![]() | ![]() |
![]() |
| |||||||
| Sesje RPG - Inne Tutaj możesz zagrać w tych światach, które zostały pominięte powyżej. Czy to rządzona przez orki Orchia, czy może kosmos w erze, kiedy słońca zaczynają gasnąć. Na pewno znajdziesz tu coś dla siebie. |
![]() |
| | Narzędzia wątku | Wygląd |
| | #1 |
![]() | Piękne złociste lato dopiero zakwitało na Orchii. Była to przecudna pogoda, która z tej żyznej krainy wyciągała na wierzch wszystko to co najpiękniejsze. Miało to też swoje minusy, które szybko odkryli zbyt mocno opancerzeni wojowie. Skwar lejący się z nieba utrudniał podróż w zbroi, jednak każdy z Was wiedział, że samotny podróżnik to niemal martwy podróżnik. Zbyt wiele jeszcze zagrożeń czyhało zewsząd, by móc pozwolić sobie na beztroskie podróże w pojedynkę. Dlatego też nawet w największe upały, gdy słońce rozgrzewało do wysokich temperatur metalowe pancerze, nikt z Was nie zdecydował się na ich zdjęcie. Na szczęście zbliżał się koniec wędrówki, dotarliście do miasteczka leżącego gdzieś pomiędzy Górami Wapiennymi a Ostrymi Wzgórzami. Do najbliższego innego miasta mieliście tygodnie drogi z powrotem. Bogenhofen – leżało u podnóży Długich Skał, każdy z Was miał powód do podróży, nikogo jednak to miejsce nie trzymało, w każdej chwili byliście przygotowani na powrót, lub na dalszą trasę w nieznane – co przez długi czas napędzało was w podróży. Teraz, gdy byliście już tak daleko od rodzinnych stron, zastanawiającym aspektem całej wyprawy była odpowiedź sobie samemu na pytanie czy było warto? Patrząc na siniaki, odciski i zmęczenie podróżą, odpowiedź nasuwała się sama – nie było warto. Jednak byliście już tak daleko, że teraz bez uzupełnienia zapasów i chociaż tygodniowego odpoczynku powrót nie mógł się odbyć. Upał letnich dni doskwierał co bardziej opancerzonym podróżnikom, nieustanna jazda doskwierała tym którzy nie byli obyci i przyzwyczajenia do grzbietu konia. Jedynym chyba pocieszającym aspektem była pełna ilość zwierzyny. Nawet Ci którzy nigdy dotąd nic nie upolowali, mieli teraz wyśmienitą okazję. Strumyki, stawy i inne skupiska wody były tak zapełnione rybami, że po kilku próbach można je było wyciągać gołymi dłońmi. Zwierzyny było dość dużo i może dzięki temu żaden z Was nie został napadnięty przez krążące sfory wilków – doprawdy wypasionych i potężnych. Nie dostrzegliście też jakichś większych zgrupowań goblinów czy innego paskudztwa, pomimo tak obfitych terenów – jedna z możliwych odpowiedzi nasuwała się sama, przed Bogenhofen musi mieszkać jakiś potężny druid. Każdy z Was był przemęczony psychicznie, gdy opuszczał rodzinne strony. Trud zdobycia profesji, emocje łączące Was z tym miejscem, znajomi, którzy przychodzili tylko gdy coś od Was chcieli. Szlachta miała na głowie inne szlacheckie i wiecznie knujące rodziny – które uprzykrzały konkurentom życie jak tylko się dało. Mieszczanie już ostatkiem sił przetrzymywali ucisk, jaki tworzyła im szlachta. Ucisk był na tyle mocny, że na wewnętrzne walki w tej grupie społecznej najczęściej zwyczajnie brakowało już sił. Jednak od tygodnia czuliście już spokój. Z dala od wydarzeń , które każdego dnia zapełniały Wam czas, umysł i pracę, z dala od harmidru jaki był wokół was – wreszcie wypoczęliście psychicznie. Potrzebne było tę parę tygodni osamotnienia, aby wyciszyć się i uspokoić. Po takim czasie wszystko nabierało innej perspektywy. Wcześniejsze radości nie były już tak radosne, a smutki smutne. Każde z Was w tej wyprawie chciało też wypróbować własne siły, gdyż jak dotąd znaliście je jedynie z oceny innych. Można powiedzieć, że zdaliście egzamin, mimo, że niektórym początkowo dość opornie szły obozowe czynności. Zbliżała się noc, kiedy przybyliście do miasta Bogenhofen. ![]() Po długiej podróży każdy z dzielnych bohaterów był już wyraźnie zmęczony. Zdrożeni drogą nie mieliście zapału do oglądania architektury miasta, ani też do podziwiania okolicznych uroków, które w świetle dnia pokazywały to miejsce w całkiem odmienny sposób. Kocie łby – kamienie powbijane w drogę jeden przy drugim były rzadkością w mniejszych miasteczkach, Bogenhofen tym się właśnie wyróżniał, podobnie jak dość solidnym, choć niskim obmurowaniem wybudowanym dookoła miasta. Na zewnątrz było jeszcze kilka chat, zabudowania wieśniaków i kupców, którzy chcieli uniknąć miastowego podatku, jednak spowodowane to było raczej brakiem miejsca wewnątrz miasta, niż jakąś specjalną chęcią zaoszczędzenia i znalezienia się poza ochronnymi murami. Dotarliście w końcu do karczmy leżącej w centrum miasteczka, wyglądała z zewnątrz na przyjemną i zadbaną, ale i tak nie mieliście raczej wyboru. Każdemu z Was śmignęła postać przyszłego towarzysza, gdy zamawialiście nocleg i posiłki w jedynej karczmie w okolicy „Złocisty bażant” . Osobą majętnym karczmarz oferował tytułowy przysmak, tym którzy nie chcieli żyć w rozpuście pozostawała kasza gryczana z przepysznym myśliwskim sosem. Do tego wino z urodzajnych winnic, o których karczmarz byłby w stanie opowiadać godzinami. ![]() Pyszne zapachy doleciały do Was gdy tylko otworzyliście drzwi do karczmy. Zapach pieczonego mięsa, mieszający się z bukietem zapachów, jakie wydzielały otwarte butle miejscowego wina. Karczma była wyjątkowo czysta tak na zewnątrz jak i wewnątrz. Starsza ludzka kobieta pilnowała porządku w dzień i w nocy, a gdy tylko któryś z gości coś rozlał lub ubrudził, niemal jak wytrawny zabójca podkradała się do zabrudzenia i usuwała je nim ktokolwiek w ogóle to zauważył. Zortek – gdyż tak nazywał się pulchny ork, który prowadził karczmę, przydzielił każdemu z przybyszy osobny pokój, ciesząc się z nowych gości, gdyż jak mówił nieczęsto tu do nich ktoś zaglądać raczy. Znużeni podróżą nie mieliście jednak siły wdawać się w pogawędki, od tygodni nie spędziliście nocy w łóżku, tym bardziej po ciepłym i smacznym posiłku, zaprawionym winem, lub jeśli ktoś chciał piwem, poszliście spać. Mieliście wszyscy dziwny sen, każdy z Was widział siebie jakby w odległej przyszłości. Tan Walnar Razgore Siedziałeś na bogato zdobionym tronie. Kość słoniowa mieszała się z czarnymi perłami, złoto z platyną. W wielkiej komnacie przyjmował właśnie poczet rycerski, który przybył złożyć mu hołd i podarki. Klejnoty w skrzyniach błyszczały, panny – prześliczne dwornie ubrane damy, rumieniły się spoglądając na ciebie, a garstka skutych łańcuchami paladynów, czekała pokornie w wejściu, aż raczysz ich przyjąć i ułaskawić, jeśli taka będzie Twoja wola. Na moment jednak podszedłeś do okna, znajdowałeś się wysoko na szczycie skalistej góry, na której Twój zamek miał doskonałe położenie obronne. Gromada wartowników, odzianych w najlepszej jakości pancerz pilnowała Twego bezpieczeństwa na rozległych murach i posterunkach obronnych. Z tej wysokości doskonale było widać okoliczne wsie, miałeś swoje włości jak na dłoni, a były one rozległe. Stwierdziłeś to po trzepoczących flagach rozsianych po terenie, na których wyraźnie dostrzegłeś swój herb, w kształcie tarczy z niebieską obwódką, w środku 3 pola, na dolnym w kolorze białym dwa ciemne górskie szczyty zwieńczone słońcem, lewe górne to szary zamek na czerwonym tle, a prawe górne to srebrny miecz ostrzem w górę na zielonym tle. Zwróciłeś uwagę na machiny i broń, przez chwilę, drobny moment zdziwiłeś się, gdyż nigdy czegoś takiego nie widziałeś. To chwilowe zdziwienie wyrwało cię z przyjemnego snu. Świt pukał już do okien, więc po chwili obmyłeś twarz. Mówią, że ten kto zrazu spojrzy w okno, zapomina sen, jednak o tym czy go zapomniałeś, zdecyduj sam drogi Tan Walnarze. El Saline Us'Losar Przyjmowałaś właśnie kupca, bogato zdobiona i nabijana klejnotami szata nikła jednak przy twej okazałej sukni. Delikatne szycia i misterne wzory wyplatane mitrylem stanowiły kunszt tkacki i zbrojmistrzowski zarazem, gdyż wiedziałaś dobrze, że ta z pozoru lekka i przewiewna, a przy tym tak delikatna suknia, jest także świetnym pancerzem, wzmocnionym magią. Kupiec otworzył skrzynię wypełnioną diamentami, rubinami, szmaragdami. Najbardziej jednak w oczy rzucała się Czarna Perła o wielkości zaciśniętej pięści, oraz piękne jabłko wyrzeźbione z platynie. Chciałaś już mu zapłacić za przyniesione klejnoty on jednak cofnął się o krok, ukłonił się i zarumienił mówiąc - O nie Tan Saline , przyjmij to proszę jako podarunek, wiesz dobrze jak serce moje mocno bije do Ciebie. Gdy wyszedł zdałaś sobie sprawę, że jeszcze długa kolejka zakochanych amantów pragnie dostać się do Ciebie, abyś choć przez chwilę zaszczyciła ich swą obecnością. Nie martwiłaś się przy tym ani przez chwilę o swoje bezpieczeństwo wiedząc, jak wytrawną wojowniczką w tej chwili byłaś. Pukanie kolejnych amantów zbudziło Cię jednak ze snu, a może to były kroki innych gości którzy właśnie przechodzili pod Twymi drzwiami? El Turgas Właśnie kończyłeś przemowę na wielkim placu, na którym zgromadzone były setki, tysiące osób. Każda z nich miała ogoloną głowę z wytatuowaną na niej czaszką przedstawiającą Morghlitha. W ich fanatycznym spojrzeniu czułeś całkowite poddanie twoim słowom. Na twe skinienie olbrzymia, uzbrojona armia ruszyła na podbój białej świątyni Asteriusza Wielkiego. Lecąc w powietrzu widziałeś jak Twoja armia zalewa garstkę obrońców, niszcząc wszystko co stało im na drodze. Wkrótce płomień objął świątynie a ty sam przeniosłeś się do wielkiej katedry, poświęconej Twemu bogu , gdzie trwała właśnie ceremonia 1000 świec w której Ty brałeś główny udział. Gromada doświadczonych kapłanów i akolitów otaczała Cię zwiększając szansę na powodzenie modlitwy. Ich rangi daleko przewyższały najwyższe poziomy o jakich śniłeś – ledwie garstka z obecnych kapłanów wystarczyłaby do pokonania całych armii. Monotonne modlitwy których echo odbijało się od sklepienia świątyni, lekko gryzący zapach kadzideł, wreszcie rząd ofiar – skazańców przygotowanych na śmierć ku chwale Twego boga stanowiło najlepiej przygotowaną mszę – przy której zainteresowanie