![]() | ![]() |
![]() |
| |||||||
| Sesje RPG - Inne Tutaj możesz zagrać w tych światach, które zostały pominięte powyżej. Czy to rządzona przez orki Orchia, czy może kosmos w erze, kiedy słońca zaczynają gasnąć. Na pewno znajdziesz tu coś dla siebie. |
![]() |
| | Narzędzia wątku | Wygląd |
| | #51 |
![]() | Karla Bijoux Ustalili sprzedaż Poborcy. Pewnie Karla mogła zatrzymać zysk dla siebie, ale przecież to nie było jej zwierzę, a choć oszustwa i to dużo grubsze nie były obce niebieskookiej kobiecie, w tej niebezpiecznej podróży instynktownie szukała sojuszników, zresztą nigdy w życiu nie miała problemów z dzieleniem się z osobami które lubiła. Na pewno miała dni kiedy wyglądała piękniej. Gdy była wypoczęta, nie zapłakana, z włosami zachowującymi choć pozory ładu. Ale mimo wszystko, wygodna podróżna suknia, bo Karla podróżowała w siodle po damsku, doskonale podkreślała walory jej sylwetki, a trójkątna zasmucono-rozgniewana buzia mogła się podobać. Długie smukłe ramiona miała odkryte, w rękach przekładała błękitną chustkę, wcześniej ochraniającą jej twarz od słońca. Podniosła się z pniaka na którym siedziała przy tej skromnej wieczerzy. Takie było awanturnicze życie, bycie damą nie pasowało do kociołka, blaszanej miski i krojenia mięsa, a praca jaka by ona nie była, nie uszlachetniała. Wyciągnęła rękę by przywitać się z rycerzem, po męsku, jakby ten jeden dzień w siodle, a może śmierć Dona odarły ją całkiem z kokieterii. - Tak, tak odsiecz rozbiła zbójów w drobny mak. Co prawda widziałam tylko trupy naszych, ale jestem pewnie za mało spostrzegawcza. – śliwowica z verdenek rozwiązała jej, i bez tego dość swobodny, język Ale pełna wiary w ludzi, młoda kapłanka a o natchnionym wzroku nie odpowiedziała na sarkazm Karli, za to bardzo miło oddała jej miskę i w rezultacie malarce zrobiło się głupio. Wskutek czego udzieliła Edwinowi wyczerpującej odpowiedzi. - To wielkie artystyczne wydarzenie i dlatego jadę. Mam kilka poważnych zamówień na płótna. – i znowu widać było że jakaś część Karli, chyba nawet nieuświadomiona, oczekuje na przytaknięcie, jakiś okrzyk, ach to pani Bijoux, słyszałem, słyszałem, ale był to tylko przebłysk, może jej wiara w siebie nie była aż tak rozbuchana, a może była to tylko nadzieja artysty, który kocha swoją sztukę a przecież miłość sama w sobie domaga się wzajemności. - Co prawda imć Rambert wpisał mnie na jakąś listę. "Karla Bijoux - dekoracje" – uniosła wzrok do nieba w łatwym do odczytania grymasie - ale to kompletne nieporozumienie, którego nawet nie chce mi się wyjaśniać. I wtedy dotarło do niej, że od kilkunastu minut nie widziała Akwamaryny. Błękitna chustka wypadła jej z rąk - Akwamaryna! Akwamaryna! – malarka momentalnie pobladła. - Widzieliście ją? Widziałeś niewielką prawie białą suczkę? - zaczepiła jakiegoś żołdaka, który wlepił wzrok w jej biust, mimo, że suknia nie miała dekoltu, a wzrok naturalnie sięgał mu raczej na wysokość Karli czoła. Pokręcił głową. - Akwamaryna! Akwamarynko! Trumniarz zbliżał się do małego ogniska z krzywym bezzębnym uśmiechem. W rękach trzymał szamoczącego się psa. Karla aż wstrzymała oddech. Psiak wydawał się naprawdę przerażony. - Szczura znalazłem – zarechotał - łeb mu trzeba ukręcić – właśnie nadarzyła mu się okazja by pokazać chędożonym artystom, kto tu naprawdę rządzi. Pewnie nawet nie ogarniał, że zwierzę należy tylko do jednej osoby. ***** A z drugiej strony obozu, ledwo widoczne w świetle żołnierskiego ogniska, zapłakane, w podartej sukience, z namiotu szlachetnego Rodericka, co przysiągł ubić smoka, uciekało piętnastoletnie dziewczę.Ostatnio edytowane przez Hellian : 06-23-2008 o 19:12. Powód: nagłówek |
| | |
| Reklama |
| |
| | #52 |
![]() | Dersitto Bumblebee Kapłanka nie mogła uczynić dziś więcej dobra dla niziołka. Z głębokim westchnieniem ulgi pałaszował swoją pełną już porcję przekazawszy przechodnią flaszkę do „nowego kuriera” i w milczeniu przysłuchiwał się niemrawo rozmowie. Jakoś tak już miał, że całą uwagę zwykł skupiać na jedzeniu delektując się kolejnymi dokładnie przeżuwanymi kęsami. Nie przeszkadzało mu to jednak w szybkim pochłanianiu ogromnych ilości żywności, o nie. Dersitto po prostu uważał jedzenie za swoistego rodzaju obrządek, bez którego życie byłoby dużo smutniejsze i straciłoby dużo na kolorycie. Skończywszy, otarł usta rękawem, na które następnie spojrzał trochę krytycznym wzrokiem. Chyba trzeba będzie niedługo wyprać to wszystko… Westchnął głośno i postanowiwszy włączyć się do rozmowy spojrzał raz na Edwina, raz na Karlę, po czym na koniec na oddalającą się kapłankę… jak ją zwał?? A tak, Lilien. Feide póki co również zachowywała milczenia. Nie dało się ukryć, że malarka zadecydowanie łacniej udzieliła odpowiedzi młodemu oficerowi niż kapłance, pomijając już fakt, że słowa już jakby same z siebie płynęły