![]() | ![]() |
![]() |
| |||||||
| Sesje RPG - Inne Tutaj możesz zagrać w tych światach, które zostały pominięte powyżej. Czy to rządzona przez orki Orchia, czy może kosmos w erze, kiedy słońca zaczynają gasnąć. Na pewno znajdziesz tu coś dla siebie. |
![]() |
| | Narzędzia wątku | Wygląd |
| | #81 |
![]() | Mógł się tego spodziewać. Wieczór i noc nie minęły bez rozmów z resztą podróżujących. Każdy z nich do czegoś dążył, chciał coś osiągnąć, udowodnić swoje mniemania i obawy. Żadnemu to się nie udało, ale czemu czuł się tak dziwnie po rozmowie z Katiką. Niech ją piekło pochłonie, zdołała wyprowadzić go z równowagi. Powoli zaczynał mieć dość jej irytujących pogawędek i uwag. Naprawdę lepiej by było gdyby zdała sobie sprawę z tego, że swoimi sposobami nawiązywania znajomości w końcu wpędzi się w poważne kłopoty. Buntujący się gwardzista, usiłujący grozić mu druid, milcząca i cicha Saline oraz Katika, która zdawała się czegoś szukać lub pragnąć. Ścieżka przed nim zdawała się rozdwajać, mącić i zapadać w sobie. Ale to kolejne dni miały przynieść odpowiedzi i rozwiązanie. Chłodny poranek objawił budzący się dzień. Śniadanie, spakowanie rzeczy i znów w drogę. Walnar spojrzał na resztę siedząc już na koniu. Jego cierpliwość zdawała się znikać, choć na zewnątrz emanował spokojem.
__________________ "Nie pytaj, w jaki sposób możesz poświęcić życie w służbie Imperatora. Zapytaj, jak możesz poświęcić swoją śmierć." |
| | |
| Reklama |
| |
| | #82 |
![]() | Turgas obudził się razem z jutrzenką. Właściwie to obudził go chłód, który właśnie teraz dawał się najbardziej we znaki. "Następnym razem wykorzystam to, co jest w ekwipunku po Alanderze. Jemu już nie jest potrzebny." Przekręcił się na drugi bok, szczelniej opatulił płaszczem i próbował jeszcze usnąć, ale cienkie żądła zimna cały czas wbijały się w bok. Ziemia była lodowata i nawet końska derka nie była w stanie dobrze odizolować od tego. Musiał leżeć nad jakiś ciekiem wodnym, albo co. Chcąc, nie chcąc wstał i rozejrzał się po obozowisku. Saline jeszcze wartowała, Coruma nie było widać, Walnar jeszcze spał w swoim namiocie a Kathryn pewnie leżała jeszcze zagrzebana w swoim ekwipunku. Półork kiwnął głową wartującej półelfce i w milczeniu podreptał nad potok opryskać twarz wodą, aby przegonić resztki snu. Po nocnych rozmowach pozostał pewien niesmak. Corum rzeczywiście wydawał się nie z tej bajki. Jego zachowanie, podejście do życia, priorytety były co najmniej dziwne. Gdyby nie Kathryn w ogóle nie zwróciłby zapewne uwagi na te nieścisłości. "He, trzeba się uczyć przez całe życie. Nawet od niewiernych." Rozebrał się do pasa i ochlapał głowę, kark i ramiona. - WHOA! - wyrwało mu się, gdyż woda była rzeczywiście lodowata. Kathryn też wydawała się inna podczas ich rozmowy. W bezpośrednich dyskusjach z Walnarem nie zostawiała na nim suchej nitki, a tymczasem w ich wymianie zdań Turgas odniósł wrażenie, jakby półelfka wręcz broniła jego pracodawcę. ... Bo nie wie co czyni. Jako szczenię od cycka matki ... Przypomniał sobie jedno ze stwierdzeń. "Szczenię odjęte od matczynego cycka wie, jak walczyć i przeżyć. Walnar wciąż mocno tkwi przy tym cycku i ani myśli się stamtąd ruszać. Najwyraźniej mu tam dobrze, ale ..." Jednak był on szlachcicem i jego pracodawcą, zaś Kathryn, pomimo wielu przymiotów i niewątpliwej inteligencji, nie ... Po zakończeniu porannej toalety Turgas ubrał się i wrócił do budzącego się do życia obozowiska. Zauważył resztki wczorajszej pieczeni i zajął się nimi. Po śniadaniu sprawnie zwinął swoje legowisko, zapakował rzeczy do sakw, osiodłał konia swojego i Alandera, przytroczył wszystko na swoje miejsce. - Dzień dobry. Znalazłaś coś ciekawego? - rzucił do krzątającej się już po obozowisku Kathryn, która w odpowiedzi podała mu dwie karty z opisami ziół. Rzucił przelotnie okiem na podane zapiski. - Coś ponadto? Zerknęła na niego i pokręciła przecząco głową - Dużo technicznych terminów - zmarszczyła nos. - Dwie, trzy noce i będzie gotowe. - Jasne. Dziękuję, to ciekawe. - skrzywił się nieznacznie ni to w uśmiechu, ni to w grymasie niezadowolenia. - Śpieszy ci się z tym? - Z tym? Niespecjalnie. Ruszajmy, nie ma czasu do stracenia. - dostrzegł, że Walnar już od jakiegoś czasu czekał na nich gotów do drogi. Nie miał zamiaru roztrząsać przy innych spraw, które co prawda ich dotyczyły, ale kapłan nie był pewien, czy są gotowi przyjąć informacje o nich. Zwrócił karty półelfce i sprawnie wskoczył na wierzchowca. Spojrzał pytająco na rycerza ... Ostatnio edytowane przez Smoqu : 08-03-2008 o 20:55. |
| | |
| | #83 |
![]() | Corum rozłożył swój obóz blisko krzewów, tak by samemu być przez nie osłoniętym i jednocześnie aby kryjówka dawała jemu i jego zwierzętom możliwość wczesnego wykrycia intruzów. Leżąc, analizował odbyte rozmowy z Walnarem i Turgasem, magiczne grzybki, które zjadł rankiem wciąż wyostrzały jego zmysły lecz otępiały emocje. Wiedział, że z rana rozpocznie się ich negatywne działanie, ale wiedział też, że śmierć którą zadał będzie mglistym wspomnieniem nie dręczącym jego sumienia. "Rankiem pomyślę nad tym co dzisiaj się wydarzyło, Spiddo Furcifeera są silne i z pewnością nie powinienem ich jeść aż tyle i do tego palić zielsko. Ostatnim razem, nad ranem, miałem bardzo sprawny umysł, a mniej sprawne ciało. Ciekawe jak to będzie jutro po zwiększonej dawce toksyn." Corum zaczynał powoli zapadać w sen, nie był to spokojny sen, wszystkie zdarzenia dnia poprzedniego oraz toksyny zawarte w grzybkach wywierały silny wpływ na wypoczywający umysł. Gdy już zapadł w sen, powróciły obrazy z przeżytych koszmarów z bitew. Był znów pośród zmasakrowanych trupów, krwi i wnętrzności. Jego biały, medyczny fartuch ociekał krwią, a do okoła siedzieli Rycerze na swych bojowych wierzchowcach, chwalący się zdobytymi trofeami. Do tego każdy trzymał odcięte głowy pokonanych przeciwników za posklejane krwią włosy. Po chwili jeden z Rycerzy poczuł się czymś urażony i w swej morderczej żądzy domagał się powieszenia Vicious. Po chwili już wisiał na gałęzi majtając bezradnie nogami. Vicious przebudził się wydając z siebie głuchy krzyk. Był cały mokry i delikatnie drżał. Wydawało mu się, jakby miał na szyi uciskającą pętlę. Złapał się za szyję i ją rozmasowywał jeszcze przez kilka minut głęboko oddychając. "Gdyby wtedy nie pojawił się Inglorin z Nigelem i Chrisem pewnie bym był już trupem. Gdyby nie ich szybka reakcja..." - Pocierał szyję tak jakby przed chwilą uciskała go pętla. Dwadzieścia pięć lat temu; wyspy sąsiadujące ze Smoczymi Wyspami; medyczne zaplecze bitwy. Corum stał pośród krwawiących rannych, tryskającej krwi, wypływających wnętrznościach, treści żołądkowej i uryny. Ubrany był w bawełniany fartuch, który godzinę temu był jeszcze biały, teraz był czerwony od krwi. Pierwsze minuty w medycznym namiocie to przygotowanie narzędzi i opatrunków, teraz po upływie godziny od rozpoczęcia przez Rzeźników bitwy napływało coraz więcej rannych. Mieli zmiażdżone kończyny, rozprute brzuchy, poprzekłuwane ciała, a krew płynęła strumieniami. W każdej kolejnej minucie pojawiali się sanitariusze z nowymi rannymi. Pierwsze spotkanie z prawdziwymi rannymi, to nie to co na zajęciach z anatomii, tam nie było presji aby jak najszybciej leczyć, tam uczono go aby pomagać najpierw tym ciężko rannym, tu musiał udzielać pomocy lekko rannym pozostawiając cięższe przypadki na później. Na zajęciach musiał przestrzegać wszystkie zasady czystości, tu nie było na to czasu. Do uszu młodego półelfa docierały jęki konających, błaganie o pomoc tych co byli w stanie coś jeszcze powiedzieć, a wszystkiemu, w tle, towarzyszyły odgłosy walki, dzieło rzeźników. Dumne pawie, rzeźnicy, rycerze, wrzód na zdrowej tkance narodów. Ich jedyną domeną jest zabijanie i wywoływanie wojen. Młodzian przeklinał całe rycerstwo i ich dzieło. Pod koniec dnia ciężkiej pracy Corum zaczął wykonywać swoją pracę mechanicznie, przestał czuć fetor, przestał dostrzegać pacjentów, nie słyszał ani nie zauważał już jak ulatuje z nich życie, były tylko rany, które trzeba było opatrzeć. Wieczorem, gdy rzeźnicy wrócili do swoich obozów aby chwalić się zdobytymi trofeami, Corum wreszcie mógł zając się tymi ciężko rannymi, wielu z nich nie doczekało swojej kolejki, tymi zajmował się czarnoksiężnik i brat Coruma Inglorin, który asystował swojemu mistrzowi. Wskrzeszonych posyłano na pole bitwy, tak samo tych lekko rannych, którzy czasem wracali w znacznie gorszym stanie, Corum rozpoznawał ich po opatrunkach. Późno w nocy zakończył ostatnią operację, już prawie uratował życie, lecz wyciekło ono tuż pod koniec pracy. Corum nie potrafił zapanować nad emocjami, tego dnia umarło przy nim wielu ludzi, zbyt wielu. Przez kolejne dni wcale nie było lepiej, fetor stał się czymś normalnym, widok krwi i wnętrzności nie wywoływał już wymiotów. Umysł półelfa wytworzył kolejną blokadę wypaczając tym samym naturalne zachowanie na tego typu widoki. W południe dwóch rycerzy przywiozło ciężko rannego rycerza żądając natychmiastowej opieki nad nim, był to jeden z Kapitanów. Corum miał pełne ręce roboty, wielu ciężko rannych czekało cały dzień na tą chwilę, teraz Vicious mógł ich ocalić. Rycerze po grzecznej odmowie nie dawali za wygraną, zaczęli prosić, przekupywać, a gdy to nie przyniosło efektów zaczęli grozić. Corum miał dość, nie wytrzymał i zaczął wyzywać rycerzy mieszając ich z błotem. Praworządni Mordercy nie zastanawiali się długo, dla nich Corum był mieszczaninem, a jedyną karą dla mieszczanina to szubienica. Jeden sprawnie przygotował linę mocując ją na gałęzi pobliskiego drzewa, drugi zaciągną Coruma pod drzewo i wiązał mu ręce z tyłu. Związany, z pętlą na szyi siedział na koniu. Na odsiecz przyszedł brat Coruma Inglorin w towarzystwie kuzynów. Ingloriz pracował, wraz ze swym czarnoksięskim mistrzem, przy trupach. Obaj kuzyni byli rycerzami. Poranek, obozowisko, gdzieś w północno-wschodniej części Orkusa Wielkiego. Vicious usiadł na posłaniu, kręciło mu się lekko w głowie, i czuł się bardzo dziwnie. To był efekt spożywania grzybków poprzedniego dnia. Teraz wszystkie stłumione wczoraj