdę. Koniecznie chcę ją mieć w swojej kolekcji. Do tego ponoć ma silne właściwości lecznicze. - W oczach Coruma zaczęło rozkwitać podniecenie.

- Jesteśmy grupą z przypadku, po prostu jedziemy w to samo miejsce ale nie znamy się właściwie. Jak wygląda owa roślina?

- To jest odmiana Paproci Królewskiej, potrzebuje ściśle określone warunki do życia. Trzy miesiące temu spotkałem tutejszego Druida, który wskazał mi na to właśnie miejsce. Oczywiście szukam jej dla samego skatalogowania, jako zioło do zastosowań farmakologicznych kompletnie się nie nadaje. Istnieją rośliny o lepszych właściwościach, wydajności oraz mniejszych wymaganiach. Ten egzemplaż jest taką swoistą ślepą odnogą ewolucji, za to bardzo interesującą. Nabrał powietrza, już chciał rozpocząć kolejną część opowieści, jednak się powstrzymał, a raczej pytanie rozmówczyni.

- Jak to się stało, że tak bardzo zainteresowałeś się roślinami?

- Nie interesuję się jedynie roślinami, skąd ten pomysł? Jestem Druidem z Wielkiego Kręgu Żywiołów. Rośliny to jeden z pięciu elementów.

- Nie twierdzę, że jedynie, ale widzę jak właśnie ten temat jest dla Ciebie interesujący.

- Przepraszam, ale czasem lubię rozmawiać o swoich pasjach, lecz nie zawsze inni chcą tego słuchać. - Druga część zdania wypowiedziana była lekko zasmuconym tonem.

- Doskonale cię rozumiem, sama mam pewną pasję, minerały. Ale teraz bardzo chętnie posłucham o twojej pasji, wiedzy nigdy za wiele.

Oczy Vicious rozbłysły. - Minerały powiadasz. Mamy podobną pasję, z tym, że ja je analizuje. Jeśli jesteś zainteresowana to w stosownym momencie poproszę cię o pomoc w zbadaniu roślin już zebranych przeze mnie. Będziesz mogła wiele się dowiedzieć o roślinach, które cię otaczają, o ich nieodkrytym jeszcze potencjale. Nie chodzi tylko o samą roślinę czy zwierzę, najważniejsze są cząstki pięciu elementów zawarte w nich.

- Naprawdę? Co masz konkretnie na myśli mówiąc o analizowaniu?

- Badam ich wiek, warunki powstania, budowę i skład, a przede wszystkim zawartość elementów i ich spójność.

- Czyli podobnie jak ja jakiś czas temu, teraz zajmuje się raczej handlem minerałami. Ale dzięki dawnym badaniom teraz potrafię świetnie ocenić ich wartość.

- Blehh, oszlifowane tracą swój pierwotny urok, a dla mnie również wartość badawczą. Nie chodzi o błyskotki, ja zajmuję się również skałami, które raczej nie są atrakcyjne w sprzedaży.

- Chyba że da się je oszlifować, wtedy jak najbardziej są w cenie.

- Nie. - Uniusł brwi, wytrzeszczył oczy, tak zwykł robić ojciec Coruma gdy na coś stanowczo się nie zgadzał. - Ja nie po to wykorzystuję swoją wiedzę, pieniądze dla mnie nie znaczą nic, wszystko co mi potrzebne daje mi las. Chciałbym cię o coś zapytać, pytanie to nie daje mi spokoju. Jak byś oceniła pozostałych, chodzi mi raczej o przydatność w boju, bo to jest istotne w dziczy.

- Jesteś bardziej elfem niż ja. Cóż, Kathryn raczej na wojaczce się nie zna, piękna bardka także. Walnar dobrze włada orężem, tak samo Turgas. Co do mnie, cóż, miecz nie raz w ręku miałam, ale jak widać daleko mi do perfekcji.