z jej czerwonych ust. Trudno było powiedzieć, czy zasługa to była jego lśniącej zbroi, czy też wybornego trunku, którego zakosztowała, niemniej Dersitto zawsze lepiej się czuł w towarzystwie osób wygadanych. - Akwamaryna! Akwamaryna! – malarka momentalnie pobladła. Jej gwałtowny krzyk sprawił, że niziołek podskoczył i o mało nie spadł z koślawego pniaka. Z uczuciem niepewności i wyraźnym dylematem na twarzy rozejrzał się wokół, czy nie widać gdzieś morderczego psiska o brązowym pyszczku. Zdecydowanie nie tęsknił za tym stworzeniem jednak stwierdził, że faktycznie będzie najbezpieczniej jeśli bestia znajdzie się pod kontrolą Karli, a nie będzie biegać samopas gdzieś po jakimś nienacku skąd wyskoczy na niczego nie podejrzewającego niziołka. Szukać długo nie było trzeba. Piski błyskawicznie nakierowały wszystkich na jednego z dziesiętników Rodericka. Trumniarz z paskudnym uśmiechem niósł psa trzymając go za skórę na karku, tak że ten mimo usilnych starań nie mógł go złapać zębami i jedynie piszczał z bólu i przerażenia. Nie no – tak to się już nie godzi. Mniejszego od siebie????! Niziołek aż się zagotował. - Nie wiem, czy wiesz, ale zwierz ten należy do Pani Karli Bijoux, która wraz z całym swoim przybytkiem jest pod specjalną opieką Rodericka Śmiałego. Wiem, żeś głupi jak cep, ale to chyba ogarniasz, że męcząc to stworzenie wyżej srasz niż dupę masz. – zrobił przerwę patrząc jak żołdak przyjmuje to co powiedział. - Poza tym jak tak ci pilno do męczenia mniejszych to mnie spróbuj tak za fraki złapać – lewą ręką wymacał w kieszeni okrągły kamyk znaleziony niedawno w rzece, a prawą odpiął procę. Trumniarz zgodnie z oczekiwaniem przestał rechotać i bił się z myślami. Po chwili jednak natura wygrała i żołdak odstawił psa. - Dobrze gadasz karyplu. Psa nielza. Ale tobie kości porachuje za niewyparzoną gębę. Dersitto przełknął ślinę rozglądając się za najwyższym w okolicy drzewem. No to żem się kurwa wkopał... Nie znalazłszy żadnego zapomniał już o procy i jęknął tylko: - Panie Edwinie?
__________________ Beer is proof that God loves us and wants us to be happy Benjamin Franklin |
| | |
| | #53 |
![]() | Feide o śliwowicy słyszeć nawet nie chciała, sam zapach wywołał w niej przykre wspomnienia poranka...jak to ... wolała już sobie nie przypominać. Na szczęście krasnolud gdzieś znikł i tylko niziołek został by drwić z jej słabości, której dzisiaj wyjątkowo ulec nie chciała. Założyła nogę na nogę i wyprostowała plecy, jej podróżny strój całkowicie przeszedł zapachem konia, sama również nie czuła się zbyt komfortowo. A do tego w powietrzu unosił się nieustannie kurz. Zaczęła więc rozglądać się za porządna kąpielą, wcześniej jeszcze dyskretnie użyła perfum. Zapach słodkiej wanilii mile podrażnił zmysły siedzących najbliżej. W pewnej chwili jej wzrok spotkał się ze wzrokiem kapłanki, Feide uśmiechnęła się złośliwie i zaczęła poprawiać sobie biust, upewniając się czy okrągłości są wystarczająco odkryte. Od czasu do czasu zerkając na niesmaczną minę kapłanki. Kobieta przestała dopiero widząc gapiąca się na nią grupkę żołnierzy. Nie maiła ochoty rozmawiać z żadnym z nich, uraz z dawnych lat nieustannie tkwił jej w pamięci. Kiedy to jako początkująca skrzypiacza zbierała na jedzenie w karczmie, zjawili się żołnierze... Feide przełknęła ślinę była wtedy taka bezbronna i bezsilna....teraz to co innego już się ich nie bała, została jedynie paląca niechęć Malarka dogłębnie zajęta trunkiem i rozmową z nowo przybyłym żołnierzem kompletnie zapomniała o swoim śierściuchu. Feide chcąc być miłą natychmiast zaczęła się rozglądać, gdyż cały czas liczyła na swoją część ze sprzedaży konia. Okazało się, ze biedny piesek wpadł w sidła celu ich marchewkowego napadu – Trumniarza Bezzębnego -Szczura znalazłam - nie dość, ze brzydki to jeszcze głupi, psa ze szczurem pomylić pomyślała kobieta i pokręciła głową. - Panie drogi żołnierzu – zwróciła się do Edwina podchodząc do niego bliżej - byłabym bardzo wdzięczna gdyby pan tak wyrwał tego biednego pieseczka z rąk ohydnego Trumniarza, tylko Pan jest w stanie to uczynić ...– Feide uśmiechnęła się ładnie i zatrzepotała rzęsami. Wtedy to niziołek nie czekając na reakcje innych ruszył na pomoc Akwamarynce .Kobieta spojrzała na krzyczącego coś Dersittai już dobrze wiedziała że nic dobrego z tego nie wyniknie. Wyczekująco spojrzała na Edwina. W pewnej chwili poirytowany Trumnarz wstał biorąc kawałek patyka przeznaczonego na podpałkę do ogniska. Feide widząc to zakryła swoją delikatną dłonią usta. Uwolniony pchlarz natychmiast wrócił do swojej pani, a Dersitto stał wpatrując się w podchodzącego coraz bliżej Trumnarza. ***** Uciekające dziewczę w podartej sukni najwidoczniej nie pozostawiła mości rycerza Rodericka samego, gdyż bliżej stojący słyszeli wyraźny kobiecy pisk wydobywający się z namiotu.