emocje powracały choć znacznie słabiej. Wiedział, że najlepszy sposób to zapalić konopi, gdy oczyścił fajkę i chciał nabić zioło, odkrył, że cała zawartość jest wilgotna tym samym nie nadająca się do palenia. Drobny kamyczek irytacji przetoczył się po umyśle półelfa. Ruszył więc nad potok aby się dokładnie umyć, Obmył dokładnie każdą część swojego ciała, następnie oczyścił zęby posługując się szczoteczką z sierści dzika jako środka czyszczącego używał mieszanki ziołowej i minerałów. Gdy wysechł zaczął nakładać kolejne warstwy ziołowej farby, która nie tylko maskowała go swoimi barwami ale także ukrywała jego zapach. Na brązowo zielone plamy pokrywające całe ciało nałożył czarne spirale symbolizujące spirale życia. Nakładanie spiral byłą częścią codziennej modlitwy do Wielkiego Łowczego, który poznał wszystkie spirale. Na koniec malunek pokrył cienką warstwą oliwy, która wsiąkając w skórę pociągnęła farbę za sobą. Kolejnym obowiązkiem było sprawdzenie towarzyszy, Córa Wiatru była w świetnej kondycji, a prychnięciami i kręceniem łbem informowała, że chętnie by pobiegła dzisiaj. Syle był w doskonałym nastroju, zwykle tego nie robił jednak tego ranka porwał jednego buta i zachęcał Coruma aby ten za nim ganiał. Przy czym robił to bardzo namolnie, powarkiwał i podrzucał but, podbiegał i uciekał tratując wszystko co stało na jego drodze. W pewnym momencie Syle zrobił o jedną rzecz za wiele, Corum nie wytrzymał i przegonił go. Pies oddalił się na kilkanaście metrów, wciąż radosnym wzrokiem obserwował swego pana i podgryzał jego but najwyraźniej czerpiąc z tego ogromną radość. Gdy Vicious zajął się przeglądem ekwipunku okazało się, że nie domknął klapy kołczanu, przez co lotki strzał namokły. Vicious przeklął pod nosem kilkakrotnie, złość zaczęła wypełniać jego umysł, przysłaniać mu zdrowy rozsądek. Chciał pobrać truciznę z jadowych kłów pająka, lecz wolał to odłożyć na potem, w tym stanie mógłby coś zrobić nie tak, a nie chciał krzywdzić zwierzaka. Słysząc krzątających się podróżników położył się na posłanie, naciągnął magiczną chustę, podarek od żony, na twarz, aby po chwili być wraz ze swoimi bliskimi. Znów tulił swoją piękną żonę, czuł jej ciepło, całował i był całowany. Iluzja była tak silna, że Corum czuł się tak, jakby jego żona rzeczywiście była razem z nim na tym posłaniu. Po zakończeniu leżał jeszcze przez chwilę, potem ruszył w stronę potoku aby się obmyć. Większość złości uleciała, choć pozostała irytacja i dyskomfort spowodowany resztkami toksyn w organizmie. Pobrał odrobinę jadu od pająka, nakarmił go i nakarmił wróbla. Spakował swoje rzeczy choć nie siodłał Córy Wiatru. Chciał jeszcze wysuszyć lotki strzał, a nie chciał robić tego przy wszystkich, ponieważ groty strzał były pokryte drobną siatką rowków wypełnionych zielonkawą substancją. "Muszę porozmawiać z el Saline, obiecałem jej opowieść o mojej krainie i sam bym chciał dowiedzieć się czegoś na temat tutejszych obyczajów. Do tego jest jedyną miłą osóbką w tym gronie. Walnar wydaje się dziwny, jakby nie był rycerzem, bo nie tak się rycerze zachowują. Prowokowałem go wczoraj trzykrotnie, w tym ostatnia prowokacja była nie przemyślana i... bezmyślna. Gdyby był prawdziwym rycerzem to dzisiaj byłby wyścig konny z przeszkodami, domagałby się przeprosin gdy wytknąłem mu zbłądzenie, a za groźbę to już tylko pojedynek. Na dodatek żaden szlachcic nie tłumaczy się ze swoich czynów, jedynie chłopi to robią, a rycerze jako przedstawiciele prawa nie mogą pozwalać sobie na podważanie własnego autorytetu. Nie rozumiem, może on jest jakimś podstawionym, może to nie Walnar, którego poznałem na zamku Denethora. Na gorące ognie wulkanów, kim on jest. Do tego Kathryn, bezczelna dziewka, choć może odpłaca mi tym samym. Ja w końcu przywitałem ją bardziej niż bezczelnie, choć była moim narzędziem jednak bez efektu. Jakie ona ma cele, co sprawia, że tu jest i stoi w cieniu. Jedynie Turgas jest wyrazisty i nie jest przekupny. Sześćdziesiąt sztuk złota to kupa kasy, a on nie rzucił się na nie jak wygłodniały kundel, to dobrze o nim świadczy. Myślę, że jak zakończy kontrakt z Walnarem to go wynajmę, zrobię mu kilka testów tak aby zaniżyć nieco stawkę, bo za sześćdziesiąt sztuk złota mógłbym wynająć grupę najemników. Myślę, że dziesiąta część proponowanej sumy będzie odpowiednia, wątpię aby Walnar dysponował jakim kolwiek majątkiem więc nie powinien mnie przebić w licytacji. Ocho, już ruszają, więc czas mi się zbierać" Podszedł do ogniska w jednym bucie, mieczu przytroczonym byle jak jedynie łuk i kołczany miał porządnie dopasowane, gotowe do urzycia. Do siedzącego podeszła elfka. - Gdzie masz buta? - Pies się nim bawi. - Głos miał obojętny, a ciało naturalnie rozluźnione, jedynie oczy i nabrzmiałe żyły zdradzały kłębiącą się w Vicious złość. - Aha, nie żal ci buta? - Saline kucnęła obok i patrzyła się na Coruma. - Jak twoja rana? Bo koń powinien być zdrowy - odparł wciąż tym samym tonem. - W porządku. Ale ty, tan Corumie nie wyglądasz najlepiej. Co jest? - Czuję się dobrze, choć nie najlepiej spałem. - Rozumiem. Gotowy do drogi? Nie widzę twojego konia. - Napijesz się ziołowej herbaty? - A te zioła jakieś lecznicze, czy po prostu dla smaku? Corum uśmiechnął się. “Czy zawsze wszystko musi coś znaczyć? Musi mieć jakieś działanie? Dla smaku... tak bo woda go przecież nie ma”. - O, jestem zabawna, może minęłam się z powołaniem - również się lekko uśmiechnęła. - Wybacz, że się śmieję. To, co powiedziałaś wydało mi się zabawne. - Cieszę się, że cię rozbawiłam, od razu lepiej wyglądasz - chociaż wcale nie wyglądał. - Rozumiem, że nie jedziesz teraz z nami? - Myślę, że napar wzmocni twój organizm. - Po chwili dodał - Zostanę w tyle, mam wiele pytań do ciebie, a także obiecałem opowieść. Zechcesz mi towarzyszyć? Saline zamyśliła się na chwilę, spojrzała na Walnara i zatrzymała na kilka oddechów spojrzenie. - Tak, pojadę z tobą. Najpierw wypijemy herbatę, a potem będę ci mogła pomóc jeśli będziesz potrzebować pomocy. - Zgoda. Podeszła do Walnara i chwilę z nim rozmawiała, po czym usiadła naprzeciwko Coruma. Gdy Saline usiadła, Corum nalał jej do drewnianego kubeczka naparu i podał. - Zanosi się na deszcz, dobrze. Może będzie trochę piorunów. - Nie lubię burz. - Patrzy się przymrużonymi oczyma na Cruma. - Boisz się ich, czy po prostu nie lubisz orzeźwiającego powietrza po burzy, czy może nie lubisz samego ulewnego deszczu? - Deszcz źle wpływa na zbroję. A pioruny bywają niebezpieczne. - Pioruny nie są takie straszne gdy potrafisz wskazać gdzie mają uderzyć. Deszcz oczyszcza. - A potrafisz wskazać? Corum pokiwał potakująco głową. - Fajnie, choć to chyba nie jest jakoś bardzo przydatna umiejętność. - Zależy do czego chciałabyś ją zastosować. To tak samo jak z narzędziami. - No tak - sączyła dalej herbatę. - Mówiłaś mi wcześniej, że zajmujesz się kupiectwem. Miałbym do ciebie prośbę w związku z tym. - Pomogę, o ile będę w stanie. - Dysponuję pewnym zapasem swoich wyrobów ze złota i srebra. Szkoda mi je przetapiać, wolałbym sprzedać je z zyskiem i zakupić świeży kruszec. - To zależy ile masz tego, nie wiem czy mam przy sobie odpowiednią ilość pieniędzy. - Nie chcę sprzedawać tego tobie, chciałbym abyś pośredniczyła, wolałbym zaproponować ci procent z zysków. - Rozumiem, więc chcesz to zrobić dopiero jak będziemy w mieście? - Blehh, miasto? Musimy? - Rozumiem, więc mam załatwić wszystko. Oczywiście da się to zrobić. - Byłbym bardzo wdzięczny, bo zbieranie rodników złota, takich jak ten - podał wydobyty kawałek kamienia porośnięty kryształami złota - zajmuje sporo czasu. Co do miasta, owszem mogę tam wejść, choć nie jest to dla mnie przyjemne. Saline obracała kamień w palcach i przypatrywała mu się. - Tak, wiem coś o tym. Na pewno się dogadamy. - oddajła kamyk. - Podoba ci się? - Oczywiście, wiesz przecież, że interesują mnie takie rzeczy. - Trzymała kamyk nadal wyciągnięty w stronę Coruma. - Proszę, więc zatrzymaj go sprawisz mi tym gestem przyjemność. - Hmmm, dobrze, skoro tak wolisz. - ze zdziwieniem spojrzała jeszcze raz na kamień po czym podeszła do konia i schowała go w jednej z toreb. Corum pokręcił głową. 'Znaczenie ma jedynie wartość a nie piękno kryształów złota, humanoidzi to strasznie dziwne zwierzęta i chyba nigdy ich nie zrozumiem.' Na ciepłym kamieniu położył kapciuch z zielskiem, zawartość była zbyt wilgotna aby ją palić. - Dostrzegłem, że dbasz o swoją klacz w miarę dobrze. Dbasz o jej dietę, a to ważne, zwłaszcza u koni. Choć... myślę, że mógłbym ci doradzić w kilku sprawach. - Tak? Chętnie posłucham. Może mnie bardziej polubi. - Myślę, że cię lubi, a raczej ci ufa, mimo że ją zraniłaś. - Możliwe, mam ją od źrebaka, zawsze dobrze ją traktowałam. - Pokażę ci jak przygotować odpowiednią mieszankę minerałów, wzmocni to jej kości. Wtedy klacz będzie miała więcej... wigoru. - Wspaniale, na pewno jej się to przyda, nigdy nie była na tak dalekiej wyprawie i na pewno nigdy nie była tak zraniona. - Niebawem wspólnie przygotujemy miksturę, pokażę jak to robię i mam nadzieję, że zapamiętasz. - Zawsze mogę sobie zapisać - uśmiechnęła się promiennie. Syle znudzony czekaniem postanowił podejść bliżej wciąż trzymając but w pysku. - Chyba miałeś rano potyczkę ze swoim pupilem. - Nie, on jest rozpieszczony przez moją żonę i teraz mu odbija. Bawić mu się zachciewa. - Pies też potrzebuje czasem zabawy - wyciąga dłoń w kierunku Syle. Pies podchodzi i obwąchuje wyciągniętą dłoń. Saline kładzie dłoń na głowie psa i głaszcze go. Corum przyglądał się całemu zajściu z wybałuszonymi oczami. 