- Widziałem jak rycerz był na ziemi. To go dyskwalifikuje w jego kaście. Od kiedy Rycerstwo walczy z ziemi? Przecież koń daje im ogromną przewagę. El Turgasa także widziałem, tan Walnar dobrze zainwestował gotówkę. El Kathryn nie walczyła? Czy ona jest służką tan Walnara?

- Oh bogiwe, tylko nie mów jej, że tak o niej pomyślałeś, bo już nigdy nie da ci spokoju swoimi docinkami. El Kathryn ma zapewne inne talenty niż walka, o których jeszcze dane nam będzie się przekonać.

- Czyli nie jest służącą, dziękuję to trochę zmienia sytuację. Więc kim ona jest - powiedział to raczej głośno myśląc. - Czy ona robiła coś podczas walki poza staniem?

- Wspierała nas słowem, mówiła gdzie widzi wroga, ona pierwsza zauważyła gobliny. Musze przyznać że jej czujne oko było przydatne.

- O Twoją umiejętność walki pytać nie muszę, pięknie ją zademonstrowałeś. Mieczem władasz równie dobrze co łukiem?

- Miecz nie bardzo leży mi w ręku, wolę łuk. Wybacz moje pytania, tak się tylko zastanawiam, bo w sposób w jaki mnie powitała był co najwyżej dziwny, nie sądzisz? Także to jak 'widziała' wrogów jest nieco dziwne. Wiedziała gdzie znajdują się wasi przeciwnicy, a mimo to zginął jeden z was. To bardzo dziwne.

- To co mówi El Kathryn zazwyczaj jest dziwne, jedynie El Turgas wydaje się jakoś z nią dogadywać. Osobiście wolę z nią jak najmniej rozmawiać. Wiele jest dziwnych rzeczy, dziwne było, że wpadliśmy w pułapkę, dziwne, że trafiliśmy na umarlaka, dziwne, że mamy czaszkę która płonie i dziwne, że właściwie wszyscy jedziemy w tym samym kierunku. Wiele tu dziwnych rzeczy, chyba już przyjmuję je jako oczywistość.

- Na początku sądziłem, że grupa jest ekspedycją prowadzona przez czarnego rycerza, ale gdy rycerzem okazał się tan Walnar wiele się zmieniło w mej wizji. Teraz Ty ją zdruzgotałaś.

- Czasem nie dobrze zbyt szybko wyciągać wnioski, Ale cieszę się ze mogłam ci pomóc dojść do prawdy.

- Chyba muszę porozmawiać z tan Walnarem i el Turgasem. Mam przeczucie, że coś tu jest nie tak i nie wiem czy chcę z wami jechać. Na razie droga wypada wspólnie więc do czasu aż rana się zagoi wolę w grupie pozostać.

- Przyznam że im dłużej jadę tym bardziej mam ochotę wracać. Ta grupa tez nie wydaje mi się zbyt ciekawa, tylko wspólny cel mnie tu trzyma.

- Bardzo dziękuję, że poświęciłaś mi czas i pomogłaś opatrzeć rany. - Nieznacznie kiwnął głową, na Smoczych Wyspach, ktoś rangą el powinien się odkłonić znacznie głębiej, ale nie tym razem. Już chciał coś powiedzieć jednak w ostatniej chwili się powstrzymał.
"Jestem tu gościem, więc to ja powinienem się dopasować."

- Proszę bardzo, polecam się na przyszłość.

