![]() | ![]() |
![]() |
| |||||||
| Sesje RPG - Inne Tutaj możesz zagrać w tych światach, które zostały pominięte powyżej. Czy to rządzona przez orki Orchia, czy może kosmos w erze, kiedy słońca zaczynają gasnąć. Na pewno znajdziesz tu coś dla siebie. |
![]() |
| | Narzędzia wątku | Wygląd |
| | #71 |
![]() | Zapowiadał się ciekawy dzień. Ruthgar był już wyraźnie zmęczony, choć on człowiek lasu i tak czół się o wiele lepiej niż pozostali członkowie wyprawy. Dziwił się sam sobie, że udało mu się wyprowadzić tą bandę z objęć zasadzki, którą niechybnie szykowali na nich gobliny. Musieli zauważyć jakieś ślady po obozie lub postoju, a że dziadek z Ostrogaru często gęsto wołał o postój…nie mieli właściwie innego wyjścia. To z jego powodu kapitan wysłał ich w tą dzicz. To on marudził przez całą podróż, poganiał ich i stopował, gdy sam już był zmęczony. Starość nie radość…właściwie to Garet nie wydawał się być tak stary na jakiego wyglądał, co obaj strażnicy dostrzegli w czasie ponad tygodnia przebijania się przez gąszcz lasu. Strażnicy najchętniej rozmawiali sami ze sobą, zarówno do Ciebie jak i do Helmuta odnosili się z pewnym dystansem, który z czasem w stosunku do młodzieńca nieco osłabł. Nie w smak im była ta wyprawa, to było widoczne na pierwszy rzut oka. Nawet prości wieśniacy zauważyli niezadowolenie bijące z twarzy strażników. Nie było co się dziwić, dwaj ludzcy strażnicy byli przykładem ludzi jakich armia by nie chciała, ale jakich brała z uwagi na brak dobrych i nadających się do służby ochotników…przynajmniej wśród nie-orków. Obolali, zmęczeni, głodni i niewyspani…Pierwszy tydzień nie był taki najgorszy, zapasów mieli wystarczająco, a pościg goblinów rozpoczęty już kilka dni po wyjeździe z miasta nie dawał się jeszcze tak ostro we znaki. Początkowy plan lekkiego okrążenia goblinów nie wyszedł i trzeba było właściwie uciekać gdzie i jak się dało. Na szczęście dla uciekających trafili na miejsce odpoczynku gdzie zregenerowali siły. Później jeszcze spory kawałek, omijający z daleka goblińskich zwiadowców i tak po dwukrotnie dłuższej niż planowano wyprawie przybyli w końcu do wsi. Nie było się co dziwić strażnikom, że za całe niedogodności obwiniali maga, w końcu gdyby nie przybył nikt nie musiałby się ruszać z Bogenhafen. W ciągu dnia lub nocy miła spokojna służba, a w tej nie zajętej części dnia - popijawa, niezależnie od pory. Tak, obaj strażnicy zaczęli rozglądać za przybytkiem w którym ugaszą pragnienie. We wsi postanowili się rozdzielić, przy magu pozostał Otto, Tymczasem myśliwy „ruszył na wieś” pierwsze kroki kierując do przybytku radości karczmą zwaną. Ludzie po zaspokojeniu pierwszej ciekawości, podchodzili do maga by zaspokoić drugą. Większość szybko jednak czmychała widząc niezadowolenie, gniew i pioruny bijące z oblicza maga, gdy jeszcze trochę pokrzyczał i wytarmosił za kołnierz najbliższego młodzieńca, większość słusznie uznała, że lepiej od maga trzymać się z dala. Wieś była mała i ładna, jeśli komukolwiek wsie mogą się podobać. Była zadbana, choć oczywiście bez przesady, w porównaniu z innymi wsiami niczym właściwie się nie różniła, może poza karczmą – której istnieniem nie każda wieś pochwalić się mogła. Wieśniacy nie wyglądali na zabiedzonych, ale też nie świecili bogactwem. Gdy nowina związana z przyjazdem maga i strażników zdążyła oblecieć całą wieś, emocje nieco opadły. Wielu było ciekawych powodów przybycia maga, ale spokojnie czekało na wieści jakie im przekaże sołtys. Wszak dobry chłop z niego i z panem uczonym na pewno dogadać się umie. Tymczasem w Bogenhafen Smukła postać maga przypominała już tylko strzęp dawnego człowieka. Powykręcane palce, powyrywane pazury, krew na twarzy, krew na torsie… właściwie krew była wszędzie. Pacjent poddawany wyrafinowanym torturom dawno już zszedłby z tego padołu gdyby nie fachowa magiczna pomoc medyczna. Słowa modlitwy odbiły się echem po wewnętrznych ścianach gabinetu. Wiązka energii po chwili regenerowała tkanki, zasklepiała krwawienie i przynosiła ukojenie w bólu…ale tylko na chwilę. -Aaaggghh – zawył z bólu po raz kolejny. - Mów wszystko co wiesz i wszystko co mu powiedziałeś. Nie trzeba się było włączać w tą zabawę, jeśli nie zamierzałeś w niej wytrwać do końca. Ofiara jedynie bezsilnie spojrzała na rozmówcę, pomimo, że torturowany nie dostrzegał żadnych szans na przeżycie, bez względu na to czy powie wszystko czy nie, to jednak nie chciał poddawać się tak łatwo. Liczył może na jakąś pomoc, że ktoś zauważy …lub usłyszy… Wiedział, że jeśli powie wszystko zginie szybko…ale on chciał ŻYĆ. Nie wiedział, że ma do czynienia z szaleńcami, gotowymi posunąć się tak daleko, z powodu czegoś, co nie było nawet pewne. Już nie musiał się zastanawiać nad tym, kto go wydał, o tej sprawie wiedziały jedynie dwie osoby do których przyszedł po poradę. Mag rozpoznał już jedną z nich. Reszta graczy była nieświadoma gry, która się toczy. Szala nie była tak wysoka, aby kogoś za to zabijać, chyba że on sam nie wiedział wszystkiego, co było niemal pewne. Jego przyjaciel miał o wiele głębszą wiedzę, nic dziwnego, że nie zdradzał wszystkich szczegółów, w tych okolicznościach w jakich się obecnie znalazł, dziękował bogom za swą nieświadomość, inaczej tortury potrwałyby o wiele dłużej. Mówił z trudem, klecił zdania pomimo powybijanych zębów, ze łzami w oczach, gdyż w tonację głosu i werbalne szkolenie strun głosowych włożył sporo pracy, aby jego zaklęcia brzmiały czysto. Największy kłopot w mówieniu sprawiał mu jednak ból , ogromy BÓL , pulsujący z każdej części ciała. Dał się tak łatwo zaskoczyć…Co prawda nocna wizyta jego znajomego wydawała mu się dość dziwna, jednak zważywszy na ostatnie wydarzenia i charakter osoby która do niego przyszła, nie dziwił się aż tak bardzo. Gdyby wyglądał przez okno, może zdziwiłby się szczelnym nakryciem, uniemożliwiającym niemal zupełnie rozpoznanie osoby. Gdyby rozglądał się dłużej może dostrzegłby drugą postać czekającą za zaułkiem na otwarcie drzwi. Gdy usłyszał znajomy głos i otworzył drzwi, do wnętrza weszły dwie osoby zamiast jednej. Gdy jedna ukryła się na dole, czekając w pogotowiu na rozwój wydarzeń druga poszła się przywitać z magiem. Wszystko przebiegło jednak zgodnie z planem, znajomemu maga dość szybko udało się go uśpić. Gdy mag został obudzony, nie widział nic z powodu przepaski, był zakneblowany i przywiązany, jedyne co mógł robić to czuć ból, niezależnie od tego czy tego chciał czy nie. Oprawcom się nie śpieszyło…mieli całą noc, na wyciśniecie z ofiary wszystkiego. Nie miało przy tym znaczenia, że jego wiedza jest już mniejsza niż ta którą sami dysponowali, nie miało znaczenia, że obydwie strony tak właściwie nie wiedziały co dalej, gdyż większość informacji kończyła się tu … na Bogenhofen. Liczyło się co przekazał ten cholerny głupiec. Wyglądało na to, że grupa może już być ostrzeżona, poinformowana, a to niestety psuło dotychczasowe plany, o wiele łatwiej kieruje się nieświadomą ofiarą, niż tą która wie co się dzieje. Na Orchii były osoby które chciałyby zabić „wybrańców” , takie które chętnie pomogłyby im w wszelkich przeciwnościach, oraz takie które liczyły po prostu na zysk i zamierzały ich wykorzystać…Kłopot polegał na tym, że mało kto z nich wiedział kim są ci wybrańcy. Lub gdzie przebywają. Ofiara tortur była do pewnego czasu po stronie tych którzy chcieli coś na tym zyskać, nie była jednak chciwa, to nie pieniądze sprawiły, że zamieszała się w tą sprawę. Teraz było to bez znaczenia, gdyż w momencie w którym postanowił pomóc, nieświadomie wydał na siebie wyrok śmierci. Podpisał go w momencie w którym poszedł porozmawiać z zaufanymi towarzyszami… z których przynajmniej jeden musiał go zdradzić. To nie miało już większego znaczenia, umierał, a w obliczu śmierci pozostaje już tak naprawdę niewiele ważnych spraw. Myślami był przy rodzinie – matce, ojcu, żonie która po rozwodzie pozostała w Tagarze Białej, wspominał radosne chwile z dzieciństwa, największe sukcesy, jakby próbując nimi się nacieszyć po raz ostatni. Brutalne kopniecie w twarz szybko przywróciło go do realności, dalej ciągnące się przesłuchanie, miało na celu upewnienie się, czy aby na pewno powiedział już wszystko. Oprawcy nie byli szczęśliwi po tym co usłyszeli. Wyglądało na to, że ten dureń wypaplał wszystko profesorowi…no właściwie nie wszystko. Nie zdradził mu choćby imienia przyjaciela-astrologa, któremu zamierzali niebawem również złożyć wizytę, czy też przybliżonych danych pozostałych „wybrańców”. Wszystko w swoim czasie…Pewne sprawy się jednak skomplikowały. - Trzeba będzie wysłać kogoś do Alfsdroffu , na wypadek gdyby wszyscy po rozmowie z profesorkiem zdecydowali się nie wrócić tutaj. Póki podróżują z tą pięknolicą bardką będą łatwi do wychwycenia, nawet jeśli zgubimy ich trop. Jeszcze trochę cierpliwości… - Może wysłać kogoś na dworek Kurta, aby przyglądał im się z bliska? - Nie to zbyt niebezpieczne, we wsi zbyt łatwo zostałby zauważony, szansa , że potraktują go jak zwykłego, przypadkowego podróżnika jest właściwie zerowa, szczególnie po tym co wypaplał ten głupiec. Czekajmy spokojnie, stad zostali wysłani i tu powinni wrócić, na wszelki wypadek obstawimy jeszcze Alfsdroff, tymczasem wróćmy do przesłuchania, mam wrażenie, że dziadek już nieco wydobrzał i może znów mówić. - Jaki w tym sens? Od czterech godzin nie powiedział nam nic nowego, mimo, że nie znam ludzi, którzy po pięciokrotnym podpaleniu genitaliów, zachowywaliby dla siebie jeszcze jakieś tajemnice. Dobrze, że potrafisz leczyć, inaczej dawno padłby tu nam. - Nie możemy ryzykować…po prostu, mamy całą noc więc wykorzystajmy ja dobrze, jeszcze godzinka tortur i zabieramy się za sprzątanie… Krew rozlana na szachownicy, powoli ściekała na fantastyczne futro wyściełane pod stolikiem. Sama szachownica lśniła wyjątkowym blaskiem, szkarłatne światło rozlewało się po pokoju. Znikło, gdy oprawcy schowali szachownicę w torbie, wraz z resztą co cenniejszych dla nich przedmiotów. Ostatnio edytowane przez kset : 07-02-2008 o 17:47. |
| | |
| Reklama |
| |
| | #72 |
![]() | Dziwne połowy Coruma szybko stały się niemal jego ostatnimi. Nagła kotłowanina i na powierzchnię wraz z nim wyszedł nieumarły. Istota, egzystująca na krawędzi życia i śmierci, której jedynym celem było zabijanie. Roztaczał on wokół aurę strachu, ale na rycerza jak i jego wierzchowca zdawała się bardzo słabo działać Walnar ruszył w kierunku nowego zagrożenia, lecz okrzyk czy też wrzask kapłana zatrzymał go po chwili. Skoro sam chciał się nim zająć niechaj tak będzie... *************************** - Sądzisz, że walka, zasady rycerskie, dążenie do potęgi i władzy to wszystko co powinieneś wiedzieć ? - spytał tan Denthor swojego ucznia gdy mieli krótką przerwę między ćwiczeniami - Są rzeczy, są moce, które często pomagają w dokonaniu zdawać by się mogło niemożliwego. Wspierają twe własne umiejętności. Ścieżka Czarnych Rycerzy niesie ze sobą wiele korzyści i zdolności, które mogą się dla niektórych a zwłaszcza paladynów wydawać za zakazane Walnar spojrzał zaintrygowany na swego mentora. Istotnie, myślał że pojął już wszystkie tajemnice. Teraz okazywało się, że był w błędzie. - Jak można posiąść takie moce wuju ? - zapytał gotów na kolejną dawkę wiedzy. Pragnął jej bardzo i chciał jak najwięcej. Tan Denthor uśmiechnął się ledwo zauważalnie. Przymknął oczy i wyszeptawszy kilka dziwnych słów skierował dłonie w kierunku ziemi. Ciemna poświata ogarnęła to miejsce by po chwili ujawnić materializującego się martwiaka, który stanął w oczekiwaniu na rozkazy swego twórcy. Walnar drgnął nerwowo i cofnął się przestraszony. - Z czasem, gdy osiągniesz odpowiednią wiedzę i moc jako czarny rycerz udać się musisz w odpowiednią misję. Od jej wyniku zależeć będzie czy uzyskasz moc posługiwania się czarami, czy też nie. Ale do tego czasu musisz się jeszcze sporo nauczyć mój młody uczniu... ***************************************** Tan Walnar był pod wrażeniem umiejętności kapłańskich el Turqasa, choć dzięki naukom sam również mógł zaryzykować taką sztuczkę to jednak nie miał ku temu większego celu. Rzucił okiem na resztę towarzyszy by ujrzeć, że reszta nie jest aż tak opanowana jak on sam. Niektórym widać puściły nerwy na niecodzienny widok. Reszta drogi minęła bez wydarzeń. Kolejny postój, kolejna przerwa w podróży na odpoczynek. Druid zdawał się być zainteresowany el Saline chyba bardziej niż tylko opatrzeniem jej ran. Zwłaszcza, że spędzili w rozmowie dłuższy czas. W tym czasie do Walnara, gdy rozbijał namiot zbliżyła się znów el Kathryn, trzymając ręce w kieszeniach. - Jak dobrze go znasz? - spytała bez zbędnych wstępów. ... Kolejna rozmowa, a może słowna potyczka. A może dziewczyna na swój sposób interesowała się nim ? Odrzucił jednak póki co ten pomysł. Niezbyt to pasowało do niej. Zaproszenie druida na pieczeń było kuszącą ofertą. Choć rozmowa z miłośnikiem natury już mniej. - Z chęcią skorzystam z zaproszenia - rzekł skończywszy swoją pracę - I ciekaw jestem tej rozmowy czy też jej tematu Corumie.