bóstwa było niemal pewne. Czułeś jak przenika Cię spojrzenie… Obudziłeś się gwałtownie, było Ci dziwnie ciepło czułeś jeszcze w powietrzu zapach kadzideł nim całkiem oprzytomniałeś. Tan Alander Sanssel Znajdowałeś się w wysokiej wieży, której szczyt nikł niemal w chmurach. Rozciągał się z niej przepiękny widok sama wieża znajdowała się pośród gór, żadne jednak z jej zboczy nie przysłaniało widoku, gdyż taras widokowy jaki miałeś na jej szczycie, był najwyższym punktem tego górskiego pasma. Miałeś z tego miejsca widok na morze, którego fale rozbijały się u podnóża gór. Nie potrzebowałeś żadnych strażników, oswojony zielony smok, którego piękno byłbyś w stanie podziwiać godzinami, krążył wokół Twoich włości wypatrując niebezpieczeństwa. Nawet bez niego, nie znalazłby się raczej głupiec na tyle odważny by próbować pokonać wielkiego maga z wieży. Nieliczni wiedzieli, że umieszczona była na niewiarygodnym skupisku mocy. Legendy oraz Twoje badania dały Ci wiedzę, że gdzieś w tych górach prawdopodobnie znajduje się jeden z kryształów czasu. Ze szczytu wieży mogłeś spopielić każdego intruza, mitrylowy pentagram jaśniał w blasku słońca na szczycie wieży zapewniając właściwe skupienie mocy. Dopiero gdy zszedłeś do swych niżej położonych luksusowych komnat zobaczyłeś ogrom swego bogactwa. Prastare księgi, które aż błyszczały od magii, przyrządy i instrumenty magiczne, które zawsze stanowiły obiekt Twych pragnień – leżały ułożone na misach ze złota. Na stoliku leżały przygotowane magiczne mikstury, które jeszcze bardziej wzmacniały Twe ciało i moc. Organizm nie był w stanie przyjąć na raz tego co oferowały magiczne mikstury, jednak wiedziałeś , że miarowe i stałe ich wypijanie wzmocni Cię a Twe ciało doprowadzi do niewyobrażalnej wręcz mocy. Już teraz czułeś siłę, z którą mógłbyś nieść na ramionach rycerza w zbroi, siedzącym na opancerzonym koniu – o ile zdołałbyś ich uchwycić. Kolejny łyk rozpłynął się po gardle pozostawiając miły posmak. - Gheh, agheh – obudziłeś się krztusząc, chyba ślina spłynęła do niewłaściwej dziurki, budząc Cię przy tym w niemiły sposób, o dziwo czułeś jednak przez moment słodki posmak na gardle, dopóki nie przepłukałeś go wodą próbując powstrzymać krztuszenie. Tan Tishalulle Ashke'vronte Zapamiętałaś dwa sny tej nocy. Najpierw walczyłaś z przeważającą armią wrogów. Właściwie to byłaś sama a armia przeciwników zasłaniała cały horyzont. Było ich mrowie, ty jednak niestrudzenie zabijałaś jednego po drugim. Płynność Twoich ruchów ulegała jedynie ich precyzji. Sztych i śmierć, cięcie i śmierć, unik którym nakierowywałaś swoich wrogów na siebie samych – to była Twoja specjalność o której nawet wytrawni mistrzowie miecza mogli pomarzyć. Stos ciał rósł, po jakimś czasie byłaś już na wzgórzu zbudowanym z martwych ciał przeciwników, wciąż jeszcze walczyłaś, choć armia wydawała się o wiele mniejszą. Gdy padł ostatni przeciwnik ze zdumieniem spojrzałaś w dół, stałaś na prawdziwej górze kości i mięśni, aż dziwne, że jeszcze się na tym utrzymywałaś. Kolejny sen był o wiele przyjemniejszy. Dźwięk melodii wydobywanej z instrumentu wprawiał w osłupienie tłum zgromadzony przed pałacem Katana, Najjaśniejszy imperator osobiście przybył na Twój indywidualny występ w otoczeniu dworzan i ludu przysłuchiwał się jednak bardziej melodii Twego głosu. Tylko Twój śpiew przewyższał jakością muzykę – która sama w sobie była perfekcyjnie doskonała. Tłum nie wydał nawet szmeru, nie przerywał oklaskami, nawet wiele minut po skończonym występie trwał w martwej ciszy kontemplując prawdziwą sztukę. Zauważyłaś, że niektórzy omdleli z wrażenia. Utwór sam w sobie nie miał takiego znaczenia. Byłaś tak pewna swoich umiejętności, że wiedziałaś dobrze, że zachwyt wywołała by nawet najgłupsza karczemna pieśń. Ty jednak swymi balladami miałaś wpływ nie tylko na nastrój tłumu ale i wszelkie uczucia jakie żywili. Mogłaś wywołać nienawiść do pojedynczej osoby jak i całej rasy do tego stopnia że ginęliby w bratobójczej walce. Mogłaś wywołać miłość która nie trwała by do opadnięcia zauroczenia lecz aż do grobu a może i nawet dłużej. Byłaś przy tym całkowicie pewna, iż każda wywołana emocja będzie dla tych ludzi ich własną – prawdziwą i żywioną od lat. Taką której nie da się wykorzenić, przełamać czarem ani w inny sposób zniwelować. W tej chwili miałaś świat u stóp, gdy jednak napawałaś się swym sukcesem dźwięk tysięcy klaszczących dłoni wyrwał Cię ze snu, tylko po to by chwilę później usłyszeć nawoływania i oklaski przechodniów. Ktoś wołał kogoś a ktoś inny klaskał w zachwycie zaciekawiona dostrzegłaś, że klaszczą rozbawione dzieci na widok akrobatycznych popisów swego rówieśnika. El Kathryn Varda W blasku Twych iluzji połączonej z harmonijnym dźwiękiem osłupiłaś swym występem samego Katana. W pałacu w którym dawałaś przedstawienie – iluzję opowiadającej o najważniejszych wydarzeniach Orchii – zgromadzeni byli sami dostojnicy. Mistrzowie w swoim fachu – przedstawiciele największych i najzamożniejszych gildii i organizacji. Nawet tej która miała czelność odrzucić niegdyś Twoje podanie. Miałaś u stóp całą śmietankę najważniejszych osobistości dobrze wiedząc, że cokolwiek im byś teraz nie podsunęła – każdy wypełni Twoją wolę co do joty. Doszłaś do mistrzostwa w iluzji która automatycznie stawała się prawdą nawet u najbardziej opornych niedowiarków, nawet wtedy gdy prawdą nie była. Sprawiłaś nawet, że wszyscy poczuli wilgoć gdy całą komnatę wypełniło iluzyjne morze gdy ukazywałaś największą bitwę morską w dziejach Orkusa. Właśnie ta wilgoś a właściwie uczucie mokrości wybudziło Cię ze snu, na nocnym stoliku leżała przewrócona karafka z wodą, Twoja ręka znalazła się na stoliku stojącym tuż przy łużku. Leżała w małej kałuży jaka utworzyła się na stoliku po przewróceniu karafki. Nie pamiętałaś już czy przed zaśnięciem ją postawiłaś tak blisko siebie, czy też nocne pragnienie wyciągnęło Cię z łóżka. Jedno było pewne wrażenie wywołane iluzją jaką we śnie stworzyłaś wciąż w Tobie tkwiło, choć chwilę później obrazy ze snu jak to zwykle bywa zostały przymglone szarą rzeczywistością dnia. -------------------------------------------------------------------------------------- Ponieważ poszukiwaliście mistrza, aby podszkolił Was w umiejętnościach udaliście się po radę do karczmarza, przy śniadaniu składającym się z świeżo wypieczonego chleba, konfitur z winogron lub jajecznicy na boczku. Karczmarz zapytany o możliwości nauki, z dumą wypiął pierś i odpowiedział. - Tak szlachetny Panie/Pani, mamy tu taką osobę o jakiej mówisz. Karczmarz podał Wam imię szukanej przez Was osoby, po czym wytłumaczył jak do niej dojść. - Na pewno nie przeoczysz jego domostwa, to najlepiej pilnowany dom w mieście, he he, nawet miejscowy posterunek orków nie jest tak dobrze strzeżony. Karczmarz uśmiechnął się i pożegnał po zainkasowaniu należności. Każdy z Was udał się pod wskazany adres, na odchodnym słysząc pytanie karczmarza czy przyszykować mu coś konkretnego na obiad. Zdziwionym, karczmarz szybko wytłumaczył, że mięso ma świeże, gdyż codziennie rano zamawia to co na dzień mu potrzebne, a miejscowi myśliwi codziennie zaopatrują karczmę. - Sarnina, dziczyzna a może królik? Może jakąś rybkę szlachetny gościu? Tym którzy jednak poprzedniej nocy skusili się na bażanta, na myśl o obiedzie powrócił smak wczorajszej kolacji – doprawdy wyjątkowej. Karczmarz chyba doskonale wiedział, że i tak raczej nigdzie indziej nie zamówicie jedzenia, niemniej starał się schlebić Waszym wymaganiom, a nawet je uprzedzić. Tan Walnar Dom a właściwie twierdza był dość okazały. Na zewnątrz dostrzegłeś czterech strażników, dwóch przy drzwiach frontowych – solidne dębowe drzwi, okute żelazem. Dwóch na dachu domu, uzbrojonych w kuszę. Nie musiałeś długo oczekiwać, rycerzom takim jak Ty się nie odmawia, o czym strażnicy musieli chyba dobrze wiedzieć. Jeden z nich poprosił Cię uniżenie: - Poczekaj proszę Tan Walnarze, zaanonsuję Cię u mistrza Tan Gortmunda Czarnego. Po czym oddalił się w głąb domostwa, pozostawiając kolegę po fachu przy drzwiach. Strażnik wyglądał na wyszkolonego, stał już wcześniej z wyciągniętym mieczem, dlatego nie miał teraz dyskomfortu, czy go wyciągać przed szlachetnie urodzonym czy nie. Nie miałeś jednak „złych” zamiarów i wkrótce znalazłeś się wewnątrz domu. Poprowadzono Cię do Tan Gortmunda, po drodze widziałeś kilka ładnych obrazków przedstawiających sceny bitew, całość wnętrza domu przedstawiała się jednak dość surowo. Zupełnie inaczej było w pokoju, w którym przyjął Cię Czarny Rycerz. ![]() Trofea w postaci skór zwierząt, ładne, proste i wyjątkowo gustowne umeblowanie, piękne oprawione w złoto obrazy. Wygodne fotele, stolik z kryształową szybą, na którym leżała karafka ciemnoczerwonego trunku i dwa kieliszki. Obok leżała też dziwna drewniana prostokątna rzecz. Czarne i białe pola były porozrzucane po całej jej powierzchni. Na czarnych polach w kilku rzędach znajdowały się małe kryształowe figurki, przedstawiające różne rasy i profesje, po obu stronach wypełnione były trzy rzędy czarnych pól, a pośrodku były puste rzędy. Twoje zaciekawienie przykuło natychmiast uwagę nauczyciela. El Saline Zaszłaś do domu który pełnił jednocześnie funkcję poczty i sklepu z różnymi towarami. Asortyment był doprawdy imponujący, od gwoździ, poprzez owoce i warzywa, na pojedynczych egzemplarzach broni czy zbroi kończąc. Towar był różnorodny, choć w małych ilościach. Na zewnątrz sklepo-poczty wartowali ludzcy strażnicy. ![]() Wewnątrz budynku było kolejnych dwóch jeden z włócznią a jeden chodził z przywieszoną kuszą. - Czym mogę służyć uprzejmej Pani? Zagaił sprzedawca a gdy tylko poznał Twe imię zaproponował herbatkę. Poprosił o chwilę cierpliwości, gdyż szef je właśnie śniadanie i prosił, aby mu nie przeszkadzać. Odczekałaś więc stosowny moment, po czym zostałaś zaprowadzona do salonu, którego przepych możesz jedynie porównać do przepychu