Po krótkim postoju, Corum ruszył za Syle, który już od momentu popasu szukał śladów. Pies zwęszył swoją ulubioną zwierzynę i aż rwał się do łowów. Vicious objechał do okoła porytą przez dziki glebę pod dębami.
"W takiej liczebności są jak szkodniki. Więc dziś na kolację będzie dziczyzna."
Po chwili Corum i Syle pędzili pod koronami drzew, podążając tropem dzików. Ślad był świeży więc po niecałych dwuch godzinach, podjeżdżając od zawietrznej mogli czuć zapach jedzenia. Dziki wypoczywały w cieniu, a młode zawsze pełne energii psociły.
Zostawił Córę Wiatru, a psa posłał aby ten się podkradł. - Zaganiaj Syle. - Wyszeptał do psa, samemu zaczął koncentrować się na otaczającej go naturze, po chwili będąc z nią jednością.
Ruszył przed siebie powolnym, pewnym krokiem, wartownicy stada przez chwilę zainteresowali się przybyszem. Wypoczywający jedynie unieśli głowy, przez chwilę patrzyli zaspanym wzrokiem na przybysza, po czym z ciężkim westchnieniem z powrotem położyli łby na trawie. Zwierzęta były najedzone, senne i w dobrej formie. Młodych było zbyt wiele i wszystkie były dobrze odżywione. Oglądnął futra matek i ich sutki, szukał pasożytów i ropniaków, jednak ich także nie znalazł.
"Powinienem zabrać ze sobą część z was i zostawić w innej części lasu. Jeśli tam również jest zbyt wiele dzików? Najpierw sprawdzę, a jeśli jest niedostatek to się wrócę po część stada."
Wydobył powoli łuk, umieścił strzałę na cięciwie i dopiero wtedy dał znak Syle. Pies zaczął biec w stronę obozowiska dzików, te zareagowały natychmiastową ucieczką. Gdy stado się poderwało do biegu Corum strzelił do młodej samicy, która nie rodziła jeszcze, była niedoświadczona, więc stado nie ucierpi na jej ubytku. Syle dobił dzika silnym kłapnięciem szczęk wprost w kręgosłup, nawet słychać było dźwięk kruszonych kości.
- Wybacz mi zwierzęcy duchu i dziękuję ci za pożywienie, nic się nie zmarnuje. - Wyszeptał modlitwę dziękczynną.
Sprawnie wypatroszył zwierzę, wyciągał organy tak aby ich nie uszkodzić, zdjął skórę. Dopiero wtedy oczyścił i podał Syle połowę żołądka, a drugą sam rozpoczął pałaszować. Tuszę powiesił na drzewie aby ociekła krwią, a potem zaczął wykrawać części mięsa. Około trzydziestu kilogramów dziczyzny zabrał ze sobą, resztę pozostawił dla drapieżnych mieszkańców lasu. Mięso zawinął w zdjętą skórę i przytroczył do siodła.

W drodze powrotnej rozglądał się z tutejszymi drapieżnikami, znalazł jadowitego pająka, którego pozyskał, umościł mu domek z kory brzozowej w wsadził do kieszeni płaszcza. Także pozyskał wychudzonego wróbelka, którego dokarmiał rozkruszonymi orzechami.

Przed zachodem słońca dogonił grupę, która zaczynała rozbijać obóz. Sprawnie rozpalił niewielkie ognisko, a gdy wytworzyła się odpowiednio duża ilość żaru podłożył grubsze drwa. Szybko przygotował ruszt, za który posłużył rodowy miecz, i zaczął piec kawały mięsa. W między czasie przy pomocy el Saline obejżał rany i te które tego wymagały opatrzył ponownie. Nie zajęłoby to zbyt wiele czasu, jednak teraz lewa ręka Coruma była nieco słabsza. Akurat skończył zmienianie opatrunków, gdy po obozie rozszedł się zapach pieczonego.
- Jeśli macie ochotę na pieczonego dzika to zapraszam. Poza tym chciałbym z wami porozmawiać, a najlepiej się rozmawia z pełnym żołądkiem.
 
__________________
Świerszcz śpiewa pełen radości,
a jednak żyje krótko.
Lepiej żyć szczęśliwym niż smutnym.

Ostatnio edytowane przez Manji : 06-23-2008 o 20:22.
Manji jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 06-29-2008, 16:36   #69
 
Wellin's Avatar
 
Reputacja: 0 Wellin ma wyłączoną reputację
$: 11 716
14 dzień podróży. Opuszczony trakt, kilka mil przed wioską.