__________________ "Nie pytaj, w jaki sposób możesz poświęcić życie w służbie Imperatora. Zapytaj, jak możesz poświęcić swoją śmierć." Ostatnio edytowane przez Dhagar : 07-06-2008 o 15:48. |
| | |
| | #73 |
![]() | Po udanej potyczce nad bajorkiem Turgas zajął się swoim wierzchowcem, wykorzystując rady Coruma. Musiał o niego dbać, bo nigdy nie wiadomo, kiedy przyda się jego pełnia sił. Po napojeniu zwierząt cała kompania dosiadła swoich rumaków i wyruszyła dalej. Gwardzista zajął swoje miejsce na tyle kawalkady i niespiesznie jechał za resztą trzymając w ręku dzidę z wciąż płonącą czaszką. Czaszka była już praktycznie pozbawiona mięśni i skóry, gdyż pozostałości zwęgliły się ciągle opalane przez płomień ze znaku ręki. Pozostało tylko poczekać, aż z wnętrza wypłynie zawartość. "Ciekawe, czy ten utopiec będzie się mnie jeszcze słuchał, jak będziemy wracać? A swoją drogą, to ciekawostka, skąd się tu wziął. Trudno mi przyjąć, że po prostu się tu przybłąkał i zasiedlił to jezioro. No i nie jest na tyle inteligentny, żeby wpaść na numer z ubrankiem." Rozmyślając nad ostatnią sytuacją kiwał się sennie w siodle. "Innego czarnoksiężnika, poza Granmurem, chyba nie ma w Bogenhofen. A ta mieścina jest najbliżej. Wspominał on coś o tym, że Kurt czyni jakieś eksperymenta, ale nie jestem pewien, czy nie jest jeszcze zbyt daleko od jego lokalizacji. To może potwierdzać teorię Kathryn." Teraz zauważył, że właśnie ona jedzie obok niego i są już w pewnej odległości za grupą. "A może przyspieszyć? Nie, na pewno nie wytrzyma i będzie chciała pogadać." Popatrzył na nią dyskretnie. Wyglądała, jakby nad czymś myślała. Musiał przyznać, że wyglądała uroczo, gdy zrzucała normalną maskę, zagłębiona w swoich myślach. Uśmiechnął się pod nosem. Jechali przez dłuższy czas obok siebie milcząc i utrzymując stałą odległość od reszty drużyny. W pewnym momencie dwa potężne dęby zwęziły ścieżkę tak, że nie można było przejechać przez przewężenie razem. Turgas zatrzymał się, żeby przepuścić Kathryn, która wykorzystała okazję i zatrzymała konia dokładnie na ścieżce blokując ją. Zatrzymał się patrząć na nią pytająco. Nie padło żadne słowo, dopóki reszta towarzyszy oddaliła się na odległość zapewniającą pewną dozę prywatności. Dopiero wtedy półelfka ruszyła dalej. Szybko się zrównali i znów jechali obok siebie. Po chwili padło pytanie: - Słuchaj... kiedy kontrolujesz martwiaka, czy ty... - przez moment szukała odpowiedniego wyrażenia - zostawiasz w nim fragment świadomości? "A jednak nie wytrzymała" pomyślał z tryumfem. - Nie, nie muszę. Nigdy nie zgłębiałem zasad, jak można kontrolować ożywieńców, ale na pewno nie jest to kwestia pozostawienia jakiegoś fragmentu świadomości. - Czyli nie "czujesz" go w tym momencie? - Nie. - Mhmm... więc przejmując kontrolę nad martwiakiem nie możesz stwierdzić, czy jest on kontrolowany przez innego kapłana lub czarnego maga? - Może on mieć tylko jednego "pana", więc nawet, jeśli był kontrolowany, to już nie jest. - No tak, ale czy był... - Niestety, nie jestem w stanie stwierdzić, czy przejmowany martwiak jest aktualnie pod czyjąś kontrolą, czy jest "wolny". Być może potrafią to Czarnoksiężnicy. "O ile w ogóle to ktoś potrafi. Zwykle nie ma dużej różnicy w zachowaniu się martwiaka kontrolowanego przez kogoś innego i "wolnego". A w momencie ataku ożywieńca zwykle mało kto się zastanawia i sprawdza, czy atakujący go truposz jest pod czyjąś kontrolą, czy nie." - Utopce są hmm... "naturalnymi" martwiakami, czy stwarzane są przy pomocy magii? - Tu nie ma reguły. Mogą mieć pochodzenie "naturalne", choć zwykle takie samoistne ożywienie jest związane z jakąś klątwą lub wyjątkowym miejscem. Mogą również być stworzone magią. Ale na temat takich rytuałów jeszcze nie wiem zbyt wiele. To raczej domena Czarnoksiężników. "Do czego ona dąży?" - A ten konkretny? Twój nowy nabytek? - Hmm... Nie wyczułem w okolicach tego jeziorka jakiejś specjalnej aury, więc możliwe, że jest stworzony przez kogoś. Niestety, po pewnym czasie nie da się jednoznacznie stwierdzić powodu powstania takiego stwora. Czy nadal szukasz "przypadków" potwierdzających, że jesteśmy obiektem manipulacji? - Nie. Zastanawiam się tylko, czy jeśli to była zabawka Kurta, on mógł poczuć, że sługa został mu odebrany. - Czy nie uważasz, że jest jeszcze trochę za daleko do Kurta, żebyśmy napotykali już jego zabawki? W końcu jesteśmy w podróży dopiero drugi dzień, a do celu mamy jakieś dziesięć. Starał się zamaskować swój własny niepokój przez lekceważenie sprawy. Jednak to, że on nie potrafił wyczuć, czy któryś z kontrolowanych przez niego martwiaków został przez kogoś przejęty nie oznaczało, że ktoś nie potrafił tego robić. Być może Kurt, o ile to była jego zabawka, był na tyle biegły w swojej sztuce, że potrafił to zrobić. Jeśli zaś potrafił to zrobić z takiej odległości i to tak blisko miasteczka, to oznaczało, że najprawdopodobniej zostali wysłani na śmierć. Wyprostował się w siodle i rozejrzał uważnie dookoła. Nic się w otoczeniu nie zmieniło. Słońce świeciło, wiatr delikatnie rozwiewał im włosy i szeleścił liśćmi i trawą. - Nie wiem. Ale czarnoksiężników jest za mało, żeby mogli wyskakiwać zza każdego krzaka. - Poza tym zgodnie z moją wiedzą o martwiakach to do takiej kontroli potrzebna by była telepatia. A tu nie ma z czym. Utopiec jest w stanie jedynie wykonać bardzo podstawowe polecenia, nic ponadto. I według mnie jest zbyt słabym martwiakiem, żeby aż tak go kontrolować. Próbował znaleźć argumenty za swoją tezą. - Chcesz powiedzieć, że twoja nad nim kontrola wygaśnie w określonej odległości od jeziora? - Nie. Moja kontrola wygaśnie, gdy ktoś inny ją przełamie, albo za jakiś czas, o ile nie będę tej kontroli podtrzymywał. Czas jest zależny od mocy umarlaka i dla utopca oceniam go na co najmniej 10 lat, pomimo, że jestem dopiero początkującym kapłanem. Jednak nie będę wiedział, co się z nim dzieje, jeśli oddalę się na większą odległość od jego miejsca pobytu. Żeby sprawdzić, co się z nim dzieje, będę musiał wrócić nad jeziorko i go wywołać z bajora. Wtedy poczuję, czy jeszcze mnie słucha, czy już nie. - Turgas, a czym utopiec myśli, bo przecież jego mózg jest w stanie kompletnego rozkładu. - On nie myśli. On wykonuje polecenia. Sam nie jest w stanie myśleć. Co najwyżej jakieś ślady podstawowych instynktów z najlepiej zachowanym - zabijaniem. - Ale ten wiedział, że ma zaatakować, gdy ktoś się pojawi. Jak on postrzega skoro jego receptory są w stanie rozkładu? Jak, czym reaguje go na bodźce zewnętrzne? - Nie potrzebuje oczu. U martwiaka wytwarza się dodatkowy zmysł - wyczucie żywych. On wyczuwa życie w pobliżu. A to jest powiązane z negatywną energią, która daje mu istnienie. - A gdzie umiejscowiony jest ośrodek tego zmysłu? "Masz ci los. Czego ona chce? A co mnie interesuje, gdzie ma ośrodek. Dla mnie może mieć nawet w d..." Ukrył jednak swoją irytację. - Nadal w mózgu, albo jego pozostałościach. Tak mi się wydaje. Mówiąc szczerze, to nie zastanawiałem się nad tym. Wiem, że nie czują bólu. A jak im się odetnie głowę, to mogą nadal istnieć. - Nigdy nie zaglądałeś nieumarłemu do głowy? Nie interesowało cię jakie zmiany zachodzą w mózgu? Czy fizycznie wykształca się tam nowy ośrodek postrzegania? - Nie. Nigdy. To domena Czarnoksiężników. Dla mnie istotne jest to, że może wykonywać moje polecenia, a nie, jaka jest jego anatomia. Zresztą na przykładzie szkieleta mogę z dużą dozą pewności stwierdzić, że żaden nowy organ im nie wyrasta. - Chcesz powiedzieć, że posługujesz się narzędziem, którego mechanizm działania cię w ogóle nie interesuje? Że charakter tego ośrodka czy też jego struktura są ci najzupełniej obojętne? - Dokładnie. Nie muszę wiedzieć, z czego jest zbudowane narzędzie, żeby się nim posługiwać. Nawet nie muszę wiedzieć, jak zbudować dane narzędzie. Muszę wiedzieć, jak się danym narzędziem posłużyć i do czego ono służy, to wszystko. Cała reszta wiedzy może być przydatna dla wytwórcy narzędzi, aby je udoskonalać, a nie dla zwykłego użytkownika. Dla użytkownika jest istotne, aby narzędzie dobrze służyło celowi, do którego ma służyć i już. - Jeśli kapłan jest tylko użytkownikiem, który zbiera cudze zabawki z jeziora, to kto jest wytwórcą? - Z tego co wiem, to zajmują się tym Czarnoksiężnicy. - Więc wasz bóg nie daje wam możliwości tworzenia nieumarłych? - Nie. To jest domena Czarnoksiężników. Morglith jest bogiem umarłych ... i nieumarłych, ale nie daje mocy tworzenia martwiaków. - Szkoda. Myślałam, że jest silniejszy. - machnęła ręką w bliżej nieokreślonym geście. - A znasz silniejszego? - Turgas poczuł się lekko dotknięty, że ktoś kwestionuje moc Morglitha. - Nie znam się bogach. Ale co daje ci Morghlith? Pomaga ci zabijać i kraść cudze narzędzia. Czy to nie słabość? Marnotrawstwo? Przerabiacie żywych na martwych najszybciej i najsprawniej spośród całej kasty kapłańskiej, a jednak nie posiadacie mocy, by te ciała wykorzystać dla swoich celów. Dlaczego nie została wam dana? Słysząc te oskarżenia, twarz Turgasa stężała, kiedy cały się spiął. Jednak do końca wypowiedzi zdołał się opanować i rozluźnić mięśnie. Teraz nałożył maskę obojętności, choć dość łatwo dało się dostrzec, że jest nieźle wkurzony. - Morglith daje to, co uzna za stosowne. - powiedział stanowczym tonem - Wierzę w niego i jestem jego kapłanem nie dla mocy, których mi udziela, ale dlatego, że jest to zgodne z moimi przekonaniami. Wierzę zaś, że śmierć jest rzeczą ostateczną i zwycięża