w salonie u Twoich rodziców, a i im jeszcze co najmniej kilkanaście udanych kontraktów mogło dopiero pozwolić na taki zbytek. Twoją uwagę przykuła niezwykła czarno biała szachownica. Na czarnych polach w kilku rzędach znajdowały się małe figurki, przedstawiające różne rasy i profesje, po obu stronach wypełnione były trzy rzędy czarnych pól, a pośrodku były puste rzędy. Twoje zaciekawienie od razu przykuło uwagę nauczyciela El Snoriego. El Turgas Znalazłeś się przy niewielkiej świątyni Morghiltha. Dwóch z pewnością dobrze wyszkolonych gwardzistów pilnowało wejścia. Oczywiście wpuścili Cię wewnątrz, z szacunkiem pochylając głowy, mimo to jeden z gwardzistów eskortował Cię do kapłana, na wypadek gdybyś nie był prawdziwym wyznawcą Morghlitha. - Witaj szanowny kapłanie jak Ci na imię? Ja jestem El Granmur ![]() Gdy już wymieniłeś swe imię i przedstawiłeś powody dla których przybyłeś, kapłan zabrał Cię na zaplecze, do przytulnej komnaty której daleko było od surowych ścian ascetycznych wyznań. Szybko rzuciła Ci się w oczy tajemnicza rzecz… Tan Alander Sanssel Gdy już dotarłeś do kilkupiętrowej białej wieży, nieco zdziwiła cię jej gładka konstrukcja. Gdy podszedłeś pod same drzwi zobaczyłeś, że powierzchnia z której zbudowana jest wieża nie ma żadnych nierówności, nie jest chropowata, tylko idealnie gładka niczym wypolerowany marmur. Drzwi zaś były wykonane z ciężkiego metalu, nie przypominało to wejścia do wieży maga, lecz raczej wejście do cytadeli więziennej lub innego mrocznego i niebezpiecznego miejsca. Gdy zapukałeś z pośród zwojów metalu odchyliła się mała żelazna sztabka pozostawiając pusty otwór z za którego dobiegł Cię głos. - Kim jesteś i czego chcesz? Gdy już się przedstawiłeś i wymieniłeś cel odwiedzin, jakiś ciężki dudniący odgłos dał znać, że metalowe blokady popuściły, chwilę później te ciężkie metalowe drzwi same się otworzyły wpuszczając nieco światła w mrok panujący na korytarzu, w którym nikogo nie było. Właściwie to byłeś pewien, że odgłos dochodził tuż zza drzwi, teraz jednak stwierdziłeś, że nie było to możliwe. Na pierwszym piętrze znajdował się przytulny gabinet w którym sędziwy mag - Tan Eldirion Dalabera przyjął Cię na spotkanie. Kryształowa kula, kilka grubych ksiąg, przyrządy do mierzenia i kreślenia wykonane złota, piękna haftowana najprawdopodobniej przez elfy mapa Orchii wisiała na ścianie. Najwięcej miejsca zajmowały jednak aparatura i przyrządy alchemiczne. ![]() Mag był w posiadaniu ślicznej różdżki, której zwieńczenie zakończone głową smoka rozbudzało Twoje złodziejskie pożądliwości. Mag chyba to jednak zauważył. Tan Tishalulle Ashke'vronte Dom szlachetnego Tan Gotrika znajdował się tuż przy bramie wjazdowej do miasta. Nie zauważyłeś żadnego strażnika, najwyraźniej nikogo takiego nie potrzebował. To podejrzenie dość szybko okazało się mylne. Twoje oko wychwyciło za zamaskowanym oknem czujne oko obserwatora, z takiej pozycji mógł z łatwością strzelać z kuszy samemu pozostając niemal bezpiecznym. Jednak gdy podeszłaś pod drzwi i zapukałaś w wejściu przywitał Cię lokaj. Szanowna pani – ukłonił się nisko i z widocznym doświadczenie, - Mój Pan z chęcią się z Panią zobaczy – zaprowadził Cię do sąsiadującej komnaty – gabinetu. Całość oprócz kilku antyków, ładnej rzeźbionej wazy i kamiennego gargulca raczej nie przedstawiała nic ciekawego. Z czym szlachetna Pani przybywasz? Gdy już poznał cel podsunął Ci dziwną drewnianą szachownicę nie wiedziałaś jeszcze czym ta rzecz jest. El Kathryn Varda Dom iluzjonisty nie wydawał się być domem iluzjonisty. Ponura i brzydka chata do której głupio się było nawet zbliżać. Przez myśl przeszło Ci pytanie jak ktoś może tu mieszkać. Jedyne co wydało ci się od razu dziwne, że taka nora powinna śmierdzieć – choćby z powodu brudu który oblepiał ściany domostwa. W końcu byłaś u iluzjonisty, więc od razu przypuściłaś, że i wygląd domu musiał być iluzją. Pomimo koncentracji i sporego wysiłku woli nie udało Ci się jednak jej przejrzeć. Porządna iluzjia i to na pewno zaklęta – skwitowałaś. Z lekkim oporem zdecydowałaś się zapukać do oblepionych mazią drzwi. Dłoń jednak nie usmarowała się niczym, nie odczuła też nic lepkiego, jedynie solidne drewno – choć drzwi same w sobie wyglądały na takie które rozpadną się od byle dotkniecia. Po chwili otworzyły się same a Twoim oczom ukazała się odmienna rzeczywistość. Gdybyś była złodziejem nie wiedziałabyś za co chwycić i co zabrać bo ilość nagromadzonych dóbr przerastała wszelkie oczekiwania. Nawet nie było można wybrać miedzy przedmiotami mniej wartościowymi a tymi naprawdę cennymi. Wszystkie warte były majątek – od obrazów, prawdziwych dzieł sztuki, poprzez wazy, kryształy, meble, gobeliny nawet na kandelabrach z czystego nitrylu kończąc – te jednak dostrzegłaś dopiero w gabinecie – stwierdzając jednocześnie , że chyba nic z tego prawdziwe nie jest. Obok rzucała się też przepiękna szachownica a gdy już uczyniłaś z iluzjonistą - Tan Salomonem wstępne uprzejmości…. --------------------------------------------------------------------------------------- - Tak właśnie, przejdźmy od razu do rzeczy, mam dla Ciebie pewną propozycję, jeśli zgodzisz się zagrać w grę, której zasad Cię zaraz nauczę, wówczas określimy na jakich zasadach przebiegać będzie współpraca między nami. Jeśli wygrasz, nauczę Cię za darmo, podstaw ścieżki jaką podążasz. Wzbogacę Twój zasób umiejętności, choć to najtrudniejsza rzecz, jaką wymaga się od nauczyciela. Moje podstawy będą bardzo służyć Ci na przyszłość, kolejni mistrzowie nie będą musieli korygować błędów, jakie mogliby wpoić Tobie niedoświadczeni nauczyciele. Być może jeszcze wciąż będziesz pobierał nauki u mnie o ile pozwoli mi na to czas a jego mam bardzo mało. Jak każdy z resztą na moim stanowisku. Jeśli przegrasz, to i tak nauczę Cię podstaw, ale wykonasz dla mnie pewną rzecz. --------------------------------------------------------------------------------------- Tan Walnar - Miałem kiedyś znajomego, który pożyczył ode mnie długi srebrny miecz. Kurt mu było jak pamiętam, wydarzył się to wiele lat temu i właściwie już niemal o tym zapomniałem. Chciałbym abyś udał się do niego i odebrał moją własność, dostaniesz list, aby Kurt nie śmiał Ci odmówić. Myślę, że to będzie właściwa przysługa za przysługę. Tylko uważaj na niego, mówiąc szczerze był i być może nadal jest lekko stuknięty. Gdy pożyczał miecz mówił coś o stworach, czy demonach z innych wymiarów, właściwie to mu niespecjalnie uwierzyłem, no ale ktoś kto w ogóle myśli o takich rzeczach musi mieć jakieś umysłowe zaburzenia… El Saline Us'Losar - Jest taki jeden gość o imieniu Kurt, kiedyś zapożyczył się u mnie na okazałą sumkę i to z procentami. Dopiero niedawno dowiedziałem się gdzie się udał, gdyż skubaniec zwyczajnie uciekł jak tylko wypłaciłem mu pieniądze. Była to okrągła sumka 100 sztuk złota, chciałbym abyś odzyskała ją dla mnie, przekażę Ci umowę na podstawie której wisi mi te pieniądze. Odsetki od tej sumy masz prawo pobrać w moim imieniu i zatrzymać, będzie teraz tego z drugie tyle. Kupiec zastanowił się na moment, po czym pokręcił głową i rzekł. - Jeśli wyciągniesz także odsetki, to chcę z nich trzydzieści procent, w końcu to moje pieniądze. Uśmiechnął się przyjaźnie. Na zachętę do gry, dorzucę jeszcze nauki wojownika – jednego z moich osobistych ochroniarzy. El Turgas - Dowiedziałem się niedawno o dziwnych rzeczach, które dzieją się na Kurtowym Dworze, jest to własność pewnego człowieka, który ponoć zgłębił zakazane nauki. Chciałbym abyś rozeznał się w tym miejscu, wyciągnął od Kurta jak najwięcej informacji czym się zajmuje i do czego doszedł. W grę mogą wchodzić ciemne moce – zauważyłeś momentalnie niezwykły błysk w oczach kapłana – więc bądź uważny, nie przegap niczego co może się przydać Tobie i mi. Możesz oczywiście nie przebierać w środkach jeżeli ma to służyć maksymalnemu wykorzystaniu tej podróży. – Ostatnie zdanie zabrzmiało tak, jakby kapłan nieoficjalnie zezwolił Ci nawet na morderstwo, ale tak to chyba miało zabrzmieć… - Jeszcze jedno, pytałeś o nauczyciela na gwardzistę, El Tornado jest świetnie wyszkolonym gwardzistą, w ramach umowy jego nauki również masz zapewnione. Tan Alander Sanssel - Chciałem wysłać Cię w pewne miejsce do którego sam zawędrowałem wiele lat temu. Wybrałem się tam w poszukiwaniu ziół, które akurat były potrzebne mi do badań i prac magicznych. Już dawno skończyły mi się ich zapasy i nie za bardzo mam je skąd dostać, myślę jednak, że w miejscu w którym je kiedyś znalazłem wciąż powinny się znajdować. Gdy tam dotarłem po raz pierwszy stał tam dworek wybudowany przez niejakiego Kurta, nawet nie wiem czy był chłopem, mieszczaninem czy szlachcicem, nie mógł być chyba jednak chłopem co oceniam po dokonaniach. Znam jednak tylko jego imię i położenie dworku, ale nie on mnie interesuje. Podążając od dworku w stronę z której wschodzi słońce powinieneś po kilku godzinach dotrzeć do polanki. Tam tez powinieneś znaleźć to zioło. Mag pokazał Ci zasuszoną roślinkę, oraz jej rysunek, który ukazywał gamę barw z okresu rozkwitania ziela. Suszona roślinka nie pozwalała tak dokładnie zapamiętać i odnaleźć tą samą z gatunku, jednak rysunek podpisany niżej „Roscor sor” dokładnie wskazał co masz zebrać. - Zbierz ich chociaż tyle, aby wypełnić tą sakwę – mistrz wyciągnął czarną sakwę i położył ją na stole – powinno mi to starczyć na długo a większa ilość mogłaby narazić to miejsce na wyjałowienie z rosnących tam ziół a tego byśmy chyba nie chcieli, prawda? Mag uśmiechnął się do przybysza, po czym dodał. - Jeśli zaś chodzi o szkolenie w złodziejskim fachu, to mam dobre kontakty z tutejszą gildią złodziei. No może gildia to zbyt mocne słowo, nie da się jednak ukryć, że organizacja, którą tworzą dba o swoje. Część ich dochodu idzie nawet na utrzymanie miejscowego posterunku, więc jak widzisz przynajmniej niektóre z zasad gildii przyjęli i wdrożyli w