'To jest niesamowite, Syle jej nie ugryzł, a nawet daje się pogłaskać. Ciekawe dlaczego? Bo jest elfką jak moja ukochana Ann? A może pachnie podobnie? A może Syle wyczówa jej aurę, a może ... nie wiem co.' - Piękny pies, zadbany, ma śliczną sierść. - Tak, ale... co się z nim dzieje? On nie tak... to, nie... Saline w tym czasie podciągnęła lekko wargi psa żeby odsłonić kły. - I zęby też zadbane. Ten pies pewnie będzie ci wierny do końca życia. - A to ci pieszczoch. Zamiast pilnować to się łasi - mówiąc to podszczypywał tylną łapę psa. - On ci ufa Saline. - Nie mam zamiaru skrzywdzić ani jego, ani jego pana, więc nie ma powodów by mi nie ufać. Psy to wspaniałe zwierzęta. Wiesz o tym Syle prawda? - ostatnie słowa skierowała do psa Pies na dźwięk swojego imienia przyglądał się Saline kręcąc łbem na boki i stawiając uszy. - Tobie również nic nie grozi z mojej strony, brzydzę się przemocą, a gdy zmuszony jestem zabijać śnią mi się potem koszmary. - Proponuję żebyśmy już wyruszyli, możemy kontynuować rozmowę w drodze. - Twój koń jest już zdrowy, a wydaje mi się, że nawet przydałoby mu się troszeczkę ruchu. Dobrze jeździsz? - Raczej dobrze, ale nigdy nie próbowałam żadnych akrobacji na koniu. - Ja też nie jestem akrobatą, ale potrafię dobrze jeździć. Jeśli pozostali będą poruszać się w takim samym tempie jak wczoraj, to dogonimy ich bardzo szybko, a po minerałach jedynie bieg pozwoli twojej klaczy odreagować nadmiar energii. - Więc dogonimy ich szybko. - Skoro tak mamy pewnie jeszcze sporo czasu. A nie spieszy mi się jakoś bardzo, by ponownie dojechać do grupy. - Zauważyłem, że nie bardzo lubicie się z Kathryn. Coś się wydarzyło między wami? - Cóż, Kathryn to interesująca osoba. Rzeczywiście nie przepadamy za sobą, ale też nie jesteśmy wrogami. Po prostu mamy odmienne charaktery, ale jesteśmy wobec siebie raczej neutralne. - Znasz może Walnara? Bo po wczorajszej kolacji mam wrażenie, że to chłop jakiś. A na pewno nie jest rycerzem. - Nie znam go aż tak dobrze, tylko trochę dłużej niż reszta. Kiedy go poznałam wydawał się bardziej rycerski, ale teraz nie zwracam uwagi na jego zachowanie, w końcu jesteśmy w środku lasu a nie w mieście. Choć przyznam, że rycerz zawsze powinien zwracać uwagę na swoje maniery. Niemniej jednak osobiście go lubię i trochę przymykam oko na to jak się zachowuje. - Cóż, wychowywałem się w otoczeniu rycerstwa, moi wujowie i ojciec to rycerze, dwaj moi bracia to rycerze, pięciu kuzynów to rycerze. Żaden z nich nie puściłby płazem gdybym pouczał ich, raczej chcieliby mi utrzeć nosa pokazując, że są ode mnie lepsi. No i by nie przepuścili nadarzającej się okazji zaprezentowania swoich umiejętności przed tak pięknymi kobietami jakimi zdecydowanie obie z Kathryn jesteście. Co zrobił Walnar? Zaczyna się tłumaczyć jak chłop. Następnie dałem mu okazję, aby mnie wyzwał na pojedynek, gdy podważyłem jego wiarę w Morghlitha. Tu każdy ze znanych mi rycerzy by zażądał natychmiastowych przeprosin lub byśmy się bili, a Walnar się tłumaczy. Na kolejną zaczepkę nie miałem już pomysłu, więc rzuciłem w niego groźbą, na co każdy znany mi rycerz zareagowałby w jeden sposób, pojedynek. Walnar odpowiedział groźbą. Nie jest on więc rycerzem, a co najwyżej giermkiem ubranym w zbroję rycerską. - Srogo go oceniasz, ale pewnie masz rację - Saline nic więcej nie powiedziała, najwyraźniej nie miała ochoty kontynuować tematu Walnara. - I tu jest problem panno Saline, ja go oceniam wedle wzorca z Mglistych Wysp. Miałem nadzieję, że sprostujesz mój tok myślenia, bo bardzo możliwe, że zabór Orków wypaczył rycerskość. - Nie, nie spaczył, no nie aż tak bardzo. Rycerz nadal powinien kierować się swoim kodeksem i moralnością. Zarzuty jakie przedstawiłeś wobec Walnara rzeczywiście dyskwalifikują go jako porządnego rycerza. - Więc może jest podmieniony, może to jest ktoś, kto tylko używa nazwiska prawdziwego Walnara, może to jego giermek... Saline zaśmiała się radośnie jak z dobrego żartu. - Chyba to trochę przesada, bardzo w to wątpię. Spójrzmy na rycerstwo jak na zawód. I porównajmy choćby z kucharstwem. Mamy kucharzy świetnych, których posiłki są niebem dla podniebienia, a są kucharze których jedzenia nie mamy ochoty próbować po raz drugi. - Możliwe, z tym, że rycerze to nie kucharze, to są praworządni mordercy. Obowiązują ich ścisłe reguły, których przekroczenie to złamanie praw, a oni mają być stróżami prawa. Więc zaczynam wątpić w opowieści o prawie na Orkusie. - Zacznijmy od tego, że Walnar nie jest praworządnym mordercą, on jest raczej złym mordercą. Może na pierwszy rzut oka tego nie widać, ale on jest czarnym rycerzem, interpretuje prawo na swoją korzyść. Pies w tym czasie rozpoczął zabawę, na początku stukał nosem sakiewkę przy pasie Saline, w pewnym momencie chwycił w pysk sakwę i jednym potężnym szarpnięciem ja oderwał rzucając się do ucieczki. Saline zaśmiała się i odprowadziła psa wzrokiem parząc jak tarmosi sakiewkę w pysku. - Prawo jest jedno, cała kasta rycerska musi je respektować, nieważne czy to rycerz, palladyn czy czarny rycerz - w tym momencie Corum dostrzegł co zrobił jego pies - Syle zostaw! Przepraszam za swojego psa. - Nie szkodzi, raczej nie mam tam nic ważnego, zresztą pewnie w końcu odda. A co do czarnych rycerzy, oczywiście, że respektują prawo, ale jednak jest różnica między nimi a palladynami, prawda? - Drań zniszczy sakwę. Choć łasi się do ciebie, to pamiętaj, że to półdzikie zwierzę, nie goń go czasem, bo nie ma wyczucia i mógłby cię poważnie zranić. Wracając do rycerstwa, każdego z nich obowiązują pewne reguły, które naginają do swoich potrzeb, ale muszą wzbudzać szacunek. Mój ojciec często powtarzał: 'albo będą się ciebie bali, albo będą się z ciebie śmiali'. To dokładnie opisuje obecną sytuację Walnara. - Jeśli nie masz nic przeciwko wolałabym już nie mówić o Walnarze i jego rycerskości lub jej braku. Chyba nie mam już nic do dodania w tym temacie. - Oczywiście. Choć nie pomogłaś mi w rozwianiu moich wątpliwości. Obiecałem ci opowiedzieć o moich rodzimych stronach. Co powiesz na wymianę? Opowieść za opowieść. - Z chęcią posłucham o twoich stronach. I odwdzięczę się opowieścią. - Dobrze. Mnie interesuje twoja rodzina i miejsce pochodzenia. Sprawdził zawartość kapciucha, ostrożnie wybrał suche liście, nabił w fajkę i zapalił. Rozkoszował się dymem, który wciągał powoli smakując jakby pił najprzedniejsze wino. - Pochodzę z wysp, na których w zamierzchłych czasach Wielkie Smoki stworzyły więzienie dla półboga, którego pierwsi osadnicy nazwali Wielkim Łowczym. Moi przodkowie, część z nich pochodzi z Orkusa, byli pierwszymi osadnikami na wyspach. Ja urodziłem się na wyspie Penmanmar. Moje włości znajdują się przy mieście Ayr. Miasta są zdecydowanie inne od tutejszych, bo rządy sprawują druidzi, wyspami rządzi rada Piętnastu Starszych, oczywiście są to sami druidzi. Jak więc możesz się domyślać, nasze miasta przypominają elfie, a nie te które tu miałem okazję zobaczyć. Dominuje kultura elfów, choć najliczniejsze są półelfy, występują ludzie, hobbici, krasnoludowie i gnomy. Nie spotyka się innych ras, nawet na sąsiadujących wyspach. Większość swojego czasu spędzałem na Czarcim Urwisku, mojej włości, czasami zapuszczam się do rodzinnego domu ale tam wiecznie są prowadzone przygotowania wojenne. Mój ojciec jest admirałem swojej licznej floty i często wychodzi w morze. Przy zamku są wojskowe baraki, do tego cała niezbędna służba i kręcący się kupcy sprawiają, że mój rodzinny dom jest strasznie zatłoczony czego bardzo nie lubię, więc zwykle trzymałem się z dala od większych skupisk ludności. W między czasie ignorowany pies podszedł do Coruma, ten odebrał mu sakwę i oczyścił ze śliny, podał Saline. - Moje miasto także jest miastem elfów, pochodzę z Olgrionu. To daleko stąd, na południu Orcusa. Moja rodzina mieszka tam od pokoleń i także od pokoleń trudnimy się kupiectwem. Olgrion to cudowne miasto, zupełnie inne od tych, które spotykałam na swojej drodze od czasu wyjazdu. Nawet pomimo tego, że Olgrion podczas wojen stracił wiele ze swej świetności, nadal jest miastem piękna. Miasto okalają puszcze pełne elfich śpiewów i muzyki. Widok na Rozszczepione Góry zapiera dech w piersiach. Olgrion leży nad morzem, jest miastem portowym, więc miasto jest ciągle w ruchu. Niedaleko leży Ongir-Gar, jedno z najpiękniejszych miast na Orcusie. Tam wszystko wygląda lepiej niż w tych stronach - Saline zamyśliła się, może rozmarzyła. - Więc z pewnością będę chciał zobaczyć te miasta. O rodzinę wypytam kolejnym razem, gdy będziesz miała większą ochotę do rozmowy. Tym czasem mam propozycję, abyśmy rozpoczęli przygotowywać minerały dla twojej klaczy. - Jeśli kiedyś zawędrujesz tak daleko na południe, będziesz miłym gościem w naszym domu. - To byłby dla mnie zaszczyt, choć mam nadzieję poznać do tego czasu obyczaje, nie chciałbym obrazić domowników. - Na razie chyba nikogo z naszych towarzyszy ani mnie nie uraziłeś, więc chyba nie jest tak źle z obyczajami, możliwe że są trochę podobne do tych ze Smoczych Wysp. - Wątpię, moje zachowanie jest takie a nie inne, ponieważ naczytałem się książek. Na Mglistych Wyspach prawo jest bardzo surowe, a druidzi są najwyższą instancją, nawet rycerstwo musi oddawać nam pokłony. Na wyspach prośba druida jest rozkazem i nikt nie ma czelności się temu sprzeciwiać. - Rzeczywiście tutaj wygląda to inaczej, druidzi nie mają takiego poważania. - Z tego co zauważyłem druidzi są tu traktowani jak zło konieczne. Niesłyszalnym dla elfiego ucha gwizdem przywołał swojego wierzchowca. - Aż tak źle nie jest. Chociaż to też pewnie zależy od rejonu. W moich stronach, gdzie pełno jest elfów którzy miłują naturę, druidzi są raczej mile widziani. - Zatem koniecznie muszę pojechać w twoje rodzinne strony. Saline uśmiechnęła się w odpowiedzi. - A teraz chodźmy, podamy twojej klaczy trochę minerałów. - Racja, trzeba zadbać o moją przyjaciółkę - Tylko, że po zażyciu będziemy musieli pobiegać. „Przyjaciółkę” - to bardzo dobrze o tobie świadczy. - To dobrze świadczy o mojej klaczy. I możemy pobiegać. Corum rozpoczął od poprawienia troczeń sakw, sam potrafił przemieniać się w konia i dokładnie wiedział co i jak przeszkadza w szybkim biegu. - Czy tak może zostać? Sakwy nie będą wybijać jej teraz z rytmu. - Jak najbardziej, wygląda na zadowoloną. Dziękuję. - Możesz wskakiwać. Zobaczę jak sobie radzisz. - Siedzisz prawidłowo, ale przy innej sposobności pokażę ci, jeśli będziesz zainteresowana, jak dosiadać konia aby być... jego częścią. - A to ciekawe, chętnie spróbuję. - Będziemy mogli poćwiczyć jak tylko będzie na to czas. Uśmiechnął się ale tak jakoś dziwnie. - Ruszamy? -Ruszajmy.