wszystko. Morglith nie pomaga mi w zabijaniu. On nikomu nie pomaga, bo ktoś, kto potrzebuje pomocy jest słaby. Zaś Morglith ceni tylko silnych. A silny może wziąć od słabego, co jest mu potrzebne. Możesz to nazywać kradzieżą, ale czy nie jest większym marnotrawstwem pozostawienie narzędzi komuś, kto nie robi z nich użytku, albo jest za słaby, żeby ich użyć? - Nie pomaga? Lecz przecież modliłeś się przed walką i twoja modlitwa została wysłuchana. Cóż to jest jak nie pomoc? - Widzę, że mylisz modlitwę z magią. Kapłani również mogą rzucać czary. W dokładnie ten sposób można uzyskać dostęp do cząstki mocy swego boga. Morglith nawet nie zauważył tego. Słowa były konieczne do ukierunkowania magii. I są w formie modlitwy. - Poczekaj, bo nie wiem, czy dobrze zrozumiałam. Używasz magii, by zyskać dostęp do mocy swego boga a on tego nie widzi? Przecież w kontekście twoich poprzednich słów czyni go to słabszym od ciebie - kimś, komu możesz wykraść moc. "A teraz jej się zebrało na szukanie dziury w całym. Wszyscy wszystkim coś podkradają." - Magia kapłańska pochodzi od boga. On daje możliwość do czerpania z jego mocy. Ale tak naprawdę to jest ona identyczna dla wszystkich bóstw. No może troszkę się różni w niektórych aspektach dla skrajnych etosów. Bóg nie zwraca uwagi na ten proces, gdyż związany jest on z jego obecnością na Orchii i wpływem, jaki tu ma. Kapłani są najbliżej boga, najlepiej rozumieją jego naturę i są jego wysłannikami, więc wiedzą i mają możliwość ukształtowania energii magicznej w zaklęcia zgodnie z etosem boga. Dlatego potrzebują do rzucania czarów amuletów, jak magowie. Tylko, że magowie kształtują energię wykorzystując wiedzę, zaś kapłani poprzez wiarę i moc swojego boga. Kathryn wskazała na grupę, która zatrzymała się przed nimi z wyraźnym zamiarem rozbicia na niewielkiej polance obozu. - Nie mogę się z tobą zgodzić, nie do końca. Po części na płaszczyźnie intelektualnej, po części na płaszczyźnie irracjonalnych emocji. Muszę pomyśleć. Dokończymy naszą rozmowę później, dobrze? - Aha. - Turgas rzucił z ukosa spojrzenie na Kathryn. I nie było to spojrzenie przyjazne. Jednak, gdy podjechali do reszty, twarz Turgasa przybrała znów wyraz znudzonego podróżą weterana. Wbił dzidę z czaszką w ziemię i zeskoczył z konia. W końcu mógł rozprostować kości. Przeciągnął się szeroko, po czym zajął się oporządzaniem wierzchowca i przygotowaniem noclegu. Wykorzystując bliskość potoku umył się po potyczce z goblinami i wyczyścił swoją zbroję, broń i siebie. Uśmiechnął się, kiedy usłyszał o dziku i bez zbędnego gadania skierował się do ogniska, tym bardziej, że nowy miał coś opowiadać ... Ostatnio edytowane przez Smoqu : 07-02-2008 o 15:55. |
| | |
| | #74 |
![]() | Kathryn był znudzona. Monotonia krajobrazu, milczenie towarzyszy. Krok za krokiem narastająca cisza przerywana tylko parskaniem koni, skrzypieniem i podzwanianiem ekwipunku, głuchym odgłosem spotkania podkutych końskich kopyt z ubitą ziemią wąskiego traktu, zwykłymi dźwiękami lasu. Kathryn była znudzona, a do tego potrzebowała kilku informacji. Ściągnęła wodze i zrównała się z jadącym za nią Turgasem. Twardy, prosty, konkretny do bólu - typowy przykład nieskomplikowanego samca alfa. Narzuciła na twarz wyraz zamyślenia z taką łatwością jak ktoś inny nakłada płaszcz. Nie była jeszcze pewna jak zacząć rozmowę - gdyby Turgas był zamkniętymi drzwiami, klucz tkwiłby już w zamku i dawał się poruszyć, ale czy odblokowałby wszystkie zapadki? Nie miała pewności. Gdy po dłuższej chwili przepuścił ją przodem na zwężeniu ścieżki, zatrzymała konia, blokując drogę kapłanowi i poczekała, aż reszta towarzyszy oddali sie na odległość swobodnej rozmowy, niknąc im prawie z zasięgu wzroku; dopiero wtedy trąciła wierzchowca piętami, zachęcając go do dalszej, spokojnej jazdy. Milczeli przez chwilę oboje. Kathryn ciekawa była, czy Turgas odezwie się pierwszy. Nie odezwał. Kobieta w duchu pokiwała głową: jako rasowy samiec kapłan musiał potraktować także i tą sytuację jako możliwość pokazania swojego uporu, wyższości i siły. Stłumiła uśmiech. Niech mu będzie. Jemu to nieznaczące zwycięstwo da satysfakcję i poprawi humor (pokażcie samca, który nie lubi dominować nad samicą, nawet innej rasy), a jej niczego nie odbierze. Niech więc będzie i tak. - Słuchaj... - powiedziała cichym, jakby zamyślonym tonem - kiedy kontrolujesz martwiaka, czy ty... - przez moment szukała odpowiedniego wyrażenia - zostawiasz w nim fragment świadomości? - Nie, nie muszę. Nigdy nie zgłębiałem powodów, dla których można kontrolować ożywieńców, ale na pewno nie jest to kwestia pozostawienia jakiegoś fragmentu świadomości. - Czyli nie "czujesz" go w tym momencie? - Nie. Zamilkła na chwilę. Odpowiedź Turgasa zmieniała wiele rzeczy - do tej pory Kathryn była przekonana, że kapłan, który związał swoją wolą ożywieńca, wytwarza z nim jakiś delikatny rodzaj więzi, jak obraz postrzegany mimowolnie kątem oka; że jest świadomy jego istnienia, tak jak człowiek jest świadom faktu, że mruga powiekami, choć zazwyczaj nie zwraca na to uwagi. Brak tej więzi oznaczał, że martwy działał samodzielnie, w oparciu o prosty algorytm zachowania, o prostą strukturę polecenia wydanego przez kontrolującą go osobę. A gdy ożywieniec był przejmowany przez kolejnego kapłana lub czarnego maga, zapis ten był zwyczajnie wpisywany w miejsce pierwszego. - Mhmm... więc przejmując kontrolę nad martwiakiem nie możesz stwierdzić, czy jest on kontrolowany przez innego kapłana lub czarnego maga? - Może on mieć tylko jednego "pana", więc nawet, jeśli był kontrolowany, to już nie jest. - No tak, ale czy był... - Niestety, nie jestem w stanie stwierdzić, czy przejmowany martwiak jest aktualnie pod czyjąś kontrolą, czy jest "wolny". Być może potrafią to czarnoksiężnicy. - Utopce są hmm... "naturalnymi" martwiakami, czy stwarzane są przy pomocy magii? - Kathryn temat czarnoksiężników postanowiła pozostawić na inną okazję i delikatnie zmieniła temat. - Tu nie ma reguły. Mogą mieć pochodzenie "naturalne", choć zwykle takie samoistne ożywienie jest związane z jakąś klątwą lub wyjątkowym miejscem. Mogą również być stworzone magią. Ale na temat takich rytuałów jeszcze nie wiem zbyt wiele. To raczej domena czarnoksiężników. - A ten konkretny? Twój nowy nabytek? - Hmm... Nie wyczułem w okolicach tego jeziorka jakiejś specjalnej aury, więc możliwe, że jest stworzony przez kogoś. Niestety, po pewnym czasie nie da się jednoznacznie stwierdzić powodu powstania takiego stwora. Czy nadal szukasz "przypadków" potwierdzających, że jesteśmy obiektem manipulacji? - Nie - lekko pokręciła głową. - Zastanawiam się tylko, czy jeśli to była zabawka Kurta, on mógł poczuć, że sługa został mu odebrany. - Czy nie uważasz, że jest jeszcze trochę za daleko do Kurta, żebyśmy napotykali już jego zabawki? W końcu jesteśmy w podróży dopiero drugi dzień, a do celu mamy jakieś dziesięć. - Nie wiem. Ale czarnoksiężników jest za mało, żeby mogli wyskakiwać zza każdego krzaka. - Zgodnie z moją wiedzą o martwiakach to do takiej kontroli potrzebna by była telepatia. A tu nie ma z czym. Utopiec jest w stanie jedynie wykonać bardzo podstawowe polecenia, nic ponadto. Poza tym jest zbyt słabym martwiakiem, żeby aż tak go kontrolować. Telepatia... Kathryn skrzywiła delikatnie usta. Telepatia rzeczywiście nie sprawdziłaby się w tej sytuacji - nie w odniesieniu do "istoty" pozbawionej umysłu. Co innego magia. - Chcesz powiedzieć, że twoja nad nim kontrola wygaśnie w określonej odległości od jeziora? - Nie. Moja kontrola wygaśnie, gdy ktoś inny ją przełamie, albo za jakiś czas, o ile nie będę tej kontroli podtrzymywał. Czas jest zależny od mocy umarlaka i dla utopca oceniam go na co najmniej dziesięć lat, pomimo, że jestem dopiero początkującym kapłanem. Jednak nie będę wiedział, co się z nim dzieje, jeśli oddalę się na większą odległość od jego miejsca pobytu. Żeby sprawdzić, co się z nim dzieje, będę musiał wrócić nad jeziorko i go wywołać z bajora. Wtedy poczuję, czy jeszcze mnie słucha, czy już nie. - Turgas, a czym utopiec myśli, skoro jego mózg jest w stanie kompletnego rozkładu. - On nie myśli. On wykonuje polecenia. Sam nie jest w stanie myśleć. Co najwyżej jakieś ślady podstawowych instynktów z najlepiej zachowanym - zabijaniem. - Ale ten wiedział, że ma zaatakować, gdy ktoś się pojawi. Jak on postrzega skoro jego receptory są w stanie rozkładu? Jak, czym reaguje go na bodźce zewnętrzne? - Nie potrzebuje oczu. U martwiaka wytwarza się dodatkowy zmysł - wyczucie żywych. On wyczuwa życie w pobliżu. A to jest powiązane z negatywną energią, która daje mu istnienie. - A gdzie umiejscowiony jest ośrodek tego zmysłu? - Nadal w mózgu, albo jego pozostałościach. Tak mi się wydaje. Mówiąc szczerze, to nie zastanawiałem się nad tym. Wiem, że nie czują bólu. A jak im się odetnie głowę, to mogą nadal istnieć. - Nigdy nie zaglądałeś nieumarłemu do głowy? Nie interesowało cię jakie zmiany zachodzą w mózgu? Czy fizycznie wykształca się tam nowy ośrodek postrzegania? - Nie. Nigdy. To domena czarnoksiężników. Dla mnie istotne jest to, że może wykonywać moje polecenia, a nie, jaka jest jego anatomia. Zresztą na przykładzie szkieleta mogę z dużą dozą pewności stwierdzić, że żaden nowy organ im nie wyrasta. Nie ma organu jako takiego. Turgas miał rację - przykład nagiej kości był prawie wystarczająco przekonujący. Prawie. Bo przecież wystarczyłoby niewielkie zgrubienie kości, nikt nie mówił, że ów ośrodek