Niebo miało kolor wybranej szarości. Chłodne krople deszczu spadały z płynących nisko chmur, szeleszcząc o liście rozłożystych drzew. Szum spadających kropel mieszał się z odgłosem końskich kopyt uderzających o twardą powierzchnię na wpół zarośniętego traktu.

Grupa stanowiła dziwną zbieraninę. Dwójka ubrana w stroje gwardzistów na przedzie. Z tyłu podążał młody, postawny i wysoce przystojny młodzieniec z mieczem, tarczą i twarzą która bez wątpienia podoba się kobietom. W środku natomiast kiwał się na koniu najmniej pasujący do okolicy, zdecydowanie najgłośniejszy i z pewnością najbardziej zrzędliwy członek drużyny. Owinięty płaszczem dla ochrony przed wodą, zasuszony, starszy człowiek o szpakowaciejących włosach twarzy pooranej zmarszczkami i ozdobionej sporym haczykowatym nosem stanowiącym podpórkę dla okularów.

- Która to już godzina! Ludzie, bylibyście łaskawi ruszyć wasze nieruchawe niewymowności? Jorgen, Helut, jeśli łaska pogońcie te przeklęte konie. I Ruthgat, daleko jeszcze? Mam nadzieję, że wioska znajduje się tak blisko jak twierdziłeś!

* * *

Garret Karfen miał zły dzień.

Podróż po prostu nie chciała się skończyć. Dzień za dniem. Obijanie się po wertepach, niewygoda, problemy i trudy podróży. Dzień za dniem.

Patrząc na ukryte za chmurami słońce Garret poczuł jak jego organizm domaga się dobrej, gorącej kawy. Było południe, a wypracowany przez niezauważenie upływające dekady rytm był zbyt silny aby marne półtora miesiąca podróży potrafiło go złamać. Kawa w południe. Ze srebrnego, dość zaśniedziałego samowaru.

Przeczesując chudą dłonią szpakowaciejące włosy uczony popatrzył na mijane zarośla. Trzeba zdzierżyć. W końcu po tygodniu uciążliwej jazdy przez las, a przedtem miesiącu w dyliżansie, cel podróży już blisko. Nareszcie. Posiadłość rzeźnika Kurta, gdzie w końcu będzie mógł zakończyć sprawę i wrócić do domu.

Ale najpierw wioska. Ciepła woda. Świeży chleb. Może nawet łaźnia w której będzie mógł wreszcie zmyć z siebie warstwę brudu i wymoczyć kości w ciepłej wodzie. Karczma. Do licha, zapłaci karczmarzowi, żeby przynosił mu śniadanie do łóżka!

A jak nie, wynajmie się dom. A jak nie... profesor nastroszył się nieco rzucając spojrzenie na gwardzistów i podążającego z tyłu młodzieńca. A jak nie, to chyba karze gwardzistom i Helmutowi wyrzucić jakiegoś cholernego chłopa z domu. Będzie miał swoje łóżko do licha ciężkiego! Choćby miał to wykopać z niego burmistrza tego zadupia bez nazwy!

- Ruthgar, daleko jeszcze? – zapytał po raz piętnasty.

- Za tamtym wzniesieniem, Panie. O tam.

Patrząc na odległe wzgórze uczony zacisnął zęby hamując z wysiłkiem irytację. Wzdychając boleśnie oklapł w siodle. Jeszcze piętnaście minut. Może pół godziny. Nie powinien się wściekać. Nie na nich. Zwłaszcza, że gwardziści przydzieleni mu w Bogenhoffen okazali się być nad wyraz pomocni. Złaszcza Ruthgar. Ominął gobliny, wykrył na czas trolla, znalazł drogę wyjścia z bagien... cały czas dbając przy tym aby nie zabrakło świeżego mięsa.