__________________ Świerszcz śpiewa pełen radości, a jednak żyje krótko. Lepiej żyć szczęśliwym niż smutnym. Ostatnio edytowane przez Manji : 10-03-2008 o 12:31. |
| | |
| | #84 |
![]() | Kathryn odgarnęła z twarzy wilgotne jeszcze włosy. Posłanie złożone, pergaminy zabezpieczone przed wilgocią, sakwy spakowane. Coś jeszcze? Przesunęła wzorkiem po obozowisku. Dwa niewielkie namioty, ognisko płonące równym, niewielkim płomieniem, zarys pleców Turgasa śpiącego pod gołym niebem, blada twarz trzymającej wartę elfki. I elf, który zaraz po niedokończonej kolacji uciekł ze swoimi zwierzakami w las. Nie była ciekawa jak daleko. Wróciła spojrzeniem do opartej o pień rozłożystego drzewa Saline. Wojowniczka nieodmiennie przywoływała w wyobraźni Kathryn obraz elementu domina – biała żółtawą bielą niewielka kościana płytka, która wymaga delikatnego popchnięcia, by przełamać bezruch, by wejść w interakcje z innymi, by nadać jej siłę niezbędną do tego, by stała się elementem czynnym, oddziałującym na otoczenie. Półelfka patrząc na Saline prawie czuła na opuszkach palców lekko chropawy dotyk kościanych fragmentów, które powoli i precyzyjnie potrafiła układać na gładkiej podłodze w skomplikowane wzory. Lubiła ten kontrast: gładkie, ciemne, chłodne drewno o wyraziście zarysowanych słojach i ciepłe, szorstkie, gładkie, jasne kawałki kości czekające tylko na jeden delikatny ruch. Martwe żywe elementy przekształcone przez rzemieślników w coś doskonale przekraczającego naturalne przeznaczenie drzewa czy zwierzęcia. W osłonę, w zabawkę – w przedmiot całkowicie ujarzmiony, przeznaczony >dla< człowieka, przystosowany do jego potrzeb. Kathryn odpięła od jednej ze swoich sakw niewielki, skórzany bukłak wypełniony mocno korzennym winem i podeszła do elfki, przykucnęła obok niej, opierając przedramiona na swoich kolanach. - Jak się czujesz? Saline popatrzyła na nią zdumiona. - Mmm, raczej dobrze. Kathryn wyciągnęła w kierunku wojowniczki bukłak. - Napijesz się? - Dziękuję - pociągnęła łyk. - Nie jesteś w ogóle śpiąca? - Nie dzisiejszej nocy – powiedziała pogodnie. - Tyle osób do zdenerwowania, jak mogłabym przegapić te słodkie chwile sam na sam. Poza tym nie ufam otaczającej nas przyrodzie – przejęła wino, pozwalając żeby krążyło pomiędzy nimi. Uśmiechnięta twarz Saline była dla niej zaskoczeniem – nie sądziła, że kilka słów i bukłak wina będzie w stanie tak ją rozluźnić, tak otworzyć. - No tak, nigdy nie wiadomo kiedy z krzaków wyjdzie jakiś martwiak. Wiesz, zastanawiam się w jaki sposób wtedy w lesie wyczułaś zagrożenie i potrafiłaś tak dokładnie określić położenie wroga. - To była jednorazowa sztuczka. Kolejnym razem się nie uda - szczególnie, że tym, który pierwszy zauważył, że coś jest nie tak był nasz przemiły denat. - No tak, racja. W takim razie w ogóle zapomnij, że prosiłam cię o pełnienie warty. Myślałam, że masz jakiś ciekawy przedmiot, który w tym pomaga. - W takim razie zapomnij, że ci odmówiłam. To był tylko eksperyment. - Tak, zdążyłam zauważyć że jesteś osobą, która lubi eksperymentować. Będę z tobą szczera. Czasem bardzo mnie denerwujesz, ale tak naprawdę to po prostu zazdrość. Nigdy nie byłam wygadana, nie potrafiłam tak operować słowem jak ty. To niezwykle cenna rzecz. Kathryn milczała przez moment. - Nie boisz się, że wykorzystam tą szczerość przeciwko tobie? - Pewnie, ze się boję. Ale z drugiej strony myślę, ze gorzej już być nie może, więc czemu by nie spróbować dla odmiany trochę szczerości. - Wierz mi, gorzej może być zawsze - przez twarz Kathryn przemknął złośliwy uśmieszek. - Skoro jednak ty byłaś szczera, to odwdzięczę się tym samym - popatrzyła elfce w oczy. - Jeśli chcesz. - Tego boję się chyba bardziej niż wykorzystania moich słów przeciwko. Ale mów, ciekawa jestem czy pokrywa się to z moimi podejrzeniami. Kathryn usiadła na ziemi ze skrzyżowanymi nogami. Sprawdzać pokrewieństwa podejrzeń nie miała zamiaru. Nie czas, nie miejsce, nie osoba. Kto widział, żeby dzielić się swoimi myślami z kościanym kawałkiem domina? Nie chodziło nawet o pchnięcie – chodziło o powodowane nudą przesunięcie tego kawałka. Choćby o kilka milimetrów. - Słowo eksperyment nie jest może najlepsze - odchyliła lekko głowę w tył i popatrzyła na zachmurzone niebo. - Mówiąc szczerze, byłam ciekawa, czy zaproponuje ci, że potrzyma wartę za ciebie. To byłoby takie rycerskie, prawda? Ale nie zrobił tego. Musiał słyszeć naszą wymianę zdań: twoją prośbę i moją odmowę, w końcu ułożenie się do snu z tymi wszystkimi stalowymi zabawkami trwa dobrych kilka chwil. On nie zaoferował ci jednak pomocy - przeniosła spojrzenie na Saline. - Cóż, w zasadzie nie powinno to nikogo dziwić: kiedy ty krwawiłaś, on nawet nie podszedł do ciebie, zalecając się do - wybacz wyrażenie - ładniejszej dupy. Nie widziałam, aby ci pomógł, to nie on martwi się, czy twoje opatrunki nie przywarły do skóry, czy rana dobrze się goi. - Zmarszczyła lekko brwi. - W zasadzie nawet przedstawiając cię tej elfce zadbał o to, by nie pokazać afektu do ciebie. Nazwał cię damą, ale przedstawił dopiero po swoim gwardziście. Stąd ostateczny eksperyment falsyfikujący, stąd ciekawość dotycząca granic rycerskości i miejsca do którego odeszła rewerencja z jaką traktował cię wcześniej. - Walnar... Sama nie wiem co o nim myśleć. Masz rację, że jest w nim wiele sprzeczności jeśli chodzi o jego rycerskość. Jednak mi osobiście to w ogóle nie przeszkadza. Spotkałam się z wieloma "rycerzami" którzy okazali się po prostu gburami. Przy nich Walnar wypada jak ideał. - Ale mi nie chodzi o maniery. Jego maniery to zupełnie inny temat - Kathryn przechwyciła bukłak i wstała jednym ruchem. - To, co próbuję powiedzieć, to tylko tyle, żebyś wyciągnęła wnioski z rezultatów tego eksperymentu. - Będę go obserwować. Zobaczę do jakich wniosków dojdę. Kathryn patrzyła przez moment na nią w milczeniu, po czym kiwnęła jej krótko głową. - Zdrowiej szybko - Dziękuję. „Ech, Saline... Nie ma potrzeby, żebyś go obserwowała. Te dwa krótkie dni były wystarczające, by zobaczyć jakiego rodzaju jest człowiekiem. Tu chodzi o to, żebyś zdała sobie sprawę, że nic dla niego nie znaczysz, Szklarniana Panienko; że możesz zdechnąć na trakcie wykrwawiając się jak pies, a on nawet nie obejrzy się w twoją stronę. Patrzysz w niewłaściwą stronę.” Niebo przejaśniało powoli. Półelfka usiadła na zwiniętym płaszczu niedaleko ogniska i rozłożyła sobie na kolanach skórzany futerał z trzema osełkami, pasem do ostrzenia, olejem do stali i pastą do polerowania. Wyjęła z lewej, przesuniętej na plecy pochwy nóż, którym rozcinała rzemienie zbroi Saline i znajdującą się pod nią podpinkę. Przyjrzała się dokładnie ostrzu. Widać było na nim kilka delikatnych rys w miejscach, gdzie nóż zahaczył o metalowe elementy sprzączek. Wyjęła kamień o najmniejszej ziarnistości i kilkoma wprawnymi ruchami wyrównała nierówności. Po chwili w użycie poszła pas i pasta polerska. Kathryn z zadowoleniem przyjrzała się stali. Lubiła broń, lubiła noże, nade wszystko jednak lubiła gdy jej zabawki były w idealnym stanie. (Być może nastąpi jeszcze drobne rozszerzenie posta)
__________________ Zjadło mi życie Lud roboczy protestuje przeciwko 20 godzinom pracy na dobę |
| | |
| | #85 |
![]() | Drużyna jechała dalej w stronę dworku kurta. Pogoda była deszczowa, pochmurna pomimo to nie padało Tak mocno by dodatkowo utrudnić podróż. Pod koniec dnia na ostatnim postoju Kathryn wprost i przy wszystkich zwróciła się do Coruma: - Wczoraj wieczorem, podczas rozmowy z Walnarem powiedziałeś, że jesteś kapłanem. Chwilę później Turgasowi, że nim nie jesteś. Któremu skłamałeś? - głos opartej biodrem o drzewo Kathryn był niemal łagodny. Przesunęła szybko wzrokiem po zebranych przy ognisku towarzyszach: Walnar nawet nie odwórcił się w jej stronę, Turgas podniósł głowę zainteresowany, Saline milczała jak zwykle, natomiast oczy Coruma zwęziły się w szparki, a zęby zacisnęły. - Jak śmiesz zadawać mi kłam, mieszczko? - powiedział spokojnym, lecz stanowczym głosem. – A może nie rrozumiesz? Pozwól więc, że ci wyjaśnię. My, drruidzi, nie pełnimy kapłańskiej posługi, choć nal'eżymy do kapłańskiej kasty. Nie głosimy wiarry w bóstwo, którre wyznajemy, tak samo jak astrro'lodzy, jesteśmy natomiast opiekunami naturry. Nie prróbuj mnie zrrównywać do siebie, kłamczucho. Mówienie nieprrawdy jest odrrażające i garrdzę takim postępowaniem. Teraz stały już trzy osoby - Corum, Kathryn i Turgas, który po ostatnich słowach druida podniósł się z ziemi, nieprzyjaźnie wpatrując się w półelfa. - To tylko klasyfikacja formalna – machnęła lekceważąco ręką. – Ja natomiast mówię o logice twojej wypowiedzi. Na gruncie logiki, gdybyś był kapłanem może byś o tym wiedział, dwa sprzeczne ze sobą twierdzenia nie mogą być jednocześnie prawdziwe. Ergo, jedno musi być fałszywe. Rozumiesz implikacje, o szlachetny panie, który na swoim herbowym mieczu zwykłeś piec dziczyznę? Czy rozumiejąc dalej będziesz niezasłużenie obrażał mnie słowami, tak jak na początku obrażałeś mnie spojrzeniem? Corum popatrzył po zebranych i tylko na chwilę zatrzymał wzrok na Kathryn. Sięgnął do kieszeni płaszcza, dobywając fajkę i kapciuch z ziołami. Nabijając fajkę, podchodził do Kathryn - szedł ani wolno ani szybko, jakby od niechcenia, zatrzymał się dopiero gdy był na odległość stopy od niej. - W mojej ojczyźnie, gdy szl'achcic obrraża chama l'ub łyka, żaden z nich nie śmiałby owemu szl'achcicowi tego wypomnieć, a obrrazę przyjąłby z pokorrą. - Turgas zmarszył brwi i zrobił krok w kierunku Coruma. - Rrównież ani cham, ani mieszczanin nie ośmiel'iliby się obrrażać szl'achetnego w obawie o swój język. Tu, na Orrkusie, dostrzegam pewne odstępstwa od dobrrych obyczajów. - Patrzył wprost w jej oczy, nie było już w nim ani gniewu, ani jakichkolwiek negatywnych emocji. – Nic ci do tego, dziewko, w jaki sposób podchodzę do mojego szl'achectwa i co rrobię z moim mieczem. Moje decyzje może podważyć jedyne inny szl'achcic l'ub drruid. Natomiast tłumaczyć się ze swego postępowania zwykłem jedynie przed swoim ojcem i rradą drruidów, a jako półelf przyzwyczajeń nie zmieniam. - Zapałką odpalił fajkę, dym wypuszczając przed siebie, wprost w twarz Kathryn, która demonstracyjnie pomachała ręką rozganiając dym. Na twarzy Walnara pojawił się ponury uśmiech. Walnar może i był zły, może i miał pewne wady, ale nawet on nie