winien wykształcić się z tkanki miękkiej. Tylko czy naprawdę istniała taka potrzeba? Fizyczny organ z pewnością ułatwiłby związanie magii w martwym ciele, stanowiąc magiczny odpowiednik biologicznego mózgu oraz nerwów. Tylko po co? Jedną z pierwszych zasad wpojonych jej przez pierwszego nauczyciela, była zasada, którą Kathryn na własny użytek trochę złośliwie nazwała, "pierwszą zasadą symplicyzmu Gartha", mówiącą, że dążenie do zbędnej sublimacji i komplikacji spraw jest jedną z największych ludzkich wad. Według niego im człowiek bardziej wykształcony i inteligentny, tym bardziej ulega tej skłonności. Właśnie dlatego też wojny wygrywają idioci, postęp jest narastającym barbarzyństwem, a Orcusem rządzą orki z ich prostą wojskową hierarchią i dyscypliną, a nie spokojne i wyrafinowane reptilliony. Spojrzała na jadącego obok niej kapłana - Turgas był doskonałą egzemplifikacją tej zasady. - Chcesz powiedzieć, że posługujesz się narzędziem, którego mechanizm działania cię w ogóle nie interesuje? Że charakter tego ośrodka czy też jego struktura są ci najzupełniej obojętne? - Dokładnie. Nie muszę wiedzieć, z czego jest zbudowane narzędzie, żeby się nim posługiwać. Nawet nie muszę wiedzieć, jak zbudować dane narzędzie. Muszę wiedzieć, jak się danym narzędziem posłużyć i do czego ono służy, to wszystko. Cała reszta wiedzy może być przydatna dla wytwórcy narzędzi, aby je udoskonalać, a nie dla zwykłego użytkownika. Dla użytkownika jest istotne, aby narzędzie dobrze służyło celowi, do którego ma służyć i już. Dokładnie. Prosty człowiek i proste metody. Skomplikuj plan, a szansa niepowodzenia wzrośnie kilkukrotnie. Opieraj się na prostych planach, ogranicz do minimum jego elementy, nie wtajemniczaj innych osób - inaczej twój zamysł będzie przypominał chwiejny domek z kart opierający się na kilku chwiejnych elementach, które nie będą w stanie udźwignąć gmachu przekombinowanej konstrukcji. Kathryn potrafiła to zrozumieć - Sol doskonale pojęła nauki Gartha. - Jeśli kapłan jest tylko użytkownikiem, który zbiera cudze zabawki z jeziora, to kto jest wytwórcą? - Z tego co wiem, to zajmują się tym czarnoksiężnicy. Kobieta milczała przez chwilę. Informacji miała już wystarczająco, żeby zająć nimi umysł podczas nocnego czuwania, teraz pozostawało przesunąć nieco granice znajomości z kapłanem, sprawdzić jak daleko wiara zaślepia jego emocje. - Więc wasz bóg nie daje wam możliwości tworzenia nieumarłych? - Nie. To jest domena czarnoksiężników. Morghlith jest bogiem umarłych ... i nieumarłych, ale nie daje mocy tworzenia martwiaków. - Szkoda. Myślałam, że jest silniejszy - wykonała nieokreślony ruch ręką. - A znasz silniejszego? - Nie znam się bogach - wzruszyła ramionami. Czas wypuścić pierwszą strzałę. - Ale co daje ci Morghlith? Pomaga ci zabijać i kraść cudze narzędzia. Czy to nie słabość? Marnotrawstwo? Przerabiacie żywych na martwych najszybciej i najsprawniej spośród całej kasty kapłańskiej, a jednak nie posiadacie mocy, by te ciała wykorzystać dla swoich celów. Dlaczego nie została wam dana? Słysząc te oskarżenia twarz Turgasa stężała, kiedy cały się spiął. Jednak do końca wypowiedzi zdołał się opanować i rozluźnić mięśnie. Jednak teraz nałożył maskę obojętności, choć dość łatwo dało się dostrzec, że jest nieźle wkurzony. Kathryn wpatrywała się w niego uważnie. "Jesteś zły? To dobrze, to bardzo dobrze. Przyzwyczajaj się do tego uczucia, naucz się je kontrolować, powściągać. A jeśli przyjdzie nam podróżować dłużej we wspólnym towarzystwie, będzie mi łatwiej. Sam przesuniesz granice, sam nauczysz się mnie słuchać, nauczysz się ze mną rozmawiać. A wiesz czemu? Bo cenisz siłę. Cenisz prostą siłę, a prowokowanie cię, odwaga powiedzenia ci pewnych rzeczy prosto w twarz jest jej odmianą. I oboje o tym wiemy. Szczególnie, że jak na razie tej siły tak bardzo brak Walnarowi". - Morghlith daje to, co uzna za stosowne. Wierzę w niego i jestem jego kapłanem nie dla mocy, których mi udziela, ale dlatego, że jest to zgodne z moimi przekonaniami. Wierzę zaś, że śmierć jest rzeczą ostateczną i zwycięża wszystko. Morghlith nie pomaga mi w zabijaniu. On nikomu nie pomaga, bo ktoś, kto potrzebuje pomocy jest słaby. Zaś Morghlith ceni tylko silnych. A silny może wziąć od słabego, co jest mu potrzebne. Możesz to nazywać kradzieżą, ale czy nie jest większym marnotrawstwem pozostawienie narzędzi komuś, kto nie robi z nich użytku, albo jest za słaby, żeby ich użyć? - Nie pomaga? Lecz przecież modliłeś się przed walką i twoja modlitwa została wysłuchana. Cóż to jest jak nie pomoc? - Widzę, że mylisz modlitwę z magią. Kapłani również mogą rzucać czary. W dokładnie ten sposób można uzyskać dostęp do cząstki mocy swego boga. Morghlith nawet nie zauważył tego. Słowa były konieczne do ukierunkowania magii. I są w formie modlitwy. - Poczekaj, bo nie wiem, czy dobrze zrozumiałam. Używasz magii, by zyskać dostęp do mocy swego boga a on tego nie widzi? Przecież w kontekście twoich poprzednich słów czyni go to słabszym od ciebie - kimś, komu możesz wykraść moc. - Magia kapłańska pochodzi od boga. On daje możliwość do czerpania z jego mocy. Ale tak naprawdę to jest ona identyczna dla wszystkich bóstw. No może troszkę się różni w niektórych aspektach dla skrajnych etosów. - Kathryn w milczeniu słuchała słów Turgasa. - Bóg nie zwraca uwagi na ten proces, gdyż związany jest on z jego obecnością na Orchii i wpływem, jaki tu ma. Kapłani są najbliżej boga, najlepiej rozumieją jego naturę i są jego wysłannikami, więc wiedzą i mają możliwość ukształtowania energii magicznej w zaklęcia. Dlatego potrzebują do rzucania czarów amuletów, jak magowie. Tylko, że magowie kształtują energię wykorzystując wiedzę, zaś kapłani poprzez wiarę i moc swojego boga. Kathryn wskazała na grupę, która zatrzymała się przed nimi z wyraźnym zamiarem rozbicia na niewielkiej polance obozu. - Nie mogę się z tobą zgodzić, nie do końca. Po części na płaszczyźnie intelektualnej, po części na płaszczyźnie irracjonalnych emocji. Muszę pomyśleć. Dokończymy naszą rozmowę później, dobrze? - Aha. - Turgas rzucił z ukosa spojrzenie na kobietę. Nie było to spojrzenie pełne miłości, lecz nim podjechali do towarzyszy, twarz Turgasa okrywała wcale zgrabna maska rutynowego znudzenia. Półelfka zeskoczyła z konia i przeciągnęła się z pomrukiem nieukrywanego zadowolenia. Największą zaletą tego dnia było to, że zbliżał się ku końcowi: przy odrobinie szczęścia do rana nie będzie już żadnych goblinów, żadnych utopców, żadnych anemicznych elfek i głupich decyzji. Przede wszystkim zaś, żadnej jazdy na śmierdzącym wałachu. Szybko zdjęła swoje bagaże i położyła je koło niewielkiego pnia. To miejsce było lepsze od ich poprzedniego noclegu - może nie idealne, ale z całą pewnością o kilka klas lepsze. W kontekście goblinów, które uciekły, była to pocieszająca myśl. Doświadczony łowca da radę podejść bezszelestnie, doświadczony łucznik nie będzie musiał podchodzić, a warg, jeśli przypadek będzie łaskawy, rzuci się wpierw na rannego konia albo Saline, której ubranie i podpinka zbroi przesiąknięte były wciąż jej zaschłą krwią. Jeśli się poszczęści... Cóż, Kathryn skrzywiła wargi, wyciągając zgrzebło z sakwy, ryzyko zawodowe. Dopiero później, gdy Corum odszedł na bok, by przy pomocy Saline zająć się swoim opatrunkiem, Kathryn podeszła do rozkładającego namiot Walnara. Stanęła koło niego, trzymając ręce w kieszeniach. - Jak dobrze go znasz? - spytała bez zbędnych wstępów. - Druida czy gwardzistę? - rzekł, prostując się. - Mhmm... - półelfka na moment zapatrzyła się niebo. - Zacznijmy od druida. - Dosyć przelotnie. Raczej nie mamy dobrych relacji z powodu odmiennych poglądów. A czemu pytasz ? Czyżby i tobie się nie podobał?- uśmiechnął się lekko. O proszę. A więc jawny, ukryty antagonizm w pytaniu narzucającym kształt odpowiedzi. - Zadałeś pytanie, a on ci nie odpowiedział. Znacie się, a on nie odezwał się do ciebie ani słowem. Przez cały ten czas. Dziwię się po prostu. Jemu, tobie, temu całemu spotkaniu - lekko zmrużonymi oczami zmierzyła Saline i Coruma. - Nie przejmowałbym sie tym zbytnio. - Czemu? Nie obraża cię to? - Są rzeczy na które nie zwraca się uwagi. Dopóki nie przekroczy pewnej cienkiej granicy - odparł spoglądając na Coruma. - On jednak dobrze o tym wie i póki co nie prowokuje, znając konsekwencje. Więc to strach i respekt przed potężnym, przerażającym rycerzem? Kathryn trudno było w to uwierzyć. Druid nie wyglądał na kogoś, kto chowa się po krzakach, drżąc, by nie przekroczyć pewnej cienkiej granicy. Przeciwnie - mając na uwadze wyraz twarzy Walnara - całkiem dobrze to rozegrał. W końcu to on przedtem i teraz dotykał Saline, zyskując jej wdzięczność; a i elfka wyglądała na zadowoloną, że w końcu znalazła kogoś, kto zrozumie jej biedne, kobiece serduszko. Inna sprawa, że Kathryn zaczynała poważnie wątpić w istnienie owej granicy, poza którą leżą konsekwencje. - Ufasz mu? - kobieta popatrzyła Walanrowi prosto w oczy. Poważnie, bez zwyczajnego dla niej wyrazu znudzonego rozbawienia na twarzy. "Zaskocz mnie, chłopcze. Zaskocz mnie i pokaż, że krew nie woda. Zrobisz to, czy nie zrobisz?". - Ja nie ufam prawie nikomu. Stłumiła zrezygnowane westchnięcie. Odpowiedź godna tajemniczego bohatera romantycznych opowieści dla panienek żądnych głębszych ekscytacji, bohatera o chmurnym spojrzeniu i dramatycznie skrwawionej przeszłości, którą oczyścić może jedynie prawdziwa miłość głównej heroiny. - Spytam się więc