działanie. Mógłbym polecić Cię ich mistrzowi. Na własną rękę raczej nie polecam się tam udawać, oni szanują jedynie tych, od kogo mogliby się uczyć, słabszych złodziei traktują jak niepotrzebną i zbyteczną konkurencję, oczywiście zasada ta ma swoje wyjątki – ja jestem gwarantem jednego z nich. Tan Tishalulle Ashke'vronte - Jest taka sprawa czy mogłabyś udać się do wioski Altaren? Już od dawna od miejscowych docierają mnie wieści o jakimś chłystku rozbójniku. Wiesz jak to jest z chłopami byle kmiotek o nieprzyjemnej twarzy i mieczu w rękach potrafi napędzić im stracha. Sam udałem się tam ze dwa razy, ale jakoś nie natrafiłem na ślad zbója. Nie wiem jak stoją Twoje zasoby pieniężne Pani i nawet mnie to nie interesuje. Dla uniknięcia jednak kłopotliwych sytuacji dostaniesz ode mnie pieniądze na tygodniowy pobyt w karczmie. Jeśli nadarzy się ten rozrabiaka to wymierz mu nauczkę, myślę, że chłopi ugoszczą Cię za darmo Pani, ale kto ich tam wie… Mogą być podejrzliwi, więc nie naciskaj. To prosty lud i tak pewnie będą milczeć w obawie, aby nie natknąć się na podpuchę – rozumiesz, zbir mógłby nasłać kogoś, aby sprawdził co chłopstwo zamierza. Gdybyś się zagubiła w tych leśnych drogach, choć to prosta ścieżka, gdybyś jednak to nieopodal znajduje się dworek niejakiego Kurta powinien być widoczny z daleka a od niego to już z trzy godziny drogi na południowy zachód, wiesz nie byłem tam już z kilka miesięcy i nie wiem czy drogi nie zarosły – uśmiechnął się przyjaźnie. - Mój przyjaciel bard mógłby zająć się Twoim szkoleniem w fachu który jest mi obcy, zrobi to w ramach przysługi jaką jest mi winien... El Kathryn Varda - Sprawa dotyczy niejakiego Kurta. Dawno temu wyłudził ode mnie bardzo cenną rzecz. Kiedyś nie byłem w stanie jej należycie wykorzystać, teraz jest mi ona niezbędna do nowego czaru jaki właśnie opracowuję. Kurt będzie doskonale wiedział co chcę z powrotem… Przez moment iluzjonista zastanawiał się czy powiedzieć Ci prawdę. Jego profesja nauczyła go bycia ostrożnym w stosunku do innych nawet wobec przedstawicieli tej samej profesji – a może szczególnie wobec nich. - Chodzi mi o fiolkę smoczej krwi którą ten oszust podstępem mi wykradł. Proszę odzyskaj ją dla mnie… ------------------------------------------------------------------------------------ - Jeśli wygrasz, to może zechcesz się tam udać za drobnym wynagrodzeniem… no, ale to już będzie zależało od gry. To jak umowa stoi? Zagramy w partyjkę zwaną warcabusem?? Ostatnio edytowane przez kset : 06-12-2008 o 21:04. |
| | |
| Reklama |
| |
| | #2 |
![]() | Tan Walnar jechał gościńcem rzucając co jakiś czas okiem na okolice. Na samotnych wędrowców wiele czyhać mogło niebezpieczeństw. Był wysokim, dobrze zbudowanym mężczyzną o niedługich ciemnych włosach, szarych oczach i kilkudniowym zaroście okalającym twarz. Na ubraniu podróżnym nosił szarą kolczugę, która dawała mu nadzieję na przetrwanie w razie potyczki, podobnie jak hełm na głowie. Przy siodle przytroczona była tarcza oraz miecz o rękojeści zdobionej bogatymi ornamentami przedstawiającymi zaciśnięte na konarze drzewa dłonie i zwieńczonej głową orła. W dłoni zaś trzymał opartą na wsparciu przy koniu kopię. Obręcz z herbowym godłem uzupełniało jego wizerunek. Ćwierkające ptaszki, słońce wysoko na niebie obdarzające wszystko wokół swym ciepłem i wszechobecna zieleń. "Do diaska, brakuje tylko do tego widoczku bandytów wylegujących się przy ognisku" - przemknęło mu przez myśl. Choć było niemiłosiernie przez ten upał nie narzekał, można by rzec że miał już ten okres za sobą i był przyzwyczajony. Przypomniały mu się młodzieńcze lata, spędzone z rozkazu surowego ojca w kuźni. W pocie czoła i gorąca buchającego z palenisk pracował by zadowolić majstra, choć dusza rwała się by opuścić to upiorne miejsce zdecydowanie nie pasujące do niego... Miasto do którego dotarł niezbyt się różniło od rodzinnego. Tyle przynajmniej mu się zdawało na pierwszy rzut oka w powoli zapadających ciemnościach nocy. Przejechawszy przez bramę wjechał do środka. Stukot podkutych kopyt konia o bruk dawał o sobie znać wokół. Niektórzy strwożeni chyba okoliczni mieszkańcy, których nie było wielu o tej porze, odwracali się w kierunku przybysza. - Hej ty ! Gdzie tu karczma ? - zapytał najbliższego wieśniaka. Ten spojrzał w górę i skulił się trochę. - A tu niedaleko mości panie.- odparł skłoniwszy się z szacunkiem - Dojedziecie panie do końca tej ulicy i w prawo skręciwszy będzie już widoczny szyld. Tan Walnar skinął głową i ruszył dalej. Nazwa "Złoty bażant" sugerowała takież serwowane danie. Zostawiwszy konia pod opieką chłopca stajennego, który zaraz się też pojawił, ruszył ku wejściu. - Wierzchowiec ma być wyszczotkowany, napojony i nakarmiony - rzekł do służącego jeszcze nim wszedł do środka. Zapachy pieczonego mięsiwa i aromaty win zdawały się dawać niecodzienny wygląd na tą karczmę. A może po prostu dawno nie ucztował i podobne zapachy uleciały z jego pamięci. Mimo wszystko zamówił ów bażanta z butelką wina na kolacje, a zjadłszy zapłacił za pokój i kąpiel, z której z przyjemnością skorzystał. Błogi uśmiech wykwitł na jego ustach gdy zanurzył się w gorącej wodzie. Trochę brakowało mu tego w podróży. Rozkoszując się kąpielą przypomniał sobie jeszcze na chwilę zauważonych gości. Widać też podróżnicy jak on, choć nie zwykło sie spotykać samotnych szlachcianek w podróży. A może po prostu nie zauważył zmęczony ich eskorty. Gdy zasnął w końcu w wygodnym łożu nie spodziewał się snu, choć jak niektórzy mówili to się nieraz zdarza w nowym miejscu. ... twierdza, hołd pocztu rycerskiego, jeńcy, bogactwa... Gdy obudził się siadł na łóżku i spojrzał w okno. "Przyszłość, a może jedna z możliwych dróg i jej koniec". Uśmiechnął się i przemywszy twarz założył świeże ubranie, kolczugę i przypasał miecz po czym zszedł na dół. Skoro już był w mieście postanowił to wykorzystać i zamówiwszy jajecznicę na boczku zwrócił się do karczmarza. Zapytany z dumą wypiął pierś i odpowiedział. - Tak szlachetny Panie, mamy tu taką osobę o jakiej mówisz. Zwie się Tan Gortmund Czarny.- rzekł po czym wytłumaczył jak do niej dojść. - Na pewno nie przeoczysz jego domostwa, to najlepiej pilnowany dom w mieście, he he, nawet miejscowy posterunek orków nie jest tak dobrze strzeżony. Karczmarz uśmiechnął się i pożegnał po zainkasowaniu należności. Po chwili zapytał również o życzenia co do obiadu. Tan Walnar uśmiechnął się w duchu "Tak powinno się traktować rycerzy". - Niech będzie królik. Tylko dobrze przygotowany - odparł wychodząc. Tan Gortmund Czarny. Ciekawość i pasja kierowały jego krokami do siedziby nowego nauczyciela. Gdy ją ujrzał pokiwał głową z uznaniem. Nieduża, choć solidnie zbudowana mogła by się oprzeć przez jakiś czas oblężeniu. Gdy oznajmił swoje imię i cel przybycia strażnicy skłonili się mu z szacunkiem a po niedługiej chwili zaprowadzono go przed oblicze pana domu. Idąc po drodze nie mógł nie zauważyć znajdujących się wszędzie trofeów wojennych i charakterystycznych ozdób. Sam Tan Gortmund siedział przy karafce wina a w pobliżu leżało pole z różnymi figurami. - Jestem Tan Walnar Razorge, czarny rycerz - przedstawił się mu gdy stanął przed jego obliczem - Przybyłem tutaj w sprawie nowych nauk u mistrza. - Tak właśnie, przejdźmy od razu do rzeczy, mam dla Ciebie pewną propozycję, jeśli zgodzisz się zagrać w grę, której zasad Cię zaraz nauczę, wówczas określimy na jakich zasadach przebiegać będzie współpraca między nami. Jeśli wygrasz, nauczę Cię za darmo, podstaw ścieżki jaką podążasz. Wzbogacę Twój zasób umiejętności, choć to najtrudniejsza rzecz, jaką wymaga się od nauczyciela. Moje podstawy będą bardzo służyć Ci na przyszłość, kolejni mistrzowie nie będą musieli korygować błędów, jakie mogliby wpoić Tobie niedoświadczeni nauczyciele. Być może jeszcze wciąż będziesz pobierał nauki u mnie o ile pozwoli mi na to czas a jego mam bardzo mało. Jak każdy z resztą na moim stanowisku. Jeśli przegrasz, to i tak nauczę Cię podstaw, ale wykonasz dla mnie pewną rzecz. Tan Walnar spojrzał na niego "Mogłem się spodziewać, że zażąda zapłaty. Choć wykonanie dla niego zadania może być równie interesującym doświadczeniem". - A co to za zadanie ? - spytał z ciekawości. - Miałem kiedyś znajomego, który pożyczył ode mnie długi srebrny miecz. Kurt mu było jak pamiętam, wydarzył się to wiele lat temu i właściwie już niemal o tym zapomniałem. Chciałbym abyś udał się do niego i odebrał moją własność, dostaniesz list, aby Kurt nie śmiał Ci odmówić. Myślę, że to będzie właściwa przysługa za przysługę. Tylko uważaj na niego, mówiąc szczerze był i być może nadal jest lekko stuknięty. Gdy pożyczał miecz mówił coś o stworach, czy demonach z innych wymiarów, właściwie to mu niespecjalnie uwierzyłem, no ale ktoś kto w ogóle myśli o takich rzeczach musi mieć jakieś umysłowe zaburzenia… - Szaleniec i demony. Brzmi groźnie. - - uśmiechnął się. "Ale czym by było życie bez wyzwań". - A jeśli wygram ? - Jeśli wygrasz, to może zechcesz się tam udać za drobnym wynagrodzeniem… no, ale to już będzie zależało od gry. To jak umowa stoi? Zagramy w partyjkę zwaną warcabusem?? - Umowa stoi Tan Gortmundzie. Zagrajmy. - i siadł na wskazanym fotelu. Kto by się tego spodziewał. A może po prostu szczęście mu sprzyjało. Jakby na to nie patrzeć wygrał z mistrzem tą partię. Ustalanie szczegółów nie zajęło im dużo czasu. Zbyt dobrze się rozumieli by mogły zaistnieć na początku znajomości jakieś nieporozumienia. Wraz z nowym dniem miał zacząć pobierać nauki, a gdy minie 14 dni wyruszyć ku posiadłości Kurta. Jak dotąd wszystko układało się całkiem nieźle. Opuściwszy posiadłość czarnego rycerza ruszył znów ku karczmie. Pora obiadowa była w pełni. Wkroczywszy do środka rozejrzał się po wnętrzu szukając odpowiedniego miejsca. Po chwili nie dłuższej niż jedno westchnienie rozsiadł się w pobliżu kominka i spojrzał w kierunku karczmarza w oczekiwaniu na podanie posiłku.