W ciągu tego tygodnia zdobył tym szacunek i zaufanie Garreta, pomimo jego zazwyczaj mocno niechętnego stosunku do ludzi lasu.

Szkoda tylko, że gwardziści byli zbyt nieufni aby swobodnie rozmawiać. Cóż, wystraszeni, jeśli miał być szczery. Garret reprezentował władzę, ciężką, oficjalną ręke prawa sięgająca aż z odległej stolicy. Glejt opatrzony pieczęcią komandora gwardii Ostrogarskiej, nie pomagał w nawiązaniu swobodnej rozmowy. Podobnie nie pomagała w tym pozycja Garreta. Ani tez opowieść o tym co wydarzyło się w Ostrogarskim sanctum rzeźnika Kurta.

Nie pomagały w tym także coraz częstsze ataki irytacji, wywoływane kombinacją pogody, migreny, chronicznie bolących mięśni i zmęczenia. Właściwie Garret sam był sobie winien. Przez ostatni tydzień definitywnie stanowił nienajsympatyczniejszego towarzysza podróży.

Pochylając głowę i kontynuując ponure rozmyślania uczony jechał dalej.


* * *

Wznoszący się trakt wyszedł w końcu na grzbiet wzgórza, a spodziewana radość z dotarcia na miejsce zwiędła jak nie podlewany kwiat na bruku w opalny dzień.

Leżąca w dolinie wioska nie prezentowała się dobrze. Szczerze powiedziawszy całkiem kiepsko. Pochylonym pod ciężarem przemoczonych, nadgniłych strzech domostwom wiele brakowało do wyczyszczonej na wysoki połysk perfekcji domów Bogenhofen.

Krążący po polach wieśniacy kojarzyli się Garretowi z tryglodytami, przedludzkimi istotami koczującymi w grotach i norach, żywiącymi się surowym mięsem. Wyżynając krople deszczu ze szpakowaciejącej brody profesor westchnął ciężko.

Dzicz. Po prostu dzicz. Ani biblioteki. Ani łaźni! Ani choćby zajazdu! Karczmy! Stancji!!! Uczony tęsknił za gorącą kąpielą i bujanym fotelem przed kominkiem pozostawionym w stolicy.

- I Kurt tutaj mieszkał? – krzaczaste brwi Garreta nastroszyły się groźnie. – to tutaj przedzieraliśmy się przez busz tyle dni hodując wszy? Omijając gobliny a za to spotykając pijawki, komary, kleszcze i wszelkie plugastwo jakie zaoferować mogą las i bagna? Do tej zapadłej dziury, tego zabitego deskami ciemnogrodu, gdzie nie słyszeli pewnie o Katanie, a poborcy zaglądają od wielkiego święta tylko po to by zbierać resztki zgniłej słomy i eksportować głupotę i przesądy w ilościach wystarczających na obdzielenie całości Ostrogarskiego garnizonu?!?

Zmokły, obolały od jazdy i piesko zmęczony profesor był w paskudnym humorze.

- Helmut, temu miejscu pomóc się nie da! Temu miejscu dobrze zrobić może chyba tylko wypalenie do gołej skały, eksterminacja mieszkańców, zasolenie pozostałego po tych działaniach dołu kloacznego i zbudowanie wszystkiego od nowa!

Młody ochroniarz/asystent zrzędzącego i pomstującego starca przysłuchiwał się perorze z mieszanką irytacji i rozbawienia. Nie była to pierwsza i ani na pewno nie ostatnia tyrada, a widać było, że tak czy owak przełożony z ulga przyjmuje koniec podróży.

- Helmut, przypomnij mi proszę na co mi było ruszać się z Ostrogaru! Bo w tym momencie po prostu nie pamiętam!
 