inaczej. Czy uważasz go za człowieka honoru? - Nie znam go aż tak dobrze, aby go za takiego uważać - pokręcił głową. - Czyli nie potrafisz niczego o nim powiedzieć? - Niestety. Poza tym, że się zna na koniach i uparcie broni wszelkiej natury to nic. Wspaniały zaiste powód do wrogości. - Broniący natury druid? Gdzie udało ci się go poznać? - Pojawił się na zamku mej rodziny gdzie pobierałem nauki. I pozostał tam jakiś czas dbając o konie. - Aż dziwne, że z tego umiłowania nie powypuszczał ich na wolność razem z resztą żywego inwentarza. - Jak już mówiłem, Corum stara się nie przekraczać granicy. Kathryn zakołysała się lekko na piętach, wciskając ręce głębiej w kieszenie. - Coś nie tak? Wzruszyła ramionami. - To wszystko takie nudne i banalne... Nawet pomimo wyskakujących zza krzaku druidów. - Trudno niektórych zadowolić jak widzę. - A ty jesteś usatysfakcjonowany? - Ja ? Uznaję to raczej jako wstęp do większej rozgrywki. Niczym w sztuce teatralnej... Był wstęp, pora na rozwinięcie - rzekł po krótkim namyśle. - Ah, ty jako główny heros i pogromca, Turgas jako twój wierny pomocnik. Szkoda tylko, że jedna heroina w fikuśnej zbroi odjechała ci w siną dal, a druga daje się obmacywać Corumowi. Wydawało się, że jesteście sobą... zainteresowani. Nie irytuje cię to? - Czyżbyś była zazdrosna ? Zainteresowanie może być w różny sposób okazywane jak i widziane. Nie można od razu jednoznacznie czegoś nazywać. - Ech... - zrezygnowana pokręciła głową. - Niewiele w tobie z Dena, młody człowieku. Szkoda. - Nie ma dwóch osób takich samych. Zawsze różnią się charakterami. Czyżbyś jeszcze się tego nie nauczyła przez tyle lat i wciąż poszukujesz? Kathryn tylko popatrzyła na niego z wyraźnym politowaniem. Co mogła mu powiedzieć? Że badaniem, między innymi, charakterów zajmuje się dłużej niż on żyje? Szkoda oddechu. - Lepiej dorośnij szybko, chłopcze - powiedziała odwracając się i idąc w stronę swojego posłania. - Kiedy ty przestaniesz być arogancka i wywyższająca, to może zrozumiesz - rzucił do jej pleców. Czego mu brakowało? Siły i wewnętrznej pewności Dena, że świat może i powinien leżeć u jego stóp, kipiącej energii, która pozwalała mu zagarniać wszystko to, czego chciał, która poznawała mu narzucać innym swoją wolę i przyciągała ludzi do niego. Kathryn przypuszczała, że wiele osób wypaliło się przy nim, że wiele osób zniszczył dążąc do swoich celów, że jeszcze większą ilość unieszczęśliwił chcąc ich uszczęśliwić, organizując dla nich nowy porządek - jego zdaniem - tak bardzo lepszy i słuszniejszy od poprzedniego. A przecież nawet wiedząc to - widząc jego płynącą z siły arogancję, jego dumę - nawet Kathryn uważała, że ma prawo zmieniać świat, kształtować życia innych ludzi. Nawet teraz. Rozłożyła swoje posłanie i ułożyła się na nim wygodnie, wyciągając przed siebie długie nogi. Na zaproszenie do ogniska pokręciła tylko głową. Choć myśl o utopcu nie szargała jej nerwów, a wyobraźnia nie podsuwała złowieszczego obrazu martwego, rozkładającego się ciała powoli poruszającego się w ciemności, to obraz wijących się w jego skórze robaków odebrał jej apetyt. Szczególnie na mięso. Dlatego, gdy inni zasiedli do ognisk, ona pozostała skryta w półcieniu, przysłuchując się jedynie rozmowie, nie biorąc jednak w niej udziału. - "Szłam ulicą, a cienie zdawały się być mostem ponad świetlną rzeką ulicy" - wyszeptała cichutko. Tamto lato było naprawdę upalne i słoneczne.
__________________ Zjadło mi życie Lud roboczy protestuje przeciwko 20 godzinom pracy na dobę |
| | |
| | #75 |
![]() | Gdy wszyscy się przysiedli do pieczeni tan Corum odkrawał kawałki mięsiwa i podawał na liściach. Pierwszy kawałek podał szlachcicowi, a następnie usłużył el Saline. Podając spory kawał mięsa el Turgasowi rozpoczął: - Niechaj ta pieczeń będzie moją podzięką za wybicie goblińskich przestępców. - Przemówił oficjalnym tonem. W końcu i sobie odkroił kawał mięsa, zawinął w liść i zjadał tak przygotowany w całości. Przez cały ten czas nikt nie odezwał się nawet słowem, dla Coruma nie miało to znaczenia. Słowa dla niego znaczyły bardzo niewiele, ważniejsze były czyny, to po nich oceniał innych. Więc przyglądał się wszystkim zgromadzonym przy ognisku, a także czasem zerkał w stronę el Kathryn. W milczeniu dorzucał drwa do ognia przyglądając się płomieniom. Z kieszeni płaszcza wydobył kościaną fajkę i kapciuch z ziołami, którą nabijał bardzo dokładnie i powoli. Gdy odpalił fajkę, od płonącego kawałka drewna, wokół rozniósł się słodkawy, duszący dym. Corum głęboko się nim zaciągał powoli wypuszczając w górę. Siedział nieporuszony, niczym kawał skały. Walnar pierwszy przerwał milczenie. - O czym chciałeś rozmawiać Corumie? - Chciałem wam oficjalnie podziekowac. Miłoby było z waszej strony abyście opowiedzieli coś o sobie. I pewnie macie do mnie pytania. - Okazywanie wdzieczności zawsze jest mile widziane. - odparł - A co do pytań. Co cię sprowadza wogóle w te strony ? Nie licząc oczywiście twych poglądów. - Poszukuję wiedzy. - Odparł Corum. - A jakiej to, jeśli można spytać. Bo rodzajów wiedzy jest wiele. - A jak myśl'isz? Jaką wiedzą może się interresować drruid? Pewnie nie czarrnoksięską. Przybyłem tu aby zdobyć prróbki rrośl'in i zwierząt nie żyjących na moich wyspach, z którrych pochodzę. - Niezbyt ciekawa podróż jak na mój gust. "Co ty możesz wiedzieć na temat podróżowania, siedziałeś niemal całe swoje życie za bezpiecznymi murami. " - Więc uważasz, że twoja jest ciekawsza? Z pewnością ekscytująca. Tym barrdziej, że to chyba pierrwszy rraz opuszczasz bezpieczne murry twierrdzy swego wuja. Hymm? - Każdy kiedyś opuszcza rodzinne strony. Chyba że obawia się świata i wszystkiego co z nim związane. - Więc się nie obawiasz świata? To dobrze, przyda ci się trrochę rruchu. Co sprrawiło, że jesteś na takim...odl'udziu? - Pęd ku wiedzy i potędze. Życie pełne nieznanego. - Brrednie tan Wal'narze, ja nie pędzę ku potędze, ona sama przychodzi z czasem. Ja podążam za ciekawością. Po to mamy rrozumy aby przy jego pomocy poznawać otaczający nas świat. - Mówisz o sobie Corumie, a ja mówiłem o mej osobie. - Wybacz, mój błąd. Czyli pędzisz w strronę potęgi? - wykrzywił usta w uśmiechu. " 'Pęd ku wiedzy i potędze.' - dla mnie to oczywiste, że przedstawia swoją wersję, ale jednocześnie stanowi jedyny wyznacznik 'drogi' dla wszystkich. Czasem nie rozumiem znaczenia zdań, których rozumiem słowa. Tu są niewielkie różnice w znaczeniu, muszę uważniej dobierać słowa." - W przenośni, ale owszem. - Jak stado twojego wuja? Wszystkie sztuki zdrrowe? Nie było więcej prrobl'emów? - Nie, wszystko w jak najlepszym porządku. - Cieszy mnie to. Powiedz mi. Po jaką chol'errę zeskakiwałeś z konia podczas wal'ki? Nie pamiętasz jak mówiłem ci, że koń zawsze kopie podchodzących z tyłu? Poza tym rzaden rrycerz jakiego znam nie zchodziłby z konia podczas wal'ki. - Czasami sytuacja wymaga tego by rycerz walczył pieszo. Bo chyba nie myślisz że wjadę na koniu do jaskini lub podziemi na przykład - zaśmiał się głucho. - A po co rrycerzowi ładować się do jaskiń? Masz od tego służbę. Prrawda? - Nie można we wszystkim ufać służbie. A niekiedy wręcz lepie aby zrobić to samemu niż wierzyć, że podwładni się do tego nadadzą. "Na gorące ognie Nilfhellu, czy on nie rozumie, że sam dla innych będzie znaczył tyle co Nikt. Jako rycerz powinien o tym lepiej wiedzieć niż ja." - To po co ci służba, skorro jej nie ufasz? Mój prradziadek Tan Thrrohn Harrgherrson był czarrnym rrycerzem i miał wiel'u zaufanych gierrmków. Ba! Dowodził całą arrmią, a za czyny dostał przydomek Vicious, którry został nazwiskiem rrodowym i tak jest po dzień dzisiejszy. - Chyba nie zauważyłeś że nie mam służby poza gwardzistą, osobistym ochroniarzem, który podąża za mną wszędzie tam, gdzie ja idę. "Albo ja nie rozumiem co on mówi, albo kolejny raz obraża gwardzistę." - Zauważyłem, także to, że nie zwrracasz się do niego jak do kapłana swego boga, al'e to twoja sprrawa. W ten sposób nie zyskasz obopól'nego zaufania. A jeśl'i uważasz, że czarrni rrycerrze nie potrrzebują zaufanych podwładnych to szybko zakrrztusisz się sztyl'etem którregoś z nich. - Każdy podąża inną ścieżką swej wiary. Niewiele widzę wiesz o naszych zasadach a ja ci nie ułatwię zadania zdobycia tej wiedzy. - Przełknął kilka kęsów mięsa i popił wodą z wyjętego bukłaka. - Akurrat ta wiedza mnie nie interresuje, to rraczej anomal'ium. Jako drruid nal'erzę do kasty kl'erryków i znam się na rrel'igiach. Ja jedynie oceniam to co widzę. A to jakie więzi łączą ciebie i el Turrgasa to wasza sprrawa i nic mi do tego. Tak samo mam gdzieś twoją interrprretację kodeksu rrycerrskiego. Moi dwaj starrsi brracia są rrycerzami i przez to znam kodeks rrycerrski na pamięć. Dostrzegam więc rróżnice w interrprretacjach. - Pogratulować zatem wiedzy. Ciekawi mnie tylko czemu nie poszedłeś w ślady swych braci a wybrałeś inną drogę. Choć nie, nie musisz odpowiadać. Nie miałeś w sobie dość sił by znieść obowiązki rycerskie. "Tak masz rację, trzeba być zakutą pałą aby nie łamać kodeksu rycerskiego." - Kol'ejny rraz starrasz się mnie sprrowokować, al'e muszę ci powiedzieć, że zbyt prrosto myśl'isz aby ten cel osiągnąć. Do tego gdy w końcu ci się uda l'icz się z tym, że nagl'e możesz zacząć chorrować na barrdzo niemiłą chorrobę, na ten przykład zarrazisz się frrancą, al'bo będziesz miał owsiki. Dl'a rrycerza to byłaby porrażka. Czyż nie? - Oh mylisz się. To nie była prowokacja a stwierdzenie faktu, czy może jednak się