przekroczyłby pewnych norm. Nauk nie można było zapomnieć. Zwłaszcza niektórych "odpowiednich". - Nawet szlachcic powinien znać swoje granice w tym, co mówi i wiedzieć jak odpowiednio traktować osoby niższego stanu. A określanie El Kathryn jako dziewki jest poniżaniem jej i porównywaniem do byle chłopki Corumie - rzekł do druida nie spoglądając na niego i umyślnie pomijając należyty mu przedrostek. Po chwili zaś powoli obrócił twarz ku szlachcicowi. Przez chwilę zdawało się na niej ujrzeć cyniczny grymas. - Jesteś ponoć druidem. A ci, jak słyszałem nie ingerują w konflikty innych, niezbyt interesują się tym, trzymając swoją własną stronę. Może jednak czegoś ci brakuje, aby być nim w pełni skoro prowokujesz każdego w swoim pobliżu do tego, aby ci dosadnie wytłumaczył, że się porywasz na coś, co może cię zniszczyć. Kathryn zerknęła tylko na moment na Walnara, skupiając uwagę na wbitym w jej twarz spojrzeniu druida dobitnie sugerującym, że ta sprawa jest tylko i wyłącznie ich sprawą. - Dobrze więc - skinęła lekko głową nie odrywając od niego wzroku. - Pominę, że miotasz obelgi bez pokrycia oraz próbujesz mnie zastraszyć w prymitywny sposób właściwy dla prostego rębajły i skupię się na innej sprawie. Twoja prowincjonalna ojczyzna została daleko za morzem, Corumie. Tutaj natomiast zaraz za zdradą, podszywanie się pod szlachcica jest największą zbrodnią. I najciężej karaną – choćby tak jak kilka miesięcy temu na największym rynku Ostrogaru, ku uciesze rozbawionej gawiedzi. Jako praworządny obywatel czuję się zaniepokojona widząc osobę, która podając się za szlachcica wymalowana jest jak dzikus, niewychowana, ignorująca stojącego obok rycerza, która – w kryteriach tutejszej, prawdziwej, szlachty – znieważa swój herb, a więc swoje nazwisko, swój ród i swoją krew, której ten jest symbolem. Corumie Vicious, o nazwisku, które ewidentnie jest przydomkiem, a nie nazwiskiem rodowym nadawanym od majątku ziemskiego, dziwisz mi się? – Przysunęła się jeszcze bliżej, tak blisko, że gdyby wzięła głębszy wdech otarłaby się o niego. – Dziwisz mi się, druidzie, który ponad naturalny porządek rzeczy stawiasz z punktu natury sztuczne hierarchie i układy, który mówisz jednocześnie tak i nie a innego nazywasz kłamcą? - Delikatnym ruchem położyła rękę na policzku druida. - Dziwisz mi się jako szlachcic, druid czy mężczyzna? – Wpatrywała się złocistymi oczami prosto w jego oczy i była tak blisko, że mógł poczuć na twarzy jej oddech. Jeszcze przez moment dotykała jego skóry, nim odsunęła się od niego. Uśmiechnął się szczerze rozbawiony zaistniałą sytuacją. Pierwszy raz w życiu był w takiej sytuacji i to go bardzo radowało. Zaciągnął się głęboko dymem z fajki – mówiąc, wypuszczał dym; tym razem jednak nie dmuchał w twarz Kathryn, choć dym był i tak wszechobecny. - Brrawo. Udało ci się mnie obrrazić Kaff'ryn. Następnym rrazem, obrrażającemu mnie wyrrwę język. Tym rrazem wezmę pod uwagę rróżnice kul'turrowe i postarram się odeprzeć twoje zarzuty. Turgas odsłonił kły w krzywym uśmiechu i rzucił w kierunku druida: - Chciałbym to zobaczyć, kłamco. Saline szybko podniosła się z ziemi i zwróciła do reszty osób ostrym, wysokim głosem: - O co wam chodzi? Tak bardzo wam zależy żeby się kłócić? Nikt nie każe się nam przyjaźnić, po prostu jedziemy w tym samym kierunku a kiedy ten kierunek nie będzie już wspólny rozdzielimy się i zapewne więcej się nie zobaczymy. Dajcie sobie spokój z wzajemnymi oskarżeniami bo zachowujecie się jak dzieci kłócące się o lalkę. Jednak jeśli tak bardzo zależy wam by się pozabijać, proszę bardzo, ale mnie w to nie mieszajcie przypadkiem. Po tych słowach odwróciła się na pięcie i szybkim krokiem oddaliła od obozu. Kathryn odprowadziła ją spojrzeniem, zaciskając lekko wargi, by powstrzymać cisnące się jej na usta złośliwe komentarze. Oparta biodrem o drzewo, z kciukami zatkniętymi za szeroki pas, przesuwała wzrokiem po towarzyszach. Walnar spoglądał na Coruma, który zbył milczeniem jego słowa. Można było przewidzieć takie zachowanie, skoro kontynuował swój wywód. Komentarz el Turqasa był dolewaniem oliwy do ognia. - Wątpie, aby cokolwiek zrobił w tym kierunku, el Turqasie. Jedyne, co do tej pory mu się udało, to wywołać większą kłótnię od chwili, gdy tu przybył i próby rozstawiania wszystkich po kątach. Druid pełną gębą, nie ma co. Turgas skinieniem głowy przytaknął słowom rycerza. Wciąż patrząc na Coruma, powiedział głośno, by Saline usłyszała jego słowa: - Może tobie jest wszystko jedno, czy plują Ci w twarz, czy deszcz pada, Saline, ale ja nie mam zamiaru dać się obrażać i poniżać. Przez chwilę się zastanawiał, uniósł brwi, a fajkę wetknął w usta. - Tak Turrgasie, kłamię bez przerrwy, taka przywarra. - Przekręcił głowę na bok, a usta wykrzywił w uśmiechu. Skierował się w stronę swojego konia, gdy stał prz nim blisko przywołał psa. Zwrócił twarz w stronę Kathryn, starał się uchwycić jej spojrzenie, gdy mu się udało spojżał jej głęboko w oczy. - Zrrozumiałem co chciałaś mi powiedzieć panienko Kathryn, l'ecz zrrozumienie przyszło za późno. Jesteś mądrrą kobietą, a słowa i gesty skierrowane do ciebie były karrygodne. Od naszego pierrwszego spotkania po dzisiejszą rrozmowę byłem niesprrawiedl'iwy dl'a ciebie, wiem że nal'eżą ci się wyjaśnienia i jeśli będzie to możl'iwe postarram się rrozwiać wszel'kie Twoje wątpl'iwości. Prroszę przyjmij moje szczerre przeprrosiny. - Skłonił się wykonując gest prawą ręką, dotknął czoła, ust i serca, a następnie pokazał Kathryn otwartą dłoń. - Nie miałem na cel'u obrrażać ciebie ani nikogo z obecnych. Zapomniałem, że jestem drruidem i nie nal'eżę już do świata homosapiens, staję się dzikusem i w dziczy jest mój dom. Jednak gdzieś w śrrodku mnie jest jakaś cząstka, piętno cywil'izacji, zaśl'epiające zdrrowy rrozsądek. - Odwrócił się do Turgasa. - Więc poczułeś się obrrażony, kapłanie morrghl'ita. Czym dokładnie? Tym, że na Wyspach Mgieł mieszczanin ma mniejsze prrawa niż tutejsi chłopi? Nie znam tutejszych prraw al'e to mnie nie usprrawiedl'iwia, przywykłem do poddaństwa kl'as niższego stanu, w mojej ojczyźnie nawet szl'achta bez ziemi ma mniejsze swobody niż tu mieszczaństwo. Mój błąd, nie chowaj do mnie urrazy. Lecz jeśli zechcesz obel'gę zmazać krrwią... - uczynił zapraszający gest prawą ręką ruch kończąc na rękojeści miecza, po czy ponownie opuścił swobodnie ręce. - Urratowałeś mi życie i jestem Twoim dłużnikiem. - Patrzył się mu prosto w oczy. Twarz miał poważną, a wzrok przepełniony smutkiem. Turgas nie wyglądał na przekonanego, zaś jego spojrzenie nadal było nieprzyjazne. - Naprawdę nie wiesz, czym mnie obraziłeś? Czy poczułbyś się urażony, gdybym w rozmowie z kimś innym stwierdził, że szlachta to banda zakłamanych idiotów o sflaczałych mięśniach? Na Orcusie każdy ma tyle praw i swobód, ile uda mu się wywalczyć. W twojej ojczyźnie zapewne też. Jednak wspomniałeś coś o odpieraniu zarzutów Kathryn. Ja również chętnie posłucham. - Czy poczułbym się urrażony? Al'e przed czy po zrrozumieniu mojego błędu? Jeśli przed to myślę, że zarreagowałbym podobnie jak niedawno, l'ecz po, słowa strraciły dla mnie znaczenie. Dotychczas starrałem się oddziel'ać szl'achectwo od ścieżki drruida, ale tak się nie da, muszę zrrezygnować z czegoś. Terraz nie mam pojęcia, którra część mojej wypowiedzi cię obrraziła. Tym barrdziej, że była całkowicie skierrowana do Kaff'ryn. Nie rrozumiem dl'aczego Ty szukałeś zaczepki prróbując mnie obrrazić. Chyba... , że stanąłeś w obrronie Kaff'ryn, to barrdzo miłe z Twojej strrony. Jednak nie wydaje mi się aby akurrat ona potrzebowała jakiej kol'wiek ochrrony. Uniósł głowę i mówił nieco ciszej, jakby głośno myślał: - I tak jest ze wszystkim, słowa, słowa. Cóż one znaczą? Zabłądziłem, a nauki mojego mistrza przypomniała mi Kaff. Podjąłem wybór, Spirral'a Życia. Słońce jeszcze nie zaszło, jeszcze zdążę. - Bardzo pośpiesznie zaczął wydobywać coś z juków, jednocześnie mówiąc.- Zacznę w kol'ejności w jakiej pamiętam słowa Kaff' ryn. Miecz, którry noszę przy boku to nie brroń rrodowa, a jeden z setek brzeszczotów wykówanych w zbrrojowni mojego rrodzica na potrzeby jego wojska. Na każdym el'emencie wojennego żel'astwa wybija się nasz herrb. Tak więc nie mogłem zniewarzyć rrodowej brroni, bo nią nie jest. - Spojrzał na Kathryn - wystarrczyło spytać się czy to nie jest brroń rrodowa? Od rrazu wyciągnęłaś wnioski, myl'ne, a ja się uniosłem zamiast pozostać drruidem. Zrresztą ja także wyciągałem myl'ne wnioski, więc do tego jestem jeszcze hipokrrytą. - Powrócił do gmerania w jukach. - Wywodzę się z el'fiego rrodu Harrgherr, którrego korzenie sięgają Orrkusa są i byli od pokoleń rrodem Pal'ladynów na Śnieżnym Dworze, a herrb to Nowina. Ja jestem panem na Czarrcim Urrwisku, mojej domenie i mojej ziemi, mój herrb to Nowina, nazwisko rrodowe zostało zamienione na przydomek, jak słusznie zauważyła Kaff'ryn. - W między czasie wydobył buzdygan, pierścień i dokumenty. Pokazując buzdygan powiedział: - to jest moja brroń rrodowa, wykówany dl'a każdego z rrodu Harrgherr buzdygan. Dokumenty potwierrdzają autentyczność mojego urrodzenia, majątku ziemskiego i pochodzenia. O co jeszcze pytałaś... a tak kapłaństwo. Nie rrozumiem dl'aczego oczekujecie od drruida, że będzie zachowywał się jak kapłan, Turrgasie Ty powinieneś tą rróżnicę dostrzegać. Ja nie wznoszę modłów do boga w którrego wierzę tak gorrl'iwie jak Ty, ja podążam jego ścieżką. Nie czerrpię mocy płynącej z wiarry wierrnych, czerrpię ją wprrost z naturry. I tak jak dostrzegasz aurry powiązane z Morrghl'item tak ja dostrzegam aurry tu, w tym l'esie, w zwierzętach i marrtwej naturze. Czy ktokol'wiek z was widział drruida otoczonego wierrnymi? Bo ja nigdy. Choć można nazwać drruida kapłanem naturry, al'e wciąż z kapłanem ma niewiel'e wspól'nego, a barrdziej z obrrońcą naturry. Choć kapłani to obrrońcy wiarry w danego boga... No cóż, trrochę to zagmatwane, zrrozumienie z pewnością kiedyś nadejdzie. Macie jeszcze jakieś pytania, wątpl'iwości? I dl'aczego nie pytal'iście o to przy wczorrajszym ognisku. - Zadarł głowę do góry - jeszcze jest czas. Turgas uśmiechnął się słysząc te wyjaśnienia, rzucił krótkie spojrzenie na Kathryn, która ze skupionym wyrazem twarzy wpatrywała się w druida i znów odwrócił się do Coruma: - Sam mówiłeś, że nie można obrazić kogoś, mówiąc kim jest. Druid na Orcusie jest