__________________ "Nie pytaj, w jaki sposób możesz poświęcić życie w służbie Imperatora. Zapytaj, jak możesz poświęcić swoją śmierć." Ostatnio edytowane przez Dhagar : 02-20-2008 o 10:07. |
| | |
| | #3 |
![]() | Słońce okalało promieniami okolicę, jego promienie opadały na każdy listek drzewa, na każde źdźbło trawy i na każdą grudkę ziemi. Kilka ptaków goniło się radośnie pośród ciepłego letniego powietrza wydając przy każdym zwrocie charakterystyczny pisk. Kilka motyli unosiło się nad leżącą tuż przy drodze łąką pełną maków. Pomimo zbliżającego się wieczoru wszystkie owady i zwierzęta zdawały się nie zauważać, że wkrótce zajdzie słońce a na niebie pojawi się księżyc. Tylko podróżująca samotnie elfka siedząc na swoim czarnym koniu rozmyślała o zbliżającej się nocy i cieszyła się, że na horyzoncie widać już miasto Bogenhofen. Odgarnęła z czoła ciemno złote włosy i zatrzymała się na chwilę patrząc w słońce. Zmrużyła powieki chroniąc swoje jasno brązowe oczy przed nadmiernym światłem. Przyjemnie było tak rozkoszować się chwilą, gdy jeszcze natura była wszędzie wkoło niej. Gdy wjedzie dziś wieczorem do miasta, przyroda zostanie poza murami, a wewnątrz nich znajdzie jedynie brud i kamienie. Gdy zajechała pod bramę na niebie pojawiały się pierwsze gwiazdy. Migały radośnie na coraz ciemniejszym niebie, a powietrze zaczynało się ochładzać. Ciemność w niczym nie przeszkadzała Saline, jej oczy widziały nocą równie dobrze jak za dnia. Ile to razy dziękowała Sharami, że mogła urodzić się elfem. Tak, czuła się lepsza od innych ras, śpiewała i tańczyła lepiej niż niejeden ludzki śpiewak czy tancerz. Jej poczucie piękna było ogromne w stosunku do tego co pięknem nazywali na przykład orkowie. Oj tak, dobrze czuła się w swojej elfiej skórze. I nie mogła też narzekać na swój status majątkowy. Gdy przejeżdżała przez bramę miasta od razu było widać, że nie jest jakąś chłopką, która przyjechała tu na targ. Jej smukła, wyprostowana sylwetka i uniesiona dumnie głowa wyróżniały się wśród mieszczan zdążających do swoich domów. Ukradkiem spoglądali na piękne rysy Saline i rozważnie schodzili jej z drogi. Może to ze względu na jej dumny wygląd, a może z powodu zawieszonego o boku miecza. Chociaż prawdopodobnie z obu tych powodów. Szybko znalazła karczmę, a zachęcająca nazwa przypomniała o pustym żołądku. Odstawiła konia do stajni i postarała się by ktoś o niego dobrze zadbał. Młody chłopiec z ochotą obiecał się zająć koniem gdy dostał do ręki złotą monetę. Jego umorusana buzia przedstawiała wielki uśmiech. Saline, która lubiła dzieci, poczochrała go po włosach i udała się do karczmy. Najwyższy czas porządnie zjeść i odpocząć, szczególnie że ostatnią noc spędziła pod gołym niebem. Wnętrze karczmy wyglądało równie zachęcająco jak jej nazwa. Przyjemne zapachy spowodowały, że na twarzy elfki wykwitł uśmiech. Poprosiła o przygotowanie bażanta i poszła najpierw do swojego pokoju by zostawić rzeczy i się odświeżyć. Nie miała zamiaru siadać do jedzenia w zbroi, nie było by to zbyt praktyczne i przyjemne. Pokój wyglądał czysto i kobieta miała nadzieje, że nie tylko tak wyglądał ale taki był. Łóżko nie było ani za miękkie ani za twarde, to dobrze, w końcu dobrze odpocznie, każdy jej mięsień wołała o kilka godzin przerwy. Zeszła z powrotem do głównej sali skosztować w końcu tego przysmaku, o którym myśl nie opuszczała jej odkąd zobaczyła szyld karczmy. Zortek postawił przed elfką parujący talerz i kielich wina, a Saline od razu zabrała się do jedzenia dziękując karczmarzowi za posiłek. Musiała przyznać, że długo nie jadła tak dobrze przygotowanego bażanta i poprosiła orka by pochwalił kucharza za tak pyszne danie. Wino też było niczego sobie. Wszystko to sprawiło, że wcale nie miała ochoty by ruszać w dalszą drogę, przecież można tu zostać na kilka dni i nabrać sił do dalszej podróży. Tej nocy sen był inny niż zwykle. Wydawał się taki realny, taki... kuszący. Saline nie wiedziała co czeka ją w przyszłości, ale przeciwko takiemu biegowi wydarzeń nie miałaby nic przeciwko. Bogata, uwielbiana, każda kobieta o tym marzy. I ta czarna perła, jej widok towarzyszył elfce jeszcze przy śniadaniu. Za taką perłę dostałaby mnóstwo pieniędzy, a już ona wiedziała co nieco o wartości klejnotów. Dokończyła jeść śniadanie, chleb z pysznymi konfiturami, i skierowała się do karczmarza by uregulować należność. Przy okazji zapytała gdzie mogłaby znaleźć kogoś, kto podszkoli ją w jej umiejętnościach. Na szczęście znajdzie w mieście właśnie kogoś takiego. Saline wzięła ze sobą tylko kilka monet i miecz, a wychodząc, słysząc pytanie Zorteka, bez dłuższego namysłu poprosiła o przygotowanie na obiad sarniny. Dzień znowu był ciepły i cieszyła się, że mogła zostawić zbroję w pokoju, nie uśmiechało jej się biegać teraz w czymś takim. Zajrzała jeszcze czy stajenny dobrze przypilnował konia i ruszyłą we wskazanym przez karczmarza kierunku. Miasto pozytywnie ją zaskoczyło, nie było wcale tak brudne i głośne jak się tego spodziewała. Oczywiście, daleko było mu do jej pięknego Ongir-Garu, ale nie można mieć wszystkiego. Mieszkańcy też wydawali się w miarę uprzejmi. W końcu doszła do szukanego budynku. Dość spory asortyment nie był dla niej zaskoczeniem, a jej uwagę przykuło te kilka sztuk broni na wystawie. W myślach przywołała obraz sklepu rodziców, u nich na wystawie leżał prawie identyczny miecz jak tutaj. Zdziwiła się, ze to pamięta, to było kilka jeśli nie kilkanaście lat temu, a miecz ten był w ich posiadaniu krótko. Z tego co pamiętała miał dużą wartość i szybko został wykupiony. Kto wie, może to właśnie ten sam miecz i jakimś dziwnym zrządzeniem losu przywędrował on aż tutaj? Elfka potraktowała to jako dobry znak. Już w środku dowiedziała się, ze musi chwilę poczekać ale wcale jej to nie zmartwiło, chętnie rozejrzała się po sklepie i porozmawiała ze sprzedawcą historii sklepu. Już po chwili została poproszona do salonu, a cóż to był za salon! Zdecydowanie było na czym zawiesić oko. Pomimo tego, że było tu tyle pięknych i bogatych ozdób pokój był utrzymany w dobrym guście, właściciel nie przesadził i zrównoważył doskonale wystrój. - Witaj szlachetny El Snori, jestem El Saline Us'Losar. Rada jestem, że dane było mi tutaj trafić. Elfce spodobało się, że kupiec przeszedł od razu do konkretów, utwierdziło ją to w przekonaniu, że dobrze trafiła. A El Snori okazał się być całkiem miłym człowiekiem, który dość zabawnie wyglądał przy wysokiej i smukłej Saline z tym swoim brzuszkiem. Jego propozycja wydała się kobiecie bardzo interesująca, z chęcią zasiadła do gry, której kiedyś nauczył ją ojciec. Niestety tym razem fortuna uśmiechnęła się do bardziej zapewne doświadczonego w tej grze Snoriego. Nie zmartwiło to bardzo elfki, i tak chciałaby wykonać to zadanie, o którym jej mówił. Zawsze to jakieś nowe doświadczenie, nowa przygoda. Ustalili, że Saline zjawi się tutaj dnia następnego, dawało jej więc to całe popołudnie dla siebie. Wychodząc raz jeszcze spojrzała na ten piękny miecz, na jego gładkie ostrze i pięknie zdobioną czarną rękojeść. Czarną jak perła, którą widziała dziś we śnie. Kolejny dobry znak? Hmm, a może zły? Nie rozmyślając już nad tym elfka udała się do karczmy, ciekawa czy obiad będzie równie dobry jak wczorajsza kolacja. Po drodze zobaczyła na wystawie jakiegoś sklepu piękny naszyjnik z jakichś czerwonych kamieni, połączonych złotymi motywami kwiatów. Kobieta ucieszyła się, że te kilka monet, które ze sobą wzięła starczyły by kupić ten naszyjnik. Pięknie prezentował się na jej szyi. W karczmie nie było dużo ludzi, pora obiadowa miała się dopiero zacząć. Kilka orków, kilka ludzi i kilku przedstawicieli innych ras. Saline usiadła przy tym samym stoliku co wczoraj. Czekając aż podany zostanie obiad rozglądała się po sali. Jej wzrok przykuł mężczyzna, całkiem przystojny jak na człowieka, siedzący przy kominku, który też chyba czekał na obiad. Było w nim coś intrygującego. A ponieważ Saline dłużyło się czekanie na posiłek, postanowiła spożytkować ten czas na nowe znajomości - tych nigdy za dużo, a kto wie może trafi na kogoś, kto jakimś dziwnym trafem będzie chciał kupić jej topór? Jeśli ktoś taki by się znalazł, wyglądałby pewnie podobnie do tego mężczyzny. Uniosła się ze swojego siedzenia, a tylko tyle wystarczyło by wzrok większości osób skierował się w jej stronę, i z gracją podeszła do stolika owego mężczyzny. Jej płynne ruchy przypominały bardziej taniec niż zwykły chód. Uśmiechnęła się do mężczyzny i przywitała się. - Witaj, jestem El Saline. Czy mogę się przysiąść? Nie lubię jadać w samotności. Elfka zjadła obiad w towarzystwie Tan Walnara, a gdy miała już odchodzić dosiadł się do nich Tan Alander. Uprzejmie go powitała i pożegnała, po czym udała się do swego pokoju.
__________________ Zamiast mówić "dziękuję" - daj mi pozytywną reputację ;) --- DO 23 czerwca włącznie mój pobyt na LI jest ograniczony - S.E.S.J.A. --- Ostatnio edytowane przez Redone : 02-21-2008 o 12:01. |
| | |
| | #4 |
![]() | Siedząc przy stoliku rozmyślał przez chwilę. Wygrana z nowym mistrzem dała mu wgląd w jego własne umiejętności, o których nie miał pojęcia. Możliwe bowiem było, iż może uczynić znacznie więcej niż był w stanie z pożytkiem dla siebie. Poruszenie na sali zwróciło jego uwagę i rozejrzał się po wnętrzu karczmy. - "Kroczy wśród nich niczym piękna zjawa" - przemknęło mu przez myśli gdy ujrzał elfkę. Nie sądził jednak, że podejdzie do niego... - Ależ proszę. Miejsca jest dość droga El Saline. - rzekł wstawszy od stolika i wskazując wolne miejsce, po czym ukłonił się lekko - Jestem Tan Walnar Razorge i przyjemnością będzie dla mnie, twoje piękne towarzystwo. - rzekł i pocałował wierzch dłoni elfki wedle manier i etyki, której próżno szukać wśród pospólstwa. Tym różniła się właśnie szlachta od innych. Poczuciem obowiązku, zasad i odpowiedzialnością... zwłaszcza odnośnie niektórych spraw. - Co cię zatem pani sprowadza do tej mieściny, jeśli wolno spytać ? - zapytał usiadłszy z powrotem na miejscu. Uroda elfki była zaiste intrygująca. - Samotne podróże nie są najlepszym pomysłem. Zwłaszcza dla takich pięknych dam. Nie zauważyłem wszak waszej eskorty El Saline, a może się mylę i jej nie widać ? - W Bogenhofen jestem tylko przejazdem. I rzeczywiście jestem sama, eskorta tylko by mnie spowolniała. A jak jest z Tobą Tan Walnarze? - Jak jest ze mną ? Cóż wędruje w poszukiwaniu nieuniknionego. - odparł uśmiechając się do swoich myśli, snu - A ogólnie mówiąc rozpocząłem wyprawę, w dniu w którym opuściłem znane mi strony. - Więc jak długo już wędrujesz? - Minął już w sumie 4 rok. Choć po drodze miałem dłuższy przestój na ziemiach starego wuja. - I jak widzę też podróżujesz sam. Nie czujesz się samotny w podróży panie? - elfka z zaciekawienie przechyliła głowę i zaczęła bawić się puklem włosów - No cóż, czasami istotnie, doskwiera mi samotność. Ale zawsze można ten stan rzeczy zmienić. - Mawiają, że co dwie głowy to nie jedna. Zawsze dobrze mieć kogoś obok, wtedy trudniej dać się zaskoczyć. Ja niestety dotychczas podróżuję sama i też zaczyna mnie to już nudzić. - Co zatem powiesz pani na wspólną wędrówkę u takiego rycerza jak ja ? - uśmiechnął się lekko przyglądając dziewczynie z zainteresowaniem. - I podróż by była ciekawsza a i niebezpieczeństwa mniej zagrażające. - To zależy panie w którą stronę zmierzasz. - Saline spojrzała kusząco na mężczyznę przygryzając wargę. - Na początek do pewnego dworku - odparł. "Na bogów, ta dziewczyna potrafiła zawrócić w głowie. Może nawet potrafiła coś więcej niż tylko zauroczyć wdziękiem" przemknęło mu przez głowę - A to tylko na początek. Później, kto wie. - Opowiedz mi coś więcej o tym dworku? - pochyliła się w kierunku Tan Walnara i oparła głowę na dłoni.Zdaje się wpadł ciut w jej sidła piękna i słów, a może nie miał do tej pory okazji dłuższych rozmów z tak kuszącymi elfkami czy też damami. - Należy do niejakiego Kurta, złodzieja i oszusta. A ponieważ prawo musi być przez każdego przestrzegane mam zamiar go odwiedzić i dać mu lekcję - odparł. Połączył dłonie oparte na stole - A twoja El Saline droga dokąd by wiodła ? - Nie uwierzysz panie, ale kieruję się chyba właśnie tam gdzie ty. Słyszałam o tym Kurcie. Jest coś winny osobie, z którą jest tymczasowo związany mój los w tym mieście. Wygląda więc na to, że nasze drogi i bez udziału naszej woli są już splecione. - Nie da się ukryć zatem, że ów Kurt ma na sumieniu więcej niż nam się zdawało. Zatem wręcz wskazane jest byśmy wspólnie go odwiedzili. - rzekł spokojnie - A co splecenia naszych dróg, może to przeznaczenie, a może przypadek. Czas pokaże. - Może przeznaczenie, może przypadek, a może kolejny już dla mnie dziś dobry znak. W tym momencie Zortek postawił na stole zamówione dania. Zachęcający zapach dotarł do nozdrzy siedzących przy stole a widok dań dorównywał walorom zapachowym. Wręcz oczywiste było, ze to samo tyczy się i smaku. - Smacznego. Saline zabrała się do jedzenia, bo szkoda żeby tak pyszna sarnina miała wystygnąć. Ork ulotnił się gdzieś życząc obojgu smacznego posiłku.Walnar skinął głową na karczmarza po czym odetchnął zapachem pieczonego królika. Obok było widoczne postawione wino. Taak, długa wędrówka po ostępach zawsze sprzyja późniejszemu apetytowi. Brakowało mu tych dań ale podróż nie wybiera dróg. Spożywał zatem ze smakiem danie, od czasu do czasu wychylając łyk wina z kielicha. Saline dokończyła swój posiłek i również skosztowała pysznego wina. Bawiła się chwilę kielichem, wodząc palcem po jego rancie. Nawet kiedy piła wyglądała powabnie. Jej czerwone usta ledwie muskały brzeg kielicha, a dłoń wydawała się pieścić jego gładką powierzchnię. Gdy go odstawiała delikatnie oblizywała wargi, spijając każdą najmniejszą kropelkę. Po czym uśmiechała się szeroko do siedzącego na przeciwko Tan Walnara. - Zatrzymałam się oczywiście w tej karczmie. Nie będziesz miał więc problemu by mnie znaleźć. Do czasu podróży spotkamy się pewnie tutaj jeszcze nie raz. A teraz wybacz, udam się do mojego pokoju. Uniosła się z siedzenia i ponownie wzrok kilku osób skierował się w tę stronę. Stąpając cicho jak kot poszła w stronę schodów na piętro, gdzie znajdują się pokoje, i zanim zniknęła z pola widzenia uśmiechnęła się jeszcze zachęcająco do Tan Walnara. Odstawił pusty półmisek po daniu. Karczmarz potrafił dbać o klientów. - To będzie zawsze przyjemność rozmowa z tobą droga El Saline. Zwłaszcza, że to chyba najlepsza karczma w mieście. A co do problemów nie będzie ich raczej w moim mniemaniu. Uśmiechnął się. Również wstał gdy wstała dziewczyna. - Oczywiście, odpoczynek zawsze się przydaje. Do zobaczenia zatem. Odprowadził ją wzrokiem aż do schodów "Ta dziewczyna idzie do głowy niczym dobre wino. Kto wie, może ta nowa znajomość będzie owocująca w przyszłości" pomyślał siadłszy znów przy stole. Postanowił posiedzieć jeszcze chwilę a potem może przejść się po mieście. Póki co nie spiesząc się powoli pił zamówione do pieczeni wino.