__________________ Cisza barwą mego życia Szarość pieśnią brzemienną, którą śpiewam w drodze na ścieżkę wojenną istnienia... |
| | |
| | #54 |
![]() | - Swanman! Kurwa! - Trumniarz! Kurr ... tego – obopólne zaskoczenie dwóch antagonistów, którzy nagle spojrzeli sobie prosto w oczy. Tyle, że Edwin na ostatnim słowie ugryzł się w język. W końcu były tu niewiasty. Pewnie, że trzeba pomóc niziołkowi. Nie lubił żołnierskich dupków i szczerze ubolewał, iż sam czasem także takowym był, no, ale od kiedy wyleciał z wojska nie musiał się tym przejmować. Ponadto to właśnie Dersitto był pierwszym, który zechciał podzielić się z nim własną kolacją. A Edwin wiedział, czym jest dobre żarcie dla rodu niziołków! Dla nich jedzenie, to jak dla niego kobie ... - "Co ty pleciesz, postrzelony kretynie"! – Wrzasnął sam na siebie w myślach. – "Teraz jesteś już grzecznym młodzianem. Rozumiesz? Przyzwoitym, skromnym, a nie rozdziewającym w myślach obydwie dziewczyny, jak to właśnie czynisz!" - "No, ale jak tu można przejść obojętnie obok takich kobiet? No jak? Smukłe ramiona malarki, wprost stworzone do tego, by obejmować kochanka i te oczy skrzypaczki, w których możnaby się zanurzyć niczym w krystalicznych wodach jeziora. Chyba sodomita zostałby obojętny!" - "Ale ty musisz być choć trochę odporny na te wdzięki, nie przeczę, że diablo atrakcyjne, kształtne jak cholera, jakby stworzone na pokusę dla mężczyzn. A co się kryje pod tymi sukniami ... ale ty musisz być jak głaz!" - "Tere fere." Cały ów myślowy dyskurs trwał może ćwierć mrugnięcia okiem. Czy on mógłby zostawić bez pomocy subtelnie piękne usta Karli oraz czarne niczym noc rzęsy Feide? Prócz tego niziołka, który wypowiedział jego imię? Nie mógł! Oczywiście, nie mógł. Odwrócił się i wtedy nagle ... obopólne zaskoczenie. - Swanman! - Trumniarz! Te pieprzone ponure oczy zakapiora rozpoznałby wszędzie. Tak blisko siebie dwie twarze. Nastroszone brwi, krzywy nos ora śmierdzący gorzałą oddech sierżanta. Dwie akcje niemal równocześnie. Sięgnięcie ręką po miecz przez wojaka i odruchowy kopniak Swanmana, który wiedział, ze nie zdąży przygotować swojego ostrza. - Uf!!! – Powietrze wyplute nagle z płuc sierżanta wraz z kawałkami śliny i flegmy aż zaświszczało, a oczy niemalże wyszły ponad potężne, zwichrzone brwi. Miecz wypadł z bezsilnej dłoni, a tak dumny przed momentem chłop padł skulony na ziemię trzymając ręce między nogami. - Uchr! – Krzyczał na poły, na poły zaś próbował przeklinać. – Moje ... jaja, ja ... ciez ... pielo ... olę, ty ... skulczysynu – jednak nie wychodziło mu to zbyt wyraźnie. Edwin z pewną dozą ciekawości patrzył na człowieka, próbując chwytać znaczenie wypowiadanych przez niego słów. Bynajmniej nie żałował kopniaka dla znajomego z dawnych lat. Przykurczony chłop, który przed chwilą chciał zrobić pulpeta z Akwamaryny, sycząc próbował się niezgrabnie podnieść i usiłując się podeprzeć wsadził rękę w łajno, które przed chwilą pozostawił na trawie pies malarki. Rozejrzał się wokół, ale widocznie inni żołnierze niezbyt lubili sierżanta, bo na twarzach tych kilku, którzy widzieli zajście malowały się raczej uśmieszki niż oburzenie. Może zresztą widzieli, kto sięgał po broń i nie chcieli wszczynać burdy w niepewnej sprawie nadstawiając własnego karku za sierżanta, który właśnie powstał, choć skulony i trzymając mocno ściśnięte nogi. Rozglądał się szukając poparcia wśród swoich, ale kiedy go nie znalazł: - Kulwa – wypiał niczym młody kogut prędzej, niż powiedział. – Zapłacicie mi za to, zapłacicie. Wszyscy, baby, chłopy, nawet ten cholerny, kulwa, pies. - Może panu pomóc, sierżancie? – Żołnierz, który nagle podszedł do chwiejącego się mężczyzny, mógł mieć nawet najlepsze intencje, jednakże dla skopanego wojaka zabrzmiało to w tej chwili jak kpina. Próbował go chwycić za sukmanę, ale bolało go jeszcze na tyle, że minął ręką gwałtownie machając i byłby upadł, gdyby tamten go nie podtrzymał: - Może panu pomóc, sierżancie? – Powtórzył, ale podoficer go odepchnął, tak jak mógł w tej parszywej dla niego chwili najmocniej: - Pieprz się razem z nimi, gnoju – wyładowywał swą złość na nim, skoro nie mógł na Edwinie, który teraz trzymał broń w ręku i nie wyglądał na skorego dać się poszlachtować dla satysfakcji jakiegoś sierżanta. Ale jego słaby głos nie robił wrażenie na żołnierzu: - Zabiorę was na kwaterę, a jak będziecie się chcieli skarżyć na podróżnych, to do sir Rodericka – i nieco siłą odprowadził ledwo idącego sierżanta puszczając jeszcze ukradkiem oko do podróżnych. - Chyba go tu średnio lubią. Przepraszam, ze tak późno – rzekł niziołkowi, a widząc jego pytający wzrok wyjaśnił – Ten dupek kiedyś służył w straży pewnej świątyni Melitele. Za bardzo lubił chędożyć kapłanki, co mógłbym nawet zrozumieć, ale czynił to niekoniecznie za zgodą onych. Takie przynajmniej było z początku podejrzenie, bo dziewczyny wstydziły się gadać. Wreszcie jedna czy druga wyznały. Niby chcieli go ucapić na dobre, ale z niewiadomych mi przyczyn skończyło się na batach oraz wygnaniu ze służby. Mówię