mylę? I nie próbuj mi grozić. Bo jeśli istotnie nagle zachoruje z nieznanych przyczyn to ciebie spotkają konsekwencje. - Haha! Dobrre sobie. Ja cię jedynie ostrzegam przed ewentual'nymi konsekwencjami. Poza tym zabijając jakiego kol'wiek kapłana narażasz się na gniew boży, a w moim przypadku gniew naturry, wszystkie żywioły, zwierzęta i rrośliny były by przeciw tobie. Rycerz zdawał się nie zwracać uwagi na starania druida. Mierzył go przez chwilę wzrokiem. - Nie próbuj mi grozić i straszyć. Nie jesteś na to dość silny. Dobrze ci radzę bacz na swe słowa Corumie abyś nie przesadził. - Czyżbyś poczuł się strraszony? Nie mam zamiaru cię strraszyć, to nie moja dziedzina. Jaki miałbym w tym cel? Obecnie wypada nam drroga w tym samym kierrunku, a niebawem każdy z nas rruszy w swoją strronę. - Mówił wciąż tym samym, spokojnym głosem, jego ciało było nieporuszone, jedynie od czasu do czasu zaciągał się dymem z fajki. - Straszony ? Nie, ale gróźb nie mam zamiaru znosić od nikogo. Lepiej więc zatem aby ta droga wkrótce dobiegła końca. Cierpliwość moja bowiem jest ograniczona. - Jeszcze kawałek dzika? Swoją drrogą to gdzie się udajecie? Sprrawdzałem mapy, na północ nie ma żadnych l'udzkich osiedl'i. - Nie, straciłem już apetyt - wrzucił resztki do ogniska - Spytaj Saline. Chyba dobrze się dogadujecie, a co do map to nie zawsze można coś na nich znaleźć. - Jeśli' wiesz gdzie szukać możesz znal'eść wszystko. - Uśmiechnął się przyjacielsko. - Ale jeśli to czego się szuka nie chce być znalezione to i za 100 lat tego nie znajdziesz. Corum pokręcił jedynie głową. "Nic dodać nic ująć, pędrak z zaścianka, który uważa się za potężnego." Po pewnym czasie gdy rycerz poszedł do swojego namioty przyszedł el Turgas. - Masz ochotę na jeszcze jeden kawałek dziczyzny, kapłanie Morrghl’itha? - Mówi spokojnym tonem w orczej mowie Corum. - Chętnie. - Turgas uśmiechnął się do Coruma, odpowiadając w tym samym języku. Corum podał kawałek mięsa el Turgasowi, zawijając go w liść jak poprzednio. Turgas przyjął i zaczął jeść w milczeniu. Spoglądając od czasu do czasu na Coruma. - Turrgasie, jesteś dobrrym gwardzistą. Il’e ci płaci tan Wal’narr, czy to sekrret? Pewnie z pięćdziesiąt sztuk złota miesięcznie. - Spojżał na el Kathryn kończąc zdanie. - Warunki umowy są sprawą pomiędzy mną i Walnarem. - uśmiechnął się półgębkiem. - Ale nie jest to pięćdziesiąt złotych koron na miesiąc. - Na tych niebezpiecznych ziemiach potrzeba jest łączyć się w sil’ne stada. Jeśl'i nie masz nic przeciwko, to po skończeniu kontrraktu z tan Wal’narrem gotów jestem zapłacić ci sześćdziesiąt sztuk złota pl’us dodatki za wal’kę. - Obawiam się, że nasze różnice światopoglądowe mogą uczynić tę współpracę niemożliwą. A co najmniej poważnie utrudnioną. Jesteś wszak druidem. - Nie wyznaję co prrawda Morrghl’itha, al’e nie przeszkadza mi obecność kapłana tego boga. Al’e jeszcze się zobaczy, z pewnością wiąże cię słowo i etos gwarrdzisty. Więc poczekamy, nic na siłę. Jedynie rracz pamiętać, że oferrta jest wciąż atual'na. - Pamiętam i na pewno z niej skorzystam. Rozumiem, że znasz podstawowe zasady mojej wiary? - Oczywiście, że znam doktrryny tej wiarry. Jeden z moich brraci jest czarrnoksiężnikiem i wyznawcą Morrghl’ita zarrazem. – L’izus podąża drrogą Vicious - dodał szeptem. - Jak miło. A możesz opowiedzieć coś więcej o swojej rodzinie? Wydaje mi się, że możemy znaleźć wspólny język. - Rrozumiem, że ty także coś opowiesz? - O swojej rodzinie? Ja już nie mam rodziny - Turgas spoważniał. - Przeprraszam. - Nie masz za co. To nie Twoja wina. - Jesteś więc pewien, że chcesz słuchać o mojej? - Oczywiście. Bez wątpienia będzie to ciekawa opowieść. - Mam kil’ku brraci, dokładnie czterrech. Dwaj to rrycerze, a ten którry cię zainterresował to czarrnoksiężnik. Do tego dwie siostrry, ja jestem najmłodszy, więc mam najwięcej swobody z całego rodzeństwa - ostatnie zdanie dodał z dumą. - Cóż cię skłoniło do wyboru tak różnej od reszty drogi? - Drruidzi to najbarrdziej szanowana kasta na Smoczych Wyspach. Choć to oczywiście nie jest powód. Po prrostu zawsze czułem zew naturry, którry corraz barrdziej się we mnie rrozbudza. - Smocze Wyspy? Aż stamtąd pochodzisz? Przebyłeś długą drrogę, żeby tu dotrzeć. Jakie są Smocze Wyspy? - Wiesz o Smoczych Wyspach? To dziwne, tu rraczej krrąży nazwa Mgl’iste Wyspy. Są to wul’kaniczne pozostałości, jedynie pięć z nich nadaje się do zasiedl’enia i tak też jest. - Słyszałem już tą nazwę. Zdaje się, że nie należą do zbyt bezpiecznych. - Dla obcych są śmierrtel’nie niebezpieczne, czego dwa rrajdy Urruk-hai się o tym dobitnie przekonały. - A co jest na nich tak śmiertelnie niebezpiecznego? Fauna, czy mieszkańcy? - Wybacz ale nie odpowiem na to pytanie. Jesteśmy wol'nym narrodem nie podbitym przez Urruk-hai. Choć dziesięć l'at temu została podpisana ugoda i przymierze handl'owe. Turgas lekko wzruszył ramionami. - Od dawna jesteś na Orcusie? Bo na pewno nie przybyłeś tydzień temu? - Od pięciu miesięcy, a w podrróży od dziesięciu. A jak długo ty jesteś na szlaku? - Nie specjalnie go to obchodziło, zapytał uważając, że tak wypada. - Niedługo. Jakieś trrzy miesiące. Corum powiesił niewielki kociołek nad ogniskiem, wlał wody i nasypał ziół. Nabił fajkę zielskiem i zapalił, słodkawy dym ponownie objął okolice ogniska. - Jak ci się podoba? – spytał się Turgas. Wykonał gest ręka pokazujący las rosnący nad nimi. - Miasta omijam szerrokim łukiem, a rróżnorrodność naturry zapierra dech w pierrsiach. - A w którym porcie wylądowałeś? - Moja siostrra wysadziła mnie na brzegu, nie l’ądowałem w porrcie. Rruszyłem od rrazu w głuszę. Byłem rraz w cywil’izacji i mi się nie spodobała. - Twoja siostra ma własny okręt? Musisz pochodzić z bogatej rodziny. Czy już wiesz, kiedy będziesz wracał do siebie? Może, gdybyś się zgodził, popłynąłbym z tobą. Wyspy mogą być ciekawe. - Sam jej go zbudowałem. - Dodał bez zbytniego entuzjazmu, jaki można zdecydowanie wychwycić gdy mówi na tematy związane z naturą. - Sam? A ile czasu ci to zajęło? Myślałem, że budowa okrętu to trudna sprawa i wymagająca wielu pracowników. - Sam zaprrojektowałem i nadzorrowałem budowę. Rrobotnicy wykonywal’i prracę. "A raczej niewolnicy, ale takiej wiedzy moglibyście nie przełknąć z łatwością." - Słuchaj, a jakich bogów wyznajecie na wyspach? Są tacy sami, jak na Orcusie? - Są świątynie wszystkich bogów, al’e jest jeden inny. Wielki Łowczy, bóg którremu składam ofiarry i modl’ę się o spokojny sen dl’a swoich bl’iskich. - O nim rzeczywiście nie słyszałem. Mógłbyś coś o nim powiedzieć? - Nie mogę, przykrro mi, nie jestem kapłanem, aby opowiadać o bóstwie, którre wyznaję. - Nie tylko kapłani opowiadają, w co wierzą. Wyznawcy potrafią to zrobić często dużo lepiej. Jakie ofiary są najmilsze twojemu bogu? - Rzeczywiście, tan Wal'narr świetnie potrrafi opowiadać o Morrghl'icie. Ja składam ofiarry z podążania drrogą Wiel’kiego Łowczego', corraz wyrraźniej czuję krzyżujące się na mojej skórze 'spirral'e życia'. - Mam wrażenie, że nie masz zamiaru opowiedzieć o swoim bogu. Może za jakiś czas. Dziękuję za poczęstunek, dzik był przedni. Czy ktoś uczył cię gotować, czy to umiejętność nabyta na szlaku? - Żona. - Uśmiechnął się przyjacielsko. - Gdzie? - Turgas rozejrzał się z niepokojem. - Spokojnie, została na wyspach. Aaaa, mówisz o swojej, gdzież ona. - Roześmiał się starając nie przesadzać z głośnością swego rechotu. - Myślałem, że podróżowałeś samotnie po Orcusie - I tak jest w rzeczywistości, podrróżuję samotnie, jeśl'i nie l'iczyć mojego stada. - Przekaż pozdrowienia i słowa uznania, kiedy wrócisz do domu. Świetnie gotujesz. - Dziękuję, al’e to naprrawdę prroste jak pięć metrrów sznurrka w kieszeni. - Corum posłużył się powszechnie stosowanym idiomem na wyspach. - Nie wątpię. Szczególnie, jeśli to się umie. Co jeszcze potrafisz? Poza projektowaniem okrętów. - Wszystko, co potrzebne jest do prrowadzenia moich badań i przeżycia w l’esie. Obecnie podążam trropem, niespotykanej na Smoczych Wyspach, Paprroci Krról'ewskiej, okaz rzadki nawet w tych strronach. - Więc mógłbym się od ciebie czegoś nauczyć. O ile tylko będziesz chciał udzielić mi kilku lekcji. - Chętnie, a czego dokładnie chcesz się uczyć? - Przeżycia w lesie. Jednak naukę odłóżmy do rana. - Nauczę cię barrdzo chętnie, choć będę oczekiwał w zamian zapłaty w postaci obietnicy. Obiecasz, że nie będziesz niszczył naturry. - Możesz na mnie liczyć. Wybacz, pora na obchód. Turgas podniusł się i ruszył wokół obozu. - Rrozumiem. Dobrrej nocy. Ja i moje stado rrównież warrtujemy. Dobrrej nocy el Kathrr'yn – delikatnie skłonił się półelfce. Po rozmowie z Turgasem, Corum zbiera wszystkie swoje rzeczy i wraz ze swoim stadem (koń, pies, wróbel, pająk) rusza w las. Zostawia mięso przy ognisku. - Jeszcze rraz życzę dobrrej nocy i do zobaczenia jutrro rrano. Oddalił się od grupy na jakieś 30 metrów, tak aby ich obecność nie zakłucała spokojnego przepływu energii lasu. Rozłożył obozowisko w miejscu łatwym do wykrywania zbliżających się intruzów. Córa Wiatru, jak każdy koń spała bardzo czujnie, węsząc i nasłuchując tak samo i Syle. Corum przed pujściem spać koncentrował się na spiralach lasu, aby stać się jego częścią. Gdy poczuł, że stał się częścią natury, wtopił się w naturę, położył się i zasnął. Jak zwykle sen miał bardzo czujny, a wtopienie się w naturę jeszcze bardziej to potęgowało. Wyczówał delikatne fale energii lasu, które każdy nie druid zakłuci swoją obecnością.