__________________ "Nie pytaj, w jaki sposób możesz poświęcić życie w służbie Imperatora. Zapytaj, jak możesz poświęcić swoją śmierć." Ostatnio edytowane przez Dhagar : 02-17-2008 o 19:52. |
| | |
| | #5 |
![]() | Drogą pośród zalesionych wzgórz szedł powoli wyraźnie zmęczony wędrowiec. Na lasem widoczne było piękne, letnie słońce, które właśnie podążało na zachód, aby odpocząć po całym dniu ogrzewania tej krainy i wydobywania z niej wszystkiego, co najpiękniejsze. Jego ukośne promienie muskały jeszcze korony drzew ukazując oczom, które mogły podziwiać ten widok, pełną paletę odcieni zieleni. Jednak cała ta sielska scena nie nastrajała podróżnika do zachwytów. Jego nachmurzona twarz zdradzała, że nie jest ani o jotę zadowolony z sytuacji i wcale nie ma ochoty na podziwianie widoków, choćby nie wiadomo jak pięknych. „W końcu zachodzi i będzie trochę cienia.” pomyślał zgryźliwie, przypominając sobie, jak bardzo rozgrzał się jego pancerz w południe, gdy słońce niemiłosiernie prażyło ziemię. Piechur był bowiem dobrze zbudowanym półorkiem z wygoloną na łyso głową, na której pozostał jedynie pas włosów biegnący dokładnie przez środek, które opadały mu na plecy w postaci warkocza. W odróżnieniu od innych półorków nie szedł zgarbiony, ale dumnie wyprostowany, jak Uruk-Hai. Już na pierwszy rzut oka było widać, że trudni się wojaczką, co zdradzał jego sprężysty, wojskowy krok oraz przenikliwy wzrok, szukający cały czas potencjalnych zagrożeń. Jego twarzy nie zdobiły jeszcze blizny, jak to mam miejsce u jego pobratymców. Zadarty, spłaszczony nos, wystające z ust dolne kły oraz lekko szpiczaste uszy nie pozostawiały wątpliwości, co do przodków. Oczy miał lekko skośne o kolorze brązowym, osłonięte wydatnymi łukami brwiowymi, co wraz z wyraźnymi kośćmi policzkowymi i dużą szczęką nadawał jego twarzy drapieżny wygląd. Ubrany był w dobrze utrzymany kirys, płaszcz z wyhaftowanym symbolem czaszki, dobrej jakości buty wojskowe, pas z uchwytem na szablę oraz skórzane spodnie. Zza prawego ramienia wystawała mu rękojeść szabli przytroczonej na plecach, gdzie była również zarzucona tarcza drewnianą z wymalowanym takim samym symbolem, jak na płaszczu, zaś zza drugiego ramienia wystawała włócznia. Przez lewe ramię miał przerzucony niedbale plecak, który był prawie pusty. Miał widoczny na szyi misternie wykonany złoty symbol czaszki, zapewne symbol boga. Słońce skryło się w końcu całkowicie za lasem tak, że już tylko jego poświata zapewniała trochę oświetlenia, zaś na niebie zaczęły się pokazywać gwiazdy. Po chwili zrobiło się całkowicie ciemno. Jednak to nie przeszkadzało półorkowi, który lepiej znosił cień nocy niż blask dnia. W miejsce słońca zza lasu na wschodzie wzeszedł księżyc w trzeciej kwadrze, więc znów zrobiło się jasno, w każdym razie wystarczająco dla oczu wędrowca. Ów odżył ponownie, gdy tylko droga została osłonięta przez drzewa przed promieniami słońca, przyspieszył kroku, gdyż wiedział, że godzinę po zmroku będzie miał problem z wejściem do miasteczka będącego celem jego podróży. Na szczęście był już bardzo blisko, gdyż po wejściu na szczyt następnego wzgórza jego oczom ukazała się panorama miasteczka. Już gdzieniegdzie zaczęto zapalać latarnie, zaś straż miejska szykowała się właśnie do zamknięcia bram miasta na noc. Wydłużając krok tak, że niewielu utrzymałoby to tempo przez ten odcinek, wojownik szybko zbliżył się do bramy ostatni odcinek przemierzając biegiem, gdyż nie uśmiechał mu się jeszcze jeden nocleg pod gołym niebem. Zdążył w ostatniej chwili przed zamknięciem bram. Strażnicy wpuścili go bez słowa i zwyczajowych pytań, gdyż im również zależało na jak najszybszym zakończeniu służby, przekazaniu obowiązków następnej zmianie i udaniu się na zasłużony odpoczynek lub zabawę do karczmy. - Gdzie jest najbliższa karczma? – przybysz zdążył jeszcze złapać ostatniego z odchodzących strażników za ramię. Ten spojrzał na niego nieprzychylnym wzrokiem, gdyż miał się właśnie udać na schadzkę, więc rzucił tylko: - Znajdziesz ją w centrum miasta. Idź tą ulicą prosto. Nie sposób zabłądzić. – wskazał kierunek ręką. - Dziękuję. – odparł półork i udał się we wskazanym kierunku. Mógł w końcu trochę odpocząć po forsownym ostatnim odcinku, więc szedł powoli rozglądając się uważnie po wyludnionym o tak później porze mieście i zapamiętując najważniejsze obiekty ... koszary straży, ratusz miejski, świątynia Asteriusza ... ”TFU, wszędzie się wcisną.” ... Minął plac targowy przed bramą i podążył wskazaną ulicą. Rzeczywiście przeoczenie karczmy nie było możliwe, gdyż był to najlepiej oświetlony i najgłośniejszy budynek w tej okolicy. Raj dla strudzonego wędrowca po długiej podróży. Szyld nad wejściem głosił „Złocisty bażant”. Uśmiechając się do siebie piechur pchnął odrzwia i wszedł do środka, gdzie jego zmysły zostały zaatakowane wonią pieczonych mięs, trunków oraz tytoniowym dymem. Węch wyłapał najbardziej nieoczekiwaną w tym miejscu nutę ... W tej karczmie podawali najlepsze i najmocniejsze piwo na Orchii, Mózgotrzep. Turgas wiedział, że trafił w odpowiednie miejsce. Jak zwykle w takich miejscach o tej porze było tłoczno. Najwyraźniej była to jedyna karczma w tym miasteczku, gdyż sala wyglądała na zapełnioną po brzegi. Wędrowcy musieli tu być częstymi gośćmi, bo nikt nie zwrócił uwagi na nowo przybyłego. Nagle, jak spod ziemi, pojawiła się przed gościem starsza ludzka kobieta i uśmiechając się zapytała: - Stolik dla pana? Trochę zaskoczony półork szybko jednak odzyskał pewność siebie: - Tak, pojedynczy. – jakoś nie miał dziś ochoty na towarzystwo. - Proszę za mną. – powiedziała kobieta odwracając się i prowadząc pomiędzy zajętymi stolikami do mniejszej salki z tyłu karczmy wskazała wolny stolik na środku. – Proszę. – przetarła deski blatu ścierką. - Dziękuję, czy mógłbym jednak usiąść przy tamtym stoliku? - zapytał Turgas wskazując wolne miejsce pod ścianą. Nie lubił siedzieć na środku i mieć za plecami innych gości, bo nigdy nie wiadomo, co może się stać. Ze ścianą za plecami czuł się dużo pewniej. - Oczywiście. – odparła służąca. – Zaraz właściciel przyjdzie, żeby przyjąć zamówienie. Czy chce pan coś do picia? - Zdaje się, że macie Mózgotrzepa. Poproszę jednego, na początek. - O, tak. Zaraz zostanie przyniesiony. Po odwieszeniu podróżnego plecaka, oparciu włóczni o ścianę i rozebraniu się ze zbroi, mógł w końcu zająć miejsce za stolikiem. Po chwili oczekiwania w przejściu do głównej sali ukazała się postać pulchnego orka z tacą, na której niósł duży kufel zwieńczony pienistą koroną. - Oto Mózgotrzep. Czy mogę przyjąć zamówienie? – powiedział grubas stawiając kufel na stole. - Chciałbym się tu zatrzymać na noc. Czy macie wolne pokoje? – zapytał przybysz sięgając po naczynie i pociągając porządny łyk. Karczmarz popatrzył z podziwem, gdyż nie wszyscy cenili sobie zalety tego dość specyficznego, lekko słonawego w smaku piwa i zmierzył gościa wzrokiem zatrzymując go na chwilę na widocznym na szyi symbolu. - Eeeee .... tak, znajdzie się jeden w sam raz dla pana. - Dobrze, więc wezmę go. A jeśli chodzi o jedzenie, to podaj mi krwisty stek ... Sam wiesz, jaki ma być. I jeszcze jeden kufel. – półork wskazał na opróżnione do połowy naczynie. Nie miał zbyt wyszukanego podniebienia, ale za to mógł liczyć na zrozumienie przez pobratymca. Karczmarz udał się aby przygotować zamówienie, zaś mężczyzna zaczął przyglądać się osobom siedzącym przy sąsiednich stolikach. Ta sala musiała być przeznaczona wyłącznie dla specjalnych gości, być może szlachty, gdyż znajdowało się w niej tylko pięć stolików – cztery pod ścianami i jeden na środku. Przy jednym ze stolików kończył właśnie posiłek człowiek o posturze wojownika, krótkich, ciemnych włosach i kilkudniowym zaroście, na pewno również przyjezdny, co zdradzał oparty o ścianę w pobliżu jego stolika miecz oraz lekko przykurzona odzież. Przy drugim stoliku siedziała elfka o ciemno złotych włosach, która wyglądała na miejscową, gdyż w odróżnieniu od człowieka nie miała przy sobie żadnego ekwipunku podróżnego, ale ... pozory mogły mylić. Nie było więcej gości w tym pomieszczeniu, więc Turgas zajął się swoim piwem w oczekiwaniu na posiłek. Karczmarz w końcu przyniósł mu talerz z parującym stekiem zapieczonym z liśćmi agawy, głównym dodatkiem do dań na Orchii, i odebrał od razu zapłatę od człowieka, który właśnie skończył swój posiłek i chciał udać się na spoczynek. Z zachowania właściciela można było wywnioskować, że miał do czynienia ze szlachcicem. ”Może uda się znaleźć tu osobę zainteresowaną moimi usługami” pomyślał, zabierając się do jedzenia swojego posiłku półork. Stek był mocno krwisty tak, jak uwielbiał. Karczmarz doskonale wiedział, jak należy zrobić tę potrawę. Po zjedzeniu dania błogie ciepło rozlało się po zmęczonym ciele wędrorwca, zaś smak piwa szybko wyparł niemiłe wspomnienie skwaru w czasie dnia. Wezwał obsługę i znów pojawiła się starsza, ludzka kobieta: - Chciałbym zapłacić i proszę przygotować gorącą wodę w moim pokoju. - Może pan zapłacić jutro rano, a teraz proszę za mną. Zaprowadzę pana do pokoju. To było mu na rękę, więc zgodził się z ochotą: - Świetnie więc, chodźmy – zebrał swoje rzeczy i udał się za przewodniczką w kierunku schodów na piętro, gdzie znajdował się jego pokój. Nie był to najbardziej luksusowy pokój, jaki zdarzyło mu się widzieć w czasie podróży, ale w porównaniu z zimną ziemią na obozowiskach czuł się jak w pałacu. W pokoju znajdowało się łóżko, szafa, skrzynia oraz stolik nocny i stojak z misą do mycia się, obok której stał dzban pełen parującej, gorącej wody. Na stojaku obok wisiał czysty, lniany ręcznik. Turgas uśmiechnął się z satysfakcją widząc te wszystkie zbytki. Ta noc będzie w końcu wygodna i będzie mógł się porządnie wyspać. – Dziękuję bardzo – powiedział do służącej. – Na śniadanie proszę dużą jajecznicę. Wcześnie rano, pół godziny po wschodzie słońca. - Życzę miłej nocy – kobieta wycofała się zamykając za sobą drzwi. Strudzony po wielotygodniowej wędrówce w końcu mógł umyć się w ciepłej wodzie i pójść spać w miękkim łóżku ... zbyt miękkim, jednak po zdjęciu jednego materaca stało się w sam raz. Szybko zapadł z głęboki sen. Noc była rzeczywiście miła. Tak przyjemnego snu nie mógł się spodziewać. Gdyby