tak, bo sam wtedy byłem młodym oficerem owej straży i pierwszy raz mi się zdarzyła taka sytuacja. Rozejrzał się patrząc za dziewczynami. Feide była tuż obok, a Karla ... właśnie szła w stronę namiotu dowódcy. Uparta, gniewna, dowodząc zaciętą miną, ze nie da nikomu poniżać swojej godności poprzez sugestię zeżarcia jej psicy jako przekąskę. Po drodze niemal minęła ją rozchełstana młódka, która dopiero co wyskoczyła z namiotu Roderica. Widać, że chłop nie próżnował, bo z jego namiotu docierały kobiece krzyki. Jak na ucho Edwina, raczej strachu niż rozkoszy. Widać ucieczkę jednej folgował sobie na drugiej dziewczynie. - Co za cholerna banda – mruknął do siebie dobiegając do Karli. – Chodźmy raczej razem – zaproponował. - Zawsze jest większa szansa, ze nas wysłucha. Nie dodał na głos, ze także większa na spokojną rozmowę, gdyż, gdyby była samotna, dzielny damski bokser Roderick mógłby ją potraktować identycznie, jak uciekającą chłopkę. Natomiast we dwójkę mieli znacznie większe szansę. Ponadto liczył też na to, iż może przerwą to co się dzieje we wnętrzu. Nie lubił takich dupków, co to do bab pierwsi bić się porywali, a przy nieprzyjaciołach to gębą miast mieczem się posługiwali. Chędożenie rzecz miła oraz naturalna, ale do jasnej ciasnej, nie metodą, którą widocznie preferował niby-wielki rycerz. Ostatnio edytowane przez Kelly : 06-25-2008 o 09:39. |
| | |
| | #55 |
![]() | Karla Bijoux **************** Wieczór w obozowisku zbrojnej karawany na progu wsi Zadymka nie przynosił oczekiwanych rozwiązań. Narada w domu sołtysa zakończyła się już dawno. Cny Roderick najwidoczniej postanowił zostać we wsi póki smoka nie ubije, a że walka takowa może być niebezpieczna postanowił też pofolgować chuciom. Zapewne śluby czystości nieskalanego rycerza nie obejmowały wieśniaczek, pacholików i owiec. Gdzie jest wiedźmin nikt nie wiedział, może sam smoczych skarbów szukał, a może, kierując się głosem rozsądku, plunął na to całe towarzystwo. Żołnierze pod rozkazami dziesiętników Fabia, Trumniarza i Bratka snuli się po obozowisku, wskutek chwilowego spokoju znudzeni ale jednocześnie po dzisiejszych przygodach podminowani. Wypatrywali okazji do rozpusty albo zwady. Bratka i Fabia nie było widać. Niespokojnym snem zasnął Jaśmin, podobnie jak młoda kapłanka. Feide, Dersitto i Karla, pełni złych przeczuć co do otaczających ich ludzi, choć pragnęli odłączyć się od grupy, zdawali sobie sprawę, że nie przedstawiają sobą żadnej siły i ich samotna podróż nawet uczęszczanym traktem byłaby kuszeniem złego losu. Niespokojne myśli Feide krążyły dodatkowo wokół balii z wodą. Skacowane, zmęczone ciało domagało się odrobiny troski, obecność atrakcyjnego Edwina jeszcze wzmacniała tę potrzebę. Ale w tym niesubordynowanym, zdemoralizowanym i z natury i dzisiejszym dniem, tłumie, nawet myśl o pięknej skrzypaczce zażywającej kąpieli mogła obudzić bestię. Może gdyby Feide nie spoglądała całą drogę tak pogardliwie na próbujących swego szczęścia żołnierzy atmosfera bardziej by jej sprzyjała. Dersitto, niziołek, który kochał jeść, ale za gotowanie brał się z ociąganiem, czuł, jak zamiast zbliżać, oddala się od celu. Nie dość widać zmartwień przysporzyła mu Vinia, bo wiązał się z dwiema ludzkimi kobietami. Stanowczo zbyt ładne na samotne podróże, Feide i Karla same prosiły się o kłopoty. W takim towarzystwie los niepokornego niziołka, nie potrafiącego stać z boku, mógł potoczyć się tragicznie. Karla, która swe demony leczyła wydarzeniami, bo nienawidziła czasu i nie wchodziła z nim w partnerskie układy, nie mogła narzekać na niedobór medykamentów. Ale jej ucieczka sprowadziła niebezpieczeństwo na Akwamarynę, a chłopak o którego umyśliła sobie dbać, zadośćuczyniąc temu nieobecnemu, pozostawionemu ze złamanym sercem, umarł. Złośliwi bogowie zsyłając omeny, wtrącają się chyba w jej mało cnotliwe życie. Edwin Swanman, dotąd przekonany, że jego celem jest Festiwal Kwiatów też chyba będzie musiał zrewidować swoje poglądy. Do Dol Blathanna jeszcze kawał drogi, a już pierwszego wieczora wrogowie mnożą się niczym w bitwie. Zresztą i własne słabości młodego mężczyzny zdają się w tej karawanie mieć zbyt duże pole do popisu. W podróży na kraniec świata wszystko może się wydarzyć. **************** Szczęśliwie Akwamaryna była już bezpieczna. Karla trzymała ją na rękach i pozwalała lizać się po całej twarzy. To był odważny psiak, wesoły i pełen życia, trudno go było wystraszyć, ale też nigdy jeszcze żaden człowiek nie chciał małej suczki skrzywdzić. Karla miała jasny pogląd na kwalifikację moralną czynu Trumniarza. Dziesiętnik chciał popełnić morderstwo. Gdyby nie interwencja Dersitto i Edwina ... nawet nie mogła o tym myśleć. Chętnie popatrzyłaby dłużej i z prawdziwą satysfakcją, na jęczącego z bólu zbrodniarza, ale konieczność dokończenia tej sprawy zmuszała ją do działania. Coś w minie Karli sprawiło, że nikt nie powstrzymał jej zapędów. A wzburzona malarka nie dostrzegała grożącego jej niebezpieczeństwa. Zaś kiedy już zobaczyła uciekające dziewczę, pomyślała po