__________________ Świerszcz śpiewa pełen radości, a jednak żyje krótko. Lepiej żyć szczęśliwym niż smutnym. Ostatnio edytowane przez Manji : 07-11-2008 o 07:07. Powód: Jeszcze czekają mnie poprawki jakościowe tekstu, zrobię to wieczorem. |
| | |
| | #76 |
![]() | Saline odebrała swój kawałek mięsa i siadła na przeciwko Coruma. Ciepło ogniska przyjemnie rozgrzewało skórę i z wolna usypiało. - Niechaj ta pieczeń będzie moją podzięką za wybicie goblińskich przestępców. Elfka skinęła głową Corumowi i zabrała sie do jedzenia. Mięso było smaczne, w końcu coś dobrego po długiej podróży i po trudach dnia. Gobliny, martwiaki, Kathryn... co jeszcze złego ich spotka? Pomimo że z półelfką nie rozmawia prawie wcale, ciągle czuje na sobie jej gardzące spojrzenie. Przy ognisku Saline milczała, patrząc na trzaskające płomienie. Nie patrzyła na zgromadzonych wkoło towarzyszy, ogień wydawał się o wiele bardziej interesujący. Skończyła swój posiłek, podziękowała Corumowi za jedzenie i życzyła grupie spokojnej nocy po czym udała się na spoczynek. Leżąc zastanawiała się co czeka ich na miejscu. Kim jest ten cały Kurt ze aż tyle osób się nim interesuje? Czy będzie tam niebezpieczne? Czy tak niezgrana grupa da sobie radę? Trzeba było w ogóle nie wjeżdżać do Bogenhoffen. Saline dziwnie czuła że nie raz jeszcze powtórzy to zdanie. W końcu zasnęła, niespokojnym snem, czekając na swoja wartę.
__________________ Zamiast mówić "dziękuję" - daj mi pozytywną reputację ;) Do the impossible, see the invisible. Touch the untouchable, break the unbreakable. |
| | |
| | #77 |
![]() | Po chwili drużyna w komplecie ... Turgas rzucił spojrzenie na Kathryn ... No może prawie, zasiadła przy ognisku. Corum zaczął kroić smakowicie pachnącą pieczeń i podawać ją Walnarowi, Saline i w końcu Turgasowi. Półork poczuł wilczy głód. Emocje związane z walką i spotkaniem z utopcem opadły, i ciało przypomniało o swoich potrzebach. Zatopił zęby w podanym mu kawałku mięsa i odgryzł spory kęs. "Taaak, tego mi było trzeba." Uśmiechnął się, rozparł wygodnie i zaczął się przysłuchiwać rozmowie, którą rozpoczął Vicious z Walnarem. Myślał, że nic nie może mu popsuć dobrego humoru, jednak jego pracodawca był w stanie to zrobić. Zmarszczył brwi, gdy rycerz bez mrugnięcia okiem stwierdził, że nie ma służby poza gwardzistą, a w momencie, gdy stwierdził, że każdy wierny podąża swoją ścieżką wiary nie wytrzymał, wstał i odszedł od ogniska, żeby nie wybuchnąć. Na usta cisnęły mu się ostre słowa napomnienia, jednak zachowując resztki lojalności nie chciał dawać reprymendy przy wszystkich. Poszedł nad strumień i opryskał chłodną wodą twarz. Od ogniska wciąż dobiegały głosy Walnara i Coruma. Turgas uregulował oddech i opanował wzburzenie. Podszedł w pobliże, aby słyszeć resztę rozmowy, jednak nie przysiadł się do ogniska dopóki nie zakończyli rozmowy i szlachcic poszedł do swojego namiotu spać. Wówczas wrócił i usiadł ponownie na swoim miejscu. - Masz ochotę na jeszcze jeden kawałek dziczyzny, kapłanie Morrghl’itha? - spokojnym tonem w orczej mowie zagaił Corum. - Chętnie. - Turgas uśmiechnął się do Coruma, odpowiadając w tym samym języku. Corum podał mu kawałek mięsa, zawijając go w liść jak poprzednio. Kapłan przyjął poczęstunek w milczeniu i zaczął go spożywać, spoglądając od czasu do czasu na druida. - Turrgasie, jesteś dobrrym gwardzistą. Il’e ci płaci tan Wal’narr, czy to sekrret? Pewnie z pięćdziesiąt sztuk złota miesięcznie. - spojrzał na el Kathryn kończąc zdanie. "Jak zwykle sprawa się kręci wokół kasy. Swoją drogą ciekawe, że tak wysoko wycenia moje umiejętności. Może wynegocjuję podwyżkę z Walnarem? Nie, on chyba jeszcze nie zasługuje na gwardzistę." - Warunki umowy są sprawą pomiędzy mną i Walnarem. - uśmiechnął się półgębkiem, bo czyż miał się przyznać, że nie dostaje nawet 10 części wymienionej kwoty. - Ale nie jest to pięćdziesiąt złotych koron na miesiąc. - Na tych niebezpiecznych ziemiach potrzeba jest łączyć się w sil’ne stada. Jeśl'i nie masz nic przeciwko, to po skończeniu kontrraktu z tan Wal’narrem gotów jestem zapłacić ci sześćdziesiąt sztuk złota pl’us dodatki za wal’kę. - Obawiam się, że nasze różnice światopoglądowe mogą uczynić tę współpracę niemożliwą. A co najmniej poważnie utrudnioną. Jesteś wszak druidem. "Sześć dych za miesiąc? To 20 razy tyle, co dostaję teraz ..." z trudem utrzymał obojętny wyraz twarzy. - Nie wyznaję co prrawda Morrghl’itha, al’e nie przeszkadza mi obecność kapłana tego boga. Al’e jeszcze się zobaczy, z pewnością wiąże cię słowo i etos gwarrdzisty. Więc poczekamy, nic na siłę. Jedynie rracz pamiętać, że oferrta jest wciąż atual'na. - Pamiętam i na pewno z niej skorzystam. Rozumiem, że znasz podstawowe zasady mojej wiary? - Oczywiście, że znam doktrryny tej wiarry. Jeden z moich brraci jest czarrnoksiężnikiem i wyznawcą Morrghl’ita zarrazem. L’izus podąża drrogą Vicious - dodał szeptem. "Ciekawa historyjka. Zobaczmy, co jeszcze zechcesz powiedzieć ..." - Jak miło. A możesz opowiedzieć coś więcej o swojej rodzinie? Wydaje mi się, że możemy znaleźć wspólny język. - Rrozumiem, że ty także coś opowiesz? - O swojej rodzinie? Ja już nie mam rodziny - Turgas spoważniał. - Przeprraszam. "Biedny głupiec. Gdyby tylko wiedział, co się z nią stało ..." - Nie masz za co. To nie Twoja wina. - Jesteś więc pewien, że chcesz słuchać o mojej? - Oczywiście. Bez wątpienia będzie to ciekawa opowieść. - Mam kil’ku brraci, dokładnie czterrech. Dwaj to rrycerze, a ten którry cię zainterresował to czarrnoksiężnik. Do tego dwie siostrry, ja jestem najmłodszy, więc mam najwięcej swobody z całego rodzeństwa - ostatnie zdanie dodał z dumą. "Jakby było się czym chwalić." pomyślał z przekąsem. "Brat czarnoksiężnik i wśród przodków czarny rycerz. Jeśli to prawda, to co Cię pchnęło w kierunku lasu?" - Cóż cię skłoniło do wyboru tak różnej od reszty drogi? - Drruidzi to najbarrdziej szanowana kasta na Smoczych Wyspach. Choć to oczywiście nie jest powód. Po prrostu zawsze czułem zew naturry, którry corraz barrdziej się we mnie rrozbudza. - Smocze Wyspy? Aż stamtąd pochodzisz? Przebyłeś długą drrogę, żeby tu dotrzeć. Jakie są Smocze Wyspy? "To może być niezła bajeczka. Są tak daleko, że nie ma szans na sprawdzenie, czy rzeczywiście jest stamtąd." - Wiesz o Smoczych Wyspach? To dziwne, tu rraczej krrąży nazwa Mgl’iste Wyspy. Są to wul’kaniczne pozostałości, jedynie pięć z nich nadaje się do zasiedl’enia i tak też jest. - Słyszałem już tą nazwę. Zdaje się, że nie należą do zbyt bezpiecznych. - Dla obcych są śmierrtel’nie niebezpieczne, czego dwa rrajdy Urruk-hai się o tym dobitnie przekonały. - A co jest na nich tak śmiertelnie niebezpiecznego? Fauna, czy mieszkańcy? - Wybacz ale nie odpowiem na to pytanie. Jesteśmy wol'nym narrodem nie podbitym przez Urruk-hai. Choć dziesięć l'at temu została podpisana ugoda i przymierze handl'owe. Turgas lekko wzruszył ramionami. "A cóż go ugryzło? Chyba, że po prostu nie wie, a nie chce brnąć dalej, bo później może się na tym potknąć. Ciekawe. Czyżby kłamał?" - Od dawna jesteś na Orcusie? Bo na pewno nie przybyłeś tydzień temu? - Od pięciu miesięcy, a w podrróży od dziesięciu. A jak długo ty jesteś na szlaku? - Niedługo. Jakieś trzy miesiące. Woda w czajniczku wiszącym na ostrzu zagotowała się, więc Corum podniósł się i zaparzył herbatkę ziołową. Po czym usiadł ponownie, nabił fajkę jakimś zielskiem i ją zapalił. Aromatyczny dym ponownie uniósł się w powietrzu i objął rozmówców. - Jak ci się podoba? – spytał się Turgas, wykonując gest ręka pokazujący las rosnący nad nimi. - Miasta omijam szerrokim łukiem, a rróżnorrodność naturry zapierra dech w pierrsiach. - A w którym porcie wylądowałeś? - Moja siostrra wysadziła mnie na brzegu, nie l’ądowałem w porrcie. Rruszyłem od rrazu w głuszę. Byłem rraz w cywil’izacji i mi się nie spodobała. "Własny okręt? Nic dziwnego, że oferujesz 60 złota za moje usługi. Co jednak robiłeś u wuja Walnara, jako opiekun zwierząt?" - Twoja siostra ma własny okręt? ... ... - Słuchaj, a jakich bogów wyznajecie na wyspach? Są tacy sami, jak na Orcusie? - Są świątynie wszystkich bogów, al’e jest jeden inny. Wielki Łowczy, bóg którremu składam ofiarry i modl’ę się o spokojny sen dl’a swoich bl’iskich. "Ciekawe, że nigdy nie słyszałem o tym bogu. A może po prostu inaczej nazywają jakiegoś boga natury?" - O nim rzeczywiście nie słyszałem. Mógłbyś coś opowiedzieć o swojej wierze? - Nie mogę, przykrro mi, nie jestem kapłanem, aby opowiadać o bóstwie, którre wyznaję. "Jak to nie jesteś kapłanem? Przed chwilą sam powiedziałeś, że jesteś druidem. Coś śmierdzi. I to bardzo." - Nie tylko kapłani opowiadają, w co wierzą. Wyznawcy potrafią to zrobić często dużo lepiej. Jakie ofiary są najmilsze twojemu bogu? - Rzeczywiście, tan Wal'narr świetnie potrrafi opowiadać o Morrghl'icie. Ja składam ofiarry z podążania drrogą Wiel’kiego Łowczego', corraz wyrraźniej czuję krzyżujące się na mojej skórze 'spirral'e życia'. "Pierdu, pierdu. Droga Wielkiego Łowczego. Mam nadzieję, że Kathryn cię przesłucha po swojemu. Ściemniasz, aż żal słuchać." - Mam wrażenie, że nie masz zamiaru opowiedzieć o swoim bogu. Może za jakiś czas. Dziękuję za poczęstunek, dzik był przedni. Czy ktoś uczył cię gotować, czy to umiejętność nabyta na