spełniła się choć dziesiąta część tego snu już byłby zadowolony. Jednak ... był to sen, a od tego nikt nie zyskał władzy, czy poważania. Trzeba na to ciężko zapracować, tak jak on, bez rodziców, musiał wywalczyć sobie poważanie wśród swoich rówieśników. Nic nie przychodzi lekko i samo, wszystko trzeba życiu wydrzeć, a jego końcem zawsze jest śmierć ... przypomniał sobie błagający wzrok jego opiekuna, gdy głowa leżała na pieńku katowskim, a on szykował się do wykonania egzekucji. Te rozszerzone z przerażenia źrenice, gdy zakładał mu na głowę kaptur. Nie rozumiał wtedy jeszcze, że to było uwolnienie od problemów życia i przejście w błogi sen śmierci, bez leków, wrogów, pośpiechu ... Słoneczny promień wpadł przez okno prosto na twarz siedzącej na łóżku postaci i ostatecznie wyrwał ją z resztek snu. Turgas wstał i szybko się umył oraz ubrał. Miał przed sobą pracowity dzień, dlatego musiał wcześnie go rozpocząć. Zszedł na dół i na pustej jeszcze sali zjadł samotnie śniadanie składające się z jajecznicy z 4 jaj, chleba i, oczywiście, Mózgotrzepa. „Piwo z rana, jak śmietana” powtórzył w myślach znane przysłowie. Po skończonym posiłku zapłacił za wczorajszą kolację, śniadanie i nocleg. - Gdzie znajdę świątynię Morghlitha? – zapytał jeszcze na odchodnym, gdyż bez wątpienia właściciel tego przybytku był skarbnicą wiedzy o tutejszym mieście. Po otrzymaniu wyjaśnienia właśnie zabierał się do wyjścia, ale karczmarz jeszcze zatrzymał go na chwilę, aby zapytać go, co ma przyrządzić na obiad. - Nie kłopocz się. Nie wiem, czy zdołam przyjść na obiad i jestem pewien, że znajdziesz coś odpowiedniego dla mnie, kiedy wrócę. – kapłan zarzucił plecak na ramię, poprawił lekko ułożenie szabli na plecach i wyszedł na ulicę, gdzie już rozpoczynał się poranny ruch. Jeszcze było niewielu przechodniów, gdyż sklepikarze dopiero spieszyli do swoich sklepów, dostawcy przetaczali się swoimi wozami załadowanymi towarami, które miały być sprzedane. Ot, poranek zwykłego dnia w małym miasteczku. Turgas rozejrzał się, zaczerpnął chłodnego, porannego powietrza, splunął, gdy poczuł woń jakichś stokrotek, po czym skręcił w stronę wskazaną przez informatora. Miasto nie było tak okazałe, jak Gasta, gdzie się wychował, jednak robiło wrażenie zadbanego i dość bogatego. Niewiele tak małych miejscowości miało wybrukowane ulice, a tu ... Po piętnastu minutach szybkiego marszu dotarł w okolice wskazane w karczmie. Nad placem górował posępny, murowany budynek zdobiony na fasadzie motywem trupiej czaszki, która nie mogła być niczym innym, jak symbolem Morghlitha. Wokół placu było więcej rożnych kaplic, ale nie tak okazałych, jak ta. Turgas ruszył pewnym krokiem przez plac mimochodem zauważając, że pomimo sporej ilości przylegających do placu świątynek, na żadnej nie było symboli dobrych bogów. Uśmiechnął się z satysfakcją pod nosem i nie zwalniając swojego tempa podszedł pod świątynię, po czym skierował się do wejścia bocznego, które prowadziło na zakrystię. Przed wejściem stało dwóch orkowych gwardzistów pilnujących, aby tylko zaufani goście mogli wejść. - Czego ... – zaczął dość obcesowo wyższy z nich, ale szybko zmitygował się widząc złoty symbol boga. Byle jaka klecha nie nosiła złotych symboli, więc ton głosu natychmiast stał się grzeczniejszy – pan sobie życzy? - Chciałbym się zobaczyć z przełożonym tej świątyni. Jestem kapłanem i nazywam się El Turgas. – oczy półorka zmieniły się w dwie szparki, gdy usłyszał obcesowy ton, ale natychmiast się rozchmurzył, gdy strażnik spokorniał. - Oczywiście, proszę za mną. – powiedział wyższy dając znak drugiemu, że wraca za chwilkę i otwierając przed gościem drzwi. Ciężka furta poddała się z cichym piskiem nienaoliwionych zawiasów ukazując ponure wnętrze budynku. Krótki korytarz doprowadził nowicjusza do poczekalni, gdzie freski na ścianach nie pozostawiały złudzeń, czemu patronuje tutejsze bóstwo. Sceny batalistyczne z bardzo naturalistycznie oddanymi scenami zabijania, portrety ściętych wielmożów, sceny mityczne ukazujące armie martwiaków mogły u osób zbyt wrażliwych wywołać wymioty, ale Turgas był przyzwyczajony do tych widoków, a nawet lubił je. W końcu był kapłanem Morghlitha. - Proszę chwilę poczekać, zaraz zostanie pan wezwany do przeora. – powiedział strażnik i udał się z powrotem na swój posterunek. Po chwili do sali wszedł szkielet i skinąwszy ręką na czekającego, odwrócił się i podążył w głąb świątyni. Początkowo surowe ściany z nieotynkowanej cegły zmieniły się w dość wygodny korytarz wyłożony kafelkami i przyozdobiony obrazami, z którego prowadziły drzwi do różnych pomieszczeń świątynnych. Przewodnik zatrzymał się przed ozdobnymi drzwiami na końcu korytarza i dając znak, żeby wejść, sam usunął się mrok alkowy znajdującej się tuż przy wejściu. Turgas zapukał, zaś drzwi otworzyły się na dobrze oświetloną komnatę, która niewiele miała wspólnego z życiem ascetycznych zakonników. Była urządzona bardzo bogato. Na podłodze leżał karmazynowy dywan z najdroższego materiału (kashmeer, tak się nazywał), ściany były przyozdobione obrazami w złoconych, a może nawet złotych ramach. Nad czarnym, marmurowym kominkiem wisiał miecz katowski wykonany ze srebra. Jednak nie cały. Krawędź tnąca wykonana była z mithrilu, a to niespotykane połączenie możliwe było tylko przy użyciu magii, więc miecz był bez wątpienia magiczny. Taką bronią ścinano tylko władców. Jeśli była to własność tutejszego proboszcza, to musiał on być w przeszłości najwyższym mistrzem katowskim. - Witaj szanowny kapłanie, jak Ci na imię? Ja jestem El Granmur. – z bocznych drzwi wszedł ubrany w szykowne szaty człowiek. Turgas natychmiast przestał podziwiać przepych widoczny w komnacie. Odwrócił się do przybyłego i oddał głęboki, pełen szacunku pokłon. - Witaj wasza eminencjo, jestem El Turgas z Gasty. ”Jak mój sen się spełni, to ty będziesz się przede mną kłaniał” - Chciałbym się zapytać, czy mógłbym terminować u Ciebie. Proboszcz uśmiechnął się chytrze pod nosem i wskazał stolik z szachownicą, i rozstawionymi pionkami. - Tak właśnie, przejdźmy od razu do rzeczy, .... Turgas natychmiast rozpoznał warcabusa, ulubioną jego grę w seminarium. Pomagała ona rozwinąć zmysł taktyczny, potrzebny przy dowodzeniu, a on nie miał zamiaru być przez całe życie czyimś ochroniarzem. - Z miłą chęcią. Zasady znam, więc możemy zagrać od razu. Kto zaczyna? – zapytał zasiadając do stolika. Rozgrywka była szybka i bez emocji. Turgas dość łatwo wygrał, mimo, że ta wersja zasad różniła się nieco od tej, którą poznał w seminarium. Widząc niezbyt zadowoloną twarz adwersarza pomyślał, że może nie powinien aż tak się starać. W końcu ten człowiek może mu zaszkodzić w przyszłości. - Cóż, jesteś dobry. – powiedział Granmur bez entuzjazmu – Więc szkolenie masz zapewnione, a teraz przejdźmy do pewnej sprawy, którą mógłbyś dla mnie załatwić. Dowiedziałem się ... - Wybacz panie, ale wygląda mi to na zadanie dla złodzieja lub zabójcy, a nie gwardzisty. A tak swoją drogą, czy dowódca Twojej straży nie znalazłby chwili czasu, aby poćwiczyć ze mną? Bez wątpienia ułatwiłoby mi to wykonanie zadania. - Nie kłopocz się, musisz tylko udać się na Kurtowy Dwór i zebrać informacje ... dowolnymi sposobami. I nie będziesz musiał się przekradać, zapewniam cię. Jeśli chodzi o szefa straży, to El Tornado jest świetnie wyszkolonym gwardzistą i w ramach umowy jego nauki również masz zapewnione. - Więc czy moglibyśmy od razu rozpocząć praktyki? Jak rozumiem, czasu nie mamy zbyt wiele. – Turgas nigdy nie lubił marnować czasu, w szczególności, gdy miał coś ważnego do wykonania. Późnym wieczorem, po pracowitym dniu w świątyni wrócił do karczmy „Złocisty Bażant”, żeby zjeść niewyszukaną kolację i udać się na odpoczynek. Jutro znów czekał go pracowity dzień w świątyni ... Ostatnio edytowane przez Smoqu : 02-17-2008 o 13:39. |
| | |
| | #6 |
![]() | Przyjemnie chłodna, wartka woda rzeczki przyjemnie chłodziła jej nieco ścierpnięte stopy. Z przyjemnością poruszała placami u stóp. Przeciągnęła się lekko siedząc na wiatrołomie lezącym po części na brzegu a po części w korycie bystrej strugi. Głośny dźwięk chrupanej trawy dawała do zrozumienia, ze nie tylko ona cieszy się z wypoczynku. Smukła gniadosza z białą strzałką na pysku czerpała równie wielka przyjemność z odpoczynku jak jej pani. Tishalulle czuła, ze nie musi się już śpieszyć Napięcie jakie czuła od dłuższego czasu przestało być tak dotkliwe, czuła, ze jest już blisko swego celu. Z uśmiechem igrającym na ustach sięgnęła po lutnie , której futerał zawiesiła na jednym z korzeni wiatrołomu w zasięgu rąk… Nie musiała się już nigdzie śpieszyć… Po kilku godzinach gdy zdążyła wykąpać się w głębszym miejscu rzeki, odpocząć tyle ile chciała ponownie osiodłała Vilję i ponownie wjechała na trakt prowadzący do Bogenhofen. Jechała wśród drżących pod dotykiem złocistych promieni słonecznych polami, pokrytymi łanami zboża, gdzieniegdzie przetykanymi barwnymi plamami maków czy chabrów. Słońce lśniło na srebrzystych pasmach jej długich gładkich włosów, upiętych na głowie w pozornie niedbały węzeł z jakiego spływały po jej plecach, aż na koński grzbiet wymykające z upięcia kosmyki. Wzrost, budowa ciała i niezwykły typ urody nie budziły najmniejszych wątpliwości- w żyłach podróżniczki płynęła elfia krew. Pełna gracji, zmysłowa sylwetka, o doskonałych proporcjach mogąca stanowić doskonały wzór dla rzeźbiarza, płynne taneczne ruchy, i twarz wokół której chyba nie dało przejść się spokojnie o oczach fiołkowej barwy stanowiły niezwykłe połączenie w tej przepięknej kobiecie. Tan Tishalulle była doskonale świadoma daru niezwykłej urody jakim obdarzyli ją bogowie. I czuła się z tym doskonale. Mając za plecami zachodzące słońce wjechała do miasta. Czuła, ze to właśnie tu, po ponad półrocznej wędrówce miała trafić. Tylko co miała tu spotkać? Nauczyła się już nie zwracać uwagi na pełne podziwu szepty, westchnienia, czy inne zachowania gawiedzi. To czasem bywała ta ciemniejsza strona jej urody… Delikatnym ruchem kolan skierowała Vilję do budynku szczycącego się mianem „Złocistego Bażanta”. Długi czas upłynął od postoju w Tagar-Durze gdzie mogła wyspać się w wygodnym łóżku i zażyć gorącej kąpieli… Ale najpierw jej klacz, potem dopiero