prostu, że temu drugiemu wojakowi też powie do słuchu. Na szczęście dla Karli dogonił ją Edwin. I weszli na scenę niczym z płócien w novigradzkim zamtuzie. Ogłupiała ze strachu, prawie naga dziewoja o gęstych włosach koloru słomy szamotała się i piszczała pod rzucającym grubymi przekleństwami, ubranym jedynie w buty Roderickiem. Światło rozstawionych po namiocie kandelabrów czyniło cały obraz lekko nierealnym. I gdyby nie ból w głosie wieśniaczki Karla pewnie zapatrzyłaby się w grę migotliwych blasków, w senne skradanie się cieni, w ruch mięśni nagich, atrakcyjnych ciał. Ale to nie było ani płótno ani jarmarczna komedia. Malarka postawiła Akwamarynę na ziemi, a sama bez namysłu cisnęła w rycerza pierwszym przedmiotem, który wpadł jej w ręce. - Będę miała o czym pisać w listach do protektorów mojej sztuki! Do królewskiego namiestnika Vizberta Kaprawego! Do królewskiego stryja Tomada! Do hrabiny Marii Izoldy de Fourreu! Roderick Śmiały nędznik i gwałciciel! – jej głos rozszedł się echem po całym obozie. Kufel odbił się od pośladka szlachetnego rycerza, zabrzęczał na rzuconym niedaleko mieczu, wreszcie dotoczył się do hełmu. Zielononiebieskie oczy Karli rzucały błyskawice a cała postawa wskazywała, że gotowa jest przejść do rękoczynów. Karla Bijoux - niedoszła pani na Deridell. Złodziejka i awanturnica. |
| | |
| | #56 |
![]() | Feide Corbonne Kobieta stała czekając na reakcję, wszystko nagle się zatrzymało, czas postacie, wydarzenia, wszystko stało niczym polanę jakąś substancją zatrzymującą ruch. I stało się. Co prawda nie te czyny rycerskie , których Feide oczekiwała jakiejś walki, ścięcia głowy... A kopniak w rzyć, oczywiście miał jakiś skutek,. Trumniarz leżał na ziemi i zwijał się z bólu, pozostawiając własną osobę drwinom podwładnych. Feide dodając oliwy do ognia zaczęła się głośno śmiać, a do niej dołączyło kila wieśniaków. Czy mogło spotkać go coś gorszego? W tym momencie na pewno nie. Żołnierze stali zmieszani, a ten który próbował zaistnieć i posłużył się pomocą został sklęty. Trumniarz w końcu wstał, kobieta natychmiast umilkła, nie chcąc zwrócić na siebie uwagi. Schowała się do tego za Edwinem, który zaraz gdzieś znikną w tłumie za malarka. Feide stała chwile zastanawiając się gdzie mogą się udać, oczywiście nie miała w planach im przeszkadzać, a niech sobie robią co chcą. Zerknęła jeszcze na niziołka upewniając się czy aby jest bezpieczny i sama znikneła korzystając z chwili samotności. Zalawszy spokojny kącik gdzie była poza zasięgiem jakiegokolwiek wzroku, wyjęła spomiędzy piersi sekrety „lek na smutek”. Proszek jak zwykle zaczął działać szybko. Oczy jej rozbłysły, a świat ponownie zrobił się przyjemny. Ukrywała to w tajemnicy, gdyż chciała swój „lek” pozostawić tylko dla siebie. Ktoś kiedyś jej mówił, ze prowadzi to do uzależnienia, ale jak taki niewinny proszek może do tego doprowadzić? Feide i tak zażywała go rzadko, więc była przekonana, ze nic jej się nie może stać. Wytarła jeszcze nos i schowała mały woreczek na swoje miejsce. Teraz mogła zacząć szukać bali z wodą, ale któż mogły ją wpuścić wieczorem do chaty... Najpierw przydałoby się znaleźć jakieś miejsce na spoczynek z dala od napalonych żołnierzy i smoków. Cichy kącik w którym, mogłaby spokojnie zasnąć nie martwiąc się , że zaraz wkroczy do niej jakiś chłop z widłami i zacznie krzyczeć. Tak krążąc w myślach, szła w poszukiwaniu niziołka, nie chciała już więcej chodzić sama, teraz dopiero zaczęła się bać, słońce prawie skryło się za horyzontem... nagle poczuła za plecami ruch. Zerknęła lekko, spostrzegła trzech żołnierzy - Witaj panienko , gdzie panience tak spieszno?? – powiedział jeden i natychmiast ja dogonił - Nie twój interes! – powiedziała nawet na niego nie patrząc - A może jednak mój....- uśmiechną się paskudnie Feide natychmiast odskoczyła i jednym ruchem wyjęła sztylety z cholew. Stała chwilę czekając na ich reakcje - Chyba nie zamierzasz tego użyć? – spytał inny – Chcieliśmy ten... porozmawiać tylko - Jesteś pewny, ze tego nie użyje? – powiedziała mrużąc oczy i demonstrując, ze umie się posługiwać swoją bronią. Wtedy zaczą ktoś się zbliżać, jakaś dziewczyna z chłopakiem pędząca kaczki do zagrody. Żołnierzom najwyraźniej zapał ostygł, nie chcieli ryzykować, ze dzieciaki doniosą komuś wyższej rangi. - Porozmawiamy później... – powiedział jeden i ruszyli w swoją stronę i w tym momencie zaczęły kwakać kaczki., kwakać istnie radośnie, tak przynajmniej wydawało się kobiecie. Schowała sztylety i puściła oko nieświadomym niczego dzieciakom, a następnie szybkim krokiem skierowała się w stronę miejsca wcześniejszego spoczynku. Nigdy więcej pieczonych kaczek - pomyślała Gdy już odnalazła niziołka, co nie było błahym wyczynem, poprosiła go ,aby poszedł z nią poszukać spoczynku. To sobie wzięła obrońcę pomyślała, ale lepszy taki niż żaden. Zapukała do pierwszych lepszych drzwi. - Przepraszam czy.... – stara kobieta widząc niziołka od razu trzasnęła drzwiami, gdzieś indziej nawet jej nie otworzyli - Masz jakiś pomysł? – spytała zrezygnowana.