kapłanem, więc zgodnie z moją wiedzą ... mijasz się z prawdą mówiąc, że nie jesteś nim. A to podważa twoje następne tłumaczenia. Twoja wypowiedź skierowana była do Kathryn, ale odnosiłeś się w niej do mieszczaństwa jako takiego. A ja również jestem mieszczaninem. Dziwisz się, że w tych okolicznościach odebrałem twoje słowa, jako obrazę? Corum pokręcił głową, zaczął znów gmerać w jukach. - Turrgasie, jeszcze przed chwil'ą chciałem posłać w twoim kierrunku strzałę. Jeśli bym to zrrobił postąpiłbym wbrrew sobie, jestem medykiem i drruidem, a zachowując się jak szl'achcic i potomek Vicious złamałbym obydwa kodeksy drruida i medyka. - Wydobył trójkątny, metalowy przedmiot o wygiętej w łuk podstawie z wieloma pokrętłami, lusterkami i mniejszymi trójkątami. Przyłożył przedmiot do oka, skierował na słońce i zaczął kręcić pokrętłami i przesówać mniejsze, wewnętrzne trójkąty. - Moje żyły wciąż wypełnia adrrena'lina pomieszana z substancją z ziół, którre spal'iłem. Taki stan nie sprzyja rrozmowie, wolałbym rrozmawiać mając w sobie spokój. Do tego temat jaki porruszasz to dyskusja na całą noc, bo ja mam swój punkt widzenia, a ty swój. Zapewne Kaff'ryn ma także coś do powiedzenia, a do zachodu słońca zostały mi niecałe dwie godziny. Teraz mam pil'ne spotkanie z Żywiołem Ziemi, jednak po spełnieniu mojego obowiązku odnajdę was i wrrócimy do tematu. - W myślach przywołał ducha Totemu, a po chwili zaczął przemieniać się, wraz z całym ekwipunkiem, w czarnego ogiera, trwało to jeden pełny oddech. Jeszcze przez chwilę stał na tylnych łapach, potrząsał łbem, parskał. Szybkim krokiem ruszył zatapiając się w las, a za nim podążył Syle i Córa Wiatru. Gdy tylko odnalazł właściwą drogę ku centrum Spirali Życia ruszył najszybciej jak to było możliwe. Turgas stał przez chwilę, patrząc w milczeniu za oddalającym się stadem. "A może to błąd? Może powinienem go zabić?" Teraz było już zbyt późno. Ale był pewien plus tej sytuacji - Coruma nie było wśród nich. W końcu mogli porozmawiać na jego temat bez żadnych ogródek. Odwrócił się do Walnara. - Cóż, dziwny jest, ale czy tylko? - spojrzał na szlachcica - Co możesz nam o nim opowiedzieć, Tanie? Zdaje się, że najdłużej go znasz spośród naszej kompanii. Patrzył wyczekująco na wciąż siedzącego przy ognisku rycerza. Gdy ucichł odgłos kopyt, Kathryn pochyliła głowę, skuliła lekko ramiona i zaczęła cicho chichotać. - Kuc i "pilne spotkanie z Żywiołem Ziemi" - wykrztusiła po chwili. Kiedy Turgas zadał pytanie rycerzowi, zakryła usta dłonią opanowując śmiech i zerknęła na człowieka z ciekawością. - Dłuższa znajomość to dość grubo powiedziane. Gdy był na zamku mego wuja widziałem go raptem kilka razy. - odparł Walnar rzuciwszy okiem na uciekające konie. - Poza tym nie rozmawialiśmy zbytnio, nie licząc ogólnych pogawędek przy kolacji na tematy niezobowiązujące. Po prostu nie był dla mnie dobrym towarzystwem z tymi swoimi upodobaniami i wiarą. Ta odpowiedź zupełnie nie zadowoliła kapłana. - Hmmmm. A jednak spośród nas znasz go najdłużej. Czy tak się zachowywał, gdy mieliście sposobność się spotykać? Dawno temu widziałeś go ostatni raz? Najwyraźniej coś nie dawało spokoju Turgasowi. --------------------------------------------------------------------------------------------------------- El Kathryn Wolne chwile spędzałaś na tłumaczeniu zielnika i rozszyfrowywaniu bajki od Salomona. Na to jednak miałaś jedynie chwilę podczas postoju czy wart. Podczas tego dnia drobne oznaki uprzejmości ze strony Walnara tworzyły pierwsze odblaski słońca na dotychczasowym tle. Nie przejmowałaś się tym zbytnio, gdyż intensywność światła nie była zbyt wielka i nie było jeszcze wiadomo czy to chwilowa zmiana w stosunku do kobiet, czy już trwalszy trend. Saline również próbowała do Ciebie zagadnąć, pomimo, że nie pałałaś chęcią do głębszej rozmowy, nie miałaś też nic przeciwko…Monotonia podróży została szybko skończona przez ostrą rozmowę jaka odbyła się przy ognisku. El Turgas Mógł być wreszcie zadowolony z pogody. Słońce które jeszcze kilka dni temu grzało niemiłosiernie, uleciało gdzieś bezpowrotnie zapowiadając nadchodzącą jesień. Podczas postoju w środku dnia czaszka wypaliła do końca zarówno siebie jak i częściowo dzidę na której wisiała. Po ostrożnym oczyszczeniu widać było jedynie idealną biel czaszki połączoną z płomieniem, który wciąż zachowywał odcisk płonącej dłoni. Spadająca czaszka oczywiście nieco wystraszyła wszystkich, lecz po nałożeniu na maczetę przestała sprawiać jakiekolwiek kłopoty. Smród znikł już zupełnie, tak jak i jakiekolwiek resztki wewnątrz i na zewnątrz czaszki. Poza tym świetnie przysłużyła się przy rozpalaniu ogniska, wystarczyło bowiem obłożyć ja drewnem a później wyciągnąć z płonącego stosu…można to było zrobić równie dobrze nad ranem, gdyż czaszka powinna świetnie utrzymywać temperaturę ogniska, nawet po wypaleniu się drewna. Nie łatwo jest wyznawcy Morghlitha przyjąć czyjś sprzeciw, kapłanowi tym bardziej. Pomimo to dostrzegałeś pewne różnice jeśli chodzi o kapłaństwo druidów. Podobnie jak astrologowie nie zajmowali się bowiem duchowym przewodnictwem dla mas. Pytającemu odpowiedzieli, ale jeszcze nigdy nie widziałeś, aby przewodniczyli jakiejś większej grupie wiernych. Problem w klasyfikacji druida polegał na tym, iż większość jego umiejętności pokrywała się z twoimi. Mógł tak jak ty wyświęcać, udzielać duchowych porad, przypisywać określoną pokutę za czyny niezgodne z wiarą, mógł nawet udzielić sakramentu ślubu. Jednakże działania druidów nie koncentrowały się na tych właśnie aspektach, zazwyczaj tak byli zajęci naturą, że sprawy ludzkie pozostawały im obce – dopóki nie wchodziły na teren druida… Tan Walnar Miałeś spokojny dzień na przemyślenia. Nawet Kathryn przestała wystawiać Cię na próby, skoncentrowała się na Corumie. Turgas nie sprawiał Ci już żadnych rozterek, zajął się przykładnym wykonywaniem swoich obowiązków – na które narzekać nie mogłeś. Na umiejętnościach kapłańskich się nie znałeś, jednak umiejętności gwardzisty z pewnością potrafiłeś docenić. Pytanie tylko czy chciałeś? Twoje zdystansowanie się od Kathryn jak również kilka miłych gestów w kierunku kobiet nie zostało niezauważone. Oczywiście Kathryn nie omieszkała okrasić tego kąśliwą uwagą, jednak właśnie dystans od jej słów czy zachowania pozwolił Ci nieco przychylniej spojrzeć na półelfkę. Przy okazji rozmowy i zadanego przez Turgasa pytania, przez głowę przeleciały Ci dawne obrazy gdy jeszcze byłeś u wuja… "- Piękny strzał – pochwalił Cię wuj gdy ustrzeliłeś kuropatwę, jedną z wielu jakie podniosły się z urodzajnych pól Twego wuja, gdy tylko nadjeżdżających dwóch jeźdźców narobiło wystarczającego hałasu. Na druidzie zrobiłeś tym strzałem przeciwne wrażenie. - Potrzebowałeś tej kuropatwy do przeżycia Tan Walnarze ?? - Nie lecz nie twój to interes Tan Corumie" Waszą znajomość nawet ciężko było określić mianem szorstkiej przyjaźni. Nie było wrogości, jednakże dwa światy na których żyliście zbytnio różniły się od siebie byście mogli mieć podobne do siebie zdania. Światem Walnara rządziła siła, brutalna siła, zasady honoru i nie przebieranie w środkach. Corum w tym czasie nie wydawał się w ogóle przejęty kwestią honoru czy uzyskiwaniem przewagi. Dziwiło to Walnara i tym bardziej drażniło. Teraz zastanawiał się co takiego musiało się stać z Corumem, że tak bardzo się zmienił. Pomimo iż niegdysiejsze niedbalstwo Coruma w dbaniu o honor, wkurzało Walnara, to jednak obecne przesadne go bronienie tym bardziej mu nie pasowało. W środku odezwało się dziwne uczucie , że chyba wolał już jak Corum nie dbał o honor pomimo szlachectwa. Zreflektował się szybko, że właściwie na zamku nic niehonorowego Corum nie zrobił. Wręcz przeciwnie , jak na druida zachowywał się wyjątkowo dostojnie i właściwie. Oczywiście pewne kwestie drażniły Walnara i jego wuja – jak choćby fakt, iż Corum wolał spędzać czas z końmi, a nawet wspólnie z nimi jeść niż z rycerzami, którzy byli jednak przyzwyczajeni , że to na nich skupiała się pełna uwaga otoczenia. Wuj pozwalał mu na to, gdyż lepszego lekarza i opiekuna dla stadniny nie mógł znaleźć. Choroba która trapiła konie mogła wykończyć całe stado. Wolał więc przecierpieć niedogodności, aby zachować stado, a Walnar chcąc nie chcąc musiał zrobić to samo. W przeciwnym wypadku nic nie zatrzymałoby razem na dłużej tak przeciwne charaktery. Czas jednak robi swoje, choćby dzięki przyzwyczajeniu zdołałeś przełamać niechęć wywoływaną „dziwnymi” zachowaniami druida. Nie mogłeś mu też odmówić znajomości koni co więcej Corum w tym czasie pomógł Ci nawet porozumieć się z własnym wierzchowcem co później znacząco procentowało. Jego wiedza doskonale uzupełniała się z Twoją, choć metody postępowania były drastycznie różne. Corum pomógł Ci chyba tylko dlatego, abyś bardziej dogadywał się z koniem, niż zmuszał go do wykonywania poleceń. Ile to dało sam wiesz najlepiej… Tan Corum Dzisiejszy dzień podróży nie przyniósł niemal nic ciekawego. Codzienne zajęcia raczej nie pozwolały Ci na nudę, w końcu szukałeś ziół, byłeś każdego dnia na nowym leśnym terenie, polowałeś i opiekowałeś się zwierzętami. Nie znalazłeś żadnego wyjątkowego ziela, a podstawowych ziół miałeś aż zanadto. Pod koniec dnia nie spodziewałeś się jak mocnym akcentem może się zakończyć. Rozmowa z resztą ekipy nie była zbyt miła. W galopie oddaliłeś się od drużyny, gdy tak pędziłeś starając się wybierać najmniej zagęszczone ścieżki nagle stanąłeś jak wryty widząc przedziwne zwierze. ![]() Chwilę później to cos przemówiło. - Czy zrozumiałeś swój błąd Corumie…? Czyżbyś zapomniał by zasady rządzące naturą przekładać na zasady rządzące ludzkim światem? Gdy twoje pierwsze osłupienie przeminęło dodał otaczając jednocześnie dziobem niczym ręką teren wkoło - Spójrz, tu nie ma sztucznych podziałów, nikt nie broni szlachectwa czy honoru, bo i nie ma takiej potrzeby. To czysta głupota. TO OD CIEBIE powinno zależeć co warte jest obrony i jakich środków użyjesz. Kocica karcąca swoje młode nie odgryzie mu przecież karku… Świat ludzki uczynił Cię niewolnikiem moralności, zasad dobrego zachowania, urażonej dumy, konwenansów…Świat natury który w głębi serca zawsze Cię pociągał wyzwolił Cię z tych kajdan. Nie pozwól zakuć się w nie ponownie gdyż i cierpliwość natury ma swoje granice. Nim Cię opuścił dodał jeszcze na pożegnanie. - Niewiele