ona. Mimo nieśmiałych protestów chłopca stajennego któremu w jej obecności z lekka plątał się język sama rozkulbaczyła Vilję. Przesunęła lekko dłonią po gładkim łęczysku łuku jaki w czasie podróży wisiał w Łubiach przy lewym boku klaczy. Poprawiła na biodrach pas na jakim wisiał dwustronny tarsar, w ozdobnej pochwie, równoważony z drugiej strony przez sztylet o płomiennym , pofalowanym ostrzu. Z lekkim uśmiechem weszła do budynku karczmy. Po chwili siedziała za stołem spokojnie obserwując jak pulchny ork zwija się jak w ukropie chcąc swą usłużnością chyba zaskarbić sobie przychylność w jej oczach. Niebawem stanął przed nią talerz z pięknie podanym bażantem w winie, obok kielich lekko schłodzonego wina. Spokojnie zaczęła jeść jednocześnie przysłuchując się rozmowom w karczmie. Jej wyćwiczone ucho łatwo rozróżniało poszczególne głosy. -Zacny gospodarzu, ufam, iż najdzie się dla mnie pokój. Czy może znaleźć się w nim również balia z gorąca woda? Spytała orka gdy podszedł by zebrać talerze i zapytać czy jej smakowało. Jej wysoki, doskonale ustawiony, o płynnej tonacji głos był idealnym dopełnieniem niezwykłego wyglądu. Gdy wylegując się w rozkosznie odprężającej kąpieli wspominała ostatnie pół roku spędzone w większości na morzu uśmiechnęła się lekko. W końcu dotarłam do celu… Sen jaki mila tej nocy niczym jej nie zdziwił. Bardziej dziwny mógłby być jego brak. Sny upewniały ją, że wybrała dobrą drogę… Rankiem po lekkim śniadaniu ubrana w świeżo wyprane, gładkie ubranie ruszyła w wskazanym przez usłużnego orka kierunku. Dom szlachetnego Tan Gotrika znajdował się tuż przy bramie wjazdowej do miasta. Nie zauważyła żadnego strażnika, najwyraźniej nikogo takiego nie potrzebował. To podejrzenie dość szybko okazało się mylne. Jej bystre oczy wychwyciły za zamaskowanym oknem czujne oko obserwatora, z takiej pozycji mógł z łatwością strzelać z kuszy samemu pozostając niemal bezpiecznym. Jednak gdy podeszła pod drzwi i zapukałaś w wejściu przywitał ją lokaj. -Szanowna pani ukłonił się nisko i z widocznym doświadczenie. - Mój Pan z chęcią się z Panią zobaczy zaprowadził elfkę do sąsiadującej komnaty – gabinetu. Całość oprócz kilku antyków, ładnej rzeźbionej wazy i kamiennego gargulca raczej nie przedstawiała nic ciekawego. -Z czym szlachetna Pani przybywasz? Gdy wyjawiła mu w jakim czemu przybyła do jego domu uśmiechnął się lekko i przysunął pomiędzy nich pięknie rzeźbioną szachownicę. Ująwszy pomiędzy place pion rzeźbiony na kształt laufra , począł go delikatnie obracać w dłoni i odezwał się: - Jest taka sprawa, moja Pani, czy mogłabyś udać się do wioski Altaren? Już od dawna od miejscowych docierają mnie wieści o jakimś chłystku rozbójniku. Wiesz, Pani jak to jest z chłopami byle kmiotek o nieprzyjemnej twarzy i mieczu w rękach potrafi napędzić im stracha. Sam udałem się tam ze dwa razy, ale jakoś nie natrafiłem na ślad zbója. Nie wiem jak stoją Twoje zasoby pieniężne Pani i nawet mnie to nie interesuje. Dla uniknięcia jednak kłopotliwych sytuacji dostaniesz ode mnie pieniądze na tygodniowy pobyt w karczmie. Jeśli nadarzy się ten rozrabiaka to wymierz mu nauczkę, myślę, że chłopi ugoszczą Cię za darmo Pani, ale kto ich tam wie… Mogą być podejrzliwi, więc nie naciskaj. To prosty lud i tak pewnie będą milczeć w obawie, aby nie natknąć się na podpuchę – rozumiesz, zbir mógłby nasłać kogoś, aby sprawdził co chłopstwo zamierza. Gdybyś się zagubiła w tych leśnych drogach, choć to prosta ścieżka, gdybyś jednak to nieopodal znajduje się dworek niejakiego Kurta powinien być widoczny z daleka a od niego to już z trzy godziny drogi na południowy zachód, wiesz nie byłem tam już z kilka miesięcy i nie wiem czy drogi nie zarosły – uśmiechnął się przyjaźnie. - Mój przyjaciel bard mógłby zająć się Twoim szkoleniem w fachu który jest mi obcy, zrobi to w ramach przysługi jaką jest mi winien... Tishalulle w duchu spięła się nieco. Nie spodziewała się, że ona, córka jednego z Rady Olgrionu miała kiedykolwiek być wykorzystana jako ktoś od dawania nauczek pomniejszym rozbójnikom, ale cóż… To właśnie tu miała się znaleźć i tego mężczyzny się szkolić. - To oczywiście Pani jeśli przegrasz ze mną w tej grze. Jeśli zaś wygrasz, to będzie to twoja decyzja czy się tam udasz, czy też od razu rozpoczniemy szkolenie. Więc jak rozumiem, mam cię zapoznać z zasadami owej gry? Tan Gotrik dokończył swą wypowiedź, spoglądając pytająco w piękne oczy elfki. Tishalulle nie byla zdziwiona, iż mimo jej starań została pokonana w grze w jaką grała po raz pierwszy. -Szlachetny Panie, pozwolisz, że nie skorzystam z twej pomocy fianasowej w mym zadaniu. W kwestii finansowej potrafię sama o siebie zadbać... Więc nie pozwól bym dalej zabierała twoj czas, Panie. Tishalulle po pożegnaniu się z swym przyszłym mistrzem opuściła jego dom. Zamierzała zwiedzić trochę miasto, może, jakimś dziwnym trafem znajdzie się tu cokolwiek godnego jej uwagi... Dzień zapowiadał się piękny, słoneczny ... Miała nadzieję, że gdy wróci do karczmy zastanie w niej to o co prosiła rankiem. Hymm, wręcz była tego pewna...
__________________ Candles raise my desire Why I'm so far away No more meaning to my life No more reason to stay... Ostatnio edytowane przez Lhianann : 02-19-2008 o 06:24. |
| | |
| | #7 |
![]() | ![]() Południe dawno już minęło, zmierzch zbliżał się szybko, gdy na jedno ze wzgórz w pobliżu Bogenhofen wjechał podróżny. Tak jak wielu przed nim zatrzymał się na chwilę, przeciągnął w siodle. Przez chwilę kontemplował widok roztaczający się ze wzgórza, zachwycony pięknem i świeżością roślinności w okolicy. Nie było w tym wszak nic dziwnego, podróżnym był Elf. Zanim wyruszył dalej, usadowił się wygodniej, poprawiając dwie sakwy wiszące za nim. Na koniu, a zwłaszcza na koniu jucznym, jeździec ten wygląda niepoważnie zpowodu swego wzrostu. Przejedzmy, zatem do opisu podróżnego. Chociaż czasy niebezpieczne i trakty zwłaszcza dla samotnego jeźdźca są śmiertelną pułapką podążał on sam. Tan Alander Sanssel bo tak nazywał się ów jeździec, wyruszył już ponad miesiąc temu z Get-warr-Garu, długa podróż zmęczyła tego nieprzyzwyczajonego do takiego wysiłku podróżnika. Jego odzienie, o które zazwyczaj dbał było przyprószone pyłem drogi. Odziany był w niebieski płaszcz, tunikę i spodnie tego samego koloru. Spodnie podtrzymywał ozdobny sznur, do którego na prawym boku przypasana była daga. W pasie był przepasany szeroką niebieską szarfą, za którą były powtykane drobne przedmioty i sakiewka, dobrze w ten sposób zabezpieczona przed złodziejami. Wytrzymałe znoszone buty wskazywały, iż jest on wytrawnym podróżnikiem, a jego pozycja siodle znamionował słabego jeźdźca. Widocznie, dlatego też na dłuższą podróż wybrał konia jucznego, zamiast zwykłego wierzchowca, którym to powodowanie jest znacznie trudniejsze. W tej chwili jego głowę okrywał kaptur, równie niebieski jak całe jego odzienie, Gdyby go odrzucił wszyscy zobaczyliby kasztanowe, krótko ostrzyżone włosy i szpiczaste uszy z małym srebrnym kółkiem w prawym. W tej chwil niebieskie oczy bacznie obserwowały drogę przed sobą, bo wszak wiadomo, iż często zbóje, niczego się niespodziewających podróżnych napadli tuż przed miastem. Do bram miasta było już niedaleko, najwyżej godzina nieśpiesznej jazdy, myśli, więc Alandera zaprzątały, inne sprawy. „Ciekawe, dlaczego Bern wysłał mnie do tego miasta, okolica wygląda na dostatnią, ale lepsze miejsca dla moich badań i polowań znalazłbym w Get-warr-Garze. Ciekawe, na szczęście wiem do kogo mam się zgłosić w tej dziurze. Mag - Tan Eldirion Dalabera ma jakieś zadanie dla mnie, cóż to za konszachty i jakie kontakty wiążą go z Berenem, wielce to wszystko zagatkowe. Może chcą mnie wypróbować przed przyjęciem do Gildii. Byłoby to nader korzystne dla moich interesów.” Zazgrzytał, aż zębami, gdy przypomniał sobie sprawę utraty pozycji szlacheckiej swojej rodziny. „Przeklęta rodzina Karrar, jak ja nienawidzę tych orków, zemszczę się jeszcze, chociaż już częściowo powetowałem sobie na nich straty. Dwieście złotych monet, z tych dwóch wypraw do ich rodowych posiadłości, powetowały w niewielkim stopniu moje straty. No, ale póki życia dotąd zemsta, jakaż wspaniała to myśl, iż będę mógł grabić ich prze wieki. Uczynię z tego cel mojego życia. Przez wieki będę ich nękał”. Na twarzy elfa pojawił się ironiczny uśmieszek. W końcu w promieniach zachodzącego słońca dotarł do bramy, szybko przez nie przejechał odprowadzany czujnym wzrokiem strażników. Spieszyło mu się do porządnej gospody i wygód, od jakich na popasach odwykł. Było to nader niebezpieczne, ponieważ kocie łby, którymi były wyłożone główne ulice, były w niektórych miejscach wyślizgane, grożąc potknięciem zmęczonego konia i bolesnym upadkiem. Dotarł w końcu do karczmy leżącej w centrum miasteczka, wyglądała z zewnątrz na przyjemną i zadbaną. Konia zostawił koniuszemu, poinstruowawszy jak się ma nim zająć, zabrał ze sobą tylko sakwy ze swoim dobytkiem. Pyszne zapachy doleciały, do Alandera, gdy tylko otworzył drzwi do karczmy. Zapach pieczonego mięsa, mieszający się z bukietem zapachów, jakie wydzielały otwarte butle miejscowego wina. Karczma była wyjątkowo czysta tak na zewnątrz jak i wewnątrz. Starsza ludzka kobieta pilnowała porządku w dzień i w nocy, właśnie, gdy wkraczał do niej zagrodziła mu drogę, usuwając z podłogi jakieś zabrudzenia. Mag tanecznym krokiem z uśmiechem zrobił pass i ominą zgrabnie z uśmiechem sprzątaczkę. Szybko podszedł do kontuaru, wtedy to też z zaplecza wyłonił się pulchny ork, gdy dojrzał klienta uśmiechną się. - Zerg, właściciel tego zajazdu, czym mogę służyć. - Tan Alander Sanssel, karczmarzu. Pokój dla mnie, stajnia dla mojego konia, macie tu łaźnię, bo po długiej podróży chcę się odświeżyć, w międzyczasie gulasz z oposa chleb i dzban najlepszego piwa. - Najmocniej przepraszam szlachetnego pana, ale mięso oposa się już się skończyło. Jeśli ma pan takie życzenie zmówię jutro więcej z chłodni. - Dziwne jakieś zwyczaje, aby brakowało podstawowego mięsa. Więc co polecasz karczmarzu. - Specjalność zakładu bażanta. - Więc dzisiaj niech będzie bażant, na jutro przygotuj zaś na obiad gulasz jak mówiłem i zupę rybną. Śniadanie jajecznica z sześciu jajek. Na kolację zaś coś z ptactwa, może pie |