__________________ Cisza barwą mego życia Szarość pieśnią brzemienną, którą śpiewam w drodze na ścieżkę wojenną istnienia... |
| | |
| | #57 |
![]() | Dersitto Bumblebee Edwin okazał się zacnym kompanem. Zaatakowanie żołnierza na służbie w obronie niziołka było czynem, który trudno było jednoznacznie przypisać szlachetności, lub lekkomyślności. Bez względu na motywy jednak, Dersitto wyrobił już sobie zdanie o Edwinie Swanmanie. Gdy ten oddalił się wraz z malarką w stronę namiotu Rodericka, w którym zważywszy na odgłosy gotowało się na kolejną drakę, niziołek przysiadł na swoim wiśniowym konarze przetrawiając moment zagrożenia. Był trochę na siebie zły, że go tak sparaliżowało. Nawet nie sięgnął po swoją procę, a przecież umiał diablo skutecznie się nią posługiwać. Westchnął. Ten jeden jedyny raz kiedy udało mu się zachować zimną krew był momentem, którego jak na ironię najbardziej żałował. Psia jucha z tym wszystkim - pomyślał i rozejrzał się wokoło. Był sam. W sumie mu to zupełnie nie przeszkadzało. Ogień w ich palenisku już zgasł pozostawiając czerwieniące się od żaru szczapy zebranego wcześniej na prędce posuszu. Dersitto wstał, zgarnął niedokończoną flaszkę i odszedł w ciemność kierując się cichym ledwo słyszalnym szumem strumyka, który zapewne płynął gdzieś nieopodal. Lubił strumyki. Dzięki jasno dziś świecącemu księżycowi, szybko dotarł do celu, który okazał się być bliżej niż można się było tego spodziewać. Komary poszły już spać więc można było spokojnie, nie niepokojonym przez, nic usiąść i delektować się nocą. Tak też uczynił i wymacawszy parę kamyków pod ręką, wziął pierwszy, a następnie wybrał losowy cel po przeciwnej stronie strumyka, cisnął weń pocisk. Potem następny... następny... następny... aż w końcu zapomniał o dręczącej go słabości. Było już późno i pijackich piosenek żołnierzy nie było już prawie słychać. Wtedy od strony opuszczonego paleniska doszedł go znajomy kobiecy głos. - Dersitto? Odwrócił się, ale prawie nic nie widział. - Tu jestem Feide. Dziewczyna szybko odnalazła go po głosie. Przez chwilę milczała jakby starając się dostrzec co niziołek tu robił, po czym rzekła: - Idziesz spać? Jeśli tak, to trzeba nam jakieś miejsce znaleźć, bo ja nie zamierzam zmrużyć oka w pobliżu żołnierzy. - Głos miała jednak jakiś taki żywszy niż poprzednio... a może mu się wydawało? - Chodźmy więc - odparł niezwykle jak na niego krótko. Wstał, otrzepał ręce i ruszyli razem w stronę chat. Chłopi, jak łatwo można było zgadnąć, szybko wyciągnęli wnioski co do obecności karawany i nie byli skorzy do rozmowy, a czasem nawet do otwarcia drzwi. Dersitto z niesmakiem zauważył, że aspekt rasowy również przyczynił się do trudności w znalezieniu lokum na dziś. - Masz jakiś pomysł? – spytała zrezygnowana Feide. Dersitto ziewnął rozglądając się dookoła. Jasnym było, że jeśli chłopi nie chcieli ich ugościć, sami musieli się u nich ugościć. - A ta stodoła tam? Wygląda znośnie... jeśli rzecz jasna słoma i zwierzęta Ci nie przeszkadzają. Feide w odpowiedzi tylko spojrzała krytycznie na niziołka. Nie był pewien, czy wzrok jej oznaczał drwinę z faktu, że zasugerował iż jest kapryśna, czy też wręcz przeciwnie. Tak czy siak podeszli. Stodoła stała na terenie jednego z gospodarstw na uboczu w pobliżu strumienia. Zanim jednak Feide pociągnęła za drzwi Dersitto cicho syknął: - Pssst. - Dziewczyna odwróciła się do niego - Jestem prawie pewien, że ktoś siedzi w tych krzakach tam na wprost - skinął nieznacznie głową na nieznacznie oddalone krzaki, chyba agrestu, za którymi rosło parę starszych drzew.
__________________ Beer is proof that God loves us and wants us to be happy Benjamin Franklin |
| | |
| | #58 |
![]() | Trudno jest o głupszy widok, niż goły, podniecony facet odziany tylko w onuce. Wprawdzie sir Roderick miał na owe onuce wrzucone jeszcze podbite gwoździami żołnierskie trzewiki, lecz bynajmniej nie odejmowało to komiczności wspaniałemu rycerzowi – pogromcy smoków lub dziewic. Albo ani jednych, ani drugich, gdyż bohaterem to wydawał się dość średnim, a jego własny smok raczej przypominał słabowitą jaszczurkę niż potężnego, opiewanego pieśniami gada. Ot, taki nieco większy haczyk, na którym możnaby było powiesić palto, albo pelerynę. Edwinowi byłoby go nawet szkoda, gdyby nie to, że dość mizerną posturę swojego przyrodzenia rekompensował sobie tłukąc młodą dziewkę po tyłku. Niewątpliwie, owłosiony tyłek rycerza nie ruszał specjalnie Edwina, ale krągłe pośladki dziewczyny przygniatanej przez sir Rodericka do łoża to zupełnie inna sprawa. Nie ujmując niczego innym, Edwin uważał siebie za znawcę pośladków oraz kilku innych części kobiecego ciała i sytuował pupę wieśniaczki w górnej połowie wyznaczonej przez siebie skali urody. Ich wejście zaskoczyło obydwoje walczących na kozetce. - Dawaj dupsko tu głupia dziwko! Zobaczysz, po rycersku cię sprawię, to potem dla przyjemności będziesz wyła, a nie tak jak teraz. Zamknij przy tym paszczę, bo cię jeszcze raz zmaluję przez łeb, że ci od razu wróci ochota, odpowiednio do twojego chamskiego stanu, nieprzeciwiania się zacnej szlachcie. - Panie! Nie! Błagam! Proszę, zostaw mnie – już nie krzyczała, ale szeptała rozdziana chłopka. Chyba usłyszała, iż ktoś wchodzi, bo nawet nie mogąc spojrzeć w stronę wyjścia załkała: - Proszę, ratujcie! Nie chcę, naprawdę, nie chcę, błagam. Roderick się zerwał wściekły, że się mu przeszkadza, co dziewka natychmiast wykorzystała skacząc pod ścianę namiotu i próbując z powrotem nawlec na siebie przyodziewek. Piersi też miała niczego sobie, zauważył podczas tego Edwin. Wprawdzie zbyt duże, jak na jego gust, ale, gdy się nie ma co się