jest osób na tym świecie, których gwiazdy tak mocno połączyły ich ze sobą jak waszą grupę. To jednak od Was zależy czy będziecie czerpać z tego korzyści, czy też pozabijacie się wzajemnie skazując nie tylko siebie, ale i wiele innych istot na nieistnienie… Jakby na potwierdzenie własnych słów sam zaczął zanikać, aż w końcu znikł zupełnie. Jedynym dowodem na jego istnienie były ślady po pazurach na pniu na którym wcześniej przysiadł. El Saline W ciągu dnia trochę mniej dystansowałaś się od grupy. Próby podjęcia rozmów nie były odrzucane, zarówno Corum jak i Kathryn podtrzymywali niezobowiązujące rozmowy, choć Kathryn raczej z nudów niż z własnych chęci. Nawet Walnar zdawał się być bardziej przyjemny, nie by od razu doszło do głębszej rozmowy, jednakże kilka gestów czy uprzejmości z jego strony świadczyło o pewnej drobnej, choć zauważalnej zmianie. Obie kobiety w drużynie w lot to dostrzegły. Pies Coruma byłby wspaniałym towarzyszem, gdyby nie fakt, iż jego dzikość była wyjątkowo uporczywa. Normalny dziki pies nigdy nie zachowywałby się w ten sposób, tak samo dobrze ułożony domowy pies. Nigdy nie miałaś do czynienia z tak dziwnym zwierzęciem, najwyraźniej w młodości bardzo go rozpieszczano, czasem karcąc za normalne zachowanie i nagradzając za te głupie czy dziwne. Teraz miałaś okazję oglądać skutki tego eksperymentu, nawet Manji czasami miał już dosyć zachowania psa, z drugiej strony nie można mu było odmówić radości jaką wnosił swym głupawym zachowaniem. Rana dobrze się goiła. Rana jaka powstała wśród podróżników zdawała się jednak pogłębiać. Nie w smak była Ci cała ta kłótnia, szczególnie iż trakt nie był bezpieczny a każdy walczący mógł być na wagę złota w kolejnym starciu z większymi siłami, a przecież nie wiadomo było co jeszcze się czai w drodze. Kupiecka logika oraz rana podpowiadały, że bezpieczniej będzie podróżować w większym gronie, wyglądało jednak na to, że chwilowo nie miałaś siły przebicia. Towarzysze najwyraźniej nie zamierzali popuścić Corumowi, w niepamięć poszła jego pomoc w walce z goblinami, walka z utopcem czy choćby umiejętność radzenia sobie z ranami – do których przecież waszego kapłana wcale nie ciągnęło. Gdy oddaliłaś się od grupy, aby spokojnie się wyspać poczułaś, dziwne i przyjemne mrowienie na całym ciele. Jak gdyby wewnętrzne poparcie dla tego co zrobiłaś. Zrobiło Ci się sennie. Leciałaś wysoko nad Orchią, podziwiałaś piękne tereny, niesamowitą przyrodę….Właśnie, uświadomiłaś sobie, że spoglądasz na świat z perspektywy ptaka. Zachwyciłaś się tym uczuciem, gdyż tak jeszcze nie dane Ci było przeżywać piękna przyrody. Chwilę później wysokość drastycznie się zwiększyła a ty sunęłaś już po gwiazdozbiorze. Dostrzegłaś swych towarzyszy, każdy przypisany był innej gwieździe a te razem tańczyły na tle kosmosu. Nagle dostrzegłaś, iż jedna z gwiazd spada na ziemię. Krwiście czerwony kolor jaki przybrała i szalejące płomienie które ją otaczały, utrudniały Ci dostrzeżenie kto kryje się pod tą gwiazdą. Niemal tuż przed jej upadkiem dostrzegłaś jednak twarz Alandera wykrzywioną z bólu i rozpaczy. Chwilę później gwiazda ta spadła na Orchię. Teraz dostrzegłaś, iż była wielkości małego meteoru, wystarczyło to jednak do zniszczenia całego miasta w które uderzyła. Nim obudziłaś się w zupełności, usłyszałaś krzyki przerażenia mieszkańców miasta, ucichły wszystkie gdy tylko meteor zderzył się z ziemia. Wciąż trwała noc, ciężko łapałaś oddech choć nie wiedziałaś jak długo spałaś... Ostatnio edytowane przez kset : 10-22-2008 o 13:43. |
| | |
| | #86 |
![]() | Słońce powoli chyliło się ku zachodowi dając coraz mniej światła, pomiędzy drzewami było go jeszcze mniej. Część drapieżników szykowała się na łowy, inne spędzały czas ze swoimi młodymi, urodzonymi na wiosnę. Roślinożercy w spokoju szykowali się do snu wraz ze swoim licznym potomstwem. Mieszkańcy lasu nie bali się pędzącego stada, jedynie unosili leniwie głowy, aby zobaczyć komu się tak bardzo śpieszy. Czasem gdy corumowe stado pędziło wprost na nich musieli pospiesznie schodzić z drogi, prychaniem okazując swoje niezadowolenie. Godzinę zajęło druidowi odnalezienie początku jednej z wielu Spiral lasu. Jeszcze przez chwilę bił kopytami w ziemię, kręcił łbem i parskał, a po chwili ruszył ścieżką prowadzącą do centrum Spirali. Każdy las posiada wiele spiral krzyżujących się wzajemnie. Każda z nich ma swoje centrum, które rozrasta się równomiernie, a gdy natrafia na inną łączą się tworząc granicę spirali. Takie samo zjawisko można zaobserwować podczas rozrostu kryształów albo patrząc na wiry powstające na powierzchni rzeki. Nieliczna grupa humanoidów wie o istnieniu owych spiral i potrafi je dostrzec. Jedynie 'ludzie lasu' potrafią z łatwością odnajdywać spirale i dzięki tej wiedzy potrafią szybko i bardzo cicho przemieszczać się po terenie leśnym. Mistrz Coruma często porównywał Spirale lasu do niewielkich strumieni, które mimo że porośnięte, są wciąż drogami, po których można przemieszczać się bardzo szybko. Corum zdawał sobie sprawę z podobieństwa materii, w lesie są strumienie ale nie wody a powietrza, pełnią one funkcję odżywczą i wentylacyjną w każdym lesie tak samo jak wiry w każdej rzece. Wziął głęboki oddech. Czuł silny powiew świeżego powietrza co utwierdzało go w przekonaniu, że znalazł centrum spirali, do tego dużej spirali. Po kilkunastu minutach jazdy wąskimi ścieżkami wjechał w starszy las. Tu drzewa były grubsze, a ich konary bardziej rozłożyste. Teraz mógł biec znacznie szybciej, choć wciąż musiał pozostawać czujnym, w tak starym lesie mają idealne warunki do życia duże zwierzęta. Do centrum dobiegł na kilka minut przed zachodem słońca. Było tam kilka saren, ptaków i dorosły niedźwiedź, jak sądził Corum, strażnik tej Spirali Życia. Jednak umysł Coruma był silnie powiązany ze światem humanoidów, więc od razu przyrównał niedźwiedzia do rycerza na swoich włościach. Wciąż w postaci konia stanął na tylnych łapach rżąc i potrząsając grzywą, na co niedźwiedź odpowiedział warknięciem. Obrządek oczyszczenia ducha był jednym z podstawowych, których uczono na samym początku każdego kapłana druidzkiego. Miał on silne powiązanie z najbardziej stabilnym żywiołem, z żywiołem ziemi. Młody druid pozostawał wciąż w postaci konia, stał nieruchomo i czekał w skupieniu, przyglądając się zachodzącemu słońcu. Gdy ostatni promień zgasł, Corum zaczął nieznacznie się poruszać. Na początku ruchy był bardzo powolne, lecz z każdą chwilą zaczynały przyśpieszać. Corum podskakując, wybijał rytm, do którego zaczął stopniowo dodawać rytmiczny zaśpiew. Same dźwięki nie były skomplikowane, ale wzór jaki tworzyły był coraz bardziej złożony. Większość z tych dźwięków była niesłyszalna dla 'ludzkiego' ucha. Gdyby ktoś od samego początku stał niedaleko tej niewielkiej polanki porośniętej soczystą i zieloną trawą, z pewnością by dostrzegł kilka drobnych zmian jakie zaszły pod koniec obrządku: powietrze zmieniło zapach, wcześniej pachniało żywicami i gnijącymi liśćmi, a teraz miało silny zapach ziemi, zwierzęta, które były na polanie zaczęły poruszać się do rytmu obrządku, od centrum niosła się senność przenikająca każdą komórkę ciała. Gdy Corum na powrót znieruchomiał wszystkie zwierzęta zapadły w krótką, ale bardzo zdrową drzemkę. Obrządek nie trwał długo, można go było odprawiać od zachodu słońca do nastania nocy. Dopiero pierwsze promienie słońca obudziły Coruma, który jak zwykle po obrządku zasypiał twardym snem. Syle wylegiwał się pomiędzy korzeniami wielkiego buku, Córa Wiatru wraz z kilkoma sarnami spokojnie skubała trawę, Strażnik Spirali wciąż spał. "Tak, tego mi było trzeba, znów jestem częścią natury, jeszcze mam cały dzień na to aby nacieszyć się szybkością. Zjem, napiję się i będziemy ruszać." Koń o czarnej lśniącej sierści pochylił łeb i razem z innymi roślinożercami skubał źdźbła trawy. Gdy słońce znów rozświetliło las Corum pożegnał się z niedźwiedziem, który ruszał na polowanie. Po chwili Corum i jego stado byli gotowi do drogi. Późnym południem dotarł do niewielkiej rzeczki, którą stado bez problemu przekroczyło. Jednak kilka jardów dalej na ich drodze pojawiły się najpierw podmokłe tereny, które z czasem zaczęły przechodzić w bagna. "Na bagnach nigdy nie jest bezpiecznie, połowa dnia za nami, koniec więc tej zabawy będę musiał wrócić do swojej półelfiej postaci. Trzeba wybrać bezpieczną i najszybszą drogę przez zdradliwy teren." Po kilku oddechach był znów półelfem, pierwsze co zrobił to zajął się zwierzętami, oczyścił, nakarmił potem sam się ubrał i napił wina. Bezwiednie jego ręka powędrowała do fajki i kapciucha z ziołami - "nie, dzisiaj nie będę palił, ani jutro ani pojutrze, nie zjem także grzybków w najbliższym czasie." Złożył palce, wypowiedział szeptem kilka słów, poczuł jak magia przepłynęła przez palnę, jak rozeszła się promieniście, by powrócić do jego umysłu z wiadomością o zagrożeniach, kolejne zaklęcie przyniosło mu informacje o najbezpieczniejszej ścieżce przez bagna. Ruszył więc, nie chcąc spędzać nocy na podmokłym terenie. Gdy słońce zaczynało zachodzić, Corum wciąż jechał po podmokłym terenie, choć najbardziej niebezpieczny był już za nim. Wyjechał na niewielką polanę, rozejrzał się za miejscem na nocleg. Postanowił rozbić się pod rozłożystym dębem stojącym niemal na środku polany. "Korzenie dużych drzew kontrolują miękką ziemię, tu więc będzie najbezpieczniej. Do tego mam tu opał i najniższą wilgotność gleby. Dobre miejsce na sen." Ruszył w stronę dębu omijając niewielkie oczko wodne, rozglądał się za śladami, znajdując jedynie odciski drobnych łapek zajęcy i jednego lisa. Na miejscu rozkulbaczył konia i oczyścił go, potem zajął się psem, wróblem i pająkiem. W końcu miał czas na oczyszczenie swojej broni. Każdą lotkę strzały starannie konserwował, sprawdzał każdy grot czy trucizny jest wystarczająco dużo, czy się gdzieś nie wyszczerbił, czy nie pojawia się rdza. Rozprężył dwa łuki, oczyścił i powiesił aby obeschły, przed zachodem słońca zapakował je do skórzanych pokrowców. Trzeci łuk miał napięty i gotowy do użycia. ************************************************** * Post będzie edytowany: musze ustalić w którym momęcie pojawia się dziwnyptak i jak daleko mogę prowadzić opis, poza tym mam kilka pytań do MG a post, tą część wstawiam aby gracze mieli jasność co dzieje się z Corumem.