szlaku? - Żona. - Uśmiechnął się przyjacielsko. - Gdzie? - Turgas rozejrzał się z niepokojem. Czyżby coś przeoczył? - Spokojnie, została na wyspach. Aaaa, mówisz o swojej, gdzież ona. - Roześmiał się starając nie przesadzać z głośnością swego rechotu. "Hehehe. Już zapomniałeś, że ja nie mam rodziny?" - Myślałem, że podróżowałeś samotnie po Orcusie. - stwierdził kapłan ignorując wtrącenie Coruma. - I tak jest w rzeczywistości, podrróżuję samotnie, jeśl'i nie l'iczyć mojego stada. - Przekaż pozdrowienia i słowa uznania, kiedy wrócisz do domu. Świetnie gotujesz. "Ale kłamiesz kiepsko. Mam ci uwierzyć, że porzuciłeś swoją żonę na 10 miesięcy do tej pory, bo tak cię zafascynowała przyroda Orcusa? To albo musi być straszna potwora, albo ... kłamiesz." Turgas był coraz bardziej pewien, że jego rozmówca zmyśla historię na poczekaniu. Zbyt wiele kawałków układanki do siebie nie pasowało. - Dziękuję, al’e to naprrawdę prroste jak pięć metrrów sznurrka w kieszeni. - Corum posłużył się powszechnie stosowanym idiomem na wyspach. - Nie wątpię. Szczególnie, jeśli to się umie. Co jeszcze potrafisz? Poza projektowaniem okrętów. - Wszystko, co potrzebne jest do prrowadzenia moich badań i przeżycia w l’esie. Obecnie podążam trropem, niespotykanej na Smoczych Wyspach, Paprroci Krról'ewskiej, okaz rzadki nawet w tych strronach. "To już kuriozum. Zostawił rodzinę, wyjechał w nieznane, a teraz podnieca się jakimś zielskiem. Jest druidem, może oni tak mają. Ale jako kleryk powinien wykazywać większy entuzjazm, żeby opowiedzieć o swoim bogu. Zdecydowanie kłamie." - Więc mógłbym się od ciebie czegoś nauczyć. O ile tylko będziesz chciał udzielić mi kilku lekcji. - Chętnie, a czego dokładnie chcesz się uczyć? - Przeżycia w lesie. Jednak naukę odłóżmy do rana. - Nauczę cię barrdzo chętnie, choć będę oczekiwał w zamian zapłaty w postaci obietnicy. Obiecasz, że nie będziesz niszczył naturry. "Ja nie niszczę natury ... a przynajmniej tego, co mi nie przeszkadza." - Możesz na mnie liczyć. Wybacz, pora na obchód. Turgas podniósł się i ruszył wokół obozu przetrawiając przeprowadzoną przed chwilą rozmowę. - Rrozumiem. Dobrrej nocy. Ja i moje stado rrównież warrtujemy. Dobrrej nocy el Sal'eine, el Kathrr'yn – dobiegło go jeszcze pożegnanie łowcy, który później oddalił się od obozowiska. Najwyraźniej lepiej się czuł śpiąc z dala od innych. Gwardzista powoli szedł wokół obozu rozglądając się uważnie dookoła. Ciemność nie przeszkadzała mu w obserwacji, odziedziczył po swoim ojcu bystrzejszy niż u zwykłego człowieka wzrok. Las dookoła żył swoim rytmem. Do uszu strażnika dobiegł szelest poszycia, gdy jakieś zwierzę uciekło słysząc jego kroki. Uspokojony wrócił do ogniska i chciał zająć się doczyszczaniem swojego ekwipunku. Reszta drużyny już smacznie chrapała, a Kathryn siedziała przy ognisku grzebiąc w nim patykiem. Bez wątpienia chciała porozmawiać. Turgas też był ciekaw jej spostrzeżeń. - I co o nim teraz myślisz? - zapytała cicho. - Nie wygląda na kogoś bardziej świadomego sytuacji od nas. Jednak mam wrażenie, że ściemnia. Jak dla mnie kilka faktów się nie zgadza. - zamilkł na chwilę porządkując myśli. - Potrafisz dokładnie określić które, czy to bardziej przeczucie? - Hmmmmm. Jest chyba pierwszym kapłanem, którego spotkałem, który nie chce opowiadać o swojej wierze. Nie chce opowiedzieć o niebezpieczeństwach na Smoczych Wyspach, jakby była to jakaś tajemnica albo bardzo osobista sprawa. I coś mi się nie zgadza z jego rodziną, a dokładniej żoną. Jest tak zakochany w naturze, że porzuca ją na ponad rok i rusza w nieznane w poszukiwaniu jakiegoś zielska. Albo jest szurnięta na punkcie natury, jak on, ale w takim wypadku dlaczego jej tu nie ma, albo nie jest żonaty, bo nie wierzę, żeby ot tak pozwoliła mu wyjechać na tak długą wyprawę. To chyba na tyle. - dodał ostrożnie - Ale ty zachowujesz się, jakbyś go już kiedyś widziała, no i jesteś lepszą obserwatorką ode mnie, więc pewnie wychwyciłaś coś jeszcze. - uśmiechnął się. Mówiąc szczerze liczył na to. Miała doskonałą pozycję obserwatora, nie była zaangażowana w rozmowę, więc całą uwagę mogła poświęcić jej analizowaniu. No i miał nadzieję, że lekkie pochlebstwo ułatwi wyciągnięcie od niej jakichś dodatkowych informacji. - Z Corumem jest głupia sprawa - machnęła zniechęcona ręką. -Pewnych rzeczy ani wytłumaczyć, ani udowodnić nie mogę. - Zamilkła i po chwili odezwała się tonem pełnym namysłu. - Tak naprawdę nic o nim istotnego nie wiem. Nic. Jest w nim jednak coś, co mi nie pasuje. Jakby było mu czegoś brak. Nie potrafię jednak tego braku wskazać dokładnie albo nazwać. Chwilę po tym,jak wyjechał z lasu rozmawialiśmy przez moment. - Ze zmarszczonymi brwiami machinalnie grzebała patykiem w ognisku. - Powiedz mi, czy znasz kogoś, kto pośród martwych goblinów, gryzącego dymu, rannych koni i elfek, obok płonącej czaszki i ciebie niewiele przejmującego się konwenansami zaczyna rozmowę od "Witaj, el Kathryn. Jesteś niesamowitą istotą. Miałabyś ochotę na drobną pogadankę"? To zdanie w tym konkretnym kontekście sytuacyjnym dobrze obrazuje istniejący w nim dysonans, pewien brak - jakiegoś wyczucia,empatii, może pewne rozchwianie emocjonalne. Jak mozaika, która posiada wszystkie elementy, lecz których błędne ułożenie psuje przedstawiany przez nią obraz. Nie jestem tego jednak pewna - to tylko odczucie. Nie znam jednak osoby,która uleczyłaby konia wcześniej niż piękną kobietę a pośród trupów bawiłaby się w niedorzeczną parodię salonu. - Skrzywiła usta. - Może jednak znam,ale do żadnej z tych osób nie odwróciłabym się swobodnie plecami. "Nie spodziewałem się, że będziesz tak ostrożna w osądach. Powinnaś mnie umacniać w przekonaniu, że Corum jest w zmowie z graczami, a ty zaczynasz się wahać? Coś ukrywasz ..." Jednak nie zmieniając tonu kontynuował konwersację. - Cóż. Może trochę dziki jest? A na poważnie to nie wiem, jakie są normy na Smoczych Wyspach. Może tam takie rozmowy pośród trupów są jak najbardziej na miejscu? A biorąc pod uwagę jego odchył w stronę zwierzątek i roślinek jestem w stanie przyjąć za normalny wybór w kwestii kolejności niesienia pomocy. Tym bardziej, że Saline sama zraniła swego wierzchowca. - uśmiechnął się złośliwie. Trzeba było nie lada pecha, albo być nie lada patałachem, żeby zranić swego wierzchowca. - Ja bazuję tylko na kilkugodzinnej znajomości z nim. Nigdy wcześniej go nie spotkałem, więc nawet nie jestem w stanie zweryfikować, czy mówi prawdę. Ma dziwny akcent i sposób wymowy, ale to jeszcze niczego nie dowodzi. O wyspach powiedział tyle, ile można znaleźć w przeciętnej bibliotece, więc równie dobrze może być kimś podstawionym, który ma kilka podstawowych informacji, żeby uwiarygodnić swoje pochodzenie. Ale sprawa może wyglądać inaczej dla ciebie, o ile znasz go dłużej i możesz zweryfikować prawdziwość jego historii z wcześniejszymi faktami. - popatrzył pytająco na Kathryn, która westchnęła cicho i podparła brodę na dłoni. - Dzikość, odchył w stronę zwierzątek i roślinek. Jakimi zasadami kieruje się osoba, która za swoje właściwe stado uważa zwierzęta a nie ludzi? Czy gdzieś w środku nie dokonuje przewartościowania emocjonalnego i nie uznaje ludzi za mniej ważnych od zwierząt i roślin? Czy nie upośledzi to jego funkcjonowania w przestrzeni kontaktów społecznych? Czy nie pokieruje to jego ręki ku wypuszczeniu strzały w twoje plecy? Nie wiem. Nie sądzę jednak żeby kłamał. Nie nosi sygnetu, ale herb ma wygrawerowany na głowicy miecza. Walnar go zna i, co ważniejsze, zna go jego wuj. Najprawdopodobniej jest więc szlachcicem. Żeby zweryfikować jego pochodzenie wystarczyłoby zajrzeć do herbarza. Niestety nie mamy takiego pod ręką. Tak samo jak stoczni, która mogłaby potwierdzić wpłynięcie jego statku. Może w Bogenhofen nauczyciel Walnara mógłby wiedzieć coś o jego pradziadku i nazwisku rodowym.Ale teraz nam to nic nie daje. Jedyne co możemy zrobić, to rozmawiać z nim, licząc, że w końcu rozwiąże mu się język i poda więcej informacji o sobie. - Właśnie. Zna go Walnar i najprawdopodobniej jego wuj. A Corum twierdzi, że na Orcusie jest od pięciu miesięcy. Jak zrozumiałem z rozmowy pomiędzy nimi, nasz leśny dziadek był sprawcą jakiegoś incydentu w posiadłości, gdzie był Walnar. Będę musiał się go podpytać, kiedy to było. Obawiam się, że herbarz niewiele pomoże, bo Smocze Wyspy są dość daleko. Wylądował zaś gdzieś poza głównymi portami. Przynajmniej tak twierdzi. A swoją drogą, to skąd pewność, że wuj Walnara zna Coruma? - Walnar powiedział, że przebywał na zamku jego wuja opiekując się końmi. Nie wyobrażam sobie, żeby prawdziwy rycerz zignorował kogoś, kto opiekuje się jego cennymi wierzchowcami. Szczególnie, gdy stajennym jest druid szlacheckiego pokolenia z dalekiego lądu. A szlachectwo... - prychnęła cicho. - Jak wiesz szlachta chlubi się liniami krwi, pokoleniami wstecz, herbami i zaraza wie czym jeszcze. Jest więc szansa, że korzenie jego rodziny sięgają poza Wyspy Smocze. Być może na Orcus. Poza tym, czy herbarze nie są regularnie aktualizowane? - Tego nie wiem. I mówiąc szczerze nie interesuje mnie to. Hmmmm. - zamyślił się na chwilę - Zajmował się końmi. No to mamy jeszcze jeden dziwny punkt. Jest na Orcusie pięć miesięcy, teoretycznie przybywa w poszukiwaniu jakiejś tam trawy i w międzyczasie naj |