lubi, to się lubi, co się ma. Gdyby sobie trochę wypił, to nie miałby nic przeciwko spędzeniu z nią kilku miłych chwil. Ale nie w ten sposób, na Melitele, nie w ten sposób, co ten gwałcący ją dupek. A raczej, nie tyle gwałcący, co właśnie zabierający się do tej sadystycznej czynności. Karla była chyba bardziej wściekła niż on. Jako kobieta łatwiej mogła postawić się w roli owej wieśniaczki. Stąd pewnie rzut kuflem i wściekła groźba, że doniesie na niego. Królewski namiestnik Vizbert Kaprawy, królewski stryj Tomad, hrabina Maria Izolda de Fourreu mieli jednak z pewnością ważniejsze rzeczy niż skarga na rycerza, że pieprzy jakieś chłopki niekoniecznie za ich zgodą. Namiestnik oraz stryj pewnie sami to robili, kiedy mieli ochotę. Wszak chłop to tylko chłop, a wielu było takich, co to uważali, że w ogóle chłopka powinna się radować, jak wydupczy ją ktoś szlachetniejszego rodu. Jednak rycerz rzeczywiście mógł się przestraszyć wielkich nazwisk rzucanych przez Karlę. Tyle, że nie za sprawę gwałcenia wieśniaczki, ale wkurzenie kogoś, kto miał ucho możnych, było rzeczywiście niezbyt rozsądne. Kto to wie? Może wszak podszepnąć, że się źle sprawował na polu dowodzenia, albo co. Po co się narażać takiej osobie? Jednak sir Roderick widocznie myślał w tym czasie wyłącznie swoim opadającym smokiem, albo raczej smoczkiem: - Wypierdalać mi stąd – wrzasnął chwytając za miecz leżący przy łóżku. Edwin złapał za swój. Mimo wszystko trochę ciężko atakować przeciwnika na golasa, dlatego rycerz widząc skierowane ostrze w jego stronę lekko się pomiarkował: - Czego chcecie? – Rzucił już nieco spokojniej opuszczając broń oraz owijając się kawałkiem prześcieradła. – Kurwa! Wracaj dziwko! – Krzyknął za dziewczyną, która nagle odzyskała odwagę i wymknęła się z namiotu, tak jak wcześniej jej krajanka. Okrzyk sir Roderica trafił najpierw w plecy pierzchającej wieśniaczki, potem zaś przeciął tylko pustkę. - Szlag! To przez was uciekła – zwrócił się wnerwiony do Karli i Edwina. – Macie jakieś sprawy do mnie? Kurwa! Dawno nie miałem tak cycatej babki. Ledwośmy tu wjechali, od razu sobie upatrzyłem, a teraz, niech to, trza jutro jechać. Gadajcie, czego chcecie i jazda stąd. - Może to raczej dlatego, ze zamiast zalecać się, wolałeś ją zgwałcić? – Zasugerował Edwin rycerzowi, który rzucił miecz i nalał sobie trochę wina do kielicha. Wychylił jednym haustem wylewając część na brodę i prześcieradło. Biorąc jednak pod uwagę brud przepoconego ciała oraz wydzielany przez nie podły zapach trochę wina nie czyniło większej różnicy. - Pierdol się – uprzejmie niemal odrzekł sir Roderick. – A ty, paniusiu, nie groź mi, bo wiem, jak sobie radzić z takimi dziewkami. - Owszem, gdybyś miał czym! - Kurwa! – Wrzasnął rycerz niemal rzucając się na nich, a z zewnątrz wpadł strażnik, który widocznie usłyszał krzyk swojego dowódcy. Na widok broni w ręku Edwina chciał porwać za swoje ostrze, jednak uśmiechnięty były kapitan rzucił szybko: - Mości sir Rodericu, jedna z towarzyszących nam osób jest pieśniarzem i rymopisem, czy nawet dwie. Rozumiesz, jak szybko przyjęłaby się piosenka na pewien temat, zwłaszcza wielkości twojego ... sam wiesz. Popatrz trzeźwo, chyba nie ma co rozprzestrzeniać opisu tego zdarzenia. No wiesz, jak próbowałeś, wiesz co, a twój ma ... – nie zdążył dokończyć, gdy to czerwieniejący, to blednący na przemian sir Roderick wydarł się kolejny raz, tym razem na swojego podwładnego: - Wypierdalaj! Kiedy zdziwiony cała sytuacją wojak wyszedł stukając się znacząco w głowę, co Edwin doskonale zauważył, mimo że ów czynił to tak, by ukryć swoją dezaprobatę przed rozchełstanym rycerzem. - Tymczasem wy, morda na kłódkę, bo inaczej pogadamy. Rozumiemy się? Więc gadajcie, czego chcecie, bo wieczór i tak jużeście mi zepsuli. - Masz burdel wśród swoich strażników, mości rycerzu – rzucił Edwin. - No i chuj z tym – twarz sir Rodericka wyrażała totalne zniechęcenie do czegokolwiek, może poza wypiciem kolejnego kielicha wina, co właśnie uczynił. - Może być, że tak, ale chłopaki rzucają się już nie na chłopki, ale osoby godne i zamożne, nawet towarzyszy dostojnej kapłanki. - Sz ... – chciał coś powiedzieć rycerz, ale otworzył usta, potem zaś zamknął nie wydając innego dźwięku poza bliżej nieokreślonym szumem. Plotka puszczona w obieg i jeszcze rozprzestrzeniona w postaci piosenki, że jego mały był rzeczywiście mały pewnie nie przysporzyłaby mu chwały. - A tyś kto? - Edwin Swanman mnie zwą, przyboczny dostojnej kapłanki Lilien z Ellander – rycerz i tak bez problemu mógł się dowiedzieć ich nazwisk, więc nie było sensu niczego zatajać. - A ta dziunia? - Pani Karla Bijoux. - Wole bardziej cycate. Ale gadajcie, czego chcecie. Mam przytemperować trochę chłopaków? Dobra, kurde, zrobię to. A teraz wynocha z mojego namiotu. Jak nie mogę nikogo pieprzyć, chcę się przynajmniej schlać. Ostatnio edytowane przez Kelly : 07-01-2008 o 16:52. |
| | |
| | #59 |