Ostatnio edytowane przez Wellin : 06-29-2008 o 18:13.
Wellin jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Stary 07-01-2008, 17:45   #70
 
Redone's Avatar
 
Reputacja: 8 Redone ma w sobie cośRedone ma w sobie cośRedone ma w sobie coś
$: 110 812
Droga w końcu przebiegała znowu spokojnie. Aż dziwna wydawała się otaczająca cisza. Szum drzew koił nerwy i usypiał czujność. Na szczęście okazało się, że czujność ta mogła być uśpiona.

Saline rozmawiając z Corumem przekonała się, że prawie jak z Kathryn, trzeba uważać na każde słowo, a ten i tak wydaje sie dopowiedziec sobie resztę. Może ma to jakiś związek z miejscem jego urodzenia, gdzie istniały inne zwyczaje i ludzie inaczej sie pewnie do siebie odnosili. Elfka ciekawa była tej krainy i żałowała że Corum nie chciał o niej opowiedzieć. Sama przecież prawie w ogóle nie podróżowała, obecnie była na swojej pierwszej samotnej wyprawie. No, nie tak do końca samotnej bo zebrała się tu interesująca grupka. Saline jednak spodziewała się po nich czegoś innego, naprawdę miała już dość tej wyprawy, marzyła bo znowu być w domu, wśród bezpiecznych czterech ścian.

Na miejscu nowego obozu elfka nie mogła wiele pomóc bo rana nadal dawała się we znaki. Wciąż wyrzucała sobie, ze tak źle poszła jej ta walka i przez to podróż jest jeszcze bardziej utrudniona. Może nauczyło ją to czegoś na przyszłość.

"Gdyby tak być znowu w domu, wśród rodziny, z dala od tej dziwnej grupy. Gdyby to wszystko mogło być tylko złym snem."

Ale nie było. Cieszyła się jedynie że Corum upolował coś do jedzenia.

- Pieczony dzik brzmi bardzo zachęcająco - odpowiedziała Saline i skierowała się w stronę ogniska.
 
__________________
Zamiast mówić "dziękuję" - daj mi pozytywną reputację ;)

A macie gogle?
Redone jest offline   Odpowiedź z Cytowaniem
Reklama
Odpowiedz


Użytkownicy aktualnie czytający ten wątek: 1 (0 użytkownik i 1 gości)
 
Narzędzia wątku
Wygląd

Zasady Pisania Postów
Nie Możesz wysyłać nowe wątki
Nie Możesz wysyłać odpowiedzi
Nie Możesz wysyłać załączniki
Nie Możesz edytować swoje posty

vB code jest Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Trackbacks jest Wł.
PingbacksWł.
Refbacks are Wył.

Podobne wątki
Wątek Autor wątku Forum Odpowiedzi Ostatni Post / Autor
[Komentarze] Kryształy Czasu - długa kampania kset Komentarze do sesji innych sesji RPG 417 08-30-2008 17:12
Kryształy czasu - długa kampania kset Archiwum rekrutacji 32 02-10-2008 23:35
Pułapki Roland Rozmowy ogólne na temat RPG 35 06-06-2007 21:08
[Kryształy Czasu] Rekrutacja Drago Archiwum rekrutacji 10 02-13-2006 11:47
[Kryształy Czasu] Kaprysy losu Redone Archiwum rekrutacji 8 01-17-2006 18:48


Czasy w strefie GMT. Teraz jest 08:42.



Powered by: vBulletin Version 3.6.5
Copyright ©2000 - 2008, Jelsoft Enterprises Ltd.
Search Engine Optimization by vBSEO 3.1.0
polecanki
Free online flash Mario Bros -Mario games site

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25 26 27 28 29 30 31 32 33 34 35 36 37 38 39 40 41 42 43 44 45 46 47 48 49 50 51 52 53 54 55 56 57 58 59 60 61 62 63 64 65 66 67 68 69 70 71 72 73 74 75 76 77 78 79 80 81 82 83 84 85 86 87 88 89 90 91 92 93 94 95