__________________ Świerszcz śpiewa pełen radości, a jednak żyje krótko. Lepiej żyć szczęśliwym niż smutnym. |
| | |
| | #87 |
![]() | Z samego początku chciała go jedynie sprowokować, by w gniewie, by w irytacji zdradził trochę prawdy o sobie. Chciała szturchnąć, lekko uderzyć z nadzieją, że straci panowanie nad swoimi nerwami, że tracąc je, pokaże kim jest naprawdę, jaki jest pod maską nienaturalnego spokoju, nadającej jego twarzy martwy, nieruchomy wyraz. Kathryn zaś nie ufała martwym, szczególnie tym, którzy zamiast spokojnie leżeć w ciemnościach, chodzili po świecie. Nawet tym, którym jeszcze biło serce; szczególnie tym, którzy pojawiając się jak letni deszcz, byli aroganckimi bufonami, których cele pozostawały dla niej tajemnicą. Dlatego spytała komu skłamał, komu skłamał może nie wprost, może nieświadomie… i cóż z tego? To było dobre miejsce, żeby zacząć. Kto pamiętałby dokładnie słowa, których użył druid, kto mógłby precyzyjnie powtórzyć jego sformułowania? Walnar? Turgas? Saline? Nikt przecież. Nawet ona. Czy udało się jej? Czy trafiła? O, tak… Trafiła. Zaciśnięte zęby, napięte mięśnie twarzy, zwężone w szparki oczy. I tylko martwo spokojny głos. - Jak śmiesz zadawać mi kłam, mieszczko? A może nie rrozumiesz? Pozwól więc, że ci wyjaśnię. My, drruidzi, nie pełnimy kapłańskiej posługi, choć nal'eżymy do kapłańskiej kasty. Nie głosimy wiarry w bóstwo, którre wyznajemy, tak samo jak astrro'lodzy, jesteśmy natomiast opiekunami naturry. Nie prróbuj mnie zrrównywać do siebie, kłamczucho. Mówienie nieprrawdy jest odrrażające i garrdzę takim postępowaniem. Odpowiedź obelżywa, odpowiedź agresywna, odpowiedź oskarżająca. Odpowiedź przepełniona arogancją płynącą z całkowitego niezrozumienia pytania. „Jak śmiesz zadawać mi kłam?”, „kłamczucho”, „odrażające i gardzę”. Tak mało słów, a tak wiele treści. Oh, oczywiście, może i jej pytanie nie mieściło się w konwencji dobrego, salonowego wychowania, lecz na wszystkie zarazy świata, wystarczyło rozejrzeć się po zgromadzonych na polanie, po samym otoczeniu, by zauważyć, że jest to czas i miejsce gdzie rozluźnieniu ulegają ciasne formy etykiety. Szczególnie, gdy ktoś wcześniej sam się spoufala, tym samym dając pozwolenie na nagięcie niektórych reguł, na większą bliskość – bliskość tworzoną przez wspólną podróż, wspólne ognisko, wspólne zabijanie. Dlatego spróbowała raz jeszcze wytłumaczyć. W odrobinę bardziej precyzyjny sposób, który – jak miała nadzieję – zwróci uwagę Coruma na ton jego odpowiedzi, tak niestosownie, cudownie… przereagowany. - To tylko klasyfikacja formalna – machnęła lekceważąco ręką. – Ja natomiast mówię o logice twojej wypowiedzi. Na gruncie logiki, gdybyś był kapłanem może byś o tym wiedział, dwa sprzeczne ze sobą twierdzenia nie mogą być jednocześnie prawdziwe. Ergo, jedno musi być fałszywe. Rozumiesz implikacje, o szlachetny panie, który na swoim herbowym mieczu zwykłeś piec dziczyznę? Czy rozumiejąc dalej będziesz niezasłużenie obrażał mnie słowami, tak jak na początku obrażałeś mnie spojrzeniem? - W mojej ojczyźnie, gdy szl'achcic obrraża chama l'ub łyka, żaden z nich nie śmiałby owemu szl'achcicowi tego wypomnieć, a obrrazę przyjąłby z pokorrą. Rrównież ani cham, ani mieszczanin nie ośmiel'iliby się obrrażać szl'achetnego w obawie o swój język. Tu, na Orrkusie, dostrzegam pewne odstępstwa od dobrrych obyczajów. Nic ci do tego, dziewko, w jaki sposób podchodzę do mojego szl'achectwa i co rrobię z moim mieczem. Moje decyzje może podważyć jedyne inny szl'achcic l'ub drruid. Natomiast tłumaczyć się ze swego postępowania zwykłem jedynie przed swoim ojcem i rradą drruidów, a jako półelf przyzwyczajeń nie zmieniam. Paradne. Dobre obyczaje, lecz kolejna obraza. Już nie tylko mieszczka, już nie tylko odrażająca i godna pogardy kłamczucha, jeszcze dziewka do chamów i łyków zaliczana, których można bezkarnie obrażać. Kathryn dokładnie zapamiętała każde z tych określeń, każde słowo, brzmienie głosu, wykrzywienie ust, dym, którym dmuchnął jej prosto w twarz. Teraz to był już pojedynek, choć dłonie nie dotknęły broni, choć nie padło żadne słowo wyraźnej groźby. Zignorowała więc słowa Walnara, tak samo jak zignorował je druid i postanowiła zakończyć na swój sposób. Nie opuszczając wzroku, nie czerwieniąc się, nie wpadając w drżenie przerażonej gniewem szlachcica niewiasty. - Dobrze więc. Pominę, że miotasz obelgi bez pokrycia oraz próbujesz mnie zastraszyć w prymitywny sposób właściwy dla prostego rębajły i skupię się na innej sprawie. Twoja prowincjonalna ojczyzna została daleko za morzem, Corumie. Tutaj natomiast zaraz za zdradą, podszywanie się pod szlachcica jest największą zbrodnią. I najciężej karaną – choćby tak jak kilka miesięcy temu na największym rynku Ostrogaru, ku uciesze rozbawionej gawiedzi. Jako praworządny obywatel czuję się zaniepokojona widząc osobę, która podając się za szlachcica wymalowana jest jak dzikus, niewychowana, ignorująca stojącego obok rycerza, która – w kryteriach tutejszej, prawdziwej, szlachty – znieważa swój herb, a więc swoje nazwisko, swój ród i swoją krew, której ten jest symbolem. Corumie Vicious, o nazwisku, które ewidentnie jest przydomkiem, a nie nazwiskiem rodowym nadawanym od majątku ziemskiego, dziwisz mi się? Dziwisz mi się, druidzie, który ponad naturalny porządek rzeczy stawiasz z punktu natury sztuczne hierarchie i układy, który mówisz jednocześnie tak i nie a innego nazywasz kłamcą? Dziwisz mi się jako szlachcic, druid czy mężczyzna? Przysunęła się do niego blisko, na odległość jednego głębszego oddechu, delikatnie dotknęła jego twarzy, ciekawa jak dawno nie miał kobiety. Fizycznością próbując przechylić szalę na swoją stronę, zdekoncentrować go; słowami zaś uświadomić mu, że nie jest całkowicie bezpieczny, że jest niewiarygodny, że tutaj – na Orkusie – może się liczyć z tym, że jakiś mieszczanin wyjawi przez Radą swoje wątpliwości a ciekawskie, złośliwe języki rozniosą je w świat odpowiednio przekształcone. Nie na jego korzyść bynajmniej. Z drugiej zaś strony, chodziło przecież o bezpieczeństwo. Jej bezpieczeństwo. Nie była na tyle głupia, by iść na noże ze szlachcicem; nie chciała się też po prostu poddać. Drażnienie dzikich zwierząt miało w sobie delikatny posmak nowości, ulotny zapach ekscytacji. Nie był on jednak na tyle wyrazisty, by ryzykować bardziej niż to potrzebne. Szczególnie, że to konkretne zwierzę zdawało jej się coraz bardziej nieobliczalne. Na szczęście jej dalszy udział w rozmowie nie był konieczny. Turgas skutecznie skupił na sobie uwagę druida, i Kathryn mogła spokojnie usunąć się w cień, na ulubioną przez nią pozycję obserwatora; mogła przyglądać się zaogniającemu się konfliktowi z kciukami zatkniętymi za szeroki, skórzany pas, z biodrem opartym o szorstki pień drzewa, ze skupionym wyrazem twarzy, lekko zmarszczonymi brwiami; w pozie w pewien sposób dwuznacznej: jednocześnie nonszalanckiej, wyzywającej i manifestującej narastające zdystansowanie względem całej sytuacji - kciuki za pasem, ale blisko broni; rozluźniona poza, lecz uważne, taksujące spojrzenie. Zacięty, sceptyczny Turgas, Walnar, któremu zabrakło odrobiny determinacji i siły woli, by zdominować druida, dokończyć to, co zaczął. I Saline, głupiutka Saline, która kolejny raz umyła ręce, kolejny raz uniknęła dokonania wyboru, opowiedzenia się po którejś ze stron. Jak zwykle bierna, jak zwykle uciekająca od jakiejkolwiek niewygodnej konfrontacji. Jej niedobrani towarzysze podróży. I Corum… Och, prawie wzruszył i przekonał ją, gdy spojrzał jej głęboko w oczy. Prawie. - Zrozumiałem co chciałaś mi powiedzieć panienko Kathryn, lecz zrozumienie przyszło za późno. Jesteś mądrą kobietą, a słowa i gesty skierowane do ciebie były karygodne. Od naszego pierwszego spotkania po dzisiejszą rozmowę byłem niesprawiedliwy dla ciebie, wiem że należą ci się wyjaśnienia i jeśli będzie to możliwe postaram się rozwiać wszelkie Twoje wątpliwości. Proszę przyjmij moje szczere przeprosiny. Nie miałem na celu obrażać ciebie ani nikogo z obecnych. Zapomniałem, że jestem druidem i nie należę już do świata homosapiens, staję się dzikusem i w dziczy jest mój dom. Jednak gdzieś w środku mnie jest jakaś cząstka, piętno cywilizacji, zaślepiające zdrowy rozsądek. „Panienko Kathryn”, kolejny zwrot zapisany w pamięci. Tylko jedna osoba przez całe życie tak się do niej zwracała, ale ona miała powód i prawo do tych lekko pachnących protekcjonalnością słów. Nie on, rzucający teksty nawróconego w dwie minuty grzesznika. Nienaturalny, niewiarygodny zwrot – Kathryn doskonale rozumiała sam zamiar wycofania się z tej sytuacji, widziała Morghlithowców podczas walki i nie chciałaby stanąć przeciw nim na otwartym polu, widziała twarz Turgasa naznaczoną znamieniem jego boga, widziała jak skuteczny jest. To, co zrobił druid, było jednak zbyt przejaskrawione, by robić dobre wrażenie, by ona mogła uwierzyć w szczerość jego intencji, by mogła powiedzieć, że wyszedł z tego z klasą. To nie cywilizacja go zaślepiała, to jakiś brak, wewnętrzny dysonans, wypływający z niego w potoku sprzecznych wzajemnie słów. Ale czego można spodziewać się po człowieku, który twierdzi, że w ciągu pięciu minut słowa straciły dla niego znaczenie? Który twierdzi, że przyzwyczajeń nie zmienia, tylko po to, by chwilę później dojść do wniosku, że rezygnuje ze szlachectwa? Który zamienia się w konia i galopuje w las ze swoją klaczą i resztą stada… Kathryn odprowadziła spojrzeniem czarny zad konia niknący w otaczających polanę rzadkich krzewach. Pochyliła głowę, skuliła lekko ramiona i zaczęła się śmiać. Cichym, szczerym, oczyszczającym śmiechem, który rozjaśnił jej twarz i uwidocznił dołeczek na lewym policzku. Walnar widział ją taką po raz pierwszy. - Kuc i "pilne spotkanie z Żywiołem Ziemi" - wykrztusiła po chwili. Kiedy Turgas zadał pytanie rycerzowi, zakryła usta dłonią opanowując śmiech i zerknęła na człowieka z ciekawością. |