![]() | Tak jak się domyślała, niziołek pomysłu nie miał, pomysłu oczywiście interesującego dla niej. Obojętnie ruszyła razem z nim w stronę pobliskiej stodoły, która jak dowiodły wesołe chichoty, była już zajęta. Wielka szkoda.... pomyślała Wtedy nizołek oznajmił, iż coś znajduje się w krzakach. Kobieta w jednej chwili przypomniała sobie o jegomościach , chcących z nią wcześniej ”porozmawiać”. Zaklęła brzydko w duchu . - W nogi!!! - odbiegła kawałek, a gdy się obróciła, żeby upewnić się, że to faktycznie żołnierze, rozczarowała się. Z krzaków nie wybiegł, ani żaden żołnierz ani nawet smok, lecz mały biały piesek z brązową łatką na pysku. Feide odetchnęła z ulgą. - Co ty sobie myślisz Dersitto! Będziesz straszył mnie żołnierzami! Żartów Ci się zachciało! – fuknęła wściekła Feide, przestraszona ogromnie. Ruszyła przed siebie. Wkradła się na jakieś podwórko i zapukała do drzwi, które otworzył jej około 14-letni chłopak. - Witam! Czy znajdzie się miejsce w waszym domu dla sławnej skrzypaczki Feide Corbonne i niziołka... służącego?- uśmiechnęła się i puściła oko towarzyszowi. - Eeeeeeee – chłopak najwidoczniej zaniemówił - Słucham? - Ale mama powiedziała...że nie... - Nie pozwoliła zapewne żołnierzom, a ja jestem skrzypaczka – Feide sama zaprosiła się do mieszkania - Bardzo tu przytulnie- powiedziała ciągnąć za sobą niziołka. - Ale mamy nie ma...za miedzą mama u sąsiadów...- wydusił z siebie chłopak - Trudno poczekamy na nią... a jest ktoś inny? - Babka... głucha... Chłopak nie wiedząc co uczynić, zaprowadził „gości” do głównego pokoiku. Tam przy niedużym kominku siedziała owa głucha babka na bujanym krześle. Gdy zobaczyła kobietę, zrobiła dziwną minę i wpatrywała się raz to na nią raz na niziołka. - Koguż tu przywłóczyłeś?- powiedziała i otworzyła usta, ukazując przy tym braki w uzębieniu. -Skrzypiaczke babci przyprowadziłem – wrzasną chłopak, Feide się skłoniła, - Praczkę?! Po co ci praczka chłopaku! Wynocha, nikomu nie dam pieniędzy!! – babka w irytacji zaczęła machać kawałkiem drewna na podpałkę. - Babciu uspokój się!! – podbiegł do niej chłopak i wyrwał jej „broń”. Feide próbowała uniknąć przeszywającego wzroku babki, żałowała już że weszła do pomieszczenia. Po chwili chłopakowi udało się opanować babcię, która uśmiechnęła się i patrząc w jeden punkt bujała się na krześle. I wtedy przyszła matka...kobieta przy kości z dwoma rumianymi wypiekami na twarzy, stanęła w progu najpierw wrogo spojrzała na kobietę i niziołka, a następnie na syna. - Nikomu płacić nie będziem!! – powiedziała stanowczo. - Mama to...... - Milcz! Flaki sem na polu wyprywam, a wy karzecie płacić jeszcze jakieś haracze paskydne! - To pomyłka... skrzypiaczką jestem... noclegu szukam.... – powiedziała już przeczuwając w duchu, ze zaraz ją wyrzuca. W tym momencie spostrzegła jakiś ruch w kacie domu, nie zauważyła wielkiego czarnego kocura przyglądającego się gościom od samego początku. - Niech Pani zagra coś! Jeśli łaska...- rozkazała podpierając wylewające się boki kobieta. Feide natychmiast wyjęła skrzypce i zaczęła grać, babka zaczęła kręcić dolną częścią żuchwy raz w jedną raz w druga stronę, kobieta uspokoiła się nieco a chłopak uśmiechną się wesoło...tylko cos za stojącym obok łóżkiem prychnęło złośliwie...
__________________ Cisza barwą mego życia Szarość pieśnią brzemienną, którą śpiewam w drodze na ścieżkę wojenną istnienia... |
| | |
| | #60 |
![]() | Karla Bijoux Malarka swoje wykrzyczała i pozwoliła działać Edwinowi. Oczywiście obejrzała sobie Rodericka bez fałszywego dziewiczego wstydu, choć potrafiła taki udawać. Niestety ponętne pośladki rycerzyka były całą wizualną przyjemnością, jakiej dostarczył Karli, bo przyrodzenia widywała hmm… ciekawsze. Przez chwilę nawet poczuła coś w rodzaju współczucia, ale zalana łzami twarz dziewki zniwelowała ten płomyk. Utwierdzona w zamiarze pognębienia rycerza wydęła usta w pogardliwym, nietrudnym do rozszyfrowania wyrazie. Gdy mężczyźni chwycili za broń, podała uciekającej wieśniaczce jej odzienie. Niestety nie doszło do pojedynku, a Karla musiała wysłuchac, że jest za mało cycatą paniusią. Z tym, że mogłaby mieć większe piersi właściwie się zgadzała, może nie takie jak ta dziewczyna sprzed chwili, ale takie jak Feide. Ale to były nierealne marzenia, w swoim czasie rozmawiała o tym z jedną czarodziejką i koszt takiego czaru był za duży. Roderick Obleśny, chyba nie da rady nazywać go w myślach milej, a obleśny to i tak lepiej niż Maluszek, obiecał, że uspokoi żołnierzy. Wymuszona obietnica lepsza niż żadna. Karla uśmiechnęła się do Edwina. - Chodźmy. To znaczy, chyba nie mamy już o czym tu rozmawiać, a trzeba pomyśleć o bezpiecznym noclegu. Zawołała Akwamarynę, znowu przez sekundę zaniepokojona, bo suczka upodobała sobie tego wieczora eskapady. Na szczęście już po chwili słychać było jej sapanie i z ciemności wyłoniła się łaciata mordka. - Czyli popadł Pan w niełaską przez fałszywe pogłoski o romansie – z powagą spojrzała w oczy towarzyszącemu jej mężczyźnie. - Proszę wybaczyc mi to śmiałe pytanie, właściwie zachętę do zwierzeń, ale po tym, co razem oglądaliśmy czuję potrzebę niewinnej konwersacji. Niewinna rozmowa o skandalu, cóż może Karla raczej powinna się przyznać, że jest zwyczajnie ciekawa. Ale z drugiej strony, w taki wieczór okropnych dosłowności może zrodzić się potrzeba eleganckich niedomówień. - Martwi mnie to wszystko – wskazała ręką na gwarne obozowisko – muszę oderwać myśli. - Ujęła mężczyznę pod ramię - Nie gniewa się Pan, że go do tego wykorzystam? |
| | |
| Reklama |
| |
![]() |
| Użytkownicy aktualnie czytający ten wątek: 1 (0 użytkownik i 1 gości) | |
| Narzędzia wątku | |
| Wygląd | |
| |
Podobne wątki | ||||
| Wątek | Autor wątku | Forum | Odpowiedzi | Ostatni Post / Autor |
| Wiedźmin: Gra Wyobraźni | milosz500 | Pozostałe systemy RPG | 23 | 09-24-2008 20:56 |
| [Wiedźmin : gra wyobraźni] "Gdzie silvan nie może, tam babe pośle" - KOMENTARZE | DrHyde | Komentarze do sesji innych sesji RPG | 150 | 09-08-2008 17:21 |
| Rekrutacja Dodatkowa do Wiedźmina. Sesja "Gdzie silvan nie może, tam babe pośle". | DrHyde | Archiwum rekrutacji | 54 | 03-09-2008 12:39 |
| [Wiedźmin : gra wyobraźni] "Gdzie silvan nie może, tam babe pośle" | DrHyde | Archiwum rekrutacji | 50 | 02-10-2008 21:51 |
| [Wiedźmin] "Historia Pewnej Drogi" | Nassair | Archiwum rekrutacji | 11 | 02-17-2007 10:14 |